Anielskie Prace - Jarr
9.95 zł
8.26 zł
(8,46 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Tesco
W ciągu miesiąca od powrotu do Polski rozpocząłem starania w celu zostania rekrutowanym na kolejny wyjazd, tym razem do Tesco. Postanowiłem skorzystać ze stworzonego wówczas programu wysyłania pracowników z Polski do UK. Zatem wysłałem swoje zgłoszenie. Pierwszym etapem rekrutacji była wstępna rozmowa telefoniczna z rekruterem. Jako że udało się ją przejść pomyślnie, otrzymałem wezwanie do Krakowa na kolejny etap.
Pamiętam, że już wtedy ucieszyłem się jak dziecko. Poczułem się, jak gdybym złapał Pana Boga za nogi. W końcu, jeśli się uda, to wyjazd do pewnej pracy, a nie latanina po agencjach bez pewności stałego zatrudnienia.
Wypadło to w okolicach początku grudnia. Wstałem dość wcześnie i złapałem jeden z porannych pociągów pomykających w kierunku Krakowa. Docierałem spokojnie na miejsce, obserwując przez dziurę w podłodze wagonu kolejne podkłady uciekające w siną dal. Następnie przesiadka na autobus wiozący mnie w głąb miasta poprzez rondo Matecznego, potem jeszcze kilka kroków i cel został osiągnięty. Dużych tłumów nie było. Otrzymałem krótki test do wypełnienia. O wynikach miałem się przekonać za chwilę. Wydawała się ona wiecznością. O angielskiej gramatyce wiedziałem tyle, że istnieje, lecz jakimś cudownym zrządzeniem Opatrzności przeszedłem do części ustnej. Los pokarał rekrutowaniem mnie sympatyczną i cierpliwą Małgorzatę. Oczywiście zabrakło mi słów i po radzie wzięcia głębokiego oddechu zacząłem opowiadać coś o snookerze i jakoś się udało.
Na wyjazd przyszło jednak chwilę poczekać. Dopiero w marcu 2007 roku znalazło się miejsce pracy dla takiej gwiazdy rekrutacji jak ja. Otrzymałem ofertę wyjazdu do Bedford niedaleko Londynu. Ucieszyłem się oczywiście niezmiernie.
Najpierw jednak potrzebne były odwiedziny lekarzy celem wykonania odpowiednich badań oraz opłacenie biletu autokarowego. Do wskazanej przychodni, mieszczącej się w Katowicach, miałem około 30 kilometrów. Badania oczu, uszu, gardła nie wykazały na szczęście nic niezwykłego (poza tym, że wciąż żyłem).
Następny krok stanowiła wizyta w budynku Buma. Tam dowiedzieliśmy się wszystkiego o życiu w UK oraz wszystkich sprawach organizacyjnych, także tych stojących przed nami już na miejscu naszego zamieszkania oraz w pracy. Wraz ze mną w grupie wysyłanej do Tesco w Bedford były dwie Małgorzaty, jedna z Koszalina, a druga z Krakowa, oraz jeden Karol z okolic Kielc. W ciągu trzech tygodni poprzedzających wyjazd musiałem jeszcze skompletować sobie wyprawkę w postaci stosownego wdzianka do lansowania się w alejkach mojej nowej pracy.
Czas ten bardzo szybko zleciał i nastąpił 13 kwietnia 2007 roku. W piątek.
Wybraliśmy się rodzinnie autobusem linii D z Dąbrowy Górniczej na PKS w Katowicach, gdzie miał się pojawić autokar Polonii, wiozący na wyspę kilkadziesięcioro ludzi oraz całe tony Polski zamknięte w nieprzebranych ilościach walizek. Po ponad godzinnym opóźnieniu pojawił się w końcu żółty piętrus, w którym byli już Karolek i Margolcia z grodu Kraka. Zapakowałem się na piętro żółtej strzały, a właściwie kloca, i z mieszanymi uczuciami opuszczałem swój rodzinny kraj po raz wtóry.
Po kilku godzinach jazdy moja radość z samotności na dwóch fotelach zniknęła wraz z pojawieniem się współtowarzysza podróży narzuconego przez los i przewoźnika. Pomału nastał wieczór i gorące tego dnia wiosenne słońce przestało już palić. Całokształt niestety psuła uszkodzona dysza klimatyzacyjna, która wieczorową porą zaczęła mi podsuwać wspomnienia montowni kanapek. Ledwo udało mi się jakoś znaleźć pozycję, w której nie było czuć niewyłączalnego nadmuchu, to dla odmiany pojawiła się potrzeba odwiedzenia toalety. Pomimo że siedziałem praktycznie naprzeciwko schodków, dotarcie do celu wcale nie było takie proste. Powziąłem jednak męską decyzję - idę zwiedzać dolny pokład piętrusa wyposażony w kibelek.
Najpierw musiałem ominąć rozłożone oparcie fotela współpasażera przede mną, a następnie lekko obudzić kolegę obok, potem labirynt powyciąganych nóg, aż wreszcie schody... i w końcu są! Drzwi - brama ulgi! Choć okazało się, że raczej apokalipsy... Jakaś podstępna żmija musiała tam być na krótko przede mną i postawiła minę antywęchową.
Po tym wysiłku, otumaniony, ale dumny z wykonania misji, usadowiłem się na powrót w mym kokpicie, w którym czułem się niemalże jak kierowca bolidu F1. Choć oni mieli tam chyba więcej miejsca. W tamtym czasie w bagażach szło wszystko, łącznie z dekoderami TV satelitarnej, a nawet czaszami anten. Generalnie autokar był oblepiony różnego rodzaju pakunkami.
Z nadzieją uśnięcia pożegnałem się dość szybko, gdyż zaraz po przywitaniu Morfeusza do rzeczywistości przywróciły mnie migające światła niemieckich "zozoli" pragnących nam przeprowadzić kontrolę. Trzepali torby spory kawałek czasu. Mnie nie kazali otwierać walizki, ale też nie miałem tam niczego niedozwolonego ani niczego za dużo, ani za mało. Pośród właścicieli miliarda pakunków jednak sporo osób musiało się tłumaczyć.
Później już bez przeszkód, jedynie z opóźnieniem, dotarliśmy do przeprawy pociągiem pod kanałem La Manche. Tam, jak się okazało, trzeba było jeszcze około godziny poczekać, przez co o mały włos nie odjechaliśmy bez naszej Małgosi, chwilowo zagubionej w czasie...
Po niewielkim zamieszaniu wjechaliśmy do pociągu. Za pierwszym razem było to dla mnie przyjemną ciekawostką. Gdy pociąg mknął pod dnem kanału, można było zostać w autobusie lub wyjść do wagonu i telepać się przy nim. Wybrałem to pierwsze pomimo wyłączonej klimatyzacji.
Dotarliśmy do Londynu w samo południe. Z czterogodzinnym opóźnieniem.
W mieście czekała już na nas nadmorska Gosia, nasza przyszła współlokatorka, która przyjechała innym autobusem. Biedna dziewczyna trwała i kwitła niczym kolczasta róża, godzinami oczekując na naszą trójkę. W końcu, wraz z taksówkarzem, popędziliśmy pośród londyńskich korków aż do Bedford na Brace Street. Tam powitał nas landlord, czyli właściciel naszego mieszkania Roy. Ostatnie, na co miałem wtedy chęć, to oprowadzanie po czymkolwiek. Najchętniej poszedłbym spać, nawet na podjeździe. I tak... Aby wejść do naszego nowego domku, trzeba było pokonać drzwi, a potem schody na górę, tam forsowało się się drzwi do mieszkania właściwego, za którymi znajdował się korytarz, w nim - zaraz po lewej - drzwi do łazienki, w niej zaś lustro, zlew, dolnopłuk oraz wanna z osłonką umożliwiającą na w miarę spokojne zażywanie kąpieli pod prysznicem. Poza tym plastikowe okno i drzwi rozszerzające się pod wpływem sił tajemnych. Idąc dalej korytarzem, napotkaliśmy umeblowaną kuchnię, wyposażoną w lodówkę i pralkę oraz mikrofalówkę, a także zestaw naczyń i sztućców. U zwieńczenia korytarza było pomieszczenie gospodarcze z piecykiem gazowym, a zaraz za nim rozpoczynał się salon ze stołem, sofami i lustrem. Kilka kroków dalej naszym oczom ukazał się dosyć spory pokój z widokiem na ulicę. Z salonu za to był widok na... a jakże, parking piętrowy! Naprzeciwko drzwi przysalonowego pokoju znajdowały się schody prowadzące na piętro naszego mieszkanka. Po wyrobieniu zakrętu na ich szczycie witało okno, też z widokiem na parking, a przed nim krótki korytarzyk w kształcie litery "L". Na rogu było wejście do pokoju z dwoma łóżkami. Po krótkim skręcie wchodziliśmy do drugiego pokoju z widokiem na ulicę. Jako że łączył się z łazienką, dziewczyny szybko zagarnęły go dla siebie, co zresztą miało swoje plusy, ponieważ nie chciałbym być mimowolnym świadkiem wizyt nowo poznanego kolegi w kiblu, nieopodal wezgłowia mojego łóżka. Ponadto w naszym pokoju było po prostu ciszej niż od ulicy. No i ten widok na parking znowu. Tym razem tkwił on jednak znacznie dalej, a i ja wolałem miejsce pod ścianą, tak że co do pejzażu było mi wszystko jedno. I tak zamieszkałem z Karolkiem.
Zaraz po dopadnięciu do łóżka i wrzuceniu pod niego walizki założyłem zestaw powitalny pościeli na kołdrę i poduszki, po czym poszedłem w końcu spać.
Po odreagowaniu traumy autobusowej postanowiliśmy się delikatnie zintegrować. W tym celu poszliśmy na wycieczkę, aby sprawdzić, jak wygląda nasza trasa do pracy z Brace Street na Cardington Road, gdzie mieściło się Tesco. Zajrzeliśmy oczywiście do środka. Będąc w dziale mrożonek, czyli Frozen, rzekłem do Karolka prorocze słowa, że niedługo będziemy tutaj pracować.
Przez dwa dni dobrze się zintegrowaliśmy, do tego stopnia, że zapomnieliśmy o szkoleniu. Pomimo tego poszliśmy na naszą pierwszą nocną zmianę. Trafiliśmy z Karolkiem na mrożonki, a nasze współlokatorki powędrowały do działu AGD/RTV i tyle je widzieliśmy, było to bowiem po dwóch stronach sklepu.
Na początku pracy naturalnie najważniejsze było ustalenie, kiedy są przerwy. Początkowo chodziliśmy na nie dosyć uznaniowo, ale tak, żeby sobie w miarę rozsądnie rozłożyć pracę z jedną przerwą godzinną oraz dwiema piętnastominutowymi, które połączyliśmy w jedną trzydziestominutową.
Praca na mrożonkach zasadniczo wyglądała tak, że najpierw szliśmy na sklepowe zaplecze do naszej lodówki matki, wypełnionej tym wszystkim, co jeszcze nie znalazło swojego miejsca w lodówkach córkach naszego działu. Zabieraliśmy jak najwięcej produktów w stalowych klatkach i wciskaliśmy je na właściwe miejsca. Mój lateralny umysł nie pozwalał mi na automatyzm, za to ciągle wymyślał rozmaite zagadki, by praca nie stała się nazbyt monotonna, co jednak wpływało negatywnie na jej szybkość. Ale w angielskich firmach nikt się tym zbytnio nie przejmował. I tak wyglądała zabawa, dopóki nie przyjechała dostawa. Wtedy szliśmy pomóc ją rozładowywać, wpychając nowe klatki do dużej lodówki matki na zapleczu. Czasem było ich kilka, a czasem ponad dwadzieścia.
Razem z nami w dziale był Abu oraz przybysz z Indii, którego nazywaliśmy Wodzem. Zaglądał do nas również Jason - Człowiek Piorun. Był wszędzie i robił wszystko szybko i dobrze. Zastanawiam się, czy nie posiadał daru bilokacji.
Już pierwsza przerwa przyniosła słodko-gorzkie odkrycie. A mianowicie dowiedziałem się o istnieniu Ani - ślicznej łodzianki, z którą można było porozmawiać o wszystkim. Jej urody nie ma sensu opisywać, wystarczy powiedzieć, że Lara Croft to ona. I to była ta słodsza strona, a gorzka to ta, że oczywiście była zajęta.
Cóż, trzeba było skupić się na pracy, którą zacząłem od wolnego. Od razu poszedłem kupić sobie mały przenośny telewizorek, aby oglądać snookera, tym bardziej że chwila wyjazdu splatała się z terminem rozgrywania mistrzostw świata w tę odmianę bilardu, a ja nie miałem zamiaru tego przegapić.