Santino
- Stary, co się dzieje? - Xavier usiadł obok mnie na kanapie w prywatnej sali szpitalnej, gdzie Maribel dochodziła do siebie.
Mimo że Javier zapewniał mnie, że w ciągu kilku kolejnych godzin powinna się obudzić, to strach o nią dalej mnie paraliżował. Nie zamierzałem zostawiać jej samej choćby na minutę.
- Ostatnio całkiem sporo. Ale to, co dzisiaj odjebał Lino... Xavier, od pierwszej sekundy podejrzewałem Vertuzca. Ty wiesz, jakie miałem scenariusze w głowie? Jak się o nią bałem?
- Mogę sobie wyobrazić, ale Lino? Nie mogę w to uwierzyć. Wydawał się fajnym, spokojnym chłopakiem. - Oparł się luźno o kanapę. - Przyjacielu, coś się zmieniło między tobą a Maribel?
- Zbliżyliśmy się do siebie. - Położyłem łokcie na udach i pochyliłem głowę, starając się uspokoić drżenie rąk, które nie ustępowało od momentu, gdy wpadłem do jej mieszkania.
- Iskrzyło między wami jak diabli, więc to mnie akurat wcale nie dziwi, natomiast zastanawia mnie twoje zachowanie. Przecież to nie pierwsza, która pozwoliła ci...
- Lepiej nie kończ tego zdania. - Spojrzałem na niego z ostrzeżeniem. Domyślałem się, co chce powiedzieć, i nie podobał mi się tok jego rozumowania.
- Okej, stary. Opanuj się. - Wyraźnie zdezorientowany moim ostrym tonem podniósł obie dłonie w geście poddania. - Już rozumiem. Jestem co prawda cholernie zaskoczony, ale rozumiem. Czyli to już nie jest udawane narzeczeństwo?
- No właśnie nie do końca. Jeszcze nie było okazji, żeby o tym porozmawiać. Planowałem to zrobić dzisiaj wieczorem. Skończyłem z ukrywaniem tego, co czuję. Wiesz, że Vertuzco pojawił się ostatnio w moim klubie, i to w tym samym czasie co Maribel?! Myślę, że tylko ślub go zniechęci. Nic innego.
- Czyli zaczął ją śledzić? Sam? Bez pomocy tych swoich piesków?
- Nie, oni też się trzymali w pobliżu, ale ten pojeb najwyraźniej liczył na przypadkowe spotkanie. Była ze mną, więc trzymałem rękę na pulsie, ale w innej sytuacji... nie wiem, do czego mógłby się posunąć.
- Jest chujem pozbawionym jakichkolwiek granic, więc raczej trzeba zakładać, że do wszystkiego. - Xavier ponownie przeczesał włosy palcami.
- Od wczoraj Maribel mieszka w rezydencji.
Przyjaciel obrócił twarz w moją stronę i przez moment wymownie milczał.
- Nic z tego nie rozumiem, stary. Nie widzieliśmy się kilka dni, a ty robisz takie rzeczy... - Błądził wzrokiem po mojej twarzy, pewnie szukając oznak szaleństwa czy obłędu.
- Na tej nieszczęsnej kolacji Vertuzco patrzył na nią, jakby była jedyną kobietą na tym pieprzonym świecie. Wypytywał o nas, o nasz związek. Insynuował, że mam na nią uważać, chodził za nią... - Odruchowo zacisnąłem dłonie w pięści na samo wspomnienie tego napalonego sukinsyna. - Na jego pytanie dotyczące wspólnego zamieszkania odruchowo zapewniłem, że to planujemy, a później wymsknęło mi się jeszcze...
- Tylko mi nie mów, że chlapnąłeś coś o ślubie.
- Dokładnie tak. Słuchaj, robiłem wszystko, żeby się od niej odpierdolił. Myślałem, że to zadziała, a on dalej za nią łazi i, kurwa, zrobię naprawdę wszystko, żeby była bezpieczna! - Znów poczułem, jak wzbiera we mnie chęć mordu na myśl o tym, że ten palant mógłby położyć na niej swoje łapy.
- Ale ślub? Wiesz, to dosyć odważny krok - zasugerował nieśmiało, dalej mi się przyglądając, jakbym co najmniej postradał rozum.
- Martwię się o nią, pragnę jej jak żadnej innej kobiety do tej pory, uwielbiam się z nią droczyć, przytulać ją, całować...
- To może być tylko chwilowa fascynacja. Nie chciałbym, żebyś zrobił coś pod wpływem emocji, kiedy...
- Przyjacielu, nie proszę cię o pozwolenie.
Mój twardy, nieprzejednany ton wprawił go w osłupienie. Sam się sobie dziwiłem. Niby czułem się zagubiony, a jednocześnie wreszcie widziałem wszystko wyjątkowo wyraźnie.
- Santino, albo zwariowałeś, albo się zakochałeś. I szczerze to nie wiem, która opcja byłaby w tej chwili gorsza - westchnął głośno, po czym pokręcił głową z politowaniem.
- Dzięki za wsparcie. Na tobie zawsze mogę polegać - sarknąłem bez cienia rozbawienia w głosie.
- A co na to Maribel? Wpadła po uszy jak ty? Bo wiesz, stary, z tego, co pamiętam, to raczej nie pałała do ciebie sympatią.
- Tu mogą nastąpić niewielkie komplikacje, bo jest wyjątkowo odważna, nieustępliwa i tak niemożliwie pyskata, że...
- Oj, wypraszam sobie. - Naszą rozmowę przerwała Maribel. Mimo że ledwo wydusiła z siebie tych kilka słów, w jej głosie wyraźnie wybrzmiała zadziorność i wrogość, na co obaj zerknęliśmy w stronę łóżka i w sekundę zerwaliśmy się z kanapy. - Nigdy nie byłam pyskata - dodała odrobinę głośniej, gdy nachyliłem się nad nią i czule pogłaskałem ją po policzku.
- Jesteś pyskata, i to jak cholera. - Musnąłem wargami jej czoło, a gdy się odsunąłem, chwyciłem ją za dłoń.
- Teraz nie mam siły z tobą dyskutować. Co się stało i gdzie ja jestem? - Rozglądała się dookoła, aż zatrzymała wzrok na moim przyjacielu.
- Jesteś w klinice w Barcelonie. Lino podał ci środek na uspokojenie i czekaliśmy, aż się obudzisz - wyjaśnił spokojnie Xavier, stojąc po drugiej stronie łóżka i przyglądając się jej z zainteresowaniem.
- A gdzie jest Lino? - Spojrzała na mnie.
Przez krótką chwilę milczałem, na co wyraźnie się spięła. Zamartwiała się o tego skurwiela, choć on nie miał żadnych zahamowań, żeby ją porwać i odurzyć.
- W Montblanc. Porozmawiamy o nim później. Dalej jestem na niego niemiłosiernie wkurwiony i jeśli nie chcesz, żebym zaczął...
- Dobra, dobra - przystopowała mnie, zanim się na dobre rozkręciłem. - Powiedz mi tylko, czy żyje i czy będzie w stanie poślubić Violetę w sobotę. Tylko to chcę wiedzieć.
- Żyje i o własnych siłach stawi się w urzędzie. No chyba że Martin...
- Torres, nie denerwuj mnie - odparła buntowniczo, czyli w swoim stylu. Dochodziła do siebie w zastraszająco szybkim tempie. - Proszę, dopilnuj tylko, żeby był w miarę sprawny w sobotę. Postąpił głupio i nielogicznie i należy mu się za to konkretne skopanie dupy, ale ten ślub jest bardzo ważny. Jeśli do niego nie dojdzie, w niebezpieczeństwie będą nie tylko jego rodzice, ale też...
- Wiem o tym - przyznałem niechętnie.
Zapobiegawczo napisałem wiadomość do Martina, żeby nie przesadził z brutalnością.
- Jak się czujesz? - Ciszę przerwał Xavier, podsuwając sobie krzesło do łóżka.
- Trochę boli mnie głowa. Czuję się, jakbym była na kacu, i strasznie chce mi się pić.
Przyjaciel natychmiast się podniósł, po czym poprawił mankiety koszuli.
- Już się tym zajmę.
Jak tylko wyszedł, Maribel wypuściła moją dłoń z uścisku i zaczęła się niemrawo podnosić.
Usiadłem na łóżku blisko niej, po czym objąłem jej drobne ciało, by jej pomóc. Przytuliłem ją do siebie, a drugą ręką poprawiłem poduszki.
- Jasna dupa! - szepnęła urocze przekleństwo, masując palcami skronie, gdy siedziała już wyprostowana.
- Co się dzieje? - Złapałem ją za kark, odchyliłem jej głowę i odgarnąłem kilka jasnych kosmyków, które spadły na jej lekko zaróżowiony policzek.
- Zakręciło mi się w głowie. - Skrzywiła się, uciskając skronie palcami. - Jak długo ten środek uspokajający będzie działał?
- Za kilka godzin będziesz jak nowa.
Oparła dłonie na moim torsie, przeszywając mnie czarnym, pełnym emocji wzrokiem.
- Wiesz, że najchętniej udusiłbym go gołymi rękami, prawda?
- Tak, ale jestem pewna, że tego nie zrobisz. Zachował się jak idiota. Ma problemy, z którymi sobie nie radzi. Próbuję to sobie wszystko wytłumaczyć, ale nie wiem... Po prostu wybrał najprostszą drogę, czyli ucieczkę.
- Planował z tobą uciec? - Czułem, jak wrząca wściekłość ponownie rozpala się pod moją skórą. Tego się nie spodziewałem. - No przecież jak go dorwę...
- Santino, proszę. On nie wiedział, co robi. Wziął jakieś świństwo i kompletnie mu odbiło. Nie chcę go tłumaczyć, bo nigdy się tak bardzo nie bałam, ale to wszystko go po prostu przytłoczyło.
- To go nie usprawiedliwia. Maribel, on mógł cię skrzywdzić, mógł spowodować wypadek...
- Wiem, ale ostatecznie jestem cała, prawda?
- Nie masz pojęcia, jak się o ciebie bałem.
Po tych słowach ufnie się we mnie wtuliła.
- Chcę o tym jak najszybciej zapomnieć. O jego słowach, o tym przerażającym uśmiechu, o tym, jak na mnie patrzył. Nie poznawałam go. Wygadywał takie bzdury. Wiem, że był pod wpływem narkotyków i tak naprawdę nie chciał tego wszystkiego...
- Kochanie, przepraszam, że cię nie ochroniłem - wyszeptałem i pocałowałem ją we włosy. - Pedro...
- Powiedz, że żyje i jest cały. To moja wina. Zapewniłam go, że zaraz wrócę.
- Wiem, ale i tak powinien cię pilnować na każdym kroku - zaznaczyłem twardo.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - Obserwowała mnie w napięciu.
- Jeszcze żyje.
- Dzięki Bogu - rzuciła z ulgą, z nerwów zaciskając dłonie na mojej koszuli. - Ale jak to "jeszcze"? - Bacznie mi się przyglądała.
- Kochanie, muszę wyciągnąć konsekwencje. Spierdolił na całej linii. Miał tylko jedno zadanie i zjebał.
- Santino, proszę, nie poradzę sobie z tym. Nie chcę mieć go na sumieniu. To była moja wina.
Jej oddech wyraźnie przyspieszył. Po tym, co przeżyła, powinna dojść do siebie i zapomnieć o wszystkim, a nie zamartwiać się o Lina czy Pedra.
- O nie, z tym się nie zgodzę. To nie była nawet w najmniejszym stopniu twoja odpowiedzialność. Maribel, uspokój się i nie martw się o Pedra. Obiecuję, że przeżyje rozmowę ze mną.
- To dobrze. - Przymknęła na chwilę powieki. - Czy możemy już wrócić do domu? Nie cierpię szpitali. - Oparła czoło na moim torsie; niezmiennie zaciskała palce na mojej koszuli.
- Jak tylko wróci Xavier, dowiem...
- Już jestem! - Przyjaciel w tej sekundzie wszedł do pomieszczenia. - Powiem wam, że absolutnie nie dziwię się bratu, że tu pracuje. Te pielęgniarki wyglądają zupełnie jak mokre marzenie senne każdego zdrowego mężczyzny.
- Wstrzymaj konie, szalony kowboju - zasugerowała rozbawiona Maribel, kiedy wyplątała się z moich objęć.
- Gdybyś była facetem, gadałabyś zupełnie inaczej, mając na wyciągnięcie ręki kobiety w fantazyjnych ciuszkach. - Xavier zatrzymał się przy łóżku, po czym odkręcił butelkę i podał ją Maribel.
- Uwierz mi, Xavier. Wiem, o czym mówisz. Kobiety też fantazjują i totalnie cię rozumiem. - Sięgnęła po butelkę i przyssała się wargami do szyjki, powodując tym naturalnym gestem przyspieszone bicie mojego serca.
Nawet widok, jak piła z butelki, był seksowny.
Od początku byłem na przegranej pozycji. Pozostało mi tylko uświadomić Maribel, że już tak łatwo nie wypuszczę jej z rąk.
Kilka sekund później otrząsnąłem się ze swoich osobistych fantazji z narzeczoną w roli głównej i przeniosłem wzrok na przyjaciela. Przyglądał jej się, nawet nie mrugając, a ja przeczuwałem, jakie głupoty w tej chwili chodziły mu po głowie.
- Xavier, nie wkurwiaj mnie. Moja cierpliwość jest dzisiaj w strzępach i chyba nie chcesz być tym, na kim się wreszcie wyładuję!
Mój ostry ton podziałał na niego jak wiadro lodowatej wody. W ułamku sekundy wybudził się z zawieszenia.
- Zwariuję z wami. - Głośno przełknął ślinę, po czym lekko zdezorientowany wsunął dłonie do kieszeni spodni.
- Co się dzieje? - zapytała niewinnie Maribel, co tylko jeszcze bardziej mnie rozsierdziło.
- Jak to co? Santino zwariował. - Wzruszył luźno ramionami, jakby nie miał zupełnie nic na sumieniu. - Zajął się tobą mój brat, Javier. Już wie, że się obudziłaś, więc za chwilę przyjdzie.
- Okej.
Xavier jak gdyby nigdy nic zajął miejsce na krześle przy łóżku.
- A co z wujkiem, rodzicami? Pewnie umierają ze strachu - zapytała ze słyszalną paniką w głosie.
- Spokojnie. Carlos i Diana już wiedzą, że jesteś bezpieczna. Prosiłem twojego wujka, żeby na razie nic nie mówił Selenie i twoim rodzicom o porwaniu, żeby ich niepotrzebnie nie martwić, więc mam nadzieję, że dotrzymał słowa.
- To dobrze, ale i tak muszę się z nimi spotkać. Pewnie się wkurzą, że nic nie wiedzieli, ale dziękuję, że oszczędziłeś im zmartwień.
Po tej akcji jej rodzice znowu będą się zastanawiać nad ukryciem córki na Islandii.
- Jak mnie znalazłeś? - zapytała nagle, całkowicie zmieniając temat.
- Diana zadzwoniła do Carlosa, by o ciebie zapytać. Gdy się okazało, że zniknęłaś, opowiedziała o rozmowie z Linem. Połączyliśmy wszystkie kropki i zaczęliśmy go szukać, modląc się, żebyś z nim była.
- W życiu bym nie pomyślała, że to mój przyjaciel okaże się moim wrogiem.
Nie zdążyłem jej odpowiedzieć, ponieważ do sali wszedł Javier.
- Cześć, Maribel. Wyspana?
Podniosłem się z łóżka, żeby dać jej trochę przestrzeni, i stanąłem obok.
- Dzień dobry. Powiedzmy. Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy ktoś bez mojej wiedzy szprycuje mnie jakimś świństwem.
- Wiem, że to pewnie zabrzmi dziwnie, ale w tej całej przygodzie miałaś ogromne szczęście, że był to tylko środek uspokajający.
- Może... - Zamyśliła się na moment, śledząc ruchy zbliżającego się do niej lekarza.
Wcale nie podobało mi się to spojrzenie ani tym bardziej uczucie, które zaległo w moim sercu i umyśle.
- Przeproszę was na moment - powiedział Javier.
Przeniosłem na niego wzrok. Zaczął właśnie sprawdzać tętno Maribel.
Byłem zazdrosny. Piekielnie mocno. Lubiłem mieć wszystko pod kontrolą, a teraz czułem się zupełnie bezbronny. Choć zdrowie tej cudownej kobiety stawiałem na pierwszym miejscu, to nie potrafiłem się ruszyć, wiedząc, że zostawiam ich samych.
- Chodź stary, poczekamy grzecznie na korytarzu. - Xavier poklepał mnie po ramieniu, lekko popychając w stronę drzwi.
Zanim wyszedłem, cmoknąłem Maribel w czoło, dając wszystkim do zrozumienia, że jest moja.
- Totalnie ci odjebało - stwierdził odkrywczo przyjaciel, opierając się o ścianę na korytarzu, jak tylko zamknęliśmy za sobą drzwi sali.
- Nawet mi, kurwa, nie mów. - Usiadłem na plastikowym krześle, po czym odchyliłem głowę i przymknąłem oczy.
Czułem się skołowany, ale jednocześnie podejrzanie wytrzymały i niezwyciężony.
Skąd te dziwne uczucia?
- Gdyby chodziło o kogoś innego, to może odradzałbym ci to wszystko, ale Maribel...
- Co "Maribel"?
- Nie dość, że jest olśniewająca, błyskotliwa i ponoć bardzo pracowita, to jeszcze wyjątkowo nie mdleje na twój widok, jak te wszystkie panny do tej pory. Dodatkowo ma głęboko w dupie twoje pieniądze, a jakby tego było mało, to jest bardzo wojownicza i niezwykle czarująca.
- Zgodzę się, przyjacielu, z każdym twoim słowem.
- Czyli podsumowując, masz przejebane. - Po tych słowach opadł z ciężkim westchnieniem na krzesło obok.
- Tak, wiem.
- To co teraz zamierzasz zrobić?
- Zabiorę ją do domu, a potem wyjaśnię wszystko między nami. Uświadomię jej dobitnie, że przeprowadzka nie wystarczy i musimy pomyśleć o kolejnym kroku...
- Torres, chyba się odrobinkę pospieszyłeś z tymi planami. - Usłyszałem rozdrażniony ton głosu narzeczonej, która bezszelestnie wyszła z pokoju i zatrzymała się tuż obok.
- Santino, Maribel może odczuwać lekkie osłabienie i zawroty głowy jeszcze przez kilka godzin, ale jutro powinno być już wszystko w porządku. Gdyby badania krwi były niejednoznaczne, zadzwonię do ciebie i pomyślimy, co dalej. Pamiętaj tylko o odpowiednim nawodnieniu. Obserwuj ją. Gdyby działo się coś niepokojącego, dzwoń.
Pożegnał się z naszą trójką, uśmiechnął się zadowolony pod nosem i ruszył korytarzem.
- Kochanie, zabieram cię do domu.
Maribel przyjęła waleczną postawę: skrzyżowała ręce na piersi i zmierzyła mnie pochmurnym wzrokiem.
- Akurat z tym nie będę dyskutować, ale z resztą twojego ambitnego planu się nie zgadzam. A tak w ogóle to muszę się dzisiaj zobaczyć z wujkiem, ciocią i rodzicami, zadzwonić do Diany, sprawdzić, czy Lino jest cały...
- To też załatwimy. Wszystko w swoim czasie. Chodźmy już stąd. Zgłodniałem - zasugerowałem pojednawczo.
Jak tylko usłyszała o jedzeniu, oczy jej się zaświeciły jak bożonarodzeniowe lampki.
- Dosłownie umieram z głodu - przyznała.
- Czyli co? Zapraszam na kolację. - Zadowolony Xavier klasnął w dłonie, po czym żwawym krokiem ruszył do windy.
Chwyciłem Maribel za dłoń i pociągnąłem za sobą. Mieliśmy sporo do obgadania, ale planowałem ją najpierw nakarmić. Liczyłem, że wspólny posiłek pomoże nam złapać trochę dystansu do dzisiejszych wydarzeń, a obecność Xaviera będzie pewnego rodzaju katalizatorem między nami i przyjemnym towarzystwem rozluźniającym atmosferę po cholernie ciężkim dniu.