Aniela, czyli ślubna obrączka: powieść narodowa - Anna Nakwaska

-
Proszę czekać

[Aniela, czyli Ślubna obrączka]

Ou serait le benheur sur la terre, s'il n'était dans le coeur d'une femme qui peut admirer le dépositaire de sa tendresse, ou dans le coeur d'un homme auquel il est donné de lire sa gloire écrite sur le front de celle qu'il aime.

Salvandy

Piękny to był zaiste dzień dla Warszawy, kiedy młoda, ukoronowana para wjazd swój do tej stolicy Polski odbyła. Owe ulice napełnione wesołym i porządnie ubranym ludem; owe wytwornie ozdobione okna i ganki; pięknie i ze smakiem ustrojone kobiety; a nade wszystko wesołość i jakowaś spokojność na twarzach się malująca; wszystko to w miłe wprawiało marzenia.

"Teraz może też będzie i lepiej" powiedział sobie niejeden mieszkaniec stolicy, widząc młodego monarchę, pysznie na pięknym rumaku postępującego, otoczonego dostojną rodziną; i małżonkę jego, która jakoby na skrzydłach zabawy i wesołych pląsów, wjazd swój pośród nas czynić miała; chciwie piękne przebiegając oczyma ulice, już tylko przyszłymi tańcami zajęta, z wniesieniem radości królową polską nazywać się kazała. Bo w Warszawie najładniej tańcują mazurka, w Warszawie dzień żaden nie miał minąć bez balów i wesołości; a jakże to łatwo być wesołą, kiedy się jest młodą, szczęśliwą małżonką i matką; a do tego panią połowy Europy.

Wszystko więc dnia tego w Warszawie było radością, uciechą i nadzieją. Omamienie to trwało tydzień cały. Tydzień! Alboż to nie dosyć? Od dnia wjazdu do dnia koronacji mogliśmy się wszystkiego, co tylko dla kraju być mogło zbawiennym i użytecznym, spodziewać. Nadzieje nasze nie miały granic: żyliśmy więc w omamieniu i tydzień cały byliśmy prawie szczęśliwi. Dzięki władcy pół świata, że nam ten tydzień omamienia użyczył. I to było dobrodziejstwem; a Polak i za takie dobrodziejstwa wdzięcznym być umie.

Właśnie po uśmierzeniu zgiełku, który tak świetne zdarzenie chwilowo sprawiło, kiedy już tylko wybranym do tego zaszczytu osobom wolno było oglądać na zamku najjaśniejszej pary oblicza, a ulice przy nadchodzącej obiadowej porze coraz bardziej wypróżniać się zaczynały: szły pospołu Krakowskim Przedmieściem dwie osoby z zajęciem z sobą rozmawiające. Było to dwóch mężczyzn: pierwszy przystojny, w średniej porze wieku, bo lat około czterdzieści liczący; rysy jego twarzy, lubo regularne i nawet tchnące rozumu wyrazem, były jednak nieco posępne; oczy pełne ognia, ale uśmiech dwuznaczny i chytry, nieprzyjemnym czynił jego wejrzenie. Postępował ostrożnie po kamieniach płaskich i często się oglądał, czy kto jego mowy nie słyszy, lub czy nie uczyni jakiego niepotrzebnego spotkania. Towarzysz jego był to młodzieniec w kwiecie młodości; piękny, wysmukłej i żywej powierzchowności, szedł śmiało, dowcipnie z różnych drobnych wypadków dnia tego żartując. Pozna w nim czytelnik Zdzisława Romańskiego, młodzieńca pełnego ognia, uczucia i przymiotów. Serce jego, równie jak umysł i mowa, było otwarte, proste i szczere. Nienawidził obłudy, ale jej też i u innych nigdy nie spostrzegał. Kochał ojczyznę, bo był Polakiem; wiedział, ile przodkowie jego cierpieli za jej niepodległość. Dziwno mu było, że dotąd (miał już albowiem lat dwadzieścia dwa) jeszcze nic dla niej nie uczynił i nie znosił. Słowem: Zdzisław był to przystojny, szlachetny młodzieniec i wiele o sobie spodziewać się kazał. Był to atoli dotąd kwiat bez wonności, bo jeszcze się ani kochał, ani odznaczył w boju.

Pan Miętowski, krewny jego, który mu właśnie towarzyszy, posiadał majątek znaczny, zaufanie wówczas rządzących osób, urząd w Komisji... I tę wziętość w towarzystwie, którą nadają znaczenie biurowe i ministra względy.

Dosyć już więc czytelnika niego z tymi osobami obeznawszy, wracam do ich rozmowy.

- Jak to Zdzisławie! Tobie nie podoba się Aniela? - rzekł zadziwiony pan Miętowski, na słów kilka z obojętnością wyrzeczonych przez Zdzisława.