Ania na uniwersytecie - Lucy Maud Montgomery

Kup ebooka

11.00 zł
9.46 zł (11,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III. Pożegnanie i powitanie.

 

Następnego poniedziałku rano Karol Slone, Gilbert Blythe i Ania Shirley opuszczali Avonlea.

Ania pokładała wielkie nadzieje w tym niezwykłym dniu pierwszej swojej samodzielnej podróży. Diana miała ją odwieźć na dworzec, chcąc przepędzić ostatnie godziny przed rozstaniem, z ukochaną przyjaciółką. Lecz gdy w niedzielę wieczorem Ania udawała się na spoczynek, zerwał się nagle wiatr wschodni, który począł huczeć tuż nad Zielonem Wzgórzem i nie ustąpił, aż do następnego rana. Zbudziły Anię rzęsiste krople deszczu, spływające po szybach i tworzące potem wielkie kałuże wody przed domem. Góry i morze spowijała gęsta mgła, a cały świat tonął w jakiejś beznadziejnej szarości. W sinem świetle poranka Ania ubierała się pośpiesznie, aby zdążyć na pociąg, który przychodził do miasta portowego zaledwie na kilka minut przed odpłynięciem okrętu. Siłą powstrzymywała łzy, cisnące jej się do oczu. Miała opuścić ten dom, który był jej tak drogi a jakiś głos mówił jej w duszy, że opuszcza go na zawsze. W każdym razie pewna była, że dawne szczęśliwe dni nie wrócą, chociaż nawet znowu zawita na Zielone Wzgórze podczas wakacyj. Jakie tu było wszystko kochane i drogie - mały pokoik na facjatce, świątynia marzeń najwcześniejszej młodości, stara Królowa Śniegu za oknem, szemrzący strumyk opodal, Fontanna Driad, Las Duchów i Aleja Zakochanych - to całe mnóstwo miłych miejsc, z któremi wiązały się wspomnienia najdawniejszych lat dzieciństwa. Czy gdzie indziej będzie się czuć tak szczęśliwą?

Tego poranka śniadanie na Zielonem Wzgórzu było ceremonją nader smutną. Tadzio po raz pierwszy w swem życiu nie miał apetytu, a tylko grzebał bezmyślnie widelcem w talerzu. Zresztą nikt zdaje się nie był głodny, z wyjątkiem Toli, która pochłaniała wszystko z nadzwyczajną szybkością. Tola, jak nieśmiertelna, rozważna Charlotta, która "krajała zawzięcie chleb, smarując go masłem", gdy ciało jej ukochanego składano do mogiły, należała do tych istot, które rzadko kiedy przejmują się tem, co dotyczy jej otoczenia. Przykro jej było, że Ania wyjeżdża, oczywiście, ale to przecież nie było powodem, dla którego nie miałaby skonsumować smacznego śniadania. Widząc, że Tadzio nic nie je, Tola postanowiła zjeść i jego porcję.

Zaraz po śniadaniu zjawiła się Diana w lekkim powoziku, zaprzężonym w jednego konia, otulona w długi nieprzemakalny płaszcz. Nadeszła ostatnia chwila pożegnania. Pani Linde wyszła ze swego pokoju, aby udzielić Ani ostatnich zbawiennych rad i ostrzec ją przed wszelkiemi przeciwnościami życiowemi. Maryla, jak zwykle surowa, pocałowała Anię w policzek, zaznaczając, że ma nadzieję otrzymania od niej wiadomości, gdy tylko przybędzie na miejsce. Obojętny widz mógłby przypuszczać, że Ania dla Maryli nie jest drogą istotą, gdyby nie dostrzegł wyrazu napozór spokojnych jej oczu. Tola pocałowała Anię w oba policzki i wybuchnęła głośnym płaczem. Tylko Tadzio, który płakał już pocichutku od godziny na stopniach werandy, nim jeszcze wszyscy wstali od śniadania, odmówił ostatniego pożegnania ze swą ukochaną opiekunką. Gdy Ania zbliżyła się ku niemu, chłopiec zerwał się na równe nogi, wbiegł na schody i ukrył się w pokoiku na facjatce, skąd za żadne skarby wyjść nie chciał. Stłumione jego łkanie było ostatnim dźwiękiem, jaki dobiegł Anię, opuszczającą Zielone Wzgórze.

Deszcz padał przez całą drogę do Jasnej Rzeki, dokąd dziewczęta zdążały na dworzec, bowiem linja kolejowa w Carmody nie miała połączenia z miastem portowem. Na peronie zastali już oczekujących Karola i Gilberta, a pociąg za chwilę miał odejść. Ania zdążyła jeszcze kupić bilet, odebrać kwit bagażowy, pożegnać się pośpiesznie z Dianą i wskoczyć do wagonu. Wołałaby teraz wracać wśród deszczu do Avonlea w towarzystwie Diany; wiedziała, że tęsknota za domem będzie dla niej nie do zniesienia. Żeby chociaż ten deszcz przestał padać, bo ma się wrażenie, że cały świat płacze, że wiosna już nigdy nie wróci i że wszystkie radości życia przestały istnieć na zawsze! Nawet obecność Gilberta nie uprzyjemniała jej podróży, bo przecież był także Karol Slone, a jego mogła jeszcze tolerować jedynie podczas pogody. Przy jednostajnym plusku deszczowych kropel wydawał jej się jeszcze bardziej niesympatyczny.

Jednakże gdy okręt opuszczał port w Charlottetown, wszystko zdawało się przybierać lepszy obrót. Deszcz przestał padać i słońce poczęło przedzierać się przez ołowiane chmury, dzięki czemu spokojna tafla morza zabłysnęła tysiącem złocistych refleksów, w których powoli ginęło wybrzeże oddalającej się wyspy, lecz jednocześnie w serca podróżnych wstępowała nadzieja jaśniejszej przyszłości. Pozatem Karol Slone dostał nagle morskiej choroby i zmuszony był zejść do dolnej kajuty, dzięki czemu Ania i Gilbert pozostali sami na pokładzie.

- Cieszę się, że wszyscy Slone'owie cierpią na chorobę morską, gdy tylko opuszczą stały ląd - pomyślała Ania niemiłosiernie. - Nie mogłabym przesłać ostatniego pożegnania kochanej wyspie, gdyby Karol stał przy mnie i patrzył swym wiecznie sentymentalnym wzrokiem.

- Już wybrzeża nie widać - zauważył Gilbert bez odrobiny tęsknoty w głosie.

- Czuję się, jak Byronowski "Childe Harold", chociaż to nie jest przecież mój "rodzinny brzeg" - rzekła Ania, wpatrzona w niknącą w oddali wyspę. - Moją ojczyzną jest Nowa Szkocja. Ale uważam, że ojczyzną każdego człowieka jest ten kraj, który najbardziej pokocha. Nie zdaje mi się wcale, że na wyspie Ks. Edwarda mieszkam zaledwie od lat kilku. Tamte lata, przed przybyciem tutaj wydają mi się tylko snem. Już siedem lat minęło od tego pamiętnego dnia, kiedy pani Spencer przywiozła mnie z Hopetown. Jeszcze dzisiaj widzę siebie w tej starej dziwacznej sukience i w szerokim marynarskim kapeluszu, zaglądającą do wszystkich kajut okrętowych i biegającą nieprzytomnie po pokładzie. Piękny był wtedy wieczór; wybrzeże wyspy zdawało się płonąć w czerwonych promieniach zachodzącego słońca. Teraz znowu jadę tą samą drogą. Och, Gilbercie, miałam wrażenie, że polubię Redmond, ale teraz jestem pewna, że to chyba nigdy nie nastąpi!

- A gdzież twoja życiowa filozofja, Aniu?

- Przytłoczona została wielką falą samotności i tęsknoty za domem. Od trzech lat marzyłam o wyjeździe do Redmond, teraz, gdy marzenia te się ziściły, wołałabym raczej nie jechać! Nie trzeba się jednak poddawać! Może filozofja moja i zwykła pogoda ducha wróciłyby znowu, gdybym się mogła porządnie wypłakać. Niestety muszę zaczekać do chwili, aż znajdę się w swoim pensjonatowym pokoju i nikt mego płaczu nie zobaczy. Wtedy będę znowu dawną Anią. Ciekawa jestem, czy Tadzio wyszedł już wreszcie ze swego ukrycia.

Dochodziła prawie dziesiąta wieczorem, gdy okręt ich zatrzymał się w Kingsport. Po chwili wszyscy troje znaleźli się na przystani, przepełnionej różnobarwnym tłumem. Ania rozglądała się ze smutkiem dokoła, lecz w chwilę potem znalazła się już w przyjacielskich objęciach Priscilli Grant, która przybyła do Kingsportu jeszcze w sobotę.

- Nareszcie jesteś, kochanie! Przypuszczam, że zmęczyłaś się tak, jak ja, zanim przyjechałam tutaj w sobotę wieczorem.

- Zmęczona! Prissy, nie mów o tem. Jestem zmęczona, nieszczęśliwa i czuję się, jak opuszczona mała dziewczynka. Na litość boską, zabierz swoją biedną przyjaciółkę dokądś, gdzieby mogła choć na chwilę zebrać swobodnie myśli.

- Zawiozę cię prosto do naszego pensjonatu. Powóz czeka w pobliżu.

- Dzięki Bogu, że ty tu jesteś, Prissy. Gdyby ciebie nie było, usiadłabym chyba na środku jezdni i zatonęłabym w gorzkich łzach. Jakże to miło ujrzeć twarz przyjaciela pośród tylu twarzy zupełnie obcych ludzi!

- Aniu, czy to Gilbert Blythe tam stoi? Jakże on urósł i spoważniał w ciągu tych ostatnich lat! Przecież był jeszcze uczniem, gdy ja prowadziłam już szkołę w Carmody. A to jest oczywiście Karolek Slone. Ten się wcale nie zmienił! Musiał tak samo wyglądać zaraz po urodzeniu i tak samo będzie wyglądał, gdy dobrnie do osiemdziesiątki. Tędy, kochanie. Za dwadzieścia minut będziemy w domu.

- W domu! - oburzyła się Ania. - Masz na myśli, jakiś wstrętny pensjonat i jeszcze bardziej wstrętny pokój z widokiem na ciemne podwórze.

- Ależ ten pensjonat nie jest wcale wstrętny, Aniu. Tutaj jest nasz powóz. Wsiadaj, stangret zabierze twoje walizki. O, naturalnie, pensjonat nie jest znowu miejscem takiem przyjemnem, ale jutro rano po spokojnie przespanej nocy, napewno będziesz widziała wszystko w innych kolorach. Pensjonat mieści się w starym murowanym domu przy ulicy św. Jana, oddalonej nieco od Redmond. Niegdyś dom ten musiał być rezydencją wielkich ludzi, lecz obecnie sława ulicy św. Jana zatonęła w cieniu i wysokie domy śnią tylko teraz o świetnych dniach przeszłości. Domy te są tak wielkie, że ludzie postanowili urządzić w nich pensjonaty, aby je jakoś zapełnić. Nasze gospodynie widocznie też wpadły na ten pomysł. Bardzo są miłe, Aniu, naprawdę.

- Ileż ich jest, tych gospodyń?

- Dwie. Panna Hanna Harvey i panna Ada Harvey. Urodziły się bliźniętami mniej więcej przed pięćdziesięciu laty.

- Widocznie bliźnięta mnie prześladują - uśmiechnęła się Ania. - Gdziekolwiek się zwrócę, wszędzie te bliźnięta.

- Och, teraz już one nie są bliźniętami, kochanie. Po ukończonej trzydziestce przestały już być w jednym wieku. Panna Hanna starzeje się z każdym rokiem, gdy tymczasem panna Ada zatrzymała się na trzydziestce i ani rusz dalej. Właściwie nie umiem ci powiedzieć czy panna Hanna kiedykolwiek w życiu się śmiała, ale za to panna Ada śmieje się ustawicznie i to według mnie jest jeszcze gorsze. Pozatem jednak obydwie są bardzo miłe, bardzo dobre i co roku przyjmują dwie pensjonarjuszki, bo panna Hanna, jako osoba oszczędna nie mogłaby żyć nie wykorzystując każdego wolnego miejsca. Powiadomiła mnie o tem panna Ada natychmiast po moim przyjeździe w sobotę wieczorem. Co do naszych pokojów, to muszę przyznać, że nie są miłe i mój istotnie wychodzi na małe podwórze. Twój pokój jest frontowy, z widokiem na stary cmentarz św. Jana, który graniczy z ulicą.

- To brzmi naprawdę okropnie - zadrżała Ania. - Wołałabym już raczej pokój wychodzący na podwórze.

- O, nie, to ci się tylko zdaje. Bądź cierpliwa, a zobaczysz. Cmentarz św. Jana jest bardzo miły. Jest on jednym z najprzyjemniejszych zakątków w Kingsporcie. Przesiedziałam tam wczoraj całe popołudnie. Dookoła otoczony jest wysokim murem i aleją starych drzew. Drzew tych jest tak dużo, że mogiły poprostu toną w ich zieleni. Jestem pewna, Aniu, że będziesz się tam chodziła uczyć, zobaczysz. Oczywiście obecnie już na nim nikogo nie chowają. Tylko przed kilku laty postawiono tam piękny pomnik na cześć żołnierzy z Nowej Szkocji, poległych w wojnie Krymskiej. Pomnik ten znajduje się naprzeciw wielkiej bramy w miejscu najodpowiedniejszem do marzeń, jak ty mówisz zazwyczaj. Nareszcie są twoje walizki. Chłopcy idą w naszą stronę, żeby się pożegnać. Aniu, czy koniecznie muszę podać rękę Karolowi Slone? On ma zawsze takie zimne i wilgotne ręce. Musimy ich zaprosić do siebie. Panna Hanna zapowiedziała mi łaskawie, że wolno nam przyjmować "młodych ludzi" dwa razy w tygodniu, ale pod warunkiem, że będą wychodzili o przyzwoitej godzinie. Panna Ada z uśmiechem dodała, że nie życzy sobie, aby nasi goście siadali na jej pięknych poduszkach. Przyrzekłam, że zwrócę na to uwagę, ale sama nie wiem gdzie mają siedzieć, chyba na ziemi, bo poduszki leżą na wszystkich krzesłach i fotelach. Nawet coś w rodzaju poduszki leży na pianinie.

Ania roześmiała się serdecznie. Wesoła gadanina Priscilli wprawiła ją w dobry humor. Tęsknota za domem zniknęła i nie powróciła nawet wtedy, gdy wreszcie Ania znalazła się sama w swym maleńkim pokoju. Podeszła do okna i z zaciekawieniem wyjrzała. Ulica tonęła w ciemnościach i w zupełnej ciszy. Tarcza księżyca zawisła ponad wysokiemi drzewami cmentarza św. Jana, a srebrzyste promienie padały teraz na wielką głowę lwa, na pomniku. Ania z trudem zdawała sobie sprawę, że to dopiero dzisiaj rano wyjechała z ukochanego Zielonego Wzgórza. Dzień przepędzony w podróży wydawał jej się niemal wiekiem i dzięki temu pewno utraciła zupełnie rachubę czasu.

- Ten sam księżyc świeci teraz nad Zielonem Wzgórzem - przemknęło jej przez myśl. - Ale nie wolno mi zastanawiać się nad tem, bo ta głupia tęsknota gotowa znowu powrócić. Nawet płakać nie mam zamiaru. Zostawię to na kiedyindziej, a teraz położę się spokojnie do łóżka i postaram się zasnąć.

 

Rozdział II. Kwiaty jesieni.

 

Następny tydzień zbiegł szybko na załatwianiu niezliczonej ilości "ostatecznych rzeczy", jak je Ania nazwała. Składała i przyjmowała pożegnalne wizyty, mniej lub więcej miłe, zależnie od tego, czy owych ludzi darzyła sympatją i czy podzielali oni jej poglądy.

Z okazji wyjazdu Ani i Gilberta, K. M. A. urządziło pożegnalne przyjęcie w mieszkaniu Józi Payówny, wybierając dom ten dlatego, że był dość obszerny i wygodny, a pozatem obawiano się, że Payówny nie chciałyby wziąć udziału w zabawie, gdyby nie przyjęto zaofiarowanego przez nich mieszkania na tę uroczystość. Przyjęcie było niezwykle miłe, bo Payówny dnia tego mówiły niewiele i nie psuły harmonji, jaka panowała wśród towarzystwa. Nawet Józia była tego wieczoru niezwykle sympatyczna i do Ani zwracała się z nadzwyczajną uprzejmością.

- Bardzo mi się podoba twoja nowa suknia, Aniu. Naprawdę wyglądasz w niej "prawie" zupełnie ładnie.

- Jakże mile z twojej strony, żeś to zauważyła - odparła Ania, patrząc figlarnie na Payównę. Obecnie posiadała już duże poczucie humoru i uwagi, które ją raziły w czternastym roku życia, teraz bawiły ją ogromnie. Józi zdawało się, że Ania śmiała się z niej w duszy. Ulżyła sobie jednak, szepcząc do Gabryni, że nareszcie powietrze się przeczyści, gdy Ania wyjedzie na uniwersytet.

Wszyscy starzy znajomi zebrali się podczas tego pożegnalnego wieczoru i mieszkanie Payówien rozbrzmiewało weselem głośnych rozmów. Uroda Diany Barry potęgowała się jeszcze bardziej, gdy dziewczyna znajdowała się przy boku wiernego Alfreda; Janka Andrews była jak zwykle miła, stateczna i pełna prostoty; Ruby Gillis wyglądała prześlicznie w kremowej jedwabnej bluzce, z kwiatem czerwonej geranji w złocistych włosach; Gilbert Blythe i Karolek Slone starali się przebywać jaknajbliżej Ani; Zosia Slone była dzisiaj blada i melancholijna, bo ojciec niechętnie spoglądał na zaloty Olivera Kimballa, który od kilku miesięcy poprostu ani na chwilę jej nie odstępował; Minia Macferson jak zwykle nastawiała uszu, aby nie uronić ani jednej ploteczki, a Billy Andrews siedział przez cały wieczór w najodleglejszym kącie pokoju, wpatrzony uważnie w twarzyczkę Ani, podczas gdy każde wymówione przez nią słowo wywoływało na jego twarzy uśmiech pełen nieziemskiego zadowolenia.

Ania nie przypuszczała dotychczas, że ona i Gilbert jako założyciele Towarzystwa, darzeni są tak wielkim szacunkiem miejscowej młodzieży. Wystosowano nawet do nich dzisiaj specjalny adres, który Minia Macferson odczytała uroczystym głosem, a podczas tego dwie gorące łzy spłynęły po jej policzkach. Wszyscy byli dzisiaj tacy mili i przyjacielscy, nawet Payówny siedziały spokojnie i nie wtrącały zwykłych swoich złośliwych uwag. Tego wieczoru Ania darzyła serdeczną miłością wszystkich ludzi na świecie.

Zebranie przeszło w doskonałym nastroju, lecz sam koniec wieczoru zepsuł miłe wrażenie. Była to wina Gilberta, który znowu przez nieuwagę ośmielił się wyszeptać kilka czułych słów w stronę Ani w chwili, gdy spożywano wieczerzę na werandzie oświetlonej promieniami księżyca. Ażeby go ukarać, Ania stała się nagle uprzejma dla Karolka Slone i pozwoliła mu nawet odprowadzić się do domu. Potem jednak zorjentowała się, że właściwie ta straszna zemsta ją samą najbardziej dotknęła. Gilbert wyszedł od Payówien w towarzystwie Ruby Gillis i Ania słyszała zdaleka ich wesoły śmiech, dźwięczący w czystem powietrzu jesiennego wieczoru. Widocznie dobrze im było razem, gdy tymczasem ona nudziła się śmiertelnie w towarzystwie Karolka Slone, który mówił bezustanku i nikomu nigdy nie pozwalał dojść do słowa. Tylko w króciutkich przerwach, kiedy mimowoli musiał zaczerpnąć powietrza, udawało się Ani wtrącić jakieś nieznaczne "tak" lub "nie", podczas gdy przychodziło jej na myśl, że Ruby dzisiaj wyglądała wyjątkowo ładnie, że oczy Karolka wieczorem, przy świetle księżyca zdawały się być jeszcze bardziej wyłupiaste, niż we dnie i że właściwie świat nie jest dzisiaj wcale taki piękny, jakim jej się jeszcze wczoraj wydawał.

- Jestem tylko zmęczona i dlatego na wszystko patrzę w ten sposób - rzekła do siebie, znalazłszy się wreszcie w swym pokoiku. Istotnie wierzyła, że zmęczenie było w danym wypadku jedynym powodem, tego niezwykłego u niej pesymizmu. Lecz następnego wieczoru odczuła dziwną radość i jakby tchnienie wiosny odezwało się w jej serduszku, gdy ujrzała Gilberta, idącego od strony Lasu Duchów i zbliżającego się w kierunku Zielonego Wzgórza. Więc jednak Gilbert nie miał zamiaru przepędzić tego ostatniego wieczoru w towarzystwie Ruby Gillis!

- Wyglądasz dziwnie zmęczona, Aniu - zauważył.

- Jestem zmęczona i bez humoru. Zmęczona jestem, bo przez cały dzień szyłam i pakowałam rzeczy, a na brak humoru wpłynęły ostatnie pożegnalne wizyty sześciu sąsiadek, z których każda usiłowała dawać mi zbawienne rady na przyszłość i tem samem przedstawiły mi życie w takich szarych barwach, jakby na zawsze już miał na świecie zapanować beznadziejny, zapłakany listopad.

- Głupie babska! - wyraził Gilbert rycersko swe niezadowolenie.

- Och, nie, nie mów tak - powiedziała Ania z powagą. - One nie miały nic złego na myśli. To bardzo poczciwe kobiety i ogromnie mnie lubią. Troszczą się tylko o moją przyszłość. Starają się udowodnić mi, że wyjazd mój do Redmond jest zupełnie nie na miejscu i że całkiem niepotrzebnie pragnę się dalej kształcić. Pani Slone powiedziała mi z głębokiem westchnieniem, że napewno opuści mnie energja, nim zdążę dobrnąć do końca. Oczywiście po takiem powiedzeniu uczułam się nagle biedną ofiarą życia. Pani Wright zaznaczyła, że takie cztery lata w Redmond będą kosztowały bardzo dużo pieniędzy; ja oczywiście odrazu uczułam się winną wobec Maryli i przez chwilę miałam nawet ochotę zaniechać upragnionego wyjazdu. Pani Bell twierdzi, że uniwersytet zepsuje mnie bezwarunkowo, bo wogóle życie tamtejsze źle oddziaływa na skromne dziewczęta. Usłyszawszy te słowa oczami wyobraźni, ujrzałam siebie kroczącą przez ulice Avonlea z dumnie podniesioną głową i patrzącą zgóry na wszystko i wszystkich. Tylko pani Eliza Wright z pełnym ironji uśmiechem zaznaczyła, że życie uniwersyteckie napewno przypadnie mi do gustu, bo będę tam mogła użyć swobody, ile tylko dusza zapragnie.

Ania zaśmiała się głośno z tych wszystkich nieprzyjemnych przepowiedni, jednakże uczuciowa jej natura nie potrafiła nie przejmować się takiemi rzeczami, chociaż zasadniczo usiłowała nie przywiązywać wagi do tych wszystkich avonleaskich bredni. Zdrowy jej rozsądek zdawał się chwiać w tej chwili, jak wątły płomień świecy, zapalonej na wietrze.

- Przypuszczam, że tego wszystkiego nie bierzesz sobie do serca - zauważył Gilbert. - Wiesz przecież, że widnokrąg myślowy tych wszystkich pań jest bardzo ciasny, aczkolwiek są one miłe i dobre. To wszystko, czego one w młodości nie doświadczyły, zdaniem ich jest ekscentryczne i nieprzyzwoite. Jesteś pierwszą dziewczyną z Avonlea, która odważyła się wyjechać na studja uniwersyteckie. Wiesz doskonale, że wszyscy pionierzy zmuszeni są pokonywać wiele przeszkód, a opinja ogółu uważa ich z początku za ludzi niepoczytalnych.

- O, wiem o tem. Lecz to, co się czuje niema nic wspólnego z tem, co się wie. Rozsądek mój zgadza się zupełnie z tobą, ale przychodzą chwile, kiedy rozsądek słabszy jest od uczucia. Wówczas duszę moją ogarnia zwątpienie. Tak też było po owych sześciu pożegnalnych wizytach. Po pożegnaniu z ostatnią panią Elizą byłam tak zmęczona, że poprostu nie miałam siły wziąć się do pakowania rzeczy.

- I teraz jesteś zmęczona, Aniu. Zapomnij o wszystkiem i przejdź się ze mną trochę. Chodźmy do lasu. Pragnę ci pokazać coś ciekawego.

- Niemożliwe! Istotnie znalazłeś coś ciekawego w lesie?

- Mam nadzieję, że to "coś" jeszcze znajdziemy, choć widziałem to bardzo dawno, bo wczesną wiosną. Chodźmy. Niech nam się zdaje, że jesteśmy znowu dwojgiem dzieci i pragniemy pójść z wiatrem w zawody.

Ruszyli ochoczo naprzód. Pamiętając o przykrościach ostatniego wieczora, Ania była niezwykle miła dla Gilberta, on zaś, zrozumiał już, jak należy z nią postępować i postanowił być dla niej tylko dawnym szkolnym towarzyszem. Pani Linde i Maryla obserwowały młodych z okna kuchni.

- Kiedyś będzie z nich para - odezwała się pani Linde z pobłażliwym uśmiechem.

Maryla cofnęła się nieznacznie od okna. W głębi duszy marzyła o takiej przyszłości dla Ani, lecz wołałaby nie słyszeć tego z ust pani Małgorzaty, która napewno rozniesie to przypuszczenie po całej wsi.

- Przecież obydwoje są jeszcze prawie dziećmi - odparła krótko.

Pani Linde zaśmiała się dobrodusznie.

- Ania ma już lat osiemnaście; w jej wieku byłam dawno mężatką. My, starsi, moja Marylo, mamy ten dziwny zwyczaj, że nie dostrzegamy, iż dzieci nasze z biegiem lat stają się dorosłymi ludźmi. Ania jest kobietą, a Gilbert dojrzałym mężczyzną, który dokładnie zdaje sobie sprawę z drogi, obranej w życiu. To bardzo porządny chłopiec i dla Ani bardzo odpowiedni. Sądzę, że Ania w Redmond nie zawróci sobie głowy jakimś pierwszym lepszym. Nie pochwalam obecnego systemu studjów, bo uważam, że mieszane towarzystwo na uniwersytecie nie daje naszym dziewczętom nic dobrego. Nie wierzę w to - kończyła pani Linde uroczyście - aby studentom na uniwersytetach wystarczał tylko niewinny flirt.

- Przecież głównym ich celem są studja - wtrąciła Maryla z uśmiechem.

- Ktoby w to wierzył? - rzekła ironicznie pani Małgorzata. - Chociaż sądzę, że Ania będzie pracować. Nigdy specjalnie nie interesowała się chłopcami. Ale o Gilbercie powinna myśleć poważniej. O, ja znam dobrze dziewczęta! Karolek Slone także jest nią zajęty, ale nigdybym nie radziła jej wyjść za niego. Slone'owie, to dobrzy i uczciwi ludzie, ale zawsze zostaną tylko Slone'ami.

Maryla skinęła potakująco głową. Chociaż powiedzenie przyjaciółki, że Slone'owie zawsze będą tylko Slone'ami nie było zbyt jasne, to jednak Maryla doskonale zrozumiała intencję pani Małgorzaty. W każdej wsi musi istnieć taka jedna rodzina; dobrzy, uczciwi, porządni ludzie, ale Slone'ami są i zostaną na zawsze, chociażby mówili językiem samych aniołów.

Tymczasem Gilbert i Ania, nie zdając sobie sprawy z tego, że pani Małgorzata uczyniła tak ważne postanowienie o ich przyszłości, zagłębiali się coraz bardziej w zarośla Lasu Duchów. Na skraju lasu widać było poszarzałe, ogołocone pola, łączące się na horyzoncie z sinym od chmur nieboskłonem. Drzewa miały teraz barwę zaśniedziałego bronzu, a długie ich cienie padały na ustronne, zielone niegdyś polanki. Ponure wycie wiatru przypominało co chwilę o tem, że jesień panowała już w całej pełni.

- Ten las jest teraz naprawdę zaczarowany, rządzą w nim duchy wiosennych wspomnień - szepnęła Ania, zbierając złociste liście, których stosy całe pokrywały leśne ścieżki. - Mam wrażenie, że obydwie z Dianą jesteśmy jeszcze małemi dziewczynkami i bawimy się tutaj w naszem ulubionem miejscu, siedząc przy Fontannie Driad i rozmawiamy z duchami. Wiesz, że nigdy o zmierzchu nie umiem przejść tą dróżką, aby nie odczuć dziwnego lęku, jaki nawiedzał mnie w dzieciństwie? Wyobraziłyśmy sobie kiedyś ducha zamordowanego dziecka i zdawało nam się, że czujemy dotknięcie jego zimnych palców. Muszę przyznać, że jeszcze dzisiaj nie mogę się oprzeć temu uczuciu i zdaje mi się, że zawsze słyszę za sobą jakiś odgłos lekkich kroków, gdy przechodzę obok wodospadu. Nie lękam się ani śmierci, ani człowieka bez głowy, ani kościotrupów, lecz o tym duchu zamordowanego dziecka wołałabym nie myśleć. Pamiętam gniew Maryli i pani Barry, gdyśmy kiedyś z Dianą wspominały o tem - kończyła Ania, śmiejąc się cichutko.

Cały las dokoła przystrojony był niby wielką koroną, sklepieniem purpurowych liści, drżących teraz pod wpływem powiewów jesiennego wiatru. Poza kępką starych sosen i poza szeroką polaną, tonącą podczas lata w promieniach słonecznych, znaleźli wreszcie to "coś", czego Gilbert tak zawzięcie szukał.

- Ach, oto jest - zawołał w pewnej chwili z radością.

- Jabłonka - i to w takiem ustroniu! - wykrzyknęła Ania w zachwycie.

- Tak, prawdziwa jabłonka, tutaj, w otoczeniu sosen i buków w odległości mili od jakiegokolwiek sadu. Zaszedłem tu pewnego dnia wczesną wiosną i ujrzałem ją w całej krasie białego kwiecia. Postanowiłem przyjść jesienią, aby się przekonać, czy będzie miała owoce. Spójrz, przeciążona jest jabłkami. Wyglądają, jak smagłe policzki dzieci, zaróżowione nieco od słońca. Przeważnie dzikie drzewka rodzą owoce zielone i niemożliwe do jedzenia.

- Przypuszczam, że padło tu jakieś ziarnko zagnane podmuchem wiatru - szepnęła Ania zadumana. - Ziemia przygarnęła biedactwo, a ono potem wyrosło samo, samiuteńkie między obcemi roślinami!

- Widzisz to przewrócone drzewo, porośnięte mchem, tworzącym miękką poduszkę? Siądźmy na niem, Aniu. Będzie ono dla nas tronem w tej cudnej leśnej krainie. Ja wlezę na drzewo, żeby zerwać kilka jabłek. Rosną one bardzo wysoko, widocznie biedna jabłoneczka usiłowała dosięgnąć złocistej, ciepłej tarczy słonecznej.

Jabłka okazały się wyśmienite. Pod rumianą skórką znajdował się bielusieńki owoc, poprzerzynany gdzie niegdzie drobnemi czerwonemi żyłkami. Smak jabłek wydawał się także inny, bo przecież nie pochodziły ze zwykłego sadu i nie były hodowane ludzką ręką.

- Nawet legendarne jabłko z rajskiego drzewa nie mogło mieć lepszego smaku - zauważyła Ania w pewnej chwili. - Ale pora już wracać do domu. Za chwilę księżyc ukaże się nad lasem. Jaka szkoda, że nie możemy ujrzeć dokładnie przeobrażenia dnia w ciemną noc. Niestety chwila ta rzadko kiedy daje się uchwycić wzrokiem.

- Wróćmy do domu Aleją Zakochanych. Czy i teraz jesteś jeszcze tak zniechęcona, jak przed godziną, Aniu?

- Ale skądże? Te jabłka były niby niebieska manna dla mojej zgłodniałej duszy. Czuję, że bardzo prędko pokocham Redmond i świetnie przepędzę te cztery długie lata.

- A co po tych czterech latach?

- Znajdzie się nowy jakiś cel - odparła Ania wesoło. - Dzisiaj trudno przewidzieć. Zresztą lepiej nie wiedzieć, co przyszłość przyniesie.

Aleja Zakochanych była tego wieczora jeszcze ładniejsza i bardziej tajemnicza w jasnej poświacie księżycowych promieni. Ania i Gilbert postępowali w milczeniu, lękając się rozmową zakłócić tajemniczą upojną ciszę.

- Gdyby Gilbert był zawsze taki, jak dzisiaj wieczorem, jakżeby było miło przebywać w jego towarzystwie - myślała Ania.

Gilbert tymczasem spoglądał za nią, gdy wchodziła już do domu. W lekkiej swej sukience, powiewającej na wietrze, przypominała mu wysoki kwiat białej lilji.

- Wątpię, czy kiedyś wreszcie zwróci na mnie uwagę - pomyślał z uczuciem dotkliwego bólu w zakochanem młodzieńczem sercu.

 

Rozdział IV. Nowa przyjaciółka.

 

Kingsport jest starem osobliwem miastem, pamiętającem najwcześniejsze lata, gdy było małą niepozorną osadą za czasów kolonizacji i przetrwało spowite w atmosferę starożytności, jak poważna matrona, ubrana w staromodne szaty, zabytki najwcześniejsze swej młodości. Gdzie niegdzie daje się zauważyć piętno epoki nowoczesnej, lecz samo centrum zostało nietknięte dłonią postępu. Miasto przepełnione jest wielkiem mnóstwem cennych zabytków, które otaczają romantyczne legendy dawnej przeszłości. Niegdyś było ono punktem granicznym podczas najazdów dzikich hord Indjan, a było to w owym czasie, kiedy Indjanie postanowili upomnieć się o dawne swe prawa. Potem Kingsport stało się niejako kością sporu między Anglikami i Francuzami i przechodziło co pewien czas z rąk do rąk. Oczywiście każda taka zmiana zostawiała odpowiednie ślady na wewnętrznem życiu tego nieszczęsnego miasta.

W samym środku miejskiego parku wznosi się wysoka wieża, zabazgrana autografami licznych turystów, a tuż poza miastem na niskiem płaskowzgórzu pozostały jeszcze ruiny dawnych fortyfikacyj francuskich i kilka luf armatnich, sterczących w czeluściach między murami. Kingsport posiada rozmaite zabytki historyczne, niezwykle ciekawe dla przyjezdnych, a wśród tych zabytków na pierwszy plan wysuwa się stary cmentarz św. Jana, leżący w samem centrum miasta, otoczony cichemi ulicami, staremi domami zasłuchanemi w szmer życia nowoczesnych czasów. Każdy obywatel Kingsport przepojony jest dumą, mówiąc o cmentarzu św. Jana, bo przecież każdy niemal posiada tam mogiły swych przodków, których imiona zapisały się w ten lub inny sposób na kartach historji osobliwego miasta. To też stare te mogiły potomkowie utrzymują w jak najlepszym porządku i starają się prześcignąć w nadzwyczajnej tej troskliwości. Przeważnie groby pokryte są płytami z szarego kamienia i tylko w rzadkich wypadkach zauważyć się daje jakiś skromny rzeźbiony pomniczek. Pomniczki takie przeważnie przystrajają obywatele Kingsport rzeźbioną w kamieniu czaszką, skrzyżowanemi piszczelami, a na samym szczycie umieszczają uśmiechniętą twarzyczkę cherubina. Bardzo niewiele mogił pozostaje w zaniedbaniu. Są to przeważnie groby tych ludzi, których potomkowie oddawna już tutaj nie mieszkają, to też nawet napisy na kamieniu zatarły się dawno i trudno je nawet dzisiaj odczytać. Cały cmentarz ocieniają konary rozłożystych drzew, wśród których dają się przeważnie zauważyć wysokie klony i buki, nieczułe na silne podmuchy wiatrów i zupełnie obojętne na to, co się dzieje w cieniu ich gałęzi.

Zaraz następnego dnia popołudniu Ania udała się na cmentarz św. Jana. Obydwie z Priscillą były przed południem w Redmond i zarejestrowały się jako studentki. Po spełnieniu tej formalności reszta dnia pozostawała do ich dyspozycji. Umknęły szybko z uniwersytetu, z pośród tłumu zupełnie obcych sobie ludzi, z których wszyscy wyglądali tak, jakby zasadniczo nie wiedzieli jeszcze w którą stronę mają się zwrócić.

Nowicjusze podzielili się na drobne gromadki i spoglądali pytająco na siebie; nowicjuszki, bardziej rozgarnięte od chłopców obległy szerokie schody i chichotały ze sobą głośno. Gilbert i Karol biegali od gromadki do gromadki, wszędzie ich było pełno.

- Wątpię, czy nadejdzie kiedyś dzień, gdy z przyjemnością spojrzę na Karola Slone - rzekła Priscilla, gdy obydwie z Anią przechodziły obok gawędzących studentów. - Może wtedy będę uważała, że jego wyłupiaste oczy są całkiem miłe i nawet pełne uroku.

- Och - westchnęła Ania. - Nie mogę ci opisać, jak się czułam, czekając na swoją kolejkę w sekretarjacie uniwersyteckim. Zdawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą. Pragnęłam wtedy jak najprędzej zapaść się pod ziemię. Ci starsi studenci patrzą dziwnie zgóry na pierwszorocznych, jak gdyby byli czemś lepszem od nas.

- Zaczekaj do przyszłego roku - uspakajała ją Priscilla. - Wtedy i my będziemy miały prawo patrzeć odpowiednio na tych nowicjuszy. Oczywiście to nie jest bardzo szlachetne uczucie, ale trzeba tak postępować, jak tamci postępują. Na pewno jestem o dobre dwa cale wyższa od tych wszystkich nowicjuszy i lękałam się tylko, żeby któryś nie chciał mnie odprowadzić do domu. Gotowi mnie ludzie wziąć za słonia, albo za wielkoluda.

- Najważniejsze to, że w Redmond nie będzie już tak miło jak w seminarjum - westchnęła Ania, siląc się na swą dawną filozofję, która miała zatuszować przypływ złego humoru. - Gdyśmy opuszczały seminarjum, znałyśmy wszystkich i wszyscy nas znali, a teraz mamy wrażenie, że w Redmond ziemia nam się z pod nóg usuwa. Jestem tylko szczęśliwa, że ani pani Linde, ani pani Eliza Wright nie są świadkami obecnego mego nastroju. Napewno pokiwałyby głowami, ze słowami: "A nie mówiłam", i byłyby przekonane, że to jest właśnie początek smutnego końca, wówczas, gdy ja mam wrażenie, że to jest koniec smutnego początku.

- Właśnie. To brzmi zupełnie po twojemu. Jestem pewna, że się tu jakoś zaaklimatyzujemy, poznamy wszystkich, a reszta pójdzie jak po maśle. Aniu, czyś zauważyła tę dziewczynę, stojącą u drzwi garderoby przez cały czas naszego pobytu wewnątrz gmachu? Taka przystojna, o ciemnych oczach i maleńkich czerwonych ustach?

- Owszem, widziałam. Zwróciłam na nią uwagę bo zdawało mi się, że jest jedyną osobą, czującą się tutaj, jak ja. Chociaż ja mam ciebie, a ona widocznie niema nikogo.

- Ale musi to być jakieś nieśmiałe stworzenie. Kilkakrotnie zdawało mi się, że zamierza podejść do nas, ale widocznie nie miała odwagi. Chciałam nawet żeby podeszła. W pewnej chwili nawet zamierzałam uprzedzić ją, ale przykro mi było przechodzić przez taki duży hall i zwracać na siebie uwagę studentów. Ta dziewczyna jest najładniejsza ze wszystkich nowicjuszek, ale widocznie nawet uroda na początku pobytu w Redmond na nic się nie zdaje - dodała Priscilla ze śmiechem.

- Chciałabym po śniadaniu pójść na cmentarz św. Jana - rzekła Ania. - Wątpię, czy atmosfera cmentarna przyczyni się do poprawy humoru, z drugiej znów strony wydaje mi się, że jest to jedyne miejsce, gdzie można odrobinę odpocząć. Usiądę na jednej z ławek, przymknę oczy i wyobrażę sobie, że jestem w lesie Avonleaskim.

Jednakże Ania nie uczyniła tego, bowiem na cmentarzu św. Jana dostrzegła tyle interesujących rzeczy, że przez cały czas nie przymykała oczu ani na chwilę. Obydwie z Priscillą przeszły szeroką bramę i zbliżyły się do ogromnego pomnika, na szczycie którego w niedbałej pozie stał wielki lew, wykuty z szarego kamienia.

- Bo pod Inkerman każdy cień był krwawy. I wszystkie one przebiły pierś naszej ojczyźnie - recytowała Ania, spoglądając na kamiennego lwa ze wzruszeniem. Znalazły się w tej chwili w maleńkiem zacisznem ustroniu, gdzie nawet podmuch wiatru nie dochodził. Wszędzie dokoła ciągnęły się oddzielne mogiły, przykryte ciężkiemi płytami i wszystko zdawało się tchnąć duchem dawnych czasów.

- Tu leży ciało Alberta Crawford'a - czytała Ania wytarty napis na kamieniu - dowódcy Arsenału Jego Królewskiej Mości w Kingsport. Służył w armji aż do zawarcia pokoju w roku 1763, wystąpił z wojska wskutek nagłego zasłabnięcia. Był dzielnym oficerem, najlepszym mężem, idealnym ojcem i nieodżałowanym przyjacielem. Umarł 29 października 1792 roku, w wieku lat 84. To jest napis dla ciebie, Prissy. Ileż to taki człowiek musiał mieć przygód w życiu. Wątpię jednak czy za życia obdarzonoby go tak wielu pochwałami.

- A tutaj drugi - rzekła Priscilla. - Posłuchaj, "Pamięci Aleksandra Rossa, który umarł 22 września 1840 roku, w wieku lat 43. Służył wiernie ojczyźnie przez dwadzieścia siedem lat i dosłużył się zaszczytnej śmierci".

- Świetny napis - szepnęła Ania w zamyśleniu - nie chciałabym mieć lepszego po śmierci. Przecież wszyscy służymy jakimś ideałom, a nikt nie wypisuje na nagrobkach o naszej wiernej służbie. Patrz, Prissy, taki mały samotny grobek. "Pamięci ukochanego dziecka", a tutaj drugi "Poświęcony pamięci tego, który niewiadomo gdzie jest pochowany". Ciekawa jestem gdzie się znajduje ta nieznana mogiła. Istotnie, Prissy, nigdy w życiu nie zdarzyło mi się widzieć takiego ciekawego cmentarza. Miałaś słuszność mówiąc, że będę tu często przychodzić. Polubiłam odrazu to miejsce. Ale widzę, że nie jesteśmy tu same, tam jakaś dziewczyna stoi przy końcu alei.

- Wiesz, że to zdaje się ta sama, na którą zwróciłyśmy uwagę w Redmond. Obserwuję ją od kilku minut. Już kilkakrotnie zamierzała iść w naszą stronę i kilkakrotnie się cofała. Musi być albo bardzo nieśmiała, albo też bardzo dumna. Podejdźmy do niej. Łatwiej jest zawrzeć znajomość na cmentarzu, niż w Redmond, prawda?

Poczęły iść wąską kamienistą ścieżką w kierunku nieznajomej, która siedziała teraz na kamiennej ławeczce pod rozłożystym kasztanem. Istotnie była niezwykle piękna, choć rysów nie posiadała regularnych. Włosy miała koloru laskowych orzechów, oczy ciemne i zaróżowione policzki. Miała na sobie wytworny bronzowy kostjum, a na drobnych nóżkach maleńkie modne trzewiczki. Duży czerwony kapelusz przystrajały złociste maki, a cała postać dziewczyny sprawiała wrażenie sylwetki, wyciętej z żurnala. Priscilli przyszło na myśl, że kapelusz, który sama miała, jest już bardzo zniszczony; Ania zaś zastanowiła się czy bluzka, którą sama sobie uszyła, podług wzoru pani Linde, nie wyglądała śmiesznie w zetknięciu z eleganckiem ubraniem młodziutkiej nieznajomej. Przez chwilę zdawać się mogło, że obydwie przyjaciółki zaniechają swego zamiaru podejścia do przyszłej swej koleżanki. Lecz minęły już pierwszą kwaterę grobów i trudno się było teraz cofnąć, gdyż w ciemnych oczach samotnej dziewczyny, dojrzały niemy błysk powitania. Wreszcie zerwała się z ławki i, z wesoło wyciągniętemi ramionami, poczęła biec w ich stronę z przyjaznym uśmiechem, dzięki któremu pierzchło dawne jej onieśmielenie.

- O, jakże chciałam wiedzieć kim jesteście - zawołała z zapałem. - Umierałam z ciekawości. Widziałam was dzisiaj rano w Redmond. Prawda, jak tam okropnie? Wołałabym raczej zostać w domu i wyjść zamąż.

Ania i Priscilla wybuchnęły głośnym śmiechem, słysząc tę nieoczekiwaną konkluzję. Ciemnooka dziewczyna zaśmiała się również.

- Naprawdę, nie wierzycie mi? Siądźmy na tej płycie i zawrzyjmy znajomość. To nie jest takie trudne. Jestem pewna, że polubimy się nawzajem, przekonania tego nabrałam, gdym was po raz pierwszy ujrzała w Redmond dzisiaj rano. Miałam ochotę już wtedy podejść do was.

- A dlaczegoś tego nie uczyniła? - zapytała Priscilla.

- Bo nie miałam odwagi. Właściwie rzadko kiedy umiem się na coś zdecydować, a gdy już się wreszcie zdecyduję, mam wrażenie, że powinnam uczynić coś całkiem odwrotnego. To bardzo nieprzyjemne uczucie, ale urodziłam się już z takiem usposobieniem i nic mi już nie pomoże. Tak samo i w tym wypadku. Nie mogłam się zdobyć na to, żeby podejść do was i zawrzeć z wami znajomość, chociaż miałam ogromną ochotę.

- A myśmy myślały, że jesteś taka nieśmiała - wtrąciła Ania.

- Nie, nie, kochanie. Nieśmiałość nie należy do wad, czy zalet Izabelli Gordon, zdrobniale Izy. Nazywajcie mnie zwyczajnie Izą, bardzo was proszę. A teraz, jakie są wasze imiona?

- To jest Priscilla Grant - rzekła Ania, wskazując przyjaciółkę.

- A to jest Ania Shirley - odwzajemniła się Priscilla.

- Jesteśmy z wyspy księcia Edwarda - zawołały po chwili obydwie razem.

- Ja pochodzę z Bolingbroke, z Nowej Szkocji - pochwaliła się Izabela.

- Bolingbroke! - zawołała Ania. - To przecież ja się tam urodziłam.

- Naprawdę? To znaczy, że jesteś także "sinonoską".[1].

- Mylisz się - zaprotestowała Ania. - Dan O'Connell powiedział, że jeżeli człowiek rodzi się w stajni, to nie znaczy, że jest koniem. Moją ojczyzną jest wyspa ks. Edwarda.

- W każdym razie bardzo się cieszę, żeś się urodziła w Bolingbroke. To tak, jakbyś była moją sąsiadką, prawda? Sprawia mi to wielką przyjemność, bo jak ci kiedykolwiek wyjawię jakąś tajemnicę, będę miała uczucie, że powiedziałam ją komuś swojemu. Często się zwierzam z tajemnic, nie umiem ich zatrzymać przy sobie, to znaczy wcale się o to nie staram. Jest to jedna z moich licznych wad, a za drugą taką wadę uważam swoje niezdecydowanie. Uwierzycie mi, że pół godziny czasu straciłam na to, aby się zdecydować czy przyjść tutaj, na cmentarz! Raz wolę czarne, raz znów wabi mnie czerwone, wreszcie zamykam oczy i po ciemku wybieram. Czy to nie śmieszne? Powiedzcie, co myślicie o moim wyglądzie?

Słysząc to naiwne zapytanie, Priscilla znowu wybuchnęła śmiechem, gdy tymczasem Ania z powagą ujęła rękę Izabeli i oznajmiła:

- Już dzisiaj rano doszłyśmy do wniosku, że jesteś najpiękniejszą dziewczyną w Redmond.

Maleńkie usteczka Izabeli rozchyliły się w uśmiechu zadowolenia, ukazując równocześnie dwa rzędy bielutkich zębów.

- I ja tak myślałam - rzekła po chwili z przekonaniem - ale pragnęłam dla upewnienia usłyszeć jeszcze czyjeś zdanie. Nawet w tej kwestji nie potrafię się zdecydować. Gdy już nareszcie dojdę do wniosku, że jestem ładna, coś w duszy szeptać zaczyna, że wcale tak nie jest. Pozatem mam taką starą ciotkę, która zawsze powtarza z westchnieniem: "Byłaś takiem ładnem dzieckiem. Dziwna rzecz, jak się dzieci zmieniają, stając się dorosłymi ludźmi". Bardzo lubię ciotki, ale nie takie, jak moja. Proszę was, powiedzcie mi zupełnie otwarcie, czy jestem ładna. Ogromnie lubię słuchać zdania obcych ludzi. Będę wam niewymownie wdzięczna, jeżeli mnie o tem przekonacie. Ja wam także potem szczerze powiem.

- Dziękujemy - zaśmiała się Ania - ale obydwie z Priscillą doskonale zdajemy sobie sprawę z naszego wyglądu i zbyteczne byłyby wszelkie twoje zapewnienia.

- Och, wy się ze mnie śmiejecie. Wiem, myślicie, że jestem bardzo głupia i próżna. A w rzeczywistości niema we mnie ani odrobiny próżności. Nigdy nie lubię prawić komplementów dziewczętom, jeżeli na to nie zasługują. Bardzo się cieszę, że was poznałam. Przyjechałam tu w sobotę i do tej chwili umierałam z tęsknoty za domem. To straszne uczucie, prawda? W Bolingbroke jestem znaną osobistością, a tutaj, w Kingsport jestem niczem! Były nawet chwile, że mdlałam ze zmartwienia. A gdzie wy mieszkacie?

- Ulica św. Jana 38.

- Coraz lepiej. Ja mieszkam na rogu Wallace Street, ale strasznie nie lubię mego pensjonatu. Jest dziwnie ponury i opuszczony, a mój pokój wychodzi na maleńkie ciemne podwórze. To podwórze wydaje mi się najbardziej przykrem miejscem na świecie. Co noc zbierają się tam koty chyba z całego miasta. Lubię koty, rozciągnięte na miękkim dywanie przed rozpalonym kominkiem, ale takie koty, wrzeszczące po nocy na podwórzu nie są miłemi zwierzętami. Pierwszej nocy po przyjeździe strasznie płakałam, a koty na podwórzu usiłowały mi wtórować. Szkoda żeście nie widziały mego nosa nazajutrz rano. Wołałabym raczej nigdy nie wyjeżdżać z domu!

- Nie rozumiem jak mogłaś zdobyć się na wyjazd do Redmond, jeżeli jesteś osobą tak niezdecydowaną - zawołała Priscilla, ubawiona paplaniną nowej znajomej.

- Nigdybym się na to nie zdobyła, kochanie. To ojciec chciał, żebym tu przyjechała. Uparł się, sama nie wiem dlaczego. Dla takiej istoty, jak ja studja są czemś bardzo niedopasowanem, prawda. Cóż mogłam zrobić, musiałam ulec. Mam przecież zdrowy rozum.

- O! - zawołała Priscilla mimowoli.

- Tak, ale trudno jakoś nim kierować. A tutejsi studenci muszą być bardzo mądrzy, uczeni i poważni. Nie chciałam wyjeżdżać do Redmond, ale uczyniłam to na żądanie ojca. Zwyczajnie, uparł się stary. Pozatem wiedziałam, że jak zostanę w domu, będę musiała wyjść zamąż. Matka znowu tego żądała, a matka moja jest osobą ogromnie zdecydowaną. Nie chciałabym wyjść teraz zamąż, bo pragnę jeszcze kilka lat mieć swobodę. Jak wyszumię, to dopiero osiądę na stałym gruncie. Chociaż studja moje wydają mi się bardzo śmieszne, to jednak śmieszniejsze jest wyobrazić sobie mnie stateczną mężatką, czy nie? Mam dopiero osiemnaście lat, postanowiłam więc raczej przyjechać do Redmond, niż wyjść zamąż. Wyobraźcie sobie przy mojem niezdecydowaniu, nie umiałabym sobie wybrać męża z pośród wszystkich kandydatów.

- Więc jest ich aż tak wielu? - zaśmiała się Ania.

- Mnóstwo. Chłopcy mnie bardzo lubią, ale dotychczas tylko dwaj mi się oświadczyli. Tamci wszyscy byli za młodzi i za biedni. Rozumiecie przecież, że muszę wyjść zamąż tylko za bogatego człowieka.

- Dlaczego musisz?

- Moje złote, czy wyobrażacie sobie mnie, jako żonę biednego urzędnika? Nic nie umiem robić i jestem bardzo rozkapryszona. O nie, mój mąż musi mieć bardzo dużo pieniędzy. Właśnie tamci dwaj byli tacy bogaci. Ale ja na żadnego z nich nie mogłam się zdecydować, dla mnie wybór był tak samo trudny, jakbym wybierała męża z pośród stu kandydatów. Gdybym nawet wybrała jednego z nich, z pewnością potem żałowałabym, że nie zostałam żoną tego drugiego.

- Więc żadnego z nich nie kochasz? - zapytała Ania po chwili namysłu. Przykro jej było mówić z tą zupełnie obcą dziewczyną o kwestji, która dla niej samej była niejako najważniejszym przejawem życia.

- Oczywiście, że nie. Ja nikogo nie potrafię kochać, to już tkwi we mnie, zresztą wcale tego nie pragnę. Kobieta zakochana staje się niewolnicą. Wówczas mężczyzna stara się ją maltretować. Jabym się bała miłości. Nie, nie, Anatol i Augustyn, to bardzo dobrzy chłopcy i bardzo ich obydwóch lubię. Lubię ich do tego stopnia, że sama nie wiem, który z nich jest lepszy. W tem jest właśnie największy sęk. Anatol jest przystojniejszy, a ja mogę zostać żoną tylko przystojnego mężczyzny. Pozatem jest świetnie wychowany i ma prześliczną czarną czuprynę. Ale jednocześnie jest za dobry. Nie chciałabym mieć takiego dobrego męża. Anatol jest człowiekiem bez wad.

- To dlaczego nie chcesz zaślubić Augustyna? - zapytała Priscilla z uśmiechem.

- Czyż można być żoną człowieka, który ma takie imię? - zawołała Iza z rozpaczą. - Wątpię, czybym to znieść mogła. Coprawda ma wyjątkowo klasyczny nos, a przyjemnie mieć w rodzinie kogoś z takim nosem, bo prawdę mówiąc, mój nos wcale się nie udał. Wszyscy Gordonowie są bardzo przystojni, ale obawiam się, że raczej jestem podobna do Byrnów. Im starsza jestem, tem gorzej. Codziennie przeglądam się w lustrze i dostrzegam, że całe podobieństwo moje do Gordonów znika z każdym rokiem. Matka moja jest z domu Byrne, a ja na moje nieszczęście właśnie jestem podobna do matki. Kiedyś same się przekonacie. Strasznie lubię ładne nosy. Ty masz wyjątkowo ładny nos, Aniu Shirley. Właśnie Augustyn ma bardzo podobny nos do twego, ale niestety nazywa się Augustyn! Nie, bezwarunkowo nie mogę się zdecydować. Gdybym mogła zamknąć oczy i w ten sposób wybrać jednego z moich konkurentów, może już dawno byłabym mężatką.

- A cóż Anatol i Augustyn robią teraz po twoim wyjeździe? - indagowała Priscilla.

- O, mają jeszcze ciągle nadzieję. Kazałam im czekać, aż się wreszcie na któregoś z nich zdecyduję. Są to dobrzy chłopcy, więc czekają cierpliwie. Obydwaj poprostu mnie ubóstwiają. Ja tymczasem mam zamiar ubawić się tutaj do syta. Sądzę, że i w Redmond będę miała mnóstwo konkurentów. Zazwyczaj źle się czuję, nie będąc w męskiem towarzystwie. Ale nie uważacie, że ci młodzi studenci są bardzo mało wytworni? Z pośród wszystkich jeden tylko jest naprawdę przystojny. Zdaje mi się, że mu na imię Gilbert, bo tak go nazywał jeden z kolegów, ten o takich wyłupiastych oczach. Ale, dziewczęta, jeszcze chyba nie idziecie do domu? Moje złote, zostańcie trochę.

- Musimy już pójść - rzekła Ania chłodniej nieco. - Późno się robi, a ja mam jeszcze w domu zajęcie.

- Ale zobaczymy się znowu, prawda? - zapytała Izabella, otaczając ramionami nowe swe przyjaciółki. - Pozwolicie mi się z wami spotykać? Pragnę się z wami zaprzyjaźnić. Odrazu was polubiłam. Przypuszczam, że nie razi was ta moja wesoła paplanina?

- Ani trochę - zaśmiała się Ania, ujęta tą serdecznością Izy.

- Bo ja nie jestem wcale taka głupia, na jaką wyglądam. Zresztą powinnyście pokochać Izabellę Gordon tak, jak ją Pan Bóg stworzył, ze wszystkiemi jej wadami. Nie uważacie, że ten cmentarz jest strasznie miły? Bardzobym chciała leżeć tutaj po śmierci. Dzisiaj dostrzegłam mogiłę, której dotychczas nie widziałam ani razu, ta, ogrodzona żelaznym parkanem. Spójrzcie. Sądząc z napisu, jest to mogiła młodego marynarza, który zginął podczas jednej z walk okrętów Shannon i Chesapeake.

Ania podeszła do żelaznego okratowania i zawisła wzrokiem na starej, popękanej już płycie nagrobka. Ogarnęło ją dziwne podniecenie. Zniknął jej z przed oczu stary cmentarz i wysokie, stuletnie drzewa o rozłożystych konarach. Oczami wyobraźni widziała port Kingsportski prawie przed stuleciem. Z dalekiej mgły, wiszącej nad bezmiarem morza wyłonił się w pewnej chwili kadłub okrętu z powiewającą na maszcie flagą Wielkiej Brytanji. Tuż za nim płynął inny okręt, mniejszy nieco z banderą, przewieszoną przez balustradę pokładu. Dłoń czasu odwróciła wstecz kilka kartek wielkiej księgi dziejów. Shannon został zwycięzcą w jednej z ostatnich walk na śmierć i życie. Chesapeake płynął ku przystani, zdany na łaskę i niełaskę wroga - zwycięzcy.

- Zbudź się, Aniu Shirley. - Wracaj do nas - śmiała się Izabela, dotykając jej ramienia. - Oddaliłaś się od nas prawie o sto lat. Wracaj.

Ania ocknęła się z głębokiem westchnieniem; oczy jej świeciły nieziemskim blaskiem.

- Zawsze lubiłam ogromnie historję tych walk - szepnęła - i chociaż Anglicy zostali wówczas zwycięzcami, sława naszych bohaterów nigdy nie zblednie. Ta mogiła przywiodła mi to wszystko na pamięć i ujrzałam ich walki w wyraźnych konturach. Ten biedny marynarz miał dopiero lat osiemnaście. "Zmarł wskutek ciężkich ran, odniesionych podczas walki" - tak brzmi napis na płycie. O takiej śmierci marzą wszyscy dzielni żołnierze.

Mówiąc to, Ania odpięła od bluzki bukiecik ciemnych bratków i złożyła na mogile młodego marynarza, który zginął podczas wielkiej bitwy morskiej.

- Co myślisz o naszej nowej przyjaciółce? - spytała Priscilla, gdy pożegnały się z Izą.

- Bardzo mi się podoba. Posiada w sobie coś ujmującego, chociaż jest tak szalenie roztrzepana. Jestem pewna, że ma słuszność, mówiąc, iż nie jest taka głupia, na jaką wygląda. Bardzo miłe dziecko i zdaje się, że dzieckiem zostanie przez całe życie.

- I mnie się podoba - oznajmiła Priscilla z przeświadczeniem. - Tak samo mówi o chłopcach, jak Ruby Gillis, ale paplanina Ruby przyprawia mnie o zawroty głowy, gdy tymczasem Iza swą gadaniną doprowadza mnie do śmiechu. Właściwie jaka jest między niemi różnica?

- O, bardzo wielka - odparła Ania w zamyśleniu. - Przedewszystkiem Ruby postępuje z chłopcami zupełnie świadomie. Innemi słowy usiłuje każdego w sobie rozkochać. Czyni to prawdopodobnie dlatego, aby się potem pochwalić, że ma tak wielu konkurentów. Tymczasem Iza mówi o swych konkurentach z taką prostotą, jakby mówiła o kolegach. Traktuje chłopców po przyjacielsku i sprawia jej niezwykłą przyjemność, gdy jest nimi otoczona. Nawet Anatol i Augustyn - nie potrafię myśleć o każdym z nich z oddzielna - istnieją dla niej tylko jako towarzysze zabaw, z którymi chętnie w ten sposób przepędziłaby całe życie. Bardzo się cieszę, żeśmy ją poznały i cieszę się, że zobaczyłam cmentarz św. Jana. Zdaje mi się, że poznałam dzisiaj głąb duszy Kingsportu. Nie lubię oglądać rzeczy powierzchownie.

 

Rozdział I. Chmurki na horyzoncie. 

 

- Żniwa już skończone i lato minęło - szepnęła Ania Shirley, spoglądając rozmarzonym wzrokiem na poszarzałe, nagie pola. Obydwie z Dianą Barry zajęte były zrywaniem jabłek w sadzie na Zielonem Wzgórzu, a w tej chwili postanowiły odpocząć trochę w osłonecznionym zakątku ogrodu, gdzie panowała cisza, przerywana tylko cichem brzęczeniem drobnych muszek i delikatnym powiewem wietrzyka, przynoszącego słodką woń z pobliskiego Lasu Duchów.

Cały krajobraz dokoła mówił o zbliżającej się jesieni. Fale morskie szumiały w oddali, pola były nagie, poszarzałe i poprzecinane miedzami, zasłanemi złotem opadających liści. Dolina Fiołków w pobliżu Zielonego Wzgórza rozkwitała teraz tysiącem purpurowych aster, a Jezioro Lśniących Wód stawało się coraz bardziej błękitne. Nie był to jednak zmienny błękit wiosenny, ani też blady lazur lata, był to czysty zdecydowany, poważny błękit, jakby wody jeziora przygotowywały się do zimowej drzemki.

- Piękne mieliśmy lato - rzekła Diana, obracając z uśmiechem nowy pierścionek na palcu lewej ręki. - Ślub panny Lawendy był niejako ukoronowaniem letnich miesięcy. Sądzę, że państwo Irving są już obecnie nad brzegami Pacyfiku.

- Gdy myślę o tem, mam wrażenie, że w tę swoją podróż naokoło świata wybrali się przed wiekami - westchnęła Ania. - Nie chce mi się wierzyć, że ślub ich odbył się przed tygodniem. Zbyt dużo mamy zmian naraz. Panna Lawenda wyszła za mąż, państwo Allan wyjechali, wszystko jakieś takie opuszczone. Przechodziłam wczoraj wieczorem koło Chatki Ech. Ten dom z zamkniętemi okiennicami, sprawia szczególnie przykre wrażenie. Wygląda jak po śmierci, którego z mieszkańców.

- Nie znajdziemy drugiego takiego pastora, jak pan Allan - rzekła Diana ze smutkiem. - Jestem pewna, że tej zimy nabożeństwa rzadziej się będą odbywały. Ty i Gilbert także wyjeżdżacie, naprawdę będzie można oszaleć.

- Ale za to zostaje Alfred - wtrąciła Ania przebiegle.

- Kiedy pani Linde przenosi się do was? - zapytała Diana, jak gdyby nie słysząc uwagi Ani.

- Podobno jutro. Bardzo się cieszę, że zamieszka na Zielonem Wzgórzu, ale ta jej przeprowadzka sprowadzi znowu ogromną zmianę. Obydwie z Marylą wyprzątałyśmy wczoraj gościnny pokój przeznaczony dla pani Linde. Wiesz, że mi to sprawia przykrość? Może głupia jestem, ale odniosłam takie wrażenie, jakbym się dopuściła świętokradztwa. Ten stary pokoik był zawsze dla mnie prawdziwą świątynią. Za czasów dzieciństwa uważałam go za najpiękniejszy apartament na świecie. Przypominasz sobie jak pragnęłam przespać choć jedną noc w szerokiem łóżku w gościnnym pokoju, ale nie na Zielonem Wzgórzu. Och, nigdy. To byłoby okropne, umarłabym chyba z wrażenia! Nigdy przez ten pokój nie przeszłam swobodnie; jeśli Maryla posłała mnie tam po coś, zawsze skradałam się na palcach, z zatamowanym oddechem, jakbym się znajdowała w kościele, a uczuwałam dziwną ulgę, gdy wychodziłam stamtąd. Wisiały tam na ścianach portrety George'a Whitefield'a i księcia Wellingtonu, które odbijały się w lustrze wiszącem po przeciwległej stronie i zdawały się patrzeć na mnie z niezwykłą surowością. Przechodząc koło lustra odwracałam nawet głowę, żeby uniknąć tego surowego spojrzenia. Często dziwiłam się, jak Maryla ośmiela się sprzątać w tym pokoju. A teraz facjatka ta jest zupełnie pusta. Obydwa portrety powędrowały na strych. Tak się kończy sława ludzka na tym świecie - dodała Ania ze śmiechem, w którym drżała jednak cichutka nuta żalu. Przykro jest profanować dawne świątynie, chociaż się już nawet z dziecięcych wierzeń wyrosło.

- Będę ogromnie samotna po twoim wyjeździe - westchnęła Diana już chyba po raz setny. - I pomyśleć tylko, że wyjeżdżasz już na przyszły tydzień!

- Ale przecież jesteśmy jeszcze razem - zawołała Ania wesoło. - Musimy ten ostatni tydzień odpowiednio wyzyskać, aby został dla nas obydwu pamiętny. Mnie samej sprawia myśl o wyjeździe z domu ogromną przykrość, bo przecież zostawiam tu tylu serdecznych przyjaciół. Mówisz o swej samotności! To ja powinnam się jej lękać. Ty zostajesz tu wśród starych przyjaciół, a przytem Alfred jest z tobą, gdy ja tymczasem będę między obcymi, bo nie znam tam ani żywej duszy!

- Ale za to będzie Gilbert i Karol Slone - rzekła Diana, wpadając w ton Ani.

- Karol Slone, będzie dla mnie doprawdy wielką pociechą - przyznała Ania ironicznie i nagle obydwie wybuchnęły głośnym śmiechem. Diana wiedziała doskonale, co Ania myśli o Karolu Słone, martwiło ją jedynie, że nie może zgłębić uczucia Ani dla Gilberta Blythe. A może Ania sama dokładnie nie zdawała sobie z tego sprawy.

- Chłopcy zamieszkają napewno na przeciwległym krańcu miasta - ciągnęła dalej Ania. - Bardzo się cieszę, że jadę do Redmond i jestem pewna, że je wreszcie polubię. Najgorsze będą początkowe tygodnie, bo nie będę mogła przyjeżdżać na niedzielę do domu, jak to było za czasów seminarjum, a do Bożego Narodzenia jeszcze bardzo daleko.

- Wszystko się zmieniło, albo się zmieni - rzekła Diana ze smutkiem. - Mam wrażenie, Aniu, że dawne, dobre czasy już nigdy nie wrócą.

- Stanęłyśmy na rozstajnych drogach - szepnęła Ania w zamyśleniu. - I do tego dojść musiało. Czy sądzisz Diano, że być dorosłym to istotnie taka przyjemność, jak się nam zdawało, gdy byłyśmy dziećmi?

- Sama nie wiem, chociaż pewne przyjemności są z tem związane - odparła Diana, bawiąc się znowu swoim pierścionkiem i uśmiechając się tajemniczo, jakby pragnęła zaznaczyć, że Ania jest jeszcze pod tym względem osobą niedoświadczoną. - Ale tyle jest rzeczy niezbadanych. Czasem mam wrażenie, że wam lęk przed tą "dorosłością" i w takich chwilach dałabym dużo za to, żeby być znowu małą dziewczynką.

- Przypuszczam, że z czasem przyzwyczaimy się do tego, że jesteśmy już dorosłe - uśmiechnęła się Ania wesoło. - Dla człowieka dorosłego nie istnieją rzeczy nieprzewidziane, a przynajmniej istnieje ich bardzo niewiele. Te wszystkie niespodzianki, jakie nas czekają, są właśnie okrasą ludzkiego życia. Mamy teraz lat osiemnaście. Za dwa lata będziemy miały dwadzieścia. Jako dziesięcioletnia dziewczynka, uważałam, że ludzie dwudziestoletni są już zupełnie starzy. Za kilka lat ty będziesz stateczną matroną w średnim wieku, ja zaś będę ciocią Anią, która cię będzie odwiedzać podczas wakacyj. Chyba zawsze się u was kąt dla mnie znajdzie, kochanie? Oczywiście nie gościnny pokój, stare panny nie lubią windować się tak wysoko po schodach. Dla mnie wystarczy jakaś mała komórka przy kuchni.

- Cóż za głupstwa gadasz, Aniu - zaśmiała się Diana. - Napewno zostaniesz żoną jakiegoś bogatego i przystojnego chłopca, zapomnisz wtedy o wszystkich gościnnych pokojach i będziesz zadzierała nosa wobec wszystkich dawnych przyjaciół z Avonlea.

- Szkodaby było - mój nosek jest dość ładny i zdaje mi się, że zadzieranie zniekształciłoby go - Ania mówiła teraz z komiczną powagą. - Nie mam znowu tak wielu pięknych rysów, abym taki jeden możliwy nos skazywała na zeszpecenie. To też, jeżeli nawet zostanę żoną Króla Zaczarowanej Wyspy, obiecuję ci, że na twój widok nosa zadzierać nie będę.

Dziewczęta rozstały się w wesołym nastroju, Diana pobiegła w stronę Sosnowego Wzgórza, Ania zaś skierowała się na pocztę. Przewidywania jej się ziściły, bo istotnie wręczono jej list w dużej białej kopercie. Gdy w kwadrans potem Gilbert Blythe spotkał ją na moście nad Jeziorem Lśniących Wód, zauważył na twarzy jej wyraz radosnego podniecenia.

- Priscilla Grant także jedzie do Redmond - zawołała. - Czyż nie nadzwyczajnie się składa? Lękałam się, że jej ojciec na to się nie zgodzi. Na szczęście nie stawiał przeszkód i mamy się spotkać na okręcie. Mogę teraz całkiem spokojnie stanąć w obliczu całej plejady profesorów z Redmond, skoro będę miała przy boku Priscillę.

- Sądzę, że Kingsport przypadnie ci do gustu - rzekł Gilbert. - Jest to bardzo ładne, stare miasto i posiada podobno najpiękniejszy park na świecie. Opowiadano mi, że urządzenie parku jest poprostu nadzwyczajne.

- Wątpię, czy gdzieśkolwiek może być ładniej niż tutaj - rzekła Ania, rozglądając się wokoło z rozmarzeniem, jak gdyby miejsce, które nazywała "domem" było najpiękniejszym zakątkiem na świecie, choćby nie wiadomo ile i jak pięknych krain znajdowało pod obcem niebem.

Stali obydwoje, oparci o balustradę mostu, wchłaniając z rozkoszą upojną atmosferę zmierzchu. Tarcza zachodzącego słońca nie zniknęła jeszcze za szczytami pagórków, a już księżyc wzeszedł i odbijał się poświatą swych promieni w spokojnej tafli jeziora. Czar wieczoru zdawał się spowijać swą pieszczotą dwoje młodych, zasłuchanych w tajemnicze szepty przyrody.

- Czemuś taka milcząca, Aniu? - zapytał wreszcie Gilbert.

- Lękam się mówić, bo gotowam spłoszyć to wszystko, co tonie w ciszy - szepnęła cichutko Ania.

Gilbert położył nagle dłoń na małej jej rączce, spoczywającej na balustradzie mostu. Duże jego oczy pociemniały jeszcze bardziej a chłopięce wargi rozchyliły się w nagłej chęci wypowiedzenia czegoś, co oddawna już musiało przepełniać jego duszę. Lecz Ania niespokojnie cofnęła rękę i czar prysnął.

- Muszę wracać do domu - zawołała, z przesadną nieco obojętnością. - Maryla miała dzisiaj straszną migrenę, więc sądzę, że nie będzie się mogła zająć bliźniętami. Nie powinnam była tak długo zostawać poza domem.

Gawędząc wesoło o sprawach codziennych dotarli do dróżki, wiodącej na Zielone Wzgórze. Biedny Gilbert nie odważył się już zmienić tematu rozmowy, a gdy się żegnali, zdawało mu się, że Ania odetchnęła z ulgą. Od ostatniego zdarzenia w Chatce Ech, zrodziło się w jej duszy dziwne uczucie dla Gilberta, do którego sama przed sobą wolała się nie przyznawać. Coś nieznanego wtargnęło do ustronia starej ich przyjaźni. Widocznie to "coś" silniejsze było i miało zawładnąć zupełnie dziewczęcą duszyczką Ani.

- Dawniej nie cieszyłam się tak gdy Gilbert odchodził - pomyślała ze smutkiem, idąc spiesznie do domu wąską ścieżką. - Jeszcze te głupstwa gotowe zniweczyć naszą przyjaźń. Och, dlaczego chłopcy są tacy niecierpliwi!

Niecierpliwością nazywała Ania nagłe, nieoczekiwane odruchy Gilberta, które wywoływały przeważnie niespokojne drżenie w jej duszy. Właściwie ta jego niecierpliwość nie sprawiała jej przykrości, odczuwała raczej zupełnie coś innego, niż przy zbliżeniu się Karola Slone, jak to było podczas tańca w Białych Piaskach. Na samo wspomnienie tego tańca Ania wzdrygnęła się z niechęcią. Prędko jednak zapomniała o tem wszystkiem, otoczona domową atmosferą wielkiej kuchni na Zielonem Wzgórzu, gdzie na szerokiej sofie ośmioletni jej wychowanek zanosił się teraz od płaczu.

- Tadziu, co się stało? - zapytała Ania, chwytając go w objęcia. - Gdzie Maryla i Tola?

- Maryla kładzie Tolę do łóżka - szlochał Tadzio. - A ja płaczę, bo Tola spadła ze schodów na głowę do piwnicy i zdarła sobie skórę nad nosem...

- Och, ale nie płacz, kochanie. Rozumiem, że ci jej żal, ale twój płacz nic jej nie pomoże. Jutro napewno będzie zupełnie zdrowa. Płacz nikomu nie pomoże, Tadziu.

- Ale ja nie dlatego płaczę, że Tola spadła ze schodów - zawołał Tadzio, przerywając potok wymowy Ani. - Płaczę dlatego, że nie widziałem, jak spadała. Każda taka dobra zabawa musi mnie ominąć.

- Och, Tadziu! - Ania z trudem powstrzymywała głośny wybuch śmiechu - więc to dla ciebie jest zabawne, że biedna Tola spadła ze schodów i tak się strasznie potłukła?

- Tak strasznie to się znów nie potłukła - rzekł Tadzio, ocierając łzy rękawem. - Gdyby się zabiła, to bym napewno się martwił. Ale Keithowie tak prędko się nie zabijają. To tak coś jak Blewettowie. Henio Blewett spadł w zeszłą środę ze strychu i stoczył się prosto do stajni, pod kopyta nieujeżdżonego wierzchowca, a jednak nic mu się nie stało. Jest zdrów, żyje, tylko trzy żebra złamał. Pani Linde powiada, że są na świecie tacy ludzie, których nawet siekierą nie zarąbiesz. Aniu, czy pani Linde jutro się do nas sprowadza?

- Tak, Tadziu i mam nadzieję, że będziesz dla niej zawsze grzeczny.

- Naturalnie, że będę grzeczny. Ale Aniu, czy ona mnie będzie kładła codziennie do łóżka?

- Możliwe. Bo co?

- Dlatego - rzekł Tadzio z powagą - że ja przy niej nie chcę odmawiać pacierza, jak przy tobie, Aniu.

- Dlaczego?

- Dlatego, że nie powinno się przy obcych rozmawiać z Panem Bogiem. Tola może mówić pacierz przy pani Linde, ale ja nie chcę. Zaczekam aż odejdzie, i wtedy dopiero się pomodlę. Dobrze, Aniu?

- Dobrze, jeżeli jesteś pewien, że nie zapomnisz potem o pacierzu.

- O, napewno nie zapomnę. Ja bardzo lubię się modlić, ale zawsze większą przyjemność sprawiało mi, jak mówiłem pacierz przy tobie. Bardzobym chciał, żebyś została w domu, Aniu. Nie rozumiem dlaczego właściwie wyjeżdżasz i zostawiasz nas samych.

- I jabym wolała zostać, Tadziu, ale czuję, że powinnam wyjechać.

- Jeżeli wolisz zostać, to po co jedziesz? Przecież jesteś już zupełnie dorosła. Jak ja dorosnę, to nic nie zrobię takiego, na co nie będę miał ochoty.

- W ciągu całego życia nieraz może się zdarzyć, że będziesz robił to, co ci nie będzie sprawiało przyjemności, Tadziu.

- Ani mi się śni - zawołał Tadzio gorąco. - Teraz robię to, co mi każą, nawet muszę pójść spać, bo ty i Maryla tak chcecie. Ale jak będę dorosły, nikt mnie do niczego nie zmusi. Emilek Boulter słyszał, jak matka jego mówiła, że ty wyjeżdżasz na uniwersytet, aby poszukać męża. Czy to prawda, Aniu? Chciałbym to wiedzieć koniecznie.

Twarzyczkę Ani oblał krwawy rumieniec, zaraz jednak zaśmiała się wesoło, tłumacząc sobie, że wulgarne plotkarstwo pani Boulter nie powinno jej wcale obchodzić.

- Nie, Tadziu, to nie prawda. Jadę, ażeby się nauczyć wielu mądrych rzeczy.

- Jakich rzeczy?

- Jak się kotu buty szyje i niegrzeczne dzieci bije - wyrecytowała Ania śmiejąc się.

- Ale jak będziesz chciała znaleźć męża, to jak się do tego weźmiesz? Bardzo chciałbym to wiedzieć - indagował Tadzio, dla którego ta sprawa musiała mieć widocznie specjalne znaczenie.

- Zapytaj lepiej o to panią Boulter - odparła Ania całkiem bezmyślnie. - Ona zna się lepiej na tych sprawach odemnie.

- Zapytam, jak ją tylko zobaczę - rzekł Tadzio, uspokojony już prawie zupełnie.

- Tadziu! Ani mi się waż! - zawołała Ania, zorjentowawszy się nagle w popełnionym błędzie.

- Przecież sama mi kazałaś - zaprotestował Tadzio, patrząc na nią z niedowierzaniem.

- Już najwyższy czas, żebyś poszedł do łóżka - oznajmiła Ania z powagą, pragnąc w tej chwili przerwać niemiły temat rozmowy.

Ulokowawszy Tadzia w łóżeczku i wysłuchawszy długiego pacierza, Ania zeszła na dół i wolnym krokiem poczęła iść wąską ścieżką w stronę lasu. Przysiadła nad brzegiem strumyka, zapatrzona w srebrzystą tarczę księżyca, i zasłuchana w ciche szmery mknących przed siebie fal. Wzrok jej zawisł na wartkim prądzie unoszonej wody, która cichym swym pluskiem zdawała się wtórować powiewowi lekkiego wieczornego wietrzyka. Ania zawsze bardzo kochała strumyk. Wiele marzeń dziecięcych łączyła z bystremi jego falami podczas owych dni, które już dawno minęły. Niejednokrotnie w latach swego dzieciństwa przepędzała na marzeniach całe godziny tutaj właśnie, nad brzegiem. Wówczas to w wyobraźni płynęła wątłą łodzią po niezmierzonych obszarach dalekich mórz i chwilami dostrzegała w oddali wybrzeże upragnionej Krainy Czarów, do której nigdy dotrzeć nie mogła. W godzinach marzeń była bogatszą, niż w rzeczywistości, bo wtedy nieziemskie skarby spływały na ziemię, a ona spoglądała na nie rozjaśnionym wzrokiem i dotykała ich drżącemi palcami.