Ania ze Złotego Brzegu - L. M. Montgomery

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

- Jak jasno świeci dzi­siaj księ­życ - powie­działa do sie­bie Ania Bly­the, idąc ścieżką przez ogró­dek Wri­gh­tów do ich drzwi fron­to­wych, na które w sło­na­wym, poru­sza­nym bryzą powie­trzu opa­dały płatki kwit­ną­cej wiśni.

Przy­sta­nęła na moment, aby rozej­rzeć się po wzgó­rzach i lasach, tak bar­dzo kie­dyś uko­cha­nych, które dziś na­dal ją zachwy­cały. Dro­gie Avon­lea! Teraz - i od wielu zresztą lat - jej domem było Glen St Mary, ale tutaj było coś, czego Glen St Mary ni­gdy mieć nie będzie. Na każ­dym kroku napo­ty­kała ślady swo­jej mło­do­ści; pola, po któ­rych kie­dyś spa­ce­ro­wała, witały ją ser­decz­nie. Nie zamil­kło echo daw­nego, roz­czu­la­ją­cego dziś życia - wręcz prze­ciw­nie, ota­czało ją zewsząd. Wszyst­kie miej­sca, na które patrzyła, łączyły się z uro­czymi wspo­mnie­niami. Ogrody, w któ­rych stra­szyło, i kwit­nące róże z minio­nych lat. Ania zawsze uwiel­biała powroty do domu w Avon­lea, nawet gdy powody przy­jazdu nie były rado­sne. Tym razem wraz z Gil­ber­tem przy­je­chali na pogrzeb jego ojca, a Ania została jesz­cze na tydzień. Maryla i pani Mał­go­rzata Linde nie chciały zgo­dzić się na jej szybki wyjazd.

Dawny pokój na facjatce nad gan­kiem zawsze na nią cze­kał i Ania, uda­jąc się na spo­czy­nek w dniu przy­jazdu, zna­la­zła tam wielki bukiet wio­sen­nych kwia­tów, który zosta­wiła dla niej pani Linde. Natych­miast zato­piła w nim twarz i poczuła zapach nie­za­po­mnia­nych, minio­nych lat. Ania, którą kie­dyś była, cze­kała tu na nią. Dawne wzru­sze­nia i rado­ści poru­szyły jej serce, a pokoik na facjatce oto­czył ją swymi ramio­nami, otu­lił i owi­nął. Patrzyła z miło­ścią na łóżko przy­kryte zro­bioną przez panią Linde kapą we wzo­rek z liści jabłonki, na czy­ściut­kie poduszki wykoń­czone koronką, którą udzier­gała pani Linde, na dywa­niki Maryli roboty pokry­wa­jące pod­łogę, na lustro, w któ­rym kie­dyś odbi­jała się twarz malut­kiej sie­rotki o gład­kim, dzie­cię­cym czole. Wspo­mniała, jak pła­czem uko­iła się do snu pierw­szej nocy dawno temu. Ania zapo­mniała, że jest speł­nioną matką pię­ciorga dzieci i że w Zło­tym Brzegu Susan Baker znów w tajem­nicy przed innymi robi na dru­tach maleń­kie buciki; ponow­nie stała się Anią z Zie­lo­nego Wzgó­rza.

Kiedy pani Linde weszła, wno­sząc czy­ste ręcz­niki, zastała ją roz­ma­rzoną ze spoj­rze­niem utkwio­nym w lustrze.

- Cudow­nie mieć cię znowu w domu, Aniu, ot co. Minęło już dzie­więć lat od two­jego wyjazdu, lecz obie z Marylą nie możemy prze­stać za tobą tęsk­nić, mimo że nie jeste­śmy już tak samotne, odkąd Tadzio się oże­nił. Mil­lie to uro­cza dziew­czyna, a jakie pie­cze cia­sta! Cho­ciaż cie­kaw­ska z niej sroczka, wszystko ją inte­re­suje! Zawsze jed­nak mówi­łam i będę powta­rzać, że nikt nie może rów­nać się z tobą.

- Och, pani Mał­go­rzato, tego lustra nie da się oszu­kać, a mówi ono wyraź­nie: "Nie jesteś już taka młoda jak kie­dyś" - kapry­siła Ania.

- Na­dal masz bar­dzo dobrą cerę - pocie­szyła ją pani Linde. - Oczy­wi­ście ni­gdy nie mia­łaś spe­cjal­nych rumień­ców, więc nie było czego tra­cić.

- No i na razie nie poja­wił się nawet ślad dru­giego pod­bródka - odparła wesoło Ania. - A mój stary pokój dosko­nale mnie pamięta, pani Mał­go­rzato. Cie­szę się! Czu­ła­bym się zra­niona, gdy­bym po przy­jeź­dzie prze­ko­nała się, że lustro mnie zapo­mniało. I cudow­nie znów zoba­czyć księ­życ wsta­jący nad Lasem Stra­chów!

- Wygląda jak wielki kawał złota na nie­bie - powie­działa pani Linde nieco zanie­po­ko­jona wła­snym poetyc­kim nasta­wie­niem i jed­no­cze­śnie wdzięczna losowi, że Maryla tego nie sły­szy.

- Pro­szę tylko spoj­rzeć na te spi­cza­ste jodły na jego tle. I brzozy w dolince, które na­dal wycią­gają ramiona do srebr­nego nieba. Teraz to już wiel­kie drzewa, a pamię­tam, gdy były świeżo wyro­śnię­tymi malut­kimi krze­wi­nami. Przez to od razu odczu­wam upływ lat.

- Drzewa są jak dzieci - sko­men­to­wała pani Linde. - Na chwilę spu­ścisz je z oczu, a już stają się doro­słe! Spójrz na Freda Wri­ghta. Ma zale­d­wie trzy­na­ście lat, a jest już pra­wie tak wysoki jak jego ojciec. Na kola­cję jest gorąca zapie­kanka z kur­czaka, a spe­cjal­nie dla cie­bie zro­bi­łam cia­steczka cytry­nowe. Nie oba­wiaj się - możesz spać w tym łóżku. Wywie­trzy­łam dzi­siaj całą pościel, a Maryla, nie wie­dząc o tym, zro­biła to samo. A potem także Mil­lie! Mam nadzieję, że jutro pojawi się Mary Maria Bly­the. Zawsze lubiła pogrzeby.

- Ciotka Mary Maria - Gil­bert zawsze tak ją nazywa, cho­ciaż jest tylko kuzynką jego ojca - zawsze mówi do mnie "Anu­siu" - wzdry­gnęła się Ania. - A kiedy spo­tka­ły­śmy się pierw­szy raz po ślu­bie, powie­działa: "Jakie to dziwne, że Gil­bert wybrał cie­bie. Wokół niego było prze­cież tyle innych, uro­czych dziew­cząt". Być może dla­tego ni­gdy jej nie polu­bi­łam i wiem, że Gil­bert też za nią nie prze­pada, mimo że abso­lut­nie nie chce się do tego przy­znać.

- Czy Gil­bert zosta­nie na długo?

- Nie, musi wró­cić już jutro wie­czo­rem. Pacjenci wzy­wają.

- Cóż, dobrze przy­pusz­cza­łam, że odkąd w zeszłym roku ode­szła jego matka, już nic go nie trzyma w Avon­lea. Stary pan Bly­the ni­gdy nie odzy­skał formy po jej śmierci. Po pro­stu nie miał już po co żyć. Bly­tho­wie zawsze tacy byli. Zawsze. Zbyt wielką wagę przy­wią­zy­wali do ziem­skich rze­czy. Jakie to smutne, że nie ma już w Avon­lea nikogo z ich rodziny! A to byli tacy dobrzy ludzie. Ale cóż, za to mamy w bród Slo­ane'ów, a Slo­ane'owie zawsze pozo­staną Slo­ane'ami i będą nimi do końca świata. Amen.

- Niech sobie będzie tylu Slo­ane'ów, ile chce. Po kola­cji wyjdę do sta­rego sadu na spa­cer w świe­tle księ­życa. Przy­pusz­czam, że kie­dyś w końcu będę musiała iść do łóżka, cho­ciaż - moim zda­niem - spa­nie w księ­ży­cową noc to mar­no­wa­nie czasu, ale wstanę wcze­śnie, żeby spraw­dzić, jak pierw­sze słabe poranne świa­tło prze­dziera się przez Las Stra­chów. Niebo sta­nie się kora­lowe, rudziki będą pod­ska­ki­wać w oko­licy, być może nawet szary wró­be­lek wylą­duje na para­pe­cie, a w ogro­dzie zakwitną sto­krotki.

- Ale kró­liki zja­dły cały klomb czerw­co­wych lilii - zatro­skała się pani Linde, scho­dząc na dół i czu­jąc pewną ulgę, że nie musi już roz­pra­wiać o księ­życu. Ania była zawsze tro­chę dziwna pod tym wzglę­dem, a teraz można śmiało stwier­dzić, iż nie ma nadziei, by kie­dy­kol­wiek z tego wyro­sła.

Diana wyszła ścieżką na spo­tka­nie przy­ja­ciółki. Nawet w świe­tle księ­życa widać było, że jej włosy są na­dal czarne, policzki różowe, a oczy rów­nie błysz­czące jak kie­dyś. Ale świa­tło księ­życa nie pozwa­lało ukryć faktu, że w minio­nych latach przy­brała na wadze, a prze­cież ni­gdy nie była chu­dziną, jak mawiali ludzie w Avon­lea.

- Nie martw się, kocha­nie. Nie zostanę długo.

- Mia­ła­bym się z tego powodu mar­twić? - powie­działa z wyrzu­tem Diana. - Wiesz, że wola­ła­bym spę­dzić wie­czór z tobą, niż iść na to przy­ję­cie. Nie nacie­szy­łam się jesz­cze twoim towa­rzy­stwem, a wyjeż­dżasz już poju­trze. A brat Freda... rozu­miesz... po pro­stu musimy jechać.

- Oczy­wi­ście że musi­cie, prze­cież wpa­dłam tylko na chwilę. Przy­szłam naszą starą trasą, mija­jąc Źró­dełko Leśnej Bogini, przez Las Stra­chów, obok altanki w waszym ogro­dzie, a potem wzdłuż Zwier­cia­dła Wierzb, gdzie zatrzy­ma­łam się, żeby popa­trzeć jak kie­dyś na odwró­cone w wodzie odbi­cia drzew. Ależ one uro­sły!

- Wszystko uro­sło - powie­działa Diana z wes­tchnie­niem.

- Kiedy patrzę na małego Freda... Wszy­scy tak bar­dzo się zmie­ni­li­śmy, z wyjąt­kiem cie­bie, ty się nie zmie­niasz, Aniu! Jak to się dzieje, że na­dal jesteś szczu­pła? Popatrz na mnie!

- Nabra­łaś nieco wyglądu matrony - zaśmiała się Ania. - Ale na razie jesz­cze nie roz­ro­słaś się wszerz, co bywa typowe dla śred­niego wieku, Di. A co do braku zmian u mnie, otóż pani H.B. Don­nell zga­dza się z tobą. Powie­działa mi na pogrze­bie, że nie wyglą­dam nawet o dzień star­sza, ale pani Har­mo­nowa Andrews tak nie myśli. Rze­kła: "Moja droga Aniu, wyglą­dasz mizer­nie". Wszystko zależy od punktu widze­nia patrzą­cego lub od jego świa­do­mo­ści. Kiedy oglą­dam zdję­cia w maga­zy­nach, dociera do mnie, że mimo wszystko tro­chę się sta­rzeję; boha­te­ro­wie i boha­terki zaczy­nają zda­wać się zbyt mło­dzi, ale nie przej­mujmy się, Di. Jutro odzy­skamy mło­dość! Wła­śnie przy­szłam ci to oznaj­mić. Zro­bimy sobie wolne popo­łu­dnie i wie­czór i prze­wie­trzymy nasze dawne czasy. Wszyst­kie po kolei! Będziemy spa­ce­ro­wać po wio­sen­nych polach i przez stare lasy pełne paproci. Zoba­czymy dawne, zna­jome miej­sca, które tak bar­dzo kocha­ły­śmy, i wzgó­rza, gdzie ponow­nie spo­tkamy nasze dawne czasy. Jak wiesz, wio­sną wszystko jest moż­liwe! Prze­sta­niemy się czuć odpo­wie­dzial­nymi mat­kami i będziemy roz­trze­pane, o co na­dal podej­rzewa nas pani Linde w swym wiel­ko­dusz­nym sercu. Nie ma skąd czer­pać rado­ści, jeśli jest się stale roz­sąd­nym, Diano.

- Ojej, ależ mi się podoba to, co mówisz! Bar­dzo chcia­ła­bym, ale...

- Nie zga­dzam się na żadne "ale". Wiem, że mar­twisz się o to, kto przy­go­tuje kola­cję.

- Nie cał­kiem. Ania Kor­de­lia potrafi rów­nie dobrze jak ja pora­dzić sobie z tym obo­wiąz­kiem, mimo że ma dopiero jede­na­ście lat - oświad­czyła dum­nie Diana. - I tak miała się tym zająć, gdyż wybie­ra­łam się na spo­tka­nie cha­ry­ta­tywne, ale nie pójdę. Za to wybiorę się z tobą na wycieczkę. Będę miała wra­że­nie, że moje marze­nia się speł­niają. Wiesz, Aniu, że czę­sto wie­czo­rem udaję, że znów jeste­śmy małymi dziew­czyn­kami. Wezmę dla nas kola­cję.

- A zjemy ją w ogro­dzie Hester Grey! Mam nadzieję, że on wciąż ist­nieje?

- Ja też - powie­działa z powąt­pie­wa­niem Diana. - Nie byłam tam od wyj­ścia za mąż. Ania Kor­de­lia cho­dzi sporo po oko­licy, ale zawsze ją pro­szę, żeby nie odda­lała się zbyt­nio od domu. Uwiel­bia włó­częgi po lasach. I pew­nego dnia, kiedy skrzy­cza­łam ją za mówie­nie do sie­bie w ogro­dzie, odparła, że prze­cież nie mówi do sie­bie, ale do dusz­ków kwia­tów. Pamię­tasz ten ser­wis her­ba­ciany dla lalek w różane pączki, który przy­sła­łaś jej na dzie­wiąte uro­dziny? Nie bra­kuje w nim nawet jed­nej fili­żanki! Bar­dzo o niego dba. Używa go tylko wtedy, kiedy na pod­wie­czo­rek zapra­sza trójkę zie­lo­nych ludzi­ków. Nie udało mi się wycią­gnąć z niej, kogo tak okre­śla. Muszę ci powie­dzieć, Aniu, że pod pew­nymi wzglę­dami jest o wiele bar­dziej podobna do cie­bie niż do mnie.

- Praw­do­po­dob­nie nada­nie dziecku imie­nia pociąga za sobą dużo poważ­niej­sze kon­se­kwen­cje, niż można pomy­śleć, nawet Szek­spi­rowi nie przy­szło to do głowy. Nie zwal­czaj fan­ta­zji Ani Kor­de­lii, Diano. Żal mi dzieci, któ­rym nie wolno spę­dzić kilku lat w kra­inie cza­rów.

- Oli­wia Slo­ane jest teraz nauczy­cielką - rze­kła Diana z powąt­pie­wa­niem. - Wyobraź sobie, że ma licen­cjat i pod­jęła się pracy w szkole na rok, aby miesz­kać bli­sko matki. Twier­dzi, że dzieci należy wdro­żyć do sta­wia­nia czoła rze­czy­wi­sto­ści.

- Czy naprawdę doży­łam chwili, kiedy w twoim gło­sie sły­chać slo­ano­wa­tość, Diano Wri­ght?

- Nie, nie, nie! Nie lubię jej ani tro­chę. Ma takie okrą­głe, wytrzesz­czone nie­bie­skie oczy jak cały ten jej klan. Nie mam nic prze­ciwko marze­niom Ani Kor­de­lii. Są tak piękne jak kie­dyś twoje! A życie samo zmusi ją do sta­wia­nia czoła rze­czy­wi­sto­ści.

- Świet­nie, a więc wszystko usta­lone. Przyjdź na Zie­lone Wzgó­rze około dru­giej. Napi­jemy się wina z czer­wo­nej porzeczki, które Maryla znowu pro­du­kuje mimo tego, co mówią pastor i pani Linde, a wtedy poczu­jemy jesz­cze inten­syw­niej dia­bel­ski nastrój!

- Czy pamię­tasz dzień, w któ­rym mnie upi­łaś tym winem? - zachi­cho­tała Diana, która nie miała nic prze­ciwko dia­bel­skiemu nastro­jowi, suge­ro­wa­nemu przez Anię. Każdy kto znał Anię, wie­dział, że jej inten­cje nie mają nic wspól­nego z sza­ta­nem - po pro­stu taki miała spo­sób wyra­ża­nia się.

- Spę­dzimy uro­czy dzień na wspo­min­kach, Diano. Teraz jed­nak nie zatrzy­muję cię już dłu­żej. Oto Fred nad­jeż­dża powo­zem. Masz śliczną sukienkę.

- Fred zmu­sił mnie do tego zakupu na wesele. Raczej nas na to nie stać, bo prze­cież posta­wi­li­śmy nową sto­dołę, ale on się uparł, że nie pozwoli, żeby jego żona wyglą­dała jak biedna sie­rota w towa­rzy­stwie, gdzie wszy­scy będą wystro­jeni jak ni­gdy w życiu. Czy nie jest to typowe dla męż­czy­zny?

- Och, zupeł­nie jak­bym sły­szała panią Elliot z Glen - zga­niła ją Ania. - Strzeż się przed roz­wi­ja­niem tej ten­den­cji. Czy chcia­ła­byś żyć w świe­cie bez męż­czyzn?

- To byłoby straszne - przy­znała Diana. - Tak, tak, Fred, już idę! O, w porządku, do jutra w takim razie, Aniu.

W dro­dze powrot­nej Ania zatrzy­mała się przy Źró­dełku Leśnej Boginki. Bar­dzo lubiła ten stary stru­myk. Wytę­żała słuch, aby usły­szeć dźwięk dzie­cię­cego śmie­chu, który pozo­stał w prze­pły­wa­ją­cej wodzie i teraz zda­wał się do niej powra­cać. Swoje dawne sny widziała odzwier­cie­dlone w czy­stej wodzie źró­dełka; stare przy­sięgi i szepty. Stru­myk zacho­wał je i teraz mru­czał, przy­po­mi­na­jąc o nich, ale nie sły­szał ich nikt oprócz niej i mądrych, sta­rych świer­ków z Lasu Stra­chów.

Roz­dział II

- Cóż za uro­czy dzień, spe­cjal­nie dla nas - powie­działa Diana. - Oba­wiam się jed­nak, że to jedyny taki moment, gdyż jutro zanosi się na deszcz.

- Nie przej­muj się. Dziś sko­rzy­stamy z jego urody, nawet jeżeli jutro nie zoba­czymy słońca. Dzi­siaj możemy cie­szyć się swoją przy­jaź­nią, mimo iż jutro nie będziemy już razem. Popatrz na dłu­gie, zło­to­zie­lone wzgó­rza i dolinki pokryte błę­kitną mgiełką; to wszystko jest nasze, Diano. Nic nie szko­dzi, że to naj­da­lej poło­żone wzgó­rze jest zapi­sane na nazwi­sko Abnera Slo­ane'a, dzi­siaj należy do nas! Wiatr wieje z zachodu - zawsze czuję głód przy­gód, gdy wieje zachodni wiatr. Odbę­dziemy wspa­niałą wspólną włó­częgę!

I tak się stało. Udały się do wszyst­kich daw­nych uko­cha­nych zakąt­ków: na Dróżkę Zako­cha­nych, do Lasu Stra­chów, do Fioł­ko­wej Doliny, na Brzo­zowy Prze­smyk, do Jeziora Lśnią­cej Toni. Tu i ówdzie dostrze­gły pewne zmiany. Nie­wielki pier­ścień mło­dych brzó­zek, gdzie kie­dyś bawiły się w dom, roz­rósł się teraz w wiel­kie drzewa. Brzo­zowy Prze­smyk, dawno nie­uży­wany, zarósł. Jezioro Lśnią­cej Toni cał­ko­wi­cie znik­nęło, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie wil­gotną poro­śniętą mchem zapa­dlinę. Ale Fioł­kowa Dolina błę­kit­niała od fioł­ków, a mło­dziutka jabłonka, którą kie­dyś Gil­bert odkrył w głębi lasu, roz­ro­sła się w olbrzy­mie drzewo, które teraz całe było pokryte drob­nymi pącz­kami kwia­tów ze szkar­łatną koń­cówką. Spa­ce­ro­wały z odkry­tymi gło­wami. Włosy Ani na­dal poły­ski­wały jak pole­ro­wany mahoń, a Diany bły­skały czer­nią. Wymie­niały rado­sne, pełne zro­zu­mie­nia, cie­płe i przy­ja­zne spoj­rze­nia. Chwi­lami spa­ce­ro­wały w mil­cze­niu; Ania zawsze utrzy­my­wała, że dwie osoby tak bli­skie sobie jak ona z Dianą są w sta­nie wyczu­wać swoje myśli. Cza­sami uroz­ma­icały roz­mowę wspo­mnie­niami. "Czy pamię­tasz dzień, kiedy zarwał się pod tobą dach kur­nika Cob­bów na Tory Road? A pamię­tasz, jak sko­czy­ły­śmy na ciotkę Józe­finę? A nasz Klub Powie­ściowy? A odwie­dziny pani Mor­gan, którą przyj­mo­wa­łaś z nosem pofar­bo­wa­nym na czer­wono? Czy pamię­tasz, jak dawa­ły­śmy sobie sygnały z okien, uży­wa­jąc do tego świe­czek? A cudowne wesele panny Lawendy i błę­kitne kokardy Karo­liny? I jesz­cze "Sto­wa­rzy­sze­nie na rzecz ulep­sza­nia Avon­lea?". Miały wra­że­nie, że na­dal sły­szą wybu­chy wła­snego śmie­chu, któ­rego echo przy­wra­cało minione lata.

Sto­wa­rzy­sze­nie zmarło spo­kojną śmier­cią wkrótce po zamąż­pój­ściu Ani.

- Nie potra­fili go utrzy­mać przy życiu, Aniu. Mło­dzież w Avon­lea jest zupeł­nie inna niż za naszych cza­sów.

- Nie mów tak, jakby nasze czasy się zakoń­czyły, Diano. Mamy dopiero pięt­na­ście lat i pokrewne dusze. Powie­trze nie tylko jest prze­peł­nione świa­tłem, ono jest samym świa­tłem! Myślę, że udało mi się już roz­wi­nąć skrzy­dła.

- Ja też tak się czuję. - Diana zapo­mniała, że tego ranka waga ujaw­niła, że prze­kro­czyła sie­dem­dzie­siąt pięć kilo­gra­mów.

- Czę­sto marzę, żeby zmie­nić się na krótki moment w ptaka. Jakie to musi być cudowne uno­sić się w powie­trzu!

Dokoła nich roz­ta­czało się nie­zwy­kłe piękno. Nie­ocze­ki­wane odcie­nie bły­skały pośród ciem­nych lasów i zachę­cały do dal­szego spa­ceru. Wio­senne słońce prze­sie­wało się przez młode, zie­lone listki. Wszę­dzie sły­chać było rado­sne trele. Co rusz poja­wiały się drobne zagłę­bie­nia, jakby wypeł­nione płyn­nym zło­tem. Zza każ­dego zakrętu dobie­gał ich nowy, świeży wio­senny zapach: korzenny paproci, bal­sa­miczny jodeł, świeżo prze­ora­nych pól. Prze­cho­dziły drogą osło­niętą kota­rami kwit­ną­cej dzi­kiej wiśni, tra­wia­stym polem peł­nym drob­nych świer­ków, które dopiero roz­po­czy­nały swe życie i wyglą­dały jak elfy pośród trawy, mijały stru­myki jesz­cze nie dosyć sze­ro­kie, aby wysko­czyć ze swego koryta, śniadki pod jodłami, zwi­nięte młode papro­cie i brzozę, z któ­rej jakiś wan­dal ode­rwał w kilku miej­scach białą osłonkę, uka­zu­jąc prze­bar­wie­nia kory pod spodem. Ania tak długo patrzyła na jej kibić, że aż zdzi­wiła Dianę. Ta nie dostrze­gała jak Ania prze­bar­wień: od naj­czyst­szej kre­mo­wej bieli, poprzez wytworne złote tony ciem­nie­jące i ciem­nie­jące, aż do wewnętrz­nej war­stwy ujaw­nia­ją­cej naj­głęb­sze bogac­two brą­zów, jakby suge­ru­jąc, że wszyst­kie brzozy wyglą­da­jące jak chłodne panienki kryją w środku cie­pło zabar­wione uczu­ciem.

- Pra­stary ogień ziemi w ich ser­cach - mruk­nęła Ania.

I wresz­cie, po przej­ściu małego leśnego wąwozu, jesie­nią zawsze peł­nego mucho­mo­rów, odna­la­zły ogród Hester Grey. Nie był pra­wie wcale zmie­niony. Na­dal pach­niał słodko tymi samymi kwia­tami. Było tam pełno czerw­co­wych lilii, jak Diana nazy­wała nar­cyzy. Rząd wiśni nieco się posta­rzał, ale obec­nie pozo­sta­wały w śnież­no­bia­łym roz­kwi­cie. Można było odna­leźć cen­tralną aleję różaną i starą gro­blę białą od kwiat­ków tru­skawki, nie­bie­ską od fioł­ków i zie­loną od mło­dych papro­tek. Pik­ni­kową kola­cję zja­dły w kącie ogródka, sie­dząc na omsza­łych kamie­niach. Za nimi znaj­do­wał się krzew bzu, który roz­cią­gał pur­pu­rowe kiści w nisko wiszą­cym słońcu. Obie wygłod­niały i z ape­ty­tem kon­su­mo­wały przy­go­to­wane przez sie­bie sma­ko­łyki.

- Ależ wszystko nabiera dodat­ko­wego smaku, gdy jemy w takim oto­cze­niu! - wes­tchnęła z zado­wo­le­niem Diana. - To twoje cia­sto cze­ko­la­dowe, Aniu! Cóż, trudno dobrać wła­ściwe słowa, by je opi­sać. Koniecz­nie musisz dać mi prze­pis, na pewno zachwyci Freda. Jemu los sprzyja - obo­jęt­nie co je, pozo­staje szczu­pły. A ja cią­gle powta­rzam sobie, że prze­stanę jeść cia­sto, ponie­waż z roku na rok coraz bar­dziej od niego tyję. Strasz­nie się boję, żeby się nie roz­tyć jak ciotka Sara. Była tak gruba, że nie mogła sama się pod­nieść. Musiano ją cią­gnąć do pionu w kilka osób! Ale jak widzę twoje cia­sto lub to ser­wo­wane wczo­raj wie­czo­rem na przy­ję­ciu, ule­gam. Zresztą prze­cież obra­zi­liby się, gdy­bym nie jadła.

- Dobrze się bawi­łaś?

- O tak, do pew­nego momentu, ale potem wpa­dłam w szpony kuzynki Freda, Hen­rietty. Jest zachwy­cona, kiedy znaj­dzie słu­cha­cza, któ­remu może opo­wie­dzieć o wszyst­kich swo­ich przy­pa­dło­ściach i sen­sa­cjach w trak­cie ich prze­cho­dze­nia i jak nie­wiele bra­ko­wało, a pękłby jej wyro­stek robacz­kowy, gdyby w porę go nie usu­nięto. "Zało­żyli mi pięt­na­ście szwów, och, Diano, jak się nacier­pia­łam!". No, przy­naj­mniej ona się dobrze uba­wiła, acz­kol­wiek moim kosz­tem. Prawdą jest, że się nacier­piała, więc nic dziw­nego, że korzy­sta z przy­jem­no­ści, jaką daje jej teraz opo­wia­da­nie o tych prze­ży­ciach. Jim był taki śmieszny, nie wiem jed­nak, czy podo­bało się to Mary Alice. Jeden malutki kawa­łe­czek, skoro i tak przyj­dzie ponieść karę. Mały kawa­łek chyba nie zrobi róż­nicy? Więc wra­ca­jąc do sprawy, oto co powie­dział: że wie­czo­rem przed wese­lem tak strasz­li­wie się bał, że pra­wie był gotów wsiąść do pociągu i uciec na sta­tek. Oświad­czył, że wszy­scy pano­wie mło­dzi zawsze tak się czują. Może nie każdy się do tego przy­znaje. Chyba nie przy­pusz­czasz, żeby Gil­bert i Fred też odczu­wali coś podob­nego, co, Aniu?

- Jestem pewna, że nie.

- To samo powie­dział Fred, kiedy go zapy­ta­łam. Powie­dział, że bał się tylko jed­nej rze­czy: że jak Rose Spen­cer w ostat­niej chwili zmie­nię zda­nie, ale jestem prze­ko­nana, że trudno odgad­nąć, co naprawdę myśli męż­czy­zna. Teraz już nie ma sensu się tym mar­twić. Jak przy­jem­nie spę­dzi­ły­śmy to popo­łu­dnie! Na nowo prze­ży­ły­śmy tyle szczę­śli­wych chwil. Jaka szkoda, że musisz już jutro jechać, Aniu.

- A czy ty nie mogła­byś przy­je­chać któ­re­goś dnia latem do Zło­tego Brzegu, Diano? Zanim... zanim przez jakiś czas nie będę w sta­nie przyj­mo­wać gości.

- Z wielką przy­jem­no­ścią, ale latem chyba nie zdo­łam się wyrwać z domu. Zawsze jest tyle roboty.

- Wresz­cie przy­je­dzie Reb­beca Dew, z czego bar­dzo się cie­szę, i oba­wiam się, że ciotka Mary Maria także suge­ro­wała to Gil­ber­towi. Prawdę mówiąc, ani jemu, ani mnie nie zależy zbyt­nio na jej towa­rzy­stwie, ale to krewna i nie wypada odmó­wić.

- Być może wpadnę do cie­bie zimą. Chcia­ła­bym znów zoba­czyć Złoty Brzeg. Masz uro­czy dom, Aniu, i uro­czą rodzinę.

- Złoty Brzeg jest milutki i teraz już go kocham, ale kie­dyś myśla­łam, że ni­gdy go nie zaak­cep­tuję. Na początku, po prze­pro­wadzce, byłam wście­kła. Nie­na­wi­dzi­łam tego miej­sca za wszyst­kie jego zalety. Obra­żały mój wyma­rzony dom. Pamię­tam, jak powie­dzia­łam ze smut­kiem do Gil­berta, kiedy go opusz­cza­li­śmy: "Ni­gdzie nie będziemy tak szczę­śliwi jak tutaj". Przez jakiś czas pozwa­la­łam sobie na luk­sus tęsk­noty, a potem powoli zaczę­łam przy­zwy­cza­jać się i nabie­rać sen­ty­mentu do nowego miej­sca, choć sta­ra­łam się to zwal­czyć. Naprawdę. Ale wresz­cie musia­łam się pod­dać i przy­znać, że kocham Złoty Brzeg. I od tej pory wciąż nabie­ram do niego coraz wię­cej sen­ty­mentu. Nie jest zbyt stary; zbyt stare domy przy­gnę­biają. I nie jest za nowy; zbyt nowo­cze­sne są nie­wy­ro­bione. A ten jest w sam raz. Uwiel­biam każdy jego pokój. Wszyst­kie mają jakieś wady, lecz także zalety, coś, co odróż­nia je od innych, nadaje oso­bo­wość. Uwiel­biam te wspa­niałe drzewa przy traw­niku! Nie mam poję­cia, kto je zasa­dził, ale za każ­dym razem, gdy wcho­dzę na górę, zatrzy­muję się na pół­pię­trze, gdzie - jak wiesz - znaj­duje się to uro­cze okienko z sze­ro­kim sie­dze­niem na para­pe­cie, i sia­dam tam, wyglą­dam przez moment i mówię: "Niech Bóg bło­go­sławi czło­wieka, który zasa­dził te drzewa, obo­jęt­nie kim był". W grun­cie rze­czy mamy może zbyt wiele drzew wokół domu, ale nie zre­zy­gnu­jemy nawet z jed­nego.

- To zabrzmiało jak słowa Freda. Uwiel­bia tę wielką wierzbę na połu­dnie od naszego domu. Zasła­nia widok z okien salonu i powta­rzam mu o tym usta­wicz­nie, a on odpo­wiada: "Czy chcesz przez to powie­dzieć, że dla widoku była­byś skłonna ściąć takie piękne drzewo?". Tak więc wierzba pozo­staje nie­tknięta, a ponie­waż jest uro­cza, dla­tego wła­śnie nazwa­li­śmy nasz dom Farmą Samot­nej Wierzby. Bar­dzo podoba mi się nazwa Złoty Brzeg, to takie miłe okre­śle­nie.

- To wła­śnie powie­dział Gil­bert. Nie­źle się bawi­li­śmy, sta­ra­jąc się zna­leźć nazwę. Pró­bo­wa­li­śmy kil­ku­na­stu, ale żadna nie paso­wała. Ale kiedy wpa­dli­śmy na Złoty Brzeg, wie­dzie­li­śmy od razu, że ta nazwa jest trafna. Cie­szę się, że mamy duży, prze­stronny dom, jaki jest nam potrzebny przy dużej rodzi­nie. Dzieci także go uwiel­biają, mimo że są jesz­cze małe.

- To takie anio­łeczki. - Diana ukro­iła sobie następny kawa­łek cia­sta cze­ko­la­do­wego. - Myślę, że moje dzieci są ładne, ale twoje mają w sobie coś nad­zwy­czaj­nego. A te twoje bliź­niaczki! Ich zazdrosz­czę ci naj­bar­dziej; zawsze marzy­łam o bliź­nię­tach.

- Cóż, nie udało mi się uchro­nić przed bliź­nię­tami, to moje prze­zna­cze­nie, ale jestem roz­cza­ro­wana, że moje córeczki nie wyglą­dają iden­tycz­nie. Zupeł­nie nie są do sie­bie podobne. Cho­ciaż Nan jest ładna, z brą­zo­wymi wło­sami, piw­nymi oczami i uro­czą cerą, Di to ulu­bie­nica ojca, ponie­waż ma zie­lone oczy i rude włosy. Rude krę­cone włosy. Shir­ley to oczko w gło­wie Susan. Bar­dzo długo po jego uro­dze­niu cho­ro­wa­łam i to ona się nim zaj­mo­wała. Teraz mam wra­że­nie, że uważa go za wła­snego synka. Nazywa go swoim małym brą­zo­wym chłop­czy­kiem i strasz­li­wie roz­piesz­cza.

- A jest na­dal tak malutki, że wymaga zaglą­da­nia do pokoju, żeby spraw­dzić, czy się nie roz­ko­pał i ponow­nie go opa­tu­lić - powie­działa zazdro­śnie Diana. - Jack ma dzie­więć lat, jak wiesz, i już nie chce, bym go trak­to­wała jak malu­cha. Twier­dzi, że jest na to zbyt duży. A ja tak bar­dzo to lubi­łam. Bar­dzo bym chciała, żeby dzieci nie dora­stały tak szybko!

- Żadne z moich dzieci nie doszło jesz­cze do tego etapu, cho­ciaż zauwa­ży­łam, że od kiedy Jem zaczął cho­dzić do szkoły, nie chce trzy­mać mnie za rękę, kiedy prze­cho­dzimy przez wio­skę. Ale zarówno on, jak i Wal­ter, i Shir­ley, doma­gają się, żebym kła­dła ich do łóżka. Wal­ter trak­tuje to jako rytuał, z któ­rego nie zre­zy­gnuje.

- Ty jesz­cze nie musisz mar­twić się z powodu ich pla­nów na przy­szłość. Wyobraź sobie, że Jack sza­leje na punk­cie woj­ska i chce być żoł­nie­rzem, jak doro­śnie. Wyobraź sobie!

- Nie mar­twi­ła­bym się tym. Zaraz zama­rzy mu się coś cał­kiem innego i zapo­mni o woj­sku. Wojna jest sprawą prze­szło­ści. Jem marzy o zosta­niu mary­na­rzem jak kapi­tan Jim, a Wal­ter chciałby być poetą. Nie jest podobny do pozo­sta­łych, ale wszy­scy kochają drzewa i uwiel­biają bawić się w Doli­nie - małej dolince tuż obok Zło­tego Brzegu, ze ścież­kami i stru­mie­niem. Bar­dzo zwy­kłe miej­sce. Zagłę­bie­nie dla innych, ale dla nich kra­ina cza­rów. Wszy­scy mają jakieś wady, ale są razem nie­źli i na szczę­ście panuje wśród nich miłość. Cie­szę się na myśl, że jutro o tej porze będę z powro­tem w Zło­tym Brzegu, będę opo­wia­dać moim dzie­ciacz­kom bajki na dobra­noc i chwa­lić Susan z powodu jej kal­ce­ola­rii i paprotki. Susan ma dobrą rękę do papro­tek, nikt nie umie hodo­wać ich jak ona. Zupeł­nie uczci­wie mogę kom­ple­men­to­wać jej paprotki ponad nie­biosa, ale kal­ce­ola­rie, Diano! Nie uwa­żam ich za kwiaty, ale nie chcę ranić uczuć Susan, mówiąc jej to. Zawsze jakoś z tego wybrnę, Opatrz­ność jesz­cze mnie nie zawio­dła. Susan jest taka kochana. Nie wiem, co bym bez niej zro­biła. A pamię­tam, że kie­dyś nazwa­łam ją out­si­de­rem!1. Tak, przy­jem­nie jest myśleć o powro­cie do domu. Lecz mimo to ze smut­kiem wyjeż­dżam z Zie­lo­nego Wzgó­rza. Tak tu pięk­nie. Z Marylą i tobą. Nasza przy­jaźń pozo­staje cudowną rze­czą, Diano.

- Tak, zawsze chcę to powie­dzieć, a nie umiem mówić takich rze­czy jak ty, Aniu, ale dotrzy­ma­ły­śmy naszych sta­rych uro­czy­stych przy­siąg i obiet­nic, prawda?

- Zawsze. I zawsze ich będziemy dotrzy­my­wać.

Ania chwy­ciła Dianę za rękę. Sie­działy długo w mil­czą­cym poro­zu­mie­niu. Dłu­gie wie­czorne cie­nie kła­dły się na tra­wach i kwia­tach, a zie­lo­ność objęła łąki w oddali. Słońce zacho­dziło. Sza­ro­ró­żowe cie­nie nieba pogłę­biały się i bla­dły za drze­wami. Wio­senny pół­mrok ogar­nął ogród Hester Grey, gdzie nikt ni­gdy nie spa­ce­ro­wał. Rudziki deko­ro­wały wie­czorne powie­trze fle­to­po­dob­nym pogwiz­dy­wa­niem. Wielka gwiazda poja­wiła się nad bia­łymi wisien­kami.

- Pierw­sza gwiazda to zawsze cud - roz­ma­rzyła się Ania.

- Mogła­bym sie­dzieć tu całe wieki - wtó­ro­wała jej Diana. - Z żalem myślę o powro­cie.

- Ja też, ale prze­cież tylko uda­wa­ły­śmy, że mamy po pięt­na­ście lat. Musimy pamię­tać o naszych rodzi­nach. Ależ te bzy pachną! Czy przy­szło ci kie­dy­kol­wiek do głowy, Diano, że w zapa­chu kwit­ną­cych bzów jest coś nie cał­kiem przy­zwo­itego? Gil­bert śmieje się, kiedy o tym mówię. Też je bar­dzo kocha, ale ja mam zawsze wra­że­nie, że pamię­tają one o jakiejś tajem­nicy. Bar­dzo słod­kiej tajem­nicy.

- Ich zapach jest za mocny do domu. Zawsze tak uwa­ża­łam. - Diana pod­nio­sła talerz z resztą cia­sta cze­ko­la­do­wego, popa­trzyła nań z tęsk­notą, potrzą­snęła głową i wło­żyła do koszyka z wyra­zem wiel­kiej god­no­ści oso­bi­stej i poświę­ce­nia na twa­rzy.

- Czyż nie byłoby to śmieszne, Diano, gdy­by­śmy teraz, w dro­dze do domu, spo­tkały nasze wła­sne pięt­na­sto­let­nie osóbki bie­gnące Dróżką Zako­cha­nych?

Dianę prze­jęły ciarki.

- Nie, nie przy­pusz­czam, żeby to było śmieszne, Aniu. Ojej, nie zauwa­ży­łam, że się tak ściem­niło. Przy­jem­nie robi się różne rze­czy przy świe­tle dzien­nym, ale...

Szły w ciszy spo­koj­nie do domu przy świe­tle zachodu roz­pa­lo­nym nad sta­rymi wzgó­rzami, a w ich ser­cach pło­nęły dawne, gorące uczu­cia.

Roz­dział III

Ania zakoń­czyła tydzień pełen przy­jem­no­ści, zano­sząc ran­kiem następ­nego dnia kwiaty na grób Mate­usza, a po połu­dniu wsia­dła w Car­mody do pociągu jadą­cego do domu. Przez jakiś czas roz­my­ślała o wszyst­kich uko­cha­nych miej­scach, jakie pozo­sta­wiła za sobą, a następ­nie jej myśli pobie­gły w kie­runku tego, co cze­kało na nią u końca podróży. Jej serce śpie­wało cały czas, ponie­waż już wra­cała; do swego rado­snego domu, gdzie każdy, kto prze­szedł przez próg, wie­dział, że jest w miesz­ka­niu prze­peł­nio­nym śmie­chem, ze srebr­nymi kubecz­kami, zdję­ciami i nie­mow­lę­tami - cen­nymi istot­kami o krę­co­nych wło­sach i pulch­nych kolan­kach. Do domu, gdzie ser­decz­nie ją witają wszyst­kie pokoje, gdzie cier­pli­wie cze­kają na nią krze­sła i suk­nie w sza­fie, gdzie zawsze czci się wszel­kie rocz­nice i zacho­wuje szep­tane do uszek sekrety.

Cudow­nie jest wra­cać do domu - myślała, wycią­ga­jąc z kie­szeni list od małego synka, z któ­rego śmiała się rado­śnie poprzed­niego wie­czoru, czy­ta­jąc go z dumą miesz­kań­com Zie­lo­nego Wzgó­rza. Pierw­szy list od jej dziecka! Cał­kiem zgrab­nie sfor­mu­ło­wany jak na sied­mio­latka, który zale­d­wie od roku uczęsz­czał do szkoły, choć orto­gra­fia Jema daleka była od popraw­nej, a w jed­nym rogu znaj­do­wał się kleks.

Di pła­kała całą noc, ponie­waż Tommy Drew powie­dział, że spali jej lalkę w ogni­sku. Susan opo­wiada nam śliczne bajki wie­czo­rem, ale to nie to samo co Ty, Mamu­siu. Pozwo­liła mi pomóc siać kwiatki wczo­raj wie­czo­rem.

Jakże mogłam być szczę­śliwa z dala od nich przez cały tydzień? - pomy­ślała prze­jęta wyrzu­tami sumie­nia kasz­te­lanka Zło­tego Brzegu.

- Jak cudow­nie, że wysze­dłeś po mnie na sta­cję! - ucie­szyła się, wysia­da­jąc z pociągu w Glen St Mary pro­sto w ramiona męża. Nie wie­działa, czy Gil­bert wyj­dzie po nią na dwo­rzec, stale ktoś umie­rał lub się rodził, ale powrót do domu bez niego wyda­wał się Ani nie­moż­liwy. Miał na sobie przy­jemny, nowy jasno­szary gar­ni­tur (Bar­dzo się cie­szę, że wło­ży­łam tę fal­ba­nia­stą beżową bluzkę do brą­zo­wej gar­sonki, mimo że pani Linde uznała, że sza­leń­stwem jest ubie­rać się tak na podróż. W prze­ciw­nym wypadku nie wyglą­da­ła­bym tak ład­nie dla Gil­berta).

Złoty Brzeg przy­wi­tał ich pełną ilu­mi­na­cją rado­snych japoń­skich lata­re­nek zwie­sza­ją­cych się z werandy. Ania pobie­gła rado­śnie ścieżką, wzdłuż któ­rej rosły nar­cyzy.

- Złoty Brzegu, wró­ci­łam! - krzyk­nęła.

Nagle wszy­scy ją oto­czyli, śmie­jąc się, krzy­cząc i gesty­ku­lu­jąc, a w tle uśmie­chała się Susan Baker. Dzieci trzy­mały w rącz­kach bukiety - spe­cjal­nie dla niej, nawet dwu­letni Shir­ley.

- Och, jakie śliczne powi­ta­nie, cały Złoty Brzeg wygląda na szczę­śliwy! Jak cudow­nie, że rodzina wita mnie z taką rado­ścią!

- Jeżeli jesz­cze kie­dyś sobie poje­dziesz, mamu­siu - powie­dział Jem z powagą - pójdę do szpi­tala i dam sobie wyciąć wyro­stek robacz­kowy.

- Jak to zro­bisz? - zapy­tał Wal­ter.

- Ciiiii! - Jem poro­zu­mie­waw­czo szturch­nął Wal­tera i tajem­ni­czo wyszep­tał - Wiem, że to boli, ale chcę nastra­szyć mamu­się, żeby już wię­cej nie wyjeż­dżała.

Ania chciała zro­bić setki rze­czy naraz: przy­tu­lić każ­dego, wybiec w zmierzch i zebrać sto­krotki, które kwi­tły wszę­dzie w Zło­tym Brzegu, pod­nieść małą, znisz­czoną laleczkę z dywanu, usły­szeć wszyst­kie plo­teczki i nowiny, gdyż każdy pra­gnął coś jej opo­wie­dzieć. I to, jak Nan wepchnęła sobie do nosa zakrętkę od waze­liny, kiedy dok­tor był poza domem, a Susan nie wie­działa, co zro­bić ("Zapew­niam panią, pani dok­torowo kochana, prze­ży­łam to strasz­nie!"), i jak krowa pani Judo­wej Pal­mer połknęła pięć­dzie­siąt sie­dem gwoź­dzi i trzeba było spro­wa­dzić wete­ry­na­rza z Char­lot­te­town, jak roz­tar­gniona pani Fen­ne­rowa Douglas sta­wiła się w kościele z gołą głową, jak tatuś wyko­pał wszyst­kie dmu­chawce z traw­nika ("A mię­dzy nami mówiąc, co do nie­mow­la­ków, pani dok­torowo kochana, to przy­jął uro­dziny ośmiu, kiedy pani była w podróży"), jak pan Tom Flagg pofar­bo­wał sobie wąsy, a prze­cież jego żona zmarła zale­d­wie dwa lata temu, jak Rose Maxwell z Har­bour Head porzu­ciła Jima Hud­sona z Upper Glen, a on wysłał jej rachu­nek za wszystko, co jej dotych­czas kupił, jak wielka liczba osób sta­wiła się na pogrze­bie pani Ama­so­wej War­ren, jak kotu Car­tera Flagga ktoś wygryzł kawał ciała u nasady ogona, jak zna­le­ziono Shir­leya w stajni sto­ją­cego pod jed­nym z koni. ("Pani dok­torowo kochana, po tym prze­ży­ciu ni­gdy nie wrócę do sie­bie"), jak - nie­stety - oka­zało się, że śliwka węgierka cho­ruje na zarazę, jak Di przez cały dzień śpie­wała "Mamu­sia wraca dzi­siaj, wraca dzi­siaj" na melo­dię zna­nej pio­senki, jak Joemu Reese'owi przy­tra­fiło się zezo­wate kociątko, ponie­waż przy­szło na świat z otwar­tymi oczami, jak Jem usiadł przy­pad­kowo na lep na muchy, zanim wło­żył spodnie, i jak Shrimp wpadł do beczki z desz­czówką.

- Pra­wie uto­nął, pani dok­to­rowo kochana, ale na szczę­ście dok­tor usły­szał jego piski w samą porę i wycią­gnął go za tylne nogi ("Co ozna­cza w samą porę, mamu­siu?").

- Wydaje się, że nie pozo­sta­wiło to żad­nych śla­dów - powie­działa Ania, gła­dząc błysz­czące czarno-białe kształty zado­wo­lo­nego kociaka o wiel­kich szczę­kach, który mru­czał na krze­śle w świe­tle kominka. Prawdę mówiąc, sia­da­nie na jakim­kol­wiek krze­śle w Zło­tym Brzegu nie było bez­pieczne. Naj­pierw trzeba było upew­nić się, czy nie zaj­muje go jakiś kot. Susan, która nie prze­pa­dała za kotami, przy­się­gała, że musiała nauczyć się je lubić w samo­obro­nie. Co do Shrimpa - Gil­bert nazwał go tak rok temu, kiedy Nan przy­nio­sła nie­szczę­sne wychu­dzone kocię ze wsi, gdzie je tor­tu­ro­wali chłopcy, i to imię wów­czas paso­wało do niego, cho­ciaż teraz już nie bar­dzo było odpo­wied­nie.

- Ale, ale, Susan! Co stało się z Gogiem i Mago­giem? Mam nadzieję, że nikt ich nie stłukł?

- Nie, nie, pani dok­to­rowo kochana! - wykrzyk­nęła Susan, rumie­niąc się ze wstydu, i wybie­gła z pokoju. Powró­ciła szybko z dwoma pie­skami z por­ce­lany, które zawsze spra­wo­wały rządy na gzym­sie kominka w Zło­tym Brzegu. - Zupeł­nie nie rozu­miem, jak mogłam zapo­mnieć posta­wić je tu z powro­tem przed pani przy­jaz­dem. Widzi pani, pani dok­to­rowo kochana, pani Char­le­sowa Day z Char­lotte Town odwie­dziła nas dzień po pani wyjeź­dzie, a wie pani, jak ona jest sta­ranna i dokładna. Wal­ter uznał, że powi­nien ją zaba­wiać i zaczął od poka­zy­wa­nia jej pie­sków. "Ten nazywa się God, a tam­ten My God2". Byłam prze­ra­żona, a jak spoj­rza­łam na twarz pani Day, myśla­łam, że padnę. Wyja­śni­łam, naj­le­piej jak mogłam, gdyż nie chcia­łam, żeby uznała nas za rodzinę bał­wo­chwal­ców, ale zde­cy­do­wa­łam odło­żyć psy do szafki z por­ce­laną, aby nie było ich widać przy­naj­mniej do czasu pani powrotu.

- Mamu­siu, kiedy wresz­cie będziemy jeść kola­cję? - zapy­tał żało­śnie Jem. - Aż skręca mnie z głodu. Och, mamu­siu, zro­bi­li­śmy ulu­bione danie wszyst­kich.

- My to zro­bi­li­śmy, jak powie­działa pchła do sło­nia - sko­men­to­wała Susan. - Uzna­li­śmy, że pani powrót powi­nien być uczczony w nale­żyty spo­sób. Zaraz, zaraz, a gdzie jest Wal­ter? W tym tygo­dniu to on ogła­sza gon­giem posiłki!

Kola­cja była praw­dzi­wym świę­tem, a ukła­da­nie dzieci roz­koszne! Susan pozwo­liła Ani nawet poło­żyć do łóżka Shir­leya, widząc, z jakim namasz­cze­niem za to się zabiera.

- To nie jest zwy­kły dzień, dok­to­rowo kochana - powie­działa uro­czy­ście.

- Żaden dzień nie jest zwy­kły! Każdy dzień ma w sobie coś, czym różni się od innych. Czy tego nie zauwa­ży­łaś?

- Tak, to prawda, pani dok­to­rowo kochana. Nawet w ubie­gły pią­tek, gdy cały dzień padało i było tak nudno, oka­zało się, że na moim wiel­kim różo­wym gera­nium po raz pierw­szy od trzech lat wresz­cie poka­zały się pączki. A czy zauwa­żyła pani kal­ce­ola­rie ogro­dowe, pani dok­to­rowo kochana?

- Czy zauwa­ży­łam je? Ni­gdy w życiu nie widzia­łam ich w takim sta­nie. Jak udało ci się dopro­wa­dzić je do takiej formy? (O, udało mi się uszczę­śli­wić Susan, a wcale nie powie­dzia­łam żad­nej bujdy, ni­gdy nie widzia­łam tych kwia­tów w takim dosko­na­łym sta­nie, dzięki nie­bio­som!).

- To wynik mojej sta­łej opieki i uwagi, pani dok­to­rowo kochana. Jest jed­nak coś, o czym muszę z panią poroz­ma­wiać. Myślę, że Wal­ter coś podej­rzewa. Bez wąt­pie­nia któ­reś z dzieci z Glen coś mu powie­działo. Dzi­siaj tak wiele dzieci jest zorien­to­wa­nych w spra­wach, które powinny pozo­sta­wać dla nich tajem­nicą! Wal­ter zapy­tał mnie pew­nego dnia: "Susan, czy nie­mow­lęta są bar­dzo dro­gie?". Byłam troszkę zasko­czona, pani dok­to­rowo kochana, ale zacho­wa­łam roz­są­dek; "Nie­któ­rzy uwa­żają, że to luk­sus, ale w Zło­tym Brzegu uwa­żamy, że to koniecz­ność". Mia­łam do sie­bie pre­ten­sje, że na głos narze­ka­łam na wygó­ro­wane ceny wszyst­kiego w skle­pach w Glen. Oba­wiam się, że to zmar­twiło chłopca, ale jeżeli cokol­wiek powie pani, pani dok­to­rowo kochana, będzie pani przy­go­to­wana.

- Dosko­nale sobie z tą sprawą pora­dzi­łaś - sko­men­to­wała z poważną miną Ania. - Czas naj­wyż­szy, żeby dowie­działy się, czego się spo­dzie­wamy.

Ale naj­lep­sza chwila nade­szła, kiedy pod­szedł Gil­bert, gdy tak stała przy oknie, przy­glą­da­jąc się mgle nad­cią­ga­ją­cej znad morza ponad wydmami i por­tem oświe­tlo­nymi księ­ży­cem do dłu­giej wąskiej doliny, na którą roz­cią­gał się widok ze Zło­tego Brzegu i gdzie wtu­lona była wieś Glen St Mary.

- Jakie to przy­jemne wró­cić do domu po cięż­kim dniu pracy i zastać tu cie­bie! Czy jesteś szczę­śliwa, naj­wspa­nial­sza z Ań?

- Szczę­śliwa! - Ania pochy­liła się, by pową­chać pąki jabłoni w wazo­nie, który Jem usta­wił na toa­letce. Czuła się oto­czona miło­ścią. - Kochany Gil­ber­cie, cudow­nie było znów przez tydzień być Anią z Zie­lo­nego Wzgó­rza, ale sto razy lepiej jest wró­cić tutaj, by ponow­nie stać się Anią ze Zło­tego Brzegu.

Roz­dział IV

- Nie ma mowy - powie­dział dok­tor Bly­the tonem, który Jem dosko­nale zro­zu­miał.

Jem wie­dział, że nie ma szans prze­ko­nać taty, aby zmie­nił zda­nie, albo żeby mama sta­rała się go prze­ko­nać. Jasne było, że w tej kwe­stii mama i tata są tego samego zda­nia. Orze­chowe oczy Jema pociem­niały ze zło­ści i roz­cza­ro­wa­nia, kiedy patrzył na swo­ich okrut­nych rodzi­ców. Patrzył tym bar­dziej roz­gnie­wany, że byli tak obo­jętni na jego spoj­rze­nia i dalej jedli kola­cję, jak gdyby nic się nie stało. Oczy­wi­ście ciotka Mary Maria zauwa­żyła jego spoj­rze­nia. Nic nie mogło umknąć jej żałob­nemu, bla­do­nie­bie­skiemu wzro­kowi. Wyda­wało się jed­nakże, że spoj­rze­nia Jema jedy­nie ją roz­ba­wiły.

Ber­tie Sha­ke­spe­are Drew spę­dził całe popo­łu­dnie na zaba­wie z Jemem. Wal­ter wybrał się do sta­rego wyma­rzo­nego domu, aby bawić się tam z Ken­ne­them i Per­sis For­dami, a Ber­tie Sha­ke­spe­are powie­dział Jemowi, że wszy­scy chłopcy z Glen wie­czo­rem udają się do portu, zoba­czyć, jak kapi­tan Bill Tay­lor robi tatuaż w postaci węża na ramie­niu jego kuzyna Joego Drew. On, Ber­tie Sha­ke­spe­are, wybiera się tam, a czy Jem mógłby też z nim pójść? To byłaby taka frajda! Jem nabrał na to strasz­nej ochoty, ale - nie­stety - powie­dziano mu, że to wyklu­czone.

- Jest wiele powo­dów - stwier­dził tata. - Zacząć trzeba od tego, że spa­cer do portu z tymi chłop­cami to o wiele za daleko dla cie­bie. Poza tym wrócą bar­dzo późno, a twoja pora na dobra­noc to ósma, synku.

- Kiedy byłam dziec­kiem, posy­łano mnie do łóżka codzien­nie o siód­mej - wtrą­ciła ciotka Mary Maria.

- Musisz jesz­cze tro­chę pod­ro­snąć, zanim będziesz miał prawo wycho­dzić wie­czo­rami z domu - uzu­peł­niła mama.

- Mówi­łaś to już w zeszłym tygo­dniu! - wykrzyk­nął roz­złosz­czony Jem. - I już jestem star­szy! Myśli­cie, że jestem maleń­stwem?! Ber­tie idzie, a jest w moim wieku!

- W tam­tej oko­licy panuje odra - powie­działa ponuro ciotka Mary Maria. - Możesz się zara­zić, James.

Jem nie zno­sił, kiedy zwra­cano się do niego "James", co też ciotka robiła z wyraźną rado­ścią.

- Chcę zła­pać odrę - zamru­czał bun­tow­ni­czo. A potem, dostrze­gł­szy wzrok taty, opa­no­wał się. Tata nikomu nie pozwa­lał pysko­wać ciotce Mary Marii, któ­rej Jem nie­na­wi­dził. Cio­cia Diana i cio­cia Maryla były takie kochane, ale ta ciotka Mary Maria poja­wiła się jako zupeł­nie inny typ oso­bo­wo­ści.

- W porządku - powie­dział wyzy­wa­jąco, patrząc na mamę, by nikt nie mógł przy­pu­ścić, że mówi do ciotki Mary Marii. - Jeżeli nie chce­cie mnie kochać, to nie musi­cie. Ale czy byli­by­ście zado­wo­leni, gdy­bym uciekł z domu i poje­chał do Afryki polo­wać na tygrysy?

- W Afryce nie ma tygry­sów, kocha­nie - powie­działa deli­kat­nie mama.

- W takim razie na lwy! - Byli zde­cy­do­wani nie trak­to­wać go poważ­nie, prawda? Oczy­wi­ście, i jesz­cze śmiali się z niego! On im pokaże! - Nie może­cie powie­dzieć, że w Afryce nie ma lwów! Są ich miliony! Afryka jest pełna lwów!

Mama i tata tylko się uśmiech­nęli, co zupeł­nie nie spodo­bało się ciotce. Nie można tole­ro­wać nie­cier­pli­wo­ści dzieci.

- A na razie - powie­działa Susan roz­darta mię­dzy miło­ścią do małego Jema wymie­szaną ze współ­czu­ciem a prze­ko­na­niem, że dok­tor i dok­torowa mają abso­lutną rację, odma­wia­jąc mu prawa wycieczki do portu z tą wiej­ską bandą wybie­ra­jącą się do wiecz­nie pija­nego, sta­rego kapi­tana Billa Tay­lora. - Oto twój pier­nik i bita śmie­tana, Jem, kocha­nie.

Pier­nik z bitą śmie­taną był ulu­bio­nym dese­rem Jema, ale dzi­siaj nie zadzia­łał i nie zała­go­dził jego wzbu­rzo­nego nastroju.

- Nie chcę! - powie­dział z obra­żoną miną. Wstał i odszedł od stołu, a przy drzwiach odwró­cił się, rzu­ca­jąc ostat­nie zda­nie sprze­ciwu.

- Nie idę do łóżka aż do dzie­wią­tej. A kiedy doro­snę, ni­gdy nie będę cho­dził do łóżka. Będę sie­dział całą noc i to co noc. Dam sobie zro­bić tatuaż na całym ciele. Będę naj­gor­szy ze wszyst­kich złych ludzi. Zoba­czy­cie!

- "Nie pójdę" byłoby lep­szą formą niż "nie idę", kocha­nie - powie­działa matka.

Czyż są kom­plet­nie pozba­wieni uczuć?

- Mam wra­że­nie, że nikt nie ocze­kuje mojej opi­nii, Aniu, ale gdy­bym ja w dzie­ciń­stwie ode­zwała się w taki spo­sób do rodzi­ców, zosta­ła­bym sprana na kwa­śne jabłko - powie­działa ciotka Mary Maria. - Wielka szkoda, że witki brzo­zowe są tak rzadko uży­wane w nie­któ­rych domach.

- To nie wina małego Jema! - rzu­ciła się z obroną Susan, widząc, że dok­tor i pani dok­torowa nie mają zamiaru się ode­zwać. Ale jeżeli Mary Marii Bly­the takie twier­dze­nie ma ujść na sucho, to ona, Susan, przed­stawi jej swoją argu­men­ta­cję! - Ber­tie Sha­ke­spe­are nakrę­cił go na ten pomysł, opo­wia­da­jąc, jaka to będzie świetna zabawa oglą­dać tatu­owa­nie Johna Drew. Był tu całe przed­po­łu­dnie, wkradł się do kuchni i wziął naj­lep­szą alu­mi­niową patel­nię, żeby uży­wać jej jako hełmu. Twier­dził, że bawią się w żoł­nie­rzy. Potem zro­bili łodzie z dachó­wek i prze­mo­czyli się do suchej nitki, pusz­cza­jąc je w stru­mie­niu. Póź­niej ska­kali po podwórku przez co naj­mniej godzinę, wyda­jąc naj­dziw­niej­sze dźwięki i uda­jąc żaby. Żaby! Nic dziw­nego, że mały Jem jest zmę­czony i nie odpo­wiada za swoje słowa. To naj­grzecz­niej­sze dziecko, jakim zda­rzyło mi się opie­ko­wać! Nie jest roz­gry­ma­szony!

Ciotka Mary Maria nie odpo­wie­działa nic, tak była ziry­to­wana. Ni­gdy nie roz­ma­wiała z Susan Baker pod­czas posił­ków, zazna­cza­jąc w ten spo­sób dez­apro­batę dla tole­ro­wa­nia Susan z rodziną przy stole.

Ania i Susan omó­wiły to przed jej przy­jaz­dem. Susan znała swoje miej­sce i ni­gdy nie sia­dała ani nie pla­no­wała sia­dać z rodziną, kiedy w Zło­tym Brzegu byli goście.

- Ale ciotka Mary Maria nie jest gościem - wytłu­ma­czyła Ania. - To czło­nek rodziny, zresztą podob­nie jak ty, Susan.

W końcu Susan pod­dała się, odczu­wa­jąc skry­waną satys­fak­cję, że Mary Maria Bly­the prze­kona się, że Susan nie jest zwy­kłą dziew­czyną do pomocy. Nie znała wcze­śniej ciotki, ale jej sio­strze­nica, córka sio­stry, Matyldy, pra­co­wała u niej w Char­lot­te­town i zdała Susan pełne spra­woz­da­nie na jej temat.

- Nie mam zamiaru uda­wać przed tobą, Susan, że cie­szy mnie per­spek­tywa wizyty ciotki Mary Marii, szcze­gól­nie teraz - powie­działa szcze­rze Ania - ale napi­sała do Gil­berta, pro­sząc o zgodę na kil­ku­ty­go­dniową wizytę. A sama wiesz, jaki dok­tor jest w tych spra­wach.

- I ma abso­lutne do tego prawo - rze­kła Susan żar­li­wie. - Czło­wiek musi wspie­rać swo­ich krew­nych, ale kilka tygo­dni? Dok­to­rowo kochana, nie chcę zło­wiesz­czyć, ale bra­towa mojej sio­stry Matyldy przy­je­chała do niej na kilka tygo­dni i została dwa­dzie­ścia lat.

- Nie przy­pusz­czam, byśmy musiały bać się cze­goś takiego - powie­działa Ania. - Cio­cia Mary Maria ma bar­dzo przy­jemny domek w Char­lot­te­town. Ale podobno jest dla niej zbyt duży i czuje się samotna. Jej matka zmarła dwa lata temu, rozu­miesz? Miała już osiem­dzie­siąt pięć lat. Ciotka Mary Maria była z nią bar­dzo zwią­zana, więc teraz za nią tęskni. Sta­rajmy się uprzy­jem­nić jej tę wizytę.

- Zro­bię wszystko, co w mojej mocy, pani dok­to­rowo kochana. Oczy­wi­ście musimy prze­dłu­żyć stół o jedną deskę, ale prawdę mówiąc, lepiej prze­dłu­żać stół niż skra­cać.

- Na stole nie może być kwia­tów, Susan, ponie­waż, o ile dobrze rozu­miem, jest uczu­lona. A z powodu pie­przu kicha, więc lepiej go nie uży­wać. Czę­sto zda­rzają się jej poważne bóle głowy, więc musimy uni­kać hałasu.

- Lito­ści! Ni­gdy nie zauwa­ży­łam, żeby­ście z dok­to­rem robili hałas, a kiedy ja będę miała ochotę krzy­czeć, scho­wam się w gęstwi­nie klo­no­wych krze­wów. Jed­nakże jeśliby biedne dzie­ciaczki miały cały czas być cicho tylko z powodu bólu głowy Mary Marii Bly­the, to - pro­szę wyba­czyć mi szcze­rość - ale to lekka prze­sada, pani dok­to­rowo kochana.

- Ale to tylko kilka tygo­dni, Susan.

- Miejmy nadzieję, że tak. No cóż, pani dok­to­rowo kochana, nie­stety, kupu­jąc bekon, musimy zaak­cep­to­wać zarówno paski mięsa, jak i tłusz­czu - pod­su­mo­wała kwe­stię Susan.

Tak więc ciotka Mary Maria przy­je­chała, natych­miast po przy­jeź­dzie pyta­jąc, czy ostat­nio dali oczy­ścić kominy. Bar­dzo bała się pożaru.

- A ponadto zawsze twier­dzi­łam, że kominy tego domu nie są wystar­cza­jąco wyso­kie. Poza tym mam nadzieję, że moje posła­nie zostało dobrze wywie­trzone. Wil­gotna pościel to rzecz straszna, Aniu.

Prze­jęła w posia­da­nie pokój gościnny Zło­tego Brzegu, a przy oka­zji krę­ciła się po wszyst­kich pozo­sta­łych z wyjąt­kiem nale­żą­cego do Susan. Nikt nie witał jej z jakimś wiel­kim zachwy­tem. Jem, rzu­ciw­szy jedno spoj­rze­nie, uciekł do kuchni i wyszep­tał: - Czy pod­czas jej pobytu będziemy mieli prawo się śmiać, Susan? Oczy Wal­tera na jej widok wypeł­niły się łzami, więc trzeba było natych­miast wypro­wa­dzić go z pokoju. Bliź­nięta nie cze­kały na wypro­wa­dze­nie i same ucie­kły. Nawet Shrimp, jak zapew­niała Susan, uciekł i miał atak na podwórku. Jedy­nie Shir­ley sta­wił ciotce czoła, patrząc na nią bez lęku swymi ogrom­nymi brą­zo­wymi oczami z bez­piecz­nego ukry­cia w ramio­nach Susan. Ciotka Mary Maria uznała, że dzieci ze Zło­tego Brzegu mają bar­dzo złe maniery. Ale cze­góż można ocze­ki­wać od dzieci, któ­rych matka pisy­wała do gazet, a ojciec trak­tuje jako per­fek­cyjne wytwory tylko dla­tego, że są jego, a do tego opie­kuje się nimi najęta dzie­wu­cha w rodzaju Susan Baker, która nawet nie zna swego miej­sca w domu? Ale ona, Mary Maria Bly­the, zrobi wszystko co w jej mocy, żeby wycho­wać wnuki bied­nego kuzyna Johna pod­czas pobytu w Zło­tym Brzegu.

- Twoja modli­twa dzięk­czynna jest o wiele za krótka, Gil­ber­cie - powie­działa z naganą przy pierw­szym posiłku. - Czy zgo­dzisz się, żebym ja ją mówiła pod­czas pobytu u was? Będzie to lep­szy przy­kład dla two­jej rodziny.

Ku prze­ra­że­niu Susan, Gil­bert chęt­nie na to przy­stał i ciotka odmó­wiła modli­twę przy kola­cji.

- Bar­dziej przy­po­mina to lita­nię - iry­to­wała się Susan, zmy­wa­jąc tale­rze.

- Ciotka spra­wia wra­że­nie obwą­chu­ją­cej wszystko i wyczu­wa­ją­cej nie­od­po­wiedni zapach, cio­ciu Susan. Nie nie­przy­jemny, po pro­stu smród.

Gla­dys potra­fiła dosko­nale ująć sprawy, zauwa­żyła Susan. Mimo to, dla kogoś mniej uprze­dzo­nego niż Susan, panna Mary Maria Bly­the nie wyglą­dała źle, jak na kobietę w wieku pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat. Miała ary­sto­kra­tyczne rysy - jak sama je oce­niała - oto­czone siwymi lokami, które codzien­nie dawały dobry przy­kład ster­czą­cym wło­som Susan. Ubie­rała się bar­dzo ele­gancko, nosiła dłu­gie kol­czyki i modne koł­nie­rzyki na chu­dej szyi.

Przy­naj­mniej nie musimy się wsty­dzić za jej wygląd - roz­my­ślała Susan. Wyobraźni trzeba pozo­sta­wić to, co pomy­śla­łaby ciotka Mary Maria, gdyby wie­działa, że Susan pocie­sza się w taki spo­sób.

Roz­dział V

Ania ści­nała czerw­cowe lilie do wazonu w swoim pokoju i piwo­nie do biblio­teki na biurko Gil­berta, śnież­no­białe piwo­nie z krwi­sto­czer­wo­nymi kro­pecz­kami w samym środku jak poca­łu­nek bogini. Powie­trze nabie­rało świe­żo­ści po nie­zwy­kle gorą­cym czerw­co­wym dniu i trudno było zde­cy­do­wać, czy port jest srebrny czy złoty.

- Zanosi się dzi­siaj na cudowny zachód, Susan - oznaj­miła, zaglą­da­jąc do kuchni przez okno.

- Nie mogę podzi­wiać zachodu, dopóki nie skoń­czę zmy­wa­nia, pani dok­to­rowo kochana - sprze­ci­wiała się Susan.

- Ale zanim skoń­czysz, minie zachód. Spójrz na tę wielką chmurę z różaną obwódką u góry, która zawi­sła nad doliną. Czy nie chcia­ła­byś pofru­nąć i usiąść na niej?

Przed oczami Susan poja­wiła się wizja lotu nad doliną w kie­runku tej chmury ze ścierką do zmy­wa­nia naczyń w ręku. Nie sta­no­wiło to dla niej pocią­ga­ją­cej wizji. Ale teraz pani dok­to­ro­wej trzeba było wszystko wyba­czyć.

- Na krze­wach róż poja­wił się nowy, zło­śliwy gatu­nek chra­bąsz­cza, który je obżera - kon­ty­nu­owała Ania. - Muszę je jutro spry­skać, choć chcia­ła­bym to zro­bić dziś wie­czór. Jest to taki wie­czór, kiedy uwiel­biam pracę w ogro­dzie. Dziś wszystko rośnie. Mam nadzieję, że w nie­bie także są ogrody, Susan. Ogrody, w któ­rych będziemy mogły pra­co­wać. Cho­dzi mi o to, że będziemy przy­czy­niać się do wzro­stu róż­nych rośli­nek.

- Ale nie chra­bąsz­czy, oczy­wi­ście - zapro­te­sto­wała Susan.

- Nie, myślę, że nie. Ale per­fek­cyjny ogród nie dawałby przy­jem­no­ści, Susan. Trzeba samemu pra­co­wać w ogro­dzie, w prze­ciw­nym przy­padku zatraca się całe jego zna­cze­nie. Chcę odchwasz­czać, kopać, prze­sa­dzać i zmie­niać, a także pla­no­wać i szcze­pić. A poza tym chcia­ła­bym, żeby w nie­bie zna­la­zły się wszyst­kie te kwiaty, które kocham, i wola­ła­bym swoje sto­krotki niż zło­cie­nie.

- Dla­czego nie może pani zająć się tym dziś wie­czo­rem? - prze­rwała jej Susan, która podej­rze­wała, że dok­to­rowa tro­szeczkę zwa­rio­wała.

- Ponie­waż dok­tor chce, abym udała się z nim na prze­jażdżkę. Jedzie do umie­ra­ją­cej, bied­nej sta­rej Joh­no­wej Paxton. Nie może jej w niczym pomóc, zro­bił już wszystko, co było w jego mocy, ale ona bar­dzo sobie ceni jego wizyty.

- No dobrze, pani dok­to­rowo kochana, wszy­scy wiemy, że nikt w pobliżu nie może umrzeć ani uro­dzić się bez niego, a wie­czór jest bar­dzo przy­jemny na prze­jażdżkę. Chyba wybiorę się na spa­cer do wsi, żeby zapeł­nić naszą spi­żar­nię, po poło­że­niu bliź­niąt i Shir­leya do łóżka i po odwie­dze­niu pani Aaron Ward. Nie roz­wija się jak powinna. Panna Bly­the udała się wła­śnie na górę, wzdy­cha­jąc przy każ­dym schodku, mówiąc, że nad­ciąga jej ból głowy, więc będzie tro­chę spo­koju i ciszy przy­naj­mniej dziś wie­czo­rem.

- Ale dopil­nuj, pro­szę, żeby Jem poszedł w porę do łóżka, dobrze, Susan? - popro­siła Ania, wycho­dząc na zewnątrz i wdy­cha­jąc słod­kie powie­trze oko­licy. - Jest o wiele bar­dziej zmę­czony, niż przy­pusz­cza, ale jak wiesz, ni­gdy nie chce się poło­żyć. Wal­ter nie wraca dzi­siaj na noc. Leslie pro­siła, żeby u niej prze­no­co­wał.

Jem sie­dział na schod­kach bocz­nych drzwi z gołą stopą opartą na kola­nie, wykrzy­ku­jąc różne złe słowa - w szcze­gól­no­ści do olbrzy­miego księ­życa za spi­cza­stą wieżą kościoła w Glen. Jem nie cier­piał takiego wiel­kiego księ­życa.

- Uwa­żaj, by ta mina nie została na two­jej buzi na zawsze - ciotka Mary Maria prze­strze­gła go, prze­cho­dząc obok.

Jem wykrzy­wił się jesz­cze bar­dziej niż dotąd. Zupeł­nie nie obcho­dziło go, czy jego twarz zosta­nie taka na zawsze. Wła­ści­wie nawet przy­jąłby to z zado­wo­le­niem.

- Idź sobie i nie cze­piaj się mnie - naka­zał Nan, która zakra­dła się do niego po wyjeź­dzie ojca i matki.

- Awan­tur­nik! - powie­działa Nan, ale zanim oddrep­tała, poło­żyła na schodku obok czer­wo­nego lwa - cukie­rek, który przy­nio­sła bratu. Jem zigno­ro­wał go. Czuł się bar­dzo nie­szczę­śliwy. Nie był do tego przy­zwy­cza­jony. Wszy­scy się go cze­piali. Czyż Nan nie powie­działa tego ranka: "Ty nie uro­dzi­łeś się w Zło­tym Brzegu jak cała reszta?". Di ugry­zła cze­ko­la­do­wego kró­lika przed połu­dniem, cho­ciaż wie­działa, że należy do niego. Nawet Wal­ter go porzu­cił i poszedł kopać stud­nię w pia­sku z Kenem i Per­sis For­dami. Też mi wspa­niała zabawa! A on tak bar­dzo chciał iść z Ber­tiem zoba­czyć tatu­owa­nie. Jem był pewien, że ni­gdy dotąd niczego tak bar­dzo nie pra­gnął. Chciał zoba­czyć cudowny sta­tek w peł­nym ekwi­punku, który według Ber­tiego stał na gzym­sie kominka kapi­tana Billa. To straszny wstyd, ot co!

Susan przy­nio­sła mu duży kawa­łek cia­sta pokryty syro­pem klo­no­wym i orzesz­kami lasko­wymi, ale Jem odparł kamien­nym gło­sem:

- Nie, dzię­kuję.

Dla­czego nie zosta­wiła mu tro­chę pier­nika z bitą śmie­taną? Na pewno zje­dli wszystko bez reszty. Świ­nie! Zanu­rzył się głę­biej w swoją ponurą gorycz. Jego kum­ple są teraz w dro­dze do portu - nie był w sta­nie znieść tej myśli. Musi coś zro­bić, żeby wyrów­nać rachunki! Gdyby tak na przy­kład roz­ciął brzuch żyra­fie Di leżą­cej teraz na dywa­nie w jadalni? To dopro­wa­dzi­łoby Susan do wście­kło­ści. Susan z tymi jej orzesz­kami lasko­wymi! Prze­cież wie dosko­nale, że on nie­na­wi­dzi orze­chów w syro­pie. A może poszedłby dory­so­wać wąsy che­ru­bi­nowi w kalen­da­rzu w jej pokoju? Nie cierpi tego tłu­stego, różo­wego, uśmiech­nię­tego che­ru­bina, który wygląda zupeł­nie jak Sissy Flagg. To ona roz­po­wiada po całej szkole, że Jem jest jej narze­czo­nym. Ta Sissy Flagg! Ale Susan uważa tego che­ru­bina za słod­kiego. A gdyby tak oskal­po­wał lalkę Nan? Albo odrą­bał nos Gogowi lub Mago­gowi lub im obu? Może wtedy mama dostrze­głaby, że nie jest już małym dzie­ciacz­kiem. Pocze­kaj­cie tylko do następ­nej wio­sny! Zno­sił jej narę­cza kwia­tów przez cały czas od ukoń­cze­nia czte­rech lat, ale nie tej wio­sny, o nie!

A gdyby tak zjadł mnó­stwo małych zie­lo­nych jabłu­szek z wcze­snej jabłonki i roz­cho­ro­wał się? Może to by ich prze­stra­szyło? Przy­pu­śćmy, że prze­stałby raz na zawsze myć uszy. A gdyby zaczął robić do wszyst­kich miny w kościele w przy­szłą nie­dzielę? Przy­pu­śćmy, że poło­żyłby grubą gąsie­nicę, całą w paski, wielką i wło­chatą, na gło­wie ciotki Mary Marii? A gdyby wró­cił do portu, ukrył się na statku kapi­tana Davida Reese'a i odpły­nął rano z portu, uda­jąc się do Połu­dnio­wej Ame­ryki? Czy wtedy żało­wa­liby go? A gdyby ni­gdy nie wró­cił? A gdyby poje­chał polo­wać na jagu­ary w Bra­zy­lii? Czy wtedy żało­wa­liby, że tak go potrak­to­wali? Na pewno nie, może się zało­żyć, że byłoby im to obo­jętne. Nikt go nie kocha! W kie­szeni jego spodni jest dziura; nikt jej nie napra­wił. Cóż, wła­ści­wie jemu na tym nie zale­żało. Po pro­stu pokaże tę dziurę wszyst­kim w Glen i niech zoba­czą, jak rodzina go zanie­dbuje. Do głowy przy­szły mu wszyst­kie jego krzywdy i opa­no­wał go żal nad sobą.

Tik-tak, tik-tak, tik-tak - odzy­wał się stary, sto­jący zegar w holu, który spro­wa­dzono do Zło­tego Brzegu po śmierci dziadka Bly­the'a. Stary zegar pocho­dzący z cza­sów, kiedy ist­niało coś tak przy­jem­nego jak czas. Wcze­śniej Jem bar­dzo go lubił, ale teraz nie­na­wi­dził. Miał wra­że­nie, że zegar z niego się naigrawa. "Cha, cha, cha, pora spać! Tamci mogą iść do portu, ale ty idziesz do łóżka, cha, cha, cha, cha!".

Dla­czego musi iść spać co wie­czór? Tak, dla­czego?

Susan uda­wała się do Glen, ale przed wyj­ściem spoj­rzała czule na małą, zbun­to­waną postać.

- Nie musisz iść do łóżka aż do mojego powrotu, mały Jemie - powie­działa pobłaż­li­wie.

- Nie idę dziś do łóżka - zapo­wie­dział. - Mam zamiar uciec. Zaraz to zro­bię, stara Susan Baker. Pójdę sobie i rzucę się do stawu, stara Susan Baker!

Susan nie bar­dzo rado­wało, gdy ktoś nazy­wał ją starą, nawet gdy był to mały Jem. Ode­szła w ponu­rym mil­cze­niu. Prawdę mówiąc, powi­nien zostać tro­chę zdy­scy­pli­no­wany. Shrimp, który wyszedł za nią z domu w poszu­ki­wa­niu towa­rzy­stwa, roz­siadł się na czar­nym zadku przed Jemem, ale jego poja­wie­nie się nie ucie­szyło chłopca.

- Wyno­cha! Sie­dzisz tu na zadzie i gapisz się jak ciotka Mary Maria, wynoś się! Nie chcesz? Więc spró­buj tego!

Jem wziął taczkę Shir­ley, która leżała w pobliżu, i zamie­rzył się na Shrimpa, który uciekł z żało­snym miau­cze­niem do kry­jówki w żywo­pło­cie. Spójrz­cie tylko! Nawet kocur rodzinny go nie­na­wi­dzi! Jaki sens ma życie?

Chwy­cił cukie­rek w kształ­cie lwa. Nan zja­dła ogon i więk­szość tyl­nych nóg, ale na­dal było widać, że to lew. Nic się nie sta­nie, jak go teraz zje. Może to ostatni lew w jego życiu. Jedząc i obli­zu­jąc na zakoń­cze­nie palce, pod­jął decy­zję. To jedyna rzecz, jaką czło­wiek może zro­bić, kiedy na nic mu nie pozwa­lają!