Ania z Szumiących Topoli - Lucy Maud Montgomery

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

(List Ani Shir­ley, licen­cjatki, dyrek­torki liceum w Sum­mer­side, do Gil­berta Bly­the'a, stu­denta medy­cyny na Uni­wer­sy­te­cie Red­mond w King­sport).

Szu­miące Topole, Aleja Duchów, Wyspa Księ­cia Edwarda, Sum­mer­side, ponie­dzia­łek, 12 wrze­śnia

NAJ­DROŻ­SZY!

Czyż to nie zachwy­ca­jący adres? Czy sły­sza­łeś kie­dy­kol­wiek coś rów­nie cudow­nego? Szu­miące Topole to nazwa mojego nowego domu, któ­rym jestem zachwy­cona! Podoba mi się także Aleja Duchów, która wła­ści­wie nie jest for­malną nazwą. Powinna nazy­wać się ulica Trent, ale nikt jej tak nie nazywa z wyjąt­kiem rzad­kich przy­pad­ków, kiedy dosta­nie się do tygo­dnika "Weekly Courier". Wtedy czy­tel­nicy patrzą na sie­bie z nie­do­wie­rza­niem i pytają: "Gdzież, u licha, znaj­duje się taka ulica? To prze­cież Aleja Duchów". Jed­nak nie mogę Ci powie­dzieć, z jakiego powodu tak się nazywa. Spy­ta­łam o to Rebekę Dew, ale nie umiała mi powie­dzieć niczego, oprócz tego, że nazwa ta funk­cjo­nuje od naj­daw­niej­szych cza­sów, gdyż kie­dyś miej­sce to było nawie­dzane przez duchy. Lecz ona nie widziała tam ni­gdy nikogo, kto wyglą­dałby ina­czej niż zwy­kli miesz­kańcy tej ziemi.

Muszę jed­nak kon­ty­nu­ować moją opo­wieść. Jesz­cze nie znasz Rebeki Dew, ale to się oczy­wi­ście zmieni. Prze­wi­duję, że zaj­mie ona pokaźne miej­sce w mojej kore­spon­den­cji.

Teraz zapada już zmierzch, naj­droż­szy. (A tak przy oka­zji, czyż słowo "zmierzch" nie jest pełne czaru? Podoba mi się bar­dziej niż "zmrok". Brzmi tak aksa­mit­nie i cie­ni­ście, i... zmierz­chli­wie). W świe­tle słońca należę do świata, a w nocy do snu i wiecz­no­ści. Ale o zmierz­chu uwal­niam się i należę tylko do sie­bie i do Cie­bie. Zacho­wam więc tę porę wyłącz­nie na kore­spon­den­cję z Tobą. Ale nie będzie to list miło­sny. Mam nie­zbyt dobrze piszące pióro, a takie nie nadaje się do pisa­nia listów miło­snych, podob­nie jak ostre lub stę­pione. Możesz więc liczyć na miło­sny list tylko wtedy, gdy będę miała stu­pro­cen­towo odpo­wied­nią sta­lówkę. A teraz opo­wiem Ci o moim nowym domu i jego miesz­kań­cach, Gil­ber­cie. Są tacy kochani!

Przy­je­cha­łam tu wczo­raj z nadzieją zna­le­zie­nia pen­sjo­natu. Pani Mał­go­rzata Linde przy­je­chała ze mną pod pre­tek­stem zaku­pów, ale wiem dosko­nale, że jej głów­nym celem było zna­le­zie­nie mi pen­sjo­natu. Mimo że ukoń­czy­łam wydział filo­lo­giczny i uzy­ska­łam licen­cjat, pani Linde na­dal uważa mnie za nie­do­świad­czoną młodą osóbkę, którą trzeba kie­ro­wać, usta­wiać i nad­zo­ro­wać.

Przy­je­cha­ły­śmy pocią­giem i wyobraź sobie, Gil­ber­cie, mia­łam taką śmieszną przy­godę. Jak wiesz, przy­gody to moja domena, przy­cią­gam je do sie­bie, acz nie wiem jak! Zda­rzyło się to aku­rat w momen­cie, gdy pociąg wjeż­dżał na sta­cję. Wsta­łam i schy­liw­szy się, by pod­nieść walizkę pani Linde (pla­no­wała spę­dzić nie­dzielę z przy­ja­ciółką w Sum­mer­side), opar­łam się kłyk­ciami zaci­śnię­tej dłoni na czymś, co wyda­wało mi się błysz­czą­cym opar­ciem fotela. W jed­nej sekun­dzie otrzy­ma­łam gwał­towne ude­rze­nie, aż z tru­dem powstrzy­ma­łam okrzyk bólu. Gil­ber­cie, wyobraź sobie, że to, co wzię­łam za ele­ment sie­dze­nia, było łysą głową jakie­goś męż­czy­zny! Nie­spo­dzie­wa­nie obu­dzony patrzył na mnie z wście­kło­ścią. Prze­pro­si­łam go nie­zręcz­nie i wysia­dłam z pociągu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Kiedy rzu­ci­łam ostat­nie spoj­rze­nie na prze­dział, sie­dział tam na­dal, wrogo mie­rząc mnie wzro­kiem. Pani Linde była prze­ra­żona, a kłyk­cie mojej dłoni są na­dal obo­lałe!

Nie prze­wi­dy­wa­łam spe­cjal­nych kło­po­tów ze zna­le­zie­niem pen­sjo­natu, gdyż wie­dzia­łam, że pewna pani, nie­jaka Toma­szowa Prin­gle, wynaj­muje pokoje kolej­nym dyrek­tor­kom szkoły śred­niej od co naj­mniej dwu­na­stu lat. Jed­nak z jakiejś nie­zna­nej przy­czyny naraz oka­zała się zmę­czona i odmó­wiła przy­ję­cia mnie. Kilka innych nie­złych miejsc także wykrę­ciło się jakimś pre­tek­stem. Gdzie indziej znów nie bar­dzo mi się podo­bało. Cho­dzi­ły­śmy po mia­steczku całe popo­łu­dnie, zgrzane i zmę­czone, z chan­drą i bólem głowy, aż wresz­cie zna­la­złam! Byłam już gotowa pod­dać się w roz­pa­czy, kiedy naraz zda­rzyła się Aleja Duchów!

Wpa­dły­śmy na nią w dro­dze do pani Brad­dock, daw­nej kole­żanki pani Linde. Pani Brad­dock powie­działa, że cał­kiem moż­liwe, że będę mogła zamiesz­kać "u wdów".

Sły­szała, że chcą wziąć loka­tora, aby mieć na wyna­gro­dze­nie Rebeki Dew. Nie mogą pozwo­lić sobie na dal­sze utrzy­my­wa­nie Rebeki, chyba że uzy­skają jakieś dodat­kowe pie­nią­dze, a jeżeli Rebeka odej­dzie, to kto będzie doił starą, rudą krowę?

Pani Brad­dock popa­trzyła na mnie surowo, jak gdyby przy­szło jej do głowy, że to ja powin­nam doić rudą krowę, ale nie uwie­rzy, że potra­fię to zro­bić, nawet gdy­bym zło­żyła przy­sięgę.

- O jakich to wdo­wach mówisz? - spy­tała pani Linde.

- Jak to, nie koja­rzysz? O cioci Kasi i cioci Hani - powie­działa pani Brad­dock, jak gdyby każdy powi­nien je znać, nawet nie­zbyt mądra licen­cjatka w dzie­dzi­nie lite­ra­tury. - Cio­cia Kasia to pani Ama­sowa Mac­Com­ber - wdowa po kapi­ta­nie, a cio­cia Hania to pani Lin­col­nowa Mac­Lean - "cywilna" wdowa, ale wszy­scy nazy­wają je cio­tecz­kami. Miesz­kają na końcu Alei Duchów.

Aleja Duchów! Ta nazwa wystar­czyła, by mnie prze­ko­nać. Musia­łam zamiesz­kać u wdów!

- Chodźmy to spraw­dzić - popro­si­łam panią Linde. Zda­wało mi się, że jeżeli stra­cimy choćby jesz­cze jedną chwilę, to Aleja Duchów znik­nie z powro­tem w kra­inie cza­rów.

- Możesz pójść do nich, ale o tym, czy cię przyjmą, zade­cy­duje Rebeka Dew. To ona rzą­dzi w Szu­mią­cych Topo­lach, o tym mogę was zapew­nić.

Szu­miące Topole! To nie mogło być prawdą, nie mogło! Chyba śnię. A pani Mał­go­rzata Linde oce­niła, że fak­tycz­nie jest to dziwna nazwa dla domu.

- Och, kapi­tan Mac­Com­ber nazwał tak ten dom. Nale­żał do niego, rozu­mie pani. Obsa­dził go topo­lami, z któ­rych był sza­le­nie dumny, cho­ciaż rzadko bywał w domu i ni­gdy nie przy­jeż­dżał na długo. Cio­teczka Kasia mawiała zazwy­czaj, że to nie­wy­godne, ale ni­gdy nie udało nam się usta­lić, czy miała na myśli jego krót­kie pobyty, czy też fakt, że w ogóle wraca. Cóż, panno Shir­ley, mam nadzieję, że dosta­nie pani to miesz­kanko. Rebeka Dew jest świetną kucharką, a szcze­gólny geniusz wyka­zuje, przy­rzą­dza­jąc sałatkę z ziem­nia­ków. Jeżeli panią polubi, zary­suje się przed panią wspa­niała przy­szłość. Sły­sza­łam, że w mie­ście jest nowy ban­kier, który poszu­kuje pen­sjo­natu; nie­wy­klu­czone, że będzie wolała jego. To śmieszne, że Toma­szowa Prin­gle nie chciała pani przy­jąć. Całe mia­steczko Sum­mer­side jest pełne człon­ków rodziny Prin­gle'ów i osób z nimi spo­krew­nio­nych. Nazy­wani są rodziną kró­lew­ską i musi pani zyskać ich względy, panno Shir­ley, albo też ni­gdy nie odnie­sie pani suk­cesu w liceum w Sum­mer­side. Zawsze byli tu naj­waż­niejsi, jest nawet ulica, która dostała nazwę po kapi­tanie Abra­ha­mie Prin­gle'u. Sta­no­wią świet­nie zor­ga­ni­zo­wany klan, a na jego czele stoją dwie stare damy z Klo­no­wego Wzgó­rza. Sły­sza­łam, że nie prze­pa­dają za panią.

- A dla­cze­góż to?! - wykrzyk­nę­łam. - Prze­cież mnie nie znają!

- Otóż cho­dzi o to, że pewien ich dal­szy kuzyn ubie­gał się o sta­no­wi­sko dyrek­tora liceum i cały klan był prze­ko­nany, że to on powi­nien je uzy­skać. Kiedy przy­jęto pani poda­nie, wszy­scy się roz­zło­ścili. Cóż, tacy są ludzie. Musimy ich akcep­to­wać takimi, jacy są. Z pozoru będą dla pani mili, ale cały czas będą knuć prze­ciwko pani. Nie chcę pani znie­chę­cać, ale ostrze­żony to uzbro­jony! Mam nadzieję, że pora­dzi pani sobie mimo ich nie­chęci. Jeżeli wdowy panią przyjmą, nie będzie pani miała nic prze­ciwko temu, żeby jeść posiłki w towa­rzy­stwie Rebeki Dew, prawda? Nie jest słu­żącą. To daleka kuzynka kapi­tana. Nie siada do stołu, kiedy przyj­mo­wani są goście. Wów­czas zna swoje miej­sce, ale jeżeli zamieszka tam pani jako loka­torka, nie będzie pani trak­to­wała jako gościa.

Zapew­ni­łam nie­spo­kojną panią Brad­dock, że z wielką przy­jem­no­ścią będę kon­su­mo­wać posiłki w towa­rzy­stwie Rebeki Dew i pocią­gnę­łam panią Linde do upra­gnio­nego miej­sca. Zro­zu­mia­łam, że muszę tam dotrzeć przed ban­kie­rem.

Pani Brad­dock poszła za nami aż do drzwi.

- I niech pani nie rani uczuć cio­teczki Hani, dobrze? Bar­dzo łatwo spra­wić jej przy­krość, jest taka wraż­liwa, bie­dac­two. Nie ma aż tylu pie­nię­dzy co cio­teczka Kasia, choć cio­teczka Kasia także nie ma ich za wiele. Lecz cio­teczka Kasia bar­dzo kochała swo­jego męża, zaś cio­teczka Hania nie prze­pa­dała za swoim. Nic w tym dziw­nego! Lin­coln Mac­Lean był sta­rym zrzędą, ale jej zda­niem, ludzie ją o to obwi­niają. Całe szczę­ście, że dziś sobota. Gdyby był pią­tek, cio­cia Hania nie wzię­łaby nawet pod roz­wagę pomy­słu, aby przy­jąć panią na loka­torkę. Można by się spo­dzie­wać, że to cio­teczka Kasia jest zabo­bonna, prawda? Tacy są bowiem mary­na­rze! Ale oka­zuje się, że to cio­teczka Hania, mimo że jej mąż był cie­ślą. Była bar­dzo ładna w latach mło­do­ści, bie­dac­two.

Zapew­ni­łam panią Brad­dock, że potrak­tuję uczu­cia cio­teczki Hani jak świę­tość, lecz ona na­dal szła za nami ścieżką.

- Kasia i Hania nie będą grze­bać w pani rze­czach, gdy pani wyj­dzie z pokoju. Są bar­dzo przy­zwo­ite. Może to robić Rebeka Dew, ale nie będzie na panią dono­sić. I na pani miej­scu nie pod­cho­dzi­ła­bym od drzwi fron­to­wych. Wyko­rzy­stują je jedy­nie na bar­dzo ważne oka­zje. Nie przy­po­mi­nam sobie, aby były otwie­rane od dnia pogrzebu Amasa. Pukaj­cie do bocz­nych drzwi. Trzy­mają klucz pod doniczką na para­pe­cie, tak więc jeżeli nikogo nie będzie w domu, może­cie po pro­stu otwo­rzyć drzwi, wejść do środka i pocze­kać. A cokol­wiek zro­bi­cie, nie wychwa­laj­cie kota, ponie­waż Rebeka Dew go nie cierpi.

Obie­ca­łam także nie wychwa­lać kota i wresz­cie udało nam się roz­stać z naszą roz­mów­czy­nią. Nie­ba­wem zna­la­zły­śmy się w Alei Duchów. Jest to bar­dzo krótka boczna uliczka pro­wa­dząca na otwartą wiej­ską prze­strzeń, a w głębi widoczne jest z niej błę­kitne wzgó­rze, które sta­nowi piękne tło. Z jed­nej strony wcale nie ma domów, a zie­mia opada łagod­nie w kie­runku portu. Z dru­giej strony stoją tylko trzy. Pierw­szy jest zwy­czajny, nie mam nic wię­cej do powie­dze­nia o nim. Następny to impo­nu­jący, ponury dwór z wykoń­czo­nej kamie­niami czer­wo­nej cegły, z man­sar­do­wym dachem, lukar­nami, meta­lową balu­stradą dookoła dachu, oto­czony tak wie­loma świer­kami i jodłami, że trudno go dostrzec. Wewnątrz musi być nie­zwy­kle ciemno. Trzeci i ostatni dom to Szu­miące Topole, na samym rogu, z uliczką zaro­śniętą trawą z przodu i praw­dziwą wiej­ską drogą, piękną w cie­niu drzew, po dru­giej stro­nie.

Zako­cha­łam się w nim od pierw­szego wej­rze­nia. Jak wiesz, są domy, które robią wra­że­nie na pierw­szy rzut oka dla przy­czyny, którą trudno zde­fi­nio­wać. Takie są wła­śnie Szu­miące Topole. Mogła­bym Ci opi­sać biały dom, bar­dzo biały, z zie­lo­nymi, bar­dzo zie­lo­nymi okien­ni­cami, z wie­życzką na rogu i po jed­nym oknie man­sar­do­wym z każ­dej strony, z niskim mur­kiem oddzie­la­ją­cym go od ulicy, z topo­lami i osi­kami rosną­cymi wzdłuż i wiel­kim ogro­dem z tyłu, gdzie pomie­szane są cudowne kwiaty i warzywa, ale wszystko to nie odda jego uroku. Krótko mówiąc, to dom, który ma w sobie coś z Zie­lo­nego Wzgó­rza.

- To miej­sce w sam raz dla mnie, na pewno tak chciał los - powie­dzia­łam gwał­tow­nie.

Pani Linde wyglą­dała, jak gdyby nie cał­kiem ufała memu prze­zna­cze­niu.

- Będziesz miała daleko do szkoły - powie­działa z powąt­pie­wa­niem.

- Jest mi to obo­jętne. Przyda mi się tro­chę ruchu. Och, niech­że pani przyj­rzy się temu uro­czemu brzo­zowo-klo­no­wemu zagaj­ni­kowi po dru­giej stro­nie drogi!

Pani Linde popa­trzyła, ale jedyny jej komen­tarz był taki:

- Mam nadzieję, że nie będzie tu plagi koma­rów.

- Ja też mam taką nadzieję. Nie­na­wi­dzę koma­rów. Jeden komar zapewni mi dłuż­szą bez­sen­ność niż wyrzuty sumie­nia.

Byłam zado­wo­lona, że nie musimy wcho­dzić fron­to­wymi drzwiami. Wyglą­dały znie­chę­ca­jąco: duże, dwu­skrzy­dłowe, drew­niane z pane­lami z czer­wo­nych, szkla­nych kwia­tów po bokach. Zupeł­nie nie paso­wały do całego domu. Małe, zie­lone boczne drzwiczki, do któ­rych dotar­ły­śmy ścieżką z cien­kich, pła­skich płyt kamien­nych miej­scami zato­pio­nych w tra­wie, były o wiele bar­dziej przy­ja­zne i gościnne. Na kra­wę­dziach ścieżki znaj­do­wały się zadbane kwiet­niki z ozdobną trawą, ład­nicz­kami, liliami tygry­simi, czer­wono-bia­łymi sto­krot­kami, lwimi paszcz­kami i grosz­kiem pach­ną­cym oraz czymś, co pani Linde nazywa sośnicz­kami. Oczy­wi­ście o tej porze roku nie kwi­tły, ale widać było, że we wła­ści­wym cza­sie pełne były kwie­cia. W dal­szej czę­ści ogrodu znaj­do­wała się różana rabatka, a pomię­dzy Szu­mią­cymi Topo­lami i ponu­rym sąsied­nim budyn­kiem znaj­do­wał się murek z cegieł, cały zaro­śnięty pną­cym blusz­czem, z łukiem per­goli ponad bla­do­zie­loną furtką. W samym środku pokry­wała ją winna lato­rośl, z czego wyni­kało, że nie otwie­rano jej od dawna. W grun­cie rze­czy, w dobrym sta­nie była tylko dolna połowa furtki, gdyż górna jej część była wyła­mana, dzięki czemu jawił się naszym oczom zaro­śnięty chwa­stami ogród po dru­giej stro­nie.

Kiedy wcho­dzi­ły­śmy bramką do ogrodu Szu­mią­cych Topoli, zauwa­ży­łam małą kępkę koni­czyny, tuż na prawo, przy ścieżce. Jakiś impuls kazał mi się pochy­lić i przyj­rzeć się jej. Nie uwie­rzył­byś, Gil­ber­cie! Tuż przede mną znaj­do­wały się trzy czte­ro­listne koni­czyny! Potrak­to­wa­łam to jako omen! Nawet rodzina Prin­gle'ów nie jest w sta­nie zmie­nić mojego prze­zna­cze­nia. I od razu zda­łam sobie sprawę, że ban­kier na pewno nie zdo­łał dotrzeć tu przede mną.

Boczne drzwi były otwarte, a więc nie­wąt­pli­wie ktoś znaj­do­wał się w domu. Nie musia­ły­śmy więc szu­kać klu­cza pod doniczką. Zapu­ka­ły­śmy i do drzwi pode­szła Rebeka Dew. Od razu wie­dzia­ły­śmy, że to ona, ponie­waż nie mógł to być abso­lut­nie nikt inny. A poza tym, żadne inne imię by do niej nie paso­wało.

Rebeka Dew ma około czter­dzie­stu lat i gdyby pomi­dor mógł mieć czarne włosy zacze­sane od czoła, małe, błysz­czące, czarne oczka, drobny nosek z bul­wia­stym koń­cem i cienką kre­skę zamiast ust, wyglą­dałby zupeł­nie jak ona. Wszystko ma nieco za krót­kie: ręce i nogi, szyję i nos, wszystko, z wyjąt­kiem uśmie­chu, który roz­po­ściera się od ucha do ucha.

Jed­nak w tym momen­cie nie uśmie­chała się. Wyglą­dała bar­dzo poważ­nie, kiedy spy­ta­łam, czy zasta­łam panią Mac­Com­ber.

- Czy cho­dzi pani o panią kapi­ta­nową Mac­Com­ber? - sark­nęła, jak gdyby w tym domu miesz­kało co naj­mniej tuzin róż­nych pań Mac­Com­ber.

- Tak - odpar­łam pokor­nie i wtedy wpro­wa­dziła nas do salo­niku, i tam pozo­sta­wiła. Pokój był mały i ładny, nieco zagra­cony podusz­kami, ale o spo­koj­nej i przy­ja­znej atmos­fe­rze, która mi odpo­wia­dała. Wszyst­kie meble znaj­do­wały się na prze­zna­czo­nych im miej­scach, zaj­mo­wa­nych od wielu lat. Jak te meble lśniły! Żadna kupna poli­tura nie dałaby takiego poły­sku. Wie­dzia­łam, że to zasługa Rebeki Dew. Na kominku znaj­do­wała się butelka ze stat­kiem pod peł­nymi żaglami, co bar­dzo zain­te­re­so­wało panią Linde. Zupeł­nie nie mogła pojąć, w jaki spo­sób dostał się on do środka, ale szybko doszła do wnio­sku, że ten dro­biazg nada­wał poko­jowi "mor­skiego cha­rak­teru".

Weszły wdowy. Od razu je polu­bi­łam. Cio­teczka Kasia jest wysoka, szczu­pła, siwa i nieco surowa, dokład­nie w rodzaju Maryli; cio­teczka Hania niska, szczu­pła, także siwa oraz nieco smętna. Być może była kie­dyś bar­dzo ładna, lecz z tej urody nie pozo­stało nic oprócz oczu - łagod­nych, wiel­kich, koloru brą­zo­wego.

Obja­śni­łam powód mej wizyty, a wdowy popa­trzyły po sobie.

- Musimy nara­dzić się z Rebeką Dew - orze­kła cio­cia Hania.

- Bez wąt­pie­nia - potwier­dziła cio­cia Kasia.

Wezwano zatem z kuchni Rebekę Dew. Przy­szedł z nią kot, wielki, puszy­sty mal­tań­czyk o bia­łej piersi i bia­łym koł­nie­rzu. Z przy­jem­no­ścią pogła­dzi­ła­bym go, ale pamię­ta­łam ostrze­że­nie pani Brad­dock i dla­tego go zigno­ro­wa­łam.

Rebeka popa­trzyła na mnie z cie­niem uśmie­chu na twa­rzy.

- Rebeko - powie­działa cio­cia Kasia, która, jak odkry­łam, nie zwy­kła mar­no­wać słów - panna Shir­ley pra­gnie u nas zamiesz­kać. Nie przy­pusz­czam, aby­śmy mogły zaofe­ro­wać jej miesz­ka­nie.

- A dla­czego nie? - zapy­tała Rebeka Dew.

- Oba­wiam się, że byłoby to dla cie­bie dodat­ko­wym obo­wiąz­kiem - powie­działa cio­cia Hania.

- Jestem przy­zwy­cza­jona do obo­wiąz­ków - odparła Rebeka Dew.

Nie można, Gil­ber­cie, oddzie­lić tych dwóch imion. To nie­moż­liwe, cho­ciaż wdowy to robią. Zwra­ca­jąc się do niej, nazy­wają ją Rebeką. Nie wiem, jak to im się udaje.

- Jeste­śmy chyba za stare, aby znieść krę­ce­nie się tu mło­dych ludzi - upie­rała się cio­cia Hania.

- Mów za sie­bie! - sprze­ci­wiła się Rebeka Dew. - Mam zale­d­wie czter­dzie­ści pięć lat i wszyst­kie moje organy funk­cjo­nują jesz­cze pra­wi­dłowo. I uwa­żam, że miło byłoby, gdyby wresz­cie zamiesz­kała tu jakaś młoda osoba. Oczy­wi­ście wolę dziew­czynę niż chło­paka. Paliłby taki papie­rosy w dzień i w nocy, aż spło­nę­ły­by­śmy w łóż­kach. Jeżeli już musi­cie brać loka­tora, radzę, żeby to była ona, ale oczy­wi­ście to wasz dom.

Powie­działa to wszystko i znik­nęła, że zacy­tuję tu Homera. Poję­łam, że cała sprawa została zała­twiona, ale cio­cia Hania wspo­mniała, że muszę naj­pierw pójść na górę i zoba­czyć, czy odpo­wiada mi prze­zna­czony dla loka­tora pokój.

- Damy ci pokój z wie­życzką, kocha­neczko. Nie jest rów­nie wielki jak pokój gościnny, ale ma komin, co umoż­li­wia wsta­wie­nie pieca zimą, poza tym roz­ta­cza się z niego o wiele ład­niej­szy widok, z okna można dostrzec stary cmen­tarz.

Wie­dzia­łam, że pokój mi się spodoba. Sama już nazwa "pokój z wie­życzką" jest taka pod­nie­ca­jąca. Mia­łam wra­że­nie, że zamiesz­kam w tej sta­rej pio­sence, którą kie­dyś śpie­wa­li­śmy w szkole w Avon­lea na temat panny, "która żyła w wyso­kiej wieży nad sza­rym morzem". Pokój oka­zał się cudowny. Weszły­śmy do niego po schod­kach bocz­nej klatki scho­do­wej, pro­wa­dzą­cych z pode­stu. Pokój jest raczej mały, lecz nie aż tak jak okropna sypial­nia, którą mia­łam na pierw­szym roku w Red­mond. Zoba­czy­łam dwa okna, jedno man­sar­dowe wycho­dzące na zachód, a dru­gie na pół­noc, zaś w wyku­szu utwo­rzo­nym przez wieżę znaj­do­wało się kolejne: o trzech skrzy­dłach, otwie­ra­jące się na zewnątrz, pod któ­rym znaj­do­wały się półki na książki. Pod­łoga jest pokryta okrą­głymi, tka­nymi dywa­nami. Na nich stoi duże łoże z płó­cien­nym bal­da­chi­mem i koł­drą z pie­rza, która wygląda tak per­fek­cyj­nie gładko, że pomy­śla­łam sobie, że szkoda będzie zakłó­cić tę per­fek­cję, uda­jąc się na spo­czy­nek. I, Gil­ber­cie, łóżko jest tak wyso­kie, że, by na nie wejść, muszę sko­rzy­stać z małych prze­no­śnych schod­ków, które w ciągu dnia są ukryte pod nim. Wydaje się, że kapi­tan Mac­Com­ber kupił cały ten zestaw w jakimś obcym kraju i spro­wa­dził do domu.

W rogu znaj­duje się mała szafka naroż­ni­kowa z półecz­kami ozdo­bio­nymi bia­łym papie­rem i bukie­tami kwia­tów nama­lo­wa­nymi na drzwicz­kach. Na para­pe­cie leży okrą­gła błę­kitna poduszka z guzi­kiem zagłę­bio­nym w środku, dzięki któ­remu wygląda jak wypie­czone błę­kitne pącz­kowe gniazdko. Obok zaś stoi umy­walka z dwiema półecz­kami: górną - wystar­cza­jącą, by usta­wić na niej miskę i dzban koloru błę­kitnego jak jajka rudzika, a dolną na mydel­niczkę i dzban gorą­cej wody. Ma też szu­fladę z mosięż­nym uchwy­tem, pełną ręcz­ni­ków, i półeczkę nad nią, na któ­rej sie­dzi biała damulka z por­ce­lany, ze zło­tymi wło­sami, różo­wymi but­kami, zło­tym pasem i czer­woną por­ce­la­nową różą. Całe to miej­sce złoci świa­tło prze­do­sta­jące się przez zasłony koloru zboża, a na wybie­lo­nych ścia­nach wisi nie­zwy­kła makatka, na którą padają wzo­rzy­ste cie­nie topoli rosną­cej na zewnątrz, czy­niąc z niej żywy obraz, zmie­nia­jący się i ruchomy. W jakiś spo­sób pokój ten wydał mi się nie­zwy­kle rado­sny. Poczu­łam się bar­dzo bogata.

- Będziesz tu bez­pieczna, to pewne - powie­działa pani Linde, gdy wycho­dzi­ły­śmy.

- Ocze­kuję, że pewne rze­czy mogą być tu dla mnie trudne po swo­bo­dzie, jaką mia­łam w Ustro­niu Patty - prze­ko­ma­rza­łam się.

- Swo­bo­dzie! - powie­działa z prze­ką­sem pani Linde. - Swo­bo­dzie! Nie mów jak jan­ke­ska, Anno.

Wpro­wa­dzi­łam się dzi­siaj, z torbą i resztą bagażu. Oczy­wi­ście bar­dzo nie­chęt­nie opusz­cza­łam Zie­lone Wzgó­rze. Nie­ważne jak czę­sto i długo prze­by­wam poza domem, w chwili gdy poja­wia się jaki­kol­wiek wolny dzień, wra­cam tam natych­miast i czuję się, jak­bym ni­gdy nie wyjeż­dżała. Serce kraje mi się, gdy znów muszę odje­chać. Ale wiem, że tutaj będzie mi się podo­bać i to miej­sce mnie także lubi. Zawsze wiem, czy dom mnie akcep­tuje, czy nie. Widok z moich okien jest uro­czy. Nawet stary cmen­tarz oto­czony rzę­dem ciem­nych świer­ków, do któ­rego można dotrzeć wijącą się alejką z rowami po bokach. Z okna wycho­dzą­cego na zachód widzę całą przy­stań aż do odle­głych, zamglo­nych wybrzeży ze ślicz­nym por­tem jach­to­wym, który mnie zachwyca, i stat­kami wycho­dzą­cymi w morze do nie­zna­nych krain. Co za fascy­nu­jące wyra­że­nie! Takie pole dla wyobraźni! Z okna pół­noc­nego widzę brze­zinę i klony po dru­giej stro­nie drogi. Wiesz, że zawsze byłam wielką wiel­bi­cielką drzew. Kiedy stu­dio­wa­li­śmy Ten­ny­sona na angli­styce w Red­mond, zawsze potra­fi­łam współ­czuć Eno­nie, roz­pa­cza­ją­cej nad znisz­czo­nymi sosnami.

Za brze­ziną i cmen­ta­rzem znaj­duje się uro­cza dolina z wijącą się dalej błysz­czącą, czer­woną wstęgą drogi i punk­ci­kami bia­łych domów wzdłuż niej. Nie­które doliny są uro­cze, acz trudno powie­dzieć dla­czego. Wystar­czy tylko spoj­rzeć na nie i odczuwa się radość. A dalej znaj­duje się moje błę­kitne wzgó­rze. Nazy­wam je Kró­lem Sztor­mów, wiesz, że to moja pasja.

Kiedy tylko zechcę, mogę być tu zupeł­nie sama. Zdaję sobie sprawę, że samot­ność od czasu do czasu to coś uro­czego. Wia­try będą moimi przy­ja­ciółmi. Będą łkać i wzdy­chać, i jęczeć wokół mojej wieży. Białe zimowe wia­try, zie­lone wio­senne, błę­kitne let­nie, szkar­łatne jesienne i dzi­kie wia­try wszel­kich pór. "Burzowy wiatr speł­nia­jący jego słowa" - jakże eks­cy­to­wał mnie zawsze ten ustęp Biblii, jakby każdy wiatr miał dla mnie jakąś wia­do­mość. Zawsze zazdro­ści­łam chłopcu, który odle­ciał z pół­noc­nym wia­trem w tym uro­czym, sta­rym opo­wia­da­niu Geo­rge'a McDo­nalda. Któ­rejś nocy, Gil­ber­cie, otwo­rzę okno w mojej wieży i sko­czę w ramiona wia­tru, a Rebeka Dew ni­gdy się nie dowie, dla­czego tej nocy nie spa­łam w łóżku.

Mam nadzieję, naj­droż­szy, że kiedy znaj­dziemy nasz wyma­rzony dom, dookoła niego będą wiały wia­try. Zasta­na­wiam się, gdzie jest ten nie­znany dom. Czy będzie mi się naj­bar­dziej podo­bał w świe­tle księ­życa, czy o świ­cie? Ten dom przy­szło­ści, w któ­rym zaznamy miło­ści, przy­jaźni i gdzie będziemy pra­co­wać. I prze­ży­jemy parę rado­snych przy­gód, które roz­we­selą nas na stare lata. Stare lata! Czy to moż­liwe, że będziemy kie­dyś sta­rzy, Gil­ber­cie? Chyba nie!

Z lewego okna wieży widzę dachy mia­sta. To w tym miej­scu będę żyć co naj­mniej przez rok. Ludzie, któ­rzy miesz­kają w oko­licy, będą moimi przy­ja­ciółmi, cho­ciaż jesz­cze ich nie znam, a być może niektó­rzy wro­gami. Ponie­waż ludzie pokroju rodziny Pye'ów znaj­dują się wszę­dzie, acz posia­dają naj­roz­ma­it­sze nazwi­ska, rozu­miem, że trzeba wziąć poprawkę na rodzinę Prin­gle'ów. Jutro zaczyna się szkoła. Będę musiała nauczać geo­me­trii! Mam nadzieję, że nie będzie to gor­sze niż ucze­nie się geo­me­trii. Modlę się do nie­bios, żeby wśród dzieci Prin­gle'ów nie było mate­ma­tycz­nych geniu­szy. Jestem tu zale­d­wie pół dnia, ale mam wra­że­nie, jak­bym znała wdowy i Rebekę Dew całe życie. Już popro­siły mnie, żebym zwra­cała się do nich "cio­teczko", a ja w zamian zapro­po­no­wa­łam, by mówiły mi "Aniu". Do Rebeki Dew zwra­cam się "panno Dew"... w każ­dym razie zro­bi­łam tak raz.

- Panno... co? - zdzi­wiła się.

- Dew - powie­dzia­łam pokor­nie. - Czyżby to nie było pani nazwi­sko?1.

- No tak, jest, ale nikt mnie nie nazy­wał panną Dew od tak dawna, że bar­dzo mnie to zdzi­wiło. Lepiej niech pani tego nie robi, panno Shir­ley. Nie jestem do tego przy­zwy­cza­jona.

- Będę pamię­tać, Rebeko Dew - powie­dzia­łam, ze wszyst­kich sił sta­ra­jąc się opu­ścić imię, ale bez­sku­tecz­nie.

Pani Brad­dock miała rację, twier­dząc, że cio­cia Hania jest wraż­liwa. Odkry­łam to w porze kola­cji. Cio­cia Kasia powie­działa coś na temat sześć­dzie­sią­tych szó­stych uro­dzin Hani. Aku­rat spoj­rza­łam na cio­teczkę Hanię i od razu zoba­czy­łam, że ma w oczach łzy. Nie uży­łam dobrego okre­śle­nia, żeby to opi­sać. Po pro­stu z oczu cie­kły jej łzy. Nagro­ma­dziły się w jej wiel­kich, brą­zo­wych oczach i pły­nęły z ich brze­gów, bez żad­nego wysiłku, w mil­cze­niu.

- Co tym razem, Haniu? - raczej kwa­śno spy­tała cio­teczka Kasia.

- Ależ... ależ to zale­d­wie sześć­dzie­siąte piąte uro­dziny - wybą­kała cio­teczka Hania.

- Och, wybacz, Haniu - prze­pro­siła cio­teczka Kasia i znów powró­ciło słońce.

Kolej­nym miesz­kań­cem jest tu uro­czy wielki kocur o zło­tych oczach i ele­ganc­kim, nie­na­gan­nym futrze mal­tań­czyka. Cio­teczki nazy­wają go Dusty Mil­ler, ponie­waż tak mu naprawdę na imię, a Rebeka Dew mówi "ten kot", ponie­waż go nie lubi, a szcze­gól­nie zło­ści się z tego powodu, że musi co rano i wie­czór dawać mu kawał wątroby, usu­wać jego kłaki z fotela w salo­niku starą szczotką do zębów za każ­dym razem, gdy prze­krad­nie się tam i zostawi po sobie ślady, a także na niego polo­wać, gdy uciek­nie w nocy.

- Rebeka Dew zawsze nie­na­wi­dziła kotów - wyja­śniła cio­cia Hania - a w szcze­gól­no­ści nie­na­wi­dzi Dusty'ego Mil­lera. Pies sta­rej pani Camp­bell, gdyż miała ona kie­dyś psa, przy­niósł go tutaj w pysku dwa lata temu. Chyba doszedł do wnio­sku, że nie ma sensu zabie­rać go do pani Camp­bell. Taki biedny, malutki kociak, mokry i zmar­z­nięty, z kostecz­kami ster­czą­cymi spod skóry. Trzeba byłoby mieć serce z kamie­nia, aby odmó­wić mu schro­nie­nia. Zaadop­to­wa­ły­śmy go więc wraz z Kasią, ale Rebeka Dew ni­gdy nam tego nie wyba­czyła. W tam­tych cza­sach nie zna­ły­śmy się jesz­cze na dyplo­ma­cji. Powin­ny­śmy były odmó­wić zatrzy­ma­nia go. Nie wiem, czy zauwa­ży­łaś - cio­teczka Hania spoj­rzała ostroż­nie w stronę drzwi dzie­lą­cych jadal­nię od kuchni - jak radzimy sobie z Rebeką Dew.

Zauwa­ży­łam. Było to wspa­niałe przed­sta­wie­nie. Sum­mer­side i Rebeka Dew mogą uwa­żać, że to ona rzą­dzi w tym domo­stwie, ale wdowy są prze­ko­nane o czymś zupeł­nie innym.

- Nie chcia­ły­śmy wyna­jąć pokoju pra­cow­ni­kowi banku. Młody męż­czy­zna zakłó­ciłby nasz spo­kój i musia­ły­by­śmy mar­twić się, gdyby nie cho­dził regu­lar­nie do kościoła. Ale spe­cjal­nie uda­ły­śmy, że wolimy męż­czy­znę i wła­śnie dla­tego Rebeka Dew natych­miast się sprze­ci­wiła. Tak się cie­szę, że wyna­ję­ły­śmy pokój tobie, kocha­neczko. Jestem prze­ko­nana, że z przy­jem­no­ścią będzie dla cie­bie goto­wać. I mam nadzieję, że polu­bisz nas wszyst­kie. Rebeka Dew ma mnó­stwo wspa­nia­łych zalet. Kiedy zamiesz­kała z nami pięt­na­ście lat temu, nie była tak schludna jak dzi­siaj. Pew­nego dnia Kasia napi­sała jej imię i nazwi­sko na lustrze w salo­nie, aby poka­zać, jak bar­dzo jest zaku­rzone, ale potem ni­gdy wię­cej już nie musiała tego robić. Rebeka Dew chwyta takie suge­stie w lot. Mam nadzieję, że będzie ci wygod­nie w tym pokoju, kocha­neczko. Możesz mieć okna otwarte całą noc. Kasia nie lubi noc­nego powie­trza, ale wie, że loka­to­rzy muszą mieć pewne przy­wi­leje. Śpimy razem i zor­ga­ni­zo­wa­ły­śmy to tak, że jed­nej nocy okno jest zamknięte, tak jak ona lubi, a następ­nej otwarte, tak jak lubię ja. Małe kwe­stie tego rodzaju zawsze można roz­strzy­gnąć, prawda? Wystar­czy tylko dobra wola, a znaj­dzie się roz­wią­za­nie. Nie dener­wuj się, jeśli usły­szysz, jak Rebeka cho­dzi po nocy. Stale sły­szy jakieś hałasy i wstaje z łóżka, aby spraw­dzić ich źró­dło. Myślę, że to dla­tego nie chciała tu pra­cow­nika banku. Bała się wpaść na niego w noc­nej koszuli. Mam nadzieję, że mało­mów­ność Kasi nie będzie ci prze­szka­dzać. Taka już jest. A jest tyle rze­czy, o któ­rych mogłaby mówić. W cza­sach mło­do­ści zwie­dziła cały świat z Ama­sem Mac­Com­be­rem. Żałuję, że nie mam tylu tema­tów do roz­mów co ona. Przy­znać muszę, że ja ni­gdy nie wyje­cha­łam poza gra­nice Wyspy Księ­cia Edwarda. Nie­raz zasta­na­wiam się, jak to moż­liwe. Uwiel­biam roz­mowę i nie mam nic do powie­dze­nia, a Kasia mia­łaby tak wiele do oma­wia­nia, a nie­na­wi­dzi roz­mowy. Ale myślę, że los naj­le­piej wie, jak to wszystko urzą­dzić.

Cho­ciaż cio­teczka Hania jest cał­kiem gada­tliwa, od czasu do czasu dopusz­cza mnie do głosu. Robię uwagi w odpo­wied­nich momen­tach, nie mają jed­nak one spe­cjal­nego zna­cze­nia.

Wdowy mają krowę, która pasie się u pana Jamesa Hamil­tona, kawa­łek dalej przy dro­dze, a Rebeka Dew cho­dzi tam, żeby ją wydoić. W domu jest zawsze świeża śmie­tana, a rano i wie­czo­rem Rebeka podaje szklankę świe­żego mleka przez otwór w furtce "kobie­cie pani Camp­bell". Jest ona prze­zna­czona dla "Elż­bietki", która według zale­ceń dok­tora musi pić mleko. Kim są "kobieta" i "Elż­bietka", muszę się jesz­cze dowie­dzieć. Pani Camp­bell to miesz­kanka i wła­ści­cielka for­tecy poło­żo­nej obok, która nosi nazwę Dom Wśród Wiecz­nej Zie­leni.

Nie sądzę, żeby udało mi się dziś zasnąć. Ni­gdy nie potra­fię zasnąć w pierw­szą noc w obcym łóżku, a to jest naj­dziw­niej­sze łóżko, jakie kie­dy­kol­wiek mi się przy­tra­fiło. Ale nie będę się tym przej­mo­wać. Zawsze kocha­łam noc i z przy­jem­no­ścią poleżę, czu­wa­jąc i myśląc o wszyst­kim, co przy­tra­fiło mi się w życiu w prze­szło­ści oraz teraz i o tym, co czeka mnie w przy­szło­ści. Szcze­gól­nie o tym, co mnie czeka!

To bez­li­to­sne pisać tak obszerny list, Gil­ber­cie. Myślę, że nie powin­nam nara­żać Cię na czy­ta­nie tak dłu­giej epi­stoły. Ale chcia­łam opo­wie­dzieć Ci wszystko tak, abyś wyobra­ził sobie nowe miej­sce mego pobytu. Teraz koń­czę, spo­glą­dam jesz­cze na port, gdzie księ­życ tonie w kra­inie cieni. Muszę jesz­cze napi­sać list do Maryli. Dotrze na Zie­lone Wzgó­rze poju­trze, a Tadzio przy­nie­sie go do domu z poczty, po czym wraz z Tolą będą kłę­bić się dookoła Maryli, cze­ka­jąc, aż wresz­cie go otwo­rzy, a pani Linde cała zamieni się w słuch. Och... och...! To przy­po­mina mi o tęsk­no­cie za domem. Dobra­noc, naj­droż­szy! Życzę Ci tego ja, na zawsze Twoja.

Z naj­ser­decz­niej­szymi uczu­ciami, Ania Shir­ley

Roz­dział II

(Urywki z róż­nych listów tej samej autorki do tego samego adre­sata)

26 wrze­śnia

Czy domy­ślasz się, dokąd cho­dzę, aby czy­tać Twoje listy? Naprze­ciwko Szu­mią­cych Topoli znaj­duje się zagaj­nik. Jest tam nie­wielka dolinka, gdzie słońce spija rosę z paproci. Przez nią wije się stru­myk. W naj­bar­dziej widocz­nym miej­scu rośnie pokrzy­wione drzewo pokryte z jed­nej strony mchem, na któ­rym sia­dam w towa­rzy­stwie prze­ślicz­nego rzędu mło­dych brzó­zek. Póź­niej, kiedy śnię pewien sen, złoto-zie­lono-szkar­łatny sen, ten naj­pięk­niej­szy ze wszyst­kich, wyobra­żam sobie, że pocho­dzi on z tajem­ni­czej doliny brzóz, zro­dził się z jakie­goś mistycz­nego powią­za­nia pomię­dzy naj­de­li­kat­niej­szymi, naj­bar­dziej udu­cho­wio­nymi sio­strzycz­kami-brzo­zami i towa­rzy­szą­cego im stru­myka. Uwiel­biam tam sie­dzieć i słu­chać panu­ją­cej w zagaj­niku ciszy. Czy zauwa­ży­łeś, ile jest odmian ciszy, Gil­ber­cie? Cisza lasu, wybrzeża, łąk, nocy i let­niego popo­łu­dnia. Inne są pół­tony, które je tkają. Jestem prze­ko­nana, że gdy­bym była cał­ko­wi­cie ślepa i nie­wraż­liwa na gorąco i zimno, natych­miast umia­ła­bym powie­dzieć, gdzie się znaj­duję - po jako­ści ota­cza­ją­cej mnie ciszy.

Rok szkolny trwa już teraz od dwóch tygo­dni i chyba udało mi się wszystko nie­źle zor­ga­ni­zo­wać. Przy­znać muszę, że pani Brad­dock miała rację. Dzieci z rodziny Prin­gle'ów to pro­blem i na razie nie wiem, jak go roz­wiążę, mimo moich koni­czy­nek przy­no­szą­cych szczę­ście. Jak twier­dzi pani Brad­dock, są słod­kie jak śmie­tanka, ale rów­nie śli­skie.

Jest to klan, w któ­rym jeden na dru­giego trzyma haki, czę­sto wal­czą mię­dzy sobą, ale posta­wieni twa­rzą w twarz z obcymi podej­mują wspólny, soli­darny front. Doszłam do wnio­sku, że ist­nieją dwa rodzaje miesz­kań­ców Sum­mer­side - ci, któ­rzy są Prin­gle'ami i ci, któ­rzy nimi nie są.

Moja klasa jest pełna Prin­gle'ów, a wielu uczniów o innych nazwi­skach ma w sobie ich geny. Ich przy­wód­czy­nią jest Jen Prin­gle, zie­lo­no­oka cza­ro­dziejka, która wygląda jak Becky Sharp2 pre­zen­to­wała się w wieku czter­na­stu lat. Jestem prze­ko­nana, że umyśl­nie orga­ni­zuje sub­telną kam­pa­nię nie­po­słu­szeń­stwa i lek­ce­wa­że­nia, z którą ciężko mi będzie sobie pora­dzić. Ma nie­zwy­kły talent do robie­nia komicz­nych min i kiedy sły­szę z tru­dem powstrzy­my­wany śmiech z tyl­nych ławek za moimi ple­cami, wiem dosko­nale, co go spo­wo­do­wało. Do tej pory nie udało mi się jej na tym przy­ła­pać. Sprytna dziew­czyna z tej małej dia­blicy! Potrafi pisać wypra­co­wa­nia, które nale­ża­łoby zali­czyć do dale­kich krew­nych lite­ra­tury pięk­nej, i jest bły­sko­tliwa w dzie­dzi­nie mate­ma­tyki. Na pohy­bel nauczy­cielce! We wszyst­kim, co mówi, jest jakiś błysk, ma też poczu­cie śmiesz­no­ści zabaw­nych sytu­acji, co mogłoby nawet nawią­zać mię­dzy nami bra­ter­stwo dusz, gdyby u samego zara­nia nie prze­wa­żyła nie­na­wiść do mnie. W tej sytu­acji oba­wiam się, że dużo wody upły­nie, zanim Jen i ja będziemy mogły z cze­goś śmiać się razem.

Myra Prin­gle, kuzynka Jen, to naj­więk­sza pięk­ność w szkole i wyraź­nie widać, że mądrość nie idzie w parze z jej urodą. Wzbu­dza czę­sto­kroć śmiech, jak na przy­kład wtedy, kiedy powie­działa na histo­rii, że India­nie uwa­żali Cham­pla­ina3 i jego ludzi za bogów czy też "coś nie­ludz­kiego".

Rodzina Prin­gle'ów należy do klasy socjal­nej, którą Rebeka Dew okre­śla jako śmie­tankę towa­rzy­ską Sum­mer­side. Zosta­łam już zapro­szona na kola­cję do dwóch domów, ponie­waż wypada tu zapro­sić nowego nauczy­ciela, a Prin­gle'owie nie uchy­lają się od tego obo­wiązku. Poprzed­niego wie­czoru byłam u Jamesa Prin­gle'a, ojca wyżej opi­sa­nej Jen. Wygląda jak pro­fe­sor uni­wer­sy­tetu, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest głupi i pozba­wiony jakiej­kol­wiek wie­dzy. Mówił wiele na temat dys­cy­pliny, stu­ka­jąc w obrus paznok­ciem, któ­rego czy­stość pozo­sta­wiała wiele do życze­nia, od czasu do czasu potwor­nie trak­tu­jąc gra­ma­tykę. Szkoła śred­nia w Sum­mer­side zawsze rzą­dzona była twardą ręką przez doświad­czo­nego nauczy­ciela, a naj­lepsi wśród nich byli męż­czyźni. Uważa, że jestem za młoda. "Jest to jed­nak wada, którą czas szybko naprawi, i to o wiele za szybko", powie­dział ze smut­kiem. Nie zare­ago­wa­łam na to, ponie­waż oba­wia­łam się, że mogę powie­dzieć za dużo. W związku z tym byłam rów­nie słodka i miła, jak wszy­scy Prin­gle'owie dookoła mnie, patrzy­łam tylko na niego z naganą, zwra­ca­jąc się do niego w duchu "Ty zrzę­dliwy, pełen uprze­dzeń star­cze!". Jen musiała odzie­dzi­czyć zdol­no­ści umy­słowe po matce, którą polu­bi­łam. W obec­no­ści rodzi­ców Jen była mode­lem dobrego zacho­wa­nia, ale cho­ciaż uży­wała uprzej­mych słów, sto­so­wała je jed­nak nie­zwy­kle bez­czel­nym tonem. Za każ­dym razem gdy mówiła "panno Shir­ley", sta­rała się, aby brzmiało to jak obe­lga. A kiedy patrzyła na moje włosy, mia­łam wra­że­nie, że pod jej wzro­kiem stają się czer­wone jak mar­chewka. Jestem prze­ko­nana, że nikt z Prin­gle'ów ni­gdy nie przy­zna, że mam kasz­ta­nowe pukle.

Rodzina Mor­tona Prin­gle'a bar­dzo mi się spodo­bała, mimo że on sam ni­gdy nie słu­cha tego, co się do niego mówi. Wypo­wiada jakieś słowa, a następ­nie, kiedy ty odpo­wia­dasz, zaj­muje się przy­go­to­wy­wa­niem następ­nej uwagi.

Pani Ste­phe­nowa Prin­gle, wdowa (Sum­mer­side obfi­tuje we wdowy), napi­sała do mnie wczo­raj list: miły, uprzejmy, tru­jący. Mil­lie ma za dużo pracy domo­wej. Mil­lie to deli­katne dziecko, któ­remu nie wolno się prze­pra­co­wy­wać. Pan Bell ni­gdy nie dawał jej żad­nych prac domo­wych. Jest bar­dzo wraż­liwa, co koniecz­nie trzeba zro­zu­mieć. I oczy­wi­ście pan Bell rozu­miał to dosko­nale! Pani Ste­phe­nowa jest prze­ko­nana, że ja także zdo­łam to pojąć, o ile się posta­ram!

Nie wąt­pię, że pani Ste­phe­nowa uważa, że to z mojej winy Ada­mowi Prin­gle leciała dzi­siaj krew z nosa i z tego powodu musiał wró­cić wcze­śniej do domu. Obu­dzi­łam się w środku nocy i nie mogłam ponow­nie zasnąć, ponie­waż przy­po­mniało mi się "i" w pyta­niu napi­sa­nym na tablicy, nad któ­rym nie posta­wi­łam kro­peczki. Jestem pewna, że Jen Prin­gle zauważy to i wkrótce cały klan się o tym dowie.

Rebeka Dew twier­dzi, że wszy­scy Prin­gle'owie zapro­szą mnie na kola­cję, z wyjąt­kiem sta­rych pań z Klo­no­wego Wzgó­rza, a potem będą mnie już zawsze igno­ro­wać. Ponie­waż są miej­scową śmie­tanką, może to ozna­czać, że nie zostanę dopusz­czona do życia towa­rzy­skiego w Sum­mer­side. Cóż, zoba­czę! Walka trwa i za wcze­śnie jesz­cze mówić o zwy­cię­stwie lub klę­sce. Jed­nakże czuję się z tego powodu raczej nie­szczę­śliwa. Nie można dys­ku­to­wać z uprze­dze­niem. Jestem taka jak kie­dyś w dzie­ciń­stwie, nie mogę znieść myśli, że ktoś mnie nie lubi. Myśl o tym, że rodziny połowy moich uczniów mnie nie­na­wi­dzą, nie jest przy­jemna, tym bar­dziej, że nie pono­szę za to żad­nej winy. Dobija mnie ta nie­spra­wie­dli­wość. Znów piszę kur­sywą! Ale kur­sywa nie­wiele pomoże na popra­wie­nie humoru!

Poza sprawą Prin­gle'ów muszę przy­znać, że bar­dzo lubię moich uczniów. Nie­któ­rzy są mądrzy, ambitni, pra­co­wici, naprawdę zain­te­re­so­wani posze­rze­niem wie­dzy. Lewis Allen zara­bia na szkołę, pra­cu­jąc jako pomoc­nik w pen­sjo­na­cie i w ogóle się tego nie wsty­dzi, a Zofia Sinc­lair codzien­nie dojeż­dża, jadąc na oklep na sta­rej, sza­rej kobyle swego ojca (ponad sześć kilo­me­trów do szkoły i sześć kilo­me­trów z powro­tem). Cóż za hart ducha! Tak się cie­szę, że mogę pomóc tej wspa­nia­łej dziew­czy­nie, że łatwiej mi będzie znieść Prin­gle'ów.

Jeżeli jed­nak nie uda mi się zyskać ich życz­li­wo­ści, nie bar­dzo będę miała szansę pomóc komu­kol­wiek.

Za to kocham Szu­miące Topole! To nie jest pen­sjo­nat, lecz praw­dziwy dom! I one lubią mnie. Nawet Dusty Mil­ler mnie lubi, cho­ciaż cza­sami jest ze mnie nie­za­do­wo­lony i oka­zuje to umyśl­nie, sia­da­jąc tyłem do mnie i zer­ka­jąc swoim zło­tym okiem, żeby spraw­dzić, jak to przyj­muję. Raczej nie oka­zuję mu uczuć, gdy Rebeka Dew jest w pobliżu, gdyż naprawdę ją to zło­ści. W ciągu dnia jest to zamy­ślone, senne, oswo­jone zwie­rzę, nocą nato­miast zmie­nia się w dziką bestię. Rebeka twier­dzi, że to dla­tego, że pozwala się mu długo pozo­sta­wać nocą poza domem. Nie­na­wi­dzi wysta­wać na podwórku, woła­jąc go. Twier­dzi, że wszy­scy sąsie­dzi z niej się śmieją. Woła go tak wście­kłym, oschłym gło­sem, że naprawdę sły­chać ją w całym mie­ście, szcze­gól­nie gdy noc jest cicha, a ona wykrzy­kuje: "kici, kici! kici, kici! KICI, KICI!". Wdowy popa­dłyby w roz­pacz, gdyby Dusty Mil­ler prze­by­wał poza domem w chwili, gdy udają się do łóżek. "Nikt nie ma poję­cia, ile ja prze­szłam przez tego kota, nikt!!" - zapew­niała mnie wie­lo­krot­nie Rebeka.

Życie z wdo­wami układa mi się bar­dzo dobrze. Lubię je coraz bar­dziej. Cio­teczka Kasia nie jest prze­ko­nana do czy­ta­nia powie­ści, ale infor­muje mnie, że nie ma zamiaru cen­zu­ro­wać ksią­żek, które ja czy­tam. Cio­teczka Hania kocha powie­ści. Ma kry­jówkę, w któ­rej je trzyma. Prze­myca je z biblio­teki miej­skiej wraz z pudeł­kiem kart do pasjansa i róż­nymi innymi rze­czami, któ­rych, jej zda­niem, cio­teczka Kasia nie powinna widzieć. Ta kry­jówka znaj­duje się w sie­dze­niu fotela, o czym nikt oprócz cio­teczki nie wie. Podzie­liła się ze mną tą tajem­nicą, gdyż jak podej­rze­wam, chce, żebym była jej wspól­niczką w wyżej wska­za­nym prze­my­cie. W rze­czy­wi­sto­ści nie ma potrzeby robić spe­cjal­nej kry­jówki w Szu­mią­cych Topo­lach, gdyż trudno byłoby zna­leźć drugi dom z tak wielką liczbą skry­tek. Acz­kol­wiek prawdę mówiąc, Rebeka Dew nie pozwo­li­łaby im na zacho­wa­nie tajem­ni­czo­ści. Cią­gle sprząta je z nie­zwy­kłą werwą. "Dom sam nie utrzyma się w czy­sto­ści", twier­dzi ze smut­kiem, kiedy wdowy pró­bują pro­te­sto­wać. Jestem pewna, że od razu pozby­łaby się powie­ści czy pudełka kart, gdyby je zna­la­zła. Sta­no­wią potwor­ność dla jej orto­dok­syj­nej duszy. Rebeka Dew twier­dzi, że karty to wymysł sza­tana, a powie­ści są jesz­cze gor­sze. Jedyne rze­czy, jakie Rebeka czy­tuje poza Biblią, to kolumny towa­rzy­skie gazety "Guar­dian". Uwiel­bia być na bie­żąco z domami, wszyst­kimi meblami i życiem milio­ne­rów.

- Pro­szę sobie wyobra­zić kąpiel w zło­tej wan­nie, panno Shir­ley - mówi roz­ba­wiona.

W grun­cie rze­czy jest z niej jed­nak dobra kobieta. Wyna­la­zła gdzieś wygodny fotel na bie­gu­nach pokryty wypło­wia­łym bro­ka­tem, który ide­al­nie pasuje do mojego gustu, i rze­kła - To twój fotel, panienko. Zacho­wamy go dla pani. - Ni­gdy nie pozwala Dusty'emu Mil­le­rowi na nim spać z obawy, że jego sierść może przy­cze­pić się do mojej szkol­nej spód­nicy i sta­no­wić dosko­nały pre­tekst do plo­tek.

Wszyst­kie trzy są bar­dzo zain­te­re­so­wane moim pier­ścion­kiem z pereł i jego zna­cze­niem. Cio­teczka Kasia poka­zała mi swój pier­ścio­nek zarę­czy­nowy (nie może go nosić, gdyż zro­bił się za mały) przy­ozdo­biony tur­ku­si­kami, a biedna cio­teczka Hania z roz­pa­czą w oczach wyznała, że ni­gdy nie otrzy­mała pier­ścionka zarę­czy­no­wego, gdyż jej mąż uwa­żał to za zby­tek. Była wów­czas w moim pokoju, z maseczką z maślanki na twa­rzy. Robi ją co wie­czór, aby zacho­wać ładną cerę, i zobo­wią­zała mnie do zacho­wa­nia tego w tajem­nicy przed cio­teczką Kasią.

- Pomy­śla­łaby, że to śmieszna próż­ność u kobiety w moim wieku, a poza tym jestem pewna, że Rebeka Dew uważa, że dobra chrze­ści­janka nie ma prawa dbać o urodę. Kie­dyś scho­dzi­łam do kuchni, żeby nało­żyć maseczkę, gdy Kasia poszła spać, ale zawsze bałam się, że zasta­nie mnie przy tym Rebeka Dew. Nad­sta­wia uszu jak kot, nawet kiedy śpi. Gdy­bym tylko mogła wpa­dać tu i nakła­dać tę maseczkę co wie­czór, och, dzię­kuję ci, moja droga! Dowie­dzia­łam się tro­chę o naszych sąsia­dach w Domu Wśród Wiecz­nej Zie­leni. Pani Camp­bell (uro­dzona jako Prin­gle!) ma osiem­dzie­siąt lat. Nie widzia­łam jej dotąd, ale z tego co wiem, jest bar­dzo ponura. Ma słu­żącą, Martę Monk­man, nie­mal rów­nie leciwą i ponurą jak ona sama, o któ­rej wszy­scy zazwy­czaj mówią "kobieta pani Camp­bell". Pani Camp­bell wycho­wuje pra­wnuczkę, małą Elż­bietę Gray­son. Elż­bieta, któ­rej do tej pory nie widzia­łam mimo dwu­ty­go­dnio­wego pobytu, ma osiem lat i cho­dzi do szkoły publicz­nej boczną drogą, skró­tem przez tylne podwórka, ni­gdy więc nie spo­ty­kam jej w dro­dze do lub ze szkoły. Jej matka nie żyje, a była ona wnuczką pani Camp­bell, którą star­sza pani też wycho­wy­wała. Rodzice zmar­łej wnuczki też nie żyją. Matka dziew­czynki poślu­biła nie­ja­kiego Pierce'a Gray­sona, "jan­kesa", jak powie­dzia­łaby pani Mał­go­rzata Linde. Zmarła, kiedy Elż­bieta się uro­dziła, a ponie­waż Pierce Gray­son musiał natych­miast wyje­chać z Ame­ryki, aby objąć oddział firmy w Paryżu, maleń­stwo zostało wysłane do domu sta­rej pani Camp­bell. Podobno ojciec córki nie zno­sił, gdyż uro­dziła się kosz­tem życia matki, i ni­gdy nie zwra­cał na nią naj­mniej­szej uwagi. Oczy­wi­ście mogą być to jedy­nie plotki, ponie­waż ani pani Camp­bell, ani jej "kobieta" ni­gdy nie wypo­wia­dają się na ten temat. Rebeka Dew jest zda­nia, że obie postę­pują zbyt surowo z małą Elż­bietką i jej życie w tym domu nie jest łatwe.

- Nie jest jak inne dzieci. Wydaje się zbyt doro­sła jak na osiem lat. A rze­czy, które cza­sami wyga­duje! Raz mówi do mnie: "Rebeko, przy­pu­śćmy, że wcho­dzi­ła­byś już do łóżka, żeby poło­żyć się spać, kiedy nagle coś by cię ugry­zło w kostkę?". Nic dziw­nego, że boi się kłaść do łóżka w ciem­no­ści. A one ją do tego zmu­szają. Pani Camp­bell twier­dzi, że w jej domu nie ma miej­sca dla tchó­rzy. Pil­nują jej jak dwa kocury myszy i rzą­dzą nią bez­li­to­śnie. Nie ma prawa zro­bić naj­mniej­szego hałasu, bo to pra­wie powo­duje ich zej­ście śmier­telne. Cały czas mówią tylko "sza! sza!". Powiem ci, że uci­szą kie­dyś to dziecko na śmierć. Ale nic z tym nie można zro­bić.

- Rze­czy­wi­ście!

Chcia­ła­bym ją zoba­czyć. Wydaje mi się wzru­sza­jącą posta­cią. Cio­teczka Kasia twier­dzi, że z fizycz­nego punktu widze­nia jest nale­ży­cie zadbana. A dosłow­nie ujęła to w takie słowa: "Kar­mią ją i ubie­rają nale­ży­cie". Ale dziecko nie może żywić się jedy­nie chle­bem. Ni­gdy nie zapo­mnę mego życia, zanim przy­by­łam na Zie­lone Wzgó­rze.

W przy­szły pią­tek jadę do domu, aby spę­dzić w Avon­lea dwa piękne dni. Jedyny minus będzie taki, że nie­ważne kogo spo­tkam, każdy będzie mnie pytał, czy lubię naucza­nie w Sum­mer­side.

Pomyśl o Zie­lo­nym Wzgó­rzu, Gil­ber­cie. Jezioro Lśnią­cej Toni z uno­szącą się nad nim błę­kitną mgiełką, na dru­gim brzegu stru­myka - klony, które powoli nabie­rają szkar­łat­nej barwy, zło­to­brą­zowe papro­cie w Lesie Stra­chów i cie­nie o zacho­dzie na Dróżce Zako­cha­nych - uko­cha­nym moim miej­scu. W głębi serca tak bar­dzo chcia­ła­bym teraz tam być, zgad­niesz z kim?

Czy wiesz, Gil­ber­cie, że zda­rzają się takie momenty, kiedy mam podej­rze­nia, że Cię kocham?!

Szu­miące Topole, Aleja Duchów, Sum­mer­side, 10 paź­dzier­nika

WIELCE SZA­NOWNY PANIE

Tak zaczy­nał się list miło­sny babki cio­teczki Hani. Czyż to nie roz­koszne wyra­że­nie? Jakież poczu­cie wyż­szo­ści musiało mu dawać! Czy może wolał­byś taki nagłó­wek: "Kochany Gil­ber­cie?". Ale oczy­wi­ście bar­dzo się cie­szę, że Ty nie jesteś tym czy innym dziad­kiem. Cudow­nie jest cie­szyć się naszą mło­do­ścią, kiedy przed nami całe jesz­cze życie, prawda?

(Kilka stron pomi­nięto, gdyż pióro Ani naj­wi­docz­niej nie było ani ostre, ani tępe, ani zardze­wiałe).

Sie­dzę na para­pe­cie okna w wie­życzce, wyglą­da­jąc na drzewa, które koły­szą się na tle bursz­ty­no­wego nieba, a poza nimi dostrze­gam także port. Wczo­raj wie­czo­rem odby­łam uro­czy samotny spa­cer. Musia­łam gdzieś się przejść, gdyż w Szu­mią­cych Topo­lach czu­łam się tro­szeczkę roz­cza­ro­wana. Cio­teczka Hania pła­kała w salo­niku, ponie­waż zra­niono jej uczu­cia, cio­teczka Kasia pła­kała w swo­jej sypialni, gdyż była aku­rat rocz­nica śmierci kapi­tana Amasa, zaś Rebeka Dew pła­kała w kuchni z nie­zna­nej nikomu przy­czyny. Ni­gdy dotąd nie widzia­łam pła­czą­cej Rebeki Dew. Ale kiedy sta­ra­łam się w spo­sób tak­towny usta­lić, co się stało, rzu­ciła pyta­nie, czy w tym domu nie można popła­kać, kiedy ma się na to ochotę? Tak więc zre­zy­gno­wa­łam i wykra­dłam się z domu, zosta­wia­jąc je przy tej roz­kosz­nej czyn­no­ści.

Poszłam w stronę drogi pro­wa­dzą­cej do portu. Powie­trze miało przy­jemny, mroźny paź­dzier­ni­kowy zapach zmie­szany z wonią świeżo prze­ora­nych pól. Szłam, szłam, aż zmierzch pogłę­bił się w oświe­tloną księ­ży­cem, jesienną noc. Byłam sama, ale nie samotna. Odby­wa­łam mnó­stwo wyima­gi­no­wa­nych roz­mów z wyima­gi­no­wa­nymi kole­gami i wymy­śli­łam tak wiele epi­gra­mów4, że spra­wiło mi to znaczną przy­jem­ność. Spa­cer ten dostar­czył mi wiel­kiej rado­ści mimo zmar­twień, jakich przy­spa­rzają mi Prin­gle'owie.

Na myśl o nich mam ochotę wyć. Z tru­dem to przy­znaję, ale sytu­acja w szkole śred­niej w Sum­mer­side układa się nie naj­le­piej. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że uknuto prze­ciwko mnie intrygę. Na przy­kład żadne z Prin­gle'ów lub na pół-Prin­gle'ów ni­gdy nie wyko­nuje prac domo­wych. I nic nie daje skar­że­nie się rodzi­com. Są układni, uprzejmi i uni­kają roz­mów na ten temat. Wiem, że wszy­scy ucznio­wie, któ­rzy nie są Prin­gle'ami, lubią mnie, ale wirus nie­po­słu­szeń­stwa, któ­rym zara­żają Prin­gle'owie, pod­waża morale całej klasy. Pew­nego ranka odkry­łam, że moje biurko zostało splą­dro­wane, a jego zawar­tość wywró­cona do góry nogami. Oczy­wi­ście nikt nie wie­dział, czyja to sprawka. Nikt rów­nież nie chciał albo nie mógł powie­dzieć, kto pozo­sta­wił na nim następ­nego dnia pudełko, z któ­rego po otwar­ciu wysko­czyła sztuczna żmija. Ale potem każdy Prin­gle w szkole wył ze śmie­chu na mój widok. Mam wra­że­nie, że musia­łam wyglą­dać na bar­dzo zaszo­ko­waną.

Jen Prin­gle spóź­nia się do szkoły co drugi dzień, zawsze z jakimś dosko­na­łym wykrę­tem uprzej­mie prze­ka­zy­wa­nym z bez­czel­nym wykrzy­wie­niem ust. Pod­czas lek­cji pod moim nosem podaje kole­żan­kom liściki. Wło­żyw­szy dziś płaszcz, zna­la­złam w jego kie­szeni obraną cebulę. Z naj­więk­szą rado­ścią zamknę­ła­bym gdzieś tę dziew­czynę o chle­bie i wodzie, aż nauczy­łaby się zacho­wy­wać.

Naj­gor­sza rzecz, jaka dziś mi się przy­da­rzyła, to kary­ka­tura na tablicy - wyko­nana białą kredą, ze szkar­łat­nymi wło­sami. Nikt się nie przy­znał, wśród prze­czą­cych była Jen, ale wiem, że jest jedyną uczen­nicą w kla­sie, która umie tak dobrze ryso­wać. Rysu­nek był świetny. Mój nos, który, jak wiesz, był zawsze dla mnie powo­dem do dumy, został ude­ko­ro­wany gar­bem, a usta odpo­wied­nie byłyby dla skwa­śnia­łej sta­rej panny, która naucza w szkole peł­nej Prin­gle'ów od trzy­dzie­stu lat. Była to bez wąt­pie­nia moja kary­ka­tura.

Dziś w nocy obu­dzi­łam się o trze­ciej i prze­wra­ca­łam się z boku na bok na to wspo­mnie­nie. Czy zgo­dzisz się ze mną, że to bar­dzo dziwne, iż sprawy, które unie­moż­li­wiają nam sen, rzadko kiedy są złe? Naj­czę­ściej jedy­nie upo­ka­rza­jące.

Mówią o mnie roz­ma­ite rze­czy. Oskar­żają, że zani­żam oceny na doku­men­tach egza­mi­na­cyj­nych Hat­tie Prin­gle, ponie­waż należy do tej rodziny. Plotka głosi, że śmieję się, kiedy dzieci popeł­niają błędy. Prawdę mówiąc, rze­czywiście śmia­łam się, kiedy Fred Prin­gle podał defi­ni­cję cen­tu­riona5 jako czło­wieka, który żył sto lat. Nie mogłam się powstrzy­mać.

James Prin­gle twier­dzi: "w szkole nie ma abso­lut­nie żad­nej dys­cy­pliny". Krąży też plotka, że jestem "znajdą".

Zaczy­nam odczu­wać anta­go­nizm Prin­gle'ów także w innych dzie­dzi­nach. Sum­mer­side zdaje się tań­czyć, jak zaśpie­wają Prin­gle'owie zarówno na polu towa­rzy­skim, jak i nauko­wym. Nic dziw­nego, że prze­zy­wają ich "rodziną kró­lew­ską". W zeszły pią­tek nie zapro­szono mnie na przy­ję­cie u Alice Prin­gle. A kiedy pani Fran­cisz­kowa Prin­gle zor­ga­ni­zo­wała her­batkę dla wspar­cia kościel­nego pro­jektu cha­ry­ta­tyw­nego (jak infor­muje mnie Rebeka Dew, panie zamie­rzają wybu­do­wać nową wieżę!), byłam jedyną dziew­czyną w kościele pre­zbi­te­riań­skim, któ­rej nie popro­szono o zaję­cie sto­lika do pro­wa­dze­nia kwe­sty. Dowie­dzia­łam się, że żona pastora, która jest osobą nowo przy­byłą do Sum­mer­side, zasu­ge­ro­wała, by popro­szono mnie o włą­cze­nie się do chóru, a w odpo­wie­dzi usły­szała, że wszy­scy Prin­gle'owie natych­miast wystą­pi­liby z niego, gdy­bym przy­jęła tę ofertę. To zosta­wi­łoby tak szcząt­kowy szkie­let, że chór nie mógłby dalej ist­nieć.

Oczy­wi­ście nie jestem jedyną nauczy­cielką, która ma pro­blemy z uczniami. Kiedy pozo­stali nauczy­ciele przy­sy­łają do mnie swo­ich uczniów w celu ich uka­ra­nia (ależ nie­na­wi­dzę tego słowa!), połowa z nich to Prin­gle'owie. Ale na tych nauczy­cieli nikt się nie uskarża. Dwa dni temu kaza­łam Jen zostać w szkole, aby wyko­nała pracę, którą umyśl­nie pomi­nęła. Dzie­sięć minut póź­niej zatrzy­mał się przed szkołą powóz z Klo­no­wego Wzgó­rza, a w drzwiach sta­nęła panna Ellen. Pięk­nie ubrana, ślicz­nie uśmiech­nięta star­sza pani w ele­ganc­kich ręka­wicz­kach z czar­nej koronki, o orlim nosie i wyglą­dzie, jak gdyby prze­nio­sła się tu pro­sto z 1840 roku. Jest jej bar­dzo przy­kro, ale czy mogłaby ode­brać Jen? Zamie­rza odwie­dzić przy­ja­ciół w Lowvale i obie­cała im, że przy­wie­zie ją ze sobą. Jen wyszła try­um­fal­nie, a ja ponow­nie poję­łam, jak wiel­kie siły zgro­ma­dzono prze­ciwko mnie.

Gdy jestem w nastroju pesy­mi­stycz­nym, przy­cho­dzi mi do głowy, że Prin­gle'owie to połą­cze­nie Slo­ane'ów i Pye'ów. Ale wiem, że tak nie jest. Mam wra­że­nie, że mogła­bym ich polu­bić, gdyby nie byli moimi wro­gami. W więk­szo­ści są to szcze­rzy, rado­śni, lojalni ludzie. Umia­ła­bym nawet polu­bić pannę Ellen. Ni­gdy nie widzia­łam panny Sary. Panna Sara od dzie­się­ciu lat nie opusz­cza Klo­no­wego Wzgó­rza.

- Jest zbyt deli­katna lub też za taką się uważa - prych­nęła Rebeka Dew. - Ale nie ma nic nad­zwy­czaj­nego, jeśli cho­dzi o jej dumę. Wszy­scy Prin­gle'owie są dumni, lecz te dwie prze­kra­czają wszel­kie gra­nice. Powinna pani usły­szeć, jak opo­wia­dają o swo­ich przod­kach. Ich stary ojciec, kapi­tan Abra­ham Prin­gle, był cudowny. Jego brat Myrom nie był już tak cudowny, ale nie usły­szysz od krew­nych wielu słów na jego temat. Bar­dzo się mar­twię, że wszy­scy oni przy­spo­rzą pani wielu kło­po­tów. Kiedy już zde­cy­dują się na coś lub na kogoś, ni­gdy nie zmie­niają raz powzię­tego posta­no­wie­nia. Niech pani trzyma głowę do góry, panno Shir­ley, niech pani trzyma głowę do góry!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki