Rozdział II. Nowe zastosowanie kropli walerianowych.
- Całe życie składa się li-tylko z powitań i pożegnań - jak mówi pani Linde - zauważyła żałośnie Ania, chowając ostatniego dnia czerwca swe książki i zeszyty do szuflady stołu i ocierając zaczerwienione oczy bardzo wilgotną chustką do nosa. - Czyż nie dobrze się złożyło, żem dziś do szkoły zabrała specjalną chustkę do nosa? Przeczuwałam, iż będzie potrzebna.
- Nie sądziłam, abyś była tak bardzo przywiązana do p. Philipsa, że trzeba ci będzie aż dwóch chustek do ocierania łez z powodu rozstania się z nim - zauważyła Maryla.
- Nie utrzymuję, że płakałam dlatego, że pan Philips jest mi drogi - odpowiedziała Ania. - Płakałam, bo inni płakali. Ruby Gillis zaczęła. Zawsze dowodziła, że nienawidzi pana Philipsa, a tu, gdy on tylko wymówił pierwsze wyrazy swej pożegnalnej mowy, wybuchnęła płaczem. Wtedy wszystkie dziewczęta, jedne za drugiemi, rozpłakały się. Ja próbowałam się powstrzymać. Starałam się przypomnieć sobie ową chwilę, gdy pan Philips kazał mi usiąść obok Gilberta Blythe i tę chwilę, gdy napisał na tablicy imię moje "Andzia", i kiedy powiedział, że byłam najbardziej tępa uczennica z geometrji, i śmiał się z mojej ortografji. Przypominałam sobie te wszystkie chwile, w których on bywał taki ironiczny i niemiły, a jednak nie potrafiłam zapanować nad sobą i także rozpłakałam się. Wszakże Janka Andrews już od miesiąca głosiła bezustannie, jak bardzo się cieszy, że pan Philips nas pożegna, i zapewniała, że nigdy nie uroni łzy z tego powodu. A tymczasem!... właśnie ona była bardziej rozżalona, niż my, i musiała pożyczyć chustki od swego brata - rozumie się, iż chłopcy nie płakali - bo nie przyniosła swej własnej, nie przypuszczając, iż jej będzie potrzebna. Ach, Marylo, była to rozdzierająca serce scena! Pan Philips miał prześliczną mowę pożegnalną, zaczynającą się od wyrazów: "Nadeszła dla nas chwila rozstania!" Było to niezmiernie wzruszające. On także miał łzy w oczach. Ach, i mnie było strasznie smutno na duszy i czyniłam sobie wyrzuty za te wszystkie lekcje, podczas których rozmawiałam w szkole, rysowałam jego karykatury na mojej tabliczce i żartowałam sobie z niego i z Prissy. Naprawdę, w owej chwili żałowałam, iż nie byłam tak wzorowa pod względem sprawowania się, jak Mimi Andrews. Ona nie ma nic na sumieniu. Dziewczęta płakały podczas całej powrotnej drogi do domu. Carrie Slone powtarzała raz po raz: "Nadeszła dla nas chwila rozstania!"
Było mi strasznie smutno. Marylo! Ale czyż można pogrążyć się w bezdnię rozpaczy, gdy mamy przed sobą dwa miesiące wakacyj? Czy można, Marylo? A przytem spotkaliśmy nowego pastora z żoną, wracających z dworca. Pomimo iż tak niezmiernie przejęta byłam pożegnaniem z panem Philipsem, nie potrafiłam nie zwrócić choć trochę uwagi na nowego pastora. Żona jego jest bardzo ładna. Rozumie się, że nie królewsko-cudna... przypuszczam, że to nie byłoby nawet odpowiednie, aby pastor miał królewsko-cudną żonę, gdyż dałby tem zły przykład. Pani Linde mówi, że żona pastora w Newbridge daje bardzo zły przykład, dlatego że się zbyt modnie ubiera. Żona naszego nowego pastora miała na sobie niebieską muślinową suknię ze ślicznemi bufiastemi rękawami, a na głowie kapelusz, przybrany wiankiem róż. Jania Andrews uważała, że bufiaste rękawy to zbyt świecki strój dla żony pastora, lecz ja nie sądziłabym ją tak surowo, bo wiem dobrze, co to znaczy tęsknić do takich rękawów. Prócz tego, wszakże żoną pastora jest ona od niedawna dopiero, więc należy to uwzględnić, czyż nie? Jadać obiady będą tymczasowo u pani Linde, bo mieszkanie ich jest jeszcze nie gotowe.
Jeśli Maryla, zaszedłszy tego wieczoru do pani Linde, za powód swych odwiedzin podała konieczność zwrócenia pożyczonego od niej zeszłej zimy wzoru pikowania kołdry, to dla sprawiedliwości przyznać należy, że i większość mieszkańców Avonlei użyła podobnież niewinnego pretekstu. Niejeden przedmiot, pożyczony ongi przez panią Linde, bez nadziei odzyskania go kiedykolwiek, powrócił tego wieczoru do rąk właścicielki. Nowy pastor, a co ważniejsza pastor z żoną, był to słuszny powód do ciekawości w spokojnej, o monotonnym trybie życia osadzie, gdzie wrażeń bywa tak mało.
Stary pan Bentley, o którym Ania twierdziła, że mu brak wyobraźni, był pastorem w Avonlei przez lat osiemnaście. Przybył tam wdowcem i wdowcem pozostał, pomimo że kumoszki bezustannie żeniły go to z tą, to z ową. Ostatniej zimy ustąpił ze swego stanowiska, żegnany szczerym żalem parafjan, których przywiązanie, pomimo swych niewielkich zdolności mówcy, potrafił pozyskać swym serdecznym długoletnim stosunkiem. Od chwili jego wyjazdu parafjanie Avonlei nacieszyli się niezmierną rozmaitością, słuchając wielu i bardzo różnych mówców, przybywających niedzielę po niedzieli, aby przemawiać z kazalnicy. Utrzymywali się oni lub padali, stosownie do opinji, jaką wypowiadali o nich ojcowie i matki gminy. Pozatem zdanie swe o nich wyrażała też pewna mała, czerwonowłosa dziewuszka, siedząca spokojnie w kącie starej ławki Cutbertów. Swobodnie roztrząsała te sprawy w rozmowie z Mateuszem, bo Maryla z zasady stale unikała krytykowania pastorów.
- Nie sądzę, aby pan Smith był odpowiednim, Mateuszu - zadecydowała ostatecznie Ania. - Pani Linde twierdzi, że mowa jego była zbyt uboga, lecz mnie się wydaje, iż największą jego wadą, zarówno jak i pana Bentleya, jest brak wyobraźni. A pan Ferry ma jej zbyt wiele! Pozwala jej się rozbujać tak samo, jak to ja uczyniłam, opowiadając o Lesie Duchów. Zresztą pani Linde mówi, że teologja pana Ferry jest niezdrowa. Pan Gresham to bardzo dobry i bardzo religijny człowiek, lecz opowiadał zbyt wiele zabawnych historyj i ludzie śmieli się w kościele. Nie miał dość godności, a pastor powinien umieć zdobyć sobie szacunek, czy nie, Mateuszu? Uważałam, że pan Marshall był stanowczo niezmiernie pociągający, lecz pani Linde mówi, że jest on nieżonaty, a nawet niezaręczony. Wywiadywała się o to specjalnie i twierdzi, że niema sensu, aby w Avonlei był młody nieżonaty pastor, bo musiałby sobie szukać żony pośród swoich parafjan, a to dałoby powód do wielu nieporozumień. Pani Linde jest to bardzo daleko widząca osoba, czy nie, Mateuszu? Cieszę się, że wybrano pana Allana. Lubię go, bo kazanie miał zajmujące i modlił się z przejęciem, a nie czynił tego z przyzwyczajenia jedynie. Pani Linde mówi, że on nie jest znakomity, ale że nie możemy spodziewać się znakomitego pastora za siedemset pięćdziesiąt dolarów rocznie, a bądź co bądź jego nauka religji jest zdrowa, gdyż wypytywała go bardzo dokładnie o rozmaite kwestje. Zna także rodzinę jego żony: mężczyźni są ludzie godni szacunku, a kobiety znakomite gospodynie. Pani Linde mówi, że zdrowe poglądy męża i gospodarność żony stanowią idealne połączenie dla pastorstwa.
Nowy pastor i jego żona było to młode, o miłej powierzchowności małżeństwo, żyjące jeszcze w swym miodowym miesiącu, natchnione dobrocią i gorącym zapałem do obranego zawodu. Avonlea odrazu przyjęła ich z wielką serdecznością. Starzy i młodzi polubili szczerego, wesołego młodzieńca o szczytnych ideałach i jasną, śliczną młodą gosposię. Ania także wkrótce serdecznie pokochała panią Allan, znalazłszy w niej nową pokrewną duszę.
- Pani Allan jest wistocie godna miłości - zauważyła pewnego niedzielnego popołudnia. - Prowadzi naszą klasę i jest znakomitą nauczycielką. Przyznaje otwarcie, że nie uważa za słuszne, aby tylko nauczyciel miał prawo do zadawania pytań. Maryla pamięta zapewne, że to jest moje własne zdanie. Pozwala dzieciom pytać, ile tylko chcą. To też ja stawiam jej bardzo dużo pytań. Ja bo potrafię zasypywać pytaniami, prawda, Marylo?
- O, co to, to bez wątpienia - skwapliwie potwierdziła Maryla.
- Nikt prócz mnie więcej nie pytał, z wyjątkiem Ruby Gillis, która pragnęła się dowiedzieć, czy będzie tego lata zwykła niedzielna wycieczka szkolna. Mnie takie zapytanie wydało się nieodpowiednie, bo wszakże nie miało najmniejszego związku z lekcją - czytałyśmy legendę o Danielu w lwiej paszczy - lecz pani Allan uśmiechnęła się tylko i rzekła, że przypuszcza, iż wycieczka się odbędzie. Pani Allan ma śliczny uśmiech; posiada takie czarujące dołeczki w policzkach. Jabym także bardzo pragnęła mieć dołeczki, Marylo. Nie jestem już ani w części tak chuda, jaką byłam, przybywszy tutaj, ale dołeczków nie mam jeszcze. Być może, iż gdybym je posiadała, potrafiłabym mieć dobry wpływ na ludzi. Pani Allan twierdzi, że powinniśmy zawsze starać się dobrze wpływać na innych. Ona tak ładnie mówi o wszystkiem. Czuję, że cieszy się tem, że jest dobra. Gdybym ja mogła być dobrą, tańczyłabym i śpiewała z radości dzień cały. Pani Allan jest zbyt poważna, by tańczyć i śpiewać, a zresztą nie byłoby to może odpowiednie dla żony pastora, czy nie?
- Sądzę, że wkrótce należałoby zaprosić państwa Allan na herbatę - rzekła Maryla w zamyśleniu. - Byli już prawie wszędzie, prócz u nas. Zastanówmy się nad tem. Sądzę, że przyszła środa byłaby odpowiednia. Nie wspominaj jednak o tym planie Mateuszowi, bo gotów znaleźć sobie jaką wymówkę, aby dnia tego być poza domem. Do starego pana Bentleya przywykł już, ale za ciężkie przejście uważać będzie zapoznanie się z nowym pastorem, a już odwiedziny jego żony napędzą mu śmiertelnego strachu.
- Będę milcząca jak grób - zapewniła Ania. - Ale czy Maryla pozwoli mi upiec ciasto na tę uroczystość? Chciałabym przyrządzić coś dla pani Allan, a wszakże w ostatnich czasach nauczyłam się tak dobrze piec!
- Owszem, możesz upiec.
Poniedziałek i wtorek minęły na wielkich przygotowaniach na Zielonem Wzgórzu. Przyjęcie pastorstwa herbatą było niezmiernie doniosłym wypadkiem, a Maryla postanowiła nie dać się prześcignąć tym razem żadnej z gospodyń Avonlei. Ania żyła w gorączce zachwytu i oczekiwania. We wtorek wieczór opowiadała o wszystkiem Djanie, siedząc z nią na wielkich czerwonych kamieniach, niedaleko Źródła Nimf leśnych i maleńkiemi gałązkami robiąc tęczę w wodzie.
- Wszystko jest już gotowe, Djano, prócz mego tortu, który upiekę jutro rano, i maleńkich biszkopcików z piany, które Maryla przygotuje w ostatniej chwili, tuż przed podaniem herbaty. Wierzaj mi, Djano, żeśmy z Marylą przeżyły dwa niezmiernie pracowite dni. Wszak nie drobnostka przyjęcie pastorstwa herbatą! Gdybyś zajrzała do naszej śpiżarni, niewątpliwie ślinka napłynęłaby ci do ust. Najpierw kurczęta w galarecie i ozór na zimno; następnie dwa rodzaje marmelad, czerwona i żółta, bita śmietanka, biszkopty z cytryną i wiśniami, trzy rodzaje pasztecików, owe sławne konfitury ze śliwek, które Maryla przechowuje tylko dla gości, tort mojej roboty i biszkopciki z piany, o których wspominałam. Nadto świeżutki chleb i dawniejszy też, specjalnie dla pastora, gdyby przypadkiem nie był zupełnie zdrów na żołądek. Pani Linde mówi, że pastorowie najczęściej źle trawią, ale mnie się zdaje, że pan Allan jest jeszcze chyba zbyt krótko pastorem, aby to już miało taki zły wpływ nań wywrzeć. Zimny dreszcz mnie przejmuje, gdy myślę o moim torcie! Ach, Djano, jeżeliby się nie udał! Ostatniej nocy śniło mi się, że gonił mnie jakiś straszny duch z wielkim tortem zamiast głowy.
- Ależ będzie dobry, przepyszny - zapewniała Djana, zawsze gotowa pocieszać swych przyjaciół. - Wierzaj mi, ów kawałek ciasta, którem się podzieliłaś ze mną dwa tygodnie temu na podwieczorku w Zaciszu Słowika, był wyśmienity, a przecież tyś go piekła!
- Tak, to prawda, lecz ciasta mają tę szkaradną własność, iż właśnie nie udają się wówczas, gdy pragniemy, aby były jak najlepsze - westchnęła Ania, maczając w wodzie przesiąkniętą żywicą gałązkę. - Wreszcie powierzę wszystko dobrym losom i będę uważała, wstawiając tort do pieca. Ach, spójrz, Djano, jaka wspaniała tęcza! Czy nie sądzisz, że gdy stąd odejdziemy, nimfa leśna zjawi się, aby ją sobie wziąć na szarfę?
- Wiesz wszakże, iż niema nimf na świecie - rzekła Djana.
Matka jej zasłyszała także o Lesie Duchów i surowo nakazała dziewczynce trzymać na wodzy swą imaginację. To też Djana uważała za słuszne nie zajmować się nawet niewinnemi nimfami.
- Ależ to tak przyjemnie wyobrażać sobie, iż one istnieją - rzekła Ania. - Codziennie wieczorem, zanim się kładę spać, spoglądam przez okno i zdaje mi się, że widzę nimfę, jak rozczesuje swe loki nad źródłem, służącem jej za zwierciadło. Czasami rozeznaję ślady jej stóp na rosie porannej. Ach, Djano, nie trać wiary w nimfy!
Nadszedł poranek środowy. Ania wstała o wschodzie słońca; była zbyt podniecona, aby móc spać dłużej. Poprzedniego wieczoru, przemoczywszy nogi w stawie, nabawiła się wprawdzie silnego kataru, lecz jedynie ciężka jaka choroba potrafiłaby ją tego rana powstrzymać od zajęć w kuchni. Natychmiast po śniadaniu zabrała się do przygotowywania tortu, a kiedy wreszcie zamknęła drzwiczki piecyka, z piersi jej wyrwało się głębokie westchnienie ulgi.
- Jestem pewna, że tym razem nie zapomniałam o niczem, Marylo! Ale czy wyrośnie? Czy aby proszek, zastępujący drożdże, jest świeży? Wzięłam go z zapieczętowanego słoiczka. Lecz pani Linde twierdzi, że w obecnych czasach, kiedy wszystko fałszują, nie można być pewnym, że proszek jest świeży. I pani Linde mówi, że rząd powinienby się wtrącić w tę sprawę; lecz ona pewnie nie doczeka takiej chwili, dopóki partja konserwatywna pozostanie u steru. Marylo, a jeśli ciasto nie wyrośnie?
- Będziemy mieli dość i bez niego - zauważyła Maryla z niezamąconym spokojem.
Ale ciasto wyrosło i wyjęte z piecyka było pulchne i żółciutkie jak złota piana. Ania pokraśniała z zachwytu, przystroiła je czerwoną galaretką i w wyobraźni swej już widziała panią Allan ze smakiem spożywającą jeden kawałek i proszącą o drugi!
- Maryla każe zapewne nakryć najpiękniejszą zastawę do herbaty - rzekła. - Czy mogłabym przystroić stół paprociami i polnemi różyczkami?
- Uważam to za niemądre - mruknęła Maryla. - Mojem zdaniem, smaczne potrawy są najważniejsze, nie zaś przystrajanie stołu.
- Pani Barry przystroiła swój - odpowiedziała Ania sprytnie - a pastor wynagrodził jej trudy bardzo zręcznym komplementem. Powiedział, że jest to takaż uczta dla oka jak i dla podniebienia.
- Więc uczyń, jak ci się podoba - przyzwoliła wreszcie Maryla, stanowczo zdecydowana nie dać się prześcignąć w przyjęciu ani pani Barry, ani komukolwiek innemu. - Nie zapomnij zostawić dość miejsca dla półmisków i salaterek.
Ania przystroiła stół w ten sposób, iż pani Barry nigdy nie byłaby w stanie jej dorównać. Mając obfitość paproci i różyczek, z natury zaś obdarzona niezmiernie artystycznym smakiem, potrafiła przeobrazić stół podwieczorkowy w coś tak pięknego, że pastor i żona jego, zasiadłszy do herbaty, nie potrafili się powstrzymać od wykrzyków zachwytu.
- To Ani zasługa - przyznała Maryla, zawsze sprawiedliwa.
A Ania uczuła, że przychylny uśmiech pani Allan było to zbyt wiele szczęścia na ziemi.
Mateusz nie wydalił się z domu dzięki wymowie Ani. Odwiedziny te wprawiły go w taki stan nieśmiałości i zdenerwowania, że Maryla porzuciła nadzieję przekonania go, by zasiadł przy stole. Lecz Ania potrafiła tak szczęśliwie nań wpłynąć, iż oto w swem świątecznem ubraniu i białym kołnierzyku siedział obok pastora, zagłębiony w bardzo zajmującej rozmowie o rolnictwie. Rozumie się, iż nie bawił pani Allan, lecz tego przecież nikt nie śmiał od niego wymagać.
Wszystko szło jak z płatka, dopóki nie nadeszła chwila częstowania ciastem roboty Ani. Pani Allan, mając przed sobą talerzyk najrozmaitszych ciasteczek, podziękowała za tort. Lecz Maryla, widząc rozczarowanie na twarzyczce Ani, rzekła z uśmiechem:
- Ale pani nie odmówi skosztowania tego tortu. Ania upiekła go specjalnie dla pani.
- W takim razie muszę go spróbować - roześmiała się pastorowa, biorąc spory trójkącik, co też uczynili mąż jej i Maryla.
Pani Allan wzięła kęs do ust i dziwny wyraz odmalował się na jej twarzy. Nie wyrzekła ani słowa, powoli żując trzymany w ustach kawałek. Maryla, zauważywszy to, pośpieszyła także skosztować ciasto.
- Aniu! - krzyknęła - coś ty dodała do tego ciasta?
- Nic, prócz tego, co przepis nakazuje - zawołała Ania przerażona. - Czy niesmaczne?
- Niesmaczne? Ależ wstrętne! Niechże go pani nie je, pani Allan! Aniu, skosztuj, proszę. I powiedz, coś dodała do mąki?
- Wanilję - odpowiedziała Ania, spłoniona z przerażenia po skosztowaniu ciasta. - Tylko wanilję. Ach, Marylo, to z pewnością proszek, zastępujący drożdże. Miałam podejrzenia co do tego pr...
- Proszek, nie proszek! Pójdź, przynieś mi natychmiast słoik z wanilją, której użyłaś.
Ania, skoczywszy do spiżarni, powróciła ze słoiczkiem, napełnionym do połowy brunatnym płynem i opatrzonym żółtą etykietą: "Najlepsza wanilja".
Maryla odkorkowała go i powąchała.
- Na litość Boską, Aniu! Toć dodałaś kropli walerjanowych. W zeszłym tygodniu stłukłam buteleczkę z temi kroplami i wlałam pozostałość do starego pustego słoiczka od wanilji. Przyznaję, że to poczęści moja wina - powinnam cię była uprzedzić - lecz, na miłość Boską, czemu nie powąchałaś?
Ania rozpłakała się rzewnie.
- Nie mogłam... nie czułabym, miałam taki straszny katar! - i z temi słowy pobiegła na górę, do swego pokoiku, gdzie padła na łóżko, szlochając, jak ten, kogo już nikt nie zdoła pocieszyć.
Po chwili na schodach rozległy się lekkie kroki i ktoś wszedł do pokoiku.
- Ach, Marylo - jęknęła Ania, nie podnosząc głowy z poduszki. - Jestem na zawsze unieszczęśliwiona. Nie potrafię tego przeżyć. Wypadek ten stanie się głośny... w Avonlei każda drobnostka staje się głośną. Djana zapyta, jak mi się udało ciasto i będę zmuszona wyznać jej prawdę. Będę na zawsze napiętnowana jako dziewczynka, która dodała do ciasta kropli walerjanowych, zamiast wanilji. Chłopcy w szkole nie przestaną wyśmiewać się ze mnie. Ach, Marylo, jeśli posiadacie choć odrobinę litości, nie każcie mi teraz powrócić do stołu. Posprzątam wszystko, gdy pastor z żoną odjadą, lecz nie mogę teraz spojrzeć w oczy pani Allan. Może myśli, że próbowałam ją otruć... Pani Linde opowiadała, że zna dziewczynkę sierotę, która chciała otruć swą opiekunkę. Ale wszakże krople walerjanowe to nie trucizna. Zażywa się na wewnątrz... rozumie się, że nie do ciast. Czy Maryla zechce to wszystko powiedzieć pani Allan?
- Czy nie mogłabyś wstać i sama jej to opowiedzieć? - rzekł wesoły głosik.
Ania zerwała się. Obok jej łóżka stała pani Allan, spoglądając na nią figlarnym wzrokiem.
- Moje kochane dziewczątko, nie płaczże tak bardzo! - rzekła, zasmucona nieszczęśliwą miną Ani. - Toż to jedynie komiczna pomyłka, mogącą się każdemu przytrafić.
- O nie, wszakże to mnie tylko wydarzają się tego rodzaju pomyłki - skarżyła się Ania zrozpaczona. - A tak bardzo pragnęłam, by ciasto się udało właśnie dla uczczenia odwiedzin pani.
- Wiem o tem, kochanie! I zapewniam cię, że potrafię uznać i ocenić twoje dobre chęci i starania zupełnie tak samo, jak gdyby tort był jak najlepszy. No, przestańże płakać i chodź na dół pokazać mi twój ogródek kwiatowy. Panna Cutbert mówiła mi, że posiadasz swój własny kawałek gruntu. Pragnęłabym przypatrzyć się twoim roślinom, bo niezmiernie lubię kwiaty.
Ania pozwoliła się sprowadzić i pocieszać, rada, że w pani Allan znajduje znowu pokrewną duszę. O torcie nie było więcej mowy, a kiedy goście pożegnali gospodarstwo, Ania zauważyła, iż popołudnie to upłynęło jej o wiele przyjemniej, niż można tego było oczekiwać ze względu na przykre wydarzenie. Niemniej jednak westchnęła głęboko.
- Czyż to nie cudownie, Marylo, że jutro następuje nowy dzień, w którym jeszcze nie uczyniłam żadnego głupstwa?
- Mam nadzieję, że popełnisz niejedno - rzekła Maryla. - Pod tym względem nikt ci nie dorówna.
- Wiem o tem - przyznała Ania z pokorą. - Ale czy Maryla zauważyła u mnie ten objaw pocieszający? Nigdy dwukrotnie nie popełniam tego samego błędu!
- Niewiele na tem zyskujesz, jeśli wymyślasz coraz to nowe.
- Ależ, Marylo! Wszakże musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba jest w stanie uczynić, więc kiedy spełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.
- Tak, tak, ale oto teraz pójdź raczej zanieść to ciasto dla wieprzków - rzekła Maryla. - Żaden człowiek nie potrafiłby tego przełknąć.
Rozdział III. Pożegnanie.
Karol Slone, Gilbert Blythe i Ania Shirley następnego ranka poniedziałkowego opuścili Avonlea. Ania liczyła na ładny dzień. Diana miała ją odprowadzić na stację, miała to być ich ostatnia miła przejażdżka na długi czas. Ale gdy Ania w niedzielę wieczór kładła się spać, wschodni wiatr jęczał wokół Zielonego Wzgórza ze złowieszczą przepowiednią, która się nazajutrz spełniła. Ania zbudziła się i ujrzała, że krople deszczu smagały jej okno, a szara powierzchnia stawu pokryta była rozszerzającemi się kręgami; wzgórza i morze spowite były w mgłę, a cały świat wydawał się posępny i smutny.
Ania już o brzasku była ubrana, gdyż trzeba było zdążyć na pociąg, który przychodził do miasta portowego zaledwie na kilka minut przed odpłynięciem statku. Walczyła ze łzami, które wytrysnąć chciały z jej oczu wbrew jej woli. Opuszczała dom, który jej był tak drogi, a coś jej mówiło, że opuszczała go na zawsze, z wyjątkiem przyjazdów na święta. Powracając na ferje, nie zastanie tu już takiego samego życia, jak dawniej. O, a jakie to było wszystko drogie i kochane - mała, biała facjatka, uświęcona marzeniami dziewczęcemi, Królowa Śniegu za oknem, strumyk w dolinie, Fontanna Driad, Las Duchów, Aleja Zakochanych - wszystkie te tysiąc i jedno drogich miejsc, gdzie żyły wspomnienia dawnych lat. Czy rzeczywiście mogła być szczęśliwa gdzie indziej?
Śniadanie było tego ranka na Zielonem Wzgórzu dość smutne. Tadzio nie mógł jeść, zapewne po raz pierwszy w życiu, lecz bezwstydnie beczał nad talerzem. Nikt wogóle nie miał wielkiego apetytu prócz Toli, która spokojnie zajadała swoją porcję. Tola należała do owych szczęśliwych istot, które rzadko wytrąca coś z równowagi. Nawet o ósmej wiele było trzeba, aby wyrwać Tolę ze stanu zadowolenia. Była smuta, że Ania odjeżdżała, oczywiście, ale czy to było powodem, żeby wzgardzić swojem jajkiem na miękko i bułką? Bynajmniej. A widząc, że Tadzio nie może jeść, Tola zjadła i jego porcję.
Punktualnie zjawiła się Diana z koniem i kabrioletem, wytknąwszy różową twarzyczkę z deszczowego płaszcza. Nadeszła chwila pożegnania. Pani Linde wyszła ze swego pokoju, aby serdecznie uścisnąć Anię i ostrzec ją by dbała o zdrowie. Maryla pogłaskała policzek Ani szorstko i bez łez i powiedziała, iż spodziewa się, że otrzyma od niej wiadomość, gdy tylko Ania się urządzi. Przypadkowy widz wywnioskowałby z tego może, że odjazd Ani mało ją wzruszał, gdyby widz ten nie zajrzał dobrze w jej oczy. Tola gorąco ucałowała Anię i wylała dwie należyte łzy. Zaś Tadzio, który od odejścia od śniadania płakał na schodach tylnego ganku, zupełnie nie chciał się z nią pożegnać. Na widok zbliżającej się Ani zerwał się, wbiegł po tylnych schodach i ukrył się w garderobie, z której nie chciał wyjść. Stłumione jego łkanie było ostatnim dźwiękiem, jaki słyszała Ania, opuszczając Zielone Wzgórze.
Przez całą drogę padało mocno, aż do Szerokiej Rzeki, do której to stacji musiały jechać, ponieważ kolejka z Carmody nie miała połączenia ze statkiem.
Gdy przybyli do przystani, Karol i Gilbert już tam byli, a statek gwizdał. Ania zdążyła zaledwie wykupić bilet i nadać bagaż, rzucić Dianie krótkie słowa pożegnania i skoczyć na pokład. Chciało jej się wracać z Dianą do Avonlea; wiedziała, że umrze z tęsknoty za domem. O, i gdybyż przynajmniej ten przeklęty deszcz przestał padać, jakby cały świat płakał nad ubiegłem latem i minionemi radościami! Nawet obecność Gilberta nie przynosiła jej pociechy, gdyż Karol Slone był także, a Slonów można było znieść tylko przy pięknej pogodzie. W czasie deszczu nie można ich było ścierpieć.
Gdy statek wypłynął z portu Charlottetown, sprawy przyjęły pomyślniejszy obrót. Deszcz ustał, słońce poczęło się przedzierać od czasu do czasu poprzez gęste chmury, rumieniąc szare zwały miedzianemi promieniami i rozjaśniając przesłaniającą czerwone brzegi wyspy mgłę promiennym blaskiem przepowiedni pięknego dnia, który miał po tej szarudze nastąpić. Nadomiar Karol Slone zapadł w tej chwili na chorobę morską i zmuszony był zejść pod pokład, zaś Ania i Gilbert pozostali sami.
"Jestem bardzo zadowolona, że wszyscy Slonowie gdy tylko znajdą się na wodzie, dostają morskiej choroby", pomyślała Ania niemiłosiernie. "Jestem pewna, że nie potrafiłabym pożegnać się z wyspą, gdy Karol Slone stał obok mnie i udawał, że także patrzy na nią sentymentalnie".
- Więc odjechaliśmy - rzucił Gilbert obojętnie.
- Czuję się jak "Childe Harold" Byrona, chociaż w istocie nie spoglądam na swój "brzeg rodzinny" - rzekła Ania, mrużąc szare oczy. - Jest nim Nowa Szkocja. Ale prawdziwym brzegiem rodzinnym jest ten kraj, który się najbardziej kocha: a tym jest dla mnie poczciwa Wyspa Księcia Edwarda. Trudno mi wprost uwierzyć, że nie mieszkałam tu zawsze. Owe jedenaście lat, zanim tu przyjechałam, wydają mi się niby zły sen. Siedem lat mija, jak przybyłam tutaj tym samym statkiem - owego wieczora, gdy mię pani Spencer przywiozła z Hopetown. Widzę siebie samą w owej starej, ciasnej sukience i spłowiałym marynarskim kapeluszu, jak ciekawie kręciłam się po pokładach i kajutach. Piękny to był wieczór; i jak owe czerwone wybrzeża wyspy błyszczały w promieniach słońca! Teraz płynę znowu tą drogą. O, Gilbercie, mam nadzieję, że pokocham Redmond i Kingsport, ale jestem pewna, że tego nie pragnę!
- Gdzież się podziała cała twoja filozofja, Aniu?
- Zatonęła w olbrzymiej fali osamotnienia i tęsknoty za domem. Przez trzy lata marzyłam o wyjeździe do Redmondu - a teraz jadę i pragnęłabym nie jechać! Ale to nic! Odzyskam znowu swoją wesołość i filozofję, gdy się dobrze wypłaczę! Jest mi to konieczne, ale będę musiała czekać, aż się dziś wieczór znajdę w swojem łóżku w pensjonacie. Wtedy Ania będzie znowu sobą. Ciekawam, czy Tadzio wyszedł już ze swojej kryjówki?
Była dziewiąta wieczorem, gdy statek przybył do Kingsportu i podróżni znaleźli się w niebiesko-białym blasku natłoczonej przystani. Ania czuła się bardzo nieswojo, ale w chwilę później znalazła się w objęciach Priscilli Grant, która przybyła do Kingsportu w niedzielę.
- Jesteś nareszcie, kochanie! Jesteś pewnie tak zmęczona jak ja, gdy przybyłam tutaj w niedzielę wieczorem!
- Zmęczona! Nie mów o tem, Priscillo. Jestem zmęczona i oszołomiona, jak prowincjonałka, i czuję się, jakbym miała dziesięć lat. Zlituj się i zabierz swoją koleżankę do jakiegoś miejsca, gdzie będzie mogła skupić myśli.
- Zaprowadzę cię wprost do naszego pensjonatu. Przed stacją czeka dorożka.
- Co za szczęście, że ty tu już jesteś, Prissy. Gdyby nie ty, zdaje się, że siadłabym na swojej walizce, wylewając gorzkie łzy. Jakaż to pociecha ujrzeć znajomą twarz w zgiełkliwej ciżbie obcych ludzi!
- Czy to Gilbert Blythe jest tam nagórze, Aniu? Jak on wyrósł przez ostatni rok! Kiedy pracowałam w Carmody, był jeszcze chłopczykiem. Na Boga, a to Karol Slone! Nie zmienił się wcale, nie mógł się zmienić! Tak samo wyglądał, kiedy się urodził i tak samo wyglądać będzie, mając lat osiemdziesiąt. Tędy, moja droga. Za dwadzieścia minut będziemy w domu.
- W domu - westchnęła Ania. - Chciałaś pewnie powiedzieć, że będziemy w jakimś okropnym pensjonacie, w jakiejś jeszcze okropniejszej sypialni, której okna wychodzić będą na brudne podwórze.
- Nie jest to tak okropny pensjonat, Aniu. Oto nasza dorożka. Wsiadaj, woźnica zajmie się twoją walizą. O, tak, nasz pensjonat jest w istocie bardzo miłem miejscem w swoim rodzaju; przyznasz to jutro sama, gdy po dobrze przespanej nocy odzyskasz rumieńce. Jest to wielka, szara staroświecka kamienica na ulicy św. Jana, łączącej się bezpośrednio z Redmondem. Była ona dawniej "rezydencją" wielkich ludzi, ale moda opuściła ulicę św. Jana, a domy jej dzisiaj marzą tylko o lepszych dniach. Są one tak wielkie, że ludzie, którzy w nich mieszkają, muszą dzisiaj przyjmować pensjonarzy, aby je wypełnić. Tę przynajmniej przyczynę gospodynie nasze gorliwie nam wmawiają. Wspaniałe są te nasze gospodynie, Aniu!
- Ileż ich jest?
- Dwie, panna Hanna Harvey i panna Ada Harvey. Urodziły się jako bliźnięta mniej więcej przed pięćdziesięciu laty.
- Nie mogę się widocznie pozbyć bliźniąt - uśmiechnęła się Ania. - Gdziekolwiek się zwrócę, wszędzie stają na mej drodze.
- O, teraz już nie są bliźniętami, moja droga. Przekroczywszy wiek trzydziestu lat, przestały niemi być. Panna Hanna zestarzała się, co nie jest zbyt miłe, panna Ada zaś zatrzymała się na trzydziestce, co jest jeszcze mniej miłe. Nie wiem, czy panna Hanna umie się śmiać, czy nie; nigdy jej na tem dotąd nie przyłapałam. Ale panna Ada uśmiecha się cały dzień, i jest to jeszcze gorsze. Ale mimo to są one bardzo miłe i poczciwe; co rok przyjmują dwie pensjonariuszki, gdyż zmysł praktyczny panny Hanny nie może znieść "trwonienia miejsca" w pokojach - ale nie dlatego żeby im to było potrzebne lub konieczne, jak mię już panna Ada od niedzieli siedem razy zapewniła. Co do naszych pokojów, to przyznaję, że są wielkie. Mój wychodzi na podwórze, twój jest frontowy, z widokiem na Stary Cmentarz św Jana, położony tuż nawprost ulicy.
- To brzmi okropnie - wzdrygnęła się Ania. - Wolałabym już mieć pokój z widokiem na podwórze.
- O nie, nie zgodziłabyś się. Zaczekaj i zobacz. Cmentarz św. Jana to miłe miejsce. Był on tak długo cmentarzem, aż przestał nim niejako być i stał się teraz osobliwością Kingsportu. Przechodziłam tamtędy wczoraj dla zażycia ruchu. Otacza go wielki mur kamienny i szereg wysokich drzew, a szpalery przecinają go; są tam najosobliwsze nagrobki z najosobliwszemi i najdziwaczniejszemi napisami. Będziesz się tam chodziła uczyć, Aniu, zobaczysz. W istocie nikogo się tam już nie grzebie, ale przed kilku laty wzniesiono tam piękny pomnik dla uczczenia żołnierzy nowoszkockich, poległych w czasie wojny krymskiej. Pomnik ten znajduje się nawprost bramy wejściowej, i znajdziesz tam wiele "pola dla wyobraźni", jak mawiasz. Ale oto nadjeżdża twoja waliza, a chłopcy przychodzą ci powiedzieć dobranoc. Czy rzeczywiście muszę się przywitać z Karolem Slone, Aniu? Zawsze ma takie zimne ręce, w dotyku są śliskie jak ryby. Musimy ich poprosić, aby nas niekiedy odwiedzali. Panna Hanna powiedziała mi poważnie, że wolno nam przyjmować wizyty młodzieńców dwa razy w tygodniu, jeżeli będą odchodzili o właściwej porze; zaś panna Ada poprosiła mię z uśmiechem, abym pilnie baczyła, by nie siadali na jej pięknych poduszeczkach. Obiecałam jej czuwać nad tem; ale Bóg wie, gdzie wolno im w takim razie siedzieć; chyba na podłodze, gdyż poduszeczki są wszędzie. Nawet na pianinie.
Ania musiała się roześmiać. Wesoły szczebiot Priscilli osiągnął zamierzony skutek i rozwiał jej przygnębienie. Tęsknota za domem chwilowo znikła i nie powróciła w dawnej sile nawet wtedy, gdy się znalazła w swojej niewielkiej sypialni. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Ulica nadole była ciemna i cicha. Naprost okna księżyc oświetlał drzewa Starego Cmentarza św. Jana, tuż za wielką, ciemną głową lwa na pomniku. Ania nie mogła uwierzyć, że tegoż ranka dopiero opuściła Zielone Wzgórze. Doznawała wrażenia długiego upływu czasu, jakie daje często jeden dzień zmiany i podróży.
- Ten sam księżyc spogląda teraz pewnie na Zielone Wzgórze - szepnęła do siebie. - Ale nie będę myślała u tem. To prowadzi do tęsknoty. Nie wypłaczę się nawet. Odłożę to na odpowiedniejszą porę, a teraz położę się spokojnie i rozsądnie do łóżka.
CZĘŚĆ DRUGA.
Rozdział I. Bezdroża wyobraźni.
I znowu zawitała wiosna na Zielone Wzgórze, owa piękna, choć kapryśna i ociągająca się kanadyjska wiosna! Zwlekała cały kwiecień i maj, wysyłając na przemiany dni chłodne lub ciepłe, o purpurowych zachodach słońca i cudach zmartwychwstania natury. Klony w Alei Zakochanych pokryte były czerwono-brunatnemi pąkami, a wokoło Źródła Nimf leśnych wykwitały drobne kędzierzawe listki paproci. Dalej w gaiku poza domkiem pana Slone kwitły białe konwalijki, roztaczając słodki zapach. Wszystkie dzieci uczęszczające do szkoły spędziły już raz cudne popołudnie na zrywaniu ich i powróciły o zmierzchu do domów z rękami i koszykami pełnemi kwiecia.
- Tak mi żal ludzi, mieszkających w krajach, gdzie niema konwalijek - mówiła Ania. - Djana twierdzi, iż posiadają zapewne natomiast coś lepszego ale czyż może istnieć coś piękniejszego nad konwalijki? Jak Maryla sądzi? Przecież nie! I Djana mówi, że jeśli nie znają konwalijek, to i nie tęsknią za niemi. Ale mnie to właśnie wydaje się najsmutniejszem. Uważam, że byłoby wprost tragicznem nie znać ich i nie tęsknić do nich! Czy Maryla wie, jak ja sobie wyobrażam, czem są konwalijki! Sądzę, że muszą to być duszyczki kwiatów, które zwiędły poprzedniego lata i tutaj znalazły swój raj. Ale też spędziliśmy dziś rozkoszne popołudnie, Marylo! Jedliśmy podwieczorek w zacisznym parowie, porosłym mchami, niedaleko starej studni. Co za romantyczne miejsce! Karolek Slone wyzwał Artura Gillis, aby przeskoczył rów, i Artur był zmuszony to uczynić, bo wszakże nie mógł nie przyjąć wyzwania. Nikt w szkole nie ważyłby się odmówić. Wyzywać jest u nas bardzo w modzie. Pan Philips oddał wszystkie zebrane przez siebie kwiaty Prissy Andrews i wyraźnie słyszałam, jak wyrzekł: "Słodkie dla słodkiej!" Wyrażenie to wyjęte było z książki, wiem dobrze, ale, bądź co bądź, dowodzi, że posiada on trochę polotu, jeśli potrafił je odpowiednio zastosować. Mnie także ofiarował ktoś wiązankę konwalijek, lecz odrzuciłam je z pogardą. Nie mogę powiedzieć imienia tej osoby, bo uroczyście przyrzekłam, iż imię to nigdy nie przejdzie przez moje usta. Uwiliśmy wianki z zebranych kwiatków i przystroiliśmy niemi nasze kapelusze. A kiedy nadeszła chwila powrotu do domu, ruszyliśmy, śpiewając głośno, para za parą, wielkim gościńcem, z wiązankami i wieńcami w rękach. Ach, jakież to było wspaniałe! Wszyscy mieszkańcy dworku pana Slone wybiegli, by się nam przypatrzeć, a każdy spotkany na drodze zatrzymywał się i spoglądał za nami. Zwracaliśmy powszechną uwagę...
- Nic dziwnego! Małoż jest gapiów! - zauważyła Maryla.
Po konwalijkach nastąpiły fiołki i cała dolina Fiołków pokryła się niemi. Ania dążyła pośród nich do szkoły, ostrożnie stąpając i obejmując je wzrokiem pełnym miłości, jakgdyby chodziła po poświęconej ziemi.
- Nieraz - zwierzała się Djanie - kiedy przechodzę tędy, najzupełniej jest mi obojętne, czy Gil... czy ktokolwiek inny w klasie zajmie pierwsze miejsce. Lecz kiedy jestem w szkole, doznaję zupełnie innych uczuć i staję się znowu ambitną. Takie to są we mnie dwie rozmaite Anny. Nieraz przychodzi mi na myśl, że dlatego zapewne jestem takim niespokojnym duchem! Jeśli byłabym tylko jedną Anią, życie płynęłoby mi wprawdzie daleko spokojniej, lecz ani w części tak zajmująco.
Był piękny wieczór czerwcowy. Drzewa sadów stały znowu w pełni różowego kwiecia, żaby rechotały chórem w błotach, okalających Jezioro lśniących wód, a powietrze pełne było słodkich zapachów pól koniczyny i balsamicznej żywicy lasów. Ania siedziała u okna swego pokoiku. Zajęta była odrabianiem lekcyj. Gdy ściemniło się w tym stopniu, że nie mogła już dłużej czytać, pogrążyła się w zadumie, zatopiwszy wzrok w gałęziach Królowej Śniegu, osypanej znowu pąkami wspaniałego kwiecia.
Właściwie pokoik na facjatce nie zmienił swego wyglądu. Ściany pozostały równie białe, poduszka do igieł równie twarda, zaś żółte krzesła tak samo żółte jak ongi. A jednak charakter pokoiku uległ pewnej zmianie. Pełen był jakiegoś nowego żywego i silnie pulsującego ducha, zdającego się go przenikać, a duch ten był absolutnie niezależny od książek szkolnych, mundurka i wstążek dziewczęcia tu mieszkającego, a nawet od pękniętego niebieskiego dzbana, napełnionego kwiatem jabłoni. Zdawaćby się mogło, że wszystkie sny i marzenia, snute we śnie czy na jawie przez niezwykle żywą mieszkankę tego pokoiku, oblekły się w widoczną, choć niematerjalną formę, i osnuły nagie ściany najwspanialszemi tkaninami barw tęczowych i blasków księżyca.
W tej chwili właśnie do pokoju weszła nagle Maryla, trzymając w obu rękach świeżo uprasowane szkolne fartuszki Ani. Zawiesiwszy je na krzesełku, usiadła znużona i westchnęła. Przebyła właśnie ciężką, od czasu do czasu nawiedzającą ją migrenę, po skończeniu której czuła się zwykle bardzo osłabiona i wyczerpana. Ania przyglądała się swej opiekunce oczami pełnemi przywiązania.
- Naprawdę, życzyłabym sobie, abym to ja, zamiast Maryli miewała migrenę. Poddałabym się jej z radością - rzekła.
- Uważam, żeś już dość uczyniła, zastąpiwszy mnie w zajęciach i tem samem pozwalając mi wypocząć - zauważyła Maryla. - Wydaje mi się nawet, że ci się wcale nieźle powiodło i popełniłaś mniej błędów, niż kiedykolwiek. Zapewne, że niekoniecznem było ukrochmalić chustki do nosa Mateusza! I większość gospodyń, wstawiwszy pierog z mięsem dla odgrzania do pieca, wyjmuje go, gdy jest ciepły, zamiast pozwolić mu się spalić na węgiel. Widocznie jednak ty innego jesteś zdania.
Po migrenie Maryla bywała zwykle nieco ironicznie usposobiona.
- Ach, jakże mi przykro! - rzekła Ania ze smutkiem. - Nie myślałam ani trochę o tym pierogu od czasu, gdym go wstawiła w piec aż do chwili obecnej, pomimo, żem instynktownie czuła, iż brak czegoś do obiadu. Dziś rano, kiedy mi Maryla powierzyła gospodarstwo, postanowiłam niezłomnie nic sobie nie wyobrażać, a myśli moje zaprzątać tylko rzeczywistymi faktami. Zachowywałam się też odpowiednio aż do czasu, gdy wstawiłam pierog do pieca, lecz wtedy wzięła mnie nieprzezwyciężona ochota wyobrażenia sobie, iż jestem zaczarowaną księżniczką, uwięzioną w wysokiej odosobnionej wieży i że nagle zjawia się elegancki rycerz, pędzący na czarnym, jak węgiel rumaku dla oswobodzenia mnie. W ten sposób zapomniałam o pierogu. Nie przypominam też sobie wcale, bym krochmaliła chustki do nosa Mateusza! Prasując je, bezustannie myślałam, jakieby imię nadać nowej wysepce, którą wraz z Djaną odkryłyśmy poza strumieniem. Jest to wyjątkowo urocze miejsce, Marylo! osłonięte dwoma wspaniałemi klonami, a strumień toczy swe wody wokoło. Wreszcie wpadło mi na myśl nazwać je "Wyspą Wiktorji", bośmy ją odkryły w dzień urodzin królowej. Obie, Djana i ja, jesteśmy niezwykle lojalne... Lecz pierog i chustki do nosa bardzo mnie martwią. Pragnęłam być dziś niezwykle dzielną i rozważną, bo to rocznica. Czy Maryla przypomina sobie, co się właśnie stało rok temu?
- Nie, nie pamiętam nic niezwykłego.
- Ach, Marylo, wszakże był to dzień mego przybycia na Zielone Wzgórze. Nigdy tego nie zapomnę. Był to przełom w mojem życiu. Zapewne, że dla was nie była to taka ważna chwila. Spędziłam tutaj rok życia i byłam przez ten czas taka szczęśliwa! Bez wątpienia miewałam i smutki, ale starałam się je zapomnieć. Czy Maryla żałuje, że mnie zatrzymała?
- O nie, nie mogę powiedzieć, że żałuję - odrzekła Maryla, która już niejednokrotnie zastanawiała się nad tem, jak mogła żyć, zanim Ania przybyła na Zielone Wzgórze. - Nie, nie żałuję.. Jeśli skończyłaś już odrabiać swe zadania, Aniu, skocz do pani Barry i poproś, aby mi pożyczyła wzoru fartuszka.
- Ach... jest... jest tak ciemno - broniła się Ania.
- Tak ciemno? Cóż znowu! Zmierzch ledwie zapadł. A zresztą, przecież często biegłaś tam o wiele później, w ciemną noc.
- Pójdę tam rano - opierała się Ania gorąco. - Wstanę o wschodzie słońca i natychmiast tam pójdę.
- Co za pomysły, Aniu! Fartuszek muszę skroić dziś wieczorem jeszcze. Idź natychmiast i wracaj czemprędzej.
- W takim razie wolę pójść gościńcem - rzekła Ania, sięgając niechętnie po kapelusz.
- Iść gościńcem i zmarnować pół godziny czasu! To mi się podoba, wistocie!
- Ależ, Marylo, ja nie mogę przejść Lasem Duchów! - wybuchnęła Ania rozpaczliwym płaczem.
Maryla osłupiała.
- Las Duchów! Czyś ty oszalała? Gdzież u licha istnieje Las Duchów?
- Jest to lasek sosnowy po drugiej stronie strumienia - wyszeptała Ania.
- Co za głupstwa! Nigdy i nigdzie nie istniał w Avonlei Las Duchów!... Któż to wmówił ci takie bajki?
- Nikt - tłumaczyła się Ania. - Djana i ja wyobraziłyśmy sobie, że las jest zaczarowany. Wszystkie miejsca tu w pobliżu są tak bardzo... tak bardzo... pospolite. Więc ułożyłyśmy sobie tak dla przyjemności. Wpadłyśmy na ten pomysł już w kwietniu. Las Duchów to takie romantyczne, Marylo. Wybrałyśmy lasek sosnowy, dlatego że jest w nim ciemno. Ach, wyobrażałyśmy sobie najbardziej wstrząsające obrazy. Oto np. właśnie o obecnej porze przechadza się wzdłuż strumienia biała dama, załamując dłonie i wydając żałosne jęki. Ukazuje się ona wówczas, gdy w rodzinie ma nastąpić wypadek śmierci. Gdzieindziej znowu błąka się duch maleńkiego zamordowanego dzieciątka. Podkrada się poza ciebie i zimnemi palcami dotyka się twojej ręki... ot tak. Ach, Marylo, drżę cała, gdy myślę o tem. Tam znowu po ścieżce idzie, chwiejąc się, jakiś mężczyzna bez głowy... szkielety wychylają się z pomiędzy krzaków. Ach, Marylo, za nic w świecie nie odważę się przejść w ciemności poprzez Las Duchów. Jestem pewna, że białe postacie wypadłyby z poza drzew i pochwyciły mnie..
- Czy słyszał kiedy kto coś podobnego! - zawołała Maryla, słuchająca dotąd w milczącem zdziwieniu. - Nie chciałabyś wszakże, Aniu, przekonywać mnie, że wierzysz w te wszystkie głupstwa, powstałe w twej wyobraźni.
- Wierzę nie zupełnie - wyznała Ania. - Wreszcie nie wierzę podczas dnia. Ale w nocy, Marylo, to co innego. Wtedy właśnie duchy przechadzają się po lesie.
- Niema duchów na świecie, Aniu.
- Ależ są, Marylo, bez wątpienia - zawołała Ania z żywością. - Znam osoby, które je widziały. Osoby bardzo godne szacunku. Karolek Slone opowiada, że babka jego widziała pewnego wieczora dziadka, zapędzającego krowy do obory, podczas gdy rok minął od czasu, gdy go pochowano. A przecież Maryla wie dobrze, że babka Karolka Slone nie opowiadałaby bajek. Jest to bardzo religijna osoba. Zaś ojciec pani Tomas był którejś nocy ścigany przez baranka z uciętą głową, zwisającą się na strzępie skóry. Mówił, że z pewnością był to duch jego brata, ostrzegający go, że umrze za dziewięć dni. Co prawda, nie umarł wtedy, dopiero po dwóch latach. Ale Maryla widzi, że to była prawda. A Ruby Gillis mówi...
- Aniu! - przerwała Maryla surowo. - Nie pozwalam ci opowiadać takich bredni. Dawno już twierdziłam, że nie trzymasz na wodzy swej wyobraźni, a dziś widzę że miarka się przebrała i wybryków tego rodzaju dłużej tolerować nie wolno. Pójdziesz natychmiast do państwa Barrych i pójdziesz właśnie przez lasek sosnowy. Niechaj ci to posłuży za nauczkę i za przestrogę. A pamiętaj nigdy już nie powtarzać bajek o Lesie Duchów.
Napróżno Ania błagała... a czyniła to nie na żarty... bo wistocie była bardzo strwożona. Bujna jej wyobraźnia spłatała jej tym razem niemiłego figla, i strach niewymowny ogarniał ją na myśl o przejściu przez lasek sosnowy po zapadnięciu nocy. Lecz Maryla pozostała nieubłagana. Sama odprowadziła drżącą wywoływaczkę duchów do strumienia i kazała jej pójść prostą drogą poprzez most w ciemne schronienie jęczących białych dam i duchów bezgłowych.
- Ach, Marylo, jakże można być tak okrutną! - płakała Ania. - Co Maryla uczyni, jeśli tu nagle okaże się jakiś biały cień, który mnie porwie i uniesie?
- Będę za to odpowiedzialna - odrzekła Maryla bez litości. - Wiesz dobrze, że zawsze mówię to, co myślę. Wyleczę cię z manji zaludniania lasu duchami. Proszę, idź naprzód!
Ania poszła dalej. Właściwie nie szła, a chwiała się na mostku i drżąca przebiegła okropnie ciemną dróżkę poza nim. Nigdy w życiu nie zapomniała tej przechadzki. Gorzko żałowała, iż tak nie potrafiła utrzymać na wodzy swej wyobraźni. Widziadła, twory jej własnej fantazji, czyhały za każdym krzakiem, wysuwając swe chłodne, kościste dłonie, by pochwycić strwożone dziewczątko, które je powołało do życia. Kawał kory brzozowej, porwany podmuchem wichru i ciskany tam i z powrotem po zwiędłych, szeleszczących liściach, sprawił, że na chwilę serce w niej zamarło. Przeciągły jęk dwóch starych gałęzi, trących się o siebie, sprowadził krople potu na jej czoło. Łomocące w ciemnościach skrzydła nietoperzy wydawały jej się skrzydłami nieziemskich postaci.
Kiedy wreszcie dobiegła do otwartego pola pana Bella, popędziła niem na przełaj, niby ścigana przez hufiec białych cieni, i dopadła drzwi kuchni rodziny Barrych zziajana, bez tchu prawie, ledwie zdolna wyjąkać prośbę o pożyczenie wzoru fartuszka. Djany nie zastała w domu, nie było więc powodu do zatrzymywania się tam dłużej. Należało natychmiast udać się w powrotną tak bardzo przerażającą drogę. Ania przebyła ją z zamkniętemi oczami; wolała raczej rozbić sobie głowę o wystające gałęzie drzewa, niż ujrzeć jakąś białą postać.
Kiedy wreszcie chwiejnym krokiem przebyła deski kładki, z piersi jej wydobyło się długie westchnienie ulgi.
- No, i cóż, nikt cię nie porwał? - spytała nielitościwa Maryla.
- Ach Marylo! - jęknęła Ania. - Będę się już teraz zadowalała pospolitemi miejscami.
Rozdział III. Zdumienie Maryli Cutbert.
Na odgłos kroków brata Maryla szybko wybiegła na jego spotkanie. Lecz kiedy wzrok jej padł na dziwaczne, małe stworzenie, w ciasnej, grubej sukience, z długiemi, ognisto-czerwonemi warkoczami i oczami błyszczącemi radością, cofnęła się, zdumiona.
- Cóż to, Mateuszu? - wybuchnęła. - Gdzież jest chłopiec?
- Nie było tam chłopca - odpowiedział Mateusz nieśmiało. - Była tylko ona.
Wskazał dziewczynkę, przypomniawszy sobie dopiero teraz, że nie zapytał jej nawet o imię.
- Nie było chłopca? - Ależ musiał tam być - nalegała Maryla. - Wszakże prosiliśmy panią Spencer, by go przywiozła.
- Tak, ale nie uczyniła tego. Przywiozła właśnie tę dziewczynkę. Pytałem zawiadowcę stacji, ale ten powiedział, że pani Spencer zostawiła tylko ją. I musiałem ją zabrać do domu. Nie można było zostawić dziecka na pustej stacji, nawet jeśli zaszła jakaś pomyłka.
- A to paradne! - zawołała Maryla.
Podczas tej rozmowy dziewczynka milczała, a oczy jej krążyły od Maryli do Mateusza. Wyraz radości znikł z jej twarzyczki. Zdawało się, że nagle zrozumiała treść rozmowy. Rzuciwszy swą drogocenną torbę, zrobiła kilka kroków naprzód i załamała ręce.
- Nie chcecie mnie! - krzyknęła. - Nie chcecie mnie dlatego, że nie jestem chłopcem! Powinnam się była tego spodziewać! Nikt mnie nie chciał! Zawsze tak bywało! Powinnam była rozumieć, że to było zbyt piękne, aby mogło się spełnić! Powinnam była wiedzieć, że mnie nigdy nikt nie zechce! Ale cóż ja pocznę? - Rozpłynę się chyba we łzach!
I uczyniła to. Opadłszy na krzesło, zarzuciła ręce nad głowę, potem ukryła twarz w dłonie i zaczęła gwałtownie szlochać.
Maryla i Mateusz spoglądali na siebie przerażeni. Żadne z nich nie wiedziało, co począć, co powiedzieć. Wreszcie Maryla przerwała milczenie.
- Cicho, cicho, przecież niema znowu o co tak rozpaczać!
- Niema o co?
Dziewczynka szybko podniosła głowę i ukazała twarzyczkę, skąpaną we łzach, oraz drgające usta.
- Pani także płakałaby, gdyby, będąc sierotą, przybyła pod dach domu, który miał zostać jej rodzinnym domem, i nagle dowiedziałaby się, że pani nie chcą, bo nie jest chłopcem! O, jest to najtragiczniejsza chwila, jaką przeżyłam!
Coś, jakby niechętny uśmiech, trochę leniwy, bo dawno nieczynny, złagodził surowy wyraz twarzy Maryli.
- Nie płacz tylko! Nie wyrzucamy cię przecież za drzwi dziś wieczór! Pozostaniesz u nas, dopóki się cała ta sprawa nie wyjaśni. Jak się nazywasz?
Dziewczynka zawahała się przez chwilę.
- Możeby pani zechciała nazywać mnie Kordelją? - rzekła śpiesznie.
- Nazywać cię Kordelją? Czy to nie jest twoje imię?
- Nie-e-e, nie zupełnie, ale chciałabym nazywać się Kordelją. To brzmi tak dystyngowanie!
- Nie pojmuję, o co ci chodzi. Jeśli nie nazywasz się Kordelja, jakie masz imię?
- Anna Shirley - wyjąkała niechętnie właścicielka tego imienia. - Ale proszę, niech pani nazywa mnie Kordelją. Wszakże dla pani jest to obojętne, jak na mnie wołać będzie, jeśli pozostanę tutaj niedługo. A przecież Anna to takie nieromantyczne imię.
- Romantyczne, czy nieromantyczne! - odburknęła prozaiczna Maryla. - Anna jest skromne i rozumne imię. Nie masz powodu się go wstydzić.
- Ja się go nie wstydzę - odpowiedziała Anna, - tylko Kordelja więcej mi się podoba, i w ostatnich czasach wmówiłam sobie, że się tak nazywam. Kiedy byłam młodsza, wolałam imię Geraldyny, ale teraz jestem zdania, że Kordelja jest ładniejsze. Jeśli jednak pani chce koniecznie nazywać mnie Anną, proszę przynajmniej mówić "Aniu", zamiast Andziu.
- Myślę, że to wszystko jedno - rzekła Maryla z owym niedostrzegalnym uśmiechem.
- O nie, to wielka różnica! To brzmi o wiele, o wiele delikatniej. Wymawiając jakieś imię, widzimy je natychmiast przed sobą, jak gdyby było wydrukowane; przynajmniej ja tak odczuwam. Andzia wygląda ohydnie, zaś Ania delikatnie. Jeśli więc pani zechce nazywać mnie Anią, postaram pogodzić się z myślą, że nie noszę imienia Kordelji.
- A więc, Aniu, nie Andziu, czy możesz nam powiedzieć, w jaki sposób zaszło to nieporozumienie? Prosiliśmy panią Spencer, by nam przywiozła chłopca. Czy w Domu Sierot nie było chłopców?
- Owszem, jest ich bardzo wielu. Lecz pani Spencer powiedziała wyraźnie, że państwo życzą sobie wziąć jedenastoletnią dziewczynkę. Wtedy przełożona uznała, że ja będę najodpowiedniejsza. Pani niema pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam! Całą noc nie spałam z radości! Ach - dodała, zwracając się z wyrzutem do Mateusza - czemuż nie powiedział mi pan na dworcu, że to pomyłka, i nie pozostawił mnie tam? Gdyby nie widziała Białej drogi rozkoszy ani Jeziora lśniących wód, nie byłoby mi tak ciężko na duszy.
- O czem ona mówi? - spytała Maryla brata.
- Przypomina sobie... szczegóły naszej rozmowy, podczas gdyśmy jechali... - odpowiedział śpiesznie Mateusz. - Idę wyprząc klacz, Marylo. Proszę cię, przygotuj herbatę, zanim powrócę.
- Czy pani Spencer wiozła jeszcze jakie dziecko? - pytała dalej Maryla po odejściu Mateusza.
- Owszem, zabrała Lutka Jonesa dla siebie. Lutek ma zaledwie pięć lat i jest bardzo piękny. Ma ciemne, kasztanowate włosy. Gdybym ja miała kasztanowate włosy i była bardzo piękna, czybyście mnie także nie przyjęli?
- O, nie. Chcieliśmy chłopca, któryby pomagał Mateuszowi w gospodarstwie. Nie potrzeba nam dziewczyny. Zdejm kapelusz! Położę go wraz z twoją torbą na stole w sieni.
Ania posłusznie zdjęła kapelusz. Po chwili wrócił Mateusz i zasiedli do wieczerzy. Ale Ania nic nie jadła. Napróżno dziobała, jak ptaszek, chleb z masłem i marmeladę jabłkową, podaną jej na szklanej podstawce. Widocznem było, że nie mogła przełknąć ani jednego kęsa.
- Ależ ty nic nie jesz! - zauważyła Maryla, rzucając jej spojrzenie surowe, jakby za jakiś czyn, godny nagany.
Ania westchnęła.
- Nie mogę. Wpadłam w otchłań rozpaczy. Czyby pani miała ochotę do jedzenia, gdyby pani wpadła w otchłań rozpaczy?
- Nie mogę tego powiedzieć, bom tam nigdy nie była - odrzekła Maryla sucho.
- Ach, pani nie była... Ale chyba że pani to sobie kiedy wyobrażała?
- Nie, i to nie.
- Ha, w takim razie przypuszczam, że pani nie może zrozumieć tego uczucia. Jest ono bardzo nieprzyjemne... Kiedy się wtedy próbuje jeść, w gardle coś staje i nie można nic przełknąć, nawet czekoladki. Dwa lata temu jadłam czekoladkę. Było to coś przepysznego! Odtąd często śniłam, że mam całą torebkę czekoladek, lecz zawsze, ilekroć sięgnęłam po pierwszą, budziłam się. Przecież nie będziecie się gniewali o to, że nie jem. Wszystko tutaj jest doskonałe, ale jednak nie mogę...
- Jest pewnie zmęczona - rzekł Mateusz, który od chwili powrotu nie wyrzekł ani słowa. - Najlepiej byłoby kazać jej pójść spać.
Maryla myślała właśnie nad tem, gdzieby Ania mogła przepędzić noc. Przygotowała była dla oczekiwanego chłopca komórkę obok kuchni. Lecz pomimo że był to kąt czysty i jasny, nie wydawał jej się odpowiedni dla dziewczynki. Wobec tego, że o przyjęciu takiej bezdomnej istoty w gościnnym pokoju mowy być nie mogło, pozostawał tylko pokoiczek na facjatce.
Maryla zapaliła świecę i kazała Ani pójść za sobą, co też dziewczynka uczyniła, zabierając po drodze przez sień torbę swoją i kapelusz. Sień była także bez zarzutu, a pokoik na górze, w którym się Ania znalazła po chwili, wydawał się jeszcze czyściejszym.
Maryla postawiła lichtarz na małym trójnożnym stoliku i odgarnęła kołdrę z łóżka.
- Masz pewnie koszulę nocną? - spytała.
Ania skinęła głową potwierdzająco.
- Owszem, mam dwie. Przełożona mi je uszyła. Są strasznie wąskie. Wszystko w Domu Sierot jest bardzo szczupło wymierzone, wszystkiego jest skąpo, więc też i szyją oszczędnie... przynajmniej w takim ubogim przytułku, jakim jest nasz. Niecierpię krótkich i ciasnych nocnych koszul. Ale przecież można w nich równie przyjemnie śnić jak w ozdobionych haftami i oszytych koronką wokoło szyi. To jest jedyna pociecha.
- Tak, ale rozbierz się jak najprędzej i kładź się do łóżka. Powrócę za pięć minut zagasić świecę. Nie byłabym spokojna, gdybym to tobie poleciła. Mogłabyś zaprószyć ogień.
Po odejściu Maryli Ania rozejrzała się wokoło. Białe tynkowane ściany były takie nagie i smutne, jak gdyby się same litowały nad swem ubóstwem. Podłoga była także goła; tylko pośrodku leżała okrągła pleciona mata, jakiej Ania nigdy dotąd nie widziała. W jednym kącie pokoju znajdowało się wysokie, staroświeckie łóżko o czterech ciemnych słupach, przeznaczonych do zawieszania kotary. W drugim kącie trójnożny stolik, a na nim czerwona aksamitna poduszeczka do szpilek, dość twarda, by złamać ostrze najgrubszej nawet igły. Nad stolikiem maleńkie podłużne lusterko. Pomiędzy łóżkiem a stolikiem znajdowało się okno, przybrane u góry śnieżno-białą muślinową falbaną, zaś wprost okna umywalka. Od całego tego pokoiku wiał przerażający chłód, nie dający się wcale opisać. To też przejął on biedną Anię do szpiku kości.
Szlochając, szybko zrzuciła z siebie ubranie, włożyła ciasną nocną koszulę i wskoczyła do łóżka, aby, zatopiwszy twarz w poduszce, nakryć się kołdrą aż na głowę.
Kiedy Maryla powróciła, by zabrać świecę, rozrzucone po podłodze rozmaite części ubrania i nastroszona pościel były jedyną oznaką czyjejś obecności w pokoju.
Spokojnie podniosła ubranie Ani, złożyła je w porządku na niskiem, ceratowem krześle, wzięła świecę i zbliżyła się do łóżka.
- Dobranoc! - rzekła.
Blada twarzyczka Ani i wielkie jej oczy wyjrzały natychmiast z pod kołdry.
- Jakże mówi mi pani "dobra" noc, wiedząc, że będzie to najgorsza noc, jaką kiedykolwiek przeżyłam - rzekła z wyrzutem.
Poczem znowu zniknęła pod kołdrą.
Maryla powoli zeszła do kuchni i zaczęła zmywać naczynia od wieczerzy. Mateusz palił fajkę - niewątpliwa oznaka złego humoru. Palił rzadko, bo Maryla nie lubiła tego, nazywając używanie fajki złem przezwyczajeniem. Nieraz jednak pozwalał sobie na ten wybryk, na co siostra patrzała wtedy przez palce.
- Tak, ładna historja! - rzekła gniewnie. - Przez posły wilk nie tyje. Prawdopodobnie służący pani Spencer przekręcił treść naszej prośby. Jutro musi jedno z nas pojechać rozmówić się z panią Spencer. Dziewczynę należy odesłać do Domu Sierot.
- Tak sądzę - odpowiedział Mateusz jakby bez przekonania.
- Sądzisz? - czy nie uważasz tego za konieczne?
- Wiesz, Marylo, to jest bardzo miłe stworzenie. Naprawdę, że przykro jest odesłać tę dziewczynkę, kiedy tak bardzo pragnęłaby tu pozostać.
- Ależ, Mateuszu, czyż, zdaniem twojem, powinnibyśmy ją zatrzymać?
Zdziwienie Maryli nie byłoby większe, gdyby jej spokojny brat wypowiedział chęć chodzenia na głowie.
- Nie, nie, nie zupełnie - wyjąkał Mateusz, nie wiedząc, jak wybrnąć. - Uważam... że nie mogą żądać tego od nas.
- Co znowu! A właściwie czem byłaby ona dla nas?
- Może my bylibyśmy czemś dla niej, Marylo - wyrzekł Mateusz zupełnie niespodzianie.
- Mateuszu! zdaje mi się, że to dziecko zaczarowało cię! Widzę, że pragniesz je zatrzymać!
- Wierzaj mi, że to bardzo ciekawa istota! - przekonywał Mateusz. - Gdybyś ją słyszała rozprawiającą, kiedyśmy wracali z dworca...
- O, mówić ona potrafi! Odrazu to poznałam. I to wcale dobrze o niej nie świadczy. Nie lubię dzieci, które dużo mówią. Nigdy nie pragnęłam dziewczynki z przytułku, a gdybym miała wybierać, to w każdym razie nie tego rodzaju. Jest w niej coś, czego nie rozumiem. Nie, odeślemy ją tą samą drogą, jaką przybyła.
- Możebym ja wziął francuskiego chłopca do pomocy w gospodarstwie, a tybyś ją zatrzymała do towarzystwa - rzekł Mateusz.
- Nie potrzeba mi towarzystwa - odburknęła Maryla szorstko. - Nie mam zamiaru zatrzymać jej.
- Zrobisz tak jak sama zechcesz - odpowiedział Mateusz, wstając i odkładając fajkę. - Idę spać; dobranoc.
Mateusz odszedł. Wkrótce i Maryla, pozmywawszy naczynia kuchenne, udała się na spoczynek. Zaś na facjatce, o piętro wyżej, leżała samotna, bezdomna, spragniona miłości dziecina, którą gorzki płacz ukołysał wreszcie do snu.
Rozdział II. Zdumienie Mateusza.
Mateusz Cutbert wolnym krokiem przejechał osiem mil, dzielących go od Szerokiej Rzeki. Śliczną była owa droga, wijąca się pomiędzy dwoma szeregami wygodnych dworków, miejscami przerzynana skrawkiem lasu sosnowego o balsamicznym zapachu żywicy lub jakąś dolinką, gdzie dzikie śliwy wyciągały swe gałęzie, osypane puszystym kwieciem. Powietrze nasycone było zapachami niezliczonych sadów jabłkowych, łąki gubiły się w dali na horyzoncie w purpurze i opalu, a ptaszki śpiewały i wyciągały trele z taką radością, jaka się należy pierwszym dniom wiosny.
Mateusz rozkoszował się tą przejażdżką we właściwy sobie sposób. Urok psuły mu jedynie chwile, w których musiał się kłaniać spotykanym kobietom. Na wyspie księcia Edwarda panuje bowiem zwyczaj kłaniania się każdej spotykanej osobie, czy to znajomej, czy obcej.
Mateusz nie lubił kobiet, prócz swej siostry Maryli i pani Małgorzaty. Podejrzywał te tajemnicze istoty, że w duchu śmieją się zeń. Właściwie miał zupełne prawo tak sądzić, gdyż powierzchowność jego była naprawdę dość śmieszna; niezgrabna figura, długie popielato-siwe włosy, sięgające zgarbionych pleców, i gęsta, ciemna broda, którą zapuścił, mając lat dwadzieścia. Prawdę mówiąc, kiedy miał lat dwadzieścia, wyglądał tak samo, jak obecnie. Tyle tylko, że nie był siwy.
Przybywszy na stację, nie zastał ani znaku pociągu. Przypuszczając, że zajechał zbyt wcześnie, uwiązał klacz w podwórzu małego zajazdu i udał się na dworzec. Długi peron był prawie pusty. Jedyną żywą istotą była dziewczynka, siedząca na stosie dachówek.
Mateusz, zauważywszy, że to dziewczynka, przemknął się obok, nie patrząc na nią nawet. Gdyby się jej był przyjrzał, nie uszedłby jego uwadze wyraz pełen niepokoju i wyczekiwania, jaki się na całej tej małej postaci malował. Widocznie czekała tu na kogoś czy też na coś, a że oczekiwanie było w tej chwili jej jedyną czynnością, oddawała jej się z całem przejęciem, na jakie się zdobyć potrafiła.
Spotkawszy zawiadowcę stacji, zamykającego właśnie okienko kasy, z zamiarem udania się do domu na wieczerzę, Mateusz zapytał go, czy pociąg, przybywający o pół do szóstej, nieprędko nadejdzie?
- Pociąg ten już był przybył i odszedł pół godziny temu - odpowiedział zapytany. - Wysiadł zaś jeden tylko pasażer, mający jechać do was - jakaś mała dziewczynka. Oto siedzi tam, na tym stosie dachówek. Prosiłem, by weszła do poczekalni dla pań, ale odrzekła, że woli zostać na peronie. Tutaj ma - jakto się ona wyraziła? - więcej pola dla swej wyobraźni. Oryginalny dzieciak, powiadam panu!
- Ależ ja nie oczekuję żadnej dziewczynki - odpowiedział Mateusz bezradnie. - Przybyłem po chłopca, którego miałem tu zastać. Pani Spencer przyrzekła sprowadzić go z Nowej Szkocji.
Zawiadowca uśmiechnął się.
- W takim razie zaszła jakaś pomyłka - rzekł. - Pani Spencer wyszła z wagonu z tą oto dziewczynką, którą mi powierzyła. Opowiedziała, że pan i pańska siostra bierzecie ją na wychowanie z Domu Sierot i że pan po nią przyjedzie. Oto wszystko, co mogę powiedzieć w tej sprawie. Więcej dzieci z Domu Sierot nie mam na składzie - dodał żartobliwie.
- Nie pojmuję zupełnie - rzekł z zakłopotaniem Mateusz, żałując, że tu niema Maryli dla rozwiązania tej sprawy.
- Najlepiej będzie, jeśli pan sam rozmówi się z dziewczynką - radził zawiadowca. - Z pewnością ona wyjaśni wszystko; jest bowiem niezwykle rezolutna, mogę pana zapewnić. Być może, że w przytułku nie mieli takiego chłopca, jakiego pan sobie życzył.
Skinął głową i odszedł, gdyż był głodny. Biedny Mateusz pozostał sam. Miał uczynić coś, co uważał za gorsze, niż dostanie się do lwiej paszczy. Musiał zwrócić się z pytaniem do dziewczynki - do obcej dziewczynki - do sieroty - z pytaniem, dlaczego nie jest ona chłopcem? Mateusz westchnął ciężko i wolnym krokiem ruszył w stronę, gdzie dziewczynka siedziała.
Już gdy po raz pierwszy przechodził tędy, utkwiła ona weń wzrok, teraz znowu oczy jej spoczęły na nim.
Mateusz nie patrzał na nią, ale gdyby nawet był patrzał, nie spostrzegłby tego, co zwykły obserwator potrafiłby tu zauważyć.
Dziewczynka około lat jedenastu ubrana była w bardzo krótką, bardzo wąską i bardzo brzydką sukienkę z szarożółtawej, domowego wyrobu wełny. Na głowie miała wyblakły, brunatny kapelusz marynarski, z pod którego opadały na ramiona dwa bardzo grube, czerwone, jak ogień, warkocze. Twarzyczka była drobna, blada, chuda i bardzo piegowata, usta duże, oczy takież, przyczem zmieniające barwę, to zielone, to znowu szare.
Tyle widziałby przeciętny obserwator. Bardziej bystry spostrzegacz zauważyłby, że podbródek był szpiczasty i wystający, że wielkie oczy były pełne życia i inteligencji, usta słodkie i wymowne, zaś czoło szerokie i rozumne. Jednem słowem, bardziej spostrzegawczy widz doszedłby do wniosku, że niepospolitą duszyczkę musiała posiadać ta biedna bezdomna istotka, której nieśmiały Mateusz Cutbert tak bardzo się przeraził.
Przykrość rozpoczęcia rozmowy została mu jednakże oszczędzona, bo zaledwie dziewczynka zrozumiała, że prawdopodobnie po nią przyjechał, zerwała się z miejsca, jedną chudą, brunatną rączką chwyciła wytartą, staromodną torbę podróżną, drugą zaś jemu podała.
- Domyślam się, że to pan Mateusz Cutbert z Zielonego Wzgórza - rzekła niezwykle jasnym i miłym głosem. - Cieszę się bardzo, że pana widzę. Zaczęłam się już lękać, że pan po mnie nie przyjedzie i przemyśliwałam, co właściwie mogło panu przeszkodzić. Postanowiłam więc, o ileby pan nie przyjechał po mnie dziś wieczór, wdrapać się po drabinie na szczyt tej oto wielkiej dzikiej wiśni i tam przepędzić noc. Wcalebym się nie bała, bo przecież cudnie byłoby przespać noc pośród białego kwiecia dzikiej wiśni, przy świetle księżyca, prawda? Zdawaćby się mogło, że mieszkam w marmurowym pałacu, czy nie? A byłabym zupełnie spokojna, że jeśli pan nie przybył po mnie dziś wieczór, z pewnością nadjedzie pan jutro wczesnym rankiem.
Mateusz, nieco zmieszany, uścisnął szczupłą dłoń dziewczynki, a jednocześnie stanowczo postanowił nie mówić temu dziecku o błyszczących oczach, że tu zaszło jakieś nieporozumienie. Zabierze ją do domu i niechaj Maryla rozwikła tę sprawę. Nie mógłby jej wszak w żadnym razie, nawet w razie pomyłki, pozostawić na dworcu; więc wszelkie pytania i wyjaśnienia pozostawi do chwili, gdy wreszcie szczęśliwie znajdzie się z powrotem w domu, na Zielonem Wzgórzu.
- Żałuję, żem się spóźnił - rzekł nieśmiało. - Chodź, mała, ze mną! Koń mój czeka dalej. Daj mi twoją torbę!
- Ach, cóż znowu! - zaprotestowała wesoło dziewczynka. - Nie jest ona wcale ciężka. Wprawdzie wszystko, co mam i posiadam, spoczywa w niej, ale pomimo to nie jest ona wcale ciężka. A jeśli nie trzymać jej w pewien odpowiedni sposób, otwiera się z jednej strony. Ja znam ten sposób i dlatego najchętniej sama ją niosę. Jest to niezmiernie stara torba... Ach, jakże się cieszę, że pan przyjechał po mnie, pomimo że cudownie byłoby spać na dzikiej wiśni. Pewnie daleką mamy drogę, prawda? Pani Spencer mówiła mi, że prawie osiem mil. Jestem temu bardzo rada, bo strasznie lubię jechać. Ach, jakże to doskonale, że będę z wami mieszkała i będę do was należała... Nigdy dotąd nie należałam do kogoś. Ale Dom Sierot to już było najgorsze. Przeżyłam tam tylko cztery miesiące, jednak to wystarcza! Przypuszczam, że pan nigdy nie był w Domu Sierot, więc nie może pan sobie wyobrazić, jak tam jest. To chyba najgorsze, co sobie można przedstawić! Pani Spencer uważa, że to bardzo brzydko, iż ja tak mówię, ale ja przecież nic złego nie mam na myśli. Bardzo łatwo jest uczynić nieświadomie coś brzydkiego, prawda? Opiekunowie w Domu Sierot są dobrzy - to pewna. Ale tam niema wcale pola dla imaginacji! Wszystko jest tak jednostajne, takie do siebie podobne... - prócz dzieci, rozumie się. Bo o dzieciach można sobie rozmaite rzeczy wyobrażać. Naprzykład pomyśleć sobie, że ta dziewczynka, obok śpiąca, jest może córką jakiegoś księcia, wykradzioną rodzicom we wczesnem dzieciństwie przez niegodziwą niańkę, która umarła, nie zdążywszy wyznać swego czynu. Zwykle nocami starałam się nie spać i zmyślać takie historje, bo w dzień nie miałam na to czasu. Być może, iż dlatego jestem tak strasznie chuda, bo jestem chuda, czy pan nie uważa tego? Nie mam ani źdźbła mięsa na kościach. Ale chętnie wyobrażam sobie, że jestem pełna i ładna, z dołeczkami na łokciach...
Towarzyszka Mateusza zamilkła, po części dlatego, że zabrakło jej tchu, po części zaś, że właśnie stanęli przy kabrjolecie. Nie wyrzekła już ani jednego słowa, gdy opuszczali miasteczko i wyjechali na stromy pagórek. Droga wrzynała się tu głęboko w soczysty grunt. Po obu jej stronach rosły kwitnące wiśnie i smukłe topole, tworząc niby dach tunelu nad głowami jadących.
Dziewczynka wyciągnęła dłoń i zerwała gałązkę dzikiej śliwy, która musnęła bok kabrjoletu.
- Czyż to nie cudne? Co pan myśli, widząc takie drzewa, osypane śnieżno-białym kwieciem? Cóż one panu przypominają?
- Nie myślę o tem - rzekł Mateusz.
- Ależ pannę młodą, bez wątpienia! Biało ubraną pannę młodą, w białym koronkowym welonie. Nie widziałam panny młodej, ale mogę sobie wyobrazić, że tak właśnie wygląda! Ja z pewnością nigdy nie będę panną młodą. Bo ze mną nikt nie zechce się ożenić... może wreszcie jaki misjonarz, tępiący pogaństwo. Przecież misjonarz nie powinien być wybredny! Ale białą suknię będę może kiedy posiadała. Jest to szczyt moich pragnień ziemskich. Uwielbiam piękne suknie! Nigdy w życiu, jak tylko mogę zapamiętać, nie miałam strojnego ubrania. Tem bardziej tęskni się do czegoś, czego się nie posiadało, czyż nie? A zresztą potrafię sobie wyobrazić, że jestem pięknie ubrana! Dziś rano, kiedym opuszczała Dom Sierot, było mi tak przykro, że musiałam wyjść w tej starej, szkaradnej, codziennej sukni. Wszystkie dzieci noszą tam takie. Jakiś kupiec podarował zeszłej zimy naszemu przytułkowi trzysta metrów tej tkaniny. Niektórzy mówili, że zrobił to dlatego, iż nie mógł rozprzedać tej sztuki, ale ja wolę przypuszczać, że uczynił to z dobrego serca, prawda? Kiedy wsiadłam do wagonu, czułam, że każdy, kto spojrzy na mnie, będzie się nademną litował. Ale ja sama wyobrażałam sobie wtedy, że jestem w bladoniebieskiej jedwabnej sukni - wszakże wyobrażać sobie można i coś najpiękniejszego - w wielkim kapeluszu, przybranym kwiatami i powiewnemi piórami, mam złoty zegarek, cienkie skórkowe rękawiczki i bronzowe trzewiki, zapinane z boku. Byłam taka szczęśliwa, tak się rozkoszowałam tą podróżą! Na statku nie miałam wcale morskiej choroby. I pani Spencer czuła się dobrze, pomimo, że zwykle choruje. Mówiła, że nie miała czasu, bo bezustannie musiała uważać na mnie, bym nie wpadła do wody. Mówiła też, że w życiu nie widziała tak niespokojnego ducha. A przecież, jeśli dzięki mnie uniknęła morskiej choroby, nie powinna była się skarżyć, czy nie? Wszakże nic dziwnego, że chciałam obejrzeć wszystko na statku, bo kto wie, kiedy będę miała znowu sposobność ku temu?... Ach, jakże tu wiele kwitnących drzew wiśniowych! Ta wyspa to wspaniały ogród kwitnący! Już ją kocham i jestem tak bardzo szczęśliwa, że będę tu mieszkała. Słyszałam zawsze, że wyspa księcia Edwarda to najpiękniejsze miejsce na świecie i nieraz wyobrażałam sobie, że mieszkam na niej. Lecz nigdy nie odważyłam się pomyśleć, że rzeczywiście tu zamieszkam. A czyż to nie rozkosznie, jeśli sen się spełnia?... Jakże te czerwone drogi są dziwne! Kiedyśmy wsiadły do wagonu w Charlotte Town i te drogi zaczęły przed nami migać, spytałam panią Spencer, co czyni je czerwonemi? Odpowiedziała, że nie wie i żebym ją, na miłość Boską, zwolniła od tych ciągłych pytań... Powiedziała, żem ją z pewnością pytała przynajmniej sto razy... Być może, ale jakże zrozumieć rozmaite rzeczy, jeśli nie można zadawać pytań? No, i od czegóż są te drogi czerwone?
- Naprawdę, że nie wiem - odrzekł Mateusz.
- A więc jest to jeszcze jedno, na co muszę poszukać wyjaśnienia. Czyż to nie bardzo przyjemnie wiedzieć, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak życiem cieszę... świat jest taki ciekawy... Nie byłby nim ani w połowie, gdybyśmy wszystko wiedzieli już zawczasu, czy nie? Ale ja może za wiele mówię? Zawsze uważają, że jestem zbyt gadatliwa. Możeby pan wołał, ażebym milczała? Jeśli pan sobie życzy, proszę otwarcie powiedzieć. Potrafię milczeć, gdy zechcę. Chociaż to nie jest łatwe.
Mateusz, ku wielkiemu swemu zdziwieniu, czuł się wcale dobrze. Jak ludzie milczący wogóle, lubił osoby gadatliwe, o ile te, rozprawiając, nie wymagały jego współudziału w rozmowie. Lecz nigdy nie przypuszczał, że towarzystwo dziewczynki może być przyjemne. Kobiety były, zdaniem jego, nudne, a cóż dopiero dziewczynki! Nie lubił ich, gdy cichaczem starały się minąć go, zerkając zdala, jak gdyby się lękały, że połknie je jednym tchem, jeśli odważą się wymówić bodaj słówko. Takiemi bowiem były dobrze wychowane dziewczynki z Avonlei. Ale to piegowate, jasnookie stworzonko było zupełnie inne i pomimo, że powolnej inteligencji Mateusza trudno było podążyć za jego żywym biegiem myśli, czuł wyraźnie, że ten szczebiot nie był mu wcale przykrym.
- Mów, ile chcesz. Mnie to nie przeszkadza - rzekł życzliwie.
- Ach, jakże się cieszę! Przeczuwam, że pan i ja będziemy się zgadzali. Przyjemnie jest mówić do syta, a nie być zmuszonym milczeć, dlatego, że dorośli są zdania, iż dzieci powinno się widzieć, a nie słyszeć. Mówili mi to z miljon razy przynajmniej. I śmieją się ze mnie, że używam obrazowych wyrażeń. Ale jeśli ktoś ma piękne myśli, musi wszakże używać pięknych wyrażeń dla określenia ich. Czy nie prawda?
- Owszem, tak się zdaje - potwierdzał Mateusz.
- Pani Spencer mówi, że mój język musi być zawieszony przez środek. Ale to nieprawda, bo jest mocno przytwierdzony z jednego końca. Opowiadała mi, że wasza posiadłość nazywa się Zielone Wzgórze. Wypytywałam ją o wszystko. Mówiła, że otoczona jest wokoło drzewami. Jakże szczęśliwą się uczułam! Ach, kocham drzewa nadewszystko! W naszym przytułku nie było ich wcale; zaledwie kilka biednych, nędznych drzewek u głównego wejścia. One także wyglądały jak sieroty. Tak mi ich strasznie żal było! I często mówiłam do nich: Ach, wy biedne maleństwa! Gdybyście rosły w wielkim szumiącym lesie, w sąsiedztwie innych wielkich drzew, gdzieby drobne mchy i konwalijki leśne pokrywały wasze korzenie, w pobliżu szemrałby strumyk, a w gałęziach świegotały ptaki, czyżbyście wtedy nie rozrosły się szybko? Tutaj, gdzie jesteście, nie możecie się rozwijać! Doskonale rozumiem, jak wy się tu czujecie, kochane drzewka! Przykro mi było dziś rano, kiedym się z niemi żegnała. Człowiek przywiązuje się do niektórych rzeczy, wszak prawda? Czy w pobliżu Zielonego Wzgórza jest jaki strumyczek? Zapomniałam spytać o to panią Spencer!
- Pewnie, że jest, tuż za naszym dworkiem.
- Co za szczęście! Zawsze marzyłam o tem, żeby mieszkać kiedy nad strumykiem! Ale nie spodziewałam się wcale, że to się ziści. Marzenia nie zawsze się spełniają, prawda? Teraz będę prawie zupełnie szczęśliwa! Bo zupełnie szczęśliwą nigdy być nie mogę, gdyż... jaki to jest kolor?
Ujęła jeden ze swych długich, lśniących warkoczy, opadających na chude plecy, i zbliżyła go do oczu Mateusza, który nie przywykł wprawdzie wyrokować o kolorze warkoczy damskich, lecz w tym wypadku nie mógł mieć żadnych wątpliwości.
- Czerwony, czy nie? - rzekł.
Dziewczynka odrzuciła warkocz z westchnieniem tak głębokiem, iż zdawało się wydobywać niemal z jej stóp i wyrażać smutek wielu wieków.
- Tak, czerwony - potwierdziła z rezygnacją. - Teraz zrozumiał pan, dlaczego nie mogę być zupełnie szczęśliwą. Nie może nią być osoba, posiadająca czerwone włosy! Wszystkiem innem: piegami, zielonemi oczami i moją chudością nie martwię się tyle. Potrafię sobie wyobrazić, że jest inaczej. Potrafię sobie wyobrazić, że mam najdelikatniejszą płeć koloru różowego płatka róży i fiołkowe oczy, błyszczące jak gwiazdy. Ale nie mogę sobie wyobrazić, że nie mam tych włosów. Staram się o to, powtarzam sobie: włosy twoje są lśniąco czarne, czarne jak skrzydła krucze. Napróżno! Wiem, że są czerwone, jak ogień, i serce mi pęka z bólu. Będzie to zmartwienie całego mego życia. Czytałam pewnego razu o dziewczynce, która miała troskę przez całe życie, lecz nie o czerwone włosy. Przeciwnie, miała lśniące złote loki, opadające na alabastrowe czoło. Co to znaczy czoło z alabastru? Nigdy nie mogłam się dowiedzieć. Czy pan może mi to objaśnić?
- Nie, obawiam się, że nie potrafię - odrzekł Mateusz.
- No, w każdym razie musiało to być coś bardzo pięknego, bo była bosko piękna. Czy pan może sobie wyobrazić, jak się czuje ktoś, co jest bosko piękny?
- Nie, nie mogę - wyznawał Mateusz skromnie.
- Ja mogę. A gdyby panu kazali wybierać, jakim chciałby pan być, bosko pięknym, tryskającym zdrowiem, czy anielsko dobrym?
- Naprawdę... nie wiem dokładnie.
- Ja też nie wiem. Jestem w nieustannej niepewności! Ale mniejsza o to, bo ja przecież nigdy nie będę taką. A już najpewniej nie będę anielsko dobrą... Pani Spencer mówi, że... ach, panie Cutbert! Ach panie Cutbert, panie Cutbert!
Nie były to słowa pani Spencer. Dziewczynka nie wypadła też z kabrjoletu, ani Mateusz nie uczynił nic niezwykłego. Lecz poprostu skręcili z gościńca i wjechali w Aleję.
"Aleją" nazywali mieszkańcy tych stron długą cztero- czy pięćsetjardową drogę, nad którą sklepiały się dwa rzędy wielkich, w tej chwili białem kwieciem osypanych jabłoni, przed wielu laty zasadzonych tu przez jakiegoś starego rolnika "dziwaka". Jechali pod długiem sklepieniem śnieżnobiałego, pachnącego kwiecia. Panował pod niem łagodny półcień, daleko zaś w głębi lśniło fioletem i purpurą zabarwione wieczorne niebo, niby wielkie różowe okno świątyni.
Cudny ten widok chwilowo odjął mowę dziewczynce. Przechyliła się w tył siedzenia, chude rączyny splotła na kolanach, a twarzyczkę w niemym zachwycie podniosła ku wspaniałemu sklepieniu. Wtedy nawet, gdy już wyjechali z alei, dziewczynka pozostała jeszcze milcząca, bez ruchu.
Przejechali w milczeniu Newbridge, gęsto zaludnione miasteczko, gdzie psy, ujadając, rzuciły się na nich, mali chłopcy witali ich podrzucaniem czapek w górę, a wiele twarzy ciekawie wychyliło się z okien. Przebyli prawie ze trzy mile, a dziewczynka wciąż jeszcze nie zaczynała rozmowy. Prawdopodobnie umiała milczeć równie wytrwale, jak i mówić.
- Domyślam się, że jesteś porządnie zmęczona i głodna - rzekł wreszcie Mateusz, nie mogąc inaczej wytłumaczyć sobie jej milczenia. - Ale znajdujemy się już niedaleko domu, o parę mil tylko.
Z głębokiem westchnieniem ocknęła się ze swych marzeń i spojrzała nań, jak istota, która dotąd bujała w dalekich, gwiaździstych przestworzach.
- Ach, panie Cutbert - szepnęła - to białe... ta biała droga... co to było takiego?
- Masz pewnie Aleję na myśli - odpowiedział Mateusz po chwili namysłu. - Tak, to bardzo ładne miejsce.
- Ładne? O, ładne to wcale niedostateczna nazwa. Ani piękna, to także nie wystarcza. Ono jest cudowne, cudowne! Jest to pierwsza rzecz, którą widziałam w życiu, a której nie możnaby sobie wyobrazić cudowniejszą. Tutaj - wskazała ręką piersi - tutaj sprawiło mi to ból nawet, ale ból przyjemny. Czy pan doznawał kiedy takiego bólu, panie Cutbert?
- Nie, nie pamiętam, abym go miał kiedykolwiek.
- Ja często go doznaję. Zawsze, ilekroć widzę coś cudownie pięknego? Ale dlaczego nazwaliście to królewskie sklepienie Aleją? Przecież ta nazwa nic nie wyraża! Powinnoby to się nazywać... zaraz, pomyślę tylko... Białą drogą rozkoszy. Czy to nie byłaby śliczna nazwa? Kiedy mi się imię jakiejś osoby lub rzeczy nie podoba, zawsze staram się wymyślić inne. W naszym Domu Sierot była dziewczynka, imieniem Hepziba Jenkins, ale ja w myśli zwałam ją zawsze Rozalją de Vere. Niechaj sobie wszyscy ten sklepiony kurytarz nazywają Aleją. Ja zawsze będę mówiła "Biała droga rozkoszy!..." Czy naprawdę będziemy niedługo w domu? Martwię się tem i cieszę. Martwię się, bo ta przejażdżka była tak cudna, a zawsze przykro, kiedy się coś przyjemnego kończy. Przecież i potem może się zdarzyć coś miłego, ale nigdy nie jest się tego pewnym. Wiem to z doświadczenia. A cieszę się, że przyjadę do domu. Widzi pan, od czasu jak zapamiętam, nie miałam nigdy prawdziwego domu. Teraz znowu doznaję tego przyjemnego bólu... Ach, czyż to nie śliczne!
Zjeżdżali właśnie z wierzchołka wzgórza. W dole ujrzeli staw, wyglądający prawie jak rzeczka, taki był długi i kręty. Pośrodku przerzynał go mostek, poniżej którego, odcięta od szafirowej zatoki morskiej łańcuchem piasczystych polanek, mieniła się woda stawu tęczą barw szafranu, szkarłatu oraz jaśniejszej i ciemniejszej zieleni z tysiącem łagodnych półtonów, dla których nie znaleziono jeszcze nazw. Powyżej mostu prześlizgiwał się ów staw pomiędzy gęstemi gajami jodeł i klonów i rozpościerał się ciemno-lśniący w ich cieniu. Tu i owdzie ze stromego wybrzeża wychylała się dzika śliwa, niby zalotne dziewczę, wspinające się na palce, by ujrzeć w wodzie swe własne odbicie. Z bagien w pobliżu stawu rozlegał się dziwnie jasny i melancholijny chór głosów żabich.
Z pomiędzy białych jabłoni, nieco wyżej na wzgórzu, wychylał się niewielki szary domek, a pomimo że zmierzch nie był jeszcze zupełny, z jednego okienka migotało światło.
- Oto jest staw rodziny Barrych - rzekł Mateusz.
- Fe, jaka szkaradna nazwa! Jabym to inaczej określiła... pozwól mi pan pomyśleć... Jezioro lśniącej wody! Tak, to jest odpowiednie. Poznaję to po owym dreszczu, bo jeśli nazwa, którą nadaję, jest naprawdę piękna, to natychmiast dreszcz mnie przejmuje. Czy i pan miewa nieraz dreszcz?
Mateusz pomyślał chwilę.
- O, owszem, zdarza się... Dreszcz zawsze mnie przejmuje, ilekroć widzę te szkaradne białe liszki, pełzające po zagonach ogórków. Niecierpię ich!
- Ach, to jest pewnie zupełnie inny rodzaj dreszczu. Przecież musi być ogromna różnica pomiędzy liszkami a jeziorem o ciemnych, źwierciedlanych falach. Dlaczego ludzie nazywają je stawem Barrych?
- Pewnie dlatego, że w tym małym domku mieszka pan Barry. Posiadłość jego nazywa się Sosnowe Wzgórze.
- Gdyby poza nią nie znajdował się ten gęsty gaj, widzianoby już stąd Zielone Wzgórze. Teraz przejedziemy most, droga skręci na lewo i będziemy o pól mili od domu.
- Czy Pan Barry ma córeczki? Nie maleńkie, ale takie w moim wieku?
- Owszem, ma dziewczynkę jedenastoletnią. Nazywa się Djana.
- Ach! - Ania westchnęła bardzo głęboko. - Cóż za prześliczne imię!
- Nie uważam tego. Brzmi jakoś pogańsko. Ja wolę Jankę, Marynię lub coś podobnego. Ale kiedy Djana przyszła na świat, w domu Barrych był nauczyciel, którego prosili o wybór imienia. On to zaproponował imię Djany.
- Szkoda, że nie było nauczyciela tam, gdzie ja się urodziłam... Ach, oto jesteśmy na moście. Zamykam oczy. Zawsze boję się mostem jechać, bo doznaję uczucia, że kiedy się znajdę pośrodku, most załamie się, jak scyzoryk, i zapadnie pod nami. Dlatego przymykam oczy, ale z boku zerkam, gdy przypuszczam, żeśmy minęli środek mostu. Bo, na wypadek, gdyby się załamał, chciałabym to widzieć... Ach, jakże dudni! Ale oto przejechaliśmy! Teraz spojrzę poza siebie. Dobranoc, kochane "Jezioro lśniącej wody!" Zawsze mawiam dobranoc temu wszystkiemu, co lubię, tak samo jak ludziom. Ta woda patrzy na mnie, jakby się uśmiechała.
Kiedy wjechali na przyległy pagórek i droga znowu zmieniła kierunek, Mateusz rzekł:
- Jesteśmy bardzo blisko domu. Zielone Wzgórze...
- Ach, nie mów pan, gdzie! - przerwała śpiesznie, chwytając jego wyciągnięte ramię, i zamknęła oczy, by nie widzieć, co wskazuje. - Pozwól mi zgadnąć. Jestem pewna, że zgadnę!
Znowu otworzyła oczy i rozejrzała się wokoło. Znajdowali się na szczycie wzgórza. Słońce było już zaszło, ale krajobraz tonął jeszcze w świetle. Na wschodzie ciemna dzwonnica kościółka zarysowywała się na złoto-czerwonawym obłoku. Niżej roztaczała się mała dolina, a po drugiej stronie długi, nieco stromy łańcuch wzgórz, usianych ładnemi dworkami.
Oczy dziewczynki błądziły uważnie i żywo od jednego dworku do drugiego. Wreszcie zatrzymały się na dość obszernym, co stał trochę na lewo, bardzo daleko od gościńca, otoczony kwitnącym sadem, wyraźnie odcinającym się od przyległych lasów. Ponad tym dworem w południowo-wschodniej stronie czystego, wolnego od obłoków nieba, błyszczała wielka gwiazda, niby kryształowa lampa, wskazująca drogę, pełna obietnic.
- To tutaj, prawda? - rzekła, wyciągając rękę w ową stronę.
Mateusz wesoło śmignął klacz.
- Wistocie, zgadłaś! - rzekł - prawdopodobnie pani Spencer bardzo szczegółowo opisała ci wszystko.
- Nie, wcale nie. To, co mówiła, dałoby się równie dobrze zastosować do innych dworków. Nie wytworzyłam sobie wcale dokładnego pojęcia o waszym domu. Lecz zaledwie go dojrzałam, uczułam, że tam znajduje się moja nowa ojczyzna. Ach, czy to aby nie jest sen! Czy pan uwierzy, że moje ramię musi być sine i żółte, tyle razy szczypałam się dziś od rana. Bo chciałam się przebudzić, gdyby to był tylko sen! Szczypałam się, żeby się przekonać, że to prawda... lecz nagle przypomniałam sobie, że jeśli to sen, nie chcę się zbudzić, wolę śnić dłużej i przerwałam szczypanie... Ale to jest przecież rzeczywista prawda i istotnie niedługo będę w domu!
Umilkła z westchnieniem ulgi. Mateusz niespokojnie kręcił się na swem miejscu. Rad był, że to Maryla, a nie on, powie temu biednemu, bezdomnemu dziecku, że dom, do którego tak tęskniła, swych drzwi dla niego nie otworzy.
Zmierzch był już zupełny, kiedy przejeżdżali obok mieszkania pani Linde. Pomimo to czcigodna niewiasta z okna swego potrafiła dojrzeć ich, gdy skręcali na drogę ku Zielonemu Wzgórzu.
Kiedy zajechali w podwórze, Mateusz drżał przed mającem nastąpić wyjaśnieniem, z uczuciem, którego nie potrafił sobie wytłumaczyć. Nie myślał o przykrości, jaką ta omyłka sprawić może jemu lub Maryli, lecz o rozczarowaniu dziecka. Gdy wyobrażał sobie, jak zachwyt zgaśnie w jego oczach, doznawał równie bolesnego uczucia, jak gdyby miał pomóc w torturowaniu kogoś; doznawał takiego wstrętu, jaki go opanowywał, kiedy trzeba było zakłuć prosię, cielę lub inne niewinne stworzenie.
Stanęli przed dworkiem. W podwórzu było już zupełnie ciemno. Liście topoli poruszały się na gałęziach z szelestem jedwabiu.
- Posłuchaj pan, jak drzewa rozmawiają we śnie - szepnęła, stając na ziemi. - Jakież cudne muszą mieć sny!
Poczem, ująwszy mocno torbę, zawierającą całą jej chudobę, weszła za Mateuszem do sieni.
Rozdział II. Girlandy jesieni.
Następny tydzień minął szybko, pod natłokiem niezliczonych "ostatnich spraw", jak je Ania nazywała. Trzeba było składać i przyjmować wizyty pożegnalne, miłe lub niemiłe, zależnie od tego, czy goście lub odwiedzani odnosili się do nadziei Ani życzliwie, czy też uważali, iż pyszni się zanadto spodziewanym wyjazdem do uniwersytetu i poczytywali sobie za obowiązek "przykrócić jej cugli".
K. M. A. [Koło Miłośników Avonlea (por. "Ania z Avonlea"). P. t.] urządziło wieczorową zabawę pożegnalną na cześć Ani i Gilberta w domu Józi Pay; miejsce to wybrano z jednej strony dlatego, że dom pana Pay był bardzo obszerny i wygodny, z drugiej strony, ponieważ obawiano się, że córki pana Pay nie chciałyby wziąć w zabawie udziału, gdyby nie zgodzono się na zaofiarowane przez nie miejsce uroczystości. Był to bardzo miły wieczór, zwłaszcza, że panny Pay zachowały się uprzejmie, nie mówiąc ani czyniąc niczego, co mogłoby zepsuć harmonję zabawy, co nie zgadzało się z ich nawyknieniami. Józia była niezwykle uprzejma, tak dalece, że rzekła nawet wyrozumiale do Ani:
- Wcale ci nieźle w nowej sukni, Aniu. Rzeczywiście, wyglądasz w niej prawie ładnie.
- To bardzo uprzejmie z twojej strony - odpowiedziała Ania z roześmianemi oczyma. Jej zmysł humoru rozwinął się, a słowa, które w czternastym roku byłyby ją uraziły, teraz stanowiły pożądaną strawę dla jej wesołości. Józia podejrzewała, że Ania śmiała się z niej za jej złemi oczyma, ale ograniczyła się do szepnięcia Bercie, że Ania Shirley jeszcze bardziej zadrze teraz nosa, niż dawniej, gdyż jedzie przecież na uniwersytet - zobaczysz!
Zebrała się cała "stara paczka", pełna radości i humoru i młodzieńczej swawolności. Diana Barry, różowa z dołeczkami, w towarzystwie swego wiernego Alfreda; Janka Andrews, miła, rozsądna i szczera; Ruby Gillis, w swej najstrojniejszej kremowej bluzce jedwabnej z czerwonemi geranjami w złotych włosach; Gilbert Blythe i Karol Slone, obaj starając się trzymać jak najbliżej wymykającej się Ani; Carrie Slone, blada i melancholijna, gdyż - jak opowiadano - ojciec jej nie pozwalał Oliverowi Kimballowi zbliżać się do niej; Moody Spurgeon Mac Pherson, którego okrągła twarz i odstające uszy były tak samo okrągłe i odstające jak zwykle; i Bill Andrews, który przez cały wieczór siedział w kącie, chichotał, gdy ktoś do niego mówił, i z uśmiechem na szerokiej, piegowatej twarzy śledził wzrokiem Anię Shirley.
Ania wiedziała zawczasu o zabawie, ale nie wiedziała, że to ona i Gilbert, jako założyciele Koła, mieli być obdarzeni bardzo pochlebnym "adresem" i "dowodem uznania" w postaci tomu tragedyj Szekspira dla niej i wiecznego pióra dla Gilberta. Była tak zaskoczona i uradowana miłemi słowami, wypowiedzianemi w adresie, odczytanym przez Moody Spurgeona głosem tak uroczystym i patetycznym, że łzy zgasiły iskry w jej wielkich, szarych oczach. Pracowała dla K. M. A. ciężko i wiernie, to też sprawiło jej istotną radość, że członkowie tak szczerze ocenili jej wysiłki. A wszyscy byli tak mili i uprzejmi i weseli - nawet panny Pay przyczyniły się do tego. W tej chwili Ania kochała cały świat.
Wieczór spędziła niezmiernie miło, ale zakończenie zepsuło prawie wszystko. Gilbert znowu popełnił błąd i przy kolacji na werandzie, pod blaskiem księżyca, powiedział Ani coś sentymentalnego. Aby go ukarać, Ania była bardzo uprzejma dla Karola Slone i pozwoliła odprowadzić się przez niego do domu. Przekonała się jednak, że zemsta nikogo tak bardzo nie rani, jak tego, kto jej dokonywa. Gilbert odszedł wesoło z Ruby Gillis, a Ania słyszała ich głośny śmiech, gdy szli powolnie w cichem, świeżem powietrzu jesiennem. Spędzali widocznie czas bardzo miło podczas gdy ona nudziła się śmiertelnie z Karolem Slone, który mówił nieustannie, ale nigdy nie powiedział ani słowa, któreby warte było słuchania. Ania od czasu do czasu wtrącała bez związku "tak" lub "nie" i myślała o tem, jak pięknie wyglądała Ruby dzisiejszego wieczora, jak wybałuszone były oczy Karola w świetle księżyca, bardziej jeszcze niż za dnia, i że świat nie był jednak tak pięknem miejscem, jak sądziła przedtem podczas zabawy.
"Jestem zanadto zmęczona, to właśnie wszystko", pomyślała, gdy się wreszcie z radością znalazła sama w swoim pokoju. I szczerze wierzyła, że tak jest.
Ale strumień radości, jakby z nieznanego, ukrytego źródła trysnął z jej serca, gdy następnego wieczoru ujrzała Gilberta, jak mocnym, szybkim krokiem nadchodził z Lasu Duchów, mijając starą kładkę. Więc Gilbert nie chciał jednakże spędzić ostatniego wieczora z Ruby Gillis!
- Wyglądasz zmęczona, Aniu - rzekł.
- Jestem zmęczona, gorzej jeszcze, jestem zniechęcona. Jestem zmęczona, ponieważ przez cały dzień pakowałam swoją walizkę i szyłam. Jestem zniechęcona, ponieważ sześć kobiet złożyło mi dzisiaj pożegnalne wizyty, a każda z nich starała się powiedzieć mi coś takiego, co odbierało życiu jasne barwy i pozostawiało je tak szarem, posępnem i bezradosnem, jak ranek listopadowy.
- Złośliwe staruchy! - wyjaśnił Gilbert wytwornie.
- O nie, to nie złośliwość - odparła Ania poważnie. - I to jest właśnie najgorsze. Gdyby były złośliwe, nie zważałabym na nie. Ale wszystkie one są poczciwemi, uprzejmemi, macierzyńskiemi duszami, które mię lubią i które ja lubię, i właśnie dlatego wszystko, co mówiły lub napomykały, miało tak wielką wagę. Dawały mi do zrozumienia, że uważają za nierozumne z mojej strony wyjeżdżać do Redmondu, aby zdobyć stopień naukowy. Od tej chwili zastanawiam się, czy rzeczywiście nie jestem głupia. Pani Piotrowa Slone westchnęła i oświadczyła, iż ma nadzieję, że zdrowie moje wytrzyma do końca studjów; i nagle ujrzałam się jako beznadziejną ofiarą nerwowego przygnębienia pod koniec trzeciego roku nauki; pani Ebenowa Wright oznajmiła, że pobyt w Redmondzie przez cztery lata musi moc kosztować; i natychmiast zrozumiałam, że błędem nie do przebaczenia było z mojej strony trwonić pieniądze Maryli i moje własne na takie szaleństwo; pani Kacprowa Bell wyraziła nadzieję, że nie dam się przez uniwersytet zepsuć, jak się to z wieloma ludźmi staje; i uczułam natychmiast w kościach, że pod koniec czwartego roku pobytu w Redmondzie stanę się niemożliwą istotą, wmawiającą sobie, że wie i umie wszystko i spoglądającą zgóry na wszystko i wszystkich w Avonlea; pani Elika Wright oznajmiła, że jej zdaniem wszystkie dziewczęta z Redmondu, zwłaszcza z Kingsportu, stroją się bardzo, i domyślała się, że nigdy już nie będę się czuła dobrze między niemi; i natychmiast ujrzałam się w duchu jako odtrąconą, zaniedbaną, pokorną dziewczyną wiejską, kroczącą po wykładowych salach Redmondu w podkutych trzewikach.
Ania zakończyła ze śmiechem, pomieszanym z westchnieniem. Wobec jej wrażliwej natury wszelkie zarzuty miały zawsze wagę, nawet zarzuty ludzi, z których zdaniem mało się liczyła. W tej chwili życie nie miało dla niej uroku, a amibcja zgasła jak świeca.
- Z pewnością nie liczysz się z tem, co powiedziały - zaprotestował Gilbert. - Wiesz doskonale, jak ciasne są ich poglądy na życie, chociaż są poczciwemi istotami. Uczynić coś, czego one nigdy nie robiły, to dla nich grzech śmiertelny. Jesteś pierwszą dziewczyną w Avonlea, jadącą na uniwersytet. A wiesz przecież, że wszystkich pionierów uważa się za szaleńców.
- O, wiem. Ale uczucie jest tak odmienne od wiedzy. Zdrowy rozsądek mówi mi wszystko, co możesz powiedzieć, ale niekiedy zdrowy rozsądek traci nade mną moc. Zdrowy rozsądek owłada zupełnie moją duszą. Po odejściu pani Elizy nie miałam już niemal odwagi zakończyć pakowania.
- O to właśnie idzie, że jesteś zmęczona, Aniu. Zapomnij teraz o wszystkiem i chodź się ze mną przejść - pospacerujemy po lesie nad bagnem. Będzie tam pewnie coś, co ci chcę pokazać.
- Pewnie? Nie wiesz napewno, czy tam będzie?
- Nie. Wiem tylko, że powinno tam być, wnosząc z tego, co widziałem wiosną. Chodź. Będziemy udawali, że jesteśmy znowu parą dzieci i pobiegniemy jak wicher.
Ruszyli radośnie. Ania, pamiętając o przykrości poprzedniego wieczora, była dla Gilberta bardzo uprzejma; zaś Gilbert, który nauczył się rozumu, wystrzegał się powiedzenia czegokolwiek, coby wykraczało poza stosunek koleżeństwa szkolnego. Pani Linde i Maryla obserwowały ich z okna kuchennego.
- Będzie z nich kiedyś dobrana para - rzekła pani Linde zadowolona.
Maryla wzdrygnęła się lekko. W głębi serca miała nadzieję, że tak będzie, ale bolało ją, gdy pani Linde mówiła o tem swym zwykłym plotkarskim tonem.
- To jeszcze dzieci - odpowiedziała krótko.
Pani Linde roześmiała się dobrodusznie.
- Ania ma osiemnaście lat, w jej wieku byłam już zamężna. My starzy, Marylo, jesteśmy zbyt skłonni przypuszczać, że dzieci nigdy się nie stają dorosłe; o to właśnie idzie. Ania jest panienką, a Gilbert młodzieńcem, każdy zaś widzi, że uwielbia on ślady jej stóp. Miły to chłopiec, a Ania nie znajdzie lepszego. Mam nadzieję, że w Redmondzie nie wbije sobie jakiegoś romantycznego głupstwa do głowy. Nigdy nie pochwalałam tych koedukacyjnych zakładów naukowych. Nie sądzę - zakończyła pani Linde uroczyście - aby studenci w takich uniwersytetach zajmowali się czemś innem, jak flirtem.
- Trochę muszą też studjować - odpowiedziała Maryla z uśmiechem.
- Bardzo mało - skonstatowała pani Małgorzata. - Spodziewam się jednak, że Ania będzie się uczyła. Nigdy nie była flirciarką. Ale niedocenia ona Gilberta, o to właśnie idzie. O, ja znam dziewczęta! Karol Slone także za nią biega, ale nigdybym jej nie radziła poślubić żadnego Slona. Slonowie są oczywiście poczciwymi, rzetelnymi, czcigodnymi ludźmi, ale mimo wszystko pozostają zawsze Slonami.
Maryla skinęła głową. Osobie obcej skonstatowanie, że Slonowie są Slonami niewieleby powiedziało, ale ona zrozumiała. Każda wieś ma taką rodzinę. Poczciwymi, rzetelnymi, czcigodnymi ludźmi mogą być, ale Slonami są i będą, choćby mówili językami ludzkiemi i anielskiemi.
Gilbert i Ania, szczęśliwie nieświadomi, że przyszłość ich w ten sposób zadecydowana została przez panią Małgorzatę, wałęsali się wśród cieniów Lasu Duchów. Wdali połyskiwały zżęte wzgórza w promieniach zachodzącego słońca pod bladem, różowo-błękitnem niebem. Długie cienie drzew w alei sosen odgraniczały wyżej położone łąki. Lekki wiatr świszczał wokół nich, w odgłosie jego brzmiała nuta jesieni.
- Ten las rzeczywiście jest teraz pełen duchów... starych wspomnień - rzekła Ania, schylając się, aby zerwać źdźbło paproci, wyblakłe od chłodu. - Mam wrażenie, jakby dwie małe dziewczynki, Diana i ja, bawiły się tu jeszcze ciągle, siedząc o zmroku nad Fontanną Driad na schadzce z duchami. Czy uwierzysz, że nie mogę nigdy przejść tą drogą, aby nie odczuć odrobiny dawnego dreszczu i lęku? Stworzyłyśmy sobie pewną szczególnie przeraźliwą zjawę - był to duch zamordowanego dziecka, który skradał się do człowieka ztyłu, kładąc swe zimne palce na jego rękach. Przyznam, że do dzisiejszego dnia nie potrafię pozbyć się złudzenia, że słyszę za sobą te małe, szybkie kroczki gdy wchodzę tu po zapadnięciu zmroku. Nie lękam się Białej Pani, ani człowieka bez głowy, ani szkieletów, ale pragnęłabym, abym sobie była nigdy nie wyobraziła istnienia tego dziecka. Jakże się Maryla i pani Barry gniewały o to - zakończyła Ania ze śmiechem.
Poprzez drzewa, okalające bagno przeświecało purpurowe niebo; dokoła snuło się babie lato. Za grupą nagich sosen, rozgrzanej od słońca w dolince, otoczonej klonami znaleźli owo "coś", czego szukał Gilbert.
- A, oto jest! - zawołał młodzieniec z zadowoleniem.
- Jabłoń... w takiem ustroniu! - wykrzyknęła Ania z zachwytem.
- Tak, prawdziwa rodząca jabłoń, tutaj, pomiędzy sosnami i bukami, o milę od najbliższego sadu. Byłem tu pewnego dnia wiosną i zastałem ją ubieloną od kwiecia. Postanowiłem więc powrócić jesienią, aby się przekonać, czy będzie miała jabłka. Patrz, ugina się pod owocem. I jabłka wydają się nawet dobre, rumiane, z ciemnemi policzkami. Większość dzikich płodów bywa zielona i nieapetyczna.
- Przypuszczam, że jabłoń ta musiała przed laty wyrosnąć z przypadkowo zgubionego nasienia - rzekła Ania z zadumą. - I jak to dzielne, zuchwałe drzewko wyrosło tu, rozwinęło się, samotne pośród obcych!
- Oto wywrócone drzewo z poduszką z mchu. Usiądź, Aniu, posłuży ci ono za tron leśny. Wdrapię się po kilka jabłek. Rosną wszystkie bardzo wysoko, drzewo musiało dotrzeć do światła słonecznego.
Jabłka okazały się doskonałe. Pod brunatnawą skórką był biały, biały miąższ z rzadkiemi czerwonemi żyłkami; a prócz zwykłego smaku jabłek odznaczały się one szczególnym dzikim posmakiem, jakiego nie posiada żadne jabłko, wyhodowane w ogrodzie.
- Złowieszcze jabłko Edenu nie mogło mieć lepszego smaku - oświadczyła Ania. - Ale czas już, abyśmy wracali. Spójrz, zmrok zapadł przed trzema minutami, a teraz świeci już księżyc. Jaka szkoda, że nie zdołaliśmy uchwycić chwil tego przejścia. Ale zdaje się, że takich chwil nigdy nie można uchwycić.
- Okrążmy bagno i chodźmy do domu Aleją Zakochanych. Czy ciągle jeszcze czujesz się tak zniechęcona, jak wychodząc z domu?
- Nie. Te jabłka były manną dla mojej głodnej duszy. Czuję, że będę kochała Redmond i spędzę tam wspaniałe cztery lata.
- A po tych czterech latach?
- O, stanę jeszcze nieraz na rozstajnych drogach - odpowiedziała Ania swobodnie. - Nie zastanawiam się nad tem, co może się stać. Nie chcę tego wiedzieć - ładniej jest nie wiedzieć tego.
Aleja Zakochanych była tego wieczora cicha i tajemniczo mroczna w bladych promieniach poświaty księżyca. Szli wolno, zadowoleni z koleżeńskiego milczenia, nie usiłując go przerwać.
"Gdyby Gilbert był zawsze taki, jak tego wieczora, jak pięknem i prostem byłoby wszystko", zastanawiała się Ania.
Gilbert spoglądał za oddalającą się Anią. W swej jasnej sukni, przy swym delikatnym wdzięku, sprawiała na niego wrażenie białego kosaćca.
"Ciekaw jestem, czy zdołam kiedy zająć jej myśli", zadał sobie pytanie z bolesną niewiarą.
Ania z Wyspy
Rozdział I. Cień zmiany.
- Żniwa skończone i lato minęło - rzekła Ania Shirley, spoglądając z rozmarzeniem ponad zżętemi polami. Ona i Diana Barry zrywały jabłka w sadzie Zielonego Wzgórza, teraz zaś odpoczywały po pracy w słonecznym zakątku, gdzie wdole wonne fale ostów na pagórkach szumiały pod tchnieniem wiatru, ciągle jeszcze przynoszącego zapach lata od paproci z Lasu Duchów.
Lecz w otaczającym je krajobrazie wszystko mówiło już o jesieni. Morze szumiało głucho woddali, pola były gołe i wyschłe, powleczone nawłocią, dolina strumienia pod Zielonem Wzgórzem porosła była astrami o eterycznej purpurze, a Jezioro Lśniących Wód było niebieskie - niebieskie - niebieskie; nie błękitem wiosny, ani bladym lazurem nieba letniego, lecz przejrzystym, trwałym, wesołym błękitem, jakdyby woda zapomniała o wszelkich przeżytych wzruszeniach i zapadła w spokój, nieprzerywany zmiennemi marzeniami.
- Piękne było to lato - rzekła Diana, dotykając z uśmiechem nowego pierścionka na lewej ręce. - A ślub panny Lawendy wydaje mi się koroną tego. Przypuszczam, że państwo Irving bawią teraz na wybrzeżu Pacyfiku.
- Zdaje mi się, że podróżują już dość długo, aby zwiedzić cały świat - westchnęła Ania - trudno mi uwierzyć, że od tygodnia dopiero są po ślubie. Wszystko się zmieniło. Panny Lawendy i pani Allan niema. Jak ponuro wygląda plebanja z pozamykanemi okiennicami. Przechodziłam tam wczoraj wieczór i doznałam wrażenia, jakby tam wszystko wymarło.
- Nigdy nie będziemy mieli tak miłego pastora, jak pan Allan - rzekła Diana ze smutną pewnością. - Przypuszczam, że tej zimy będziemy mieli tylko zastępców, a połowa niedziel minie wogóle bez kazań. A ciebie i Gilberta nie będzie... bardzo będzie smutno.
- Alfred tu będzie - napomknęła Ania.
- Kiedy się pani Linde wprowadzi? - zapytała Diana, jakby nie dosłyszawszy uwagi Ani.
- Jutro. Cieszę się, że przyjeżdża. Ale zajdzie jeszcze jedna zmiana. Maryla i ja wyprzątnęłyśmy wszystko z gościnnego pokoju. Przyznam się, że robiłam to z niechęcią. Rzeczywiście, to było głupio, ale miałam wrażenie, jakbyśmy popełniały profanację. Ten poczciwy pokój gościnny wydawał mi się zawsze ołtarzem. Jako dziecko uważałam go za najpiękniejszą komnatę na świecie. Przypominasz sobie, jakie mię trawiło pragnienie, aby spać kiedy w łóżku takiego pokoju, ale nie w pokoju gościnnym Zielonego Wzgórza. O nie, nigdy tam! Toby było zbyt przejmujące... nie potrafiłabym zmrużyć oka. Kiedy Maryla posyłała mię po coś, nigdy nie przechodziłam przez ten pokój... Nie, rzeczywiście, przemykałam się na palcach z powstrzymanym tchem, jakbym się znajdowała w kościele i odczuwałam ulgę, gdy go opuściłam. Wisiały tam portrety Jerzego Whitefielda i księcia Wellingtona, po obu stronach lustra, i przez cały czas spoglądały na mnie tak surowo, zwłaszcza, jeśli się odważyłam zajrzeć do lustra, jedynego w domu, które mojej twarzy nie zniekształcało Zawsze się dziwiłam, jak Maryla może sprzątać ten pokój. A teraz nietylko jest sprzątnięty, ale zupełnie opróżniony. Jerzy Whitefield i książę Wellington są na strychu. Tak mija chwała świata - zakończyła Ania ze śmiechem, w którym brzmiała nutka żalu - niemiła to rzecz, gdy dawne nasze ołtarze są sprofanowane, nawet wtedy, gdyśmy je przerośli.
- Tak pusto tu będzie, gdy odjedziesz - westchnęła Diana po raz setny. - I pomyśleć, że odjeżdżasz już w przyszłym tygodniu!
- Ale jesteśmy jeszcze razem - rzekła Ania wesoło. - Niech dzień jutrzejszy nie mąci nam radości dzisiejszego. Nie mogę znieść myśli, że wyjeżdżam sama... tak jestem zaprzyjaźniona z domem. Ty mi mówisz o samotności! Ja właśnie powinnam wzdychać. Ty zostaniesz tu w gronie starych przyjaciół - z Alfredem! Gdy ja będę sama wśród obcych, nie znając nikogo!
- Z wyjątkiem Gilberta i Karola Slone - rzekła Diana, odcinając się za przytyk Ani.
- Karol Slone będzie dla mnie rzeczywiście wielką pociechą - odpowiedziała Ania ironicznie, i obie panienki roześmiały się. Diana wiedziała doskonale, jakie było zdanie Ani o Karolu Slone, ale mimo wielu poufnych rozmów nie była pewna, co myśli Ania o Gilbercie Blythe. Ania sama tego z pewnością nie wiedziała.
- O ile wiem, będą oni zresztą mieszkali w innym końcu Kingsportu - ciągnęła Ania. - Jestem zadowolona, że jadę do Redmondu, i jestem pewna, że po pewnym czasie polubię go. Ale podczas pierwszych paru tygodni będę się czuła bardzo źle. Nie będę miała nawet tej pociechy, aby mieć nadzieję odwiedzenia w niedzielę domu, jak to było, gdy uczęszczałam do Seminarjum. Boże Narodzenie będzie mi się wydawało odległe o tysiąc lat.
- Wszystko się zmienia albo zmieni się - rzekła Diana smutno - mam wrażenie, że dawne czasy już nie wrócą, Aniu.
- Zdaje się, że nasze drogi muszą się rozejść - rzekła Ania w zadumie. - Musiało do tego dojść. Czy sądzisz, Diano, że wiek dojrzały jest istotnie tak piękny, jak sobie wyobrażałyśmy, gdyśmy jeszcze były dziećmi?
- Nie wiem... wiele pięknych rzeczy łączy się z tem - odpowiedziała Diana, pieszcząc znowu swój pierścionek z uśmiechem, który powodował zawsze, że Ania czuła się niedoświadczoną i opuszczoną. - Ale bywają też rozmaite tak oszołamiające rzeczy. Niekiedy mam wrażenie, że lękam się być dorosłą... w takich chwilach dałabym wiele, aby być znowu małem dzieckiem.
- Mam nadzieję, że przyzwyczaimy się jeszcze do tego, by być dorosłemi - pocieszyła ją Ania wesoło. - Później nie będziemy się spotykały z tyloma niespodzianemi rzeczami, chociaż wyobrażam sobie niekiedy, że rzeczy niespodziane stanowią cały urok życia. Mamy po osiemnaście lat, Diano. Za dwa lata skończymy dwadzieścia. Gdy miałam dziesięć lat, wyobrażałam sobie, że dwudziestka jest zaśniedziałym, starym wiekiem. Niedługo już ty będziesz stateczną matroną w średnim wieku, a ja starą ciotką Anną, która na wakacje przyjedzie do was w odwiedziny. Zawsze znajdziesz dla mnie kącik, prawda, Diano, kochanie? Oczywiście nie pokój gościnny - stare panny nie mogą sobie rościć pretensyj do gościnnego pokoju. Zadowolnię się zupełnie skromną facjatką.
- Jakie głupstwa wygadujesz, Aniu! - zaśmiała się Diana. - Wyjdziesz doskonale zamąż - za przystojnego i bogatego chłopca, a najpiękniejszy nawet pokój gościnny w Avonlea nie będzie dość piękny na przyjęcie ciebie. Wobec wszystkich przyjaciół młodości będziesz zadzierała nosa.
- Szkodaby było, mój nosek jest dość ładny i zdaje mi się, że zadzieranie zniekształciłoby go - rzekła Ania, głaszcząc ten kształtny organ. - Nie mam tak wielu ładnych rysów, aby sobie pozwolić na szpecenie tych, które mam. Gdybym więc nawet wyszła za króla wysp kanibalów, przyrzekam ci, że wobec ciebie nie zadzierałabym nosa, Diano.
Z ponownym wesołym śmiechem dziewczęta rozstały się, Diana wróciła do Pochyłego Sadu, Ania skierowała się do urzędu pocztowego. Czekał tam na nią list, a gdy Gilbert Blythe spotkał ją przy moście ponad Jeziorem Lśniących Wód, oczy jej błyszczały z radosnego podniecenia.
- Priscilla Grant jedzie także do Redmondu - zawołała Ania. - Czy to nie cudownie? Spodziewałam się tego, ale ona nie liczyła, że jej ojciec pozwoli. Pozwolił jednak i będziemy razem mieszkały. Czuję, że mając u boku taką koleżankę, jak Priscilla, mogłabym stawić czoła całej armji ze sztandarami - lub wszystkim profesorom Redmondu w bojowej falandze.
- Sądzę, że polubimy Kingsport - rzekł Gilbert. - Opowiadano mi, że jest to piękne, stare miasteczko i posiada najpiękniejszy naturalny park na świecie. Słyszałem, że są tam wspaniałe widoki.
- Ciekawam, czy będą - czy mogą być - ładniejsze, niż ten - odpowiedziała Ania, rozglądając się dokoła rozmiłowanym, zachwyconym wzrokiem ludzi, dla których dom jest zawsze najpiękniejszem miejscem w świecie, bez względu na to, jakie czarowne kraje mogą się jeszcze znajdować pod obcemi gwiazdami.
Oparli się o poręcz pomostu nad starym stawem, wdychając głęboko aromat zmierzchu, w tem samem miejscu, gdzie Elaina wyratowała się niegdyś z barki. [Wypadek ten opisany jest w powieści "Ania z Zielonego Wzgórza". P. t.]. Czarujący szkarłat kłoniącego się słońca barwił jeszcze zachodnią połać nieba, ale księżyc wzeszedł już i woda spoczywała w jego blasku niby wielki, srebrny sen. Wspomnienie spowiło dwie młode istoty w słodki i subtelny czar.
- Taka jesteś milcząca, Aniu - rzekł wreszcie Gilbert.
- Boję się mówić lub poruszać się, z obawy, aby ten cały cudowny urok nie rozwiał się niby zmącone milczenie - szepnęła Ania.
Gilbert położył nagle rękę na białej, delikatnej dłoni, spoczywającej na poręczy pomostu. Jego piwne oczy tonęły w mroku, jego chłopięce jeszcze wargi rozchyliły się, aby wypowiedzieć marzenia i nadzieje, przenikające jego duszę, ale Ania szybko cofnęła rękę i odwróciła się. Czar zmroku prysnął dla niej.
- Muszę już wracać do domu - zawołała z przesadną nieco obojętnością. - Marylę bolała dziś po południu głowa, a bliźniętom mogłoby się coś stać. Doprawdy nie powinnam była odejść na tak długo.
Paplała nieustannie i bez związku przez cały czas, aż doszli do dróżki, wiodącej ku Zielonemu Wzgórzu. Biedny Gilbert nie miał okazji wtrącić słowa. Ania czuła się nieco swobodniejsza, gdy się rozstali. Od przelotnej chwili wyznania w ogrodzie Chatki Ech do serca jej zakradła się nowa, tajemna świadomość w stosunku do Gilberta. Coś obcego wdarło się do dawnego, doskonałego stosunku koleżeńskiego z ławy szkolnej - coś, co temu stosunkowi groziło zniszczeniem.
"Dawniej nigdy nie cieszyłam się, gdy Gilbert odchodził", pomyślała nawpół ze skruchą, nawpół z zatroskaniem, wkraczając sama na dróżkę. "Przyjaźń nasza zostanie zburzona, jeżeli będą się go nadal trzymały te głupstwa. A ja nie chcę dopuścić, żeby została zburzona. O, dlaczego chłopcy nie potrafią być rozsądni!"
Ania doznawała przykrego uczucia, że tak samo "nierozsądnem" było, iż czuła jeszcze na ręku gorące dotknięcie dłoni Gilberta, i to tak wyraźnie, jak czuła je w owej krótkiej chwili, gdy dłoń jego leżała na jej ręku; a tem mniej rozsądnem, że świadomość ta bynajmniej nie wydawała się jej przykra - zupełnie odwrotnie, niż przy podobnym ruchu ze strony Karola Slone, gdy siedzieli razem przez ciąg jednego tańca na zabawie w Białych Piaskach przed trzema dniami.
Ania wzdrygnęła się na to niemiłe wspomnienie. Ale wszystkie te myśli o zadurzonych młodzieńcach rozwiały się, gdy wkroczyła w znajomą, niesentymentalną atmosferę kuchni na Zielonem Wzgórzu, gdzie ośmioletni chłopiec gorzko płakał na kanapie.
- Co się stało, Tadziu? - zapytała Ania, obejmując go. - Gdzie Maryla i Tola?
- Maryla kładzie Tolę spać - łkał Tadzio - a ja płaczę, bo Tola spadła ze schodów piwnicy i zdrapała sobie skórę na nosie i...
- No, dobrze już, nie płacz, kochanie. Naturalnie martwi cię to, ale płacz nikomu nie pomoże. Jutro będzie znowu zdrowa. Płacz nikomu nie pomaga, Tadziku, i...
- Ja nie dlatego płaczę, że Tola spadła ze schodów - zawołał chłopiec jeszcze głośniej, przerywając kazanie Ani - ale, że ja tego nie widziałem. Każda miła zabawa zawsze mnie omija!
- O, Tadziu! - Ania stłumiła nieodpowiedni w tej chwili wybuch śmiechu. - Czyżby to była dla ciebie zabawa widzieć, jak mała Tola spadła ze schodów i poraniła się?
- Nie zraniła się bardzo - rzekł Tadzio zaczepnie. - Gdyby się zabiła, byłbym naprawdę smutny, Aniu. Ale Keithowie nie tak łatwo się zabijają. Zupełnie jak Blewettowie. Herbert Blewett spadł zeszłej środy ze sterty siana i stoczył się do przegrody, gdzie stał bardzo dziki koń, prosto pod jego kopyta. A jednak wygrzebał się żywy, tylko z trzema złamanemi żebrami. Pani Linde powiada, że bywają ludzie, którychby się toporem nie zabiło. Czy pani Linde przyjedzie jutro, Aniu?
- Tak, Tadziu, a spodziewam się, że będziesz wobec niej zawsze grzeczny.
- Będę grzeczny, ale czy będzie mię kładła co wieczór do łóżka, Aniu?
- Może. Dlaczego?
- Bo - oznajmił Tadzio stanowczo - przy niej nie będę potrzebował zmawiać pacierzy, jak przy tobie, Aniu?
- Dlaczego nie?
- Bo myślę, że nie byłoby to tak ładnie mówić do Boga wobec obcych, Aniu. Tola, jeżeli chce, może się modlić przy pani Linde, ja nie będę. Zaczekam, aż odejdzie, i później się pomodlę. Czy tak nie będzie dobrze, Aniu?
- Tak, jeżeli jesteś pewien, że nie zapomnisz o tem, Tadziku.
- O, już ja nie zapomnę. Dla mnie pacierz to wielka przyjemność. Ale samemu go odmawiać nie będzie to tak wielka przyjemność, jak z tobą. Wolałbym, żebyś została w domu, Aniu. Nie rozumiem, dlaczego odjeżdżasz i opuszczasz nas.
- Nie robię tego dlatego, że chcę, tylko że muszę, Tadziu.
- Jeżeli nie chcesz, to nie musisz. Jesteś dorosła. Gdy ja będę dorosły, Aniu, nie zrobię niczego wbrew swojej woli.
- Przez całe życie, Tadziu, będziesz musiał robić rzeczy, którychbyś robić nie chciał.
- Nie - rzekł Tadzio stanowczo. - Ani mi się śni! Teraz muszę robić rzeczy, które mi się nie podobają, bo w przeciwnym razie ty i Maryla posyłacie mnie do łóżka. Ale kiedy będę dorosły, nie będziecie tego mogły robić; nikt mi wtedy nie będzie mógł rozkazywać. Nie pozwolę na to! Wiesz, Aniu, Emilek Boulter mówi, że jego matka powiedziała, że ty jedziesz do uniwersytetu, żeby złapać męża. Czy to prawda, Aniu? Muszę to wiedzieć.
Na chwilę Ania zapłonęła gniewem. Potem roześmiała się, przypomniawszy sobie, że pani Boulter nie mogła jej swoją brutalnością myśli i mowy zaszkodzić.
- Nie, Tadziu, to nieprawda. Jadę studjować, kształcić się, uczyć się rozmaitych rzeczy.
- Jakich rzeczy?
- Rozmaitych - odpowiedziała Ania.
- Ale gdybyś chciała złapać męża, jakbyś to zrobiła? Muszę to wiedzieć - upierał się Tadzio, którego przedmiot ten widocznie szczególnie interesował.
- Zapytaj o to lepiej pani Boulter - odpowiedziała Ania bez namysłu. - Sądzę, że wie ona o tym procesie więcej, niż ja.
- Zrobię to, kiedy ją znowu zobaczę - rzekł Tadzio poważnie.
- Tadziu! Jeżeli to zrobisz! - zawołała Ania, spostrzegając swój błąd.
- Przecież sama powiedziałaś - zaprotestował Tadzio urażony.
- Czas już, żebyś się położył spać - zadecydowała Ania, ratując się z kłopotliwej sytuacji.
Ułożywszy Tadzia do snu, Ania ruszyła ku Wyspie Wiktorji, gdzie siedziała samotnie, zalana poświatą księżyca, podczas gdy wody szemrały dokoła niej w czarownym duecie fali i wiatru. Ania lubiła zawsze ten potok. Niejedną nić marzenia snuła dawniej nad jego wodami. Zapomniała teraz o zakochanych młodzieńcach i o zgryźliwych słowach złośliwych sąsiadów i o wszystkich zagadnieniach swego dziewczęcego życia. W wyobraźni żeglowała przez dalekie morza, obmywając odległe, lśniące wybrzeża "nieznanej ziemi", gdzie leżą opuszczona Atlantyda i Elizjum, żeglowała pod wieczorną gwiazdą przewodnią ku Krainie Tęsknoty Serca. I w marzeniach tych była bogatsza, aniżeli w rzeczywistości; gdyż rzeczy widzialne przemijają, niewidzialne zaś trwają wiecznie.
ANIA Z AVONLEA
Rozdział I. Awanturniczy sąsiad
Było piękne sierpniowe popołudnie. Na czerwonym, kamiennym progu siedziała Ania - smukłe dziewczę lat szesnastu i "pół", o poważnych szarych oczach i rudych włosach, zwanych przez życzliwe koleżanki kasztanowatymi.
Właśnie postanowiła przetłumaczyć kilkanaście wierszy Wirgiljusza. Lecz sierpniowe popołudnie, kiedy błękitne mgły okalają wzgórza pokryte zbożem, lekki wietrzyk szepce tajemniczo wśród topoli, a szkarłat maków płonie na tle ciemnego gąszczu młodych świerków, nadawało się raczej do marzeń, niż do studjów nad martwym językiem.
To też wkrótce zapomniany Wirgiljusz zsunął się na ziemię, Ania zaś, z głową wspartą na splecionych dłoniach i wzrokiem utkwionym we wspaniałą masę obłoków, kłębiących się, jak wielka biała góra, nad domem pana Harrisona, była daleka od spraw codziennego życia. Bujała właśnie w rozkosznym świecie, gdzie pewna kierowniczka szkoły dokonywała cudów, budując losy przyszłych mężów stanu, wpajając wzniosłe ideały w młodociane umysły i serca.
Co prawda, jeśli trzeźwo spojrzeć na rzeczy - co, należy przyznać, Ani zdarzało się rzadko - mało było prawdopodobieństwa, iżby w szkole w Avonlea znalazło się wiele obiecującego materjału na przyszłych sławnych ludzi. Ale przecież trudno przewidzieć, co stać się może, jeśli nauczycielka użyje całego swego wpływu. Ania miała pewne różowe poglądy, dotyczące tego, co potrafi zdziałać, jeśli odpowiednio postępować będzie.
W tej chwili oczami swej bogatej wyobraźni widziała siebie za lat czterdzieści w towarzystwie znakomitej osobistości: może jakiegoś rektora uniwersytetu lub prezydenta Kanady - było to jeszcze zasnute mgłą tajemnicy. Osobistość ta pochylała się nad pomarszczoną ręką swej dawnej nauczycielki, zapewniając ją, że to ona pierwsza wznieciła w dzisiejszym prezydencie czy rektorze wygórowane ambicje i że naukom, wpajanym ongi w wychowanków szkoły w Avonlea, zawdzięczał całe powodzenie swego życia... Te mile marzenia przerwane zostały nagle w sposób arcyniemiły.
Na drodze ukazała się pędząca jałówka, a w kilka sekund potem zjawił się pan Harrison, jeżeli "zjawił się" nie jest zbyt łagodnem określeniem jego sposobu wtargnięcia w podwórze. Przeskoczył płot, nie czekając otwarcia furtki, i groźnie mierzył wzrokiem Anię, która, zerwawszy się na równe nogi, spoglądała nań oszołomiona. Pan Harrison był od niedawna ich sąsiadem i Ania znała go tylko z widzenia. Wczesną wiosną, zanim powróciła z seminarjum do domu, Robert Bell, którego posiadłość graniczyła z folwarczkiem Cutbertów, sprzedał był ją i przeniósł się do Charlottetownu. O obecnymi właścicielu wiedziano tylko, że się nazywa Harrison i pochodzi z Nowego Brunświku. Lecz zanim miesiąc minął, przybysz zyskał w Avonlea reputację oryginała... "dziwadło" - zwykła mawiać Małgorzata Linde. Pani Małgorzata lubiła prawdę rżnąć w oczy - pamiętają to zapewne dobrze nasi czytelnicy.
Pan Harrison różnił się niewątpliwie od innych, a to jest przecież charakterystyczną cechą "dziwadeł". Sam zajmował się gospodarstwem, i publicznie oświadczał, iż nie życzy sobie zwarjowanych bab w obrębie swej siedziby. Avonleaski świat kobiecy mścił się na nim za to, rozgłaszając przesadne bajki o jego gospodarce i prowadzeniu kuchni. Janek Carter z Białych Piasków, zgodzony przez niego do pomocy, był właśnie źródłem tych nieprawdopodobnych wieści. Opowiadał naprzykład, że jego chlebodawca nie uznawał stałych godzin posiłku: będąc głodnym, "przegryzał cośniecoś" i jeżeli Janek znajdował się wtedy wpobliżu, to otrzymywał swą porcję; jeżeli zaś nie, musiał czekać chwili, gdy znowu głód dokuczy staremu dziwakowi. Janek żałośnie twierdził, iż byłby zagłodził się na śmierć, gdyby nie okoliczność, że w niedzielę, którą spędzał w domu, podjadał sobie, a w poniedziałek zabierał koszyk zapasów, troskliwie przygotowanych przez matkę. Zmywanie statków odbywało się w tym warjackim domu jedynie w dżdżyste dni niedzielne; gospodarz zabierał się wtedy zamaszyście do pracy, zmywał wszystkie naczynia w beczce z wodą deszczową, poczem pozwalał im obsychać na powietrzu.
Poza tem, pan Harrison był "twardym" człowiekiem. Proszony o przyjęcie udziału w składce na pensję pastora Allana odrzekł, iż nie zwykł kupować kota w worku; przedewszystkiem musi się przekonać, ile korzyści materjalnych uzyska z kazań pastorskich; kiedy zaś pani Linde zjawiła się u niego, prosząc znowu o składkę na cele misjonarskie - przy sposobności pragnęła obejrzeć wnętrze domu - oświadczył ironicznie, że pośród starych kumoszek Avonlea jest więcej poganek, niż gdziekolwiek na świecie, i chętnie przyczyni się do stworzenia misji, któraby je nawracała. Pani Linde wyszła oburzona; opowiadała potem, że to łaska Boska, iż pani Bell leży w grobie, bo przecież serce musiałoby jej pęknąć na widok stanu gospodarstwa, które ongiś było jej słuszną chlubą.
- Toć ona szorowała podłogę w kuchni co drugi dzień - mówiła zirytowana do Maryli. - A teraz! Musiałam unieść spódnicę, wchodząc w progi tego domu.
Nadomiar złego, pan Harrison chował papugę, - Imbirka. Dotychczas nikt w Avonlea nie chował papug, więc było to rzeczą co najmniej gorszącą. I co za papugę! Jeśli wierzyć słowom Janka, nie znalazłby na świecie drugiego tak bezbożnego ptaka. Imbirek klął strasznie! Pani Carter odebrałaby już dawno Janka ze służby... ale to niełatwo znaleźć posadę dla chłopca! Któregoś dnia, gdy Janek pochylił się zbytnio nad klatką, Imbirek zdrapał mu z szyi kawał skóry. Pani Carter pokazywała każdemu tę bliznę, gdy biedny dzieciak wracał na niedzielę do domu.
Wszystkie te opowiadania odżyły w umyśle Ani, gdy pan Harrison stanął przed nią, oniemiały z gniewu. Nawet w chwilach najlepszego humoru nie mógł uchodzić za przystojnego mężczyznę: niski, tęgi i łysy. Ale teraz, ta purpurowa ze złości twarz z oczami prawie wyskakującemi z orbit wydała się Ani najbrzydszą w świecie.
Nagle pan Harrison odzyskał głos.
- Nie pozwolę dłużej na to! - wykrztusił. - Ani dnia dłużej, słyszy panna? Jak mi Bóg miły, zdarza się to po raz trzeci... po raz trzeci, moja panno! W takich razach cierpliwość przestaje być cnotą, moja panno! Ostrzegałem ciotkę panny, żeby się to więcej nie zdarzyło. Nie dopilnowała... znów ta sama historja. Chciałbym wiedzieć, co sobie myśli właściwie ta jejmość! Poto tu przychodzę, moja panno!
- Może mi pan zechce wytłumaczyć, co się stało? - spytała Ania, przybierając minę pełną godności. Ostatniemi czasy pilnie wprawiała się w tę rolę, aby ją mieć w pogotowiu, gdy obejmie szkolną posadę. Na wściekłym z gniewu panu Harrisonie nie uczyniła jednak wrażenia.
- Co się stało? Jak mi Bóg miły, dość złego, moja panno! Przed chwilą zdybałem jałówkę twojej ciotki w moim owsie. Zdarza się to po raz trzeci, zapamiętaj sobie! Znalazłem ją tam w zeszły wtorek i znowu wczoraj. Byłem i zapowiedziałem ciotce, żeby to się więcej nie zdarzyło. A ona jednak nie zapobiegła temu. Gdzie jest twoja ciotka, moja panno? Chcę się z nią zobaczyć i powiedzieć, co o tem myślę... powiedzieć jej, co o tem myśli J. A. Harrison!
- Jeśli pan mówi o Maryli Cutbert - nie jest ona wcale moją ciotką. Pojechała do Graftonu w odwiedziny do ciężko chorej krewnej - rzekła Ania tonem pełnym wzrastającej godności. - Bardzo mi przykro, że moja krowa weszła w pańskie zboże... Jest to moja krowa, nie panny Cutbert. Trzy lata temu kupił ją Mateusz od pana Bella, jako małe cielątko. Ofiarował mi je na własność.
- Przykro, moja panno? Twoja przykrość nic tu nie pomoże. Pójdź lepiej przekonać się, jaką szkodę wyrządziło to bydlę w moim owsie... podeptało je wszerz i wzdłuż, moja panno!
- Bardzo mi przykro - powtórzyła Ania z naciskiem - być może jednak, że gdyby pański płot był w lepszym stanie, Krasuli nie udałoby się wpaść w owies. Wszakże to pańska część płotu oddziela nasze pastwisko od pańskiego owsa, a właśnie wczoraj zauważyłam, że nie jest on w wielkim porządku.
- Mój płot jest w wielkim porządku - wybuchnął pan Harrison, rozjątrzony jeszcze bardziej tem przeniesieniem walki na teren nieprzyjacielski, - ale nawet mury więzienne nie powstrzymałyby tego wcielonego czorta! A tobie, ruda wiewiórko, poradziłbym, żebyś raczej pilnowała twojej krowy, co niszczy zboże obcych ludzi. Byłoby to odpowiedniejsze zajęcie, niż czytanie romansów, - dodał, groźnie spoglądając na niewinną okładkę Wirgiljusza, leżącego u stóp Ani.
W tej chwili czerwonemi były nietylko włosy Ani, ten najboleśniejszy punkt w jej uczuciach.
- Wolę mieć rude włosy, niż tylko parę kosmyków koło uszu - odparła.
Strzał trafił; pan Harrison był bowiem bardzo wrażliwy, gdy chodziło o jego łysą czaszkę. Gniew dławił go, więc tylko dzikim wzrokiem przeszywał Anię, która, opanowawszy się, wyzyskiwała swą przewagę.
- Mogę mieć względy dla pana, panie Harrison. Mam bujną wyobraźnię, więc łatwo mi jest wyobrazić sobie, co odczuwamy, spotykając cudzą krowę w naszym owsie. Dlatego nie żywię do pana urazy za to, co pan mi powiedział. Przyrzekam, że Krasula nigdy już nie wtargnie na pańskie pole - nigdy, daję panu słowo honoru!
- Dobrze, pamiętaj panna, by się to więcej nie przytrafiło - odburknął pan Harrison, trochę łagodniejszym tonem, lecz wyniósł się gniewny, czego dowodem było dochodzące jeszcze z oddali pomruki.
Wstrząśnięta do głębi Ania przebiegła podwórze, ażeby zamknąć niesforną Krasulę w zagrodzie.
- Stąd się już nie wydostanie, chyba, że wyrwie plot. Teraz zachowuje się zupełnie spokojnie; ręczę, że ta uczta w owsie nie pójdzie jej na zdrowie. Żałuję, że nie sprzedałam jej panu Shearerowi, gdy mnie nagabywał o to w zeszłym tygodniu, lecz zamierzałam sprzedać ją wraz z resztą bydła... Teraz przekonałam się, że pan Harrison jest awanturnikiem, a już na pewno niema w nim nic z pokrewnej duszy. - Ania w każdym człowieku pilnie doszukiwała się pokrewnej duszy.
Gdy Maryla powróciła do domu, Ania pobiegła przygotować herbatę. Przy podwieczorku omawiały sprawę Krasuli.
- Ach, oby to już było po sprzedaży! - mówiła Maryla. - Jakaż to odpowiedzialność mieć tyle bydła koło domu, gdy pastuchem jest taki Marcin, na którym nie można polegać. Miał już wrócić wczoraj wieczorem z pogrzebu ciotki. Przyrzekł solennie, że się nie spóźni, jeżeli go zwolnię na cały dzień. Dalibóg, nie wiem, wiele ma tych ciotek! Służy u nas od roku, a oto już czwarta umiera. Wdzięczna będę niebu, gdy się zbiory skończą i pan Barry obejmie gospodarstwo. Krasula musi pozostać w zamknięciu do chwili powrotu Marcina; wtedy przeprowadzimy ją na tylne pastwisko, gdzie trzeba będzie wyreparować płoty. Ach! tyle kłopotów na świecie. Oto biedna Marja Keith jest umierająca i nie mam pojęcia, co się stanie z jej dwojgiem dzieci. Ma wprawdzie brata w Kolumbji, do którego pisała, lecz do tej chwili nie otrzymała ani słowa odpowiedzi.
- Cóż to za dzieci? W jakim wieku?
- Mają siódmy rok... bliźnięta.
- O, ja zawsze przepadałam za bliźniętami, od czasu gdy pani Hammond miała ich tyle - zawołała Ania żywo - czy ładne?
- Boże miły, trudno osądzić - były takie brudne. Wyobraź sobie, Tadzio zagniatał ciasto z błota, gdy Tola pobiegła wezwać go do matki. Mała popłakała się, gdyż ten urwis wepchnął ją w największą kałużę, a dla przekonania jej, że nie ma powodu do płaczu, sam także wskoczył w błoto i zaczął się w niem tarzać. Marja twierdzi, że Tola jest bardzo dobrem dzieckiem, zato Tadzio niezwykle swawolnem. Co prawda, nikt go nie wychowywał, stracił ojca, gdy był niemowlęciem, a Marja prawie ciągle choruje.
- Żal mi zawsze dzieci, których nie miał kto wychowywać - rzekła Ania poważnie. - Mnie też brak było opiekunów, dopóki nie dostałam się do was. Sądzę, że przecież ich wuj zajmie się niemi. A jakąż krewną Maryli jest właściwie pani Keith?
- Marja? Żadną. To jej mąż... jej mąż był naszym dalekim kuzynem! Spójrz tylko, pani Linde nadchodzi. Zapewne ciekawa jest nowin o Marji.
- Nie opowiadaj jej aby awantury z panem Harrisonem i Krasulą - błagała Ania.
- Bądź spokojna! - przyrzekła Maryla.
Lecz obietnica ta okazała się zbyteczną, gdyż pani Linde, zaledwie zdążyła wygodnie zasiąść, odezwała się:
- Wracając dziś z Carmody do domu, widziałam, jak pan Harrison wyganiał waszą Krasulę ze swego owsa. Wydawał mi się wściekły - czy narobił wiele gwałtu?
Ania ukradkiem zamieniła z Marylą ubawione spojrzenie. Zaiste, mało co w Avonlea mogło ujść czujnego oka pani Linde. Właśnie dziś rano Ania zawyrokowała:
- Jeśli wejdziesz do swego pokoju nawet o północy, zaryglujesz drzwi, pospuszczasz rolety i kichniesz, to z pewnością nazajutrz pani Linde zapyta cię o twój katar.
- Prawdopodobnie, - odpowiedziała Maryla, zwracając się do pani Linde. - Pojechałam do Graftonu, więc tylko Ania była świadkiem jego humoru.
- Wydał mi się bardzo niemiłym jegomościem - oświadczyła Ania z urażonym ruchem rudej główki.
- Nigdy nie wygłosiłaś trafniejszego zdania - rzekła pani Małgorzata uroczyście. - Ja odrazu przewidziałam awantury, gdy Robert Bell sprzedawał swój folwark obywatelowi Nowego Brunświku, oto co! Nie wiem do czego dojdzie wreszcie w Avonlea, jeśli tylu obcych tu osiądzie. Wkrótce nie będzie można bezpiecznie spać we własnem łóżku!
- A jacyż to nowi przybysze sprowadzają się jeszcze do nas? - spytała Maryla.
- Czy nie słyszałyście o tem? Przedewszystkiem jakaś rodzina Donnellów wynajęła stary dom Piotra Slone. Piotr oddał Donnellowi zarząd młyna. Pochodzą oni ze Wschodu i nikt ich nie zna. Następnie rodzina tych nędzarzy Cottonów przenosi się z Białych Piasków tutaj i będzie li tylko ciężarem dla gminy. On jest suchotnikiem; gdy zaś nie choruje, kradnie... a jego żona to niedojda, co nie potrafi wziąć się do niczego. Wyobraźcie sobie, że zmywa statki siedząc! Dalej: Grzegorzowa Pay wzięła na wychowanie bratanka swego męża, sierotę Antosia. Ma on uczęszczać do twojej szkoły, Aniu, więc możesz oczekiwać niejednej awanturki, oto co! I jeszcze jeden obcy uczeń! Jaś Irwing przybywa ze Stanów Zjednoczonych, aby zamieszkać u babki. Pamiętasz jego ojca, Marylo, Stefana Irwinga, który zdradził Lawendę Lewis z Graftonu?
- Ależ jej nie zdradził! Posprzeczali się tylko... myślę, iż wina była obustronna.
- Mniejsza z tem. Bądź co bądź nie ożenił się z nią, a ona od owego czasu strasznie zdziwaczała, powiadają. Mieszka samotnie w tym kamiennym domku, który nazwala "Chatką Ech". Stefan zaś wywędrował do Stanów, zawarł spółkę ze swym wujem i ożenił się z Amerykanką. Od tego czasu nie zawitał nigdy do Kanady, tylko matka odwiedzała go parokrotnie. Przed dwoma laty odumarła go żona, więc teraz przysyła swego malca na naukę do matki. Chłopiec ma lat dziesięć i wątpię, czy będzie z niego miły uczeń. Nigdy nie można ręczyć za tych Amerykanów.
Pani Linde spoglądała nieufnie na wszystkich, którzy mieli nieszczęście urodzić się lub wychować gdziekolwiek poza granicami wyspy księcia Edwarda. Mogli to być porządni ludzie, zapewne, ale słuszniej było mieć się wobec nich na ostrożności. A już specjalną niechęć żywiła do Amerykanów z powodu, że pewien nieuczciwy chlebodawca oszukał w swoim czasie na dziesięć dolarów męża jej, pracującego w Bostonie. Za to oszustwo pani Małgorzata czyniła odpowiedzialnemi całe Stany Zjednoczone i żadne moce, niebieskie ani piekielne, nie przekonałyby jej, że nie ma słuszności.
- Trochę obcego żywiołu nie zaszkodzi szkole w Avonlea - zauważyła Maryla sucho, - a jeśli ten chłopczyk jest choć odrobinę podobny do swego ojca, musi być bardzo miły. Stefan Irwing był najsympatyczniejszym chłopcem, jaki kiedykolwiek wyrósł w naszych stronach; niesłusznie uważano go za dumnego. Pani Irwing będzie na pewno bardzo szczęśliwa, że dziecko do niej wróci - żyła tak osamotniona od śmierci męża.
- O, malec może być miły, ale będzie się znacznie różnił od naszych dzieci - pani Małgorzata niełatwo dawała się przekonać. - Cóż to, Aniu, słyszę, że zakładacie jakieś "Koło Miłośników Avonlea", mające na celu dokonywanie ulepszeń?
- Rozmawialiśmy o tem na ostatniem posiedzeniu naszego klubu - odpowiedziała Ania, rumieniąc się, - myśl ta podobała się wszystkim członkom - dziewczętom i chłopcom, a nawet i państwu Allan. Przecież w wielu wioskach powstały obecnie takie stowarzyszenia.
- Oj, dobrego ty sobie nawarzysz piwa, dziewczyno! daj temu lepiej spokój. Ludzie nie lubią, żeby ich ulepszać.
- Ależ my nie będziemy ulepszać ludzi! Chodzi o samą wioskę; dużo rzeczy trzeba zmienić, by ją upiększyć. Naprzykład, jeśliby nam się udało namówić pana Boultera do zburzenia tej jego ohydnej starej chałupy, czyżby to nie było krokiem naprzód?
- Bezwarunkowo - przyznała pani Małgorzata. - Ta ruina jest od lat cierniem w oku całej osady. Chciałabym tylko zobaczyć i usłyszeć, jak to wy, Miłośnicy, potraficie przekonać Boultera, żeby uczynił coś bezpłatnie dla dobra publicznego, oto co! Przykro mi zniechęcać cię, Aniu, bo może to i niezły projekt, chociaż przypuszczam, że wygrzebaliście go z jakiegoś warjackiego amerykańskiego tygodnika. Toć będziesz miała w szkole ręce pełne roboty, więc radzę ci, jak matka, nie zawracaj sobie głowy waszemi pomysłami, oto co! Cóż z tego! Wiem, że nie rzucisz raz powziętego zamiaru. Zawsze umiałaś przeprowadzić to, do czego dążyłaś.
Coś w stanowczych linjach ust Ani świadczyło, że pani Linde miała słuszność. Ania całą duszą pragnęła założenia Koła Miłośników Avonlea. Gilbert Blythe, który był nauczycielem w Białych Piaskach, lecz soboty i niedziele spędzał w domu, również zapalał się do tego projektu. Reszta zaś młodzieży chętnie zgadzała się na wszystko, co dawało okazję do spotkań, i co za tem idzie, do wesołej rozrywki. Nikt też nie zastanawiał się nad celami K. M. A. prócz Ani i Gilberta. Obrabiali ten temat tak długo, aż idealna Avonlea, bardzo niepodobna do rzeczywistej, powstała w ich wyobraźni.
Pani Małgorzata wystąpiła jeszcze z jedną nowiną:
- Szkołę w Carmody obejmuje niejaka Priscilla Grant. Czy to twoja koleżanka z seminarjum, Aniu?
- Tak, naturalnie. Jak to cudownie, że Priscilla będzie w Carmody! - wykrzyknęła Ania. Szare jej oczy zajaśniały jak gwiazdy, a pani Linde po raz niewiadomo który musiała się zastanawiać, czy Ania jest ładna, czy brzydka? Wciąż jeszcze nie znajdowała zadowalającej odpowiedzi na to pytanie.
Rozdział II. Pośpieszna sprzedaż i spóźniony żal
Nazajutrz popołudniu Ania wraz z Dianą Barry pojechały po sprawunki do Carmody. Oczywiście, Diana była przysięgłym członkiem "Koła Miłośników", i dziewczęta przez całą drogę nie rozmawiały o niczem innem.
- Pierwsze, co musimy uczynić z chwilą rozpoczęcia naszej działalności, to dać wymalować nasz Dom Ludowy - rzekła Diana. Przejeżdżały właśnie koło nędznego budynku w dolinie zalesionej gęsto świerkami. - Cóż za przykry widok! Należy z tem skończyć, zanim jeszcze zajmiemy się sprawą domu pana Boultera. Ojciec twierdzi, że nigdy nie uda nam się namówić tego skąpca do zburzenia jego rudery - nie zechce użyć na to swego czasu.
- Może ustąpi, jeżeli chłopcy, którzy się tem zajmą, przyrzekną po zerwaniu desek porąbać je na opał - odpowiedziała Ania niezrażona. - Musimy dołożyć wszystkich starań, lecz z początku zadowalać się małemi rezultatami. Trudno oczekiwać, że ulepszymy wszystko odrazu; przedewszystkiem musimy zacząć od kształcenia obywatelskich uczuć mieszkańców.
Diana nie zdawała sobie dokładnie sprawy z tego, co właściwie znaczy "kształcenie obywatelskich uczuć". Ale to brzmiało górnolotnie, więc poczuła się dumną, że należy do stowarzyszenia z tak wzniosłym celem.
- Wczoraj wieczór myślałam również o czemś, co możnaby uczynić, Aniu. Przypominasz sobie owo miejsce, gdzie schodzą się drogi z Białych Piasków, Carmody i Nowych Mostów, całe porośnięte sośniną? Czyż nie lepiej byłoby wyciąć wszystkie krzaki i pozostawić tylko parę brzózek, co się tam zabłąkały?
- Pyszny pomysł - przytaknęła Ania żywo, - a pod brzozami postawić wiejską ławeczkę. Na wiosnę urządzimy tam kwietnik pośrodku i zasadzimy geranjum.
- Tak, ale będziemy musiały skłonić starą Slonową, ażeby przestała paść swą krowę na rozdrożu, bo to żarłoczne stworzenie zrobi sobie ucztę z naszych kwiatów - zaśmiała się Diana. Zaczynam rozumieć, co znaczy "kształcenie uczuć obywatelskich". A oto dom Boultera; czy widziałaś kiedy podobną ruderę? I w dodatku na samej drodze! Taki stary dom z wybitemi szybami przypomina mi zawsze jakieś martwe stworzenie o pustych oczodołach.
- Stary opuszczony budynek jest to smutny widok - zauważyła Ania marząco. - Zawsze wydaje mi się, że duma on o dawnych czasach i tęskni do minionych radości. Maryla opowiada, że w tym domu ongi wychowywała się liczna rodzina; wtedy był to śliczny zakątek z przemiłym ogródkiem i girlandami róż, pnących się po ścianach. Pełno tam było szczebiotu dziecięcego, śmiechu i śpiewu, a teraz panuje pustka i tylko wiatr hula po kątach. Smutek i samotność rozgościły się w tych ścianach. Kto wie, może w księżycowe noce powracają oni wszyscy... wracają duszyczki dzieci, i kwiatów, i pieśni... na krótką chwilę stary dom śni, że jest znowu młody i radosny.
Diana zaprzeczyła ruchem głowy.
- O, teraz przestałam sobie wyobrażać podobne rzeczy, Aniu. Czy pamiętasz, jak matka i Maryla gniewały się, gdyśmy sobie wyobrażały mary w Lesie Duchów. Do dziś dnia nie potrafię o zmierzchu przejść tamtą drogą bez strachu; jeślibym sobie pomyślała, że w domu Boultera dzieją się jakieś czary, lękałabym się również. Zresztą, te dzieci wcale nie umarły, wyrosły i dobrze im się dzieje... jeden z chłopców został rzeźnikiem. A przecież kwiaty i pieśni nie mają dusz!
Ania stłumiła lekkie westchnienie. Diana była jej najbliższą przyjaciółką, ale Ania oddawna już wiedziała, że ilekroć udaje się w świat marzeń, musi wędrować samotnie; do krainy wyobraźni wiodła zaczarowana ścieżka, niedostępna nawet dla jej najbliższych.
Podczas bytności dziewcząt w Carmody przeszła krótka, lecz ulewna burza. To też rozkosznym był powrót poprzez aleje, gdzie na krzakach lśniły krople rosy, a wilgotne zioła wydawały odurzający zapach. Lecz właśnie, gdy skręcały na drogę do Cutbertów, Ania ujrzała coś, co jej odrazu zasłoniło piękno krajobrazu.
Przed niemi rozciągało się obszerne pole pana Harrisona: szaro-zielone owsy - wilgotne i bujne; a pośrodku do połowy w soczystej zieleni stała jałówka, spozierając spokojnie ku dziewczętom poprzez otaczające kłosy. Ania rzuciła lejce i zerwała się z zaciśniętemi usty. Nie wróżyło to nic dobrego niesfornemu szkodnikowi. Bez słowa zsunęła się szybko po kołach i przeskoczyła płot, zanim Diana zdołała zrozumieć, co się stało.
- Aniu, wracaj! - krzyknęła wreszcie przeraźliwie, odzyskawszy głos. - Zniszczysz sukienkę w tem mokrem zbożu, na nic zniszczysz... Nie słucha mnie... A przecież sama nie da rady krowie. Trudno, muszę iść jej pomóc.
Ania, jak szalona, pędziła poprzez zboże, Diana zaś zeskoczyła z kabrjoletu, uwiązała konia do słupa i, zarzuciwszy spódniczkę swej perkalowej sukienki na ramiona, wdrapała się na płot i pogoniła za swą gwałtowną przyjaciółką. Łatwiej jej było biec niż Ani, której ruchy hamowała przemoczona, przylegająca do ciała sukienka, to też wkrótce dogoniła ją. Za niemi pozostawała smuga stratowanego zboża; panu Harrisonowi z pewnością pękłoby serce na ten widok.
- Aniu, na litość Boską, zatrzymaj się - dyszała biedna Diana - toć zabraknie mi tchu, a ty przemokłaś do szpiku kości.
- Muszę... tę krowę... stąd wydostać... zanim pan Harrison ją zobaczy - szeptała Ania. - Wszystko mi jedno, nawet gdybym miała się utopić. Aby tylko ją wygnać!
Ale jałówka nie widziała dobrej racji, dla której miałaby być pozbawiona swego wspaniałego pastwiska. Zaledwie zziajane dziewczęta stanęły obok niej, jednym susem znalazła się w przeciwległym końcu pola.
- Zatrzymaj ją - wrzasnęła Ania - pędź, Diano, pędź!
Diana pędziła; Ania również; a szkaradna jałówka gnała przez pole, jak opętana - za taką też uważała ją Diana w skrytości ducha. Upłynęło dobrych dziesięć minut, zanim ją schwytały i wypędziły przez otwór w płocie na drogę.
Nie można zaprzeczyć, że Ani usposobienie było w tej chwili dalekie od anielskiego. Na uspokojenie jej nie wpłynął też widok stojącego na drodze kabrjoletu z panem Shearerem i jego synem, którzy uśmiechali się szyderczo.
- Sądzę, że lepiej byłabyś zrobiła, Aniu, sprzedając mi krowę, gdym ci to proponował w zeszłym tygodniu - zachichotał pan Shearer.
- Uczynię to teraz, jeśli pan się zgodzi - odpowiedziała zgnębiona właścicielka krowy - może pan ją zabrać w tej chwili.
- Zrobione. Ofiaruję ci za nią dwadzieścia dolarów, jak dawałem poprzednio. Kuba zabierze ją natychmiast do Carmody i odstawi dziś wieczór wraz z resztą ładunku na statek. Pan Reed z Brightonu zamówił u mnie właśnie jałówkę.
W pięć minut potem Kuba z jałówką odmaszerowali, Ania zaś z dwudziestoma dolarami w kieszeni wracała na Zielone Wzgórze.
- Co na to powie Maryla? - zapytała Diana.
- O, jej to będzie obojętnem. Krasula była moją własnością, i nie sądzę, bym na targu mogła za nią otrzymać więcej, niż dwadzieścia dolarów. Ale pomyśl, kochanie, jeśli pan Harrison zobaczy stratowane zboże, domyśli się, że ona znowu w niem gospodarowała. A przecież dałam mu słowo honoru, iż to się więcej nie powtórzy! Dostałam nauczkę, żeby nie ręczyć za krowy.
Maryla, powróciwszy z odwiedzin u pani Linde, znała już szczegóły sprzedaży i wysyłki Krasuli; pani Linde widziała bowiem ze swego okna część zajścia, a z łatwością domyśliła się reszty.
- Może i dobrze, żeśmy się jej pozbyły, chociaż zbyt prędko decydujesz się, Aniu. Nie pojmuję coprawda, jak wydostała się z zagrody; musiała wyłamać kilka desek.
- Nie pomyślałam o tem nawet, mogę teraz tam zajrzeć. Marcin dotąd nie powrócił, zapewne jeszcze kilka ciotek mu umarło.
- Marcin jest taki sam, jak i inni Francuzi - rzekła Maryla pogardliwie - nie można zaufać im ani na chwilę.
Maryla oglądała sprawunki, przywiezione przez Anię, gdy krzyk przerażenia rozległ się w obórce, a po chwili do kuchni wpadła Ania, załamując ręce.
- Co się stało, Aniu?
- O, Marylo, co ja pocznę! Straszne nieszczęście, a wszystko z mojej winy! Kiedyż nareszcie nauczę się zastanawiać, ażeby nie popełniać szalonych czynów? Pani Linde zawsze mi przepowiadała, że tak się skończy, i miała słuszność!
- Aniu, potrafisz doprowadzić człowieka do rozpaczy! Cóżeś uczyniła?
- Sprzedałam jałówkę pana Harrisona! tę, którą kupił od pana Bella. Krasula najspokojniej stoi w zagrodzie.
- Śnisz chyba, Aniu?
- Obym śniła! Ale to nie sen, chociaż bardzo podobne do zmory nocnej. A krowa pana Harrisona znajduje się już teraz na statku. Ach, Marylo, myślałam, że skończyły się moje biedy, a oto wpadłam w gorszą, niż kiedykolwiek w życiu. Co mam uczynić?
- Co uczynić? Nic innego, jak pójść rozmówić się z panem Harrisonem. Możemy mu dać wzamian naszą krowę, jeżeli nie zechce przyjąć pieniędzy. Jest tyleż warta, co i jego.
- Na pewno będzie rozdrażniony i przykry - jęczała Ania.
- Zapewne. Podobno łatwo wpada w gniew. Jeśli chcesz, ja pójdę załatwić tę sprawę.
- O, nie! Nie jestem taka podła - wykrzyknęła Ania - to przecież jest moja wina, więc nie pozwolę, byś ty przeze mnie cierpiała. Pójdę sama, natychmiast. Im prędzej, tem lepiej. Boże, co za upokorzenie!
Biedna Ania, wziąwszy kapelusz i swoje dwadzieścia dolarów, kierowała się ku wyjściu, gdy nagle wzrok jej padł na otwarte drzwi śpiżarni. Na stole stało upieczone przez nią tego ranka ciasto - wyjątkowo apetyczny placek, przybrany orzechami i różowym lukrem. Ania przeznaczyła go na piątkowy wieczór, gdy miało się u niej odbyć organizacyjne zebranie Koła Miłośników Avonlea. Zrezygnuje z poczęstunku dla młodzieży, aby tylko przebłagać słusznie rozżalonego pana Harrisona! Ani wydało się, iż takie ciasto powinno zmiękczyć serce każdego, a co dopiero mężczyzny, który musi sam dla siebie gotować; szybko zapakowała więc placek do pudełka. Zaniesie go jako różdżkę oliwną.
- O ile mi wogóle pozwoli dojść do słowa - myślała ze skruchą, dążąc naprzełaj przez pola, oświetlone złotym blaskiem sennego wieczoru sierpniowego. - Teraz wiem już, co czują ludzie prowadzeni na stracenie.
Ania z Zielonego Wzgórza
CZĘŚĆ PIERWSZA.
Rozdział I. Zdumienie pani Małgorzaty Linde.
Dworek pani Małgorzaty Linde stał w tem właśnie miejscu, gdzie wielki gościniec, prowadzący do Avonlei, skręcał w dolinę, otoczoną olchami i porosłą paprociami, poprzez którą przerzynał się strumyk, mający swe źródło het, daleko, w lasach, po drugiej stronie starego dworu Cutbertów. Na początku swej wędrówki przez lasy, pełne kaskad szumiących, zasilających wody tego strumyka, był on bardzo kapryśnym i swawolnym, lecz, zbliżając się do doliny Lindów, stawał się coraz spokojniejszym i dobrze ułożonym potokiem, bo nawet, przemykając się w pobliżu ogrodu pani Małgorzaty Linde, winien był pamiętać "co wypada, a co nie wypada".
Przyczyną tego była prawdopodobnie okoliczność, że pani Małgorzata, siedząc u okna, stale czujnym wzrokiem baczyła nie tylko na to, co się działo na gościńcu, ale interesowała się też strumykami zarówno jak i dziećmi, przechodzącemi lub bawiącemi się opodal, a jeśli zauważyła coś niezwykłego, nie zaznała spokoju, dopóki nie potrafiła wyszperać przyczyny i celu tej rzeczy.
Wielu jest ludzi, zarówno w Avonlei jak i poza jej granicami, lubiących zajmować się sprawami swych sąsiadów dlatego najczęściej, że zaniedbują swe własne. Ale pani Małgorzata Linde należała do tych niezwykle dzielnych osób, które gorliwie dbając o własne dobro, żywią jednocześnie gorące zainteresowanie się sprawami swych bliźnich.
Była ona wzorową panią domu, pod okiem której gospodarstwo szło jak w zegarku, ona "rej wiodła" w Szwalni dla dziewcząt, ona zajmowała się szkołą niedzielną, była jednym z głównych filarów Związku Kościoła i Stowarzyszenia misjonarzy, nawracających dalekich pogan.
Pomimo to, pani Małgorzata miała jeszcze dość wolnego czasu, aby, siedząc godzinami u okna kuchni, robić szydełkiem kołdry bawełniane - a zrobiła ich już sześćdziesiąt, jak szeptem opowiadały sobie kumoszki z Avonlei, i czujnem okiem przyglądać się gościńcowi, który tutaj właśnie skręcał w dolinę, a potem wił się w górę, po stromem wzgórzu.
Wobec tego, że Avonlea zbudowana jest na trójkątnym małym półwyspie, wynurzającym się z zatoki Św. Wawrzyńca, i z dwu stron otoczona wodą, każdy dążący do miasta lub powracający musiał przechodzić drogą ku wzgórzu, i w ten sposób mijał ulicę, sam nie wiedząc o tem, pod okiem wszystko widzącej pani Małgorzaty.
Pewnego popołudnia w pierwszych dniach czerwca siedziała ona na swem zwykłem miejscu. Ciepłe i jasne promienie słońca zaglądały do niej przez okno. Przed dworkiem roztaczał się cudny sad, strojny teraz w najpiękniejszą szatę weselną z bladoróżowych i białych kwiatów, nad któremi unosiły się, brzęcząc, mirjady pszczół.
Tomasz Linde - skromny człowieczek, którego mieszkańcy Avonlei zwykli byli nazywać mężem Małgorzaty Linde - sadził marchew u podnórza pagórka, poza stodołą. Sąsiad jego Mateusz Cutbert niewątpliwie czynił to samo na wielkiej nowinie w pobliżu Zielonego Wzgórza. Tak myślała pani Małgorzata, słyszała bowiem poprzedniego wieczoru, w sklepie Wilhelma Bakera, jak mówił do Piotra Morisona, że nazajutrz sadzić będzie marchew.
Naturalnie, ze go Piotr musiał o to zapytać, bo Mateusz Cutbert nie należał do ludzi, którzy niepytani odpowiadają cokolwiek.
A tymczasem, czyż to możliwe? Oto o godzinie pół do czwartej, w jasne popołudnie, i to w dzień powszedni, Mateusz Cutbert jedzie wolnym truchtem, w górę wzgórza. Co dziwniejsza, ma na sobie biały kołnierzyk i odświętne ubranie, więc nie ulega wątpliwości, że wyjeżdża z Avonlei. Jedzie zaś kabrjoletem, zaprzężonym w brunatną klacz, co wskazuje, że droga jest dość daleka. Dokądże się wybrał i jaki mógł mieć interes?
Nie ulega wątpliwości, że gdyby chodziło o którego innego z mieszkańców Avonlei, pani Małgorzata, ze swą rzadką zdolnością domyślania się, odpowiedziałaby na oba pytania. Ale Mateusz tak rzadko wyjeżdżał z domu, iż tylko jakaś nagła i nieoczekiwana sprawa mogła być tego powodem. Z natury bowiem był tak niesłychanie wstydliwy i nieśmiały, że wyjazd z domu lub udanie się pomiędzy obcych, z którymi musiałby rozmawiać, uważał za wielką przykrość. Mateusz w białym kołnierzyku, w kabrjolecie, było to zjawisko, nie często widywane!
Jakkolwiek pani Małgorzata długo biedziła się nad domysłami, nie potrafiła jednak dojść do żadnego wniosku. Spokój jej został zmącony!
- Niema innej rady! - postanowiła wreszcie. - Po herbacie przejdę na Zielone Wzgórze i wybadam Marylę, dokąd to on pojechał i w jakiej sprawie? Wszakże nigdy w tej porze roku nie jeździ do miasta i nigdy nie wdaje się w żadne odwiedziny, i to jeszcze w dzień powszedni! Gdyby mu zabrakło marchwi do sadzenia i musiał po nią jechać, nie ubrałby się przecież odświętnie i nie pojechałby kabrjoletem. Również nie udawał się po doktora, bo jechał zbyt wolno. Musiało tedy wczoraj wieczorem zajść u nich coś nieoczekiwanego! Nie mogę tego pojąć! Nie będę spokojna, póki się nie dowiem, dlaczego Mateusz Cutbert dziś wyjechał z Avonlei!
Zaraz przeto po herbacie pani Małgorzata ruszyła w drogę do Zielonego Wzgórza. Niedługą miała wędrówkę. Wielki, rozlegle zbudowany i otoczony sadami dwór, w którym mieszkała rodzina Cutbertów, oddalony był zaledwie o ćwierć mili gościńcem od dworku Lindów. Należało jednak przejść jeszcze kawałek boczną drogą. Ojciec Mateusza był równie milczący i nieśmiały jak jego syn, i, budując swe domostwo, postarał się wystawić je możliwie daleko od sąsiednich domów, nie ukrywając go jednakże w lesie. Dwór swój postawił tedy na ostatecznym krańcu polany, gdzie był widoczny z wielkiego gościńca, wzdłuż którego wszystkie inne domki Avonlei stały obok siebie w jednym szeregu.
Pani Małgorzata Linde dziwiła się zawsze, jak można było stawiać dom w tem miejscu i jeszcze nazywać go mieszkaniem.
- Ma się dach ponad głową, to prawda - mówiła, krocząc boczną drogą, okoloną krzakami dzikiej róży - ale jest to odludzie, bez sąsiadów. - Cóż dziwnego, że Maryla i Mateusz są trochę dziwacy, żyjąc w takiem odosobnieniu. Jeśli drzewa mogą służyć za towarzystwo, to mają ich, dzięki Bogu, aż nadto. Jednakże ja wołałabym patrzeć na ludzi. Co prawda, oboje wyglądają na zadowolonych, lecz przypuszczam, że przywykli już do takiego rodzaju życia. "Można się do wszystkiego przyzwyczaić", rzekł pewien Irlandczyk, którego skazali na powieszenie.
Z temi słowy pani Małgorzata weszła w wielkie podwórze Zielonego Wzgórza. Całe wśród Zieleni, czyste i znakomicie utrzymane, z jednej strony otoczone było wysokiemi staremi wierzbami, z drugiej zaś równo przyciętemi topolami. Ani jeden kamyk, ani jedna zużyta zapałka nie leżały na drodze; nie ulega bowiem wątpliwości, że pani Małgorzata zauważyłaby to natychmiast. W duszy żywiła głębokie przekonanie, że Maryla Cutbert zamiatała to podwórze równie często jak swe pokoje. Możnaby śmiało jeść wprost z ziemi bez obawy połknięcia źdźbła brudu.
Pani Linde krótko a mocno zapukała do drzwi kuchni i, usłyszawszy "proszę", weszła. Kuchnia na Zielonem Wzgórzu była niezmiernie wesoła, a tak czysta, iż czyniła wrażenie nigdy nieużywanej sali. Okna jej zwrócone były na wschód i na zachód. Ze strony wschodniej, od podwórza, wdzierał się tu cały potok łagodnego czerwcowego słońca; od zachodu zaś, skąd rozweselał oczy blask białego kwiecia wiśni z sadu i zieleń lekko kołyszących się smukłych brzóz, pięło się dzikie wino.
Tutaj Maryla Cutbert zwykła była siadywać, o ile chciała chwilę wypocząć, zawsze nieufnie spoglądając na słońce, które wydawało jej się zbyt wesoło świecące dla poważnego świata. Tutaj też siedziała w tej chwili właśnie, zajęta haftem. Stół był nakryty do wieczerzy.
Zaledwie Małgorzata zdążyła uchylić drzwi, już doskonale zauważyła wszystko, co stało na owym stole. Znajdowały się na nim trzy nakrycia; widocznem więc było, że Maryla oczekiwała jakiegoś gościa, mającego przybyć z Mateuszem. Lecz talerze były codzienne, zaś na salaterce tylko powidła z jabłek i jeden rodzaj pieczywa. A więc ten oczekiwany gość nie był żadną czcigodną, wysoko urodzoną osobą.
W takim razie jednak co znaczył biały kołnierzyk Mateusza i gniada klacz? Pani Małgorzata zaczęła gubić się w tej zagadkowej sprawie na zwykle tak cichem, bynajmniej nieosłoniętem tajemniczością, Zielonem Wzgórzu.
- Dobry wieczór, Marylo - rzekła, wchodząc.
- Dobry wieczór, Małgorzato - odrzekła wesoło Maryla. - Śliczny wieczór, prawda? Siadaj, proszę! Jakże się twoi miewają?
Coś, co w braku innego określenia możnaby nazwać przyjaźnią, istniało zawsze pomiędzy Marylą Cutbert a panią Małgorzatą, pomimo - albo może właśnie z powodu kontrastu ich natur.
Maryla była to wysoka i szczupła kobieta o ostrych konturach członków. Jej ciemne włosy o niewielu siwych pasmach zwinięte były stale w gruby węzeł, w morderczy sposób przeszyty dwiema metalowemi szpilkami. Czyniła wrażenie osoby o ciasnym poglądzie na świat i bardzo wymagającej. Jednakże nieznaczny jakiś rys wokoło ust, leciutko tylko naznaczony, wskazywał, że gdyby był cokolwiek bardziej rozwinięty, zdradzałby niewątpliwie skłonność do wesołej ironji.
- My mamy się wszyscy doskonale - odpowiedziała pani Małgorzata. - Lecz kiedym zobaczyła Mateusza, jadącego gościńcem, przyszło mi na myśl, czy nie zaszło u was coś niepomyślnego. Sądziłam, że jedzie może po doktora.
Jakiś niewidoczny prawie uśmiech zaigrał na ustach Maryli. Oczekiwała Małgorzatę; wiedziała dobrze, że widok Mateusza, wyjeżdżającego niespodzianie kabrjoletem, rozbudzi bez wątpienia ciekawość sąsiadki.
- O nie, czuję się zupełnie dobrze, pomimo żem miała wczoraj ciężką migrenę - odrzekła. - Mateusz pojechał na dworzec. Oczekujemy małego chłopca z Domu Sierot, w Nowej Szkocji. Ma on właśnie przyjechać wieczornym pociągiem.
Gdyby Maryla była oznajmiła, że Mateusz pojechał na dworzec dla odebrania kangura, przysłanego z Australji, zdumienie pani Małgorzaty pewnie nie byłoby większe. Zdawało się, że oniemiała na parę sekund. Niepodobieństwem przecież było przypuszczać, że Maryla żartuje z niej... lecz w tej chwili pani Małgorzata gotowa była tak sądzić.
- Czy mówisz serjo, Marylo? - spytała, odzyskawszy głos.
- Ależ, naturalnie - odpowiedziała zapytana takim tonem, jak gdyby sprowadzanie chłopców z Domu Sierot, w Nowej Szkocji, stanowiło część zwykłych zajęć wiosennych każdej porządnej fermy w Avonlei, nie zaś aby było faktem całkiem tu niesłychanym.
Pani Małgorzata czuła, że traci swą duchową równowagę. Myślała samemi wykrzyknikami. Chłopiec! Maryla i Mateusz Cutbertowie adoptują chłopca! Z Domu Sierot! Czyż to nie koniec świata! Chybaż po tem nic ją już nie będzie w stanie zadziwić! Nic! Nic!...
- Skądże taka myśl wam przyszła? - spytała tonem nagany.
Ponieważ powzięto postanowienie bez jej rady, należało więc je zganić.
- O, długo rozmyślaliśmy nad tem, - właściwie przez całą zimę, - odpowiedziała Maryla. - Na kilka dni przed Bożem Narodzeniem była u nas pani Spencer i opowiadała, że na wiosnę przyjmie do siebie dziewczynkę z Domu Sierot w Hopetown, gdzie mieszka jej cioteczny brat; często bywając u niego, miała sposobność poznać ten Dom Sierot, jako dobrze prowadzony. Mówiła o kilku chłopcach sierotach, których tam widywała, a że Mateusz i ja już dawno myśleliśmy o tem, więc postanowiliśmy wziąć do siebie owego chłopca. Mateusz jest już niemłody, - wiesz, że skończył sześćdziesiąt lat - i nie taki rzeźki, jak dawniej. Od czasu do czasu serce go niepokoi. A pani wszakże rozumie, co to znaczy najmować obcą pomoc! Niema tu innych najemników, jak te głupie wyrostki francuskie. Trudno ich utrzymać, bo zaledwie się ich nieco poduczy i przyzwyczai, wymykają się do fabryk lub wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych.
Początkowo myślał Mateusz o chłopcu z Barnado. Ale ja nie chciałam się na to zgodzić. - Być może, iż to bardzo odpowiedni nabytek, nie twierdzę przeciwnie - rzekłam - ale nie chcę znać uliczników Londynu. Daj mi przynajmniej tutaj dziecko. Kogokolwiekbądź weźmiemy, zawsze to bardzo sprawa niepewna. Lecz lżej mi będzie na duszy, spokojniej będę spała, mając w domu dziecko, rodem z Kanady - mówiłam.
I wreszcie postanowiliśmy prosić panią Spencer, aby gdy pojedzie po dziewczynkę dla siebie, wybrała dla nas chłopca. Właśnie w zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że wyjeżdża w tej sprawie i natychmiast przez służącego Roberta Spencera posłałam jej pozdrowienie z prośbą, aby się nam wystarała o ładnego, zdrowego dziesięcio lub jedenastoletniego chłopczyka. Uważamy, że to wiek najodpowiedniejszy; - chłopiec jest dość duży dla załatwiania drobnych sprawunków, a dość młody, by móc nim pokierować wedle naszej myśli. Znajdzie u nas ciepły rodzinny kąt i odpowiednią opiekę. Dziś właśnie otrzymaliśmy od pani Spencer depeszę - listonosz przyniósł ją, - że przyjeżdża pociągiem o pół do szóstej po południu. Dlatego to Mateusz pojechał na stację. Pani Spencer zostawi tam chłopca, bo sama jedzie dalej do Białych Piasków.
Pani Małgorzata dumna była z tego, że zawsze bez ogródek wypowiadała swe zdanie. Postanowiła uczynić to i obecnie, pomimo że nie odzyskała jeszcze swej zwykłej równowagi.
- Wiesz, Marylo, muszę ci wyznać otwarcie, że macie zamiar popełnić wielkie szaleństwo. Nie wiecie, co robicie! Wprowadzacie do waszego domu jakieś obce dziecko, stworzenie, o którem nic nie wiecie, którego charakteru najzupełniej nie znacie, nie macie pojęcia, jacy byli jego rodzice, ani też, czem ono będzie w przyszłości. Właśnie w zeszłym tygodniu czytałam w gazecie, że jakieś małżeństwo z naszych stron przygarnęło do domu swego sierotę, chłopca z przytułku, a ten potwór podpalił ich dom - umyślnie, - i omal nie zginęli w ogniu. Słyszałam też o innym wypadku, że taki przygarnięty sierota wypijał im wszystkie jajka i nie mogli go od tego odzwyczaić. Gdybyś się była mnie spytała o radę - czegoś nie uczyniła, Marylo, - ja zaklinałabym cię na wszystko, byś tego nie zrobiła. Bezwarunkowo nie!
Ta spóźniona przestroga zdawała się ani przerażać, ani martwić Marylę. Spokojnie w dalszym ciągu kończyła swą robotę.
- Nie przeczę, że jest trochę słuszności w tem, co mówisz, Małgorzato. Ja sama długi czas nie wiedziałam, na co się zgodzić. Ale Mateusz bardzo pragnął tego. Widziałam, jak mu na tem zależy, więc ustąpiłam. Mateusz tak rzadko żąda czegoś, że jeśli kiedy to uczyni, uważam za swój obowiązek spełnić jego żądanie. Co się tyczy ryzyka, toć trudno obliczyć naprzód skutki czegokolwiek na świecie. Ludzie, mający własne dzieci, także nie są pewni, jak się one pokierują. Nie zawsze przecież wyrastają na dzielne jednostki. A Nowa Szkocja toć to prawie część naszej wyspy! Zupełnie co innego, gdybyśmy je sprowadzali z Anglji lub ze Stanów Zjednoczonych. Dziecko naszego kraju nie może się wszakże tak bardzo różnić od nas.
- Owszem, mam nadzieję, że wszystko dobrze pójdzie - rzekła pani Małgorzata tonem, zdradzającym wprost przeciwne przekonanie. - Tylko nie powiedz, żem cię nie ostrzegała, jeśli kiedykolwiek chłopiec ten podpali wasz dom lub wrzuci strychninę do studni. Przypominam sobie podobny wypadek w Nowym Brunświku, gdzie cała rodzina umarła w najstraszniejszych męczarniach... Tylko, że wtedy była to dziewczynka.
- Wszakże my nie bierzemy dziewczynki - odpowiedziała Maryla, jak gdyby zatruwanie studzien było wyłącznie kobiecą czynnością i nie należało się go obawiać ze strony chłopca. - Nigdy nie przyszłoby mi na myśl wziąć dziewczynkę do domu. Dziwi mnie, że pani Spencer to robi. Ona jednak potrafiłaby wziąć cały Dom Sierot pod swą opiekę, gdyby na taki pomysł wpadła.
Pani Małgorzata chętnie poczekałaby na powrót Mateusza. Ale zważywszy, że ma jeszcze całe dwie godziny przed sobą, postanowiła pójść dalej i wstąpić do Bellów, aby im zanieść tę nowinę. Wyobrażała sobie, jakie tam uczyni wrażenie, a pani Małgorzata lubiła bardzo silne wrażenia.
Pożegnała się więc ku wielkiemu zadowoleniu Maryli, której pod wpływem czarnych przeczuć i wróżb pani Małgorzaty z nową mocą nasunęły się dawne obawy i wątpliwości.
- Niesłychane rzeczy! - westchnęła pani Małgorzata, znalazłszy się znowu na gościńcu. - Czyż to nie sen aby? No, to pewna, że chłopca żal mi serdecznie. Mateusz, zarówno jak Maryla, nie mają pojęcia o wychowaniu dziecka i z pewnością będą żądali odeń, aby był mędrszy i doświadczeńszy od swego dziadka - jeśli go kiedykolwiek posiadał, co jest bardzo wątpliwe. Nie umiem sobie wcale wyobrazić dziecka w domu Cutbertów. Przecież nigdy tam dziecka nie było, bo Mateusz i Maryla byli też już dorośli, kiedy ojciec ich stawiał nowy dom, - a zresztą, Bóg wie, czy oni wogóle byli kiedy dziećmi. Za nic w świecie nie chciałabym być w skórze tego biednego chłopca. Naprawdę, żal mi go serdecznie!
W ten sposób wywnętrzała się pani Małgorzata przed kwitnącemi krzakami głogu.
Lecz litość jej bez wątpienia byłaby jeszcze głębsza i serdeczniejsza, gdyby mogła widzieć dziecko, które w tej chwili czekało na dworcu kolei żelaznej w Szerokiej Rzece.