Rozdział I
Zdziwienie pani Linde
Pani Linde mieszkała właśnie w tym miejscu, w którym główna droga do
Avonlea zagłębiała się w małą kotlinkę obramowaną olchami i frędzlami
paproci. Przecinał ją potok, który rozpoczynał swój bieg w odległym
źródełku, w lesie starego Cuthberta. Mówiono, że na odcinku prowadzącym
przez lasy potoczek był nieokiełznany i kręty, a towarzyszyły mu
tajemnicze stawy i wodospady. Zanim jednakże dotarł do kotlinki pani
Linde, zmieniał się w spokojną, dobrze ułożoną rzeczkę, bowiem nawet
potoczek nie ośmieliłby się przemknąć pod drzwiami pani Linde bez
zachowania należytych manier i form. Zapewne był świadomy, że pani Linde
siedzi przy oknie, wodząc surowym wzrokiem za wszystkim, co się rusza w pobliżu, począwszy od potoczków, a skończywszy na dzieciach. Gdyby
dostrzegła coś niezwykłego lub nie na miejscu, nie żałowałaby wysiłków,
by dociec kryjącej się za tym tajemnicy.
Jest wielu ludzi w Avonlea i gdzie indziej, którzy pasjami zajmują się
sprawami sąsiadów kosztem rozwiązywania swoich własnych problemów. Pani
Linde była jedną z tych niezwykłych postaci, które potrafią zarządzać
jednocześnie swoimi i cudzymi sprawami. Była nadzwyczajną gospodynią.
Dom jej lśnił czystością. Prowadziła kółko krawieckie, pomagała w Szkółce Niedzielnej, była najgorliwszą podporą kościelnego
Stowarzyszenia Charytatywnego i Komitetu Pomocy na rzecz Misji
Zagranicznych. A do tego wszystkiego pani Linde znajdowała jeszcze dość
czasu na wielogodzinne wysiadywanie przy kuchennym oknie, kiedy to
robiła kołdry na bawełnianej osnowie; a miała ich już szesnaście na
swoim koncie. To osiągnięcie stanowiło dla gospodyń z Avonlea powód do
zazdrości, tym bardziej, że pani Linde pracowała z wielką wprawą, nie
spuszczając jednocześnie z oka głównego traktu, który przechodził w poprzek kotlinki, a potem wił się pod górę stromego, czerwonego wzgórza
wznoszącego się dalej. Ponieważ Avonlea zajmowało mały trójkąt półwyspu,
rzuconego w Zatokę Świętego Wawrzyńca, otoczonego z dwóch stron wodą,
każdy kto udawał się do Avonlea lub je opuszczał, musiał pokonać tę
pagórkowatą drogę i wystawić się na krytyczne spojrzenie
wszystkowidzących oczu pani Linde. Siedziała tam także pewnego
popołudnia na początku czerwca. Ciepłe, jasne słońce ogrzewało jej okno.
Sad na zboczu poniżej domu tonął w spływającym welonie różowo-białych
pąków, rozbrzmiewających brzęczeniem rojów pszczół. Tomasz Linde,
potulny człowieczek, którego całe Avonlea zwało "mężem pani Linde", siał
późną rzepę na pagórkowatym polu za szopą. Zapewne także Mateusz
Cuthbert robił to samo na swoim czerwonym polu w pobliżu strumyka obok
Zielonego Wzgórza. Pani Linde była o tym przekonana, gdyż z jego
własnych ust usłyszała poprzedniego wieczoru, w sklepie Williama J.
Blaira, jak zwierzał się Piotrowi Morrisonowi z zamiaru wysiania rzepy
następnego popołudnia. Oczywiście odpowiadał wówczas na pytanie Piotra,
jakżeby mogło być inaczej! Przecież nigdy w życiu nie przytrafiło się
nikomu usłyszeć czegokolwiek z ust Mateusza Cuthberta z jego własnej
nieprzymuszonej woli.
A mimo to, teraz właśnie, o godzinie pół do czwartej w normalny dzień
pracy, Mateusz Cuthbert pojawił się na drodze i spokojnie powożąc
dwukółką, przejechał kotlinkę i wjechał na wzgórze.
A do tego jeszcze miał na sobie najlepszy garnitur i koszulę z białym
kołnierzykiem, co stanowiło niechybny dowód, że wyjeżdża poza miasto.
Dodać jeszcze należy, że do pojazdu, którym jechał, zaprzężona była
gniada klaczka, no i że wszystko to razem świadczyło o tym, że czeka go
dość odległa podróż. Dokąd to udawał się Mateusz Cuthbert i w jakim
celu?
Gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego mieszkańca Avonlea, pani Linde,
błyskotliwie składając razem wszystkie elementy układanki, zdołałaby
zgrabnie odgadnąć odpowiedź na oba pytania. Jednakże Mateusz tak rzadko
opuszczał swoje domostwo, że tylko jakaś nader pilna i niezwykła
przyczyna mogła go zmusić do wyjazdu. Był to wyjątkowo nieśmiały
człowiek, któremu nie w smak było przebywanie wśród obcych lub
podróżowanie wiążące się z koniecznością częstszego zabierania głosu.
Mateusz odświętnie ubrany, z białym kołnierzykiem i w dwukółce, stanowił
rzadko spotykany widok. Chociaż pani Linde długo łamała sobie głowę, tym
razem nie potrafiła znaleźć żadnego rozwiązania, co całkowicie zepsuło
jej radosne, popołudniowe samopoczucie.
- Wpadnę na Zielone Wzgórze po herbacie i dowiem się od Maryli, dokąd i po co pojechał - zdecydowała wreszcie ta zacna niewiasta. - Zazwyczaj
nie jeździ o tej porze roku do miasta. Nie ma też zwyczaju składać
nikomu wizyt. Gdyby zabrakło mu ziarna siewnego, nie wystroiłby się tak
ani też nie brałby dwukółki, żeby jechać go dokupić. A jeżeli miałby
przywieźć doktora, nie jechałby tak wolno. Jednakże coś musiało się
wydarzyć od ubiegłego wieczoru, coś, co zmusiło go do tego wyjazdu.
Jestem bezgranicznie zdziwiona, ot co! Nie zaznam chwili spokoju, dopóki
się nie dowiem, co za przyczyna wygnała Mateusza Cuthberta z Avonlea.
No i konsekwentnie, po herbacie, pani Linde wyruszyła. Podróż nie była
daleka. Wielki, przysadzisty, umajony sadem dom Cuthbertów stał w niewielkiej odległości, przy drodze pnącej się nad kotlinką pani Linde.
Prawdę mówiąc, długa aleja dojazdowa wpłynęła na znaczne oddalenie
domostwa Cuthbertów. Budując je, ojciec Mateusza, równie cichy i nieśmiały jak jego syn, celowo usunął się najdalej jak mógł od swych
bliźnich. Cud, że nie zdecydował się na ukrycie Zielonego Wzgórza gdzieś
w głębi leśnych chaszczy. Zielone Wzgórze zostało zbudowane na
najbardziej oddalonym skrawku wykarczowanej ziemi i stało tam do tej
pory, prawie niewidoczne z głównego traktu, wzdłuż którego rozłożyły
się, przychylnie nastawione do towarzystwa innych, pozostałe domostwa
Avonlea. Pani Linde uważała, że takie miejsce nie zasługuje na nazwę
domu.
- Czyż pobyt w takiej głuszy można określić mianem mieszkania -
powiedziała do siebie, krocząc po trawie obok alejki dojazdowej, zrytej
głębokimi koleinami i porośniętej krzewami dzikiej róży. - Nic dziwnego,
że Mateusz i Maryla zdziwaczeli, żyjąc tu samotnie, z dala od innych. Z drzewami trudno się zaprzyjaźnić, choć, gdyby to było możliwe, tym
dwojgu nie brakowałoby przyjaciół. Ja zdecydowanie wolę mieć bliski
kontakt z ludźmi. Ale, prawdę rzekłszy, wyglądają na zupełnie
zadowolonych. Ale to tylko dlatego, że się przyzwyczaili. Człowiek może
przyzwyczaić się do wszystkiego, nawet do stryczka, jak rzekł pewien
skazaniec pochodzenia irlandzkiego.
W towarzystwie tych myśli pani Linde wkroczyła z podjazdu na podwórko
Zielonego Wzgórza. Było ono bardzo schludne i ocienione zielenią. Z jednej strony obsadzono je wielkimi, dziś leciwymi wierzbami, a z drugiej wymuskanymi, czarnymi topolami. Nawet nadzwyczaj wyostrzony
wzrok pani Linde nie zdołał dostrzec na podwórku żadnego zbędnego
kamyczka czy niepotrzebnego patyka. Zresztą podejrzewała, że Maryla
Cuthbert zamiata podwórko równie często, jak ona sama sprząta swój dom.
Tu można by jeść prosto z ziemi, nie obawiając się przysłowiowego pyłku
kurzu.
Pani Linde zapukała delikatnie w kuchenne drzwi i weszła do środka,
słysząc zaproszenie. Kuchnia na Zielonym Wzgórzu była wesołym
pomieszczeniem - czy może raczej zasługiwałaby na to miano, gdyby nie
było tu tak chorobliwie czysto, przez co sprawiała wrażenie obiektu
muzealnego. Okna jej wychodziły na wschód i na zachód. Przez zachodnie
okno, z którego widać było podwórko z tyłu domu, wdzierał się potok
soczystego czerwcowego słońca. Wschodnie okno było pokryte zielenią
obrastającej je winorośli. Stąd wystarczyło rzucić okiem, by dojrzeć po
lewej stronie biało kwitnące wiśnie w sadzie, a także smukłe brzózki w dole, w kotlince przy potoczku. Tutaj siadywała Maryla Cuthbert, choć
rzadko to jej się zdarzało; zawsze była nieco nieufna wobec promieni
słońca, które zdawały się jej nader roztańczone i nieodpowiedzialne i dlatego nie pasowały do tego świata, który, jej zdaniem, powinien być
traktowany poważnie. I teraz siedziała tu, robiąc na drutach, a stół za
jej plecami nakryty był do kolacji. Zanim pani Linde zamknęła za sobą
drzwi, zdążyła już dostrzec wszystko, co znajdowało się na stole.
Położono na nim trzy talerze, co oznaczało, że Maryla oczekuje kogoś,
kto przyjedzie z Mateuszem. Jednakże na stole stały zwykłe, codzienne
naczynia, marmolada z dzikich jabłek i kawałki pokrojonego ciasta,
zaledwie jednego rodzaju. Oznaczało to, że nie oczekiwano żadnego
nadzwyczajnego gościa. Dlaczego w takim razie Mateusz włożył biały
kołnierzyk i zaprzągł gniadą klaczkę? Pani Linde czuła zawrót głowy,
nadwerężając swój umysł do rozwiązania tej niezwykłej tajemnicy,
otaczającej spokojne, dalekie od niezwykłości Zielone Wzgórze.
- Dobry wieczór, moja droga - powiedziała szybko Maryla. - Wyjątkowo
piękny jest ten wieczór, prawda? Siadaj, proszę. Jak się ma twoja
rodzina?
Coś, co z braku odpowiedniejszej nazwy można by nazwać przyjaźnią,
istniało od zarania ich znajomości, mimo, a może właśnie dlatego, że tak
bardzo się różniły.
Maryla była wysoką, szczupłą kobietą, kanciastą i pozbawioną wszelkich
okrągłości. Jej ciemne włosy przetkane były siwymi pasmami. Zwijała je
zawsze w mały, twardy węzeł z tyłu głowy, z którego wystawały groźnie
dwie metalowe szpilki. Wyglądała na kobietę o wąskich horyzontach,
surowych zasadach i taką faktycznie była. Jedynie w wyrazie jej ust było
coś nietypowego. Gdyby były nieco pełniejsze, można by powiedzieć, że
widać w nich ślad skrywanego skrzętnie poczucia humoru.
- Mamy się wszyscy bardzo dobrze - powiedziała pani Linde. - Natomiast
przestraszyłam się o ciebie, kiedy zobaczyłam dziś Mateusza
wyruszającego w podróż. Przyszło mi do głowy, czy czasem nie jedzie po
lekarza.
Usta Maryli skrzywiły się ze zrozumieniem. Spodziewała się pani Linde,
wiedząc, że tak nieoczekiwany widok Mateusza, wybierającego się na
przejażdżkę, wystawi na zbyt wielką próbę jej niepohamowaną ciekawość.
- Ależ nie. Czuję się świetnie, chociaż wczoraj bardzo bolała mnie głowa
- powiedziała. - Mateusz pojechał do Bystrej Rzeki po chłopczyka z sierocińca w Nowej Szkocji. Mały przyjeżdża popołudniowym pociągiem.
Nawet gdyby Maryla powiedziała, że Mateusz udał się do Bystrej Rzeki na
spotkanie z przybyłym z Australii kangurem, pani Linde nie doznałaby
większego szoku. Na chwilę odebrało jej mowę. Było nie do pomyślenia,
żeby Maryla mogła z niej kpić, ale w tej chwili pani Linde była skłonna
ją o to podejrzewać.
- Czy mówisz poważnie, Marylo? - spytała, odzyskawszy wreszcie głos.
- Tak. Oczywiście - rzekła Maryla, jak gdyby sprowadzanie chłopców z sierocińca w Nowej Szkocji było częścią normalnej wiosennej pracy na
każdej farmie w Avonlea, nie zaś jakimś niewyobrażalnym wręcz
odstępstwem od tutejszej codzienności.
Pani Linde zdała sobie sprawę, że jest właśnie w trakcie przechodzenia
poważnego wstrząsu. Myśli jej składały się z samych wykrzykników.
Chłopiec! Maryla i Mateusz Cuthbert mają adoptować chłopca! Z sierocińca! Bez wątpienia świat staje na głowie! Teraz już na pewno nic
jej nie zdziwi! Nic!
- Doprawdy, skąd ten pomysł? - spytała z dezaprobatą. Cała ta sprawa
była realizowana bez zasięgnięcia jej rady, a więc oczywiście nie może
spotkać się z jej akceptacją.
- Cóż, myśleliśmy o tym od dawna, prawdę rzekłszy, od początku zimy -
odparła Maryla. - Tuż przed świętami Bożego Narodzenia pani Spencer,
podczas wizyty u nas, opowiedziała nam o planowanym na wiosnę wzięciu
dziewczynki z sierocińca w Hopetown. Mieszka tam jej kuzynka i pani
Spencer, podczas odwiedzin u niej, dowiedziała się wszystkiego o sierocińcu. Tak to nam zapadło w serce, że od owej chwili ciągle
mówiliśmy o tym z Mateuszem. Pomyśleliśmy, że lepiej będzie wziąć
chłopca. Mateusz starzeje się. Skończył już sześćdziesiątkę i nie jest
już tak żwawy jak kiedyś. Z jego sercem też nie jest najlepiej. Sama
wiesz, jak trudno załatwić kogoś do pomocy. Jedyni chętni to ci
niewyrośnięci, przygłupi chłopcy francuskiego pochodzenia. Jak nareszcie
zdołasz takiego przyuczyć do pracy w polu i dostosować do swoich
wymagań, znika, żeby podjąć pracę w fabryce konserw z homarów lub żeby
zrobić karierę w Stanach. Na początku Mateusz sugerował, żeby sprowadzić
jakiegoś chłopca ze Starego Kraju. Na to mogłam powiedzieć tylko "nie".
Może by się i sprawdził. Nie wykluczam tego, ale nie chcę nawet próbować
z jakimś londyńskim ulicznikiem. Powiedziałam mu więc - weźmy
przynajmniej chłopca tu urodzonego. Wiem, że obojętnie kogo weźmiemy,
zawsze łączy się z tym ryzyko, ale będę spokojniejsza i lepiej będę
spała w nocy, jeśli chłopiec będzie naszym krajanem. Tak więc
ostatecznie zdecydowaliśmy się poprosić panią Spencer o wybranie dla nas
chłopca, kiedy pojedzie po swoją dziewuszkę. W zeszłym tygodniu dotarła
do nas wiadomość o jej wyjeździe, więc daliśmy jej znać, wykorzystując w tym celu rodzinę Roberta Spencera w Carmody. Powiadomiliśmy ją, że
będziemy oczekiwać dorodnego, mądrego chłopca w wieku dziesięciu lub
jedenastu lat. Uznaliśmy, że ten wiek będzie najlepszy. Dziecko będzie
wystarczająco duże, żeby wdrożyć je od początku do pewnych prac, a jednocześnie dość małe, żeby nie mieć jakichś fatalnych nawyków.
Pomyśleliśmy, że możemy mu stworzyć dobry dom i zapewnić naukę.
Dostaliśmy telegram od pani Spencer - listonosz przyniósł go niedawno ze
stacji. Wynika z niego, że przyjeżdżają dziś po południu, pociągiem o siedemnastej. Dlatego właśnie Mateusz udał się do Bystrej Rzeki na
spotkanie z chłopcem. Pani Spencer dopilnuje, żeby tam wysiadł, bo, jak
wiesz sama, jedzie dalej do Białych Piasków.
Pani Linde miała w zwyczaju szczerze mówić wszystko, co myśli - do tego
dodać należy, że była z tego swego obyczaju szalenie dumna. Odchrząknęła
i postanowiła wyrzucić z siebie wszystko, co ma na wątrobie, ustaliwszy
w duchu swoje nastawienie psychiczne do zadziwiających wydarzeń.
- No cóż, Marylo, powiem ci szczerze, że moim zdaniem decydujesz się na
lekkomyślny krok - rzecz bardzo ryzykowną, ot co! Skąd możesz wiedzieć,
jakie dziecko ci się przytrafi. Sprowadzasz do domu obcego chłopca, nie
wiedząc zupełnie nic na jego temat. Nie znasz jego usposobienia, nie
wiesz, jacy byli jego rodzice ani na jakiego wyrośnie człowieka. Nie
dalej jak w zeszłym tygodniu czytałam w gazecie o pewnym małżeństwie,
gdzieś na zachód od nas, które przyjęło chłopaka z sierocińca, a ten
podpalił nocą ich dom - umyślnie podpalił, Marylo! Spłonęli w łóżkach
prawie na popiół. I znam jeszcze inny przypadek - przypadek adoptowanego
chłopca, który miał zwyczaj wysysać surowe jajka. Nie mogli go od tego w żaden sposób odzwyczaić! Gdybyś spytała mnie o radę w tej kwestii,
powiedziałabym ci, żebyś opamiętała się, póki można, i nie myślała nawet
o czymś takim, ale ty uznałaś oczywiście, że sama wiesz lepiej.
Ta katastroficzna, hiobowa wizja roztoczona przed Marylą nie zdawała się
stanowić dla niej ani powodu do obrazy, ani też do przerażenia.
Spokojnie kontynuowała robótkę.
- Nie przeczę, że w tym, co mówisz, jest trochę prawdy. Sama także
odczuwam pewien niepokój. Ale Mateuszowi bardzo zależało. Widać to było
już od pierwszej chwili, więc uległam. Mateusz tak rzadko czegoś
pragnie, że kiedy już to się zdarzy, uważam, że nie mam prawa mu
odmówić. A co do ryzyka - wiąże się prawie ze wszystkim, co robimy na
tym świecie. Zresztą nigdy nie ma pewności, nawet w przypadku własnych
dzieci - nie wszystkie z nich wyrastają na porządnych ludzi. A poza tym
Nowa Szkocja jest tuż obok Wyspy. Co innego, gdyby miał tu przybyć z Anglii lub ze Stanów. Niemożliwe, żeby ktoś pochodzący z tak bliskiej
okolicy bardzo się od nas różnił.
- No cóż, mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze - rzekła pani
Linde tonem, który miał dobitnie obrazować jej bolesne wątpliwości. -
Tylko żebyś potem nie mówiła, że cię nie przestrzegałam, jeżeli puści z dymem Zielone Wzgórze lub wrzuci trochę strychniny do studni. Słyszałam
o takim przypadku w Nowym Brunszwiku, gdzie dziecko z sierocińca zrobiło
coś takiego. Cała rodzina zmarła w straszliwych bólach. Tylko wówczas
chodziło o dziewczynkę.
- No, przynajmniej to niebezpieczeństwo nas nie dotyczy, bo my nie
będziemy wychowywać dziewczynki - rzekła Maryla, jak gdyby zatrute
studnie były wyłączną specjalnością niegrzecznych dziewczynek, a więc w przypadku chłopca nie mogły im grozić. - Nigdy nie zgodziłabym się na
wzięcie dziewczynki na wychowanie. Dziwię się, dlaczego pani Spencer
robi coś takiego. Ale ona najchętniej wzięłaby sobie na głowę cały
sierociniec, gdyby tylko mogła.
Pani Linde chętnie pozostałaby do pojawienia się Mateusza wraz ze
sprowadzonym, osieroconym chłopcem. Zdała sobie jednak sprawę, że
trwałoby to jeszcze co najmniej dwie godziny, więc podjęła decyzję, że
pójdzie na farmę Roberta Bella i podzieli się nowiną z sąsiadami. Będzie
to bez wątpienia sensacja, której nic nie może się równać. Pani Linde
nie odczuwała z niczego tak wielkiej satysfakcji, jak z zadziwiania
swoich rozmówców sensacyjnymi wiadomościami. Wyniosła się więc, żegnana
z uczuciem ulgi przez Marylę, której wątpliwości i lęki znowu odżyły pod
wpływem tych pesymistycznych przestróg.
- Cóż, nigdy bym się tego nie spodziewała! - wykrzyknęła pani Linde,
kiedy znalazła się w bezpiecznej odległości. - Chyba śnię, naprawdę mam
takie wrażenie. Cóż, szkoda mi tego biednego chłopca, bez wątpienia.
Mateusz i Maryla nie mają przecież pojęcia o dzieciach. Na pewno będą
domagali się od niego większej mądrości i rozsądku, niż gdyby był
własnym dziadkiem. Choć tak naprawdę jest wątpliwe, czy taki chłopiec
miał kiedykolwiek w ogóle dziadka. Czuję się jakoś dziwnie, gdy pomyślę,
że na Zielonym Wzgórzu pojawi się dziecko. Nigdy dotąd nie mieszkał tam
nikt młody. Przecież nawet Mateusz i Maryla byli już dorośli, gdy
wybudowano nowy dom, aczkolwiek patrząc dziś na nich, trudno uwierzyć,
że w ogóle byli kiedyś dziećmi. Wcale nie chciałabym być na miejscu tego
chłopca, ot co! - Tymi słowy odezwała się pani Linde do krzewów dzikiej
róży z głębi swego serca. Gdyby jednak mogła zobaczyć dziecko czekające
właśnie w tej chwili cierpliwie na stacji Bystra Rzeka, jej współczucie
byłoby znacznie większe i głębsze.
Rozdział II
Zdumienie Mateusza Cuthberta
Mateusz Cuthbert i gniada klaczka podążali wygodną drogą do odległej o kilka kilometrów Bystrej Rzeki. Droga była ładna, biegła pośród
przytulnych gospodarskich zabudowań, przetykanych od czasu do czasu
małym laskiem jodłowym lub kotlinką, w której pąki kwiatów zwieszały się
z dzikich śliw. Powietrze było słodkie od pyłków unoszących się nad
sadami kwitnących jabłoni, a łąki opadały łagodnie w kierunku odległego
horyzontu spowitego w perłowo-purpurową mgłę, a do tego:
Małe ptaszki niewysłowionym świergotem wielbiły
jakby jedyny dzień lata, ten dzień, w którym żyły.
Mateusz radował się przejażdżką na swój własny sposób, acz zakłócały ją
chwile, gdy musiał pozdrawiać mijane kobiety. Na Wyspie Świętego Edwarda
przyjął się bowiem taki zwyczaj, że należało się kłaniać każdej
spotkanej osobie, niezależnie od tego, czy był to ktoś znajomy, czy też
nie.
Mateusz odczuwał przerażenie na widok każdej przedstawicielki płci
żeńskiej, z wyjątkiem Maryli i pani Linde. Odnosił wrażenie, że te
tajemnicze stworzenia wyśmiewają się z niego. Niewykluczone, że wcale
się przy tym nie mylił, gdyż charakteryzował go przedziwny wygląd.
Figurę miał niezdarną, jego długie stalowosiwe włosy sięgały aż do
zgarbionych pleców, a twarz zasłaniała gęsta, jasnobrązowa broda, jaką
nosił od dwudziestego roku życia. Prawdę mówiąc, jako dwudziestolatek
niewiele różnił się od dzisiejszego sześćdziesięcioletniego mężczyzny, z wyjątkiem oczywiście siwizny.
Kiedy dojechał do Bystrej Rzeki, nie dostrzegł nawet śladu pociągu.
Doszedłszy do wniosku, że jest jeszcze za wcześnie, przywiązał klaczkę
przed pobliskim hotelikiem i skierował się na stację. Długi peron był
prawie całkowicie wyludniony. Jedyną widoczną osobą była dziewczynka
siedząca nieruchomo na drugim jego końcu. Mateusz, dostrzegłszy kątem
oka, że osóbka jest płci żeńskiej, przemknął obok niej chyłkiem w pośpiechu, nawet nie patrząc w jej kierunku. Gdyby tylko zechciał na nią
zerknąć, nie mógłby nie zauważyć pełnego napięcia wyczekiwania w jej
pozie i wyrazie twarzy. Siedziała, czekając na coś lub na kogoś, a ponieważ była to jedyna rzecz, która w tej chwili pozostawała jej do
zrobienia, włożyła całe swe serce w tę czynność.
Mateusz natknął się na zawiadowcę, zamykającego właśnie kasę, co
stanowiło widomy znak przygotowań do opuszczenia stacji w celu udania
się do domu na wieczorny posiłek. Mateusz zapytał go, czy pociąg
przyjedzie o piątej bez opóźnienia.
- Pociąg "piątowy" odjechał ze stacji już pół godziny temu - odparł
energicznie kolejarz. - I wysadzono z niego gościa jadącego do pana,
małą dziewczynkę. Siedzi tam, na peronie. Proponowałem jej przejście do
poczekalni dla pań, ale odparła mi poważnie, że woli pozostać na
zewnątrz. "Więcej tu pola do popisu wyobraźni" - rzekła. To oryginalne
stworzenie, mówię panu.
- Ależ ja nie oczekuję dziewczynki - zaoponował Mateusz. - Przyjechałem
tu po chłopca. Powinien tu być. Pani Spencer miała mi go przywieźć z Nowej Szkocji.
Zawiadowca stacji zagwizdał.
- To jakaś pomyłka - rzekł. - Pani Spencer wysiadła wraz z tą dziewuszką
z pociągu i zleciła mi opiekę nad nią. Od niej dowiedziałem się, że
zamierzacie z siostrą zaadoptować tę dziewczynkę z sierocińca i wkrótce
ktoś z was po nią przyjedzie. To wszystko, co mi o tym wiadomo. I zapewniam pana, że nie ukrywam tu w pobliżu innych sierotek.
- Nic z tego nie rozumiem - wyjąkał bezradnie Mateusz, modląc się w duchu, żeby nagle pojawiła się tu Maryla i znalazła jakieś wyjście z tej
sytuacji.
- No cóż, najlepiej niech pan zapyta dziewczynkę - powiedział obojętnie
zawiadowca. - Założę się, że świetnie wszystko wyjaśni, bo wygląda na
bardzo rezolutne dziecko. Może nie mieli już na stanie więcej chłopców
takiego rodzaju, jaki panu odpowiada.
Odszedł żwawym krokiem, czując rosnący głód, a nieszczęsny Mateusz
pozostał sam z tym, co powinien teraz zrobić, a to zdawało mu się
trudniejsze niż napastowanie dzikiego lwa w jego własnej jaskini. Miał
podejść do obcej mu dziewczynki, a do tego sierotki, i zapytać ją,
dlaczego nie jest chłopcem. Mateuszowi łkało coś w duszy, ale zawrócił
na pięcie i niechętnie, szurając nogami, poszedł w kierunku dziewczynki.
Dziecko wodziło nieustannie za nim wzrokiem od chwili, gdy przeszedł
obojętnie obok niej, i teraz też jej oczy na nim spoczywały. Mateusz nie
patrzył na dziewczynkę, a zresztą nawet gdyby na nią rzucił okiem i tak
nie zdołałby uchwycić jej rzeczywistego obrazu. Przeciętny obserwator
dostrzegłby w niej jednak dziecko w wieku jedenastu lat, ubrane w kusą,
przyciasną, nadzwyczaj brzydką sukienczynę z żółtawej zgrzebnej wełny.
Miała też wypłowiały, brązowy, marynarski kapelusz, spod którego opadały
wzdłuż pleców dwa bardzo grube warkocze, wyraźnie rudego koloru.
Twarzyczka dziewczynki była drobna, blada i gęsto usiana piegami. Usta
były wydatne, a oczy wielkie, zielone w jednym oświetleniu, a znów w innym szare i markotne.
Tyle zobaczyłby przeciętny obserwator. Ktoś bardziej spostrzegawczy
mógłby zaś zauważyć, że bródka panienki jest spiczasta i mocno
zaznaczona, że wielkie oczy są pełne ognia i ożywienia, że usta mają
śliczny wykrój i pełne są wyrazu, że czoło jest szerokie. Krótko mówiąc,
nasz doskonały obserwator mógłby dojść do wniosku, że w ciele tej
zagubionej istotki rodzaju żeńskiego, która tak bardzo onieśmielała i przerażała Mateusza, znalazła siedzibę niezwykła dusza. Mateuszowi
oszczędzono jednakże trudu zagadnięcia dziewczynki, ponieważ gdy tylko
ta doszła do wniosku, że mężczyzna zmierza do niej, wstała, chwytając
chudą rączką obdartą, staromodną torbę z dywanowej tkaniny i wyciągając
drugą do Mateusza.
- Zapewne pan Mateusz Cuthbert z Zielonego Wzgórza? - powiedziała
nadzwyczaj dźwięcznym, słodkim głosikiem. - Tak się cieszę, że pana
widzę. Zaczęłam już się bać, że nie przyjedzie pan po mnie, i wyobrażałam sobie różne powody, które mogły pana zatrzymać. Zdecydowałam
już nawet, że jeżeli nie przyjedzie pan dzisiaj wieczorem, wówczas pójdę
po torze do tej wielkiej, dzikiej wiśni na zakręcie, wdrapię się na nią
i tam spędzę noc. Wcale bym się nie bała. Prawda, że pięknie byłoby spać
na dzikiej wiśni, bielusieńkiej od kwitnących pąków w księżycowej
poświacie? Prawda, że w marzeniach można by porównać to miejsce z marmurowymi salami zamku? A poza tym byłam przekonana, że jeśli nie
zdoła pan przyjechać wieczorem, to na pewno przyjedzie pan jutro rano.
Mateusz wziął niezgrabnie małą, chudą rączkę w swoją dłoń. W tym samym
momencie zrozumiał, co zrobi. Nie umiałby powiedzieć temu dziecku o błyszczących oczach, że popełniono błąd. Weźmie ją do domu i niech ten
ciężar przejmie na siebie Maryla. Zresztą obojętne kto popełnił pomyłkę
- i tak nie można jej pozostawić samej w Bystrej Rzece. Można więc
odłożyć te wszystkie pytania i wyjaśnienia aż do chwili, gdy bezpiecznie
znajdzie się znów na Zielonym Wzgórzu.
- Przepraszam za spóźnienie - rzekł nieśmiało. - Chodź. Koń czeka tam,
koło hotelu. Podaj mi torbę.
- Ależ mogę ją przecież nieść sama - dziewczynka odparła radośnie. - Nie
jest ciężka. Mam w niej cały swój dobytek, ale nie waży on wiele. Kiedy
nie trzyma się jej w pewien specyficzny sposób, wtedy się otwiera.
Lepiej więc, żebym sama ją niosła, ponieważ umiem chronić się przed jej
sztuczkami. Strasznie stara jest ta moja dywanowa torba. Och, jak cieszę
się, że pan przyjechał, mimo że byłoby miło usnąć na tej kwitnącej
wiśni. Czy to prawda, że czeka nas daleka droga? Pani Spencer
powiedziała, że mamy do pokonania długą trasę. Podobno dwanaście
kilometrów. Tak się cieszę. Po prostu uwielbiam jazdę dwukółką. Ach,
jakie to cudowne, że zamieszkam z wami i będę do was należeć. Nigdy do
nikogo nie należałam. Naprawdę! Ale najgorszy był sierociniec. Byłam tam
co prawda tylko cztery miesiące, ale to wystarczy. Pewnie nigdy nie był
pan sierotą w sierocińcu, więc trudno panu to sobie wyobrazić. To
najgorsze, co może się komuś przytrafić. Pani Spencer skrytykowała mnie,
że tak dosadnie wyrażam się o moim poprzednim miejscu zamieszkania. A ja
przecież nie miałam na myśli nic złego. A swoją drogą, przyszło mi do
głowy, jak łatwo być niegodziwym, zupełnie nie zdając sobie z tego
sprawy. Zgadza się pan ze mną? Opiekunowie w sierocińcu byli dobrzy. Ale
w takim miejscu trudno sobie cokolwiek wyobrażać. Nic do tego nie
nastraja, no może z wyjątkiem pozostałych sierot. Całkiem świetnie można
wyobrażać sobie różne rzeczy na ich temat - na przykład, że dziewczynka,
która siedzi obok mnie, jest w rzeczywistości córką prawdziwego
hrabiego, wykradzioną rodzicom we wczesnym niemowlęctwie przez
pozbawioną skrupułów pielęgniarkę, która zmarła, nie wyznawszy prawdy.
Często leżałam nocą, nie śpiąc, i wyobrażałam sobie różne rzeczy,
ponieważ w ciągu dnia nie miałam na to czasu. Podejrzewam, że to
spowodowało moją chudość - jestem strasznie chuda, prawda? Nawet gram
tłuszczu nie przyobleka moich kostek. Uwielbiam wyobrażać sobie, że
jestem ładną, pulchną dziewczynką, o krągłych ramionkach, z dołeczkami
koło łokci.
W tym miejscu towarzyszka Mateusza zamilkła, trochę dlatego, że
zadyszała się od potoku własnych słów, a trochę dlatego, że stali już
obok powozu. Nie powiedziała już ani słowa, aż wyjechali poza wieś,
gdzie droga tak głęboko wrzynała się w miękką glebę, że jej pobocza,
które zdobiły kwitnące, dzikie wiśnie i smukłe, białe brzózki, sięgały
wyżej niż ich głowy.
Dziewczynka wyciągnęła rączkę i ułamała gałązkę dzikiej wiśni, która
otarła się o dwukółkę.
- Czyż to nie piękne? Z czym kojarzy się panu to drzewko wychylające się
z pobocza, całe białe i koronkowe? - spytała.
- No cóż, nn...nnie mam pojęcia - rzekł Mateusz.
- Ależ oczywiście z panną młodą, całą w bieli, z uroczą jak mgiełka
woalką. Nigdy nie widziałam ślubu, ale potrafię sobie wyobrazić pannę
młodą. Jestem taką brzydulą, że nikt nigdy nie zechce mnie poślubić,
chyba że jakiś zagraniczny misjonarz. Przypuszczam, że taki misjonarz
mógłby nie być specjalnie wymagający. I przynajmniej miałabym białą
suknię. To jest moje najbardziej niedościgłe marzenie o ziemskim
luksusie. Tak kocham piękne suknie. Odkąd pamiętam, nigdy nie byłam
ładnie ubierana. Ale to nie szkodzi, bo mam przynajmniej do czego
tęsknić. A przecież mogę marzyć, że mam piękne stroje. Dziś rano ze
wstydem wyjechałam z sierocińca, bo musiałam włożyć tę straszną, starą
sukienkę. Wszystkie sieroty muszą nosić odzież z tego samego ciemnego
materiału. Pewien kupiec z Miasta Nadziei darował sto metrów tej wełny
naszemu domowi. Podobno dlatego, że nie mógł jej sprzedać, ja jednak
wolałabym uważać, że zrobił to z dobrego serca. Prawda, że tak lepiej?
Kiedy wsiadłyśmy do pociągu, czułam, że oczy wszystkich utkwione są we
mnie ze współczuciem. Ale wzięłam się w garść i oddałam się marzeniom -
miałam na sobie najcudowniejszą, jedwabną, jasnobłękitną sukienkę - bo,
jeśli już marzyć, to o tym, co najpiękniejsze. Głowę osłaniał mi
kapelusz, cały w kwiatach i drżących piórach, i jeszcze miałam złoty
zegarek, nowe rękawiczki i buciki. To rozweseliło mnie i podróż na wyspę
upłynęła mi bardzo przyjemnie. Na statku czułam się świetnie. Pani
Spencer też dobrze zniosła tę część podróży, choć zazwyczaj ją mdli.
Powiedziała mi, że nie miała czasu na morską chorobę, gdyż cały czas nie
mogła spuścić ze mnie oka, obawiając się, że wypadnę za burtę. Uskarżała
się, że ciągle znikam jej z pola widzenia i myszkuję po całym statku.
Ale jeżeli to uchroniło ją przed chorobą morską, powinna mi dziękować za
to myszkowanie, prawda? Musiałam obejrzeć wszystko, bo przecież nie
wiem, czy jeszcze kiedykolwiek popłynę statkiem. Och, niech pan spojrzy!
Znów kwitnące wiśnie! Pełno ich tu! Ta wyspa jest najbardziej kwitnącym
miejscem na świecie. Już ją pokochałam. Tak się cieszę, że tu
zamieszkam. Mówiono mi wielokrotnie, że Wyspa Księcia Edwarda jest
najpiękniejszym miejscem na ziemi i często wyobrażałam sobie, że tu
mieszkam, ale tak naprawdę nigdy nie przypuszczałam, że może mnie
spotkać coś tak pięknego. To zachwycające, gdy marzenia się spełniają,
prawda? Jakie śmieszne są te czerwone drogi! Kiedy wsiadłyśmy do pociągu
w Charlottetown, przesuwały się za oknem jak jaśniejące czerwienią
błyskawice. Spytałam panią Spencer, dzięki czemu mają ten kolor.
Odparła, że nie wie, i zażądała, żebym ulitowała się nad nią i przestała
zarzucać ją pytaniami. Powiedziała, że naliczyła już ich co najmniej
tysiąc. Wierzę, że tak było, ale jakżeż inaczej dowiem się czegokolwiek,
jeżeli nie będę pytać? A dlaczego te drogi są czerwone?
- No cóż, nnn...nnie mam pojęcia - rzekł Mateusz.
- Tak, to będzie jedno z pytań, na które muszę znaleźć odpowiedź
któregoś dnia. Czyż to nie wspaniałe móc odkrywać prawdę dotyczącą
rozmaitych zjawisk? Tak cudownie jest żyć, świat jest tak nadzwyczaj
interesujący. Nie byłby taki nawet w połowie, gdybyśmy wszystko o nim
wiedzieli, prawda? Przecież wtedy nic nie pozostałoby dla wyobraźni i marzeń, czyż nie? Czy nie mówię za dużo? Wszyscy naokoło skarżą się, że
jestem zbyt gadatliwa. Czy nie przeszkadza to panu? Jeśli powie pan, to
natychmiast zamilknę. Potrafię nic nie mówić, nawet przez dłuższy czas,
jeżeli tak postanowię, aczkolwiek nie jest to łatwe.
Mateusz, ku własnemu niepomiernemu zdziwieniu, doskonale się bawił. Jak
większość milczków lubił osoby gadatliwe, zawsze wtedy, gdy skore były
do paplania, nie wymagając jego wzajemności. Jednakże nigdy nie przyszło
mu nawet do głowy, że towarzystwo małej dziewczynki może sprawić mu taką
przyjemność. Kobiety były dla niego czymś strasznym, a małe dziewczynki
były jeszcze gorsze. Nie znosił ich przekradania się obok niego, z ukradkowymi spojrzeniami, jak gdyby podejrzewały, że połknie je jednym
haustem, jeśli odważą się wyrzec choć słowo. Tak wyglądały dobrze
ułożone dziewczynki z Avonlea. Ale ta piegowata czarodziejka była
zupełnie inna. Chociaż nie nadążał swą spowolniałą inteligencją za jej
błyskotliwymi procesami myślowymi, uznał, że jakby polubił jej paplanie.
Odezwał się więc nieśmiało, jak to miał w zwyczaju:
- Ależ możesz sobie gadać ile wlezie. Mnie to nie przeszkadza.
- Ach, to się cieszę! Jestem pewna, że się zaprzyjaźnimy. To taka ulga
móc zabrać głos, kiedy tylko się zechce; jak nie słyszy się, że dzieci i ryby nie mają głosu. Mówiono mi to już z milion razy. A często śmieją
się ze mnie, bo używam wyszukanych słów. Ale przecież kiedy myślę o rzeczach wielkich, nie mogę opowiadać o nich, używając prozaicznych
wyrazów, prawda?
- Nn...nn...no tt...t...tak, to wydaje mi się sensowne - rzekł Mateusz.
- Zdaniem pani Spencer mój język jest podwieszony tylko w środku. Ale
tak nie jest, jest mocno przymocowany tak jak u wszystkich. Powiedziała
mi też, że pana gospodarstwo nazywa się Zielone Wzgórze. Na moje pytania
dodała, że dookoła niego rośnie wiele drzew. Tak mnie to ucieszyło.
Kocham drzewa. A w pobliżu sierocińca nie było ich wcale. Tylko kilka
rachitycznych, mizernych roślin przed domem. Z pobielonymi podpórkami
wyglądały jakby same też były sierotami. Płakać mi się chciało na ich
widok. Często mówiłam do nich - och, biedactwa! Gdybyście rosły w wielkim lesie, w towarzystwie innych drzew, z mchem i dzwoneczkami
pokrywającymi kołderką wasze korzenie, a obok przepływałby potoczek i ptaszki świergotałyby na gałęziach, wówczas wzięłybyście się do
rozrastania, prawda? Ale tu po prostu nie macie możliwości. Doskonale
wiem, co czujecie! Z przykrością rozstałam się z nimi dziś rano. Tak
łatwo przywiązujemy się do przedmiotów, prawda? Czy gdzieś w pobliżu
Zielonego Wzgórza przepływa strumyczek? Zapomniałam zapytać o to panią
Spencer.
- O tak, mamy potoczek tuż obok domu.
- Naprawdę? Zawsze marzyłam o domku w pobliżu potoku. Choć nigdy nie
spodziewałam się, że takie marzenie może się ziścić. Sny nie zawsze się
spełniają, prawda? Czyż nie byłoby pięknie, gdyby udawało się obrócić
każde marzenie w rzeczywistość? Ale teraz czuję się prawie całkiem
szczęśliwa. Nie mogę zaznać pełni szczęścia, ponieważ - no proszę, niech
pan mi powie, co to za kolor? - Sięgnęła po jeden z lśniących, długich
warkoczy i, przeciągnąwszy go nad chudziutkim ramionkiem, pokazała
Mateuszowi. Mateusz pojęcia nie miał, jak odróżnić kolor damskich
włosów, jednakże w tym przypadku nie mogło być żadnych wątpliwości.
- Rudy, prawda? - rzekł.
Dziewczynka puściła warkocz i pozwoliła mu opaść z powrotem na plecy z westchnieniem tak głębokim, że zdawało się pochodzić co najmniej od
samych stóp i zawierać w sobie smutki wielu stuleci.
- Tak, rudy - podchwyciła zrezygnowana. - Rozumie pan teraz, dlaczego
nie mogę być w pełni szczęśliwa. Jak ktoś ma rude włosy, to jest bez
szans. Wszystkie pozostałe moje wady nie robią mi specjalnej różnicy -
piegi, zielone oczy i chudość nie przerażają mnie. Potrafię wyobrażać
sobie, że mam piękną, gładką skórę i urocze, fiołkowe oczy jak gwiazdy.
Nie umiem jednak z pomocą wyobraźni rozprawić się z rudymi włosami. A staram się naprawdę. Myślę sobie - mam wspaniałe czarne, kruczoczarne
włosy. Ale to mi nic nie daje, bo cały czas wiem, że one są
czerwonorude, i serce mi krwawi z rozpaczy. Będą moim zmartwieniem przez
całe życie. Kiedyś czytałam o dziewczynie, która całe życie cierpiała z powodu strasznego problemu. Ale nie z powodu rudych włosów. Jej głowa
była pokryta czystym złotem, układającym się w fale nad alabastrowym
czołem. Co to znaczy "alabastrowe czoło"? Nigdy się tego nie
dowiedziałam. Czy może mi pan to objaśnić?
- No cóż, niestety, chyba nnn...nnie - rzekł Mateusz, który zaczynał
odczuwać zawrót głowy. Czuł się zupełnie tak samo jak we wczesnej
młodości, gdy za namową kolegi wybrał się na piknik, a tam dał się
porwać karuzeli.
- Nieważne, w każdym razie cokolwiek to oznacza, było to bez wątpienia
urocze, gdyż dziewczyna była bosko piękna. Czy zastanawiał się pan
kiedyś, jak to jest, kiedy jest się bosko pięknym?
- Nnnie, nigdy - wyznał niezręcznie Mateusz.
- A ja tak, i to często. A co by pan wolał, gdyby dano panu wybór: być
bosko pięknym, oszałamiająco błyskotliwym czy niebiańsko szlachetnym?
- N...n...nie wiem za bardzo.
- Ja też nie. Nie umiem się zdecydować. Ale właściwie to nie ma
znaczenia, bo tak naprawdę nie grozi mi żadna z tych cech. A już z całą
pewnością nigdy nie będę niebiańsko szlachetna. Pani Spencer mówi...
Ojej! Panie Cuthbert! Ojej, panie Cuthbert!! Ach, ojej!
Tego nie powiedziała pani Spencer; dziewczynka nie wypadła też z powozu,
ani też Mateusz nie zrobił nic zadziwiającego. Po prostu powóz skręcił i znaleźli się w "alejce". "Alejka", nazywana tak przez mieszkańców Nowego
Mostu, stanowiła prawie kilometrowy odcinek drogi, nad którym
rozpościerała się kopuła gałęzi wielkich, rozłożystych jabłoni,
zasadzonych wiele lat temu przez ekscentrycznego, starego farmera. Nad
ich głowami zwieszał się długi, śnieżny baldachim wonnego kwiecia. Pod
gałęziami powietrze było przepełnione purpurowym półświatłem, a daleko z przodu obraz nieba pomalowanego zachodem lśnił jak wielkie różowe okno u wylotu katedralnej nawy.
To piękno odebrało dziewczynce mowę. Odchyliła się na oparcie powozu;
chude rączki złożyła jak do modlitwy. Buzią zwrócona ku górze chłonęła
całą sobą urodę i zapach białej wspaniałości. I potem, kiedy wyjeżdżali
z białego tunelu, kierując się po długim zboczu do Nowego Mostu, nie
poruszyła się ani nic nie powiedziała. Twarz miała zachwyconą. Jechała
zapatrzona daleko w zachód słońca wzrokiem, w którym na tle
towarzyszącego jej blasku odbijały się wizje tłumnie nawiedzające jej
wyobraźnię. Potem przejechali, nadal w milczeniu, przez Nowy Most,
ruchliwie krzątającą się wioseczkę, gdzie rozszczekały się na ich widok
psy, mali chłopcy pogwizdywali, a w oknach pojawiły się zaciekawione
twarze. Przejechali następnych pięć kilometrów, a dziewczynka się nie
odzywała. Widać było, że umie zachować milczenie równie konsekwentnie,
jak potrafi paplać.
- Domyślam się, że jesteś bardzo zmęczona i głodna - ośmielił się
wreszcie odezwać Mateusz, tłumacząc sobie tym właśnie nagłe zamilknięcie
dziecka. - Pozostał nam już krótki odcinek do przebycia, niewiele ponad
kilometr.
Powróciła z głębokim westchnieniem ze swej zadumy i popatrzyła na niego
rozmarzonym spojrzeniem, przez które przezierała nie całkiem jeszcze
przywrócona do realiów dusza, zbłąkana w dalekiej wędrówce wśród gwiazd.
- Och, panie Cuthbert - wyszeptała - ten zakątek, przez który
przejechaliśmy, ten biały zakątek - co to było?
- Cóż, ch...ch...chyba masz na myśli alejkę - rzekł Mateusz po kilku
chwilach głębokiego zastanowienia. - Tak, to jest ładne miejsce.
- Ładne? Ładne nie jest chyba odpowiednim określeniem. Zresztą "piękne"
też się nie nadaje. Te słowa nie są dość wyraziste. Och, to było
cudowne, po prostu cudowne. To pierwsza rzecz, jaką udało mi się
zobaczyć kiedykolwiek w życiu, w której nie można by już niczego
udoskonalić, posługując się wyobraźnią. Zrobiło mi się tak słodko tutaj.
- Położyła rączkę na sercu. - Poczułam jakby igiełki lekkiego bólu,
który rozszedł się przyjemnie po całym ciele. Czy doznał pan kiedyś
takiego bólu, panie Cuthbert?
- No cóż, nie przypominam sobie, nigdy dotąd mi się to nie przytrafiło.
- Mnie to się zdarza bardzo często - zawsze, jak patrzę na coś
obdarzonego urodą godną królów. Ale "alejka" to nieodpowiednia nazwa dla
tego uroczego miejsca. Takie określenie nie posiada żadnego znaczenia.
Powinniśmy je nazwać, niech... no... pomyślę. O, wiem - Białą Ścieżką
Rozkoszy. Czyż nie jest to nazwa z marzeń? Kiedy nie podoba mi się nazwa
jakiegoś miejsca lub osoby, zawsze wyobrażam sobie nowe określenie,
które potem niezmiennie i wyłącznie stosuję dla jej nazywania w myślach.
Jedna z moich koleżanek nazywała się Hepzibacha Jenkins, ale dla mnie
nosiła imię Róża de Vere. Inni ludzie mogą nazywać to miejsce "alejką",
ale ja zawsze będę mówić o Białej Ścieżce Rozkoszy. Czy rzeczywiście od
domu dzieli nas już tylko kilometr? Cieszę się, ale równocześnie jest mi
szkoda. Szkoda, bo ta przejażdżka była tak przyjemna, a zawsze odczuwam
żal, gdy coś przyjemnego dobiega kresu. Oczywiście po tym może nastąpić
coś jeszcze milszego, ale to zawsze jest niewiadome, a jakże często to,
co przeżywa się później, wcale nie jest przyjemne. Takie mam, w każdym
razie, doświadczenia. Ale cieszę się, że niedługo będziemy w domu.
Powiem panu, że nigdy nie miałam prawdziwego domu, odkąd sięgam
pamięcią. Czuję znów tę igiełkę miłego bólu na myśl o prawdziwym domu.
Czyż to nie jest ładne?
Wjechali właśnie na szczyt wzgórza. W dole rozciągał się staw,
przypominający bardziej rzekę ze względu na wydłużony kształt. Jego
brzegi łączył przerzucony przez środek most. Od mostu do dolnej części
stawu, gdzie pasmo piaszczystych, bursztynowych wzgórz oddzielało jego
wodę od dalej położonej ciemnobłękitnej zatoki, toń mieniła się wieloma
barwami - najbardziej subtelnymi odcieniami fioletu i różu oraz
eterycznej zieleni, a także innymi kolorami niewysłowionej urody. W górnej części stawu, w przezroczystej, falującej toni przeglądały się
klony i świerki. Tu i tam nad stawem pochylała swe gałęzie jakaś dzika
śliwa, spoglądając z brzegu na swe odbicie, jak biało ubrana dziewczyna
skradająca się na paluszkach do zwierciadła. Z moczarów, z krańca
stawu, dochodził modląco-żałobny rechot żab. Mały, szary domek wyglądał
łobuzersko zza sadu jabłoni spowitego w biel i aczkolwiek zmierzch
jeszcze nie zapadł, w jednym z jego okien paliło się światło.
- To staw Barry'ego - rzekł Mateusz.
- Och, to imię zupełnie nie pasuje. Nazwę go - niech no pomyślę -
Jeziorem Lśniącej Toni. Tak, to jest właściwa nazwa. Wiem to z powodu
miłego dreszczyku. Kiedy trafię w dziesiątkę i wymyślę określenie
idealnie pasujące do czegoś, zawsze wtedy przechodzą mnie ciarki. Czy
panu też się to zdarza?
Mateusz zadumał się.
- No cóż, tak. Zawsze czuję coś podobnego, widząc te obrzydliwe białe
gąsienice, które przekopują grządki z ogórkami. Ciarki mnie przechodzą
na ich widok.
- To chyba nie jest ten sam rodzaj dreszczy. A jakie jest pana zdanie?
Nie istnieje chyba wiele wspólnego między gąsienicami a jeziorami o lśniącej toni, prawda? Ale dlaczego mieszkańcy nazywają to jezioro
stawem Barry'ego?
- Chyba dlatego, że pan Barry mieszka na wzgórzu nad stawem. A jego dom
nazywa się Sosnowe Wzgórze. Gdyby nie ten duży krzew za budynkiem, można
by dostrzec stąd Zielone Wzgórze. Teraz musimy przejechać przez most, a potem zostanie kawałek drogi, więc mamy jeszcze niewiele ponad pół
kilometra do pokonania.
- Czy pan Barry ma może córeczki? No nie takie bardzo małe, najlepiej
mojego rozmiaru?
- Ma jedną w wieku około jedenastu lat. Na imię ma Diana.
- Ach! - Dziewczynka wciągnęła głęboko powietrze. - Cóż za doskonale
piękne imię!
- No cóż, nnnie wiem. Dla mnie to imię ma w sobie coś barbarzyńskiego.
Jane, Mary czy jakieś inne zwykłe imię byłoby odpowiedniejsze. Ale kiedy
Diana się urodziła, w domu Barrych mieszkał dyrektor szkoły, którego
poproszono o wybranie imienia dla niemowlęcia. Nazwał je Dianą.
- Jaka szkoda, że mnie nie przytrafił się jakiś dyrektor szkoły przy
urodzinach. Ach, jesteśmy już przy moście. Zamknę teraz oczy. Jazda po
moście zawsze mnie przeraża. Nie mogę ujarzmić mojej wyobraźni, która
zawsze w takiej chwili podsuwa mi obraz mostu usuwającego się spode
mnie, akurat gdy jestem nad środkiem jeziora. Most składa się na pół jak
niektóre scyzoryki, a ja ląduję w wodzie. Dlatego zamykam oczy. Ale nie
wytrzymuję długo i zawsze, mniej więcej w połowie mostu, je otwieram.
Ponieważ, rozumie pan, jeśli most ma się rozpaść, to koniecznie muszę to
zobaczyć. Jaki świetny łoskot teraz słychać! Ta część przejażdżki po
moście najbardziej mi się podoba. Jak cudownie, że na świecie istnieje
tak wiele rzeczy, które mogą się nam podobać. No, już przejechaliśmy.
Teraz obejrzę się za siebie. Dobranoc, drogie Jezioro Lśniącej Toni.
Zawsze żegnam się na noc z wszystkim, co lubię, tak samo jak z ludźmi.
Myślę, że to lubią. A ta woda wyraźnie uśmiecha się do mnie.
Kiedy pojechali dalej pod górę i skręcili, Mateusz rzekł:
- Jesteśmy już bardzo blisko domu. To Zielone Wzgórze, tam...
- Och, proszę, niech pan nie kończy - przerwała gorączkowo, chwytając go
za uniesioną rękę i zamykając oczy, żeby nie widzieć, w którą stronę
wskazuje gestem. - Niech pan pozwoli, że sama zgadnę. Jestem pewna, że
odgadnę.
Otworzyła oczy i rozejrzała się. Znajdowali się na szczycie wzgórza.
Słońce zaszło jakiś czas temu, ale panorama rozpościerająca się poniżej
była nadal przejrzysta w soczystym świetle. Na zachodzie, na tle
nagietkowozłocistego nieba, wznosiła się strzelista iglica kościelna.
Poniżej widać było małą dolinkę zakończoną w głębi długim, lekko
spadzistym zboczem, z wtulonymi weń zabudowaniami gospodarstw
porozrzucanymi tu i tam. Spojrzenie dziewczynki przenosiło się z jednej
strony w drugą, chciwe piękna i pełne zadumy. W końcu zatrzymało się na
zabudowaniach położonych po lewej stronie, cofniętych nieco od drogi,
mgliście białych w cieniu kwitnących drzew i zmierzchających lasów. Nad
nimi, na nieskazitelnym południowo-zachodnim niebie, lśniła, jak lampa
przewodnika lub obietnica, wielka, kryształowo biała gwiazda.
- To tam, prawda? - powiedziała, pokazując.
Mateusz rozładował nadmiar zadowolenia graniczącego z zachwytem,
uderzając lekko lejcami po końskim grzbiecie.
- Doprawdy, rzeczywiście odgadłaś! Jestem pewien, że pani Spencer
opisała ci nasz dom w wystarczający sposób, żebyś mogła go odnaleźć.
- Wcale nie. Naprawdę mi go nie opisywała! To, co powiedziała,
pasowałoby do wszystkich innych domostw w sąsiedztwie. Nie miałam
najmniejszego pojęcia, jak wasze gospodarstwo wygląda. A zobaczywszy je
po raz pierwszy, poczułam, że to jest mój dom. Och, mam wrażenie, jakbym
śniła. I wie pan co? Na pewno mam całą rękę w siniakach, bo już któryś
raz z rzędu szczypię się, żeby odpędzić to wrażenie, że śnię. Co parę
chwil ogarnia mnie okropne, osłabiające uczucie i wpadam w histerię, że
to wszystko dzieje się we śnie. Wtedy właśnie się szczypię, żeby
sprawdzić, czy to sen, czy jawa, ale po chwili przychodzi refleksja, że
przecież nawet jeżeli to tylko sen, to lepiej, żeby trwał, bo jest
piękny. Więc zaprzestaję szczypania. Ale to dzieje się naprawdę.
Zbliżamy się do domu.
Z kolejnym westchnieniem zachwytu zapadła znów w milczenie. Mateusz
poruszył się niespokojnie. Był zadowolony, że to Maryla, a nie on,
będzie musiała powiedzieć tej zabłąkanej istotce, że nie znajdzie tu
swego wytęsknionego domu.
Przejechali przez kotlinkę pani Linde otoczeni już narastającym
zmrokiem. Jednak nie było jeszcze tak ciemno, żeby pani Linde nie mogła
dostrzec ich ze swego stanowiska obserwacyjnego przy oknie. Następnie
wjechali na wzniesienie i w alejkę dojazdową Zielonego Wzgórza. Na myśl
o przyjeździe do domu i zbliżającej się chwili ujawnienia
nieporozumienia Mateusz zdawał się kurczyć. Myślał nie tyle o Maryli czy
o sobie lub też o oczekującym ich kłopocie, co raczej o rozczarowaniu
dziewczynki. Kiedy przypominał sobie zachwycone, rozświetlone oczy,
nawiedzało go niemiłe uczucie, jak gdyby miał uczestniczyć w akcie
morderstwa. Było to takie samo wrażenie, jak to, które towarzyszyło
konieczności zabicia jagnięcia, cielaka lub innego niewinnego
stworzenia.
Podwórko było zupełnie ciemne, gdy zajechali na miejsce. Liście topoli
jedwabiście szeleściły dookoła.
- Słuchamy, jak drzewa mówią przez sen - wyszeptała dziewczynka, kiedy
Mateusz zdejmował ją z powozu. - Jakież muszą mieć piękne sny!
A potem, ściskając torbę, która zawierała "cały jej dobytek", poszła za
Mateuszem do domu.
Rozdział III
Zdumienie Maryli Cuthbert
Maryla szybko wyszła im na spotkanie, słysząc, że Mateusz otwiera drzwi.
Ale kiedy jej wzrok padł na dziwną małą postać w sztywnej, brzydkiej
sukience, z długimi czerwonorudymi warkoczami i płonącymi gorliwością
oczami, stanęła jak wryta.
- Mateuszu Cuthbert, kto to jest?! - wykrzyknęła. - Gdzie chłopiec?
- Nie było żadnego chłopca. Nikogo oprócz niej - powiedział niezdarnie
Mateusz.
Skinął dziewczynce i w tej samej chwili uzmysłowił sobie, że nie spytał
jej nawet o imię.
- Nie było żadnego chłopca! Ależ to niemożliwe. Musiał być chłopiec -
upierała się Maryla. - Prosiliśmy przecież panią Spencer, żeby
przywiozła nam chłopca.
- Ale nie przywiozła. To ją sprowadziła! Rozmawiałem z zawiadowcą
stacji. Musiałem ją zabrać stamtąd. Nie mogłem jej przecież zostawić
samej, obojętnie kto popełnił błąd.
- Ładna historia! - wykrzyknęła Maryla.
W czasie tej wymiany zdań dziewczynka milczała, jej oczy przesuwały się
z Mateusza na Marylę i z powrotem, a całe ożywienie gasło stopniowo na
twarzy. Nagle w pełni pojęła znaczenie tego, co rozgrywało się przed
nią. Upuściwszy swoją cenną torbę, podskoczyła krok do przodu i załamała
ręce.
- Nie chcecie mnie! - wykrzyknęła. - Nie chcecie mnie, bo nie jestem
chłopcem. Mogłam się tego spodziewać. Nikomu nie byłam nigdy potrzebna!
Powinnam domyślić się, że to wszystko jest zbyt piękne, żeby było
prawdziwe. Powinnam pamiętać, że nikt mnie nigdy nie chciał. Och, co ja
teraz pocznę? Zaraz się rozpłaczę.
I rzeczywiście wybuchnęła płaczem. Usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach, po czym zaczęła głośno łkać. Żadne z nich nie miało pojęcia,
co zrobić lub powiedzieć. Wreszcie, nieco niezdarnie, Maryla stawiła
czoło sytuacji.
- No już, już nie trzeba tak bardzo rozpaczać.
- Trzeba, trzeba! - Dziewczynka podniosła szybko głowę, odsłaniając
twarzyczkę pomazaną łzami i drżące usta. - Pani też by płakała na moim
miejscu. Gdyby była pani sierotą przybyłą do wymarzonego domu i dowiedziała się, że nie zagrzeje w nim miejsca, bo nie jest chłopcem.
Och, to największe nieszczęście, jakie mnie dotąd spotkało!
Coś zbliżonego do powstrzymywanego uśmiechu, zapomnianego z braku
praktyki, złagodziło ostry wyraz twarzy Maryli.
- No, już nie płacz. Dziś wieczorem na pewno cię nie wyrzucimy. Możesz
tu pozostać, aż wszystko wyjaśnimy. Jak ci na imię?
Dziewczynka zawahała się przez moment.
- Czy moglibyście, proszę, nazywać mnie Kordelią? - powiedziała ochoczo.
- Nazywać cię Kordelią? Czy tak się nazywasz?
- N...n...nie, nie całkiem, ale tak bardzo chciałabym nazywać się
Kordelia. To tak perfekcyjnie wytworne imię.
- Zupełnie nie rozumiem, co chodzi ci po głowie. Jeśli nie nazywasz się
Kordelią, podaj nam swoje prawdziwe imię.
- Anna Shirley - niechętnie zająknęła się właścicielka tego nazwiska -
ale, och, proszę, mówcie do mnie Kordelia. Przecież to dla was bez
znaczenia, jak się do mnie zwracacie, tym bardziej że przecież nie
zabawię tu długo. Anna to takie nieromantyczne imię.
- Nieromantyczne? Bzdury! - powiedziała niesympatycznie Maryla. - Anna
to doskonałe, sensowne imię. Naprawdę nie ma się czego wstydzić.
- Ja się wcale nie wstydzę - wyjaśniła Ania - ale wolę Kordelię. Zawsze
sobie wyobrażałam, że jestem Kordelią, w każdym razie w ostatnich
latach. Jak byłam młodsza, moją faworytką była Geraldine, lecz teraz
wolę Kordelię. Jeżeli już chcecie, żebym była Anną, proszę, używajcie
wersji tego imienia zmiękczonej literką "i" na końcu.
- Zupełnie nie rozumiem, jak może tak ci zależeć na jednej literce -
powiedziała Maryla z kolejnym "niezręcznym" uśmiechem, który starała się
ukryć, sięgając po czajniczek z herbatą.
- Ależ to bardzo ważne. Wygląda o wiele lepiej. Czy słysząc jakieś imię,
widzi je pani wydrukowane w wyobraźni? Coś takiego przytrafia mi się
bezustannie. I zapewniam panią, że Anna wygląda rozpaczliwie, natomiast
Ania jest o wiele bardziej znośna. Bardzo proszę, jeśli wybierzecie dla
mnie Anię z "i" na końcu, spróbuję pocieszyć się po stracie Kordelii.
- No więc dobrze, Aniu, zgadzamy się na twoją prośbę, ale czy możesz nam
teraz objaśnić, jak doszło do pomyłki? Prosiliśmy panią Spencer o chłopca. Czy nie miałaś żadnych kolegów w sierocińcu?
- Ależ owszem, jest ich całkiem spora grupa. Lecz pani Spencer
powiedziała zupełnie wyraźnie, że chcecie dziewczynkę w wieku około
jedenastu lat. A przełożona uznała, że ja będę się świetnie nadawała.
Nie macie pojęcia, w jaki wpadłam zachwyt. Z radości nie mogłam zasnąć w ostatnią noc. Dlaczego - dodała z wyrzutem, zwracając się do Mateusza -
nie powiedział mi pan na stacji, że jestem tu niepotrzebna? Trzeba mnie
było tam zostawić. Gdybym nie zobaczyła Białej Ścieżki Rozkoszy i Jeziora Lśniącej Toni, nie byłoby mi tak ciężko.
- Cóż takiego przychodzi jej do głowy? - spytała Maryla, patrząc ostro
na Mateusza.
- Ona, o...n...na nawiązuje do tego, o czym rozmawialiśmy w drodze do
domu - wyjaśnił pośpiesznie Mateusz. - Wychodzę wyprząc klaczkę, Marylo.
Przygotuj w tym czasie herbatę.
- Czy pani Spencer przywiozła kogoś oprócz ciebie? - kontynuowała
Maryla, kiedy Mateusz wyszedł.
- Przywiozła Lilę Jones dla siebie. Lila ma zaledwie pięć lat i nadzwyczajną urodę: brązowoorzechowe włosy - gdybym była taka piękna i miała włosy takiego koloru jak ona, zatrzymalibyście mnie przy sobie,
prawda?
- Nie. Jest nam potrzebny chłopiec do pomocy Mateuszowi w pracy na
gospodarstwie. Dziewczynka nie przyda się nam do niczego. Zdejmij
kapelusik. Położę go wraz z twoją torbą na stoliku w przedsionku.
Ania zdjęła posłusznie kapelusz. Mateusz wrócił i usiedli do kolacji.
Ale Ania nie była w stanie niczego przełknąć. Skubała niechętnie chleb z masłem i dżemem z dzikich jabłek, nałożonym do szklanego naczynka,
ustawionego obok jej talerza. Jedzenie rosło jej w ustach.
- Ty wcale nie jesz - powiedziała ostro Maryla, przyglądając się
dziewczynce, jakby popełniła jakiś okropny czyn.
Ania westchnęła.
- Nie mogę. Jestem pogrążona w rozpaczy. Czy pani byłaby w stanie jeść,
cierpiąc męki tak jak ja?
- Nigdy nie byłam pogrążona w rozpaczy, więc nie umiem odpowiedzieć -
odparła Maryla.
- Naprawdę? A czy chociaż wyobrażała sobie pani kiedykolwiek głębię
rozpaczy?
- Nie, nigdy.
- No to w takim razie nie potrafi pani tego zrozumieć. To bardzo męczące
uczucie. Kiedy usiłuje pani coś zjeść, wtedy naraz czuje pani, że ma
ściśnięte gardło, przez które nie uda się przełknąć niczego, nawet gdyby
serwowano krem karmelowy. Jadłam krem karmelowy - było to mniej więcej
dwa lata temu. Ależ był pyszny. Od owego czasu często w snach widzę
przed sobą na stole pucharek kremu. Niestety, zawsze budzę się, zanim
zacznę go jeść. Mam nadzieję, że mi pani wybaczy brak apetytu. Wszystko
na tym stole jest cudowne, ale nie mogę niczego przełknąć.
- Ona chyba jest zmęczona - rzekł Mateusz, który milczał od powrotu ze
stajni. - Połóż ją spać, Marylo.
Maryla zastanawiała się, gdzie położyć dziewczynkę spać. Wcześniej w izbie przy kuchni przygotowała kanapę dla oczekiwanego chłopca.
Jednakże, chociaż było tam czysto i przytulnie, miejsce to w jakiś
sposób nie wydawało się odpowiednie dla dziewczynki. Pokój gościnny był
wykluczony dla tego zagubionego stworzenia, tak więc jedynym ewentualnym
pomieszczeniem był pokoik na poddaszu w wychodzącej na wschód części
domu. Maryla zapaliła świeczkę i kazała Ani iść za sobą. Ania
pośpiesznie zerwała się, żeby wykonać polecenie, biorąc po drodze
kapelusik i torbę ze stolika w przedsionku. Cała sień była tak czysta,
że przejmowała lękiem. Mała izdebka na poddaszu wydawała się jeszcze
bardziej, wręcz nieskazitelnie, schludna. Maryla postawiła świeczkę na
trójkątnym stoliku na trzech nóżkach i odsłoniła pościel.
- Przypuszczam, że masz koszulę nocną? - spytała.
Ania skinęła głową.
- Tak, mam nawet dwie. Przełożona mi je uszyła. Są straszliwie kuse. W sierocińcu nigdy niczego nie wystarcza, więc ubrania są zawsze zbyt
małe. Nie znoszę przykrótkich koszul. Ale nawet w takich można marzyć i śnić zupełnie tak samo, jakby były długie, do samej ziemi, z falbankami
przy szyi. Zawsze to jakaś pociecha.
- No, to teraz szybko rozbierz się i do łóżka. Przyjdę za kilka minut po
świeczkę. Nie mogę powierzyć ci jej zgaszenia, bo mogłabyś spalić cały
dom.
Po wyjściu Maryli Ania rozejrzała się z zadumą dookoła. Wybielone ściany
tak rzucały się w oczy swą bolesną nagością, że Ani przyszło do głowy,
iż z pewnością czują ból z powodu własnego chłodu. Podłoga była także
odsłonięta, a jedynym wyjątkiem była mała, okrągła, pleciona mata na
środku pokoju, z gatunku, z jakim Ania nigdy się nie zetknęła. W rogu
stało wysokie, staromodne łóżko, z czterema ciemnymi słupkami, które
niegdyś podtrzymywały baldachim, a dziś były znacznie skrócone. W drugim
rogu stał wspomniany trójkątny stoliczek ozdobiony grubą poduszką do
szpilek, z czerwonego pluszu tak twardego, że niewiele szpilek udałoby
się w nią wetknąć bez ułamania ich czubków. Nad stolikiem wisiało
niewielkie lusterko. Pomiędzy stolikiem i łóżkiem znajdowało się okno,
które częściowo przysłaniały muślinowe zasłonki, a po drugiej stronie
pokoju stała umywalka. Całe pomieszczenie cechowała trudna do opisania
surowość, która przejęła Anię do szpiku kości lodowatym dreszczem.
Łkając, zrzuciła pośpiesznie ubranko, przebrała się w kusą koszulinę i wskoczyła do łóżka, gdzie zanurzyła całą twarz w poduszkę, naciągnąwszy
kołdrę na głowę.
Kiedy Maryla przyszła po świeczkę, jedynymi oznakami istnienia w pokoju
kogoś oprócz niej samej były walające się w nieładzie po podłodze drobne
elementy garderoby oraz nieco zmierzwiony wygląd łóżka. Podniosła z zadumą ubranie Ani, ułożyła je starannie na żółtym, sztywnym krześle, a potem ze świecą w ręku podeszła do łóżka.
- Dobranoc - powiedziała trochę niezręcznie, lecz życzliwie.
Spod kołdry gwałtownie ukazała się blada twarzyczka Ani i jej wielkie
oczy.
- Jak może pani nazywać tę noc dobrą, wiedząc, że to najgorsza noc w moim życiu? - powiedziała Ania z wyrzutem i ponownie zanurkowała pod
kołdrę.
Maryla zeszła powoli na dół, do kuchni, gdzie zaczęła zmywać naczynia.
Mateusz palił - co było widomym objawem zaniepokojenia. Rzadko zdarzało
mu się sięgać po fajkę, gdyż Maryla minami dawała mu do zrozumienia, że
to obrzydliwy nawyk. Jednakże, w pewnych okolicznościach i sytuacjach
czuł, że nie zdoła się pohamować, a wtedy Maryla zżymała się na ten
widok, choć czuła, że czasami mężczyzna musi znaleźć jakieś ujście dla
swoich emocji.
- Ależ nawarzyliśmy sobie piwa - rzekła gniewnie. - Przez posłów wilk
niesyty. Rodzina Roberta Spencera w jakiś sposób przekręciła naszą
prośbę. Ktoś będzie musiał pojechać do pani Spencer. To konieczne.
Trzeba odesłać dziewczynkę z powrotem do sierocińca.
- Tak, chyba tak - potwierdził niechętnie Mateusz.
- Chyba tak?! Nie jesteś tego pewny?
- Ach, wiesz, Marylo, to taka miła dziewczynka. Jakoś szkoda odsyłać ją,
kiedy tak jej zależy, żeby tu zostać.
- Mateuszu Cuthbert, chyba nie masz zamiaru sugerować, że powinniśmy ją
zostawić w naszym domu?!
Zdziwienie Maryli nie byłoby większe, gdyby Mateusz wyraził nagle zamiar
stanięcia na głowie.
- No, no wiesz, nie całkiem - wyjąkał Mateusz, zapędzony w kozi róg
koniecznością dokładnego wyrażenia myśli. - Myślę, że nikt nie mógłby
żądać od nas, żebyśmy pozwolili jej tu zostać.
- Oczywiście, że nie. Jaką korzyść moglibyśmy odnieść z jej towarzystwa?
- To ona mogłaby odnieść korzyść - Mateusz odezwał się nagle i niespodziewanie.
- Mateuszu Cuthbert, to dziecko musiało cię zaczarować! Widzę wyraźnie,
że chcesz, żeby z nami została.
- Widzisz, to takie interesujące stworzonko - nalegał Mateusz. -
Powinnaś usłyszeć całą jej paplaninę w drodze ze stacji.
- Rzeczywiście gada jak najęta. Od razu to spostrzegłam. Ale to wcale
dobrze o niej nie świadczy. Nie lubię dzieci, które mają tyle do
powiedzenia. Nie chcę tu żadnej sierotki, a gdybym nawet chciała, to nie
wybrałabym nikogo takiego jak ona. Jest w niej coś niezrozumiałego. Nie,
zdecydowanie należy ją odesłać natychmiast tam, skąd przyjechała.
- Mógłbym wynająć parobka do pomocy - rzekł Mateusz - a ona umilałaby ci
życie swoim towarzystwem.
- Nie cierpię z powodu braku towarzystwa - powiedziała cierpko Maryla. -
Nie mam zamiaru trzymać jej tutaj.
- Oczywiście, Marylo, masz rację - rzekł Mateusz, wstając i odkładając
fajkę. - Idę do łóżka.
Mateusz udał się na spoczynek. To samo z niezadowoloną miną zrobiła
Maryla, uprzątnąwszy naczynia w kuchni.
A u góry, we wschodniej części poddasza, samotna, pozbawiona przyjaciół
i spragniona miłości dziewczynka usnęła, łkając.