Ania z Zielonego Wzgórza - kolekcja - Lucy Maud Montgomery

Kup ebooka

44.99 zł
35.99 zł (33,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział X

Przeprosiny Ani

Wieczorem Maryla nic nie powiedziała Mateuszowi o całym skandalu. Jednakże, kiedy następnego ranka Ania upierała się przy pozostawaniu w swoim pokoiku, niezbędne było wyjaśnienie jej nieobecności przy stole podczas śniadania. Maryla opowiedziała Mateuszowi całą historię, usiłując tak opisać całe zdarzenie, aby wykazać całą niewłaściwość zachowania Ani.

- Nareszcie ta Rachela Linde została przez kogoś zbesztana. To wścibska, stara plotkara - odparł Mateusz, napawając Marylę zgrozą.

- Mateuszu Cuthbert, zadziwiasz mnie! Wiesz, że zachowanie Ani było straszne, a mimo to trzymasz jej stronę. Przypuszczam, że następne, co usłyszę z twoich ust, to opinia, że dziewczynki nie należy za to karać.

- No cóż, nie, nie całkiem to - rzekł Mateusz z uporem. - Chyba powinna zostać trochę skarcona. Ale nie bądź, Marylo, zbyt surowa dla niej. Pamiętaj, że nie pobierała nigdy od nikogo nauk. D...d...dasz jej coś do jedzenia, dobrze?

- Słyszałeś kiedyś, żebym głodem usiłowała kogoś wychować? - spytała Maryla z oburzeniem. - Będzie jadła posiłki regularnie, sama jej zaniosę. Ale pozostanie na górze, aż zdecyduje się przeprosić panią Linde, i tego nikt nie zmieni, Mateuszu.

Śniadanie, obiad i kolacja upłynęły w milczeniu, gdyż upór Ani trwał. Po każdym posiłku Maryla zanosiła na górę zapełnioną po brzegi tacę, a potem znosiła ją z powrotem na dół bez śladów jedzenia. Mateusz przypatrywał się jej ostatniemu powrotowi do kuchni zaniepokojonym wzrokiem. Czy Ania zjadła w ogóle cokolwiek?

Kiedy wieczorem Maryla wyszła, żeby sprowadzić krowy z pastwiska za domem, Mateusz, który kręcił się w pobliżu, śledząc jej kroki, wślizgnął się do domu z miną włamywacza i przekradł się na górę. Zazwyczaj poruszał się między kuchnią i małą sypialnią za sienią, gdzie sypiał. Bardzo rzadko zdarzało mu się zajrzeć do saloniku lub jadalni. Może kiedy pastor przychodził na herbatę. A poza tym od wiosny przed czterema laty, kiedy tapetował z Marylą pokój gościnny, nie był ani razu na pięterku swego własnego domu. Przeszedł na palcach wzdłuż korytarza i stał kilka minut pod drzwiami pokoju Ani, zanim odważył się zapukać w nie końcami palców i uchylić drzwi, aby zajrzeć do środka.

Ania siedziała na żółtym krześle przy oknie, patrząc żałośnie na ogród. Wyglądała na tak malutką i nieszczęśliwą, że serce Mateusza przeszył ból. Zamknął po cichu drzwi i podszedł do niej na palcach.

- Aniu - wyszeptał, jakby obawiając się, że ktoś go usłyszy. - I jak sobie radzisz, Aniu?

Ania uśmiechnęła się blado.

- Całkiem dobrze. Wyobrażam sobie różne rzeczy i dzięki temu czas mija szybciej. Oczywiście jest tu raczej smutno. Ale z czasem przyzwyczaję się do samotności.

Ania uśmiechnęła się ponownie, zdecydowana stawić czoła czekającym ją latom uwięzienia w samotności.

Mateusz przypomniał sobie, że musi powiedzieć to, z czym przyszedł, nie tracąc czasu, gdyż Maryla mogłaby wrócić wcześniej niż zwykle.

- Aniu, czy nie lepiej, żebyś zrobiła to i miała z głowy? - wyszeptał. - Musisz i tak to zrobić. To tylko kwestia czasu, trzeba ci wiedzieć, że Maryla jest strasznie stanowczą osobą, strasznie stanowczą, Aniu. Zrób to zaraz, mówię ci, i będziesz mieć spokój.

- Czy Mateusz ma na myśli przeproszenie pani Linde?

- Tak, przeproszenie, to jest właściwe słowo - podchwycił ochoczo Mateusz. - Załagodź ją, mówiąc innymi słowy. To chciałem tobie powiedzieć.

- Myślę, że mogłabym to zrobić, żeby sprawić Mateuszowi przyjemność - rzekła Ania w zamyśleniu. - Teraz już mogłabym powiedzieć, że mi przykro, bo faktycznie żałuję. Wczoraj wieczorem nie żałowałam. Byłam po prostu wściekła i złość mnie nie opuszczała całą noc. Wiem o tym, bo obudziłam się trzykrotnie i za każdym razem zdawałam sobie sprawę z własnej wściekłości. Ale dziś rano przeszło mi. Już nie byłam rozgniewana. Pozostało okropne uczucie utraty czegoś. Czułam straszny wstyd. Ale nie byłam w stanie nawet wyobrazić sobie, że mogłabym pójść do pani Linde i przeprosić ją. To byłoby bardzo upokarzające. Postanowiłam, że raczej pozostanę tu na zawsze zamknięta, niż to zrobię. Jednak jestem gotowa na wszelkie poświęcenie dla Mateusza, jeśli Mateuszowi na tym zależy.

- Och, oczywiście, że tak. Na dole czuję się strasznie samotnie bez ciebie. Pójdź i załagodź ją, bądź dobrą dziewczynką.

- No dobrze - powiedziała Ania z rezygnacją. - Powiem Maryli, jak tylko wróci, że zakończyłam pokutę.

- Doskonale, doskonale, Aniu. Ale nie mów Maryli, że rozmawiałem z tobą na ten temat. Mogłaby pomyśleć, że wtrącam się, a przecież obiecałem tego nie robić.

- Nawet dzikie rumaki nie wyciągną ze mnie sekretu Mateusza - obiecała uroczyście Ania. - Nie wiem, co prawda, w jaki sposób dzikie rumaki mogłyby wyciągnąć z kogoś tajemnicę?

Ale Mateusz już poszedł, przestraszony swoim sukcesem. Uciekł pośpiesznie do najbardziej oddalonego zakątka pastwiska, żeby czasem Maryla nie nabrała podejrzeń. A Maryla po powrocie do domu przeżyła miłe zdziwienie, słysząc żałosny głos wołający znad balustrady "Marylo!".

- Tak? - rzekła, wchodząc na korytarz.

- Przepraszam, że straciłam panowanie nad sobą i powiedziałam niegrzeczne słowa. Chcę już pójść i przeprosić panią Linde.

- Bardzo dobrze - suchy ton Maryli nie ujawnił wcale jej ulgi. Zastanawiała się już, co zrobi, jeśli Ania nie zechce się dostosować do jej życzenia. - Zaprowadzę ciebie po dojeniu.

Tak jak postanowiono, po dojeniu Maryla i Ania pojawiły się na drodze. Ta pierwsza wyprostowana, z triumfującą miną, a druga przygarbiona i zdeprymowana. Lecz w połowie drogi zniechęcenie Ani ustąpiło, jakby pod wpływem czarów. Podniosła głowę i kroczyła lekkim krokiem, z wzrokiem utkwionym w zachodzącym słońcu i z ledwie skrywaną radością. Maryla z niezadowoleniem zauważyła tę zmianę. Nie była to zmiękczona pokutnica, jaką wypadałoby zaprowadzić przed oblicze obrażonej pani Linde.

- O czym myślisz, Aniu? - spytała ostro.

- Staram się ułożyć słowa, które powiem pani Linde - odparła rozmarzona Ania.

Była to odpowiedź, która zadowalała lub też powinna zadowolić Marylę. Jednakże Maryli chodziła po głowie myśl, że coś w jej metodzie wychowawczej się nie udało. Ania nie miała żadnego powodu, żeby wyglądać na tak radosną i przepełnioną zachwytem istotę. Twarzy Ani nie opuszczał wyraz samozadowolenia i radości, aż do chwili, gdy znalazły się przed obliczem pani Linde, która siedziała nad robótką przy kuchennym oknie. Wówczas ta radość zniknęła. Żałosna pokutnica wyzierała z każdego rysu twarzy. Zanim wypowiedziano choć jedno słowo, Ania nagle padła na kolana przed zdziwioną panią Linde i wyciągnęła błagalnie ręce.

- Och, pani Linde, tak bardzo mi przykro - rzekła drżącym głosem. - Nigdy nie zdołałabym wyrazić całego mojego żalu, nawet gdybym skorzystała z pomocy słownika. Niech pani tylko pomyśli. Zachowałam się strasznie wobec pani i skompromitowałam moich jedynych przyjaciół, Mateusza i Marylę, którzy pozwolili mi zostać na Zielonym Wzgórzu, chociaż nie jestem chłopcem. Jestem potwornie złą i niewdzięczną dziewczyną, zasługuję na karę i wieczne wygnanie ze świata porządnych ludzi. Wstrętnie, że wpadłam w furię, usłyszawszy prawdę z pani ust. Bo to była prawda. Każde pani słowo było szczerą prawdą. Moje włosy są rude, jestem piegowata, chuda i brzydka. To, co powiedziałam pani, było także prawdą, ale nie miałam prawa tego powiedzieć. Och, pani Linde, proszę, proszę mi wybaczyć. Jeśli odmówi pani, wpędzi mnie to w bezdenną rozpacz na całe życie. A nie chciałaby chyba pani powodować takiego smutku u biednej sieroty, prawda, że nie? Nawet jeśli ma tak wstrętny temperament. Och, jestem pewna, że nie chciałaby pani. Och, proszę, pani Linde, proszę powiedzieć, że mi pani wybacza.

Ania złożyła ręce, schyliła głowę i czekała na słowa sądu. Nie można było zarzucić jej słowom braku szczerości - słychać ją było w każdym tonie jej głosu. Zarówno Maryla, jak i pani Linde rozpoznały jej brzmienie. Jednakże Maryla z rozczarowaniem zdała sobie sprawę, że Ania rozkoszuje się swoim upokorzeniem, delektuje się poniżeniem. Gdzież była doskonała kara, którą puszyła się Maryla? Ania zdołała ją przekształcić w przyjemność i czerpać z niej satysfakcję.

Dobra pani Linde, nieprzeciążona zbytnią domyślnością, nie zauważyła tego. Dostrzegła jedynie, że Ania złożyła jej bardzo przyzwoite przeprosiny, stąd uprzedzenie i obraza zniknęły z jej uprzejmej, choć troszkę natrętnej twarzy.

- Dobrze, już dobrze, wstań, dziecko - rzekła serdecznie. - Oczywiście, że ci wybaczam. Byłam zresztą zbyt surowa dla ciebie. Ale mam to do siebie, że mówię, co myślę. Po prostu się tym nie przejmuj, ot co. Trudno zaprzeczyć, że twoje włosy są strasznie czerwone. Ale pamiętam pewną dziewczynkę, z którą chodziłam do szkoły, a która miała włosy tak samo czerwone jak twoje, kiedy była młoda, a gdy podrosła, pociemniały i nabrały prawdziwie kasztanowego koloru. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby i tobie przytrafiło się coś takiego, wcale!

- Och, pani Linde - Ania głęboko wciągnęła powietrze, wstając z klęczek. - Dała mi pani nadzieję. Zawsze będę panią mieć za mego dobroczyńcę. Tak, jestem w stanie znieść wszystko, jeśli tylko będę mogła spodziewać się, że moje włosy nabiorą pięknego, kasztanowego odcienia, kiedy dorosnę. O ileż łatwiej jest być dobrym, gdy posiada się takie włosy! Prawda? Czy mogę pójść teraz do pani ogrodu i posiedzieć na ławeczce pod jabłonkami, gdy wy będziecie tu rozmawiać? Tyle rzeczy można tam sobie wyobrazić.

- Ależ oczywiście, pobiegnij tam, dziecko. I możesz zerwać sobie bukiecik białych, czerwcowych lilii rosnących tam w kąciku, jeśli chcesz.

Kiedy drzwi zamknęły się za Anią, pani Linde szybko się podniosła, aby zapalić lampę.

- To naprawdę dziwna dziewczynka. Weź to krzesło, Marylo. Jest wygodniejsze niż to, na którym siedzisz. Tamto trzymam specjalnie dla parobka. Tak, zdecydowanie dziwne z niej dziecko, ale przyznać muszę po przemyśleniu, że ładnie zachowaliście się, zatrzymując ją. Teraz przestałam się temu dziwić. Nie widzę już powodu, aby wam współczuć. Może z niej wyrosnąć udana dziewuszka. Nie przeczę jednak, że ma przedziwny sposób wyrażania się, nieco zbyt, no trochę afektowany. Ale teraz, kiedy zamieszkała wśród cywilizowanych ludzi, na pewno to się zmieni. No, a poza tym ma dość gwałtowny temperament. Szybko rozpala się i szybko stygnie. Na pewno nie będzie przebiegła i podstępna. Chrońcie mnie przed przebiegłym dzieckiem! Ot co. Ogólnie biorąc, Marylo, chyba ją lubię.

Kiedy Maryla wybrała się w drogę powrotną, Ania wyłoniła się z przepełnionego owocowymi wonnościami zmierzchu, z naręczem białych lilii w dłoniach.

- Nieźle przeprosiłam, co? - powiedziała z dumą, idąc dróżką obok Maryli. - Doszłam do wniosku, że skoro muszę to zrobić, to lepiej, żebym przyłożyła się należycie.

- Przyłożyłaś się należycie, zgadzam się - skomentowała Maryla, która była zła na siebie, że ma ochotę wybuchnąć śmiechem na wspomnienie przeprosin. Miała też niepokojące wrażenie, że powinna zganić Anię za zbyt dobre sformułowanie skruchy. Ale to byłoby śmieszne! Osiągnęła kompromis ze swoim sumieniem i rzekła surowo:

- Mam nadzieję, że nie będziesz miała już nigdy więcej powodu, żeby składać takie przeprosiny. Spodziewam się, że zaczniesz panować nad swoim temperamentem, Aniu.

- To nie byłoby tak trudne, gdyby ludzie nie robili uwag na temat mego wyglądu - rzekła Ania z westchnieniem. - Inne sprawy nie doprowadzają mnie do złości. Ale gadanie o moich włosach tak mnie męczy, że aż gotuję się w środku. Czy Maryla przypuszcza, że moje włosy naprawdę staną się kasztanowe, kiedy dorosnę?

- Nie powinnaś tak dużo myśleć o swoim wyglądzie, Aniu. Mam wrażenie, że jesteś bardzo próżną dziewczynką.

- Jak mogę być próżna, wiedząc, że jestem brzydka - zaprotestowała Ania. - Kocham wszystko, co piękne, a nienawidzę patrzeć w lustro, bo wtedy widzę coś, co nie jest ładne. To napełnia mnie smutkiem, tak jak smutkiem napawa mnie wszelka brzydota. I odczuwam dla niej współczucie, że nie jest piękna.

- Nie uroda świadczy o człowieku, lecz jego czyny - zacytowała Maryla.

- Już mi to ktoś kiedyś powiedział, ale nie jestem o tym przekonana - zauważyła sceptycznie Ania, zanurzając nosek w pachnących płatkach. - Ależ aromatyczne są te kwiaty! To ładnie, że pani Linde mi je ofiarowała. Nie żywię już urazy do pani Linde. To tak przyjemnie wyrazić skruchę i otrzymać wybaczenie, prawda? Ależ te gwiazdy jasno dziś świecą! Którą gwiazdę wybrałaby Maryla, gdyby mogła zamieszkać wśród nich? Ja wybrałabym tę śliczną, jasną, wielką gwiazdę, która zawisła tam, hen, ponad tym ciemnym wzgórzem.

- Aniu, zamilknij wreszcie - powiedziała Maryla, wycieńczona stałym podążaniem za wirującymi myślami Ani.

Ania nie wyrzekła ani słowa, aż skręciły w swoją własną dróżkę. Lekki wiaterek przyleciał im na spotkanie, niosąc z sobą ostry zapach paproci skropionych rosą. Daleko w górze radosne światło kuchni na Zielonym Wzgórzu lśniło poprzez drzewa.

Ania nagle podeszła bliziutko do Maryli i wsunęła rękę w spracowaną dłoń starszej kobiety.

- Jak cudownie wracać do domu, wiedząc, że to mój dom - powiedziała. - Już kocham Zielone Wzgórze, co nigdy mi się nie przytrafiło. Żadna dotychczasowa siedziba nie była dla mnie domem. Och, Marylo, jestem tak bardzo szczęśliwa. Teraz mogłabym modlić się i to wcale nie byłoby trudne.

Coś ciepłego i miłego podeszło do gardła Maryli, gdy mała, chuda rączka znalazła się w jej dłoni - może był to cień wzruszeń macierzyństwa, które ją ominęło. To niezwykłe i słodkie uczucie napełniło ją zażenowaniem.

Pośpiesznie zdecydowała się odzyskać normalny, chłodny stan ducha, próbując zaszczepić Ani kolejną prawdę moralną.

- Jeśli będziesz dobra, szczęście zawsze będzie gościć w twoim sercu. A jeśli chodzi o modlitwę - ta czynność nigdy nie powinna być dla ciebie trudna.

- Układanie modlitwy nie jest całkiem tym samym, co modlenie się - rzekła Ania z namysłem. - A ja zamierzam wyobrazić sobie, że jestem wiatrem, który wieje tam w drzewach. Kiedy zmęczą mnie drzewa, wówczas pomyślę, że igram z paprotkami tu, w pobliżu, a potem pofrunę do ogrodu pani Linde i wprawię w tan jej kwiaty, po czym rzucę się nad pola koniczyny i zacznę wiać nad Jeziorem Lśniącej Toni, aż wzburzę jego taflę i utworzę skrzące fale. Wiatr daje także pole do popisu dla wyobraźni. Ale na razie nie będę już mówić, Marylo.

- Dzięki za to niebu! - westchnęła Maryla z wyraźną ulgą.

Rozdział VIII

Rozpoczyna się wychowanie Ani

Z przyczyn sobie tylko znanych Maryla nie wyjawiła Ani aż do następnego popołudnia, że pozostanie na Zielonym Wzgórzu. Przedpołudnie zapełniła jej różnymi zadaniami, jednocześnie pilnie śledząc, jak sobie z nimi radzi. Do południa nabrała już przekonania, że Ania jest inteligentna i posłuszna, chętna do pracy i robi szybkie postępy w nauce. Natomiast najważniejszą jej wadą zdawała się tendencja do oddawania się marzeniom w trakcie jakiejś czynności, przy czym zapominała kompletnie o bożym świecie i swoim obowiązku, aż pośpieszna reprymenda albo katastrofa spowodowana jej niedbalstwem przywracały ją do rzeczywistości.

Kiedy Ania skończyła zmywanie naczyń po obiedzie, naraz podeszła do Maryli z wyrazem twarzy osoby zdeterminowanej poznać prawdę, choćby była najgorsza. Jej chude ciałko drżało od stóp do głów, twarz pokrył rumieniec, a źrenice rozszerzyły się tak, że oczy nabrały czarnego koloru. Złożyła ręce jak do modlitwy i rzekła prawie błagalnym tonem:

- Och, proszę, panno Cuthbert, czy może mi pani powiedzieć, czy zostanę odesłana, czy też zatrzymacie mnie tutaj? Starałam się być cierpliwa przez cały ranek, ale naprawdę nie mogę już znieść dłużej tego czekania. To takie straszne uczucie. Proszę mi powiedzieć!

- Nie wyparzyłaś ścierki do naczyń czystą, gorącą wodą, a przecież prosiłam cię o to, Aniu - rzekła nieporuszona Maryla. - Idź teraz i zrób to, zanim zadasz jakiekolwiek następne pytanie.

Ania poszła zająć się ścierką do naczyń, po czym wróciła do Maryli, utkwiwszy w jej twarzy błagalne spojrzenie.

- No dobrze - rzekła Maryla, nie mając w zanadrzu żadnego już wykrętu, który mógłby odłożyć na później wyjaśnienia - teraz już chyba mogę ci powiedzieć. Mateusz i ja zdecydowaliśmy się ciebie zatrzymać, to znaczy, jeśli postarasz się być grzeczną dziewczynką i okażesz nam swoją wdzięczność. Dlaczego płaczesz, malutka, co się stało?

- Płaczę - rzekła Ania, sama tym zdziwiona. - Nie wiem dlaczego. Przecież jestem taka zadowolona. Nie, "zadowolona" nie jest chyba właściwym określeniem. Zadowolenie odczuwałam, kiedy zobaczyłam Białą Ścieżkę Rozkoszy i wiśniowe pąki, ale to! To uczucie dużo silniejsze od zadowolenia. Jestem taka szczęśliwa! Postaram się być dokra. To będzie kosztowało mnie dużo wysiłku, bo pani Tomaszowa często powtarzała mi, że jestem rozpaczliwie złym dzieckiem. Jednakże przyłożę się, naprawdę! Czy może mi pani powiedzieć, dlaczego płaczę?

- Przypuszczam, że jesteś bardzo podekscytowana i nieodporna psychicznie - zawyrokowała Maryla krytycznie. - Usiądź tu na krześle i spróbuj się uspokoić. Mam wrażenie, że zbyt łatwo przychodzi ci zarówno płacz, jak i śmiech. Tak, możesz tu pozostać, a my postaramy się być dla ciebie dobrzy. Będziesz chodzić do szkoły. Do wakacji pozostały już zaledwie dwa tygodnie, a więc twój początek roku szkolnego odłożymy do września.

- Jak mam się zwracać do pani? - spytała Ania. - Czy mam zawsze używać formy "panno Cuthbert"? Czy mogę mówić "Ciociu Marylo"?

- Nie, po prostu zwracaj się do mnie "Marylo". Jakoś nie przywykłam do tej "panny Cuthbert" i ta forma strasznie mnie złości.

- Ależ miałabym wrażenie, że strasznie się z panią spoufalam - zaprotestowała Ania.

- Nie będzie to spoufaleniem, jeżeli będziesz zwracać się do mnie tonem pełnym szacunku. Wszyscy w Avonlea - i młodzi, i starzy - mówią do mnie "Marylo", z jednym tylko wyjątkiem pastora, który używa formy "panno Cuthbert".

- Tak chciałabym mówić do pani "Ciociu Marylo" - rzekła Ania ze smutkiem. - Nigdy nie miałam żadnej ciotki, babci czy jakiejkolwiek innej krewnej. To dałoby mi wrażenie, że naprawdę należę do pani. Czy mogę mówić "Ciociu Marylo"?

- Nie, nie jestem twoją ciocią i nie mam zaufania do ludzi, którzy przypisują sobie określenia, do jakich nie mają prawa.

- Ale mogłybyśmy wyobrazić sobie, że jest pani moją ciocią.

- Nie, nie mogłybyśmy - rzekła ponuro Maryla.

- Czy nigdy nie wyobraża pani sobie niczego, co by się różniło od rzeczywistości? - spytała Ania ze zdziwieniem.

- Nie.

- Och! - westchnęła Ania głęboko. - Och, panno Cuthbert, jak wiele pani traci!

- Nie uznaję snucia mrzonek o nierealnych rzeczach - odparła Maryla. - Kiedy Pan doświadcza nas, piętrząc przed nami trudności, z pewnością nie chce, żebyśmy uciekali od nich w marzenia. A to przypomina mi o czymś! Idź, Aniu, do saloniku - uważaj tylko, żeby nie ubrudzić podłogi i nie wpuścić tam much - i przynieś mi stamtąd kolorowy obrazek, który stoi na kominku. Znajdziemy na nim modlitwę Pańską, na której przyswojenie na pamięć poświęcisz dziś po południu wolny czas. Nie życzę sobie już więcej tekstów w rodzaju tego, jaki dane mi było usłyszeć wczoraj wieczorem z twoich ust.

- Tak, zgadzam się. Nie bardzo mi to poszło - rzekła Ania przepraszająco. - Ale widzi pani, nigdy dotąd tego nie próbowałam. Trudno oczekiwać od osoby, która modli się po raz pierwszy, że zaraz osiągnie perfekcję, prawda? Kiedy ułożyłam się do snu, pomyślałam trochę, zgodnie ze złożoną pani obietnicą, i wymyśliłam wspaniały pacierz. Był prawie równie długi jak modlitwa pastora, a do tego bardzo poetycki. Ale, proszę sobie wyobrazić, rano po obudzeniu nie byłam w stanie przypomnieć sobie nawet słowa. Obawiam się, że już nigdy nie uda mi się wymyślić czegoś równie dobrego. W jakiś sposób, kiedy powraca się ponownie do tego samego pomysłu, on nigdy nie jest równie trafny. Czy zgadza się pani ze mną?

- Aniu, muszę zwrócić tobie uwagę. Kiedy polecam zrobienie czegoś, chcę, żebyś natychmiast to wykonała, nie zaś stała jak słup soli i wygłaszała niekończące się wywody na ten temat. Idź teraz i zrób to, o co prosiłam.

Ania szybko ruszyła przez sień do saloniku, ale... nie wróciła. Maryla poczekała na nią dziesięć minut, odłożyła robótkę i z niewesołą miną poszła poszukać dziewczynki. Znalazła Anię stojącą w bezruchu przed obrazem, wiszącym na ścianie, pomiędzy dwoma oknami, z rączkami założonymi do tyłu, główką uniesioną do góry i oczyma zamienionymi w rozmarzone gwiazdy. Biało-zielone światło, przesiane przez jabłonkę i przez pędy winnej latorośli, padało na zachwyconą, małą postać, opromieniając ją w niezwykły sposób.

- Aniu, o czym myślisz? - spytała surowo Maryla.

Ania, przestraszona, dała się sprowadzić z powrotem na ziemię.

- To... - powiedziała, wskazując na obraz, żywą reprodukcję dzieła zatytułowanego Chrystus błogosławiący małe dzieci. - Wyobrażam sobie, że jestem na miejscu jednego z tych maluchów, a konkretnie dziewczynki w błękitnej sukience, która stoi żałośnie w kącie, jakby nie należała do nikogo, zupełnie jak ja. Wygląda samotnie i smutno, prawda? Przypuszczam, że była sierotą. Ale chciała także otrzymać błogosławieństwo, więc nieśmiało podkradła się, przedarłszy się przez tłum na zewnątrz z nadzieją, że nikt jej nie dostrzeże, z wyjątkiem Niego. Wiem doskonale, jak się czuła. Serce jej biło z całej siły, na ręce wystąpił zimny pot, czuła się tak jak ja, kiedy pytałam, czy mogę zostać. Bała się, że On może jej nie zauważyć. Ale On najpewniej ją dostrzegł, prawda? Staram się to wszystko sobie przedstawić - dziewczynka podkrada się po cichutku, coraz bliżej i bliżej z nadzieją, że znajdzie się tuż przy Nim. A potem, jak Pan spogląda na nią i kładzie rękę na jej głowie, dziewczynka doznaje niewysłowionej radości. Szkoda tylko, że autor dał Chrystusowi tak tragicznie żałobną minę. Wszystkie Jego obrazy są takie same, nie wiem, czy Maryla zauważyła? Nie zgadzam się, że On musiał być tak smutny, przecież wtedy dzieci by się go bały.

- Aniu - rzekła Maryla, zadając sobie w duchu pytanie, dlaczego nie przerwała wcześniej jej przemówienia - nie wolno ci tak mówić. To brak szacunku, kompletny brak szacunku.

Oczy Ani wyrażały bezmiar zdziwienia.

- Ależ to niemożliwe. Jestem cała przepełniona szacunkiem. Na pewno moim zamiarem nie było okazanie braku respektu.

- Wiem, że nie chciałaś. Wierz mi jednak, że nie wypada tak lekko traktować takiej sprawy. I jeszcze coś, Aniu, kiedy posyłam cię po coś, masz to zaraz przynieść, a nie zamyślać się i wyobrażać sobie jakieś historie, stojąc przed obrazami. Pamiętaj o tym. Weź ten obrazek i chodź prosto do kuchni. Usiądź tam w kąciku i naucz się tego pacierza na pamięć.

Ania oparła obraz o dzban, w którym stały kwitnące gałęzie jabłoni, które dziewczynka wcześniej przyniosła, żeby udekorować stół do obiadu. Maryla przyglądała się pytająco tej innowacji, ale nic nie powiedziała. Teraz Ania oparła podbródek na rączkach i zagłębiła się w kilkuminutowej, pilnej nauce.

- To mi się podoba - oznajmiła. - To piękne. Kiedyś już słyszałam ten paciorek. Chyba kiedyś mówił go nauczyciel ze szkółki niedzielnej. Ale wtedy nie był tak ładny. Bo jego wykonawcy załamywał się głos i modlił się nadzwyczaj żałobnie. Wyglądał tak, jakby modlitwa była dla niego przykrym obowiązkiem. Chociaż to wcale nie jest poezja, lecz mimo to ten pacierz powoduje, że czuję się zupełnie, jakbym czytała wiersz.

- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje. To brzmi jak linijka pieśni. Tak cieszę się, że Maryla wpadła na pomysł, żeby kazać mi się tego nauczyć.

- Aniu, przestań wreszcie mówić - rzekła sucho Maryla.

Ania przechyliła wazon z kwitnącą gałązką bliżej, aby móc złożyć pocałunek na różowym pączku, po czym na kilka chwil powróciła do poważnej nauki.

- Czy Maryla myśli - spytała trochę później - że zdobędę kiedyś przyjaciółkę od serca w Avonlea?

- Jaką przyjaciółkę?

- Serdeczną przyjaciółkę, bliską przyjaciółkę, wie Maryla, prawdziwą bratnią duszę, której będę mogła zwierzyć się z najbardziej skrytych przeżyć. Całe życie marzę o kimś takim. Tak naprawdę nigdy nie przypuszczałam, że to może mi się kiedyś rzeczywiście przydarzyć. Ale tyle moich najpiękniejszych snów naraz spełniło się, że być może ten jest też realny. Czy Maryla przypuszcza, że mam jakąś szansę?

- Diana Barry mieszka w Wiśniowym Stoku, tu w pobliżu, a jest prawie w twoim wieku. To bardzo ładna i miła dziewczynka. Wyjechała w odwiedziny do ciotki, która mieszka w Carmody, ale po powrocie na pewno będzie bawić się z tobą. A ty postarasz się zachowywać, jak należy, bo pani Barry jest szczególnie wymagająca, jeśli chodzi o towarzystwo jej córki.

Ania zerkała na Marylę poprzez kwitnące gałązki jabłorni, a oczy jej rozbłysły zaciekawieniem.

- Jaka jest Diana? Na pewno nie ma rudych włosów, co? Mam nadzieję, że nie. Dosyć, że ja mam rude włosy. Czegoś takiego nie zniosłabym u przyjaciółki od serca.

- Diana jest bardzo ładna. Jest brunetką o czarnych oczach i różowych policzkach. A ponadto jest dobra i inteligentna, a te cechy są dużo ważniejsze od urody.

Maryla uwielbiała umoralnianie, co najmniej jak księżna z Alicji w Krainie Czarów. Żywiła przekonanie, że słowa adresowane do dziecka powinny być nasycone naukami moralnymi, co w efekcie może dać dobre wychowanie.

Ale Ania stawiała temu dzielnie opór, nie przyjmując do wiadomości prawionych morałów, za to rozwijając zarysowujące się przed nią rozkoszne perspektywy.

- Och, tak się cieszę, że Diana jest ładna. Oprócz marzenia o własnej urodzie - dla mnie bardzo ważnego - drugie największe marzenie dotyczy pięknej przyjaciółki od serca. Pani Tomaszowa miała w saloniku biblioteczkę z oszklonymi drzwiczkami. Nie trzymała co prawda w niej książek, a jedynie serwis i zaprawy na zimę, jeśli jakieś miała w domu. Szyba w jednych drzwiczkach była stłuczona, gdyż pan Tomasz rozbił ją którejś nocy po pijanemu. Ale drugie drzwiczki były w idealnym stanie i ciągle udawałam, że moje odbicie w ich szybce to moja przyjaciółka, Kasia Maurice, której domek mieści się za tymi drzwiczkami. Byłyśmy sobie bardzo bliskie. Często prowadziłam z nią długie rozmowy, szczególnie w niedziele, odkrywając przed nią moje najskrytsze tajemnice. Kasia była mi pociechą, balsamem na moje rany. Udawałyśmy, że biblioteczka jest zaczarowana, a jedyną barierą powstrzymującą mnie przed wejściem przez drzwiczki do wyśnionego świata Kasi, istniejącego tam zamiast rzeczywistych dżemów i porcelany, była nieznajomość słów zaklęcia. Gdybym tam weszła, Kasia wzięłaby mnie za rękę i zaprowadziła w cudowną okolicę, całą w kwiatach, słońcu i pełną baśniowych postaci, gdzie żyłybyśmy szczęśliwie do końca świata. Gdy przenosiłam się do pani Hammond, serce mi pękało na myśl o rozstaniu z Kasią. Kasia Maurice także bardzo nad tym bolała. Wiem to na pewno - zza drzwiczek biblioteczki dochodził jej płacz, gdy się z nią żegnałam. Pani Hammond nie miała podobnej szafki. Na szczęście kawałek dalej, w górę rzeki, rozciągała się długa, zielona dolinka, gdzie zamieszkiwało pełne czaru echo. Oddawało z powrotem każde słowo, nawet niezbyt głośno wypowiedzianych kwestii. W mojej wyobraźni tym echem była mała Wioletta, która została moją wielką przyjaciółką, prawie równie mi drogą, jak Kasia Maurice - no, nie było to całkiem takie samo uczucie, ale podobne. Przed odjazdem do sierocińca pożegnałam się z Wiolettą, a odesłane do mnie echem moje DO WIDZENIA zabrzmiało pełnym smutku, żałobnym tonem. Czułam się tak bardzo z nią związana, że w domu dziecka nie miałabym już siły wyobrażać sobie nowej przyjaciółki "od serca", nawet gdyby to było tam możliwe.

- A ja uważam, że dobrze się składa - zaoponowała Maryla suchym tonem - iż nie miałaś tam pola do popisu dla swojej wyobraźni. Nie popieram wymyślonego życia. Sprawiasz wrażenie osoby wierzącej w prawdziwość własnych wyobrażeń. Przydałaby się tobie przyjaciółka z krwi i kości, która pomogłaby wybić ci z głowy te mrzonki. Wolałabym, żeby pani Barry nie słyszała twoich bajd o Kasiach i Wiolettach, bo mogłaby dojść do wniosku, że jesteś małą kłamczuchą.

- Ach, na pewno nie usłyszy. Nie mogłabym opowiadać o nich wszystkim naokoło. Pamięć o nich jest mi zbyt droga. Pomyślałam jednak, że Maryli o nich opowiem. Och, proszę spojrzeć, Marylo, jaka wielka pszczoła wypadła właśnie z kwiatu jabłoni. Cóż to za wspaniałe mieszkanie wewnątrz. Zasypiać w kwiatku, kołysanym wiatrem! Gdybym nie była dziewczynką, to mogłabym zostać pszczółką i zamieszkać w kwitnących gałęziach.

- Nie dalej jak wczoraj chciałaś być mewą - prychnęła Maryla. - Strasznie z ciebie płocha dziewczynka. Ale przecież kazałam ci uczyć się pacierza, a nie gadać. Ale ty nie umiesz milczeć, jeśli tylko gdzieś obok znajduje się jakikolwiek słuchacz. Idź do siebie na górę i weź się do nauki.

- Ale ja już go umiem, no może oprócz ostatniej linijki.

- Nie szkodzi, zastosuj się do mojego polecenia. Idź do pokoju i nie wracaj na dół, aż nauczysz się, jak należy. Poczekaj tam, aż cię zawołam. Wtedy przyjdziesz i pomożesz mi w przygotowywaniu herbaty.

- Czy mogę wziąć ze sobą kwitnące gałązki dla towarzystwa - poprosiła Ania.

- Nie, nie ma potrzeby, żebyś zaśmiecała pokój kwiatami. W ogóle nie trzeka było ich zrywać.

- Tak, właśnie przyszło mi to do głowy - rzekła Ania. - Jakoś miałam wrażenie, że nie powinnam ich zrywać i skracać ich pięknego życia. Gdybym była kwitnącą jabłonią, nie chciałabym, żeby ktokolwiek zrywał moje gałązki. Jednakże pokusa była tak nieodparta. A co Maryla robi w przypadku takiej niepohamowanej chętki?

- Aniu, czy słyszałaś, że masz iść do pokoju?

Ania westchnęła, udała się na poddasze i usiadła na krześle, przy oknie.

- Dobrze, pacierz już umiem! Ostatniego zdania nauczyłam się w drodze na górę. A teraz powyobrażam sobie jakieś ładne umeblowanie do pokoju, ale takie, które pozostanie tu na zawsze w mojej wyobraźni: podłoga jest pokryta białym, pluszowym dywanem w deseń z róż. W oknie wiszą różowe, jedwabne zasłony. Ściany wyłożone są brokatową boazerią ze złoto-srebrnymi nitkami. Meble są z mahoniu. Co prawda nigdy nie widziałam żadnego mebla mahoniowego, ale ta nazwa brzmi po prostu luksusowo. A tu stoi kanapka pokryta stosem wspaniałych, jedwabnych poduszek w kolorach różu, błękitu, szkarłatu i złota. Właśnie na niej spoczywam, przyjmując pełną gracji pozę. Widzę swoje odbicie we wspaniałym lustrze, wiszącym na ścianie. Jestem wysoka, mam królewską urodę. Ubrana jestem w suknię z białej koronki, z trenem wlokącym się po ziemi, z perłowym krzyżem na piersiach i z perłami we włosach. Włosy mam kruczoczarne, a moja cera jest biała jak kość słoniowa. Nazywam się Jej Wysokość Kordelia Fitzgerald. Nie, nie, to nazwisko nie pasuje do mnie.

Podbiegła tanecznym krokiem do lusterka i spojrzała w nie. Ujrzała spiczastą, piegowatą twarzyczkę i uroczyście szare oczy.

- Jesteś po prostu Anią z Zielonego Wzgórza - rzekła żarliwie - i taką cię widzę za każdym razem, gdy patrzę do lustra, mimo że usiłuję wyobrazić sobie, iż jestem Jej Wysokością Kordelią. Ale milion razy lepiej być Anią z Zielonego Wzgórza niż Anią znikąd, prawda?

Pochyliła się do przodu, ucałowawszy gwałtownie swoje odbicie w lustrze, po czym przeniosła się do otwartego okna.

- Droga Królowo Śniegu, życzę ci miłego popołudnia. Drogie brzózki w dolince, wam też przesyłam pozdrowienie. Ukłony dla ciebie, szary domku na wzgórzu. Zastanawiam się, czy Diana zostanie moją przyjaciółką od serca. Mam nadzieję, że tak i bardzo będę ją kochać. Ale nigdy nie powinnam zapomnieć ani Kasi Maurice, ani Wioletty. Zadałabym im ból, gdyby tak się stało, a bardzo nie chciałabym zranić niczyich uczuć, nawet gdyby chodziło tylko o dziewczynkę z biblioteki czy o dziewczynkę zamienioną w echo. Muszę pamiętać, żeby posyłać im codziennie pozdrowienia.

Ania zdmuchnęła kilka całusów z czubków paluszków, posyłając je daleko, obok kwitnących wiśni, a potem z podbródkiem wspartym na dłoniach odpłynęła, zanurzając się w luksusowym morzu snów na jawie.

Rozdział XV

Szkolna burza w szklance wody

- Co za wspaniały dzień! - rzekła Ania, wciągając głęboko powietrze. - Jak pięknie żyć w taki dzień! Współczuję tym, którzy się jeszcze nie narodzili, że właśnie to tracą. Niewątpliwie i im trafią się ładne dni, ale na pewno nie mogą liczyć na powtórzenie dzisiejszego. A do tego jeszcze nasza trasa do szkoły jest tak urocza, prawda?

- O wiele przyjemniejsza, niż ta zakurzona i przegrzana droga naokoło - rzekła praktyczna Diana, zerkając na dno koszyka śniadaniowego i kalkulując w głowie, ile kęsów przypadnie jednej dziewczynce po rozdzieleniu trzech soczystych placków malinowych, od których ślinka łakomie spływała jej do ust.

Dziewczynki ze szkoły w Avonlea miały zwyczaj wspólnie jeść śniadanie. Gdyby któraś podzieliła się trzema placuszkami malinowymi jedynie z najbliższą przyjaciółką, czy, co nie daj Boże, zjadła je sama, zasłużyłaby na miano "okropnej sobki". Lecz z drugiej strony, kiedy rozdzieli się takie malutkie placuszki pomiędzy dziesięć dziewczynek, to każdej przypadnie w udziale maleńki kawałek wystarczający jedynie do podrażnienia podniebienia - martwiła się Diana.

Droga, która wiodła Anię i Dianę do szkoły, była śliczna. Ania wielokrotnie dochodziła do wniosku, że nawet jej bogata wyobraźnia nie mogłaby upiększyć spacerów odbywanych w towarzystwie Diany z domu do szkoły i z powrotem. Pójście dookoła, głównym traktem, byłoby takie prozaiczne. Ich trasa zaś prowadziła przez same niezmiernie romantyczne zakątki - Dróżką Zakochanych, obok Zwierciadła Wierzb, Fiołkową Doliną i wreszcie Brzozowym Przesmykiem. Dróżka Zakochanych rozpoczynała się sadem należącym do Zielonego Wzgórza, a ciągnęła daleko w głąb lasu, aż do skraju farmy Cuthbertów. Tą właśnie drogą przepędzano krowy na odległe pastwisko rozciągające się z tyłu za domem, a także zwożono zapasy drewna na zimę. Ania ochrzciła ją Dróżką Zakochanych, nim upłynął pierwszy miesiąc jej pobytu na Zielonym Wzgórzu.

- Nie dlatego, że tu spacerują prawdziwi zakochani - wyjaśniła Maryli - ale czytamy właśnie z Dianą wspaniałą książkę, w której pewne miejsce nazwano Dróżką Zakochanych, więc wymyśliłyśmy sobie nasze miejsce o tej nazwie. Bo to takie śliczne określenie, prawda? Takie romantyczne! Z łatwością zaludnimy naszą Dróżkę Zakochanych wyimaginowanymi kochankami. A poza tym ta dróżka jest moim ulubionym miejscem jeszcze z innego względu - tu mogę sobie do woli mówić na głos bez ryzyka, że zostanę uznana za osokę niespełna rozumu.

Wychodząc rano z domu, Ania szła Dróżką Zakochanych aż do potoczku. Tam czekała już na nią Diana i dalej dziewczynki podążały razem, ocienione sklepieniem zwieszających się nad nimi liści klonów, aż do wiejskiej kładki.

- Klony są bardzo towarzyskimi drzewami - mawiała Ania - stale coś mruczą i szepczą do ciebie.

Dalej dziewczynki schodziły z Dróżki, idąc jednym z bardziej odległych pól rodziców Diany i mijały Zwierciadło Wierzb, za którym rozpościerała się Fiołkowa Dolina - mała zielona kotlinka w cieniu olbrzymiego lasu pana Bella.

- Teraz nie ma tam oczywiście fiołków - powiedziała Ania Maryli - ale według słów Diany wiosną są ich miliony. Och, czyż Maryla umie sobie je wyokrazić? Aż dech zapiera na myśl o tym wiosennym widoku. Diana jest pełna podziwu dla mnie za dar, z jakim dobieram nazwy dla różnych miejsc. Tak się cieszę, że jestem w czymś dobra. Ale Przesmyk Brzozowy wymyśliła Diana. Tym razem zależało jej na tym, więc zgodziłam się, aczkolwiek chyba dobrałabym coś bardziej poetycznego niż zwykły Przesmyk Brzozowy. Każdy może wymyślić taką nazwę. A przecież Przesmyk Brzozowy to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, Marylo.

Ania nie przesadzała. Inni, trafiwszy tam przypadkowo, byli tego samego zdania. Była to wąska ścieżyna wijąca się serpentyną w dół po długim zboczu na wprost, poprzez lasy pana Bella. Światło docierało na nią przesiane przez tyle szmaragdowych ekranów, że było tak idealne, jak wnętrze diamentu. Na całej długości ścieżka porośnięta była frędzlami utworzonymi z młodych brzóżek o białych kibiciach i delikatnych gałązkach, z paproci, z dzikich konwalii i szkarłatnych kępek gołębich jagód. Powietrze przesycały tam niezwykłe zapachy i śpiew nawołujących się ptaków zmieszany z szemraniem i chichotem leśnego wiatru, gdzieś nad głowami, na czubkach drzew. Od czasu do czasu można było zobaczyć królika przebiegającego drogą, pod warunkiem zachowania ciszy, co jednak w przypadku Diany i Ani zdarzało się niezmiernie rzadko. W dole, w kotlince, przesmyk podchodził do głównej drogi, a potem już tylko mały odcinek wiodący w górę wzgórza porośniętego świerkami oddzielał dziewczynki od szkoły. Szkoła w Avonlea mieściła się w wybielonym budynku - niskim po bokach, o szerokich oknach, umeblowanym wewnątrz wygodnymi, staromodnymi ławkami, z otwieranymi pulpitami. Ławki te były pokryte wyrytymi inicjałami oraz różnymi tajemniczymi hieroglifami, pozostawionymi przez trzy pokolenia dzieci. Budynek szkoły był cofnięty od drogi, a za nim rozciągał się szeroki, mroczny las jodłowy oraz chłodny potok, w którym dzieci przed lekcjami zanurzały swoje butelki mleka, żeby przechować je w dobrym stanie do drugiego śniadania.

Maryla, pełna sekretnych, złych przeczuć, odprowadzała zaniepokojonym wzrokiem Anię, udającą się do szkoły pierwszego dnia września. Ania była taką dziwną dziewczynką. Jak ułożą się jej stosunki z innymi dziećmi? Jak wytrzyma przez te wszystkie godziny szkolne bez gadania?

Jednak obawy Maryli nie sprawdziły się. Ania wróciła do domu po południu w szampańskim nastroju.

- Chyba polubię tę szkołę - oznajmiła. - Chociaż jej dyrektor mnie nie zachwyca. Cały czas podkręca wąsik i robi piękne oczy do Prissy Andrews. Prissy jest dorosłą dziewczynką. Ma szesnaście lat i przygotowuje się do egzaminu wstępnego do Akademii Pedagogicznej w Charlottetown, który będzie zdawać w przyszłym roku. Zdaniem Tillie Boulter dyrektor stracił dla niej głowę. Prissy ma piękną cerę i kręcone włosy, które bardzo elegancho zaczesuje do góry. Siedzi zawsze w drugiej ławce, z tyłu klasy, i dyrektor cały czas jej tam towarzyszy, prawie cały czas. Twierdzi, że musi jej objaśniać lekcje. Ale Ruby Gillis pewnego razu podpatrzyła, jak napisał coś na jej tabliczce , a Prissy pokryła się szkarłatnym rumieńcem po przeczytaniu i zachichotała nerwowo. Ruby Gillis uważa, że to nie ma nic wspólnego z lekcją.

- Aniu Shirley, nie życzę sobie, żebyś w taki sposób mówiła o swoim nauczycielu - rzekła ostro Maryla. - Nie chodzisz do szkoły, żeby krytykować dyrektora. On zapewne może ciebie czegoś nauczyć, a twoim wyłącznym zadaniem jest praca nad stanem twojej wiedzy. Chcę, żebyś zrozumiała, że nie życzę sobie znoszenia do domu plotek na jego temat. Nie chcę tego słuchać. Mam nadzieję, że byłaś grzeczna.

- Oczywiście, byłam - rzekła Ania zadowolona. - I wcale to nie było aż tak trudne. Siedzę z Dianą. Nasza ławka jest tuż przy oknie, z którego rozpościera się widok na Jezioro Lśniącej Toni. W tej szkole jest mnóstwo miłych dziewczynek, z którymi urządziłyśmy sobie świetną zabawę w czasie przerwy śniadaniowej. To wielka przyjemność mieć do zabawy towarzystwo wielu dziewcząt. Ale oczywiście najkardziej przepadam za Dianą i to się nigdy nie zmieni. Uwielbiam Dianę. Jestem strasznie opóźniona w stosunku do reszty. Oni są wszyscy w piątej klasie, a ja zaledwie w czwartej. Trochę mi wstyd z tego powodu. Ale z nich wszystkich nikt nie ma tak rozwiniętej wyobraźni, co szybko wyszło na jaw. Mieliśmy czytankę, geografię, historię Kanady i dyktando. Pan Phillips powiedział, że moja ortografia jest haniebna i na dowód swoich słów pokazał wszystkim moją tabliczkę z podkreślonymi błędami. Było mi tak strasznie wstyd, Marylo. Myślę, że mógłby okazać trochę więcej uprzejmości nowej uczennicy. Ruby Gillis dała mi jabłko, a Zosia Sloane pożyczyła mi śliczną różową kartkę ze słowami "Czy mogę ciebie odprowadzić do domu?". Mogę ją zatrzymać do jutra. A Tillie Boulter pozwoliła mi nosić przez cały ranek swój pierścionek z koralików. Czy mogę sobie wziąć kilka perłowych koralików ze starej poduszeczki do szpilek, która leży na stryszku? Chciałabym zrobić sobie z nich pierścionek. I jeszcze coś. Niech Maryla sobie wyobrazi, że Janka Andrews powiedziała mi, że Minnie Mac Pherson zwierzyła jej się, że usłyszała, jak Prissy Andrews mówi Sarze Gillis, że mam ładny nos. Marylo, to pierwszy komplement, jaki spotkał mnie w życiu. Trudno sobie wyobrazić, jakie uczucia opanowały mnie na tę wiadomość. Czy Maryla też uważa, że mam ładny nos? Wiem, że Maryla powie mi prawdę.

- Twój nos jest niezły - odparła krótko Maryla. W głębi duszy uważała nos Ani za wyjątkowo zgrabny, jednakże nie miała najmniejszego zamiaru jej o tym mówić.

Od owego dnia upłynęły trzy tygodnie w spokoju. Teraz był chłodny ranek wrześniowy, a Ania i Diana, najszczęśliwsze dziewczynki w Avonlea, lekkim, wesołym kroczkiem podążały Przesmykiem Brzozowym.

- Podobno Gilbert Blythe ma dziś być w szkole - rzekła Diana. - Bawił z wizytą u kuzynów przez całe lato i dopiero w sobotę wieczorem wrócił. Jest niesamowicie przystojny, Aniu. Okropnie droczy się z dziewczynkami. Po prostu nas zamęcza.

Jednakże głos Diany sugerował, że te męczarnie szły w parze z pewną dozą satysfakcji, a może i przyjemności.

- Gilbert Blythe? - spytała Ania. - Czy to nie jego nazwisko jest napisane na ścianie obok wejścia przy nazwisku Julii Bell ze słowami "Uwaga! Uwaga!" powyżej?

- Tak - odparła Diana, dodając z żachnięciem się - jestem pewna, że jemu wcale na tej Julii nie zależy. Słyszałam zresztą, jak zażartował, że dzięki jej piegom doskonale rozwija swe umiejętności w zakresie tabliczki mnożenia.

- Och, błagam - rzekła Ania - nie mów przy mnie o piegach. To niedelikatne, zważywszy, jak mam ich dużo. Ale uważam, że wypisywanie po ścianach takich uwag o dziewczętach i chłopcach to głupia zabawa. Niechby tylko ktoś spróbował napisać moje nazwisko obok jakiegoś chłopca! No, ale oczywiście - dodała pośpiesznie - nikomu by to nawet nie przyszło do głowy.

Ania westchnęła. Nie chciała, żeby jej imię znalazło się na murze. Niemniej jednak myśl o tym, że nie ma szans na coś takiego, była dla niej upokarzająca.

- Bzdura - rzekła Diana, której czarne warkocze i oczy jak węgielki siały takie spustoszenie w sercach chłopców z Avonlea, że jej imię figurowało na murze przy ganku w różnych konfiguracjach, chyba aż w sześciu miejscach. - To jest taki żart. I bądź pewna, że i twoje imię na pewno prędzej czy później także przyozdobi któryś murek. Karolek Sloane za tobą przepada. Wyobraź sobie, że powiedział swojej mamie, nie byle komu, a swojej mamie, że jesteś najbłyskotliwszą dziewczyną w szkole. To z pewnością ważniejsza cecha niż ładny wygląd.

- Ależ skąd - rzekła Ania, kobieca aż do szpiku kości. - Wolałabym być ładną niż mądrą. A Karolek Sloane jest okropny - nie znoszę go. Te jego wyłupiaste oczy! Gdyby ktoś napisał moje nazwisko przy imieniu Karolka Sloane'a, moja dusza nigdy nie przestałaby cierpieć z tego powodu, Diano. Ale przyjemnie jest być w czołówce klasy.

- Teraz w twojej klasie będzie Gilbert - rzekła Diana - i muszę ci wyznać, że to on zajmował zawsze pierwsze miejsce w klasie. Przerabia dopiero czwarty tom podręcznika, chociaż ma już czternaście lat. Cztery lata temu jego ojciec zachorował i musiał wyjechać do Alberty dla poratowania zdrowia, dokąd towarzyszył mu Gilbert. Spędzili tam trzy lata i Gil prawie wcale nie uczęszczał do szkoły, aż do powrotu tutaj. Ale teraz, Aniu, już nie będzie ci tak łatwo stać na czele klasy.

- Cieszę się - rzekła szybko Ania. - Być lepszą od maleństw w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat to żaden powód do dumy. Wczoraj wstałam, żeby przeliterować "chrzciny". Józia Pye była najlepsza, ale nieuczciwie zerkała cały czas do książki. Pan Phillips tego nie widział, bo zajęty był Prissy Andrews, ale ja to zauważyłam. Posłałam jej spojrzenie przepełnione lodowatą pogardą. Zaczerwieniła się jak burak i przez to zaczęła popełniać błąd za błędem.

- Te panny Pye to znane oszustki - rzekła Diana tonem pełnym oburzenia, gdy przechodziły przez płot oddzielający główny trakt. - A wiesz, co zrokiła Gercia Pye? Wyobraź sobie, że wczoraj swoją butelkę z mlekiem włożyła na moje miejsce w potoczku! Coś takiego! Nie rozmawiam z nią.

Kiedy pan Phillips z tyłu klasy uczył Prissy Andrews łaciny, Diana szepnęła do Ani:

- Gilbert Blythe siedzi po drugiej stronie przejścia, obok ciebie, Aniu. Spójrz na niego i powiedz - czyż nie jest przystojny?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział IV

Ranek na Zielonym Wzgórzu

Słońce stało już wysoko, gdy Ania obudziła się i usiadła na łóżku, patrząc zaspanymi oczami w okno, przez które wpadały radosne promienie, przesiane przez coś bielącego się i falującego na tle błękitnego nieba na zewnątrz.

Przez chwilę nie umiała sobie przypomnieć, gdzie jest. Najpierw poczuła rozkoszny dreszczyk, tak jakby na myśl o czymś miłym, a potem runęło na nią straszne wspomnienie. Przybyła na Zielone Wzgórze i nikt jej tu nie chce, bo nie jest chłopcem!

Ale nadszedł poranek, a pod jej oknem rosła wiśnia w pełni rozkwitu. Wyskoczyła z łóżka i podbiegła do okna. Pchnęła je - otworzyło się z trudem i trzaskiem, jakby dawno nieużywane, co było prawdą. Miało przy tym tak zardzewiałe zawiasy, że nie potrzeba było haczyka, żeby je przytrzymać w miejscu.

Ania opadła na kolanka i upajała się czerwcowym porankiem. Oczy lśniły jej z zachwytu. Och, jak tu pięknie! Czyż nie jest to czarowne miejsce! A jeśli tu nie zostanie? Będzie sobie wyobrażać, że zostaje. Tutaj było tak wiele miejsca dla wyobraźni.

Olbrzymia wiśnia rosła pod oknem, tak blisko, że jej gałęzie wspierały się o ściany. Pąki kwiatów pokrywały ją tak gęsto, że trudno było dojrzeć gałązki. Olbrzymi sad ciągnął się po obu stronach domu; z jednej strony złożony z jabłoni, a z drugiej z wiśni. Rosły w nim same drzewa przyprószone kwieciem. Trawę u ich stóp przetykały mlecze. Dalej widać było ogród, a w nim krzaki bzu pokryte purpurą, zaś wiatr przynosił ich omdlewajaco-słodki zapach aż do okna Ani. Za ogrodem pole, zielone od soczystej koniczyny, opadało łagodnie ku zagłębieniu, przez które przepływał strumyk i gdzie rosły kępy białych brzóz, ponad bogatym pokryciem sugerującym rozkoszną obfitość paproci, mchu i rozmaitych innych leśnych roślinek. Dalej zaś rozpościerało się wzgórze, zielone i przyozdobione jodłami i świerkami, które wyglądały z daleka jak piórka na kapeluszu. A w przesmyku między drzewami widać było szare poddasze małego domku, który widziała z drugiego brzegu Jeziora Lśniącej Toni. Po lewej stały wielkie stodoły, a za nimi w oddali, poniżej zielonych stoków pokrytych polami, była widoczna błękitna tafla morza.

Rozkochane w pięknie oczy Ani chłonęły to wszystko łapczywie. Biedna dziewczynka napatrzyła się w życiu na tyle brzydkich miejsc, a uroda roztaczającej się przed nią okolicy godna była jej marzeń.

Klęczała tak, zatopiona w czarownym widoku, aż dotyk czyjejś ręki na ramieniu przywrócił ją do rzeczywistości. To Maryla weszła do środka, niesłyszana przez małą marzycielkę.

- Pora ubierać się - rzekła nieco szorstko.

Maryla po prostu nie miała pojęcia, jak odzywać się do dziewczynki, i zupełnie nieświadomie popełniała niezręczności, mówiąc do niej zbyt surowym tonem.

Ania wstała i odetchnęła pełną piersią.

- Ach, czyż nie jest to cudowne? - zauważyła, wskazując rączką na dobry, otaczający ją świat.

- Drzewo jest duże - objaśniła Maryla - i wspaniale kwitnie, ale owoce nie są zazwyczaj udane; najczęściej są małe i robaczywe.

- Nie chodzi mi tylko o drzewo; oczywiście, że jest urocze, tak, wyróżnia się urodą. Kwitnie jakby z premedytacją. Ale ja myślę o całym otoczeniu: ogrodzie, sadzie, potoku i o lasach, o całym wielkim, drogim świecie. Czy w taki ranek czuje pani miłość do świata? Ach, słyszę, jak potok śmieje się, tam, u góry. Czy zgadza się pani, że potoki są nadzwyczaj radosne? Śmieją się bez przerwy. Cieszę się, że tak blisko Zielonego Wzgórza jest potok. Może pani pomyśleć, że to nie powinno robić mi żadnej różnicy, skoro nie zamierza pani pozwolić mi tu zostać. Ale myli się pani. Dla mnie to ważne. Zawsze będę pamiętać, że na Zielonym Wzgórzu jest potoczek, choćbym nie miała już go nigdy zobaczyć. Gdyby zaś nie przepływał tędy żaden strumyk, męczyłoby mnie nieprzyjemne uczucie niedosytu. Dziś rano nie jestem na dnie rozpaczy. Rankiem nigdy mi się to nie zdarza. Czyż to nie cudowne, że istnieją poranki? Mimo tego czuję się bardzo zasmucona. Wyobrażałam sobie, że w końcu okaże się, iż jestem tą osobą, której potrzebujecie, i że zostanę tu na zawsze. Myśl ta była dla mnie wielkim pocieszeniem. Jednakże najgorszą rzeczą, jaka przytrafia się marzycielom, jest powrót do rzeczywistości. A to boli.

- Ubierz się lepiej, zejdź na dół i daj spokój marzeniom - rzekła Maryla, kiedy wreszcie udało jej się wtrącić kilka słów. - Śniadanie czeka. Umyj twarz i uczesz włosy. Zostaw okno otwarte, a pościel odsłoń i przerzuć przez poręcz łóżka. I postaraj się to zrobić porządnie.

Ania zdecydowanie umiała być staranna, gdy chciała. Dziesięć minut później znalazła się na dole; schludnie ubrana, z uczesanymi włosami zaplecionymi w warkocze, z umytą twarzą i przepełniającym ją poczuciem dobrze spełnionego polecenia Maryli. Wypadałoby tu jednak dodać, że zapomniała przewietrzyć pościel.

- Strasznie jestem dziś głodna - oznajmiła, osuwając się na krzesełko ustawione dla niej przy stole przez Marylę. - Świat naokoło nie wydaje się już teraz taką dziką głuszą jak nocą. Tak się cieszę, że ranek jest słoneczny. Ale ranki dżdżyste też lubię. Każdy ranek jest interesujący, prawda? Nie wiesz, co zdarzy się w ciągu dnia, stąd wyokraźnia ma wielkie pole do popisu. Cieszę się, że nie pada, ponieważ wtedy łatwiej być radosnym i znosić nieszczęście, jakie zgotował nam los. Czuję, że czeka mnie wiele do zniesienia. To tak przyjemnie czytać o smutkach innych i wyobrażać sobie bohaterstwo, z jakim znosiłoby się je samemu, ale gdy człowiek znajdzie się w tragicznej sytuacji, to już jest coś innego, prawda?

- Wielkie nieba, pohamuj swój język - rzekła Maryla. - Nie godzi się, żeby taka mała dziewczynka tyle gadała.

Na te słowa Ania powściągnęła swoją gadatliwość tak posłusznie, że aż poirytowało to Marylę, kiedy jej nienaturalne milczenie się przedłużało. Mateusz także się nie odzywał, acz to było zupełnie zgodne z jego usposobieniem - posiłek upłynął więc w kompletnej ciszy.

Podczas śniadania Ania stawała się coraz bardziej nieobecna duchem, jadła mechanicznie z nieruchomymi, nic niewidzącymi oczami, utkwionymi w wycinek nieba za oknem.

To zachowanie wydało się Maryli bardzo niepokojące. Przyszło jej do głowy, że chociaż ciałem dziewczynka towarzyszy im przy stole, to jednak jej duch jest gdzieś daleko, w jakiejś odległej krainie, spowitej chmurami, uniesiony na skrzydłach bujnej wyokraźni. Komu potrzebne takie dziecko w gospodarstwie?

Niemniej jednak Mateusz całym sercem chciał ją zatrzymać! Maryla czuła, że jego pragnienie było tego ranka jeszcze bardziej gorące niż wieczorem i że na pewno nie minie. Taką miał naturę. Wbijał sobie do głowy jakąś fanaberię i trzymał się jej z zadziwiającym, milczącym uporem, uporem dziesięciokrotnie silniejszym i skuteczniejszym w absolutnej ciszy, niż gdyby o tym cały czas mówił. Kiedy skończono posiłek, Ania otrząsnęła się z marzeń i zaproponowała, że pozmywa naczynia.

- Czy aby potrafisz to robić należycie? - spytała nieufnie Maryla.

- Potrafię całkiem nieźle. Chociaż najlepiej sobie radzę z opieką nad maluchami. Mam w tym wielkie doświadczenie. Szkoda, że nie ma pani żadnych maluchów dla mnie do doglądania.

- Myślę, że niepotrzebne mi już żadne inne dzieci do doglądania. Starczy to, co mam teraz na głowie. Ty sama jesteś dla mnie wielkim problemem. Nie wiem, jak powinnam z tobą postąpić. Mateusz jest po prostu niemądry.

- Myślę, że cudowny - zaoponowała Ania z wyrzutem. - Jest taki sympatyczny. Wcale mu nie przeszkadzało, że tak dużo gadam. Wydawało mi się, że wręcz sprawiam mu przyjemność. Jak tylko mój wzrok padł na niego, od razu wiedziałam, że Mateusz to moja bratnia dusza.

- Rzeczywiście, oboje jesteście dziwakami, czy to oznacza dla ciebie bratnie dusze? - odparła Maryla, złośliwie prychając. - Dobrze, możesz pozmywać naczynia. Weź dużo gorącej wody, a potem dokładnie wytrzyj talerze. Mam dziś urwanie głowy z robotą, a muszę jeszcze pojechać do Białych Piasków do pani Spencer. Wezmę cię ze sobą i razem postanowimy, co z tobą zrobić. Po zmywaniu pójdziesz na górę i pościelisz łóżko.

Zmywanie naczyń, co pilnym okiem śledziła Maryla, poszło Ani całkiem zręcznie. Później dziewczynka posłała łóżko, ale nie bardzo jej to wyszło, gdyż nigdy nie uczono jej sztuki pokonywania niesfornej pierzyny. Jakoś jednak skończyła i wygładziła łóżko. Maryla, żeby pozbyć się dziewczynki, zaproponowała jej zabawę na podwórku.

Ania pofrunęła do drzwi z rozjaśnioną twarzą i błyskiem w oku. Na progu nagle zatrzymała się, odwróciła, cofnęła i siadła przy stole, a światło i blask gasły w jej twarzy, jakby ktoś przekręcił wyłącznik.

- Co tym razem? - spytała Maryla.

- Nie śmiem wyjść - odparła Ania tonem męczennicy odrzucającej wszelkie ziemskie radości.- Jeśli nie mam tu pozostać, nie ma sensu, żebym kochała Zielone Wzgórze. A jeżeli teraz wyjdę i zaprzyjaźnię się z wszystkimi drzewami i kwiatami, z sadem i z potoczkiem, na pewno zakocham się w tym wszystkim. Nie zdołam powstrzymać tego uczucia. I tak już jest mi ciężko, więc lepiej, żebym nie komplikowała sytuacji. A tak bardzo chętnie poszłabym na dwór - wszystko do mnie woła - Aniu, chodź do nas, chodź, Aniu! Chcemy się z tobą bawić. Ale lepiej nie. Nie ma sensu kochać tego wszystkiego, skoro zostanę stąd wywieziona, prawda? A tak trudno zapanować nad uczuciami. Dlatego myśl o zamieszkaniu tutaj tak bardzo mnie ucieszyła. Pomyślałam, że będę tu mieć mnóstwo przedmiotów do kochania i nic nie odbierze mi tego uczucia. Lecz ten krótki sen się skończył. Teraz pogodziłam się już z losem, więc lepiej żebym nie wychodziła z domu, gdyż zacznę odczuwać wzmożony żal. Jak nazywa się to geranium, które stoi na parapecie?

- Geranium o Jabłkowym Zapachu.

- Nie chodzi mi o nazwę, lecz o imię, jakie nadała pani tej roślince. Nie zrobiła pani tego? Czy mogę panią w tym zastąpić? Czy mogę nazwać ją, zaraz, niech pomyślę, na przykład imię Bonny byłoby dobre. Czy mogę ją tak nazwać na czas mojego pobytu? Och, proszę, niech pani mi pozwoli!

- Doprawdy, zupełnie mi to obojętne. Ale jakiż sens ma nadawanie imienia geranium?

- Bardzo lubię, jak przedmioty mają swoje etykietki, nawet jeśli są to tylko doniczki geranium. Upodabniają się do ludzi. Być może tej roślince jest przykro, że nie ma własnego imienia. Chciałaby pani być nazywaną cały czas tylko "Kobietą?? Tak, dam jej na imię Bonny. Dziś rano ochrzciłam wiśnię pod oknem sypialni. Nazwałam ją Królową Śniegu, bo jest taka biała. Oczywiście nie będzie cały czas kwitła, ale można to sobie wyobrazić, prawda?

- Nigdy w życiu nie widziałam ani nie słyszałam kogokolwiek podobnego do tej dziewuszki - mruczała Maryla, chroniąc się do piwnicy pod pozorem przyniesienia kartofli. - Rzeczywiście, interesujące z niej stworzenie, Mateusz ma rację. Czuję już, że zastanawiam się, co następnie usłyszę z jej ust. Także na mnie rzuca czar, tak jak zrobiła to z Mateuszem. To jego spojrzenie, gdy wychodził, znów powiedziało wszystko to, o czym próbował mnie przekonać. Szkoda, że nie zachowuje się jak inni ludzie i unika wszelkich dyskusji. Można by wtedy odpowiedzieć, prókować coś wyperswadować. Ale cóż można zrobić z człowiekiem, który tylko PATRZY?

Ania ponownie rozmarzyła się i siedziała z podbródkiem w dłoniach, oczkami w niebie, gdy Maryla powróciła z piwnicy. Maryla pozostawiła ją tam, aż wczesny obiad znalazł się na stole.

- Mateuszu, czy będę mogła wziąć klacz i powozik po obiedzie? - spytała Maryla.

Mateusz skinął głową na potwierdzenie i popatrzył smętnie na Anię. Maryla przechwyciła to spojrzenie i powiedziała ponuro:

- Jadę do Białych Piasków, gdzie mam zamiar załatwić ostatecznie tę sprawę. Wezmę z sobą Anię, bo pani Spencer na pewno przygotuje co potrzeka, żeby ją natychmiast odesłać do Nowej Szkocji. Przygotuję ci herbatę, a dojeniem krów zajmę się po powrocie.

Mateusz dalej nic nie mówił, a Maryla naraz poczuła, że na darmo strzępi sobie język. Nie ma gorszej rzeczy od mężczyzny, który nie reaguje na czyjeś słowa, no, może kobieta, która milczy, kiedy człowiek wychodzi z siebie, żeby ją przekonać. Mateusz zaprzągł klacz do dwukółki, po czym Maryla i Ania wyruszyły. Mateusz otworzył bramę, a gdy nią przejeżdżały, rzekł, jakby w powietrze, jakby do nikogo:

- Mały Jerry Buote z Zatoki był tu dziś rano. Zobowiązałem się go zatrudnić na całe lato.

Maryla nie odpowiedziała, ale sprawiła klaczy takie baty, że przyciężkie zwierzę, nieprzyzwyczajone do takiego traktowania, puściło się oburzonym pędem w dół drogi dojazdowej z przerażającą szybkością. Maryla popatrzyła przez ramię za siebie i ujrzała Mateusza, który oparty o bramę nie spuszczał żałosnego wzroku z oddalającej się dwukółki.

Rozdział XI

Wrażenia Ani ze Szkółki Niedzielnej

- No, Aniu, jak ci się podobają? - spytała Maryla.

Ania stała na facjatce, patrząc z powagą na trzy nowe sukienki, rozpostarte na łóżku. Jedna z nich była z kraciastej bawełny tabaczkowego koloru, którą Maryla kupiła ubiegłego lata skuszona przez domokrążcę oraz szalenie trwały wygląd materiału. Druga była z satyny w czarno-białą kratkę, kupionej okazyjnie zimą, a trzecia ze sztywnego, zadrukowanego perkalu o brzydko niebieskim odcieniu, który pochodził z zakupów zrobionych w minionym tygodniu w sklepie w Carmody.

Maryla sama je uszyła, wszystkie w identyczny sposób: proste spódnice, połączone w talii z prostymi bluzkami, z równie prostymi, a do tego przyciasnymi rękawami.

- Wyobrażę sobie, że mi się podobają - rzekła Ania z rozwagą.

- Nie chcę żadnego wyobrażania - odparła urażona Maryla. - No cóż, widzę, że nie przypadły ci do gustu! A co w nich ci się nie podoba? Przecież są przyjemne, czyste i nowe.

- Tak.

- Więc dlaczego ich nie akceptujesz?

- One, one, one nn...nnie są ładne - rzekła Ania niechętnie.

- Ładne! - prychnęła Maryla. - Na pewno nie miałam zamiaru zawracać sobie głowy szyciem ładnych sukienek dla ciebie. Nie popieram pobłażania w próżności, Aniu, to muszę ci zaraz wyjaśnić. Te sukienki są przyjemne, praktyczne, choć bez falbanek lub fałdek, i stanowią wszystko, na co możesz liczyć tego lata. Sukienka brązowa, bawełniana i ta z drukowanego perkalu będą odpowiednie do szkoły, kiedy zaczniesz do niej uczęszczać. Sukienka satynowa jest do kościoła i do Szkółki Niedzielnej. Spodziewam się, że będziesz o nie dbała, unikając nadmiernego brudzenia czy darcia. Myślałam, że będziesz wdzięczna za wszystko, cokolwiek ci ofiaruję w miejsce twoich kusych, brzydkich sukienek.

- Och tak, jestem wdzięczna - zaprotestowała Ania. - Ale byłabym o wiele bardziej wdzięczna, gdyby chociaż jedna z nich miała bufiaste rękawy. Tak marszczone rękawy są szalenie modne. Ależ to byłoby ekscytujące, gdybym mogła ubrać się w taką suknię z bufkami.

- No cóż, musisz obyć się bez twego podekscytowania. Nie miałam nadwyżki materiału, żeby móc sobie pozwolić na bufiaste rękawki. A zresztą, moim zdaniem, te ekstrawagancje wyglądają strasznie śmiesznie. Wolę proste, zwykłe rękawy.

- Ale to ja będę wyglądała śmiesznie, jeśli każda inna dziewczyna będzie mieć bufki, a tylko ja nosić będę zwykłe, proste rękawy - upierała się żałośnie Ania.

- Wierzę ci! A na razie powieś starannie sukienki do twojej szafy, a potem usiądź i naucz się lekcji do Szkółki Niedzielnej. Dostałam dla ciebie modlitewnik od pana Bella i od jutra zaczniesz uczęszczać do Szkółki - rzekła bardzo rozgniewana Maryla, znikając na dole.

Ania splotła ręce i popatrzyła na sukienki.

- Taką miałam nadzieję, że chociaż jedna będzie biała z bufiastymi rękawami - wyszeptała niepocieszona. - Modliłam się o to, choć właściwie nie żywiłam wielkiej nadziei. Nie podejrzewałam, że Bóg znajdzie czas, żeby zawracać sobie głowę sukienką małej sieroty. Wiedziałam, że będę musiała polegać na Maryli. Cóż, na szczęście mogę wyobrazić sobie, że jedna z nich uszyta jest ze śnieżnobiałego muślinu ze ślicznymi koronkowymi falbankami i bufiastymi rękawkami, potrójnie przymarszczonymi.

Następnego ranka symptomy nasilającego się bólu głowy uniemożliwiły Maryli pójście z Anią do Szkółki Niedzielnej.

- Pójdziesz tam i odnajdziesz panią Linde, Aniu - rzekła. - Ona dopilnuje, żebyś znalazła się we właściwej klasie. Proszę, zachowuj się należycie. Potem pozostań na modlitwie i poproś panią Linde, żeby ci wskazała naszą ławkę. Tu masz centa na tacę. W kościele nie wygapiaj się na ludzi i nie wierć się. A jak wrócisz do domu, opowiesz mi tekst ewangelii, którą słyszałaś.

Ania wyruszyła z domu w nieskazitelnym stroju, ubrana w sztywną ciemną sukienkę, która, aczkolwiek wystarczająco długa i z pewnością nie za skąpa, jednakże uwypuklała każdą kostkę w jej szczupłym ciałku. Nowy, marynarski kapelusik był mały, płaski i lśniący. Jego prostota bardzo rozczarowała Anię, która pozwalała sobie na sekretne wizje wzbogacających go wstążek i kwiatów.

Te ostatnie znalazły się jednakże, zanim Ania dotarła do głównego traktu. W połowie dróżki wzrok Ani napotkał złote szaleństwo muskanych wiatrem jaskrów obok dzikich róż. Ania szybko i szczodrze udekorowała swój kapelusik ciężkim wiankiem z kwiatów. Nieważne, co inni powiedzą na ten temat, grunt, że wynik bardzo zadowolił Anię, która lekko roztańczonym, drobnym kroczkiem poszła dalej, dumnie unosząc swą rudą główkę przyozdobioną na żółto-różowo.

Dotarłszy do domu pani Linde, Ania dowiedziała się, że ta szlachetna dama już wyszła. Niczym niezrażona dziewczynka poszła więc dalej sama do kościoła.

Na ganku spotkała grupę małych dziewczynek, a wszystkie ubrane były w radosne biele, różowości i błękity. Stały ze wzrokiem utkwionym z ciekawością w obcą dziewczynkę, wybijającą się dekoracją kapelusika. Mieszkanki Avonlea słyszały już dziwaczne opowieści o Ani. Pani Linde opowiadała o jej nieokiełznanym temperamencie. Jerry Buote, parobek wynajęty do pracy na Zielonym Wzgórzu, mówił, że Ania bez przerwy rozmawia sama z sobą, z drzewami i kwiatami, jak jakaś nienormalna. Patrzyły więc teraz na Anię i szeptem wymieniały uwagi, kryjąc buzie za modlitewnikami. Żadna nie starała się serdecznie do niej zagadać ani w tej chwili, ani później, kiedy wstępne ćwiczenia się skończyły i Ania znalazła się w klasie panny Rogerson.

Panna Rogerson była damą w średnim wieku, a nauczała w Szkółce Niedzielnej już ponad dwadzieścia lat. Jej metoda nauczania polegała na zadawaniu pytań wydrukowanych w modlitewniku i mierzeniu surowym wzrokiem dziewczynki, która jej zdaniem winna udzielić odpowiedzi. Bardzo często patrzyła na Anię, która dzięki szkoleniu Maryli szybko odpowiadała. Jednakże bardzo jest wątpliwe, czy dziewczynka rozumiała zarówno pytanie, jak i odpowiedź. Pani Rogerson wcale nie podobała się Ani, która czuła się bardzo nieszczęśliwie. Wszystkie dziewczynki w klasie, prócz niej, miały bufiaste rękawy. Ania zdała sobie sprawę, że życie bez bufiastych rękawów jest niewiele warte.

- No, jak tam, jak ci się podobała Szkółka Niedzielna? - spytała Maryla, kiedy Ania wróciła do domu. Ponieważ wianek w międzyczasie zwiądł, Ania wyrzuciła go na dróżce, tym samym na pewien czas opóźniając dotarcie do Maryli wiadomości o tej niezwykłej dekoracji.

- W ogóle mi się nie podobała. Była straszna.

- Aniu Shirley! - zareagowała Maryla z naganą.

Ania usiadła na bujanym fotelu z długim westchnieniem, ucałowała jeden z liści Bonny'ego i pokiwała gestem powitania kwitnącej fuksji.

- Pewno tęskniły za mną, kiedy byłam poza domem - wyjaśniła. - A więc wróćmy do Szkółki Niedzielnej. Zachowałam się jak należy, zgodnie z poleceniem Maryli. Pani Linde już nie zastałam, więc poszłam sama. Weszłam do kościoła z gromadą małych dziewczynek, po czym usiadłam w kąciku, w ławce przy oknie. Zaczęły się wstępne ćwiczenia. Pan Bell wygłosił starannie długi pacierz. Byłabym nim potwornie znużona jeszcze przed końcem modlitwy, gdybym nie siedziała przy tym oknie. Ale na szczęście wychodzi ono na Jezioro Lśniącej Toni, więc patrzyłam sobie na nie i wyobrażałam rozmaite wspaniałości.

- Nie powinnaś była robić nic takiego! Należało słuchać w skupieniu słów pana Bella.

- Ale on nie mówił do mnie - zaprotestowała Ania. - Mówił do Boga, a zresztą sam także nie wyglądał na bardzo zainteresowanego swymi słowami. Zapewne przyszło mu do głowy, że Bóg jest zbyt daleko, żeby zawracać sobie nami głowę. Ale ja powiedziałam w duchu małą modlitwę na własną rękę. Nad taflą jeziora zwieszał się długi rząd białych brzózek, przesiewając przez swe gałązki światło słońca, które zatapiało się potem głęboko w wodzie. Och, Marylo, to było jak piękny sen! Czułam wręcz ekstazę i pojęłam, że muszę powiedzieć "Dzięki ci za to, Panie" dwa czy trzy razy.

- Mam nadzieję, że nie zrobiłaś tego na głos - rzekła zaniepokojona Maryla.

- Och nie, mruknęłam cicho pod nosem. No, a potem pan Bell wreszcie skończył i powiedziano mi, że mam iść do klasy panny Rogerson. Oprócz mnie było w niej jeszcze dziewięć dziewczynek. Wszystkie miały bufiaste rękawy. Próbowałam wyobrazić sobie, że moje są także bufiaste, ale nie umiałam. Nawet nie wiem dlaczego. Kiedy byłam sama na facjatce, tak łatwo udało mi się nadać im ten kształt. Co innego w klasie pośród dziewczynek, które miały prawdziwe bufki.

- Szkółka Niedzielna to nie miejsce na rozmyślania o rękawkach. Powinnaś była skupić się na lekcji. Mam nadzieję, że wiesz o tym.

- Och tak. Zresztą odpowiedziałam na wiele pytań. Pani Rogerson zadała ich całe mnóstwo. Nie uważam, żeby to było ładnie z jej strony. Ja mogłabym zadać jej wiele pytań, ale nie potrafiłam się na to zdobyć, gdyż uznałam, że ona nie jest moją bratnią duszą. Potem każda z dziewczynek recytowała psalm. Pani zapytała mnie, czy znam jakiś. Odpowiedziałam, że co prawda nie znam żadnego, ale mogę powiedzieć z pamięci wiersz Pies nad grobem swego pana, o ile pani zechce. Poemat ten jest zawarty w czytance do trzeciej klasy. Nie jest to utwór czysto religijny, lecz wyziera z niego taki smutek i melancholia, że uważam, iż powinien być odpowiedni. Ale ona powiedziała, że nie jest odpowiedni, i kazała mi nauczyć się dziewiętnastego psalmu na następną niedzielę. Później w kościele przeczytałam go i uważam, że jest wspaniały. Są tam dwie szczególne linijki, które zachwycają:

"Wyrzynane szwadrony padały

pod mieczami Madianitów jak zboża łany" .

Nie wiem, ani co znaczą "szwadrony", ani co to "Madianici", ale to brzmi tak tragicznie. Nie mogę się doczekać przyszłej niedzieli, kiedy to wyrecytuję. Będę ćwiczyć przez cały tydzień. Po lekcjach poprosiłam pannę Rogerson - pani Linde była zbyt daleko ode mnie - żeby wskazała mi naszą ławkę w kościele. Siedziałam spokojnie jak myszka, a pastor czytał trzeci rozdział Apokalipsy, drugi i trzeci werset. Tekst był bardzo długi. Gdybym była księdzem, wybierałabym krótkie, żywe urywki. Kazanie było także bardzo długie. Pewno pastor musiał je dopasować do wybranego tekstu Apokalipsy. Było to zupełnie nieciekawe. Obawiam się, że pastor pozbawiony jest zupełnie umiejętności fantazjowania. Nie bardzo go więc słuchałam. Puściłam wodze mojej wyobraźni, a moje myśli pomknęły ku bardziej zadziwiającym rzeczom.

Marylę ogarnęło poczucie bezradności. Ania powinna zostać zbesztana za wszystkie swoje słowa, ale krępowała ją myśl, że trudno odmówić prawdziwości niektórym jej spostrzeżeniom. Szczególnie kazania i modlitwy pana Bella od dawna sama krytykowała w głębi serca, acz nigdy nie wyraziła tego słowami. Naraz odniosła wrażenie, że jej ukrywane, niewyrażone dotąd krytyczne myśli przyoblekły się w kształt i formę dzięki tej mówiącej bez ogródek, otwartej osóbce, której nikt nie poświęcał dotąd uwagi.

Rozdział VII

Modlitwa Ani

Maryla zaprowadziła Anię wieczorem do łóżka i powiedziała sztywno:

- Aniu, wczoraj wieczorem rozrzuciłaś swoją garderobę po całej podłodze, zamiast ją ułożyć. To bardzo niechlujny nawyk i nie mam zamiaru tego tolerować. Cokolwiek zdejmiesz z siebie, złóż to ładnie na krześle. W moim domu nie ma miejsca dla małych, nieporządnych dziewczynek.

- Wczoraj wieczorem moja dusza była tak udręczona, że nie miałam siły myśleć o ubraniu - tłumaczyła się Ania. - Dziś złożę je bardzo ładnie. W sierocińcu musiałyśmy utrzymywać je w należytym porządku. Jednakże, przyznać muszę, że często zdarzało mi się o tym zapominać, nieraz nawet co drugi dzień. Tak bardzo śpieszyło mi się do miłego łóżka, gdzie w spokoju mogłam oddawać się wyimaginowanym przeżyciom.

- Jeśli zostaniesz tutaj, będziesz musiała lepiej wyszkolić pamięć - ostrzegła Anię Maryla. - O tak, to wygląda nieco lepiej. Zmów modlitwę i skacz do łóżka.

- Ależ ja nigdy się nie modlę - oznajmiła Ania.

Maryla popatrzyła na nią ze zdziwieniem przemieszanym z rozpaczą.

- Jak to, Aniu? Nie rozumiem. Nigdy nie nauczono cię pacierza? Bóg oczekuje od takiej dziewczynki jak ty codziennej modlitwy. A może ty nie wiesz, kim jest Bóg?

- Bóg jest nieskończonym, odwiecznym i niezmiennym duchem w swej istocie, mądrości, potędze, świętości, sprawiedliwości, dobroci i prawdzie - odparła Ania szybko i bez zająknienia.

Maryla poczuła ulgę.

- No, na szczęście coś wiesz na ten temat! Nie jesteś stuprocentową poganką! Gdzie się tego nauczyłaś?

- W szkole niedzielnej w sierocińcu. Musieliśmy nauczyć się całego katechizmu. To mi się podobało. W niektórych słowach widzę majestat "nieskończony, odwieczny i niezmienny". Czyż to nie jest wspaniałe? Te słowa tak rytmicznie toczą się jedno za drugim, jak muzyka organowa. Nie można, co prawda, nazwać ich poezją, lecz bardzo ją przypominają, prawda?

- Nie rozmawiamy, Aniu, o poezji - lecz o twojej modlitwie. Czyż nie wiesz, że to okropnie niecne postępowanie, kiedy ktoś nie modli się co wieczór? Obawiam się, czy aby czasem nie jesteś zepsutą dziewczynką.

- Gdyby panią los skarał czerwonorudymi włosami, to wiedziałaby pani, że wtedy o wiele łatwiej być niedobrą niż dobrą - broniła się Ania z wyrzutem w głosie. - Ludzie wolni od tego koloru włosów zupełnie nie rozumieją problemu. Pani Tomaszowa powiedziała, że Bóg dał mi celowo rude włosy, i od tej pory straciłam dla Niego serce. A poza tym zawsze wieczorami byłam zbyt zmęczona, żeby jeszcze zawracać sobie głowę modlitwami. Po ludziach, którzy mają na głowie bliźnięta, nie można spodziewać się rozmodlenia. Proszę powiedzieć z ręką na sercu, czy nie mam racji?

Maryla pojęła, że musi natychmiast rozpocząć religijną edukację Ani. Zdecydowanie nie było chwili do stracenia.

- Aniu, będąc pod moim dachem, musisz się modlić.

- Oczywiście, zgadzam się, jeżeli takie jest pani życzenie - radośnie oznajmiła Ania. - Zrobię wszystko, żeby panią zadowolić. Ale proszę przynajmniej dziś powiedzieć mi, co mam mówić. Jak już będę w łóżku, to codziennie wymyślę sobie jakieś słowa modlitwy. Prawdę mówiąc, myśl o tej perspektywie wydaje mi się całkiem interesująca.

- Musisz uklęknąć - rzekła Maryla zażenowana.

Ania uklękła obok Maryli i spojrzała na nią z powagą.

- Dlaczego należy klękać do modlitwy? Gdybym naprawdę chciała się modlić, to wie pani, co bym zrobiła? Poszłabym zupełnie sama na pole lub w głąb lasu i spojrzałabym na niebo, które objawia się bezmiarem błękitu. I wtedy modlitwa przyszłaby sama. Jestem gotowa. Co mam mówić?

Maryla czuła się coraz bardziej skrępowana. Zamierzała nauczyć Anię klasycznej modlitwy dziecięcej "Aniele Boży, Stróżu mój" - ale, jak już zauważyliśmy, zdarzały jej się przebłyski poczucia humoru, takiego, który oznacza wyczucie dystansu do świata. Teraz nagle uświadomiła sobie, że prościutki wierszyk, uświęcający dzieciństwo maleństw, szczebioczących w białych koszulkach u boku matek, jest zupełnie nieodpowiedni dla tej piegowatej czarodziejki, która nic nie wie o Bogu i nie stara się zdobyć jego miłości, gdyż nikt nie próbował nigdy unaocznić jej tych kwestii, chociażby poprzez okazanie jej serca.

- Jesteś, Aniu, już dość duża, żeby modlić się samodzielnie - rzekła wreszcie. - Podziękuj Bogu za wszystko, co ci daje, i poproś go pokornie o to, czego pragniesz.

- Dobrze, postaram się - rzekła Ania, kładąc główkę na kolanach Maryli. - Boże Wszechmogący - tak zwracają się do niego księża w kościele, więc taka forma powinna być właściwa także i w prywatnej modlitwie, co?! - wykrzyknęła, podnosząc na chwilę główkę. - Boże Wszechmogący, dziękuję Ci za Białą Ścieżkę Rozkoszy i Jezioro Lśniącej Toni, za Bonny i Królową Śniegu. Naprawdę jestem Ci za to wszystko wdzięczna. I to wszystko za co Ci dziękuję, co przychodzi mi teraz do głowy. Co do rzeczy, jakich pragnę, jest ich tak wiele, że musiałabym wyliczać je parę godzin. Wymienię więc jedynie dwie najważniejsze. Proszę, pozwól mi pozostać na Zielonym Wzgórzu, i proszę, pozwól mi wyprzystojnieć, gdy dorosnę. Pozostaję z wyrazami szacunku. Ania Shirley. - Gotowe, i jak mi poszło? - spytała ochoczo, wstając. - Mogłabym nadać tej modlitwie bardziej potoczysty styl, gdybym miała więcej czasu do zastanowienia.

Nieszczęsna Maryla nie załamała się kompletnie tylko dlatego, że w ostatniej chwili przypomniała sobie, iż zachowanie Ani nie było objawem braku szacunku, ale całkowitej nieświadomości. I ona spowodowała ujęcie tej niezwykłej petycji w modlitwie. Maryla ułożyła dziewczynkę do łóżka, obiecując sobie w duchu, że nazajutrz nauczy Anię modlitwy. Wychodziła z pokoju ze świeczką, kiedy Ania przywołała ją do siebie.

- Przypomniałam sobie, powinnam była powiedzieć "amen", a nie "z wyrazami szacunku", prawda? Tale jak mówi ksiądz. Zapomniałam o tym, więc zakończyłam tak, bo przecież każdą modlitwę trzeba jakoś zakończyć. Czy myśli pani, że ta różnica ma wielkie znaczenie?

- Nie, chyba nie - rzekła Maryla. - Zaśnij teraz jak grzeczna dziewczynka. Dobranoc.

- Dziś mogę powiedzieć "dobranoc" z czystym sumieniem - rzekła Ania, wtulając się z satysfakcją w poduszki.

Maryla wycofała się do kuchni, postawiła świeczkę na stole i przeszyła Mateusza wzrokiem pełnym furii.

- Mateuszu Cuthbert, wygląda na to, że czas najwyższy, żeby ktoś zaadoptował tę dziewczynkę i czegoś ją nauczył. Niewiele jej brakuje, żeby stać się najzwyklejszą poganką. Wyokraź sobie, że do dzisiejszego wieczoru nigdy nie zdarzyło jej się modlić. Jutro poślę kogoś na plebanię i pożyczę książki z serii modlitw porannych. Tak, właśnie to zrobię. I zacznie uczęszczać do Szkółki Niedzielnej, jak tylko uda mi się zamówić dla niej odpowiednią odzież. Widzę już, że będę miała pełne ręce roboty. No cóż, trudno przeżyć życie, nie zrealizowawszy przyznanej człowiekowi porcji kłopotów. Jak dotąd miałam całkiem łatwe życie, ale przyszła widać pora próby, więc będę musiała wywiązać się z niej jak najlepiej.

Rozdział III

Zdumienie Maryli Cuthbert

Maryla szybko wyszła im na spotkanie, słysząc, że Mateusz otwiera drzwi. Ale kiedy jej wzrok padł na dziwną małą postać w sztywnej, brzydkiej sukience, z długimi czerwonorudymi warkoczami i płonącymi gorliwością oczami, stanęła jak wryta.

- Mateuszu Cuthbert, kto to jest?! - wykrzyknęła. - Gdzie chłopiec?

- Nie było żadnego chłopca. Nikogo oprócz niej - powiedział niezdarnie Mateusz.

Skinął dziewczynce i w tej samej chwili uzmysłowił sobie, że nie spytał jej nawet o imię.

- Nie było żadnego chłopca! Ależ to niemożliwe. Musiał być chłopiec - upierała się Maryla. - Prosiliśmy przecież panią Spencer, żeby przywiozła nam chłopca.

- Ale nie przywiozła. To ją sprowadziła! Rozmawiałem z zawiadowcą stacji. Musiałem ją zabrać stamtąd. Nie mogłem jej przecież zostawić samej, obojętnie kto popełnił błąd.

- Ładna historia! - wykrzyknęła Maryla.

W czasie tej wymiany zdań dziewczynka milczała, jej oczy przesuwały się z Mateusza na Marylę i z powrotem, a całe ożywienie gasło stopniowo na twarzy. Nagle w pełni pojęła znaczenie tego, co rozgrywało się przed nią. Upuściwszy swoją cenną torbę, podskoczyła krok do przodu i załamała ręce.

- Nie chcecie mnie! - wykrzyknęła. - Nie chcecie mnie, bo nie jestem chłopcem. Mogłam się tego spodziewać. Nikomu nie byłam nigdy potrzebna! Powinnam domyślić się, że to wszystko jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Powinnam pamiętać, że nikt mnie nigdy nie chciał. Och, co ja teraz pocznę? Zaraz się rozpłaczę.

I rzeczywiście wybuchnęła płaczem. Usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach, po czym zaczęła głośno łkać. Żadne z nich nie miało pojęcia, co zrobić lub powiedzieć. Wreszcie, nieco niezdarnie, Maryla stawiła czoło sytuacji.

- No już, już nie trzeba tak bardzo rozpaczać.

- Trzeba, trzeba! - dziewczynka podniosła szybko głowę, odsłaniając twarzyczkę pomazaną łzami i drżące usta. - Pani też by płakała na moim miejscu. Gdyby była pani sierotą, przybyłą do wymarzonego domu, i dowiedziała się, że nie zagrzeje w nim miejsca, bo nie jest chłopcem. Och, to największe nieszczęście, jakie mnie dotąd spotkało!

Coś zbliżonego do powstrzymywanego uśmiechu, zapomnianego z braku praktyki, złagodziło ostry wyraz twarzy Maryli.

- No, już nie płacz. Dziś wieczorem na pewno ciebie nie wyrzucimy. Możesz tu pozostać, aż wszystko wyjaśnimy. Jak ci na imię?

Dziewczynka zawahała się przez moment.

- Czy moglibyście, proszę, nazywać mnie Kordelią? - powiedziała ochoczo.

- Nazywać cię Kordelią? Czy tak się nazywasz?

- N...n...nie, nie całkiem, ale tak bardzo chciałabym nazywać się Kordelia. To tak perfekcyjnie wytworne imię.

- Zupełnie nie rozumiem, co chodzi ci po głowie. Jeśli nie nazywasz się Kordelią, podaj nam swoje prawdziwe imię.

- Anna Shirley - niechętnie zająknęła się właścicielka tego nazwiska - ale, och, proszę, mówcie do mnie Kordelia. Przecież to dla was bez znaczenia, jak się do mnie zwracacie, tym bardziej że przecież nie zabawię tu długo. Anna to takie nieromantyczne imię.

- Nieromantyczne? Bzdury! - powiedziała niesympatycznie Maryla. - Anna to doskonałe, sensowne imię. Naprawdę nie ma się czego wstydzić.

- Ja się wcale nie wstydzę - wyjaśniła Ania - ale wolę Kordelię. Zawsze sobie wyobrażałam, że jestem Kordelią, w każdym razie w ostatnich latach. Jak byłam młodsza, moją faworytką była Geraldine, lecz teraz wolę Kordelię. Jeżeli już chcecie, żebym była Anną, proszę, używajcie wersji tego imienia zmiękczonej literką "i" na końcu.

- Zupełnie nie rozumiem, jak może tobie tak zależeć na jednej literce - powiedziała Maryla z kolejnym "niezręcznym" uśmiechem, który starała się ukryć, sięgając po czajniczek z herbatą.

- Ależ to bardzo ważne. Wygląda o wiele lepiej. Czy słysząc jakieś imię, widzi je pani wydrukowane w wyobraźni? Coś takiego przytrafia mi się bezustannie. I zapewniam panią, że Anna wygląda rozpaczliwie, natomiast Ania jest o wiele bardziej znośna. Bardzo proszę, jeśli wybierzecie dla mnie Anię z "i" na końcu, spróbuję pocieszyć się po stracie Kordelii.

- No więc dobrze, Aniu, zgadzamy się na twoją prośbę, ale czy możesz nam teraz objaśnić, jak doszło do pomyłki? Prosiliśmy panią Spencer o chłopca. Czy nie miałaś żadnych kolegów w sierocińcu?

- Ależ owszem, jest ich całkiem spora grupa. Lecz pani Spencer powiedziała zupełnie wyraźnie, że chcecie dziewczynkę w wieku około jedenastu lat. A przełożona uznała, że ja będę się świetnie nadawała. Nie macie pojęcia, w jaki wpadłam zachwyt. Z radości nie mogłam zasnąć w ostatnią noc. Dlaczego - dodała z wyrzutem, zwracając się do Mateusza - nie powiedział mi pan na stacji, że jestem tu niepotrzebna? Trzeba mnie było tam zostawić. Gdybym nie zobaczyła Białej Ścieżki Rozkoszy i Jeziora Lśniącej Toni, nie byłoby mi tak ciężko.

- Cóż takiego przychodzi jej do głowy? - spytała Maryla, patrząc ostro na Mateusza.

- Ona, o...n...na nawiązuje do tego, o czym rozmawialiśmy w drodze do domu - wyjaśnił pośpiesznie Mateusz. - Wychodzę wyprząc klaczkę, Marylo. Przygotuj w tym czasie herbatę.

- Czy pani Spencer przywiozła kogoś oprócz ciebie? - kontynuowała Maryla, kiedy Mateusz wyszedł.

- Przywiozła Lilę Jones dla siebie. Lila ma zaledwie pięć lat i nadzwyczajną urodę: brązowoorzechowe włosy - gdybym była taka piękna i miała włosy takiego koloru jak ona, zatrzymalibyście mnie przy sobie, prawda?

- Nie. Jest nam potrzebny chłopiec do pomocy Mateuszowi w pracy na gospodarstwie. Dziewczynka nie przyda się nam do niczego. Zdejmij kapelusik. Położę go wraz z twoją torką na stoliku w przedsionku.

Ania zdjęła posłusznie kapelusz. Mateusz wrócił i usiedli do kolacji. Ale Ania nie była w stanie niczego przełknąć. Skubała niechętnie chleb z masłem i dżemem z dzikich jabłek, nałożonym do szklanego naczynka, ustawionego obok jej talerza. Jedzenie rosło jej w ustach.

- Ty wcale nie jesz - powiedziała ostro Maryla, przyglądając się dziewczynce, jakby popełniła jakiś okropny czyn.

Ania westchnęła.

- Nie mogę. Jestem pogrążona w rozpaczy. Czy pani byłaby w stanie jeść, cierpiąc męki tak jak ja?

- Nigdy nie byłam pogrążona w rozpaczy, więc nie umiem odpowiedzieć - odparła Maryla.

- Naprawdę? A czy chociaż wyobrażała sobie pani kiedykolwiek głębię rozpaczy?

- Nie, nigdy.

- No to w takim razie nie potrafi pani tego zrozumieć. To bardzo męczące uczucie. Kiedy usiłuje pani coś zjeść, wtedy naraz czuje pani, że ma ściśnięte gardło, przez które nie uda się przełknąć niczego, nawet gdyby serwowano krem karmelowy. Jadłam krem karmelowy - było to mniej więcej dwa lata temu. Ależ był pyszny. Od owego czasu często w snach widzę przed sobą na stole pucharek kremu. Niestety, zawsze budzę się, zanim zacznę go jeść. Mam nadzieję, że mi pani wybaczy brak apetytu. Wszystko na tym stole jest cudowne, ale nie mogę niczego przełknąć.

- Ona chyba jest zmęczona - rzekł Mateusz, który milczał od powrotu ze stajni. - Połóż ją spać, Marylo.

Maryla zastanawiała się, gdzie położyć dziewczynkę do łóżka. Wcześniej w izbie przy kuchni przygotowała kanapkę dla oczekiwanego chłopca. Jednakże, chociaż było tam czysto i przytulnie, miejsce to w jakiś sposób nie wydawało się odpowiednie dla dziewczynki. Pokój gościnny był wykluczony dla tego zagubionego stworzenia, tak więc jedynym ewentualnym pomieszczeniem był pokoik na poddaszu w wychodzącej na wschód części domu. Maryla zapaliła świeczkę i kazała Ani iść za sobą. Ania pośpiesznie zerwała się, żeby wykonać polecenie, biorąc po drodze kapelusik i torbę ze stolika w przedsionku. Cała sień bybła tak czysta, że przejmowała lękiem. Mała izdebka na poddaszu wydawała się jeszcze bardziej, wręcz nieskazitelnie, schludna. Maryla postawiła świeczkę na trójkątnym stoliku na trzech nóżkach i odsłoniła pościel.

- Przypuszczam, że masz koszulę nocną? - spytała.

Ania skinęła głową.

- Tak mam nawet dwie. Przełożona mi je uszyła. Są straszliwie kuse. W sierocińcu nigdy niczego nie starcza, więc ubrania są zawsze zbyt małe. Nie znoszę przykrótkich koszul. Ale nawet w takich można marzyć i śnić zupełnie tak samo, jakby były długie, do samej ziemi, z falbankami przy szyi. Zawsze to jakaś pociecha.

- No, to teraz szybko rozbierz się i do łóżka. Przyjdę za kilka minut po świeczke. Nie mogę powierzyć ci jej zgaszenia, ko mogłabyś spalić cały dom.

Po wyjściu Maryli Ania rozejrzała się z zadumą dookoła. Wybielone ściany tak rzucały się w oczy swą bolesną nagością, że Ani przyszło do głowy, iż z pewnością czują ból z powodu własnego chłodu. Podłoga była także odsłonięta, a jedynym wyjątkiem była mała, okrągła, pleciona mata na środku pokoju, z gatunku, z jakim Ania nigdy się nie zetknęła. W rogu stało wysokie, staromodne łóżko, z czterema ciemnymi słupkami, które niegdyś podtrzymywały baldachim, a dziś były znacznie skrócone. W drugim rogu stał wspomniany trójkątny stoliczek ozdobiony grubą poduszką do szpilek, z czerwonego pluszu tak twardego, że niewiele szpilek udałoby się w nią wetknąć bez ułamania ich czubków. Nad stolikiem wisiało niewielkie lusterko. Pomiędzy stolikiem i łóżkiem znajdowało się okno, które częściowo przysłaniały muślinowe zasłonki, a po drugiej stronie pokoju stała umywalka. Całe pomieszczenie cechowała trudna do opisania surowość, która przejęła Anię do szpiku kości lodowatym dreszczem. Łkając, zrzuciła pośpiesznie ukranko, przekrała się w kusą koszulinę i wskoczyła do łóżka, gdzie zanurzyła całą twarz w poduszkę, naciągnąwszy kołdrę na głowę.

Kiedy Maryla przyszła po świeczkę, jedynymi oznakami istnienia w pokoju kogoś oprócz niej samej były walające się w nieładzie po podłodze drobne elementy garderoby oraz nieco zmierzwiony wygląd łóżka. Podniosła z zadumą ubranie Ani, ułożyła je starannie na żółtym, sztywnym krześle, a potem ze świecą w ręku podeszła do łóżka.

- Dobranoc - powiedziała trochę niezręcznie, lecz życzliwie.

Spod kołdry ukazała się gwałtownie blada twarzyczka Ani i jej wielkie oczy.

- Jak może pani nazywać tę noc dobrą, wiedząc, że to najgorsza noc w moim życiu? - powiedziała Ania z wyrzutem i ponownie zanurkowała pod kołdrę.

Maryla zeszła powoli na dół, do kuchni, gdzie zaczęła zmywać naczynia. Mateusz palił - co było widomym objawem zaniepokojenia. Rzadko zdarzało mu się sięgać po fajkę, gdyż Maryla minami dawała mu do zrozumienia, że to okrzydliwy nawyk. Jednakże, w pewnych okolicznościach i sytuacjach czuł, że nie zdoła się pohamować, a wtedy Maryla zżymała się na ten widok, choć czuła, że czasami mężczyzna musi znaleźć jakieś ujście dla swoich emocji.

- Ależ nawarzyliśmy sobie piwa - rzekła gniewnie. - Przez posłów wilk niesyty. Rodzina Roberta Spencera w jakiś sposób przekręciła naszą prośbę. Ktoś będzie musiał pojechać do pani Spencer. To konieczne. Trzeba odesłać dziewczynkę z powrotem do sierocińca.

- Tak, chyba tak - potwierdził niechętnie Mateusz.

- Chyba tak?! Nie jesteś tego pewny?

- Ach, wiesz, Marylo, to taka miła dziewczynka. Jakoś szkoda odsyłać ją, kiedy tak jej zależy, żeby tu zostać.

- Mateuszu Cuthbert, chyba nie masz zamiaru sugerować, że powinniśmy ją zostawić w naszym domu?!

Zdziwienie Maryli nie byłoby większe, gdyby Mateusz wyraził nagle zamiar stanięcia na głowie.

- No, no wiesz, nie całkiem - wyjąkał Mateusz, zapędzony w kozi róg koniecznością dokładnego wyrażenia myśli. - Myślę, że nikt nie mógłby żądać od nas, żebyśmy pozwolili jej tu zostać.

- Oczywiście, że nie. Jaką korzyść moglibyśmy odnieść z jej towarzystwa?

- To ona mogłaby odnieść korzyść - Mateusz odezwał się nagle i niespodziewanie.

- Mateuszu Cuthbert, to dziecko musiało cię zaczarować! Widzę wyraźnie, że chcesz, żeby z nami została.

- Widzisz, to takie interesujące stworzonko - nalegał Mateusz. - Powinnaś usłyszeć całą jej paplaninę w drodze ze stacji.

- Rzeczywiście gada jak najęta. Od razu to spostrzegłam. Ale to wcale dobrze o niej nie świadczy. Nie lubię dzieci, które mają tyle do powiedzenia. Nie chcę tu żadnej sierotki, a gdybym nawet chciała, to nie wybrałabym nikogo takiego jak ona. Jest w niej coś niezrozumiałego. Nie, zdecydowanie należy ją odesłać natychmiast tam, skąd przyjechała.

- Mógłbym wynająć parobka do pomocy - rzekł Mateusz - a ona umilałaby ci życie swoim towarzystwem.

- Nie cierpię z powodu braku towarzystwa - powiedziała cierpko Maryla. - Nie mam zamiaru trzymać jej tutaj.

- Oczywiście, Marylo, masz rację - rzekł Mateusz, wstając i odkładając fajkę. - Idę do łóżka.

Mateusz udał się na spoczynek. To samo z niezadowoloną miną zrobiła Maryla, uprzątnąwszy naczynia w kuchni.

A u góry, we wschodniej części poddasza, samotna, pozbawiona przyjaciół i spragniona miłości dziewczynka usnęła, łkając.

Rozdział Xll

Uroczysta przysięga i obietnica

Dopiero w następny piątek Maryla usłyszała o owym kwietnym przybraniu kapelusza Ani. Wróciwszy do domu od pani Linde, wezwała dziewczynkę na rozmowę.

- Aniu, pani Linde mówi, że w zeszłą niedzielę przyszłaś do kościoła z kapeluszem śmiesznie przystrojonym jaskrami i różami. Czyż nigdy nie będzie końca twoim wybrykom? Musiałaś stanowić świetny widok!

- Rzeczywiście, wiem, że nie wyglądam najlepiej w różowym i żółtym - zaczęła Ania.

- Nie najlepiej! Znów te głupstwa! Nie chodzi tu o kolory, lecz o sam pomysł pakowania kwiatów na kapelusz, który wystawił cię na pośmiewisko. Jesteś wyjątkowo nieznośnym dzieckiem!

- Nie pojmuję, dlaczego można nosić kwiaty przy sukni, a gdy ktoś je nosi przy kapeluszu, to wystawia się na pośmiewisko - zaprotestowała Ania. - Wiele dziewczynek miało bukieciki przyczepione do sukienek. Na czym polega różnica?

Maryla postanowiła nie pozwolić sprowadzić się z bezpiecznego konkretu na wątpliwe, abstrakcyjne ścieżki.

- Nie odcinaj się tak brzydko, Aniu. Zachowałaś się bardzo niemądrze. Nie chcę przyłapać cię znów kiedykolwiek na czymś takim. Pani Linde powiedziała, że najchętniej zapadłaby się pod ziemię, kiedy ujrzała cię tak przystrojoną. Nie mogła, niestety, podejść do ciebie dość blisko, żeby kazać ci zdjąć to wszystko z głowy. A potem już było za późno. Mówi, że komentarze na twój temat były straszne. Oczywiście wezmą mnie na języki za to, że pozwoliłam ci wyjść w takim stroju.

- Och, przepraszam - odparła Ania ze łzami w oczach. - Nie przyszło mi do głowy, że to może Maryli przeszkadzać. Róże i jaskry były tak urocze, że doszłam do wniosku, iż pięknie przyozdobię nimi kapelusz. Wiele dziewczynek miało sztuczne kwiaty na kapeluszach. Obawiam się, że będę strasznym utrapieniem dla Maryli. Może lepiej, żeby Maryla mnie odesłała z powrotem do sierocińca. Ale to byłoby straszne. Tego bym na pewno nie przeżyła. A może zapaść na suchoty? Jestem przecież taka chuda. To byłoby przecież lepsze rozwiązanie, niż zamęczać Marylę.

- Bzdura - zaoponowała Maryla, rozgniewana na samą siebie za spowodowanie płaczu dziewczynki. - Nie mam zamiaru odsyłać cię do sierocińca. Chcę jedynie, żebyś zachowywała się jak inne dziewczynki i nie ośmieszała samej siebie. Nie płacz już. Powiem ci coś na pociechę. Diana Barry wróciła dziś po południu. Idę dziś do jej mamy pożyczyć model na spódniczkę, więc jeśli chcesz, możesz mi towarzyszyć i poznasz Dianę.

Ania zerwała się na równe nogi i aż zaklaskała w dłonie z radości. Łzy lśniły dalej na jej policzkach. Ścierka, którą właśnie obszywała, spadła niezauważona na podłogę.

- Och, Marylo! Boję się. Teraz, kiedy to spotkanie jest tak bliskie, naprawdę się boję. A jeżeli ona mnie nie polubi? Byłoby to najtragiczniejsze rozczarowanie mojego życia.

- Aniu, przestań histeryzować. I naprawdę niepotrzebnie używasz takich długich słów. Brzmią śmiesznie w ustach takiej małej dziewczynki. Mam nadzieję, że przypadniesz Dianie do gustu. Ale musisz liczyć się z tym, co powie jej mama. Jeżeli ona ciebie nie polubi, to uczucia Diany będą bez znaczenia. Jeśli usłyszała o twoim wybuchu wobec pani Linde i dziwacznym przybraniu kapelusza w kościele, nie wiem, jakiego nabierze przekonania na twój temat. Musisz być uprzejma i dobrze wychowana i nie wygłaszaj tych swoich szokujących mówek. Och, jakżeż to dziecko drży!

Ania miała bladą i napiętą z przejęcia twarz.

- Och, Marylo! Maryla by także była pełna niepokoju, gdyby miała właśnie spotkać małą dziewczynkę, przyszłą przyjaciółkę od serca, której matce trudno przypaść do gustu - powiedziawszy to, udała się po kapelusz.

Poszły Wiśniowym Stokiem, na skróty przez potoczek i pod górę przez wzgórza pokryte jodłowym laskiem. Pani Barry otworzyła im kuchenne drzwi, do których zapukała Maryla. Była to wysoka, ciemnooka i ciemnowłosa kobieta o ustach znamionujących wielką stanowczość. Mówiono, że jest bardzo wymagająca wobec swoich dzieci.

- Jak się masz, Marylo? - spytała serdecznie. - Wejdźcie. A to dziewczynka, którą adoptowaliście, prawda?

- Tak, to Anna Shirley - odparła Maryla.

- Zdrobniale Ania - szepnęła Ania, która, choć drżąca i zdenerwowana, nie zamierzała jednak przepuścić okazji do jednoznacznego określenia tej ważnej kwestii.

Pani Barry, czy to nie usłyszawszy, czy też nie pojąwszy, uścisnęła po prostu rękę Ani i powiedziała życzliwie:

- Jak się masz?

- Świetnie na ciele, chociaż bardzo zmaltretowana na duszy, dziękuję pani - rzekła ponuro Ania. A potem dodała na boku głośnym szeptem, zwracając się do Maryli - nie było chyba w tym nic szokującego, Marylo, co?

Diana siedziała na sofie i czytała książkę, którą upuściła, kiedy weszli goście. Była to bardzo ładna dziewczynka, z odziedziczonymi po mamie czarnymi oczami i włosami, a także z przejętymi od ojca różowymi policzkami i radosnym wyrazem twarzy.

- A oto moja córeczka Diana - rzekła pani Barry. - Diano, proszę, weź Anię do ogrodu i pokaż jej swoje kwiaty. Będzie to lepsze dla ciebie, niż ślęczenie tu nad książką. Zdecydowanie za dużo czyta - dodała do Maryli, kiedy dziewczynki wyszły. - Nic nie mogę na to poradzić, bo cieszy się pełnym poparciem i pomocą ojca. Bez przerwy przesiaduje nad książkami. Cieszę się na myśl o wspólnych zabawach obu naszych dziewczynek. Może dzięki temu moja będzie spędzać więcej czasu na dworze.

Na zewnątrz, w ogrodzie, przepełnionym soczystym światłem zachodzącego słońca, przeciekającym przez ciemne, stare jodły na zachodzie, stały Ania i Diana, patrząc na siebie nieśmiałym wzrokiem ponad klombem majestatycznych tygrysich lilii. Ogród Barrych był dzikim rajem kwiatów, które zachwyciłyby Anię o każdej innej porze, ale nie w tej chwili, tak brzemiennej w skutki dla jej przyszłości. Sad otaczały olbrzymie, stare wierzby i wysokie jodły, pod którymi kwitły różne kwiaty dobrze rozwijające się w cieniu. Wymuskane prostokątne ścieżki, zaznaczone równo ustawionymi muszlami, dzieliły go na części jak wilgotne, czerwone wstążki, zaś na klombach, pośród niemodnych już gatunków kwiatów, rozgrywała się feeria barw. Były tu i różowe krwawniki, i wielkie, wspaniałe, szkarłatne peonie, białe wonne narcyzy i cierniste, pełne słodyczy szkockie róże; różowo-błękitno-białe orliki, lekko purpurowe lwie paszczki, kępy bylicy bożego drzewka i wstęgi traw oraz mięty; purpurowe orchidee, żonkile i całe masy słodkiej koniczyny, białej od delikatnych, pachnących i pierzastych kwiatków; szkarłatne błyskawice przeszywały swymi ostrzami powietrze nad wyszukanymi białymi piżmaczkami. Był to taki ogród, gdzie światło słoneczne chętnie zagląda, pszczółki brzęczą, a zefirek oczarowany pozostaje dłużej, szeleszcząc i szemrząc.

- Och, Diano - rzekła wreszcie Ania, składając ręce jak do modlitwy i mówiąc prawie szeptem - czy myślisz, że będziesz mogła polubić mnie choć trochę? Na tyle, aby zostać moją serdeczną przyjaciółką?

Diana zaśmiała się. Zawsze się śmiała przed zabraniem głosu.

- Oczywiście, myślę, że tak - rzekła szczerze. - Strasznie się cieszę, że zamieszkałaś na Zielonym Wzgórzu. Wspaniale będzie mieć kogoś do zabawy. Nie ma w pobliżu żadnej innej dziewczynki, która nadawałaby się dla mnie na towarzyszkę, a moje siostry są za małe.

- Czy zaklniesz się, że będziesz moją przyjaciółką na wieki? - spytała Ania ochoczo.

Diana wyglądała na zaszokowaną.

- Ale przecież przeklinanie jest strasznym grzechem - rzekła z wyrzutem.

- Ależ skąd. Mylisz przeklinanie z zaklinaniem się.

- Och, nigdy o tym nie słyszałam.

- A jednak! To zupełnie co innego. I wcale nie jest to niczym złym! Oznacza jedynie przysięgę i uroczystą obietnicę.

- No więc dobrze. To mogę zrobić - zgodziła się z wyraźną ulgą Diana. - A jak to się robi?

- Musimy chwycić się za ręce, o tak - rzekła Ania z powagą. - Należy to zrobić nad płynącym biegiem rzeki. Po prostu wyobrazimy sobie, że ta ścieżka to potoczek. Ja powiem treść przysięgi pierwsza. Solennie obiecuję, że będę wierna mojej przyjaciółce, Dianie Barry tak długo, dopóki słońce i księżyc będą świecić na nieboskłonie. Teraz ty to powtórz, wstawiając moje imię.

Diana powtórzyła przysięgę, śmiejąc się. A potem powiedziała:

- Jesteś dziwną dziewczynką, Aniu. Słyszałam już o tym od kogoś. Ale i tak na pewno będę cię bardzo lubić.

Kiedy Maryla i Ania udały się w drogę powrotną do domu, Diana poszła z nimi aż do mostka z drewnianych kłód. Dziewczynki szły splecione ramionami. Przy strumyczku rozstały się, składając sobie obietnicę wspólnego spędzenia następnego popołudnia.

- No cóż, czy uważasz, że Diana jest twoją bratnią duszą? - spytała Maryla, kiedy szły przez ogród na Zielonym Wzgórzu.

- Och tak - westchnęła Ania, całkiem nieświadoma sarkazmu w pytaniu Maryli. - Jestem najszczęśliwszą osobą na Wyspie Księcia Edwarda. Zapewniam Marylę, że dziś wieczorem nie zabraknie mi dobrej woli, aby prawidłowo zmówić modlitwę. Mamy zamiar zbudować jutro z Dianą domek w lasku brzozowym pana Williama Bella. Czy mogę wziąć te poobtłukiwane naczynia, które stoją w komórce na drewno? Diana ma urodziny w lutym, a ja w marcu. Prawda, że to dziwny zbieg okoliczności? Diana pożyczy mi pewną książkę do czytania. Mówi, że jest doskonała i niesamowicie interesująca. Pokaże mi miejsce w głębi lasu, gdzie rosną lilie. Prawda, że Diana ma oczy pełne uczucia? Sama bym chciała mieć takie. Nauczy mnie piosenki o Nelly w leszczynowej dolince. Da mi obrazek, który będę mogła zawiesić w pokoju. Mówi, że jest nadzwyczajnej urody. Przedstawia piękną damę w bladoniebieskiej jedwabnej sukni. Pośrednik handlujący przyborami do szycia dał go Dianie. Tak bym chciała czymś się jej zrewanżować. Jestem dwa centymetry wyższa od Diany, ale ona jest o wiele pulchniejsza. Mówi, że wolałaby być szczuplejsza, bo dziewczyny szczupłe mają więcej gracji. Martwię się jednak, że ona tak powiedziała jedynie dlatego, żeby mnie pocieszyć. A któregoś dnia pojedziemy nad morze i będziemy zbierać muszelki. Ustaliłyśmy, że źródełko obok mostka z drewnianych kłód nazwiemy Źródełkiem Leśnej Boginki. Czyż to nie jest doskonale elegancka nazwa? Kiedyś przeczytałam opowiadanie o nazwanym tak strumyku. Boginka leśna to chyba dorosła bajkowa królowa.

- Mam nadzieję, że Diana jakoś uchroni się przed zagadaniem na śmierć - rzekła Maryla. - Ale układając sobie plany, zapamiętaj, Aniu, jedno. Nie będziesz bawiła się cały czas ani też przez większość czasu. Najpierw będziesz musiała wykonać całą zadaną ci pracę.

Puchar szczęścia Ani napełniony był po brzegi, a Mateusz spowodował jego przelanie się. Wrócił właśnie do domu z wyprawy do sklepu w Carmody i bojaźliwie podał Ani malutką paczuszkę, którą wyjął z kieszeni, rzucając przepraszające spojrzenie Maryli.

- Słyszałem, że lubisz czekoladowe słodycze, więc ci trochę kupiłem - rzekł.

- Hm...m...m - prychnęła Maryla - zrujnują jej zęby i żołądek. No dobrze, już dobrze, dziecinko. Możesz je zjeść, skoro Mateusz specjalnie po nie dla ciebie pojechał. Ale byłoby lepiej, Mateuszu, gdybyś jej kupił miętowych cukierków. Są zdrowsze. Rozchorujesz się, Aniu, jeśli natychmiast je wszystkie pochłoniesz.

- Och nie, na pewno nie - odparła Ania. - Dziś zjem jedną czekoladkę, Marylo. Czy mogę dać Dianie połowę? Druga połowa będzie wydawać mi się dwa razy pyszniejsza, jeśli z nią się podzielę. Jak cudownie pomyśleć, że mogę coś jej dać.

- Muszę powiedzieć, że nasza dziewczynka - rzekła Maryla, kiedy Ania poszła na facjatkę - nie jest egoistką. Cieszy mnie to, bo ze wszystkich wad najbardziej nie cierpię u dzieci sobkostwa. Doprawdy, dopiero od trzech tygodni jest tutaj, a nie umiałabym wyobrazić sobie życia bez niej. Zupełnie jakby zawsze była z nami. No, nie rób takiej miny, jakbyś chciał powiedzieć: "A nie mówiłem!". Taka mina jest okropna u kobiety, a u mężczyzny zdaje się po prostu nie do zniesienia. Jestem gotowa przyznać, że cieszę się, iż zatrzymaliśmy dziewczynkę u siebie, i że zaczynam ją lubić, ale proszę cię, Mateuszu, nie wytykaj mi tego.

Rozdział II

Zdumienie Mateusza Cuthberta

Mateusz Cuthbert i gniada klaczka podążali wygodną drogą do odległej o kilka kilometrów Bystrej Rzeki. Droga była ładna, biegła pośród przytulnych gospodarskich zabudowań, przetykanych od czasu do czasu małym laskiem jodłowym lub kotlinką, w której pąki kwiatów zwieszały się z dzikich śliw. Powietrze było słodkie od pyłków unoszących się nad sadami kwitnących jabłoni, a łąki opadały łagodnie w kierunku odległego horyzontu spowitego w perłowo-purpurową mgłę, a do tego:

Małe ptaszki niewysłowionym świergotem wielbiły

jakby jedyny dzień lata, ten dzień, w którym żyły.

Mateusz radował się przejażdżką na swój własny sposób, acz zakłócały ją chwile, gdy musiał pozdrawiać mijane kobiety. Na Wyspie Świętego Edwarda przyjął się bowiem taki zwyczaj, że należało się kłaniać każdej spotkanej osobie, niezależnie od tego, czy był to ktoś znajomy, czy też nie.

Mateusz odczuwał przerażenie na widok każdej przedstawicielki płci żeńskiej, z wyjątkiem Maryli i pani Linde. Odnosił wrażenie, że te tajemnicze stworzenia wyśmiewają się z niego. Niewykluczone, że wcale się przy tym nie mylił, gdyż charakteryzował go przedziwny wygląd. Figurę miał niezdarną, jego długie stalowosiwe włosy sięgały aż do zgarbionych pleców, a twarz zasłaniała gęsta, jasnobrązowa broda, jaką nosił od dwudziestego roku życia. Prawdę mówiąc, jako dwudziestolatek niewiele różnił się od dzisiejszego sześćdziesięcioletniego mężczyzny, z wyjątkiem oczywiście siwizny.

Kiedy dojechał do Bystrej Rzeki, nie dostrzegł nawet śladu pociągu. Doszedłszy do wniosku, że jest jeszcze za wcześnie, przywiązał klaczkę przed pobliskim hotelikiem i skierował się na stację. Długi peron był prawie całkowicie wyludniony. Jedyną widoczną osdbą była dziewczynka siedząca nieruchomo na drugim jego końcu. Mateusz, dostrzegłszy kątem oka, że osóbka jest płci żeńskiej, przemknął obok niej chyłkiem w pośpiechu, nawet nie patrząc w jej kierunku. Gdyby tylko zechciał na nią zerknąć, nie mógłby nie zauważyć pełnego napięcia wyczekiwania w jej pozie i wyrazie twarzy. Siedziała, czekając na coś lub na kogoś, a ponieważ była to jedyna rzecz, która w tej chwili pozostawała jej do zrobienia, włożyła całe swe serce w tę czynność.

Mateusz natknął się na zawiadowcę, zamykającego właśnie kasę, co stanowiło widomy znak przygotowań do opuszczenia stacji celem udania się do domu na wieczorny posiłek. Mateusz zapytał go, czy pociąg przyjedzie o piątej bez opóźnienia.

- Pociąg "piątowy" odjechał ze stacji już pół godziny temu - odparł energicznie kolejarz. - I wysadzono z niego gościa jadącego do pana, małą dziewczynkę. Siedzi sobie tam, na peronie. Proponowałem jej przejście do poczekalni dla pań, ale odparła mi poważnie, że woli pozostać na zewnątrz. "Więcej tu pola do popisu wyobraźni" - rzekła. To oryginalne stworzenie, mówię panu.

- Ależ ja nie oczekuję dziewczynki - zaoponował Mateusz. - Przyjechałem tu po chłopca. Powinien tu być. Pani Spencer miała mi go przywieźć z Nowej Szkocji.

Zawiadowca stacji zagwizdał.

- To jakaś pomyłka - rzekł. - Pani Spencer wysiadła wraz z tą dziewuszką z pociągu i zleciła mi opiekę nad nią. Od niej dowiedziałem się, że zamierzacie z siostrą zaadoptować tę dziewczynkę z sierocińca i wkrótce ktoś z was po nią przyjedzie. To wszystko, co mi o tym wiadomo. I zapewniam pana, że nie ukrywam tu w pobliżu innych sierotek.

- Nic z tego nie rozumiem - wyjąkał bezradnie Mateusz, modląc się w duchu, żeby nagle pojawiła się tu Maryla i znalazła jakieś wyjście z tej sytuacji.

- No cóż, najlepiej niech pan zapyta dziewczynkę - powiedział obojętnie zawiadowca. - Założę się, że świetnie wszystko wyjaśni, bo wygląda na bardzo rezolutne dziecko. Może nie mieli już na stanie więcej chłopców takiego rodzaju, jaki panu odpowiada.

Odszedł żwawym krokiem, czując rosnący głód, a nieszczęsny Mateusz pozostał sam z tym, co powinien teraz zrobić, a to zdawało mu się trudniejsze niż napastowanie dzikiego lwa w jego własnej jaskini. Miał podejść do obcej mu dziewczynki, a do tego sierotki, i zapytać ją, dlaczego nie jest chłopcem. Mateuszowi łkało coś w duszy, ale zawrócił na pięcie i niechętnie, szurając nogami, poszedł w kierunku dziewczynki.

Dziecko wodziło nieustannie za nim wzrokiem od chwili, gdy przeszedł obojętnie obok niej, i teraz też jej oczy na nim spoczywały. Mateusz nie patrzył na dziewczynkę, a zresztą nawet gdyby na nią rzucił okiem i tak nie zdołałby uchwycić jej rzeczywistego obrazu. Przeciętny obserwator dostrzegłby w niej jednak dziecko w wieku jedenastu lat, ubrane w kusą, przyciasną, nadzwyczaj brzydką sukienczynę z żółtawej zgrzebnej wełny. Miała też wypłowiały, brązowy, marynarski kapelusz, spod którego opadały wzdłuż pleców dwa bardzo grube warkocze, wyraźnie rudego koloru. Twarzyczka dziewczynki była drobna, blada i gęsto usiana piegami. Usta były wydatne, a oczy wielkie, zielone w jednym oświetleniu, a znów w innym szare i markotne.

Tyle zobaczyłby przeciętny obserwator. Ktoś bardziej spostrzegawczy mógłby zaś zauważyć, że bródka panienki jest spiczasta i mocno zaznaczona, że wielkie oczy są pełne ognia i ożywienia, że usta mają śliczny wykrój i pełne są wyrazu, że czoło jest szerokie. Krótko mówiąc, nasz doskonały obserwator mógłby dojść do wniosku, że w ciele tej zagubionej istotki rodzaju żeńskiego, która tak bardzo onieśmielała i przerażała Mateusza, znalazła siedzibę niezwykła dusza. Mateuszowi oszczędzono jednakże trudu zagadnięcia dziewczynki, ponieważ, gdy tylko ta ostatnia doszła do wniosku, że mężczyzna zmierza do niej, wstała, chwytając chudą rączką obdartą, staromodną torbę z dywanowej tkaniny i wyciągając drugą do Mateusza.

- Zapewne pan Mateusz Cuthbert z Zielonego Wzgórza? - powiedziała nadzwyczaj dźwięcznym, słodkim głosikiem. - Tak się cieszę, że pana widzę. Zaczęłam już się bać, że nie przyjedzie pan po mnie, i wyobrażałam sobie różne powody, które mogły pana zatrzymać. Zdecydowałam już nawet, że jeżeli nie przyjedzie pan dzisiaj wieczorem, wówczas pójdę po torze do tej wielkiej, dzikiej wiśni na zakręcie, wdrapię się na nią i tam spędzę noc. Wcale bym się nie bała. Prawda, że pięknie byłoby spać na dzikiej wiśni, bielusieńkiej od kwitnących pąków w księżycowej poświacie? Prawda, że w marzeniach można by porównać to miejsce z marmurowymi salami zamku? A poza tym byłam przekonana, że jeśli nie zdoła pan przyjechać wieczorem, to na pewno przyjedzie pan jutro rano.

Mateusz wziął niezgrabnie małą, chudą rączkę w swoją dłoń. W tym samym momencie zrozumiał, co zrobi. Nie umiałby powiedzieć temu dziecku o błyszczących oczach, że popełniono błąd. Weźmie ją do domu i niech ten ciężar przejmie na siebie Maryla. Zresztą obojętne kto popełnił pomyłkę - i tak nie można jej pozostawić samej w Bystrej Rzece. Można więc odłożyć te wszystkie pytania i wyjaśnienia aż do chwili, gdy bezpiecznie znajdzie się znów na Zielonym Wzgórzu.

- Przepraszam za spóźnienie - rzekł nieśmiało. - Chodź. Koń czeka tam, koło hotelu. Podaj mi torbę.

- Ależ mogę ją przecież nieść sama - dziewczynka odparła radośnie. - Nie jest ciężka. Mam w niej cały swój dobytek, ale nie waży on wiele. Kiedy nie trzyma się jej w pewien specyficzny sposób, wtedy się otwiera. Lepiej więc, żebym sama ją niosła, ponieważ umiem chronić się przed jej sztuczkami. Strasznie stara jest ta moja dywanowa torba. Och, jak cieszę się, że pan przyjechał, mimo że byłoby miło usnąć na tej kwitnącej wiśni. Czy to prawda, że czeka nas daleka droga? Pani Spencer powiedziała, że mamy do pokonania długą trasę. Podobno dwanaście kilometrów. Tak się cieszę. Po prostu uwielbiam jazdę dwukółką. Ach, jakie to cudowne, że zamieszkam z wami i będę do was należeć. Nigdy do nikogo nie należałam. Naprawdę! Ale najgorszy był sierociniec. Byłam tam co prawda tylko cztery miesiące, ale to wystarczy. Pewnie nigdy nie był pan sierotą w sierocińcu, więc trudno panu to sobie wyobrazić. To najgorsze, co może się komuś przytrafić. Pani Spencer skrytykowała mnie, że tak dosadnie wyrażam się o moim poprzednim miejscu zamieszkania. A ja przecież nie miałam na myśli nic złego. A swoją drogą przyszło mi do głowy, jak łatwo być niegodziwym, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Zgadza się pan ze mną? Opiekunowie w sierocińcu byli dobrzy. Ale w takim miejscu trudno sobie cokolwiek wyobrażać. Nic do tego nie nastraja, no może z wyjątkiem pozostałych sierot. Całkiem świetnie można wyobrażać sobie różne rzeczy na ich temat - na przykład, że dziewczynka, która siedzi obok mnie, jest w rzeczywistości córką prawdziwego hrabiego, wykradzioną rodzicom we wczesnym niemowlęctwie przez pozbawioną skrupułów pielęgniarkę, która zmarła, nie wyznawszy prawdy. Często leżałam nocą, nie śpiąc, i wyokrażałam sobie różne rzeczy, ponieważ w ciągu dnia nie miałam na to czasu. Podejrzewam, że to spowodowało moją chudość - jestem strasznie chuda, prawda? Nawet gram tłuszczu nie przyobleka moich kostek. Uwielbiam wyobrażać sobie, że jestem ładną, pulchną dziewczynką, o krągłych ramionkach, z dołeczkami koło łokci.

W tym miejscu towarzyszka Mateusza zamilkła, trochę dlatego, że zadyszała się od potoku własnych słów, a trochę dlatego, że stali już obok powozu. Nie powiedziała już ani słowa, aż wyjechali poza wieś, gdzie droga tak głęboko wrzynała się w miękką glebę, że jej pobocza, które zdobiły kwitnące, dzikie wiśnie i smukłe, białe brzózki, sięgały wyżej niż ich głowy.

Dziewczynka wyciągnęła rączkę i ułamała gałązkę dzikiej wiśni, która otarła się o dwukółkę.

- Czyż to nie piękne? Z czym kojarzy się panu to drzewko wychylające się z pobocza, całe białe i koronkowe? - spytała.

- No cóż, nn...nnie mam pojęcia - rzekł Mateusz.

- Ależ oczywiście z panną młodą, całą w bieli, z uroczą woalką, jak mgiełka. Nigdy nie widziałam ślubu, ale potrafię sobie wyobrazić pannę młodą. Jestem taką brzydulą, że nikt nigdy nie zechce mnie poślubić, chyba że jakiś zagraniczny misjonarz. Przypuszczam, że taki misjonarz mógłby nie być specjalnie wymagający. I przynajmniej miałabym białą suknię. To jest moje najbardziej niedościgłe marzenie o ziemskim luksusie. Tak kocham piękne suknie. Odkąd pamiętam, nigdy nie byłam ładnie ubierana. Ale to nie szkodzi, bo mam przynajmniej do czego tęsknić. A przecież mogę marzyć, że mam piękne stroje. Dziś rano ze wstydem wyjechałam z sierocińca, bo musiałam włożyć tę straszną, starą sukienkę. Wszystkie sieroty muszą nosić odzież z tego samego ciemnego materiału. Pewien kupiec z Miasta Nadziei darował sto metrów tej wełny naszemu domowi. Podobno dlatego, że nie mógł jej sprzedać, ja jednak wolałabym uważać, że zrobił to z dobrego serca. Prawda, że tak lepiej? Kiedy wsiadłyśmy do pociągu, czułam, że oczy wszystkich utkwione są we mnie ze współczuciem. Ale wzięłam się w garść i oddałam się marzeniom - miałam na sobie najcudowniejszą, jedwabną, jasnobłękitną sukienkę - bo, jeśli już marzyć, to o tym, co najpiękniejsze. Głowę osłaniał mi kapelusz, cały w kwiatach i drżących piórach, i jeszcze miałam złoty zegarek, nowe rękawiczki i buciki. To rozweseliło mnie i podróż na wyspę upłynęła mi bardzo przyjemnie. Na statku czułam się świetnie. Pani Spencer też dobrze zniosła tę część podróży, choć zazwyczaj ją mdli. Powiedziała mi, że nie miała czasu na morską chorobę, gdyż cały czas nie mogła spuścić ze mnie oka, obawiając się, że wypadnę za burtę. Uskarżała się, że ciągle znikam jej z pola widzenia i myszkuję po całym statku. Ale jeżeli to uchroniło ją przed chorobą morską, powinna mi dziękować za to myszkowanie, prawda? Musiałam sobie obejrzeć wszystko, bo przecież nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek popłynę statkiem. Och, niech pan spojrzy! Znów kwitnące wiśnie! Pełno ich tu! Ta wyspa jest najbardziej kwitnącym miejscem na świecie. Już ją pokochałam. Tak się cieszę, że tu zamieszkam. Mówiono mi wielokrotnie, że Wyspa Księcia Edwarda jest najpiękniejszym miejscem na ziemi i często wyobrażałam sobie, że tu mieszkam, ale tak naprawdę nigdy nie przypuszczałam, że może mnie spotkać coś tak pięknego. To zachwycające, gdy marzenia się spełniają, prawda? Jakie śmieszne są te czerwone drogi! Kiedy wsiadłyśmy do pociągu w Charlottetown, przesuwały się za oknem jak jaśniejące czerwienią błyskawice. Spytałam panią Spencer, dzięki czemu mają ten kolor. Odparła, że nie wie, i zażądała, żebym ulitowała się nad nią i przestała zarzucać ją pytaniami. Powiedziała, że naliczyła już ich co najmniej tysiąc. Wierzę, że tak było, ale jakżeż inaczej dowiem się czegokolwiek, jeżeli nie będę pytać? A dlaczego te drogi są czerwone?

- No cóż, nnn...nnie mam pojęcia - rzekł Mateusz.

- Tak, to będzie jedno z pytań, na które muszę znaleźć odpowiedź któregoś dnia. Czyż to nie wspaniałe móc odkrywać prawdę dotyczącą rozmaitych zjawisk? Tak cudownie jest żyć, świat jest tak nadzwyczaj interesujący. Nie byłby taki nawet w połowie, gdybyśmy wszystko o nim wiedzieli, prawda? Przecież wtedy nic nie pozostałoby dla wyobraźni i marzeń, czyż nie? Czy nie mówię za dużo? Wszyscy naokoło skarżą się, że jestem zbyt gadatliwa. Czy nie przeszkadza to panu? Jeśli powie pan, to natychmiast zamilknę. Potrafię nic nie mówić, nawet przez dłuższy czas, jeżeli tak postanowię, aczkolwiek nie jest to łatwe.

Mateusz, ku własnemu niepomiernemu zdziwieniu, doskonale się bawił. Jak większość milczków lubił osoby gadatliwe, zawsze wtedy, gdy skore były do paplania, nie wymagając jego wzajemności. Jednakże nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, że towarzystwo małej dziewczynki może sprawić mu taką przyjemność. Kobiety były dla niego czymś strasznym, a małe dziewczynki były jeszcze gorsze. Nie znosił ich przekradania się obok niego, z ukradkowymi spojrzeniami, jak gdyby podejrzewały, że połknie je jednym haustem, jeśli odważą się wyrzec choć słowo. Tak wyglądały dobrze ułożone dziewczynki z Avonlea. Ale ta piegowata czarodziejka była zupełnie inna. Chociaż nie nadążał swą spowolniałą inteligencją za jej błyskotliwymi procesami myślowymi, uznał, że jakby polubił jej paplanie. Odezwał się więc nieśmiało, jak to miał w zwyczaju:

- Ależ możesz sobie gadać ile wlezie. Mnie to nie przeszkadza.

- Ach, to się cieszę! Jestem pewna, że się zaprzyjaźnimy. To taka ulga móc zabrać głos, kiedy tylko się zechce; jak nie słyszy się, że dzieci i ryby nie mają głosu. Mówiono mi to już z milion razy. A często śmieją się ze mnie, bo używam wyszukanych słów. Ale przecież kiedy myślę o rzeczach wielkich, nie mogę opowiadać o nich, używając prozaicznych wyrazów, prawda?

- Nn...nn...no tt...t...tak, to wydaje mi się sensowne - rzekł Mateusz.

- Zdaniem pani Spencer mój język jest podwieszony tylko w środku. Ale tak nie jest, jest mocno przymocowany tak jak u wszystkich. Powiedziała mi też, że pana gospodarstwo nazywa się Zielone Wzgórze. Na moje pytania dodała, że dookoła niego rośnie wiele drzew. Tak mnie to ucieszyło. Kocham drzewa. A w pobliżu sierocińca nie było ich wcale. Tylko kilka rachitycznych, mizernych roślin przed domem. Z pobielonymi podpórkami wyglądały jakby same też były sierotami. Płakać mi się chciało na ich widok. Często mówiłam do nich - och, biedactwa! Gdybyście rosły w wielkim lesie, w towarzystwie innych drzew, z mchem i dzwoneczkami pokrywającymi kołderką wasze korzenie, a obok przepływałby potoczek i ptaszki świergotałyby na gałęziach, wówczas wzięłybyście się do rozrastania, prawda? Ale tu po prostu nie macie możliwości. Doskonale wiem, co czujecie! Z przykrością rozstałam się z nimi dziś rano. Tak łatwo przywiązujemy się do przedmiotów, prawda? Czy gdzieś w pobliżu Zielonego Wzgórza przepływa strumyczek? Zapomniałam zapytać o to panią Spencer.

- O tak, mamy potoczek tuż obok domu.

- Naprawdę? Zawsze marzyłam o domku w pobliżu potoku. Choć nigdy nie spodziewałam się, że takie marzenie może się ziścić. Sny nie zawsze się spełniają, prawda? Czyż nie byłoby pięknie, gdyby udawało się obrócić każde marzenie w rzeczywistość? Ale teraz czuję się prawie całkiem szczęśliwa. Nie mogę zaznać pełni szczęścia, ponieważ - no proszę, niech pan mi powie, co to za kolor? - Sięgnęła po jeden z lśniących, długich warkoczy i, przeciągnąwszy go nad chudziutkim ramionkiem, pokazała Mateuszowi. Mateusz pojęcia nie miał, jak odróżnić kolor damskich włosów, jednakże w tym przypadku nie mogło być żadnych wątpliwości.

- Rudy, prawda? - rzekł.

Dziewczynka puściła warkocz i pozwoliła mu opaść z powrotem na plecy z westchnieniem tak głębokim, że zdawało się pochodzić co najmniej od samych stóp i zawierać w sobie smutki wielu stuleci.

- Tak, rudy - podchwyciła zrezygnowana. - Rozumie pan teraz, dlaczego nie mogę być w pełni szczęśliwa. Jak ktoś ma rude włosy, to jest bez szans. Wszystkie pozostałe moje wady nie robią mi specjalnej różnicy - piegi, zielone oczy i chudość nie przerażają mnie. Potrafię wyobrażać sobie, że mam piękną, gładką skórę i urocze, fiołkowe oczy jak gwiazdy. Nie umiem jednak przy pomocy wyobraźni rozprawić się z rudymi włosami. A staram się naprawdę. Myślę sobie - mam wspaniałe czarne, kruczoczarne włosy. Ale to mi nic nie daje, to cały czas wiem, że one są czerwonorude, i serce mi krwawi z rozpaczy. Będą moim zmartwieniem przez całe życie. Kiedyś czytałam o dziewczynie, która całe życie cierpiała z powodu strasznego problemu. Ale nie z powodu rudych włosów. Jej głowa była pokryta czystym złotem, układającym się w fale nad alabastrowym czołem. Co to znaczy "alabastrowe czoło"? Nigdy się tego nie dowiedziałam. Czy może mi pan to objaśnić?

- No cóż, niestety, chyba nnn...nnie - rzekł Mateusz, który zaczynał odczuwać zawrót głowy. Czuł się zupełnie tak samo, jak we wczesnej młodości, gdy za namową kolegi wybrał się na piknik, a tam dał się porwać karuzeli.

- Nieważne, w każdym razie cokolwiek to oznacza, było to bez wątpienia urocze, gdyż dziewczyna była bosko piękna. Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak to jest, kiedy jest się bosko pięknym?

- Nnnie, nigdy - wyznał niezręcznie Mateusz.

- A ja tak, i to często. A co by pan wolał, gdyby dano panu wybór: być bosko pięknym, oszałamiająco błyskotliwym czy niebiańsko szlachetnym?

- N...n...nie wiem za bardzo.

- Ja też nie. Nie umiem się zdecydować. Ale właściwie to nie ma znaczenia, bo tak naprawdę nie grozi mi żadna z tych cech. A już z całą pewnością nigdy nie będę niebiańsko szlachetna. Pani Spencer mówi... Ojej! Panie Cuthbert! Ojej, panie Cuthbert!! Ach, ojej!

Tego nie powiedziała pani Spencer; dziewczynka nie wypadła też z powozu, ani też Mateusz nie zrobił nic zadziwiającego. Po prostu powóz skręcił i znaleźli się w "alejce". "Alejka", nazywana tak przez mieszkańców Nowego Mostu, stanowiła prawie kilometrowy odcinek drogi, nad którym rozpościerała się kopuła gałęzi wielkich, rozłożystych jabłoni, zasadzonych wiele lat temu przez ekscentrycznego, starego farmera. Nad ich głowami zwieszał się długi, śnieżny baldachim wonnego kwiecia. Pod gałęziami powietrze było przepełnione purpurowym półświatłem, a daleko z przodu obraz nieba pomalowanego zachodem lśnił jak wielkie różowe okno u wylotu katedralnej nawy.

To piękno odebrało dziewczynce mowę. Odchyliła się na oparcie powozu; chude rączki złożyła jak do modlitwy. Buzią zwrócona ku górze chłonęła całą sobą urodę i zapach białej wspaniałości. I potem, kiedy wyjeżdżali z białego tunelu, kierując się po długim zboczu do Nowego Mostu, nie poruszyła się ani nic nie powiedziała. Twarz miała zachwyconą. Jechała zapatrzona daleko w zachód słońca wzrokiem, w którym, na tle towarzyszącego jej blasku, odbijały się wizje tłumnie nawiedzające jej wyobraźnię. Potem przejeehali, nadal w milczeniu, przez Nowy Most, ruchliwie krzątającą się wioseczkę, gdzie rozszczekały się na ich widok psy, mali chłopcy pogwizdywali, a w oknach pojawiły się zaciekawione twarze. Przejechali następnych pięć kilometrów, a dziewczynka się nie odzywała. Widać było, że umie zachować milczenie równie konsekwentnie, jak potrafi paplać.

- Domyślam się, że jesteś bardzo zmęczona i głodna - ośmielił się wreszcie odezwać Mateusz, tłumacząc sobie tym właśnie nagłe zamilknięcie dziecka. - Pozostał nam już krótki odcinek do przebycia, niewiele ponad kilometr.

Powróciła z głębokim westchnieniem ze swej zadumy i popatrzyła na niego rozmarzonym spojrzeniem, przez które przezierała nie całkiem jeszcze przywrócona do realiów dusza, zbłąkana w dalekiej wędrówce wśród gwiazd.

- Och, panie Cuthbert - wyszeptała - ten zakątek, przez który przejechaliśmy, ten biały zakątek - co to było?

- Cóż, ch...ch...chyba masz na myśli alejkę - rzekł Mateusz po kilku chwilach głębokiego zastanowienia. - Tak, to jest ładne miejsce.

- Ładne? Ładne nie jest chyba odpowiednim określeniem. Zresztą "piękne" też się nie nadaje. Te słowa nie są dość wyraziste. Och, to było cudowne, po prostu cudowne. To pierwsza rzecz, jaką udało mi się zobaczyć kiedykolwiek w życiu, w której nie można by już niczego udoskonalić, posługując się wyobraźnią. Zrobiło mi się tak słodko tutaj - położyła rączkę na sercu. - Poczułam jakby igiełki lekkiego bólu, który rozszedł się przyjemnie po całym ciele. Czy doznał pan kiedyś takiego bólu, panie Cuthbert?

- No cóż, nie przypominam sobie, nigdy dotąd mi się to nie przytrafiło.

- Mnie to się zdarza bardzo często - zawsze, jak patrzę na coś obdarzonego urodą godną królów. Ale "alejka" to nieodpowiednia nazwa dla tego uroczego miejsca. Takie określenie nie posiada żadnego znaczenia. Powinniśmy je nazwać, niech... no... pomyślę. O, wiem - Białą Ścieżką Rozkoszy. Czyż nie jest to nazwa z marzeń? Kiedy nie podoba mi się nazwa jakiegoś miejsca lub osoby, zawsze wyobrażam sobie nowe określenie, które potem niezmiennie i wyłącznie stosuję dla jej nazywania w myślach. Jedna z moich koleżanek nazywała się Hepzibacha Jenkins, ale dla mnie nosiła imię Róża de Vere. Inni ludzie mogą nazywać to miejsce "alejką", ale ja zawsze będę mówić o Białej Ścieżce Rozkoszy. Czy rzeczywiście od domu dzieli nas już tylko kilometr? Cieszę się, ale równocześnie jest mi szkoda. Szkoda, bo ta przejażdżka była tak przyjemna, a zawsze odczuwam żal, gdy coś przyjemnego dobiega kresu. Oczywiście po tym może nastąpić coś jeszcze milszego, ale to zawsze jest niewiadome, a jakże często to, co przeżywa się później, wcale nie jest przyjemne. Takie mam, w każdym razie, doświadczenia. Ale cieszę się, że niedługo będziemy w domu. Powiem panu, że nigdy nie miałam prawdziwego domu, odkąd sięgam pamięcią. Czuję znów tę igiełkę miłego bólu na myśl o prawdziwym domu. Czyż to nie jest ładne?

Wjechali właśnie na szczyt wzgórza. W dole rozciągał się staw, przypominający bardziej rzekę ze względu na wydłużony kształt. Brzegi jego łączył przerzucony przez środek most. Od mostu do dolnej części stawu, gdzie pasmo piaszczystych, bursztynowych wzgórz oddzielało jego wodę od dalej położonej ciemnobłękitnej zatoki, toń mieniła się wieloma barwami - najbardziej subtelnymi odcieniami fioletu i różu oraz eterycznej zieleni, a także innymi kolorami niewysłowionej urody. W górnej części stawu, w przezroczystej, falującej toni przeglądały się klony i świerki. Tu i tam nad stawem pochylała swe gałęzie jakaś dzika śliwa, spoglądając z brzegu na swe odbicie, jak biało ubrana dziewczyna skradająca się na paluszkach do zwierciadła. Z moczarów, z krańca stawu, dochodził modląco-żałobny rechot żab. Mały, szary domek wyglądał łobuzersko zza sadu jakłoni spowitego w biel i aczkolwiek zmierzch jeszcze nie zapadł, w jednym z jego okien paliło się światło.

- To staw Barry?ego - rzekł Mateusz.

- Och, to imię zupełnie nie pasuje. Nazwę go - niech no pomyślę - Jeziorem Lśniącej Toni. Tak, to jest właściwa nazwa. Wiem to z powodu miłego dreszczyku. Kiedy trafię w dziesiątkę i wymyślę określenie idealnie pasujące do czegoś, zawsze wtedy przechodzą mnie ciarki. Czy panu też się to zdarza?

Mateusz zadumał się.

- No cóż, tak. Zawsze czuję coś podobnego, widząc te obrzydliwe białe gąsienice, które przekopują grządki z ogórkami. Ciarki mnie przechodzą na ich widok.

- To chyba nie jest ten sam rodzaj dreszczy. A jakie jest pana zdanie? Nie istnieje chyba wiele wspólnego między gąsienicami a jeziorami o lśniącej toni, prawda? Ale dlaczego mieszkańcy nazywają to jezioro stawem Barry?ego?

- Chyba dlatego, że pan Barry mieszka na wzgórzu nad stawem. A jego dom nazywa się Wiśniowy Stok. Gdyby nie ten duży krzew za budynkiem, można by dostrzec stąd Zielone Wzgórze. Teraz musimy przejechać przez most, a potem zostanie kawałek drogi, więc mamy jeszcze niewiele ponad pół kilometra do pokonania.

- Czy pan Barry ma może córeczki? No nie takie bardzo małe, najlepiej mojego rozmiaru?

- Ma jedną w wieku około jedenastu lat. Na imię ma Diana.

- Ach! - dziewczynka wciągnęła głęboko powietrze. - Cóż za doskonale piękne imię!

- No cóż, nnnie wiem. Dla mnie to imię ma w sobie coś barbarzyńskiego. Jane, Mary czy jakieś inne zwykłe imię byłoby odpowiedniejsze. Ale kiedy Diana urodziła się, w domu Barrych mieszkał dyrektor szkoły, którego poproszono o wybranie imienia dla niemowlęcia. Nazwał je Dianą.

- Jaka szkoda, że mnie nie przytrafił się jakiś dyrektor szkoły przy urodzinach. Ach, jesteśmy już przy moście. Zamknę teraz oczy. Jazda po moście zawsze mnie przeraża. Nie mogę ujarzmić mojej wyobraźni, która zawsze w takiej chwili podsuwa mi obraz mostu usuwającego się spode mnie, akurat gdy jestem nad środkiem jeziora. Most składa się na pół, jak niektóre scyzoryki, a ja ląduję w wodzie. Dlatego zamykam oczy. Ale nie wytrzymuję długo i zawsze, mniej więcej w połowie mostu, je otwieram. Ponieważ, rozumie pan, jeśli most ma się rozpaść, to koniecznie muszę to zobaczyć. Jaki świetny łoskot teraz słychać! Ta część przejażdżki po moście najbardziej mi się podoba. Jak cudownie, że na świecie istnieje tak wiele rzeczy, które mogą się nam podobać. No, już przejechaliśmy. Teraz obejrzę się za siebie. Dobranoc, drogie Jezioro Lśniącej Toni. Zawsze żegnam się na noc z wszystkim, co lubię, tak samo jak z ludźmi. Myślę, że to lubią. A ta woda wyraźnie uśmiecha się do mnie.

Kiedy pojechali dalej pod górę i skręcili, Mateusz rzekł:

- Jesteśmy już bardzo blisko domu. To Zielone Wzgórze, tam...

- Och, proszę, niech pan nie kończy - przerwała gorączkowo, chwytając go za uniesioną rękę i zamykając oczy, żeby nie widzieć, w którą stronę wskazuje gestem. - Niech pan pozwoli, że sama zgadnę. Jestem pewna, że odgadnę.

Otworzyła oczy i rozejrzała się. Znajdowali się na szczycie wzgórza. Słońce zaszło jakiś czas temu, ale panorama rozpościerająca się poniżej była nadal przejrzysta w soczystym świetle. Na zachodzie, na tle nagietkowozłocistego nieba, wznosiła się strzelista iglica kościelna. Poniżej widać było małą dolinkę zakończoną w głębi długim, lekko spadzistym zboczem, z wtulonymi weń zabudowaniami gospodarstw porozrzucanymi tu i tam. Spojrzenie dziewczynki przenosiło się z jednej strony w drugą, chciwe piękna i pełne zadumy. W końcu zatrzymało się na zabudowaniach położonych po lewej stronie, cofniętych nieco od drogi, mgliście białych w cieniu kwitnących drzew i zmierzchających lasów. Nad nimi, na nieskazitelnym południowo-zachodnim niebie, lśniła, jak lampa przewodnika lub obietnica, wielka, kryształowo biała gwiazda.

- To tam, prawda? - powiedziała, pokazując.

Mateusz rozładował nadmiar zadowolenia graniczącego z zachwytem, uderzając lekko lejcami po końskim grzbiecie.

- Doprawdy, rzeczywiście odgadłaś! Jestem pewien, że pani Spencer opisała ci nasz dom w wystarczający sposób, żebyś mogła go odnaleźć.

- Wcale nie. Naprawdę mi go nie opisywała! To, co powiedziała, pasowałoby do wszystkich innych domostw w sąsiedztwie. Nie miałam najmniejszego pojęcia, jak wasze gospodarstwo wygląda. A zobaczywszy je po raz pierwszy, poczułam, że to jest mój dom. Och, mam wrażenie, jakbym śniła. I wie pan co? Na pewno mam całą rękę w siniakach, bo już któryś raz z rzędu szczypię się, żeby odpędzić to wrażenie, że śnię. Co parę chwil ogarnia mnie okropne, osłabiające uczucie i wpadam w histerię, że to wszystko dzieje się we śnie. Wtedy właśnie się szczypię, żeby sprawdzić, czy to sen, czy jawa, ale po chwili przychodzi refleksja, że przecież nawet jeżeli to tylko sen, to lepiej, żeby trwał, bo jest piękny. Więc zaprzestaję szczypania. Ale to dzieje się naprawdę. Zbliżamy się do domu.

Z kolejnym westchnieniem zachwytu zapadła znów w milczenie. Mateusz poruszył się niespokojnie. Był zadowolony, że to Maryla, a nie on, będzie musiała powiedzieć tej zabłąkanej istotce, że nie znajdzie tu swego wytęsknionego domu.

Przejechali przez kotlinkę pani Linde otoczeni już narastającym zmrokiem. Jednak nie było jeszcze tak ciemno, żeby parli Linde nie mogła dostrzec ich ze swego stanowiska obserwacyjnego przy oknie. Następnie wjechali na wzniesienie i w alejkę dojazdową Zielonego Wzgórza. Na myśl o przyjeździe do domu i zbliżającej się chwili ujawnienia nieporozumienia Mateusz zdawał się kurczyć. Myślał nie tyle o Maryli czy o sobie lub też o oczekującym ich kłopocie, co raczej o rozczarowaniu dziewczynki. Kiedy przypominał sobie zachwycone, rozświetlone oczy, nawiedzało go niemiłe uczucie, jak gdyby miał uczestniczyć w akcie morderstwa. Było to takie samo wrażenie, jak to, które towarzyszyło konieczności zabicia jagnięcia, cielaka lub innego niewinnego stworzenia.

Podwórko było zupełnie ciemne, gdy zajechali na miejsce. Liście topoli jedwabiście szeleściły dookoła.

- Słuchamy, jak drzewa mówią przez sen - wyszeptała dziewczynka, kiedy Mateusz zdejmował ją z powozu. - Jakież muszą mieć piękne sny!

A potem, ściskając torbę, która zawierała "cały jej dobytek", poszła za Mateuszem do domu.

Rozdział XIV

Wyznanie Ani

W poniedziałek wieczorem, przed piknikiem, Maryla zeszła na dół ze swego pokoju z zakłopotaną twarzą.

- Aniu - powiedziała do małej osóbki pochłoniętej łuskaniem grochu przy nieskazitelnie czystym stole. Ania urozmaiciła sobie pracę śpiewaniem piosenki o Nelly z Leszczynowej Dolinki, a robiła to z taką pasją i ekspresją, że przynosiła tym chlubę swej nauczycielce, Dianie. - Czy widziałaś może moją ametystową broszkę? Zdawało mi się, że wczoraj po powrocie z kościoła wpięłam ją do poduszki od szpilek, ale teraz nie mogę jej nigdzie znaleźć.

- Wi...wi...widziałam ją po południu, kiedy Maryla poszła na spotkanie Towarzystwa Charytatywnego - rzekła wolno Ania. - Przechodziłam obok uchylonych drzwi pokoju Maryli i wtedy właśnie ją zobaczyłam na poduszce, więc weszłam, żeby sobie na nią popatrzeć.

- Czy dotykałaś jej? - spytała ostro Maryla.

- Taaak - przyznała Ania. - Wzięłam ją i przypięłam do sukienki, żeby sprawdzić, jak będzie na mnie wyglądać.

- Nie miałaś prawa zrobić czegoś takiego. To bardzo brzydko, jak mała dziewczynka grzebie w cudzych rzeczach. A w ogóle nie powinnaś była wchodzić do mojego pokoju ani ruszać broszki, która do ciebie nie należy. Gdzie ją położyłaś?

- Z powrotem na biurko. Miałam ją na sobie krócej niż minutę. Nie chciałam grzebać, naprawdę, Marylo! Nie przyszło mi do głowy, że nie wypada wchodzić i przymierzać broszki. Teraz już wiem, że postąpiłam niewłaściwie. I już więcej tego nie zrobię. Mam taką zaletę, że nigdy nie popełniam dwa razy takiego samego wykroczenia.

- Nie odłożyłaś jej na miejsce - rzekła Maryla. - Broszki nie ma nigdzie na biurku. Musiałaś ją gdzieś zabrać, Anno!

- Ależ na pewno ją odłożyłam - rzekła szybko Ania, a Maryla przyglądała jej się podejrzliwie. - Nie pamiętam tylko, czy wpięłam ją do poduszki od szpilek, czy też położyłam na chińskiej tacy. Jestem jednakże zupełnie pewna, że ją odłożyłam.

- Pójdę i jeszcze raz poszukam - rzekła Maryla, postanawiając, że będzie sprawiedliwa. - Jeśli ją odłożyłaś na miejsce, to musi tam nadal być. Ale jeśli jej nie znajdę, będę mieć pewność, że jej nie odłożyłaś, ot co!

Maryla poszła do swojego pokoju, gdzie dokładnie przeszukała nie tylko biurko, lecz także każde inne miejsce, które jej przyszło do głowy. Jednak nigdzie nie znalazłszy broszki, wróciła do kuchni.

- Anno, nigdzie jej nie ma. Sama przyznałaś, że jesteś ostatnią osobą, która miała ją w rękach. Co z nią zrobiłaś? Powiedz mi natychmiast prawdę. Czy wzięłaś ją na dwór i zgubiłaś?

- Nie - zaprzeczyła Ania uroczystym tonem, wytrzymując rozgniewany wzrok Maryli. - Nigdy nie wyniosłam broszki z pokoju Maryli. To jest szczera prawda, powtórzę ją, nawet gdyby miano mnie za to zaprowadzić na szafot, chociaż nie jestem pewna, co to jest szafot. To wszystko, Marylo.

"To wszystko" w zamierzeniu Ani miało dodać wyrazistości jej deklaracji, lecz Maryla potraktowała te słowa jako przejaw zuchwałej krnąbrności.

- Mam wrażenie, że mówisz nieprawdę, Anno - rzekła ostro. - Wiem na pewno. Poczekaj, poczekaj - lepiej nie mów, chyba że jesteś gotowa wyznać całą prawdę. Idź do pokoju i pozostań w nim, aż dojrzeje w tobie chęć odbycia szczerej skruchy.

- Czy mam zabrać ze sobą groch? - spytała Ania pokornie.

- Nie, sama dokończę łuskanie. Zrób, co ci kazałam.

Kiedy Ania wyszła, Maryla ze wzburzonym umysłem zabrała się do wieczornych obowiązków. Martwiła się brakiem cennej broszki. A jeżeli Ania ją zgubiła? Jak brzydko, że zaprzecza, kiedy jest oczywiste, że tylko ona mogła ją wziąć. I robi to z taką niewinną minką!

"Nie wiem, co bym wolała - myślała Maryla, nerwowo łuskając groch. - Oczywiście nie przyszło mi nawet do głowy że chciała ją ukraść czy coś podobnego. Po prostu wzięła ją sobie do zabawy albo żeby coś sobie dzięki niej wyobrażać. Na pewno ją wzięła, bo przecież nie było tu żywego ducha, a ona sama przyznała, że była w moim pokoju. Prawdopodobnie gdzieś zapodziała broszkę i teraz Z lęku przed karą boi się wyznać prawdę. Okropnie robi mi się na myśl, że to dziecko kłamie. To dużo gorsza rzecz niż jej napady złości. Ciężko ponosić odpowiedzialność za wychowanie kogoś, komu nie można zaufać, a Ania pokazała teraz przebiegłość i krętactwo. To sprawia mi dużo większą przykrość niż brak broszki. Gdyby tylko szczerze wyznała prawdę, przełknęłabym to dużo łatwiej".

Przez cały wieczór Maryla co parę chwil przerywała pracę, chodziła do swego pokoju i przeszukiwała ponownie każdą część jego powierzchni. Nadaremnie jednak. Nic nie wyjaśniło się także, gdy Maryla poszła na facjatkę powiedzieć Ani dobranoc. Dziewczynka z uporem podtrzymywała swoją wersję wydarzeń, a Maryla nabierała coraz większej pewności, że to Ania jest winowajczynią.

Następnego ranka opowiedziała wszystko Mateuszowi, który przyjął opowieść i konkluzje Maryli ze zdziwieniem i zmieszaniem. Niełatwo było zachwiać jego zaufanie do Ani, jednakże musiał przyznać, że okoliczności świadczą przeciwko niej.

- Czy jesteś pewna, że nie spadła gdzieś za biurko? - była to jedyna myśl, jaka mu przyszła do głowy w obronie Ani.

- Odsunęłam biurko, wyciągnęłam szuflady, zajrzałam w każdą szparę i szczelinę - odparła Maryla stanowczo. - Broszka zniknęła, a zabrała ją na pewno dziewczynka i teraz kłamie. To jest naga, brzydka prawda, Mateuszu Cuthbert, i nie mamy innego wyjścia, musimy przyjąć ją do wiadomości.

- No dobrze, i co masz zamiar zrokić z tym fantem? - spytał niepocieszony Mateusz, w głębi duszy odczuwając ulgę, że to Maryla, a nie on, musi uporać się z tym problemem. Tym razem nie miał najmniejszego zamiaru się wtrącać.

- Pozostanie w pokoju, aż będzie gotowa wyznać prawdę - zdecydowała Maryla nieubłaganym tonem, wspominając poprzedni wypadek, gdy ta metoda przyniosła oczekiwany skutek. - Sami zobaczymy. Może uda się odnaleźć broszkę, jeśli tylko powie, dokąd ją wzięła. W każdym jednak razie zasługuje, Mateuszu, na surową karę.

- Chyba tak - rzekł Mateusz, biorąc kapelusz - będziesz musiała ją ukarać. Ale ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Pamiętasz chyba, że sama ostrzegłaś mnie, żebym się nie mieszał.

Maryla poczuła się opuszczona przez wszystkich. Nie mogła skorzystać nawet z rady pani Linde. Z surową miną udała się na facjatkę, a z jeszcze surowszą stamtąd wróciła. Ania stanowczo odmawiała wyznania winy. Z uporem twierdziła, że nie wzięła broszki. Dziewczynka miała na twarzy ślady płaczu i Maryla z trudem opanowała ogarniającą ją falę współczucia. Nim nadeszła noc, Maryla czuła się wykończona.

- Pozostaniesz w pokoju, aż dojrzejesz do wyznania mi prawdy, Aniu. Mam nadzieję, że zdecydujesz się na to - rzekła stanowczo.

- Ale jutro jest piknik, Marylo! - wykrzyknęła Ania. - Maryla nie każe mi chyba tu siedzieć zamiast pójść na piknik, co? Prawda, że Maryla wypuści mnie stąd na popołudnie? Po powrocie z radością zgodzę się tu siedzieć tak długo, jak Maryla zechce, dobrze? Ale muszę pójść na piknik!

- Nie pójdziesz ani na piknik, ani nigdzie indziej, aż wyznasz całą prawdę.

- Och, Marylo - jęknęła Ania.

Ale Maryla już wyszła, zamknąwszy za sobą drzwi.

Środowy poranek powitał wszystkich jasną, piękną pogodą, jak gdyby specjalnie zamówioną na piknik. Ptaki śpiewały dookoła Zielonego Wzgórza. Lilie Madonny w ogrodzie rozsyłały na skrzydłach wiatru na wszystkie strony świata zapach, który wkradał się przez okna i drzwi do wewnątrz domów i przechadzał się po pokojach jak duch błogosławieństwa. Brzózki w dolince kiwały radośnie swymi gałązkami, oczekując porannego pozdrowienia z facjatki Ani. Ale Ani nie było przy oknie. Kiedy Maryla przyniosła jej śniadanie na górę, dziewczynka siedziała sztywno wyprostowana, blada, z zaciśniętymi ustami znamionującymi zdecydowanie i z płonącym wzrokiem.

- Marylo, jestem gotowa do spowiedzi.

- Och! - Maryla odstawiła tacę. Jej metoda poskutkowała ponownie. Lecz ten sukces przepełniał ją goryczą. - Chętnie usłyszę, co masz mi do powiedzenia, Aniu.

- To ja wzięłam broszkę z ametystu - rzekła Ania, jakby powtarzając wyuczoną lekcję. - Wzięłam ją właśnie tak, jak Maryla powiedziała. Właściwie nie miałam zamiaru jej wziąć, gdy wchodziłam do pokoju. Ale wyglądała tak pięknie, Marylo, gdy ją przypięłam do sukienki, że opanowała mnie nieprzezwyciężona pokusa. Pomyślałam sobie, że cudownie byłoby ją wziąć do Dziewiczego Zakątka Wytchnienia i tam odgrywać rolę hrabiny Kordelii Fitzgerald. Z prawdziwą ametystową broszką czułabym się naprawdę wymarzoną hrabiną. Co prawda robiłyśmy z Dianą naszyjniki z głogu, ale czyż można je porównać z prawdziwym ametystem? Więc wzięłam broszkę. Pomyślałam, że zdołam ją odłożyć, zanim Maryla wróci do domu. Wybrałam na powrót dłuższą drogę, żeby się nią nacieszyć. Kiedy przechodziłam przez most wiodący nad Jeziorem Lśniącej Toni, wyjęłam broszkę, żeby jeszcze raz nią się zachwycić. Ależ lśniła w słońcu! I nagle, gdy pochyliłam się nad wodą, broszka wyśliznęła mi się z rąk, o tak, i wpadła do wody. Spadała coraz głębiej, głębiej, na samo dno, cała iskrząc się purpurowo, po czym zatonęła na zawsze w wodach Jeziora Lśniącej Toni. To najlepsza spowiedź na jaką mnie stać, Marylo.

Maryla poczuła gorąco od fali złości, która opanowała ją na te słowa. Dziewczynka wzięła i zgubiła na zawsze jej nieoceniony skarb, a teraz siedziała sobie spokojnie, opisując przebieg całej tej sprawy, bez cienia skruchy czy żalu.

- Aniu, to straszne - rzekła, starając się zachować spokój - jesteś najbardziej podłą dziewczynką, jaką znam.

- Tak, przyznaję - zgodziła się Ania ze spokojem. - I wiem, że zasługuję na karę. Obowiązkiem Maryli jest wymierzenie należnej mi kary. Czy mogłaby Maryla załatwić to natychmiast, bo chciałabym pójść na piknik ze spokojną głową.

- Na piknik! Jeszcze czego! Nie pójdziesz dziś na żaden piknik, Aniu Shirley! Taka będzie twoja kara. I nie jest ona nawet w połowie wystarczająca, zważywszy ciężar twej winy.

- Nie pójdę na piknik! - Ania zerwała się na równe nogi i ścisnęła Marylę za rękę. - Ależ Maryla mi obiecała! Och, Marylo, ja muszę pójść na ten piknik. Przecież dlatego się przyznałam. Maryla może mnie ukarać w dowolny sposób, byle nie tak. Och, proszę, proszę, niech Maryla mnie puści! Jak pomyślę o lodach! Mogę już nigdy więcej nie mieć szansy na ich skosztowanie.

Maryla z kamiennym spokojem odsunęła dłonie Ani.

- Niczego nie wskórasz tymi błaganiami, Aniu! Nie pójdziesz na piknik i ta decyzja jest ostateczna! Ani słowa więcej!

Ania pojęła, że nic nie poruszy Maryli. Złączyła rozpaczliwie ręce, jęknęła i rzuciła się na łóżko, twarzą w poduszkę, łkając i skręcając się z cierpienia w skrajnej rozpaczy i rozczarowaniu.

- Wielkie nieba! - jęknęła Maryla, wychodząc z pokoju. - To dziecko jest szalone. Żadna inna dziewczynka, o zdrowym rozsądku, nie zachowałaby się w taki sposób. W przeciwnym wypadku musiałabym uznać, że jest wyjątkowo podła. No cóż, niestety, chyba pani Linde się nie pomyliła. Ale nikt mnie nie zmuszał do podjęcia tej decyzji, muszę więc sama ponosić teraz jej konsekwencje.

Ranek był pełen goryczy. Maryla starała się zająć sobie każdą wolną chwilę, żeby nie myśleć o tym, co ciężarem legło na jej sercu. Gorączkowo pracowała, szorując ganek i półki na produkty mleczne, choć żadne z tych miejsc nie wymagało sprzątania. Potem wyszła na podwórze i zabrała się do zamiatania. Kiedy obiad był gotów, podeszła do schodów i zawołała Anię. Nad balustradą pojawiła się twarzyczka Ani ze świeżymi śladami łez i tragiczną miną.

- Zejdź na obiad, Aniu.

- Nie chcę obiadu, Marylo - rzekła Ania, łkając. - Nie mogłabym nic przełknąć. Serce mi pękło. Maryla będzie mieć któregoś dnia wyrzuty sumienia za to, co ze mną zrobiła, ale ja Maryli wybaczam. Jak nadejdzie ten dzień poczucia winy, proszę pamiętać, że ja Maryli wybaczyłam. Ale proszę, niech Maryla nie każe mi niczego jeść, a już szczególnie nie przełknę gotowanej wieprzowiny z zieloną fasolką. Gotowana wieprzowina i zielona fasolka są zbyt nieromantyczne, żeby nadawać się dla człowieka dotkniętego nieszczęściem.

Zdenerwowana Maryla powróciła do kuchni i wylała swe wszystkie żale na Mateusza, który był bardzo nieszczęśliwy, targany rozterkami między poczuciem tego, co sprawiedliwe, a bezpodstawnym współczuciem dla Ani.

- Masz rację, Marylo, że nie powinna była wziąć broszki ani też opowiadać na ten temat bajd - przyznał, żałosnym wzrokiem przyglądając się nieromantycznej wieprzowinie z zieloną fasolką, jakby uważał ją za danie nieodpowiednie na kryzysową sytuację - ale ona jest taka mała i niepozorna. Czy nie uważasz, że to zbytnie okrucieństwo zabraniać jej pójścia na piknik, kiedy tak bardzo jej na nim zależy?

- Mateuszu Cuthbert, zadziwiasz mnie. Uważam, że ukarałam ją zbyt delikatnie. A do tego ona zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, co zrobiła. To martwi mnie najbardziej. Gdyby chociaz okazała prawdziwą skruchę, przyjęłabym to zupełnie inaczej. Zresztą i ty także chyba niczego nie pojmujesz. Wymyślasz w każdej sytuacji jakieś usprawiedliwienie dla niej - widzę to jak na dłoni!

- Ona jest taka mała - kontynuował Mateusz zatrwożonym głosem. - Trzeba wziąć pod uwagę, że nigdy nikt nie usiłował jej wychowywać.

- Zgadza się. Teraz właśnie jej wychowywanie zostaje rozpoczęte.

Ta odpowiedź uciszyła Mateusza, ale sprawiał wrażenie nieprzekonanego. Obiad był żałosnym posiłkiem. Jedynym radosnym jego elementem był parobek Jerry Buote, którego doskonały humor Maryla potraktowała jednakże jako osobistą obelgę. Kiedy naczynia zostały już pozmywane, ciasto na chleb zaczynione, a kury nakarmione, Maryla przypomniała sobie, że w poniedziałkowe popołudnie po powrocie z zebrania Towarzystwa Charytatywnego, zdejmując swój najlepszy koronkowy szal, zauważyła w nim maleńką dziurkę. Postanowiła więc teraz pójść ją zacerować.

Szal leżał w pudełku w kufrze Maryli. Kiedy Maryla wzięła go do ręki, słońce wpadające do środka poprzez winną latorośl, która oplatała gęsto okno, padło na coś zamotanego w szalu - coś, co błyszczało i skrzyło się fasetami fioletowych iskier. Maryla pochwyciła z zapartym tchem ametystową broszkę, której zapięcie wczepiło się w nitki koronki.

- Ach! Litości! - wykrzyknęła Maryla słabnącym głosem. - A co to znowu? Moja broszka leży tu sokie spokojnie, a ja tymczasem opłakuję jej pogrzeb na dnie stawu Barry'ego! Cóż napadło tę dziewczynę, żeby przyznać, że to ona ją wzięła i zgubiła? Oświadczam z całą stanowczością, że uważam Zielone Wzgórze za zaczarowane. Pamiętam teraz, że po zdjęciu szala w poniedziałek po południu położyłam go na chwilę na biurku. Przypuszczam, że to właśnie wtedy broszka przyczepiła się do niego. Coś takiego!

Maryla pobiegła do facjatki z broszką w dłoni. Ania wypłakała się już i siedziała nieszczęśliwa przy oknie.

- Aniu Shirley - rzekła uroczyście Maryla - właśnie odnalazłam moją broszkę, przyczepioną do mego czarnego, koronkowego szala. Chciałabym teraz dowiedzieć się, po co opowiedziałaś mi tę historyjkę dziś rano.

- No bo Maryla powiedziała, że będę musiała zostać w pokoju, aż się przyznam - odparła Ania znużonym głosem - więc uznałam, że lepiej będzie, jak spełnię życzenie Maryli i wtedy będę mogła pójść na piknik. Wieczorem długo myślałam i wymyśliłam spowiedź, starając się nadać jej jak najkardziej interesującą treść. Powtarzałam ją sobie kilka razy, żeby dokładnie pamiętać, co powiedzieć. Ale Maryla i tak mi nie pozwoliła iść na piknik, więc cały mój wysiłek poszedł na marne.

Maryla nie potrafiła opanować śmiechu. Ale męczyło ją sumienie.

- Aniu, bijesz wszelkie rekordy! Tym razem jednak to ja nie miałam racji - widzę to teraz. Nie powinnam była poddawać w wątpliwość twoich słów, bo przecież nigdy nie przyłapałam cię na kłamstwie. Oczywiście nie powinnaś przyznawać się do czegoś, czego nie zrokiłaś. To nie zasługuje na pochwałę, ale właściwie to ja sama cię do tego zachęciłam. Więc jeżeli wybaczysz mi, Aniu, ja wybaczę także tobie i wrócimy do normalnego życia. A teraz przygotuj się na piknik.

Ania zerwała się na równe nogi z szybkością rakiety.

- Ale Marylo, czy nie jest za późno?

- Nie, dopiero druga. Dopiero zaczynają się zbierać. A podwieczorek zacznie się dopiero za godzinę. Umyj buzię, uczesz włosy i włóż sukienkę w kratkę. Ja w tym czasie przygotuję ci koszyk. W domu jest mnóstwo upieczonych ciasteczek. I zaraz powiem Jerry'emu, żeby zaprzągł klaczkę i zawiózł cię na piknik.

- Och, Marylo! - wykrzyknęła Ania, przefruwając do umywalki. - Pięć minut temu byłam tak nieszczęśliwa, że żałowałam, iż w ogóle się urodziłam, a teraz bym się nie zamieniła nawet z aniołem.

Ania, która powróciła wieczorem do domu na Zielonym Wzgórzu po zakończeniu pikniku, była zupełnie inna - przepełniona szczęściem i zmęczeniem, w błogostanie trudnym do opisania.

- Och, Marylo! Co za klawe przyjęcie! Klawe - to nowe słowo, którego nauczyłam się dzisiaj od Mary Alice Bell. Czyż nie jest pełne ekspresji? Wszystko było cudne. Podwieczorek był wspaniały, a potem pan Harmon Andrews wziął nas na przejażdżkę łódką po Jeziorze Lśniącej Toni - po sześcioro na raz. Janka Andrews o mały włos nie wypadła. Pochyliła się, żeby narwać lilii wodnych, i gdyby pan Andrews nie złapał jej za pasek sukienki, w chwilę później wpadłaby do wody i zapewne utonęła. Jaka szkoda, że to mnie się nie przytrafiło. Cóż za romantyczna przygoda - cudem uniknąć utonięcia. A jak można by to potem opowiadać. A potem dostaliśmy lody. Brak mi słów, żeby je opisać. Zapewniam Marylę, że były wyszukane w smaku.

Wieczorem, cerując skarpety, Maryla opowiedziała całą historię Mateuszowi.

- Pragnę wyznać, że popełniłam omyłkę - zakończyła uroczyście - ale nauczyłam się czegoś przy tej okazji. Nie potrafię opanować śmiechu, kiedy pomyślę o spowiedzi Ani, chociaż chyba nie powinnam tak reagować, bo w gruncie rzeczy było to kłamstwo. No, ale przecież nie było w nim nic złego, czego nie można by powiedzieć, gdyby Ania kłamała, żeby ukryć swą winę. Zresztą w jakiś sposób ponoszę odpowiedzialność za to kłamstwo. Czasami trudno to dziecko zrozumieć. Mam jednak nadzieję, że wyrośnie z niej porządne stworzenie. A jedna rzecz jest pewna - w domu, w którym ona mieszka, nigdy nie będzie nudno.

Rozdział V

Historia Ani

- Czy wie pani - tak zaczęła od pytania swoje wyznanie Ania - zdecydowałam, że polubię tę jazdę. Wiem z doświadczenia, że możliwe jest radowanie się rozmaitymi przeżyciami, jeśli tak się wcześniej postanowi. Oczywiście, trzeba tę decyzję podjąć stanowczo. Podczas naszej przejażdżki nie będę myślała o powrocie do schroniska. Skupię się całkowicie i wyłącznie na podróży. Och, proszę spojrzeć! Tam widać jedną wczesną dziką różyczkę! Już zakwitła. Czyż nie jest śliczna? Czy nie uważa pani, że cudownie być różą? A gdyby do tego róże umiały mówić. Jestem pewna, że mogłyby opowiedzieć nam mnóstwo cudownych rzeczy. Prawda, że kolor różowy to najbardziej cudowna barwa? Kocham róż, ale nie mogę go nosić. Rudowłosi nie mogą ubierać się na różowo, nawet w marzeniach. A czy może słyszała pani kiedyś o kimś, którego rude włosy zmieniły kolor w późniejszym wieku?

- No, nigdy o czymś takim nie słyszałam - rzekła Maryla bezlitośnie. - I nie sądzę, żeby tobie miało się coś takiego przydarzyć.

Ania westchnęła.

- I tak straciłam następną nadzieję. Moje życie to prawdziwe cmentarzysko niespełnionych nadziei. To zdanie wyczytałam gdzieś w książce i ciągle je powtarzam, żeby się pocieszyć po przebytym rozczarowaniu.

- Naprawdę nie wiem, skąd tu można czerpać pociechę - rzekła Maryla.

- Ależ to jasne - to brzmi tak ładnie i romantycznie. Zupełnie jakbym była heroiną z jakiejś powieści. Uwielbiam romantyczność, a cmentarzysko pełne niespełnionych nadziei to szczyt romantyzmu, jaki może nam podsunąć wyobraźnia, prawda? Cieszę się, że mam takie romantyczne cmentarzysko. Czy będziemy przejeżdżać przez Jezioro Lśniącej Toni?

- Nie pojedziemy przez Staw Barry'ego, bo o nim chyba mówisz. Pojedziemy przesmykiem nadbrzeżnym.

- "Przesmyk nadkrzeżny? - to bardzo ładnie brzmi - rozmarzyła się Ania. - Czy ta droga jest równie ładna jak jej nazwa? Kiedy pani powiedziała "przesmykiem nadbrzeżnym", od razu go ujrzałam oczyma wyobraźni. Białe Piaski to też piękna nazwa, acz Avonlea jest piękniejsze. Avonlea to cudo. Brzmi jak muzyka. Jak daleko do Białych Piasków?

- Niecałe dziesięć kilometrów, a ponieważ zdecydowałaś się paplać bez przerwy, może dla odmiany opowiesz mi wszystko, co wiesz o sobie.

- Tyle tylko, że to co wiem o sobie, nie jest warte opowiadania - szybko podchwyciła Ania. - Ale gdyby pozwoliła mi pani opowiedzieć to, co wyobrażam sobie na swój temat, to byłoby o wiele bardziej interesujące.

- Nie, nie mam ochoty na żadne wytwory twojej wyobraźni. Trzymaj się, proszę, suchych faktów. Zacznij od początku. Gdzie się urodziłaś i ile masz lat?

- W marcu skończyłam jedenaście - odparła Ania, z rezygnacją ograniczając się do nagich faktów. - Urodziłam się w Bolingbroke w Nowej Szkocji. Ojciec mój nazywał się Walter Shirley, a pracował jako nauczyciel w miejscowym liceum. Mama miała na imię Bertha. Prawda, że Walter i Bertha świetnie do siebie pasują? Tak się cieszę, że moi rodzice mieli ładne imiona. Okropnie bym się czuła, gdyby mój ojciec miał na imię na przykład Jedediah, czy coś równie brzydkiego.

- Uważam, że jest to zupełnie pozbawione znaczenia. Nieważne, czy masz ładne, czy brzydkie imię, najważniejsze, żebyś się przyzwoicie zachowywała - zawyrokowała Maryla, czując się zobowiązaną do zaszczepienia Ani dobrej i pożytecznej nauki.

- Bo ja wiem - powiedziała Ania w zamyśleniu. - Kiedyś przeczytałam w jakiejś książce, że róża pachniałaby równie słodko, nawet gdyby ukryła się pod innym określeniem, ale nie potrafię w to uwierzyć. Róża nie byłąby równie ładna, gdyby nazwać ją ostem lub kapustą. Myślę, że mój tata byłby dobrym człowiekiem, nawet gdyby dano mu na imię Jedediah, ale byłby to dla niego na pewno krzyż. Wracając do rodziców, mama też uczyła w liceum, ale po ślubie przestała pracować. Małżeństwo nałożyło na nią dość okowiązków i bez tego. Pani Tomaszowa opowiadała, że oboje byli dziecinni i biedni jak kościelne myszy. Zamieszkali w maleńkiej, żółtej chatce w Bolingbroke. Nigdy nie widziałam tego domku, ale za to wyobrażałam go sobie tysiące razy. Jestem pewna, że nad oknem salonu wił się bluszcz, na podwórku rosły bzy, a przy bramie konwalie. Tak, no i oczywiście we wszystkich oknach wisiały muślinowe firanki, które każdemu budynkowi dodają godności i szyku. Tam się urodziłam. Pani Tomaszowa mówiła mi, że byłam najbardziej szkaradnym niemowlęciem, jakie widziała - byłam taka chuda i drobna, tylko oczy miałam duże, ale moja mama uważała, że jestem piękna. Myślę, że matka jest lepszym obserwatorem, niż uboga kobieta przychodząca sprzątać, prawda? Cieszę się, że mama była ze mnie zadowolona. Byłoby mi przykro, gdybym dowiedziała się, że ją rozczarowałam. Nie żyła długo po porodzie. Umarła na tyfus, kiedy miałam zaledwie trzy miesiące. Jaka szkoda, że żyła tak krótko! Nie mogłam nigdy powiedzieć do niej "mamo". Byłoby cudnie, gdybym miała wspomnienia o tym, jak zwracałam się do niej w ten sposób. A ojciec zmarł niecałe cztery dni później, także na tyfus. To uczyniło mnie sierotą i wszyscy zastanawiali się, co ze mną zrobić, tak w każdym razie opowiadała pani Tomaszowa. Widzi pani, już wtedy nikt mnie nie chciał. Taki już mi los pisany. Tata i mama pochodzili oboje z daleka i wiadomo było, że nikt z ich krewnych nie żyje. Wreszcie pani Tomaszowa zadeklarowała się mnie wziąć, choć była biedna i miała męża pijaka. Wychowała mnie "karmieniem z ręki". Czy słyszała może pani kiedyś o tym, że dzieci wychowywane "karmieniem z ręki" są lepsze od wychowywanych inaczej? Pytam o to, bo za każdym razem, gdy byłam niegrzeczna, pani Tomaszowa mówiła do mnie z wyrzutem, że to nieprawdopodobne, żeby dziewczynka wychowana jak ja, "karmieniem z ręki", była tak wstrętna. Państwo Tomaszowie wyjechali z Bolingbroke do Marysville, a ja mieszkałam u nich aż do ukończenia ośmiu lat. Pomagałam im opiekować się dziećmi - czwórka była młodsza ode mnie. Zapewniam panią, że miałam ręce pełne roboty od rana do nocy. Potem pan Tomasz zginął pod kołami pociągu i jego matka wzięła do siebie Tomaszową z dziećmi, ale mnie nie chciała. Tomaszowa znalazła się, jak to mówią, w kropce, nie wiedząc, co ze mną począć. Wtedy, słysząc o moich sukcesach z dziećmi, przyszła do niej pani Hammond i zaoferowała przyjęcie mnie do swego domu. Udałyśmy się w górę rzeki. Dom stał na małej polance pośród pniaków. Było to bardzo samotne miejsce. Nie mogłabym tam mieszkać, gdyby nie przychodziła mi na ratunek moja wyobraźnia. Pan Hammond prowadził mały tartak, a pani Hammond miała ośmioro dzieci. Trzykrotnie przytrafiły się jej bliźnięta. Lubię dzieci umiarkowanie, ale bliźnięta trzy razy pod rząd to przesada. Powiedziałam to pani Hammond stanowczo, kiedy przyszła na świat ostatnia para. Strasznie męczyło mnie codzienne ich dźwiganie. Mieszkałam tam przez dwa lata, ale po śmierci męża pani Hammond przestała się zajmować domem. Poumieszczała dzieci u krewnych, a sama pojechała do Stanów. Ja musiałam przenieść się do sierocińca w Hopetown, nikt bowiem mnie nie chciał. Zresztą tam też mnie nie chcieli. Twierdzili, że są nadmiernie zatłoczeni. Ale nie mieli wyjścia. Spędziłam tam cztery miesiące, aż do chwili, gdy przyjechała po mnie pani Spencer.

Ania zakończyła swoją relację następnym westchnieniem, tym razem ulgi. Najwyraźniej nie lubiła mówić o swoich doświadczeniach na świecie, który jej nie chciał.

- Czy chodziłaś w ogóle do szkoły? - spytała Maryla, kierując klacz w opadający w dół nadbrzeżny przesmyk.

- Niewiele, trochę w ostatnim roku mego pobytu u Tomaszowej. Kiedy zamieszkałam w górnym biegu rzeki, byliśmy tam bardzo daleko od miasta. Nie było, jak dotrzeć do szkoły zimą, a latem dzieci miały wakacje. Pozostawała więc jedynie wiosna i jesień. Ale, oczywiście, uczyłam się, będąc w sierocińcu. Umiem nieźle czytać i znam mnóstwo urywków poezji na pamięć - Bitwę pod Hohenlinden, Edynburg zalany powodzią, Hulanki na Renie, a najwięcej z Pani Jeziora i Pór roku Jamesa Thomsona. Czyż nie kocha pani poezji i tego uczucia, jakie towarzyszy ciarkom przebiegającym po plecach? Jest taki urywek w czytance do piątej klasy pod tytułem Upadek Polski - jakież to emocjonujące. Oczywiście ja jeszcze nie dotarłam do piątej klasy. Byłam dotąd najdalej w czwartej, ale starsze dziewczynki często pożyczały mi swoje książki.

- A te kobiety, Tomaszowa i pani Hammond, były dobre dla ciebie? - spytała Maryla, kątem oka zerkając na Anię.

- A... a...ach - wyjąkała Ania. Jej wrażliwą twarzyczkę zalał gwałtowny rumieniec, spod którego wyzierało zakłopotanie. - One chciały być dobre i miłe. A jak widzi pani, że ktoś zamierza być dla pani uprzejmy, to łatwo mu wybaczyć, kiedy to mu nie bardzo wychodzi. Miały tyle kłopotów na głowie. Trudno żyć z mężem pijakiem, prawda? A takie rodzenie bliźniaków trzy razy pod rząd jest chyba jeszcze gorsze, co? Ale i tak jestem pewna, że one były zdecydowane okazać mi dobroć.

Maryla nie zadała już więcej żadnego pytania. Ania oddała się w ciszy zachwytowi nad przesmykiem nadbrzeżnym, a Maryla prowadziła gniadą klacz w roztargnieniu, popadłszy w głęboką zadumę. Naraz serce jej przejęła litość dla dziewczynki. Jakiegoż ciężkiego życia zaznała: bez miłości, w biedzie, pracując ponad siły i nie otrzymując nic w zamian. Maryla była bowiem dość inteligentna, żeby czytać pomiędzy wierszami opowieść Ani i odgadnąć ukrytą tam prawdę. Nic dziwnego, że tak zachwyciła ją perspektywa zamieszkania w prawdziwym domu. Jaka szkoda, że trzeba ją odesłać. A gdyby tak Maryla spełniła nieoczekiwaną zachciankę Mateusza i pozwoliła jej pozostać? Tak bardzo mu na tym zależy. A dziewczynka wydaje się miłą i posłuszną istotką.

"Ma za wiele do powiedzenia - myślała Maryla - ale można ją tego oduczyć. A ponadto, w tym co mówi, nie ma nic ordynarnego czy pospolitego. Zachowuje się jak dama. Z pewnością pochodzi Z dobrej rodziny?.

Droga nadbrzeżna była ukryta wśród lasu, dzika i ponura. Po prawej stronie rósł gęsty zagajnik jodłowy zakartowany wieloletnią szamotaniną z wiatrami wiejącymi od zatoki. Po lewej wznosiły się strome skały z czerwonego piaskowca, miejscami tak blisko drogi, że koń mniej rozsądny niż gniada klaczka mógłby wystawić na próbę nerwy swoich pasażerów. Na dole u stóp skał znajdowały się zwały kamieni pożłobionych przybrzeżnymi falami, małe piaszczyste zatoczki wyłożone otoczakami, klejnotami oceanu, dalej w głębi rozlewała się migotliwa i błękitna morska toń, a nad nią fruwały mewy ze skrzydłami błyskającymi srebrem w świetle słońca.

- Czyż to morze nie jest cudowne?! - wykrzyknęła Ania, przerywając długie milczenie, w czasie którego cała skoncentrowała się na patrzeniu. - Pewnego razu, w czasach kiedy mieszkałam u pani Tomaszowej w Marysville, wynajęła ona wóz i zabrała nas na cały dzień nad morze, odległe ponad piętnaście kilometrów. Cóż to była za radość. Mimo że cały czas musiałam opiekować się maluchami, później przez całe lata wspominałam każdą maleńką chwilę tego dnia. Tutaj wybrzeże jest ładniejsze niż w Marysville. I te mewy! Są takie wspaniałe! Czy chciałaby pani być mewą? Ja bym chciała - ale tylko wtedy, gdybym nie mogła być dziewczynką. Chyba zgodzi się pani, że byłoby cudownie budzić się o świcie, pikować nad powierzchnią wody, a potem wznosić się nagle wysoko, aż do błękitu, a znów nocą lecieć z powrotem do gniazda. Tak, potrafię sobie wyobrazić, że sama unoszę się jak one w powietrzu. A cóż to za wielkie domostwo, tam nad nami?

- To hotel w Białych Piaskach. Prowadzi go pan Kirke, ale sezon jeszcze się nie zaczął. Są tu tłumy Amerykanów, którzy cenią sobie nasze wybrzeże jako odpowiednie miejsce na letnie wakacje.

- Bałam się, że to już dom pani Spencer - rzekła Ania żałosnym tonem. - Nie chcę tam jechać. Mam wrażenie, że tam czeka mnie koniec mojego świata.

Rozdział IX

Osłupienie pani Linde

Ania zdążyła już spędzić dwa tygodnie na Zielonym Wzgórzu, zanim pani Linde przybyła, aby ją obejrzeć. Należy oddać sprawiedliwość pani Linde, że to nie ona ponosiła odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Ostry i niezwykły o tej porze roku atak grypy powalił tę szlachetną damę i skazał na pozostawanie w łóżku cały czas po ostatniej wizycie na Zielonym Wzgórzu. Choroby zdarzały się pani Linde tak rzadko, że łatwo jej było okazywać pogardę ludziom nimi dotkniętym. Jednakże, jej zdaniem, grypa była czymś zupełnie różnym od wszelkich chorób i zasługiwała na miano "specjalnego zrządzenia zesłanego przez los". Zaledwie doktor pozwolił jej wystawić nos poza dom, pani Linde pośpieszyła na Zielone Wzgórze, nie mogąc już się doczekać spotkania z sierotą przyjętą przez Marylę i Mateusza, z powodu której całe Avonlea huczało od domysłów i plotek.

Ania korzystała w pełni z każdego poranka przeżytego na Zielonym Wzgórzu. Znała już każde drzewo i krzak w okolicy. Odkryła, że na dole, poniżej sadu jabłkowego, biegnie dróżka, która ciągnie się do końca pasma lasu. Przebiegła aż do jej krańca, przyglądając się fantastycznej przyrodzie: potoczkowi z mostkiem, zagajnikowi jodłowemu i romantycznemu daszkowi utworzonemu przez dzikie wiśnie, paprociom gęsto porastającym brzegi ścieżki i gałązkom klonów oraz górskich jesionów.

Zaprzyjaźniła się ze strumyczkiem przepływającym przez dolinkę, który okazał się cudownie głęboki, przejrzysty i lodowato zimny. Wzdłuż jego brzegu rozrzucone były gładkie, czerwone kamienie, a obrzeże porastały wielkie kępy paproci wodnej, nasuwającej myśl o palmach. Kawałek dalej przerzucono przez strumyk mostek z pniaków, który poprowadził roztańczone stopy Ani na lesiste wzgórze, gdzie rządził wieczny półmrok, pod gęsto rosnącymi jodłami i świerkami. Jedynymi kwiatami były tu czerwcowe dzwoneczki, najskromniejsze i najsłodsze z leśnego kwiecia, a oprócz tego zauważyć można było parę bladych, eterycznych rozgwiezdników, jakby duchów zeszłorocznych kwiatów. Pajęczyny lśniły pomiędzy drzewami jak srebrne nitki, a gałązki jodłowe i poszycie zdawały się przyjaźnie zagadywać do Ani.

Wszystkie te zachwycające eskapady odbywały się w krótkich przerwach, kiedy pozwalano jej na półgodzinną zabawę. Ania omawiała potem szczegółowo swoje odkrycia z Marylą i Mateuszem, doprowadzając ich swoim gadulstwem do bólu głowy. Przyznać jednak trzeba, że Mateusz nie narzekał z tego powodu. Słuchał jej opowiadań z niemym wyrazem radości na twarzy. Maryla pozwalała na to "paplanie" aż do momentu, kiedy przyłapywała siebie na rosnącym zainteresowaniu. Wtedy zawsze szybko studziła zapał Ani, rzucając jej krótkie polecenie, żeby zamilkła.

Ania była w sadzie, kiedy nadeszła pani Linde, pokonawszy pieszo, z własnej woli, trasę wśród soczystych, drżących traw, rudawych w wieczornym słońcu. Szlachetna dama miała doskonałą okazję do szczegółowego omówienia choroby, z opisem każdego bólu i bicia serca. Robiła to z tak wyraźnym zadowoleniem, że Maryli przyszło do głowy, iż chorowanie na grypę musi być czymś całkiem miłym. Kiedy wszystkie szczegóły zostały wyczerpująco przeanalizowane, pani Linde przeszła do prawdziwej przyczyny swej wizyty.

- Doszły mnie zadziwiające wiadomości o tobie i Mateuszu.

- Wyobraź sobie, że sama także się temu dziwię - rzekła Maryla. - Ale szok zaczyna mi powoli przechodzić.

- To okropne, że popełniono taką pomyłkę - rzekła pani Linde ze współczuciem. - Czy nie mogłaś jej odesłać?

- Oczywiście, że mogłam, ale oboje z Mateuszem zdecydowaliśmy się tego nie robić. Dziewczynka bardzo przypadła mu do gustu. Zresztą przyznać muszę, że sama też ją bardzo lubię, chociaż widzę jej wady. Dom nie jest już ten sam. To błyskotliwa osóbka.

Maryla z przekory powiedziała więcej, niż zamierzała, gdy w oczach pani Linde dostrzegła krytykę.

- Wzięliście na siebie wielką odpowiedzialność - powiedziała ponuro pani Linde. - Szczególnie dlatego, że nigdy nie mieliście żadnego doświadczenia z dziećmi. Niewiele wiecie o niej i jej prawdziwym usposobieniu, a nigdy nie wiadomo, co wyrośnie z takiej dziewczynki. Ale na pewno nie chcę, Marylo, ciebie zniechęcić.

- Nie jestem wcale zniechęcona - odparła sucho Maryla. - Kiedy decyduję się coś zrobić, nic nie może mnie od tego odwieść. Zapewne zechcesz poznać Anię. Zawołam ją.

Ania natychmiast wbiegła z twarzyczką roziskrzoną zachwytem, jaki towarzyszył jej wędrówkom po sadzie. Jednakże, onieśmielona niespodziewaną obecnością nieznajomej osoby, zatrzymała się z zażenowaniem w drzwiach. Była bez wątpienia dziwnie wyglądającą istotą, w krótkiej, ciasnej sukience, pochodzącej jeszcze z sierocińca, spod której było widać nader chude i zbyt długie nogi. Jej piegi rozmnożyły się i bardziej uwidoczniły. Wiatr zmierzwił włosy na odkrytej główce i podkreślił ich jaskrawość; nigdy dotąd nie wyglądały na tak czerwone.

- No cóż, z pewnością nie wybrano ciebie ze względu na urodę - pani Linde zaaplikowała Ani na wstępie kąśliwą uwagę. Jak wiemy, była ona jedną z tych rozkosznych osób, które z dumą głoszą wszystko, co im ślina na język przyniesie, bez żadnego lęku lub oszczędzania kogokolwiek. - Jest straszliwie chuda i nieładna. Chodź no tu, dziewczynko, niech na ciebie popatrzę. Wielkie nieba, widział kto kiedy takie piegi? I te włosy koloru marchewki! Podejdź tu, dziecko, proszę!

Ania "podeszła tu", ale niezupełnie tak, jak oczekiwała tego pani Linde. Jednym skokiem przemieściła się przez kuchnię i znalazła się przed jej obliczem. Twarz Ani pokrył szkarłatny rumieniec, usta drżały, a cała jej szczupła postać trzęsła się od stóp do głów ze złości.

- Nienawidzę pani! - krzyknęła, krztusząc się i tupiąc stopami w podłogę. - Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę - a każdemu wybuchowi złości towarzyszyło głośniejsze tupnięcie. - Jak śmie pani nazywać mnie chudą i brzydką? Jakim prawem wypomina mi pani piegi i rude włosy? Jest pani niegrzeczną, nieuprzejmą kobietą, pozbawioną serca.

- Aniu! - wykrzyknęła skonsternowana Maryla.

Ale Ania nadal stała z nieustraszoną miną przed panią Linde, z głową uniesioną do góry, błyszczącymi oczami, ściśniętymi pięściami i gwałtownym oburzeniem emanującym z każdego skrawka jej ciała.

- Jak śmie pani mówić mi takie rzeczy?! - powtórzyła gwałtownie. - A jak ktoś wyraziłby się tak o pani? Czy byłoby to miłe? Jak przyjęłaby pani oświadczenie, że jest pani gruba i niekształtna, a do tego pozkawiona krztyny wyobraźni? Powiem to, nawet jeślibym miała zranić pani uczucia! Mam zresztą nadzieję, że je zranię! Pani skrzywdziła mnie tak, jak nikt dotąd! Nawet pijany mąż pani Tomaszowej nigdy tak mnie nie zranił. I nigdy tego pani nie wybaczę, nigdy, nigdy!

Po czym nastąpiły kolejne tupnięcia.

- Cóż to za temperament! - wykrzyknęła osłupiała pani Linde.

- Aniu, idź do siebie i zostań tam aż do mojego przyjścia - rzekła Maryla, z trudem odzyskując mowę.

Ania wybuchnęła łkaniem i popędziła do drzwi na korytarz, którymi trzasnęła tak, że aż zaszczękały ze współczuciem blaszane naczynia wiszące na ścianie ganku. Potem przeleciała przez sień i po schodach jak huragan, po czym następny huk poinformował wszystkich, że drzwi od facjatki po wschodniej stronie zostały zatrzaśnięte równie gwałtownie.

- Cóż, nie zazdroszczę czekającego ciebie zadania wychowania tego stworzenia, Marylo - rzekła nadzwyczaj uroczyście pani Linde.

Maryla otworzyła usta, żeby powiedzieć, że brak jej słów, aby wyrazić przeprosiny i ubolewanie. To, co powiedziała zamiast tego, było zagadką dla niej samej w tym momencie i zawsze potem, kiedykolwiek o tym pomyślała.

- Nie powinnaś była tak mówić o jej wyglądzie, Rachelo.

- Marylo Cuthbert, chyba nie sugerujesz, że popierasz jej straszliwy wybuch złości, który nam zaprezentowała? - spytała pani Linde z oburzeniem.

- Nie - odparła powoli Maryla - nie chcę jej usprawiedliwiać. Była bardzo niegrzeczna i zostanie za to skarcona. Musimy jednak traktować ją pobłażliwie, wiedząc, że nie miała od kogo nauczyć się przyzwoitego zachowania, a ponadto byłaś dla niej zbyt okrutna, Rachelo.

Maryla z satysfakcją zaakcentowała ostatnie zdanie ponownie zdziwiona swoim zachowaniem, zaś pani Linde wstała z obrażoną miną.

- Widzę, Marylo, że od tej pory będę musiała uważać na swoje własne słowa, gdyż uczucia przywiezionych nie wiadomo skąd sierot są tu najważniejsze. Och nie, nie jestem rozgniewana, nie martw się. Zbyt ci współczuję, żeby odczuwać złość. Czekają cię kłopoty z tą dziewczynką. Gdybyś jednak wzięła pod uwagę moją radę - czego bez wątpienia nie mam co się spodziewać, aczkolwiek wychowałam dziewięcioro dzieci, a dwoje pochowałam - to najlepiej będzie, jeśli do skarcenia jej wykorzystasz pewną ilość brzozowych witek. Dla tego rodzaju dziecka to najbardziej zrozumiały język. Jej temperament jest równie ognisty jak jej włosy. No cóż, Marylo. Dobranoc. Mam nadzieję, że będziesz wpadać do mnie jak zwykle. Nie możesz jednak spodziewać się po mnie, że zjawię się tu ponownie, narażając się na nowy atak i obraźliwe słowa. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie.

Z tymi słowami pani Linde wyszła z godnością, o ile tego określenia można użyć, mówiąc o tęgiej kobiecie o kaczkowatym chodzie. Maryla natomiast z wielką powagą na twarzy udała się na poddasze.

W drodze na górę zastanawiała się, co powinna zrobić. Odczuwała zażenowanie na myśl o scenie, której była świadkiem. Co za pech, że ze wszystkich znajomych Ania wybrała właśnie panią Linde, aby ujawnić swój temperament. Maryla zdała sobie sprawę, że być może powinna się tego wstydzić, ale odczuwała raczej upokorzenie niż zasmucenie z powodu odkrycia tak poważnej wady w usposobieniu Ani. A jak ma ją ukarać? Sugestia użycia witek brzozowych, których skuteczność mogłyby udowodnić dzieci pani Linde, nie przemawiała do Maryli. Nie wyobrażała sobie bicia dziewczynki. Nie, trzeba znaleźć inny sposób ukarania Ani, który uzmysłowiłby jej powagę popełnionego wykroczenia. Maryla zastała Anię z twarzą wtuloną w poduszkę, gorzko łkającą w całkowitej nieświadomości, że jej ubłocone buciki leżą na nieskazitelnie czystej pościeli.

- Aniu - powiedziała miłym głosem.

Żadnej reakcji.

- Aniu - powtórzyła nieco bardziej ostrym tonem - zejdź natychmiast z łóżka i wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia.

Ania zsunęła się z łóżka i usiadła sztywno na krześle obok, z napuchniętą od płaczu twarzą, ze śladami łez na policzkach, a oczy miała z uporem utkwione w podłodze.

- Piękne zachowanie, Aniu, nie ma co mówić. Czy nie wstyd ci?

- Nie miała prawa nazywać mnie brzydką, a moich włosów marchewkowymi - odparła Ania wymijająco, z buntem w głosie.

- To ty nie miałaś najmniejszego prawa, żeby wpaść w taką furię i tak ją zaatakować. Najadłam się wstydu za ciebie - i to bardzo! Tak chciałam, żebyś była miła dla pani Linde, a ty naraziłaś mnie na wstyd. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wpadłaś we wściekłość, słysząc słowa pani Linde, że jesteś ruda i nieładna. Przecież sama ciągle to powtarzasz.

- Ale to jest zupełnie co innego, kiedy samemu coś się mówi, a co innego słyszeć to z ust innych - załkała Ania. - Można zdawać sobie sprawę z tego, że się ma jakieś wady, ale cały czas pozostaje złudzenie, że inni myślą inaczej. Pewno Maryla myśli, że mam potworny temperament, ale ja naprawdę nie mogłam się powstrzymać. Kiedy usłyszałam to wszystko, coś straszliwie wzburzyło się we mnie i zaczęło mnie dławić. Musiałam wyładować to na niej.

- Muszę powiedzieć, że dałaś bardzo udane przedstawienie! Pani Linde będzie miała piękną opowiastkę na twój temat, Aniu. I możesz być pewna, że rozpowie ją wszędzie dookoła. Straszne, kiedy taka mała dziewczynka nie umie zapanować nad sobą w taki sposób, Aniu.

- Niech Maryla wyobrazi sobie, jak by się czuła, gdyby powiedziano jej w oczy, że jest chuda i brzydka - broniła się Ania wśród łez.

Dawne wspomnienie wzburzyło naraz Marylę. Kiedyś, gdy była całkiem mała, usłyszała z ust jakiejś ciotki niepochlebną uwagę o sobie: "Jaka szkoda, że jest taka ciemna i brzydka". Maryla przypomniała sobie, jak długo bolały ją te słowa.

- Nie twierdzę, że pani Linde miała rację, mówiąc do ciebie to, co powiedziała, Aniu - przyznała, łagodniejąc. - Znana jest z nadmiernie szczerego wypowiadania każdej myśli, która jej przyjdzie do głowy. To nie może jednak tłumaczyć twojego zachowania. Ta pani była dla ciebie obcą osobą, a do tego moim gościem, dużo starszym od ciebie. To powinno wystarczyć, abyś okazała jej szacunek. Byłaś grubiańska i zuchwała i - tu Marylę naszła jak olśnienie myśl o odpowiedniej karze - pójdziesz do niej, powiesz, że przepraszasz za wybuch złości i poprosisz ją o wybaczenie.

- Tego nie będę mogła nigdy zrobić - rzekła z ponurą determinacją Ania. - Może mnie Maryla ukarać w inny sposób. Na przykład zamknąć mnie w ciemnym, mokrym lochu z wężami i ropuchami i podawać mi do jedzenia jedynie suchy chleb i wodę, a ja nie będę mogła narzekać. Ale nie mogę prosić pani Linde o wybaczenie.

- Nie mam w zwyczaju zamykać ludzi w ciemnych, mokrych lochach - Maryla odparła sucho - tym bardziej że trudno byłoby znaleźć coś takiego w Avonlea. Bez wątpienia, musisz przeprosić panią Linde i bądź spokojna, że dopnę swego. Pozostaniesz tu w pokoju, aż się przełamiesz i powiesz mi, że jesteś gotowa to zrobić.

- A więc pozostanę tu na zawsze - rzekła żałośnie Ania - ponieważ nie mogę powiedzieć pani Linde, że żałuję tego, co powiedziałam. Jakżeż miałabym to zrobić? Wcale nie żałuję. Tylko mi przykro, że rozgniewałam Marylę. Ja po prostu cieszę się, że jej to powiedziałam. Dało mi to wielką satysfakcję. Nie mogę powiedzieć, że czegoś żałuję, kiedy wcale nie odczuwam takiego uczucia, prawda? Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie żalu.

- Miejmy nadzieję, że twoja wyobraźnia nabierze bardziej twórczego charakteru do rana - rzekła Maryla, zbierając się do wyjścia. - Masz przed sobą całą noc na przemyślenie swojego zachowania i nabranie lepszego humoru. Powiedziałaś, że będziesz starała się być dobrym dzieckiem, jeśli pozostaniesz na Zielonym Wzgórzu, jednakże dzisiaj wieczorem nie bardzo to udowodniłaś.

Pozostawiwszy Anię z tą uwagą do przemyślenia, Maryla zeszła do kuchni, poważnie zakłopotana i jednocześnie bardzo poruszona. Była równie zła na siebie, co na Anię, bowiem za każdym razem, gdy wspominała osłupiałą minę pani Linde, usta jej drżały z rozbawienia i ogarniała ją trudna do powstrzymania chęć wybuchnięcia śmiechem.

Rozdział I

Zdziwienie pani Linde

Pani Linde mieszkała właśnie w tym miejscu, w którym główna droga do Avonlea zagłębiała się w małą kotlinkę obramowaną olchami i frędzlami paproci. Przecinał ją potok, który rozpoczynał swój bieg w odległym źródełku, w lesie starego Cuthberta. Mówiono, że na odcinku prowadzącym przez lasy potoczek był nieokiełznany i kręty, a towarzyszyły mu tajemnicze stawy i wodospady. Zanim jednakże dotarł do kotlinki pani Linde, zmieniał się w spokojną, dobrze ułożoną rzeczkę, bowiem nawet potoczek nie ośmieliłby się przemknąć pod drzwiami pani Linde bez zachowania należytych manier i form. Zapewne był świadomy, że pani Linde siedzi przy oknie, wodząc surowym wzrokiem za wszystkim, co się rusza w pobliżu, począwszy od potoczków, a skończywszy na dzieciach. Gdyby dostrzegła coś niezwykłego lub nie na miejscu, nie żałowałaby wysiłków, by dociec kryjącej się za tym tajemnicy.

Jest wielu ludzi w Avonlea i gdzie indziej, którzy pasjami zajmują się sprawami sąsiadów kosztem rozwiązywania swoich własnych problemów. Pani Linde była jedną z tych niezwykłych postaci, które potrafią zarządzać jednocześnie swoimi i cudzymi sprawami. Była nadzwyczajną gospodynią. Dom jej lśnił czystością. Prowadziła kółko krawieckie, pomagała w Szkółce Niedzielnej, była najgorliwszą podporą kościelnego Stowarzyszenia Charytatywnego i Komitetu Pomocy na rzecz Misji Zagranicznych. A do tego wszystkiego pani Linde znajdowała jeszcze dość czasu na wielogodzinne wysiadywanie przy kuchennym oknie, kiedy to robiła kołdry na bawełnianej osnowie; a miała ich już szesnaście na swoim koncie. To osiągnięcie stanowiło dla gospodyń z Avonlea powód do zazdrości, tym bardziej, że pani Linde pracowała z wielką wprawą, nie spuszczając jednocześnie z oka głównego traktu, który przechodził w poprzek kotlinki, a potem wił się pod górę stromego, czerwonego wzgórza wznoszącego się dalej. Ponieważ Avonlea zajmowało mały trójkąt półwyspu, rzuconego w Zatokę Świętego Wawrzyńca, otoczonego z dwóch stron wodą, każdy kto udawał się do Avonlea lub je opuszczał, musiał pokonać tę pagórkowatą drogę i wystawić się na krytyczne spojrzenie wszystkowidzących oczu pani Linde. Siedziała tam także pewnego popołudnia na początku czerwca. Ciepłe, jasne słońce ogrzewało jej okno. Sad na zboczu poniżej domu tonął w spływającym welonie różowo-białych pąków, rozbrzmiewających brzęczeniem rojów pszczół. Tomasz Linde, potulny człowieczek, którego całe Avonlea zwało "mężem pani Linde", siał późną rzepę na pagórkowatym polu za szopą. Podobnie zapewne także Mateusz Cuthbert robił to samo na swoim czerwonym polu w pobliżu strumyka obok Zielonego Wzgórza. Pani Linde była o tym przekonana, gdyż z jego własnych ust usłyszała poprzedniego wieczoru, w sklepie Williama J. Blaira, jak zwierzał się Piotrowi Morrisonowi z zamiaru wysiania rzepy następnego popołudnia. Oczywiście odpowiadał wówczas na pytanie Piotra, jakżeby mogło być inaczej! Przecież nigdy w życiu nie przytrafiło się nikomu usłyszeć czegokolwiek z ust Mateusza Cuthberta z jego własnej nieprzymuszonej woli.

A mimo to, teraz właśnie, o godzinie pół do czwartej w normalny dzień pracy, Mateusz Cuthbert pojawił się na drodze i spokojnie powożąc dwukółką, przejechał kotlinkę i wjechał na wzgórze.

A do tego jeszcze miał na sokie najlepszy garnitur i koszulę z białym kołnierzykiem, co stanowiło niechybny dowód, że wyjeżdża poza miasto. Dodać jeszcze należy, że do pojazdu, którym jechał, zaprzężona była gniada klaczka, no i że wszystko to razem świadczyło o tym, że czeka go dość odległa podróż. Dokąd to udawał się Mateusz Cuthbert i w jakim celu?

Gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego mieszkańca Avonlea, pani Linde, błyskotliwie składając razem wszystkie elementy układanki, zdołałaby zgrabnie odgadnąć odpowiedź na oba pytania. Jednakże Mateusz tak rzadko opuszczał swoje domostwo, że tylko jakaś nader pilna i niezwykła przyczyna mogła go zmusić do wyjazdu. Był to wyjątkowo nieśmiały człowiek, któremu nie w smak było przebywanie wśród obcych lub podróżowanie wiążące się z koniecznością częstszego zabierania głosu. Mateusz odświętnie wystrojony, z białym kołnierzykiem i w dwukółce, stanowił rzadko spotykany widok. Chociaż pani Linde długo łamała sobie głowę, tym razem nie potrafiła znaleźć żadnego rozwiązania, co całkowicie zepsuło jej radosne, popołudniowe samopoczucie.

- Wpadnę na Zielone Wzgórze po herbacie i dowiem się od Maryli, dokąd i po co pojechał - zdecydowała wreszcie ta zacna niewiasta. - Zazwyczaj nie jeździ o tej porze roku do miasta. Nie ma też zwyczaju składać nikomu wizyt. Gdyby zabrakło mu ziarna siewnego, nie wystroiłby się tak odświętnie ani też nie brałby dwukółki, żeby jechać go dokupić. A znowu gdyby miał przywieźć doktora, nie jechałby tak wolno. Jednakże coś musiało się wydarzyć od ukiegłego wieczoru, coś, co zmusiło go do tego wyjazdu. Jestem bezgranicznie zdziwiona, ot co! Nie zaznam chwili spokoju, dopóki się nie dowiem, co za przyczyna wygnała Mateusza Cuthberta z Avonlea.

No i konsekwentnie, po herbacie, pani Linde wyruszyła. Podróż nie była daleka. Wielki, przysadzisty, umajony sadem dom Cuthbertów stał w niewielkiej odległości, przy drodze pnącej się nad kotlinką pani Linde.

Prawdę mówiąc, długa aleja dojazdowa wpłynęła na znaczne oddalenie domostwa Cuthbertów. Budując je, ojciec Mateusza, równie cichy i nieśmiały jak jego syn, celowo usunął się najdalej jak mógł od swych bliźnich. Cud, że nie zdecydował się na ukrycie Zielonego Wzgórza gdzieś w głębi leśnych chaszczy. Zielone Wzgórze zostało zbudowane na najbardziej oddalonym skrawku wykarczowanej ziemi i stało tam do tej pory, prawie niewidoczne z głównego traktu, wzdłuż którego rozłożyły się, przychylnie nastawione do towarzystwa innych, pozostałe domostwa Avonlea. Pani Linde uważała, że takie miejsce nie zasługuje na nazwę domu.

- Czyż pobyt w takiej głuszy można określić mianem mieszkania - powiedziała do siebie, krocząc po trawie obok alejki dojazdowej, zrytej głębokimi koleinami i porośniętej krzewami dzikiej róży. - Nic dziwnego, że Mateusz i Maryla zdziwaczeli, żyjąc tu samotnie, z dala od innych. Z drzewami trudno się zaprzyjaźnić, choć, gdyby to było możliwe, tym dwojgu nie brakowałoby przyjaciół. Ja zdecydowanie wolę mieć bliski kontakt z ludźmi. Ale, prawdę rzekłszy, wyglądają na zupełnie zadowolonych. Ale to tylko dlatego, że się przyzwyczaili. Człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego, nawet do stryczka, jak rzekł pewien skazaniec pochodzenia irlandzkiego.

W towarzystwie tych myśli pani Linde wkroczyła z podjazdu na podwórko Zielonego Wzgórza. Było ono bardzo schludne i ocienione zielenią. Z jednej strony obsadzono je wielkimi, dziś leciwymi wierzbami, a z drugiej wymuskanymi, czarnymi topolami. Nawet nadzwyczaj wyostrzony wzrok pani Linde nie z dolał dostrzec na podwórku żadnego zbędnego kamyczka czy niepotrzebnego patyka. Zresztą podejrzewała, że Maryla Cuthbert zamiata podwórko równie często, jak ona sama sprząta swój dom. Tu można by jeść prosto z ziemi, nie obawiając się przysłowiowego pyłku kurzu.

Pani Linde zapukała delikatnie w kuchenne drzwi i weszła do środka, słysząc zaproszenie. Kuchnia na Zielonym Wzgórzu była wesołym pomieszczeniem - czy może raczej zasługiwałaby na to miano, gdyby nie było tu tak chorobliwie czysto, przez co sprawiała wrażenie obiektu muzealnego. Okna jej wychodziły na wschód i na zachód. Przez zachodnie okno, z którego widać było podwórko z tyłu domu, wdzierał się potok soczystego czerwcowego słońca. Wschodnie okno było pokryte zielenią obrastającej je winorośli. Stąd wystarczyło rzucić okiem, by dojrzeć po lewej stronie biało kwitnące wiśnie w sadzie, a także smukłe brzózki w dole, w kotlince przy potoczku. Tutaj siadywała Maryla Cuthbert, choć rzadko to jej się zdarzało; zawsze była nieco nieufna wobec promieni słońca, które zdawały się jej nader roztańczone i nieodpowiedzialne i dlatego nie pasowały do tego świata, który, jej zdaniem, powinien być traktowany poważnie. I teraz siedziała tu, robiąc na drutach, a stół za jej plecami nakryty był do kolacji. Zanim pani Linde zamknęła za sobą drzwi, zdążyła już dostrzec wszystko, co znajdowało się na stole. Położono na nim trzy talerze, co oznaczało, że Maryla oczekuje kogoś, kto przyjedzie z Mateuszem. Jednakże na stole stały zwykłe, codzienne naczynia, marmolada z dzikich jabłek i kawałki pokrojonego ciasta, zaledwie jednego rodzaju. Oznaczało to, że nie oczekiwano żadnego nadzwyczajnego gościa. Dlaczego w takim razie Mateusz włożył biały kołnierzyk i zaprzągł gniadą klaczkę? Pani Linde czuła zawrót głowy, nadwerężając swój umysł dla rozwiązania tej niezwykłej tajemnicy, otaczającej spokojne, dalekie od niezwykłości Zielone Wzgórze.

- Dobry wieczór, moja droga - powiedziała szybko Maryla. - Wyjątkowo piękny jest ten wieczór, prawda? Siadaj, proszę. Jak się ma twoja rodzina?

Coś, co z braku odpowiedniejszej nazwy można by nazwać przyjaźnią, istniało od zarania ich znajomości, mimo, a może właśnie dlatego, że tak bardzo się różniły.

Maryla była wysoką, szczupłą kobietą, kanciastą i pozbawioną wszelkich okrągłości. Jej ciemne włosy przetkane były siwymi pasmami. Zwijała je zawsze w mały, twardy węzeł z tyłu głowy, z którego wystawały groźnie dwie metalowe szpilki. Wyglądała na kobietę o wąskich horyzontach, surowych zasadach i taką faktycznie była. Jedynie w wyrazie jej ust było coś nietypowego. Gdyby były nieco pełniejsze, można by powiedzieć, że widać w nich ślad skrywanego skrzętnie poczucia humoru.

- Mamy się wszyscy bardzo dobrze - powiedziała pani Linde. - Natomiast przestraszyłam się o ciebie, kiedy zobaczyłam dziś Mateusza wyruszającego w podróż. Przyszło mi do głowy, czy czasem nie jedzie po lekarza.

Usta Maryli skrzywiły się ze zrozumieniem. Spodziewała się pani Linde, wiedząc, że tak nieoczekiwany widok Mateusza, wybierającego się na przejażdżkę, wystawi na zbyt wielką próbę jej niepohamowaną ciekawość.

- Ależ nie. Czuję się świetnie, chociaż wczoraj bardzo bolała mnie głowa - powiedziała. - Mateusz pojechał do Bystrej Rzeki po chłopczyka z sierocińca w Nowej Szkocji. Mały przyjeżdża popołudniowym pociągiem.

Nawet gdyby Maryla powiedziała, że Mateusz udał się do Bystrej Rzeki na spotkanie z przybyłym z Australii kangurem, pani Linde nie doznałaby większego szoku. Na chwilę odebrało jej mowę. Było nie do pomyślenia, żeby Maryla mogła z niej kpić, ale w tej chwili pani Linde była skłonna ją o to podejrzewać.

- Czy mówisz poważnie, Marylo? - spytała, odzyskawszy wreszcie głos.

- Tak. Oczywiście - rzekła Maryla, jak gdyby sprowadzanie chłopców z sierocińca w Nowej Szkocji było częścią normalnej wiosennej pracy na każdej farmie w Avonlea, nie zaś jakimś niewyobrażalnym wręcz odstępstwem od tutejszej codzienności.

Pani Linde zdała sobie sprawę, że jest właśnie w trakcie przechodzenia poważnego wstrząsu. Myśli jej składały się z samych wykrzykników. Chłopiec! Maryla i Mateusz Cuthbert mają adoptować chłopca! Z sierocińca! Bez wątpienia świat staje na głowie! Teraz już na pewno nic jej nie zdziwi! Nic!

- Doprawdy, skąd ten pomysł? - spytała z dezaprobatą. Cała ta sprawa była realizowana bez zasięgnięcia jej rady, a więc oczywiście nie może spotkać się z jej akceptacją.

- Cóż, myśleliśmy o tym od dawna, prawdę rzekłszy od początku zimy - odparła Maryla. - Tuż przed świętami Bożego Narodzenia pani Spencer, podczas wizyty u nas, opowiedziała nam o planowanym na wiosnę wzięciu dziewczynki z sierocińca w Miasteczku Nadziei. Mieszka tam jej kuzynka i pani Spencer, podczas odwiedzin u niej, dowiedziała się wszystkiego o sierocińcu. Tak to nam zapadło w serce, że od owej chwili ciągle mówiliśmy o tym z Mateuszem. Pomyśleliśmy, że lepiej będzie wziąć chłopca. Mateusz starzeje się. Skończył już sześćdziesiątkę i nie jest już tak żwawy, jak kiedyś. Z jego sercem też nie jest najlepiej. Sama wiesz, jak trudno załatwić kogoś do pomocy. Jedyni chętni to ci niewyrośnięci, przygłupi chłopcy francuskiego pochodzenia. Jak nareszcie zdołasz takiego przyuczyć do pracy w polu i dostosować do swoich wymagań, znika, żeby podjąć pracę w fabryce konserw z homarów lub żeby zrobić karierę w Stanach. Na początku Mateusz sugerował, żeby sprowadzić jakiegoś chłopca ze Starego Kraju. Na to mogłam powiedzieć tylko "nie". Może by się i sprawdził. Nie wykluczam tego, ale nie chcę nawet prókować z jakimś londyńskim ulicznikiem. Powiedziałam mu więc - weźmy przynajmniej chłopca tu urodzonego. Wiem, że obojętnie kogo weźmiemy, zawsze łączy się z tym ryzyko, ale będę spokojniejsza i lepiej będę spała w nocy, jeśli chłopiec będzie naszym krajanem. Tak więc ostatecznie zdecydowaliśmy się poprosić panią Spencer o wybranie dla nas chłopca, kiedy pojedzie po swoją dziewuszkę. W zeszłym tygodniu dotarła do nas wiadomość o jej wyjeździe, więc daliśmy jej znać, wykorzystując w tym celu rodzinę Ryszarda Spencera w Carmody. Powiadomiliśmy ją, że będziemy oczekiwać dorodnego, mądrego chłopca w wieku dziesięciu lub jedenastu lat. Uznaliśmy, że ten wiek będzie najlepszy. Dziecko będzie wystarczająco duże, żeby wdrożyć je od początku do pewnych prac, a jednocześnie dość małe, żeby nie mieć jakichś fatalnych nawyków. Pomyśleliśmy, że możemy mu stworzyć dobry dom i zapewnić naukę. Dostaliśmy telegram od pani Spencer - listonosz przyniósł go niedawno ze stacji. Wynika z niego, że przyjeżdżają dziś po południu, pociągiem o siedemnastej. Dlatego właśnie Mateusz udał się do Bystrej Rzeki na spotkanie z chłopcem. Pani Spencer dopilnuje, żeby tam wysiadł, bo, jak wiesz sama, jedzie dalej do Białych Piasków.

Pani Linde miała w zwyczaju szczerze mówić wszystko, co myśli - do tego dodać należy, że była z tego swego obyczaju szalenie dumna. Odchrząknęła i postanowiła wyrzucić z siebie wszystko, co ma na wątrobie, ustaliwszy w duchu swoje nastawienie psychiczne do zadziwiających wydarzeń.

- No cóż, Marylo, powiem ci szczerze, że moim zdaniem decydujesz się na lekkomyślny krok - rzecz bardzo ryzykowną, ot co! Skąd możesz wiedzieć, jakie dziecko tobie się przytrafi. Sprowadzasz do domu obcego chłopca, nie wiedząc zupełnie nic na jego temat. Nie znasz jego usposobienia, nie wiesz, jacy byli jego rodzice ani na jakiego wyrośnie człowieka. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu czytałam w gazecie o pewnym małżeństwie, gdzieś na zachód od nas, które przyjęło chłopaka z sierocińca, a ten podpalił nocą ich dom - umyślnie podpalił, Marylo! Spłonęli w łóżkach prawie na popiół. I znam jeszcze inny przypadek - przypadek adoptowanego chłopca, który miał zwyczaj wysysać surowe jajka. Nie mogli go od tego w żaden sposób odzwyczaić! Gdybyś spytała mnie o radę w tej kwestii, powiedziałabym tobie, żebyś opamiętała się, póki można, i nie myślała nawet o czymś takim, ale ty uznałaś oczywiście, że sama wiesz lepiej.

Ta katastroficzna, hiobowa wizja roztoczona przed Marylą nie zdawała się stanowić dla niej ani powodu do obrazy, ani też do przerażenia. Spokojnie kontynuowała robótkę.

- Nie przeczę, że w tym, co mówisz, jest trochę prawdy. Sama także odczuwam pewien niepokój. Ale Mateuszowi bardzo zależało. Widać to było już od pierwszej chwili, więc uległam. Mateusz tak rzadko czegoś pragnie, że kiedy już się to zdarzy, uważam, że nie mam prawa mu odmówić. A co do ryzyka - wiąże się prawie ze wszystkim, co robimy na tym świecie. Zresztą nigdy nie ma pewności, nawet w przypadku własnych dzieci - nie wszystkie z nich wyrastają na porządnych ludzi. A poza tym Nowa Szkocja jest tuż obok Wyspy. Co innego, gdyby miał tu przybyć z Anglii lub ze Stanów. Niemożliwe, żeby ktoś pochodzący z tak bliskiej okolicy bardzo się od nas różnił.

- No cóż, mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze - rzekła pani Linde tonem, który miał dobitnie obrazować jej bolesne wątpliwości. - Tylko żebyś potem nie mówiła, że ciebie nie przestrzegałam, jeżeli puści z dymem Zielone Wzgórze lub wrzuci trochę strychniny do studni. Słyszałam o takim przypadku w Nowym Brunszwiku, gdzie dziecko z sierocińca zrobiło coś takiego. Cała rodzina zmarła w straszliwych bólach. Tylko wówczas chodziło o dziewczynkę.

- No, przynajmniej to niebezpieczeństwo nas nie dotyczy, bo my nie będziemy wychowywać dziewczynki - rzekła Maryla, jak gdyby zatrute studnie były wyłączną specjalnością niegrzecznych dziewczynek, a więc w przypadku chłopca nie mogły im grozić. - Nigdy nie zgodziłabym się na wzięcie dziewczynki na wychowanie. Dziwię się, dlaczego pani Spencer robi coś takiego. Ale ona najchętniej wzięłaby sobie na głowę cały sierociniec, gdyby tylko mogła.

Pani Linde chętnie pozostałaby do pojawienia się Mateusza wraz ze sprowadzonym, osieroconym chłopcem. Zdała sobie jednak sprawę, że trwałoby to jeszcze co najmniej dwie godziny, więc podjęła decyzję, że pójdzie na farmę Roberta Bella i podzieli się nowiną z sąsiadami. Będzie to bez wątpienia sensacja, której nic nie może się równać. Pani Linde nie odczuwała z niczego tak wielkiej satysfakcji, jak z zadziwiania swoich rozmówców sensacyjnymi wiadomościami. Wyniosła się więc, żegnana z uczuciem ulgi przez Marylę, której wątpliwości i lęki naraz odżyły pod wpływem tych pesymistycznych przestróg.

- Cóż, nigdy bym się tego nie spodziewała! - wykrzyknęła pani Linde, kiedy znalazła się w bezpiecznej odległości. - Chyba śnię, naprawdę mam takie wrażenie. Cóż, szkoda mi tego biednego chłopca, bez wątpienia. Mateusz i Maryla nie mają przecież pojęcia o dzieciach. Na pewno będą domagali się od niego większej mądrości i rozsądku, niż gdyby był własnym dziadkiem. Choć tak naprawdę jest wątpliwe, czy taki chłopiec miał kiedykolwiek w ogóle dziadka. Czuję się jakoś dziwnie, gdy pomyślę, że na Zielonym Wzgórzu pojawi się dziecko. Nigdy dotąd nie mieszkał tam nikt młody. Przecież nawet Mateusz i Maryla byli już dorośli, gdy wybudowano nowy dom, aczkolwiek patrząc dziś na nich, trudno uwierzyć, że w ogóle byli kiedyś dziećmi. Wcale nie chciałabym być na miejscu tego chłopca, ot co - tymi słowy odezwała się pani Linde do krzewów dzikiej róży z głębi swego serca. Gdyby jednak mogła zobaczyć dziecko czekające właśnie w tej chwili cierpliwie na stacji Bystra Rzeka, jej współczucie byłoby znacznie większe i głębsze.

Rozdział VI

Maryla podejmuje decyzję

Jednakże dojechały tam i to we właściwym czasie. Pani Spencer mieszkała w dużym, żółtym domu w Zatoce Białych Piasków. Wyszła na ich spotkanie do drzwi z życzliwą twarzą, na której mieszało się zdziwienie z serdecznością, znamionującą gościnność.

- Kochane, kochane moje, jesteście ostatnimi osobami, jakich mogłabym się dzisiaj spodziewać, ale naprawdę cieszę się na wasz widok. Czy wprowadzi pani konia? Jak się masz, Aniu?

- Czuję się dobrze, dziękuję - odpowiedziała Ania bez cienia uśmiechu na twarzy. Wyglądała na osobę dotkniętą strasznym nieszczęściem.

- Myślę, że zabawimy chwilę, żeby dać wytchnienie klaczy - rzekła Maryla - obiecałam Mateuszowi, że wrócę wcześnie do domu. Prawda jest taka, pani Spencer, że ktoś popełnił niezwykły błąd. Przyjechałam, aby go wyjaśnić. Powiedzieliśmy pani bratu, Robertowi, że chcemy chłopca w wieku dziesięciu lub jedenastu lat.

- Marylo Cuthbert, to niemożliwe! - rzekła pani Spencer przejęta zdziwieniem. - Robert przekazał informację, przysyłając tu swoją córeczkę Nancy. Mała powiedziała nam, że chcecie dziewczynkę - prawda, Floro Jane? - zwróciła się do córki, która pojawiła się na schodach.

- Oczywiście, takie były jej słowa, panno Cuthbert - poparła ją żarliwie Flora Jane.

- Tak mi przykro - rzekła pani Spencer - to okropne, ale naprawdę to nie jest moja wina, panno Cuthbert. Starałam się wykonać pani zlecenie co do joty i cały czas zdawało mi się, że zrobiłam to zgodnie z pani oczekiwaniami. Nancy jest okropnie lekkomyślną dziewczynką. Wielokrotnie już zasłużyła na burę za niedbalstwo.

- To była nasza wina - przyznała Maryla z rezygnacją. - Powinniśmy przyjechać osobiście i sami uzgodnić tę ważną kwestię, a nie korzystać z tak zorganizowanego przekazu ustnego. Cóż jednak, błąd został popełniony, a jedyne, co pozostaje nam teraz do zrobienia, to jego naprawienie. Czy można odesłać dziewczynkę do sierocińca? Chyba przyjmą ją z powrotem w tej sytuacji, co?

- Myślę, że tak - powiedziała pani Spencer z zastanowieniem. - Nie przypuszczam jednak, żeby istniała konieczność jej odsyłania. Pani Blewett wpadła do mnie wczoraj i wyraziła chęć sprowadzenia, za moim pośrednictwem, małej dziewczynki, potrzebnej jej do pomocy. Jak pani zapewne wie, pani Blewett ma pokaźną rodzinkę i z trudem radzi sobie z obowiązkami. Ania będzie w sam raz osóbką, jakiej potrzębuje. To po prostu szczęśliwe zrządzenie losu.

Maryla wcale nie sprawiała osoby podzielającej tę opinię. Oto przytrafiła się jej całkiem niespodziewana szansa pozbycia się niechcianej sieroty, a ona nawet nie odczuwała wdzięczności dla losu. Znała panią Blewett jedynie z widzenia. Z daleka zdawała się jędzowatą osobą, nader kościstą, bez jednego grama tłuszczu. Słyszała o niej wiele - miała opinię okropnego woźnicy, a poza tym nieroba. Zwalniane coraz to panny służące opowiadały straszne historie o jej wybuchach wściekłości i nieustannej złośliwości, a także o klótliwych dzieciach, pozwalających sobie na ciągłe impertynencje. Maryla poczuła wyrzuty sumienia na myśl o wydaniu dziewczynki na pożarcie tej lwicy.

- Wejdźmy do środka i omówmy tę sprawę - zaproponowała.

- Och, właśnie w tej chwili nadchodzi tu pani Blewett! - wykrzyknęła pani Spencer, prowadząc gości przez przedsionek do saloniku, gdzie uderzył je przenikliwy chłód, jak gdyby powietrze tak długo przesiewano przez ciemnozielone, zaciągnięte żaluzje, że straciło każdą cząstkę posiadanego ciepła.

- Doskonale się składa, bo możemy natychmiast załatwić sprawę. Proszę usiąść w fotelu, panno Cuthbert. A ty, Aniu, usiądź tu na otomanie i proszę, nie wierć się. Już wynoszę wasze kapelusze. Floro Jane, wyjdź i nastaw imbryk. Dzień dobry, pani Blewett. Właśnie mówimy, jakie to szczęście, że pani przyszła. Pozwolą panie, że je przedstawię: pani Blewett, panna Cuthbert. Przeproszę panie na chwilę. Zapomniałam powiedzieć Florze Jane, żeby wyciągnęła drożdżówki z pieca.

Pani Spencer oddaliła się, odsłoniwszy żaluzje. Ania, siedząc w milczeniu na otomanie, z rączkami złożonymi na brzuchu, wpatrywała się jak zafascynowana w panią Blewett. Czy teraz oddadzą ją w ręce tej kobiety o ostrych rysach twarzy i spojrzeniu wwiercającym się w człowieka? Czuła, jak coś ściska ją za gardło, a oczy szczypią bezlitośnie. Zaczęła się już lękać, że nie pohamuje płaczu, kiedy powróciła pani Spencer, zarumieniona i promieniejąca, idealna osoba, żeby stawić czoło jakiejkolwiek trudności - fizycznej lub psychicznej, żeby przemyśleć ją i od ręki załatwić.

- Zdaje się, że popełniono omyłkę co do tej dziewczynki, pani Blewett - rzekła. - Miałam wrażenie, że pan i pani Cuthbert chcą adoptować dziewczynkę. Tak mi z pewnością powiedziano. Ale okazuje się, że potrzebny jest im chłopiec. Więc, jeżeli nie zmieniła pani wczorajszej decyzji, myślę, że ta osóbka spełni pani wymagania idealnie.

Pani Blewett obrzuciła Anię od stóp do głów taksującym spojrzeniem.

- Ile masz lat i jak się nazywasz? - spytała.

- Ania Shirley - wyjąkała Ania, kurcząc się pod spojrzeniem pani Blewett i tym razem nie ośmielając się wysunąć żadnych roszczeń co do pisowni bądź wymowy swego imienia. - Mam jedenaście lat.

- Hm! Nie wyglądasz na ten wiek. Strasznie jesteś chuda. Nie wiem, ale właściwie takie chude są chuba najlepsze. No cóż, jeśli zdecyduję się na ciebie, będę oczekiwać wysiłku i staranności - masz być dobrą, mądrą i pełną szacunku dla starszych. Będziesz musiała zarobić na swoje utrzymanie. Co do tego nie ma wątpliwości. Tak, całkiem prawdopodobne, że pozbawię panią tego kłopotu, panno Cuthbert. Moje maleństwo jest okropnie nieposłuszne i jestem wykończona zajmowaniem się nim. Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, wezmę ją zaraz do domu.

Maryla spojrzała na Anię i rysy jej złagodniały na widok bladej twarzyczki z wyrazem niemej rozpaczy - rozpaczy małej, bezradnej istoty, złapanej po raz któryś z rzędu w pułapkę, z której ledwo zdołała umknąć. Maryla nabrała nieodpartego przekonania, że jeśli odrzuci błaganie zawarte w tym spojrzeniu, nigdy w życiu nie uwolni się od wyrzutów sumienia. Do tego nie lubiła pani Blewett. Przekazać wrażliwe dziecko, o nadzwyczajnej błyskotliwości, takiej kobiecie! Nie może obarczać siebie odpowiedzialnością za coś takiego.

- No cóż, nie wiem - rzekła powoli. - Nie powiedziałam wcale, że Mateusz i ja zdecydowaliśmy ostatecznie, iż jej nie zatrzymamy. Właściwie powinnam dodać, że Mateusz jest gotów przyjąć Anię do naszego domu. A ja przyjechałam tylko, żeby wyjaśnić, jak doszło do pomyłki. Myślę, że lepiej, żebym ją wzięła z powrotem do domu i omówiła wszystko z Mateuszem. Nie czuję się upoważniona do podejmowania decyzji bez niego. Jeśli uznamy, że lepiej będzie ją oddać, wówczas odwiezie ją pani jutro wieczorem. Ale jeśli nie przyjedzie, będzie to oznaczać, że zostaje u nas. Czy takie rozwiązanie odpowiada pani, pani Blewett?

- No cóż, nie mam innego wyjścia - rzekła niechętnie pani Blewett.

W czasie przemowy Maryli na twarzy Ani zaczęło migotać światełko nadziei. Najpierw znikła rozpacz, potem pojawiła się iskierka. Jej oczy nabrały głębi i wyrazistości porannych gwiazd. Dziewczynka zmieniła się, a chwilę później, kiedy pani Spencer wyszła ze swoim gościem szukać jakiegoś przepisu, po który pani Blewett właściwie przyszła, Ania skoczyła na równe nogi i przypadła do Maryli.

- Och, panno Cuthbert, czy dobrze słyszałam, istnieje szansa, że zostanę na Zielonym Wzgórzu? - powiedziała zdyszanym szeptem, jak gdyby głośne wyrażenie tej nadziei mogło rozbić ją jak bańkę mydlaną. - Czy naprawdę pani to powiedziała? Czy to tylko moja wyobraźnia?

- Aniu, lepiej będzie, jeśli zaczniesz trzymać tę twoją wyobraźnię pod kontrolą, o ile nie umiesz już odróżniać rzeczywistości od marzeń - powiedziała Maryla kłótliwie. - Tak, słyszałaś te słowa z moich ust, ale nic ponadto. Decyzji jeszcze nie podjęto! Może oddamy cię pani Blewett. Ona na pewno potrzebuje kogoś takiego jak ty bardziej od nas.

- Wolę wrócić do sierocińca niż zamieszkać u niej - rzekła Ania gwałtownie. - Wygląda zupełnie jak świder.

Maryla ukryła uśmiech w przekonaniu, że Anię należy skarcić za te słowa.

- To wstyd, żeby mała dziewczynka tak brzydko wyrażała się o damie i obcej osobie - powiedziała ostro. - Idź z powrotem na swoje miejsce, usiądź cicho, panuj nad językiem i zachowuj się, jak przystoi grzecznej dziewczynce.

- Spróbuję zastosować się do tego i wszelkich innych pani życzeń, tylko proszę mnie zatrzymać - powiedziała Ania, pokornie wracając na otomanę.

Kiedy wieczorem zjawiły się z powrotem na Zielonym Wzgórzu, Mateusz wyszedł im na spotkanie na drogę dojazdową. Maryla dojrzała go z daleka, jak niecierpliwie chodzi pod domem i odgadła, w czym rzecz. Była przygotowana na uczucie ulgi, jakie zagościło na jego twarzy, gdy ujrzał, że przynajmniej jeszcze ten raz przywiozła dziewczynkę ze sobą. Maryla nie odezwała się jednak nawet słowem do Mateusza na temat drążącej go kwestii, dopóki nie znaleźli się oboje za stodołą, w odległej części podwórza, gdzie wzięli się do dojenia. Opowiedziała mu wtedy pokrótce historię Ani i przebieg rozmowy z panią Spencer.

- Nie oddałbym nawet psa tej Blewettowej - rzekł Mateusz niezwykłym dla niego, stanowczym tonem.

- Ja także nie zachwycam się jej sposobem bycia - przyznała Maryla - ale nie mamy innego wyjścia, chyba że zdecydujemy się ją tutaj zatrzymać, a ponieważ ty tego pragniesz, myślę, że ja właściwie nie mam nic przeciwko temu. Dużo o tym myślałam, aż wreszcie przyzwyczaiłam się do tej myśli. Odczuwam to jako swoisty obowiązek. Nigdy nie wychowywałam żadnego dziecka, a co dopiero dziewczynki, i boję się, że mogę sobie z tym nie poradzić. Postaram się. Jeżeli o mnie chodzi, może zostać.

Twarz Mateusza jaśniała zachwytem.

- Cóż, wiedziałem, że tak zaczniesz na to patrzeć, Marylo - odparł. - To takie interesujące stworzonko.

- Wolałabym usłyszeć, że jest pożyteczną osókką - replikowała Maryla - ale to już będzie zadanie dla mnie, żeby nauczyć ją pracowitości. I pamiętaj, Mateuszu, że nie masz wtrącać się do moich metod. Stara panna może nie być obeznana z metodami wychowania dzieci, ale na pewno poradzi sobie lepiej niż stary kawaler, więc pozostaw ją w mojej gestii. Jeżeli przestanę sobie radzić, wtedy będzie dość czasu, abyś ty przejął stery.

- Dobrze, dobrze, Marylo, możesz cały czas stawiać na swoim - powiedział Mateusz uspokajająco. - Tylko proszę ciebie, bądź dla niej dobra i uprzejma na ile się da, nie doprowadzając dziewczynki do zmanierowania. Wydaje mi się, że to taki typ dziecka, z którym dobrocią można zrobić wszystko.

Maryla prychnęła, aby wyrazić pogardę dla wszelkich opinii Mateusza w delikatnej materii odnoszącej się do rodzaju żeńskiego, po czym chwyciła wiadro i poszła odnieść je do mlecznej spiżarni.

"Dziś nie powiem jej, że może tu zostać - rozmyślała, przelewając mleko do wirówki. - Z podniecenia nie zdoła zasnąć ani na chwilę. Marylo Cuthbert, ależ dałaś się przekabacić! Czyż przyszło ci kiedykolwiek do głowy, że dożyjesz takiego dnia, w którym zaadoptujesz osieroconą dziewczynkę? To rzeczywiście zastanawiające, ale jeszcze bardziej zadziwiający jest udział Mateusza w tej całej sprawie; Mateusza, który całe życie tak panicznie bał się i unikał małych dziewczynek! No nic, zdecydowaliśmy się na ten eksperyment i jedynie niebo wie, co z tego wyniknie".

Rozdział XIII

Rozkosze oczekiwania

- Pora, żeby Ania wróciła i zajęła się szyciem - rzekła do siebie Maryla, patrząc na zegar, a potem wyglądając na rozgrzane sierpniowym słońcem podwórze, gdzie wszystko zdawało się drzemać w upale. - Bawiła się z Dianą pół godziny dłużej, niż jej pozwoliłam, a teraz wysiaduje na stosie drewna, gawędząc z Mateuszem - buzia jej się wcale nie zamyka. Przecież wie doskonale, że powinna już siedzieć nad robótką! A on oczywiście wsłuchany w nią jak urzeczony! Nigdy nie widziałam tak zaślepionego mężczyzny. Im więcej Ania mówi, im dziwniejsze plecie bajdy, tym on jest bardziej wniebowzięty. Aniu Shirley, przyjdź tu natychmiast, czy mnie słyszysz?

Następujące po sobie głośne pukanie w wychodzące na zachód okno przywróciło Anię do rzeczywistości i po chwili biegła już do domu z podwórka, z błyszczącymi oczami, lekko zaróżowionymi policzkami i rozpuszczonymi włosami, fruwającymi za nią jak uniesiony w powietrzu strumień czerwieni.

- Och, Marylo! - wykrzyknęła bez tchu - w przyszłym tygodniu odbędzie się piknik urządzony przez Szkółkę Niedzielną, na polu pana Harmona Andrews, tuż obok Jeziora Lśniącej Toni. Pani Bell z panią Linde zrobią lody. Pomyśl tylko, Marylo - lody! Och, Marylo, czy będę mogła pójść?

- Popatrz, proszę, Aniu, na zegar! O której godzinie kazałam ci przyjść?

- O drugiej. Ale czyż ten piknik nie będzie czymś wspaniałym, Marylo? Czy mogę pójść, proszę! Nigdy nie byłam na żadnym pikniku - marzyłam o piknikach, lecz nigdy...

- Tak, kazałam ci przyjść o drugiej. A jest za kwadrans trzecia. Chciałabym dowiedzieć się od ciebie, Aniu, dlaczego jesteś nieposłuszna?

- No, chciałam, Marylo, bardzo chciałam. Ale Maryla nie ma pojęcia, jak fascynujący jest Dziewiczy Zakątek Wytchnienia. No, a potem oczywiście musiałam opowiedzieć Mateuszowi o pikniku. Mateusz jest tak miłym słuchaczem. Proszę, niech mi Maryla pozwoli!

- Będziesz musiała nauczyć się stawiać opór fascynacji Zakąt..., czy jak tam to nazywasz. Kiedy daję ci polecenie powrotu o konkretnej godzinie, masz wrócić punktualnie, nie zaś pół godziny później! Nie musisz także zatrzymywać się na pogawędki z życzliwie słuchającymi cię osobami. Natomiast co do pikniku, to jesteś uczennicą Szkółki Niedzielnej i z pewnością nie mam zamiaru odmówić ci prawa uczestniczenia w pikniku, gdzie będą wszystkie inne dziewczynki.

- Ale, ale - zawahała się Ania - Diana mówiła mi, że każdy musi wziąć koszyk jedzenia. Maryla wie, że ja nie umiem gotować i..., i... mogę jakoś na piknik pójść bez bufiastych rękawów, ale czułabym się potwornie upokorzona, gdybym musiała pójść bez koszyka. Bardzo mi to leży na sercu.

- No to się nie martw. Upiekę ci co trzeba do koszyka.

- Och, kochana, życzliwa Marylo! Maryla jest taka dla mnie dobra. Taka jestem Maryli wdzięczna.

Wyczerpawszy zapas swoich wykrzykników, Ania rzuciła się w ramiona Maryli i z zachwytem ucałowała jej bladą twarz. Maryli coś takiego przytrafiło się po raz pierwszy w życiu. Nigdy dotąd dziecięca buzia nie ucałowała jej tak serdecznie z własnej, nieprzymuszonej woli. Przejęło ją ponownie błogie uczucie szczęścia. W głębi duszy bardzo ucieszyła ją impulsywna pieszczota Ani, ale ze zmieszania powiedziała nieco zbyt zgryźliwie:

- No, no, daj już spokój z tym cmok nonsensem. Wolę, żebyś ściśle wykonywała moje polecenia. Co się zaś tyczy gotowania, zamierzam rozpocząć twoją naukę w najbliższym czasie. Ale jesteś tak trzpiotowata, Aniu. Ciągle czekam, żebyś nabrałą trochę rozumu i uspokoiła się, zanim zacznę. W trakcie gotowania trzeba skupić się na pracy. Nie możesz zastygnąć w bezruchu i pozwolić swoim myślom na dalekie podróże. Teraz wyciągnij swoje łatki i proszę cię, zrób kilka kwadracików przed herbatą.

- Nie lubię łatek - rzekła Ania płaczliwie, wyciągając koszyk z robótką i siadając z westchnieniem przed stosikiem czerwonych i białych kratek. - Myślę, że szycie niektórych szmatek może być miłe. Ale w łatkach nie ma żadnego pola do popisu dla wyobraźni. Robię szew za szwem, a rezultatu nie widać. Ale przyznaję, że wolę być Anią z Zielonego Wzgórza przyszywającą łatki, niż Anią z innego miejsca, która nie miałaby nic do roboty poza zabawą. Bardzo chciałabym, żeby czas biegł równie szybko w trakcie zszywania łatek, co podczas zabawy z Dianą. Och, tak nam cudownie razem, Marylo. Ja jestem głównym dostawcą wytworów wyobraźni, to mi dobrze wychodzi. A Diana jest po prostu doskonała pod każdym innym względem. Maryla zna to poletko po obu stronach potoczka, które rozciąga się między gospodarstwem rodziców Diany a naszym? Należy do pana Williama Bella, a na jego skraju znajduje się mały pierścień białych brzóz - cóż to za romantyczne miejsce, Marylo. Zrobiłyśmy sobie tam z Dianą domek. Nazywamy go Dziewiczym Zakątkiem Wytchnienia. Czyż nie jest to poetycka nazwa? Zapewniam Marylę, że jej wymyślenie kosztowało mnie sporo czasu. W pewnej chwili, już prawie zasypiałam, gdy doznałam olśnienia. Diana popadła w zachwyt, słysząc to określenie. Pięknie urządziłyśmy nasz domek. Tak bardzo pragnę, żeby Maryla przyszła go obejrzeć, dobrze? Wielkie kamienie, całe pokryte mchem, służą nam jako krzesła, a pomiędzy gałęziami sąsiednich drzew wiszą półki z desek, na których ustawiłyśmy naczynia. Są co prawda wyszczerbione, ale to przecież najprostsza rzecz na świecie wyobrazić sobie, że są w idealnym stanie. Mamy kawałek ślicznego talerza ozdobionego bordowo-żółtym bluszczem. Trzymamy go w salonie, gdzie mamy też szkło z krainy wróżek, piękne jak marzenie senne. Diana znalazła je w lesie, za kurnikiem. Szkło to cieszy wzrok maleńkimi, tęczowymi kręgami, które jeszcze nie zdążyły urosnąć i nabrać dorosłego wyglądu. Wiemy od mamy Diany, że szkło to pochodzi z lampy, która kiedyś wisiała w ich domu. Ale przyjemniej wyobrazić sobie, że to pozostałość po balu wróżek, zapomniana z powodu pośpiechu, z jakim stąd się rozbiegły. Mateusz obiecał nam zrobić stół. A tę malutką sadzawkę na polu rodziców Diany nazwałyśmy Zwierciadłem Wierzb. Tę nazwę wymyśliłam dzięki książce, którą pożyczyła mi Diana. To wspaniała lektura, Marylo. Bohaterka miała pięciu narzeczonych. Mnie wystarczyłby jeden, a Maryli? Była bardzo atrakcyjna, ale nie miała lekkiego życia. Mdlała jak na zawołanie. Jaka szkoda, że ja tak nie potrafię. To takie romantyczne, prawda, Marylo? Ale teraz już nabrałam siły i zdrowia, choć jestem nadal szczupła. Mam ponadto wrażenie, że przytyłam trochę. A Maryli jak się wydaje? Przypatruję się co rano łokciom, żeby sprawdzić, czy tworzą się na nich nareszcie dołeczki. Dla Diany szyją nową sukienkę z rękawkami do łokci, którą włoży na piknik. Tak bardzo bym chciała, żeby było ładnie w środę. Chyba nie przeżyłabym rozczarowania, gdyby coś uniemożliwiło mi pójście na piknik. No, może bym nie umarła, ale to by pozostawiło nieuleczoną ranę w mym sercu do końca życia. Późniejsze pikniki, choćby ich było ze sto, nie zdołałyby jej zagoić. Nie byłyby w stanie wynagrodzić tego jedynego pikniku. Na Jeziorze Lśniącej Toni będą łódki, a ponadto będziemy objadać się lodami, jak już Maryla wie. Nigdy dotąd nie skosztowałam lodów. Diana usiłowała objaśnić mi ich smak, ale, niestety, lody należą do tych rzeczy, które nie mieszczą się w mojej wyobraźni.

- Aniu, mówisz bez przerwy od dziesięciu minut, z zegarkiem w ręku - rzekła Maryla. - A teraz, ot tak z ciekawości, chcę przekonać się, czy zdołasz zachować milczenie przez taką samą długość czasu.

Ania umilkła, spełniając życzenie Maryli. Ale i tak przez wszystkie pozostałe dni tygodnia jedynie piknik zajmował wszystkie jej myśli i marzenia. Tylko o nim mówiła.

W sobotę padało i Ania wpadła w taką rozpacz na myśl, że deszcz może trwać do środy, czy nawet dłużej, że Maryla dała jej do przyszycia dodatkową łatkę, sądząc, że uspokoi to nerwy dziewczynki. W niedzielę Ania zwierzyła się Maryli w drodze powrotnej z kościoła, że poczuła dreszcz emocji, kiedy pastor zapowiedział z ambony piknik.

- Przeszedł mnie dreszcz z góry na dół, Marylo! Tak naprawdę to do tej pory nie całkiem wierzyłam, że ten piknik się odbędzie. Ciągle mi się zdawało, że to jedynie twór mojej wyobraźni. Ale kiedy pastor ogłasza coś z ambony, musisz w to wierzyć.

- Zbyt dużą wagę przywiązujesz, Aniu, do przedmiotów - rzekła Maryla z westchnieniem. - Obawiam się, że czeka cię w życiu jeszcze wiele rozczarowań.

- Ależ Marylo, przecież oczekiwanie tego, co ma nas spotkać, to zapowiedź przyjemności! - wykrzyknęła Ania. - Można nie otrzymać niektórych z tych rzeczy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o nich marzyć. Pani Linde mówi "błogosławieni niech będą ci, którzy niczego nie oczekują, gdyż nie spotka ich rozczarowanie". A ja uważam, że lepiej jest przeżyć rozczarowanie, niż żyć bez marzeń.

Maryla, jak zwykle przed wyjściem do kościoła, przypięła ametystową broszkę. Pójście do kościoła bez tej ozdoby byłoby dla niej takim samym świętokradztwem, jak zostawienie w domu Biblii czy dziesięciocentówki przeznaczonej na tacę.

Broszka była największym skarbem Maryli. Pewien wuj żeglarz ofiarował ją jej matce, która z kolei przekazała ją w spadku swej córce. Broszka była staromodna. Miała kształt owalu, wewnątrz którego mieścił się pukiel włosów matki Maryli. Maryla niewiele wiedziała o cennych kamieniach, nie umiała więc w pełni docenić ich jakości. Zachwycała się jednak urodą ametystowej ozdoby i cieszyło ją jej fioletowe migotanie pod szyją, na tle skromnej, brązowej sukienki z satyny, chociaż sama tego migotania właściwie zazwyczaj nie widziała.

Ania oniemiała z zachwytu, gdy po raz pierwszy ujrzała broszkę.

- Och, Marylo, to doskonałość i perfekcyjna elegancja. Jak Maryla może skupić się na kazaniu czy mszy, mając na sobie tę broszkę. Ja bym na pewno nie mogła. Ametysty są rozczulające. Zawsze uważałam, że najpiękniejsze są diamenty, ale teraz widzę, że to ametysty. Dawno temu, zanim ujrzałam po raz pierwszy diament, wiele czytałam o tych kamieniach i usiłowałam je sobie wyobrazić. Myślałam, że to będą pięknie błyszczące, purpurowe kamyki. Kiedy pewnego dnia zobaczyłam prawdziwy diament w czyimś pierścieniu, aż popłakałam się z rozczarowania. Był naprawdę ładny, ale spodziewałam się czegoś innego. Czy Maryla pozwoli mi wziąć broszkę na chwilę do ręki? Czy Maryla myśli, że ametysty mogą być duszyczkami fiołków?