ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROK 2018
Dźwięk dzwonka sprawił, że klasę wypełniło jedno zbiorowe westchnienie ulgi, którym dwudziestu ośmiu uczniów podsumowało ostatnią piątkową lekcję, i nawet siedzący za nauczycielskim biurkiem Adam Wilga, któremu nie dane było dokończyć przedstawiania różnic między przestępstwem a wykroczeniem, nie wydawał się zawiedziony. Poprawił tylko przekrzywiony krawat, przerzucił kilka kartek w podręczniku i odchrząknął, by choć jeszcze na moment skupić na sobie uwagę uczniów.
- Ci, którzy będą chcieli wiedzieć, doczytają w domu, a reszta niech się modli przed przyszłotygodniową klasówką - rzucił i poszedł w ślady uczniów, czyli zaczął się pakować.
Anna wsunęła zeszyt do plecaka, ten zapięła jednym, zdecydowanym ruchem i wstała z twardego drewnianego krzesła, które po całym tygodniu siedzenia wydawało się jeszcze mniej wygodne niż zwykle.
- Niby mamy wrzesień, a leje jak w październiku albo nawet w listopadzie - mruknęła siedząca obok Klaudia, zerkając na pokryte kroplami deszczu szyby, wyglądające jak smugi, które ktoś od niechcenia rozmazał pędzlem.
- Ale chociaż jest jeszcze zielono - zauważyła Anna, która próbowała znaleźć jakiś pozytywny aspekt w tym, co przez ostatnie dni mieszkańcom Zielonej Góry fundowała pogoda. - Jak zacznie sypać śnieg, zatęsknisz za tym deszczem.
- Ja jednak wolałabym słońce - skwitowała Klaudia.
- Przynajmniej na musztrze człowiek nie przypominałby mokrej kury - dodała, przewieszając torbę przez ramię.
Wyszły na korytarz, gdzie gęsto było od granatowych mundurków, stukotu ciężkich butów i fragmentów rozmów o kartkówkach, WF-ie i planach na weekend. Ktoś szturchnął kogoś łokciem, ktoś inny parsknął śmiechem, a gdzieś w tle jeden z nauczycieli przywoływał do porządku grupkę pierwszaków.
- Ej, Nowak i Szalej, idziecie z nami na kebsa? - rzucił Czarek Kulesza, wysoki, trochę za chudy jak na mundurówkę, z wiecznie rozczochraną czupryną i uśmiechem, który nigdy nie znikał mu z twarzy. Chłopak od kilku miesięcy konsekwentnie krążył wokół Anny, raz podał plecak z szafki, innym razem otworzył drzwi, niby przypadkiem siadał obok na strzelnicy. Zdarzało się, że przyniósł jej wydrukowane notatki z prawa albo przesłał mema o nauczycielu WF-u. Raz czy dwa pożyczył długopis, często oferował pomoc przy przygotowaniu do musztry, ale przede wszystkim regularnie inicjował grupowe wyjścia na kebaba lub pizzę, z czego Anna i Klaudia chętnie korzystały.
- Ja dzisiaj odpuszczam - odpowiedziała Anna, zarzucając plecak na ramiona i poprawiając przekręcony pasek, który uwierał w obojczyk. - Muszę wracać do domu.
- Ja też odpadam, bo jadę do Wrocka na osiemnastkę kuzynki - głośno zawtórowała Klaudia. Zbliżyła usta do ucha Anny i wyszeptała: - Twój cichy wielbiciel będzie wielce niepocieszony.
- Ten wielbiciel niech się w końcu zdobędzie na odwagę i zaprosi mnie na kawę - mruknęła Anna, której Czarek nawet się podobał, ale nie zamierzała robić pierwszego kroku w kierunku zacieśnienia ich znajomości. W kontaktach towarzyskich wyznawała prostą zasadę, według której to facet musi się postarać, a nie odwrotnie. Wystarczyło, że ona, podobnie jak setki tysięcy innych kobiet i dziewczyn, poświęcała czas na robienie makijażu, malowanie paznokci czy układanie fryzury.
- Przy najbliższej okazji mu to powiem - zapowiedziała przyjaciółka, gdy wychodziły z budynku.
- Tylko spróbuj, a wysmagam cię pokrzywami - zagroziła Anna, unosząc ostrzegawczo palec, ale w jej głosie pobrzmiewało rozbawienie.
Po chwili przytuliły się na pożegnanie i rozeszły w przeciwnych kierunkach. Klaudia pobiegła w stronę przystanku, a Anna życzyła jej udanego weekendu i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia ze szkolnego dziedzińca. Choć lubiła paczkowe wyjścia w miasto, rozmowy o byle czym oraz śmiech do późnego popołudnia, to teraz jej głowę zaprzątała babcia Marysia, która od kilkunastu dni narzekała na zmęczenie, duszności i bóle w klatce piersiowej. Anna widziała, że w ostatnich tygodniach babcia jakby skurczyła się w sobie, częściej też siadała na taborecie w kuchni, żeby odpocząć w trakcie obierania ziemniaków. Jednak wszystkie próby przekonania jej, aby poszła do lekarza, kończyły się fiaskiem.
Babcia powtarzała, że poboli i przejdzie, że złego diabli nie wezmą, a poza tym jak boli, to znaczy, że człowiek jeszcze żyje. Anna doskonale wiedziała, że z podobnymi objawami nie ma żartów, ale przywykła do tych utyskiwań tak samo jak do śpiewu kosów za oknem domu babci czy odgłosu dzwonu z kościelnej wieży. Zbyt często słyszała podobne teksty, żeby za każdym razem wszczynać alarm. Poza tym gdzieś w tyle głowy wciąż powtarzała sobie uspokajające zdanie, że gdyby było naprawdę źle, babcia sama by powiedziała.
Gdy przeszła kilkadziesiąt metrów od szkoły, deszcz przestał padać, chmury, pchane południowym wiatrem, odsłoniły fragment nieba, a nad blokami pobliskiego osiedla pojawiła się ogromna i wyraźna tęcza. Kolory układały się w niemal idealny łuk, jakby został namalowany ręką malarza perfekcjonisty.
Zaskoczeni i zachwyceni ludzie przystawali na chodnikach, wyciągali smartfony i uwieczniali to niezwykłe zjawisko. Jakaś matka wskazała tęczę swojemu kilkuletniemu synkowi, ten zapiszczał z zachwytu, a stojący obok starszy pan uśmiechnął się pod nosem.
Nawet Anna uległa urokowi chwili, odruchowo sięgnęła po telefon i zrobiła zdjęcie.
Dopiero gdy wielobarwny most rozpięty na błękitnym niebie stracił na intensywności i zaczął się rozmywać w szarej poświacie, ruszyła dalej.
Przemierzając ulice Zielonej Góry, podziwiała malownicze polodowcowe wzgórza, na których przed wiekami wzniesiono miasto mogące stanowić dobry przykład trwania na pograniczu. W końcu przez stulecia Zielona Góra funkcjonowała jako rdzennie niemiecki Grünberg, by po wojennej zawierusze stać się sercem polskiego regionu kojarzonego z winem. Duszne piwnice winiarskie, które pamiętały dawnych gospodarzy, teraz służyły obecnym właścicielom. Czasem gdy wracała wieczorem, wyczuwała w powietrzu lekki, słodkawy zapach moszczu dobiegający z jednej z takich piwnic.
Było to miejsce, w którym przeszłość nie zniknęła, lecz przybrała polskie imię. Tak przynajmniej powtarzał nauczyciel historii, którego rodzina miała kresowe korzenie i który potrafił opowiadać o dawnych czasach z prawdziwą pasją. Anna nie zawsze miała cierpliwość do dat i bitew, ale lubiła słuchać, gdy mówił o ludziach, o rodzinach, które musiały zostawić wszystko i zacząć od nowa, o tych, którzy przyjechali tu z Kresów i z biegiem lat uznali Zieloną Górę za swój dom.
Anna minęła galerię handlową, a następnie, korzystając ze skrótu, ominęła duże osiedle bloków powstałych w okresie prosperity Polski Ludowej z identycznymi klatkami schodowymi, których wieku nie zdołały zamaskować nawet nowe elewacje.
Po dwudziestu minutach intensywnego marszu znalazła się w spokojnej, niemal wiejskiej okolicy, która dopiero z początkiem dwa tysiące piętnastego roku została włączona do Zielonej Góry. Dla mieszkańców Zatonia właściwie nic się nie zmieniło, co najwyżej mogli mówić, że od teraz mieszkają w Zielonej Górze, a nie w jakiejś podmiejskiej wsi, a mimo to część z nich nadal hodowała kury, gęsi, kaczki czy króliki.
Kiedy skręciła w wąską, bitą drogę, natychmiast dostrzegła dom cioci Doroty, u której mieszkała niemal od urodzenia i którą traktowała jak własną matkę, bo jej biologiczna rodzicielka z tylko sobie znanego powodu wyjechała w nieznane, gdy Anna miała kilka miesięcy, porzucając ją jak zabawkę, która tylko przeszkadza.
Nowoczesna bryła o pastelowej elewacji miała duże okna, prosty dach i garaż. Wiosną przed domem zawsze stały donice z pelargoniami, zimą na tarasie pojawiał się świecący renifer, a w salonie jasno świeciły lampki. Mimo to dom, choć zadbany i przytulny, kompletnie nie pasował do pozostałych budynków, wzniesionych jeszcze przed drugą wojną światową.
To właśnie w takim starym domu z czerwonej cegły, ze spadzistym dachem i drewnianymi oknami, stojącym tuż obok, całe swoje życie spędziła babcia Marysia.
Jako dziecko Anna uwielbiała myszkować po babcinej piwnicy pachnącej wilgotną ziemią, przetworami i starymi gazetami. Lubiła przesuwać palcami po zakrętkach słoików z ogórkami i kompotami, czytać pożółkłe tytuły sprzed lat i wyobrażać sobie, jak wyglądało życie, kiedy te gazety były nowe.
Innym razem wspinała się na strych: spowity pajęczynami, pełen zakurzonych mebli, skrzyń i innych gratów, między którymi można było dostrzec ścieżki pozostawione przez myszy. Czasem siadała tam na starej skrzyni i słuchała, jak deszcz bębni w dachówki, a wiatr łomocze w rynny.
Uwielbiała też siadać z dziadkami na ganku i zajadać kwaśne papierówki oraz soczyste, słodkie gruszki z sadu za domem. Latem po trawie biegały kurczaki, a kot łasił się do nóg, licząc na kawałek szynki z kanapki. W jej głowie te obrazy były tak żywe, jakby wydarzyły się wczoraj, choć dziadka Jana nie było już z nimi od pięciu lat.
Wspomnienia beztroskiego i szczęśliwego dzieciństwa przerwał widok karetki, która właśnie odjeżdżała sprzed domu babci. Biały furgon z czerwonym pasem ruszył gwałtownie, rozbryzgując kołami brudną wodę z kałuż i kołysząc się na wybojach.
Anna natychmiast zrozumiała, że musiało stać się coś złego, i poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega przez jej ciało. Nie zważając na kałuże, puściła się biegiem w kierunku stojącej przed furtką cioci. Woda chlupotała pod podeszwami, błoto pryskało na nogawki spodni, ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi. Czuła tylko, jak płuca palą ją z wysiłku, a serce wali tak głośno, że aż dudni jej w uszach.
Gdy wreszcie dobiegła na miejsce, karetka znikała za zakrętem, pozostawiając w powietrzu dojmujący ryk syreny alarmowej zwiastującej nieszczęście.
- Co z babcią? - rzuciła Anna, próbując uspokoić oddech. Czuła, jak serce wali jej w piersi, a dłonie drżą, choć był dopiero środek września, a temperatura sięgała dwudziestu stopni.
- Zawał - wyszeptała ciocia, której twarz była nienaturalnie blada. - I powinniśmy się przygotować na najgorsze - dodała tonem, w którym nie było żadnej nadziei.