Rozdział I. Cień zmiany
Rozdział I
Cień zmiany
- "Minęły żniwa, skończyła się letnia pora (...)"1 - zacytowała
Ania Shirley, patrząc w zamyśleniu na skoszone pola.
Z Dianą Barry były w trakcie zbierania jabłek w sadzie na Zielonym
Wzgórzu, ale chwilowo odpoczywały po ciężkiej pracy w słonecznym
zakątku, gdzie zwiewne flotylle ostowego puchu unosiły się na skrzydłach
wiatru nadal przepełnionego słodkim, letnim zapachem paproci z Lasu
Strachów.
Wszystko w krajobrazie wokół sugerowało już jesień. W oddali morze
huczało głucho, pola były nagie i wyschnięte, przedzielone kwitnącą
złocistą nawłocią. Dolinę strumienia poniżej Zielonego Wzgórza pokrywały
eteryczne fioletowe astry, a Jezioro Lśniącej Toni było błękitne,
błękitne, błękitne, ale nie bladym lazurem lata, lecz jasnym,
stanowczym, poważnym kolorem, jak gdyby woda przeżyła już wszystkie
stany emocji, uspokoiła się i ucichła, niezmącona kapryśnymi marzeniami.
- To było miłe lato - powiedziała Diana z uśmiechem, bawiąc się nowym
pierścionkiem na lewej dłoni - a jego prawdziwym ukoronowaniem wesele
panny Lawendy. Przypuszczam, że państwo Irving są już na wybrzeżu
Pacyfiku.
- A mnie tak się dłuży ich nieobecność, że mam wrażenie, iż zdążyli już
objechać cały świat - westchnęła Ania. - Nie mogę uwierzyć, że ledwie
tydzień minął od ich ślubu. Wszystko się zmieniło; panna Lawenda i państwo Allan wyjechali. Jak strasznie samotnie wygląda plebania, kiedy
wszystkie okiennice zamknięte są na głucho! Przechodząc tamtędy wczoraj,
odniosłam wrażenie, że wszyscy powymierali.
- Nigdy nie dostaniemy pastora równie miłego jak pan Allan - powiedziała
Diana z ponurym przeświadczeniem. - Myślę, że tej zimy będziemy mieć do
czynienia z całą procesją jego zastępców, a połowa niedziel będzie w ogóle bez kazania. I do tego nie będzie ani ciebie, ani Gilberta - czeka
nas przeraźliwie nudne życie.
- Fred zostaje na miejscu - zasugerowała przebiegle Ania.
- Kiedy przeprowadza się pani Linde? - Diana udała, że nie słyszy uwagi
Ani.
- Jutro. Cieszę się, że się wprowadza - ale będzie to kolejna zmiana.
Razem z Marylą usunęłyśmy wczoraj wszystko z pokoju gościnnego. Wiesz, z jaką niechęcią to robiłam? Oczywiście, to głupie, ale wydawało mi się,
że popełniamy świętokradztwo. Ten pokój był dla mnie zawsze jak
świątynia. Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że to najpiękniejsze
pomieszczenie na świecie. Pamiętasz, jak bardzo pragnęłam spędzić noc w pokoju gościnnym, aczkolwiek nie w pokoju gościnnym na Zielonym Wzgórzu.
O nie, nigdy tam! To byłoby zbyt straszne - nie zdołałabym zmrużyć oka z wrażenia. Kiedy Maryla mnie tam po coś posyłała, nie mogłam przejść
spokojnie przez ten pokój - nie, w rzeczy samej, szłam przez jego środek
na paluszkach i wstrzymywałam oddech, jakbym była w kościele, i czułam
prawdziwą ulgę, kiedy wreszcie wychodziłam. Po obu stronach lustra
wisiały portrety George'a Whitefielda i księcia Wellingtona, którzy
patrzyli na mnie poważnie spod zmarszczonych brwi, ilekroć się tam
zjawiałam, szczególnie zaś, kiedy odważyłam się zerknąć do lustra -
jedynego w całym domu, które nie wykrzywiało twarzy. Zawsze
zastanawiałam się, jak Maryli udaje się tam sprzątać. A teraz nie tylko
jest wysprzątany, ale też został ogołocony ze wszystkiego. George
Whitefield i książę powędrowali do holu na piętrze. "Tak oto przemija
chwała tego świata"2 - zakończyła ze śmiechem, w którym brzmiała
jednak nutka żalu. Nigdy nie jest miło, kiedy dawne świątynie są
brukane, nawet jeśli już z nich wyrośliśmy.
- Będę taka samotna, kiedy wyjedziesz - wyjęczała Diana po raz setny. -
I pomyśleć, że to już w przyszłym tygodniu!
- Ale teraz jesteśmy nadal razem - Ania postanowiła się cieszyć. - Nie
możemy pozwolić, aby wyjazd zakłócił nam radość w tym ostatnim tygodniu.
Sama nie znoszę myśli o wyjeździe - dom i ja jesteśmy takimi dobrymi
przyjaciółmi. Ty mówisz o samotności! To ja powinnam jęczeć. Ty
zostajesz tutaj ze wszystkimi starymi przyjaciółmi i Fredem! A ja będę
sama wśród obcych, nie znając nikogo!
- Z wyjątkiem Gilberta i Karolka Sloane'a - dodała Diana, naśladując
wykrzykniki Ani i jej przebiegłość.
- Rzeczywiście, Karolek Sloane będzie wielkim pocieszeniem - zgodziła
się sarkastycznie Ania i obie wybuchnęły śmiechem. Diana wiedziała
dokładnie, co Ania myśli o Karolku Sloane, ale mimo rozmaitych poważnych
rozmów nie miała zielonego pojęcia, co sądzi o Gilbercie Blythe. Dodajmy
dla jasności, że Ania sama tego nie wiedziała.
- Z tego co wiem, chłopcy zamieszkają chyba po drugiej stronie Kingsport
- ciągnęła Ania. - Cieszę się, że jadę do Redmond i jestem pewna, że w końcu je polubię. Ale wiem, że nie nastąpi to w ciągu pierwszych
tygodni. Nie będę nawet mogła czerpać pociechy z oczekiwania na
coweekendowy wyjazd do domu, jak to było, kiedy chodziłam do Queens. A Boże Narodzenie wydaje się być odległe o tysiąc lat.
- Wszystko się zmienia lub wkrótce się zmieni - smuciła się Diana. - Mam
wrażenie, że nic już nigdy nie będzie takie samo, Aniu.
- Przypuszczam, że dotarłyśmy właśnie do miejsca, gdzie nasze drogi się
rozchodzą - zamyśliła się Ania. - Kiedyś musiało to nastąpić. Czy
myślisz, Diano, że dorosłość jest naprawdę tak miła, jak marzyło się
nam, kiedy byłyśmy dziećmi?
- Nie wiem. Jest parę miłych rzeczy w dorosłym życiu - odpowiedziała
Diana, głaszcząc swój pierścionek z tym uśmieszkiem, który zawsze
powodował, że Ania czuła się wypchnięta poza nawias i zupełnie
niedoświadczona. - Ale jest też wiele zagadkowych rzeczy. Czasami
dorosłość przeraża mnie i wtedy oddałabym wszystko, żeby znów być małą
dziewczynką.
- Myślę, że z biegiem czasu przyzwyczaimy się do dorosłości -
powiedziała wesoło Ania. - Z czasem nie będzie tak wielu niespodzianek,
choć prawdę mówiąc, uważam, że to właśnie one nadają życiu smak. Mamy po
osiemnaście lat, Diano. Jeszcze dwa i będziemy miały po dwadzieścia.
Kiedy miałam dziesięć lat, myślałam, że dwadzieścia to już wiek starczy.
Już niedługo będziesz stateczną matroną w średnim wieku, a ja miłą starą
panną - ciocią Anią, która będzie odwiedzać cię w czasie wakacji.
Będziesz zawsze mieć dla mnie jakiś kącik, prawda, kochana Diano?
Oczywiście nie pokój gościnny - stare panny nie mogą liczyć na pokoje
gościnne. Będę skromna jak Uriah Heep3 i mały pokoik czy schowek w zupełności mnie zadowoli.
- Aniu, cóż ty pleciesz - zaśmiała się Diana. - Poślubisz kogoś
wspaniałego, przystojnego i bogatego, i żaden pokój gościnny w Avonlea
nie będzie nawet w połowie wystarczająco godny ciebie, a ty będziesz
zadzierać nosa wobec wszystkich przyjaciół z młodości.
- To by dopiero była szkoda, mój nos jest całkiem ładny i obawiam się,
że zadzieranie mogłoby go zepsuć - powiedziała Ania, głaszcząc swój
kształtny organ węchu. - Nie jestem posiadaczką aż tylu ładnych rysów,
by pozwolić sobie na psucie tych niewielu, które są udane, więc nawet
jeżeli poślubię władcę tajemniczej wyspy, obiecuję ci, że nie będę
zadzierać nosa wobec ciebie, Diano.
Dziewczęta rozstały się z kolejnym wybuchem śmiechu; Diana powróciła na
Sosnowe Wzgórze, zaś Ania udała się na pocztę. Czekał tam na nią list i kiedy Gilbert Blythe dogonił ją na moście nad Jeziorem Lśniącej Toni, aż
podrygiwała z emocji.
- Priscilla Grant też jedzie do Redmond! - krzyknęła. - Czyż to nie
wspaniałe? Miałam nadzieję, że pojedzie, ale nie przypuszczałam, że jej
ojciec wyrazi na to zgodę. Jednak zaakceptował to, więc zamieszkamy
razem. Czuję teraz, że z taką koleżanką jak Priscilla u boku mogę stawić
czoło całej armii ze sztandarami lub wszystkim profesorom Redmond
ustawionym w jednym, groźnym rzędzie.
- Myślę, że polubimy Kingsport - powiedział Gilbert. - Mówią, że to
miłe, stare miasto i że znajduje się tam najpiękniejszy na świecie
naturalny park z zachwycającymi widokami.
- Ciekawe, czy będzie, czy może być piękniejsze niż to - wyszeptała
Ania, rozglądając się wokół oczarowanym wzrokiem pełnym miłości,
wzrokiem tego, dla kogo dom jest zawsze najpiękniejszym miejscem na
świecie, bez względu na to, jakie cuda mogą znajdować się pod obcym
niebem.
Pochylali się na mostku nad starym stawem, spijając czar zachodu,
dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś Ania wspięła się na brzeg, uchodząc z życiem z tonącej łodzi, w dniu, kiedy jako Elaine płynęła do
Camelot4. Piękna purpurowa barwa słońca nadal kolorowała niebo
na zachodzie, ale księżyc już wschodził, a woda w jego świetle zdawała
się pokryta srebrnym marzeniem. Obie postacie oddały się słodkim
wspomnieniom.
- Nic nie mówisz, Aniu - odezwał się w końcu Gilbert.
- Boję się, że kiedy się odezwę czy poruszę, to niewysłowione piękno
zniknie jak nagle przerwana cisza - wyszeptała Ania. Gilbert
niespodzianie położył rękę na szczupłej białej dłoni opartej na barierce
mostu. Jego orzechowe oczy pociemniały w mroku, a jeszcze chłopięce usta
rozchyliły się, aby powiedzieć coś o marzeniu i nadziei, które
niepokoiły jego duszę. Ale Ania wyszarpnęła dłoń i szybko się odwróciła.
Magia zachodu prysnęła.
- Muszę wracać do domu! - wykrzyknęła z nadmierną nonszalancją. - Maryla
miała dzisiaj po południu migrenę, a jestem pewna, że bliźnięta
wymyśliły już jakieś paskudne figle. Naprawdę, nie powinnam być tak
długo poza domem.
Paplała bez przerwy i nieszczególnie sensownie, aż dotarli do drogi
wjazdowej na Zielone Wzgórze. Biedny Gilbert nie miał szansy dojść do
słowa. Ani wyraźnie ulżyło, kiedy się rozstali. Jakaś nowa, tajemnicza
myśl o Gilbercie już pojawiła się w jej sercu w przelotnym momencie
olśnienia w ogrodzie Domku Ech. Coś obcego wkradło się do starego,
idealnego układu szkolnego - coś, co mogłoby go zmącić.
Nigdy wcześniej nie cieszyłam się, widząc odchodzącego Gilberta, myślała
na poły urażona, na poły zasmucona, idąc samotnie aleją. Może zniszczyć
naszą przyjaźń, jeżeli będzie kontynuował te nonsensy. A nie wolno jej
zniszczyć! Nie pozwolę na to. Och, dlaczego chłopcy nie umieją być
rozsądni?!
Ania miała niejasną wątpliwość, że nie do końca rozsądne jest to
przedłużające się uczucie ciepła przekradającego się do niej z dłoni
Gilberta, tak wyraźne, że czuła je przez króciutki moment, kiedy ją
dotknął, a jeszcze mniej rozsądne było to, że uczucie to dalekie było od
nieprzyjemnego. Zupełnie inne niż kiedy doświadczyła podobnego
zachowania Karolka Sloane'a, gdy trzy dni wcześniej siedziała obok niego
na tańcach w Białych Piaskach.
Ania wzdrygnęła się na to wspomnienie. Ale wszystkie problemy związane z zauroczonymi adoratorami zniknęły, kiedy weszła do pozbawionej
sentymentów kuchni Zielonego Wzgórza, gdzie ośmiolatek na kanapie łkał
rzewnymi łzami.
- Co się stało, Tadziu? - zapytała z troską, biorąc go w ramiona.
- Gdzie Maryla i Tola?
- Maryla kładzie Tolę - załkał. - A ja płaczę, bo Tola spadła na głowę
ze schodów w piwnicy i zdrapała sobie całą skórę z nosa, i...
- O, kochany, nie płacz już! Oczywiście, współczujesz jej, ale twój
płacz nic jej nie pomoże. Do wesela się zagoi. Płacz nigdy nikomu nie
pomaga, kochany Tadziu, i...
- Nie płaczę dlatego, że Tola spadła ze schodów - wyjaśnił, przerywając
kazanie Ani ze wzrastającą goryczą. - Płaczę, bo nie było mnie, kiedy
spadała. Wydaje mi się, że tylko mnie omijają takie fajne wydarzenia.
- Och, Tadziu! - Ania zdusiła mało stosowny wybuch śmiechu. - Naprawdę
uważasz, że byłoby śmiesznie patrzeć, jak biedna Tola spada ze schodów i robi sobie krzywdę?
- Aż takiej krzywdy sobie nie zrobiła - zaoponował. - Oczywiście gdyby
się zabiła, byłoby mi naprawdę przykro, Aniu. Ale Keithów nie da się tak
łatwo zabić. Myślę, że są podobni do Blewettów. Herb Blewett spadł w zeszłą środę ze strychu, stoczył się przez zsyp na rzepę prosto do
zagrody, gdzie trzymali strasznie dzikiego i złego konia, i wtoczył się
prosto pod jego kopyta. I przeżył, złamał zaledwie trzy kości. Pani
Linde twierdzi, że istnieją ludzie, których nie da się zatłuc nawet
siekierą. Aniu, czy pani Linde przeprowadza się do nas jutro?
- Tak, Tadziu. I mam nadzieję, że będziesz dla niej zawsze bardzo miły i grzeczny.
- Będę miły i grzeczny. Aniu, czy ona będzie mnie kładła spać wieczorem?
- Możliwe, dlaczego pytasz?
- Ponieważ - odparł z pewnością w głosie - jeżeli będzie mnie kładła, to
nie będę przy niej mówił pacierza tak jak przy tobie, Aniu.
- Dlaczego nie?
- Ponieważ myślę, że nie byłoby miło rozmawiać z Bogiem przy obcych,
Aniu. Tola może mówić pacierz przy pani Linde, jeżeli ma na to ochotę,
ale ja nie będę. Zaczekam, kiedy wyjdzie i wtedy zmówię pacierz. Czy tak
będzie dobrze, Aniu?
- Tak, jeżeli jesteś pewien, że nie zapomnisz o pacierzu.
- O nie, nie zapomnę, mogę się z tobą założyć. Mówienie pacierza to
świetna zabawa! Ale w samotności to nie będzie już tak zabawne jak z tobą. Chciałbym, żebyś została w domu, Aniu. Naprawdę nie rozumiem,
dlaczego chcesz wyjechać i nas zostawić.
- Nie do końca chcę, Tadziu, ale czuję, że powinnam jechać.
- Jeżeli nie chcesz, to nie musisz. Jesteś dorosła. Kiedy ja dorosnę,
nie będę robił ani jednej rzeczy, na którą nie będę miał ochoty.
- Niejeden raz w swoim życiu, Tadziu, odkryjesz, że robisz rzeczy, na
które zupełnie nie masz ochoty.
- Na pewno nie - kategorycznie odparował chłopiec. - Zresztą przekonasz
się sama! Teraz muszę robić rzeczy, których nie chcę, bo w przeciwnym
przypadku ty albo Maryla wysyłacie mnie do łóżka. Ale kiedy dorosnę, nie
będziecie tego mogły robić i nie będzie nikogo innego, kto miałby prawo
dawać mi rozkazy. Ależ to będą klawe czasy! Aniu, według mamy Emilka
Boultera jedziesz na studia, żeby spróbować tam złapać męża. Naprawdę,
Aniu? Chciałbym to wiedzieć.
Przez krótką chwilkę Ania zapłonęła urazą. Później jednak roześmiała
się, doszedłszy do wniosku, że prostactwo myśli i słów pani Boulter nie
może wyrządzić jej krzywdy.
- Nie, Tadziu, nie jadę szukać męża. Jadę studiować i uczyć się różnych
rzeczy.
- Jakich rzeczy?
"O butach, statkach i wosku,
O grochu z kapustą i królu"5
- zacytowała Ania.
- Ale gdybyś chciała złapać męża, to jakbyś się za to zabrała? Chciałbym
to wiedzieć - upierał się Tadzio, któremu temat wyraźnie wydał się
fascynujący.
- Powinieneś zapytać panią Boulter - odparła Ania bez zastanowienia. -
Myślę, że ona zna się na temacie lepiej niż ja.
- Dobrze, zrobię to, kiedy znowu ją spotkam - odpowiedział z powagą.
- Tadziu! Nie waż się! - krzyknęła Ania, zdając sobie nagle sprawę ze
swojego błędu.
- Ale właśnie kazałaś mi tak zrobić - zaprotestował niezadowolony.
- Czas najwyższy do łóżka - orzekła Ania, nie widząc innego wyjścia z tarapatów.
Kiedy chłopiec wylądował w łóżku, Ania powędrowała na spacer i usiadła
sama, otoczona wysublimowanym mrokiem rozświetlonym światłem księżyca, a woda wokół niej śmiała się duetem złożonym ze strumienia i wiatru.
Zawsze kochała ten bieg wody. W ciągu minionych dni wiele jej marzeń
snuło się nad tą błyszczącą tonią. Zapomniała o młodości usychającej z miłości i ostrych słowach złośliwych sąsiadów oraz o wszystkich
problemach dziewczęcego życia. W wyobraźni pożeglowała baśniowymi
morzami, które obmywały odległe, błyszczące brzegi "magicznych i opustoszałych krain"6, gdzie znajdowały się zagubione Atlantyda i Pola Elizejskie, a Gwiazda Północna była jej sternikiem, prosto do
"Ziemi Największego Pragnienia"7. I w tych marzeniach była
bogatsza niż w rzeczywistości, ponieważ rzeczy widzialne przemijają, a niewidzialne trwają na wieki.
Biblia Tysiąclecia, Jr 8, 20 (przyp. tłum.). [wróć]
Sentencja łacińska - sic transit gloria mundi (przyp. tłum.). [wróć]
Postać z powieści Karola Dickensa David Copperfield (przyp. tłum.). [wróć]
Zamek zamieszkiwany przez legendarnego króla Artura (przyp. tłum.). [wróć]
Lewis Carrol, Alicja w Krainie Czarów (przyp. tłum.). [wróć]
John Keats, Oda do słowika (przyp. tłum.). [wróć]
Sztuka Williama Butlera Yeatsa (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział II. Babie lato
Rozdział II
Babie lato
Następny tydzień przeminął szybko zatłoczony niezliczoną ilością
"ostatnich rzeczy", jak nazywała je Ania. Należało złożyć i przyjąć
pożegnalne wizyty, część z nich była przyjemna, a część zupełnie nie.
Zależało to od tego, czy odwiedzający i odwiedzani sympatyzowali w pełni
z nadziejami Ani, czy też uważali, że jest zbyt nadęta z powodu wyjazdu
na uniwersytet i że należy "utrzeć jej nosa".
Pewnego wieczoru Stowarzyszenie wydało pożegnalne przyjęcie na cześć Ani
i Gilberta w domu Józi Pye, wybierając to miejsce częściowo dlatego, że
dom pana Pye był duży i wygodny, a częściowo, ponieważ istniało poważne
przypuszczenie, że panny Pye nie chciałyby mieć nic wspólnego z tą
sprawą, gdyby nie przyjęto propozycji urządzenia przyjęcia u nich.
Wieczór był bardzo przyjemny, ponieważ Pye'ówny były nad wyraz łaskawe i ani nic nie mówiły, ani nie robiły, żeby popsuć harmonię tej okazji, co
nie było zgodne z charakterkiem żadnej z nich. Józia była do tego
stopnia przyjazna, że protekcjonalnie odezwała się do Ani:
- Wyglądasz całkiem dobrze w tej nowej sukience, Aniu. Naprawdę,
wyglądasz w niej prawie ładnie.
- O, jak miło, że to mówisz - odpowiedziała Ania ze śmiejącymi się
oczami. Jej poczucie humoru rozwijało się, a słowa, które zraniłyby ją
bardzo, kiedy miała czternaście lat, teraz zwyczajnie ją bawiły. Józia
podejrzewała, że tymi szelmowskimi oczami Ania zwyczajnie się z niej
śmieje, ale zadowoliła się, szepcząc do Gerci, kiedy schodziły po
schodach, że teraz, kiedy Ania Shirley idzie na uniwersytet, zacznie
jeszcze bardziej zadzierać nosa, to pewne!
Cała "stara załoga" była obecna, pełna wesołości, zapału i młodzieńczej
beztroski. Diana Barry, zaróżowiona i pulchniutka, za którą podążał jak
wierny cień Fred; Janka Andrews, porządna, rozsądna i zwyczajna; Ruby
Gillis, piękniejsza niż kiedykolwiek w kremowej jedwabnej bluzeczce i z czerwonym kwiatem w złotych włosach; Gilbert Blythe i Karolek Sloane,
obydwaj starający się trzymać tak blisko ulotnej Ani, jak to tylko
możliwe; Carrie Sloane, blada i melancholijna, ponieważ - jak mówiono -
jej ojciec nie pozwalał Oliverowi Kimball nawet zbliżyć się do niej;
Moody Spurgeon MacPherson, którego twarz i uszy były imponująco okrągłe,
i Billy Andrews, który przez cały wieczór siedział w kącie i chichotał,
kiedy ktokolwiek się do niego odezwał, i obserwował Anię Shirley z wyrazem prawdziwej przyjemności na okrągłym, pokrytym piegami obliczu.
Ania wiedziała wcześniej o przyjęciu, ale nie miała pojęcia, że ona i Gilbert zostaną uhonorowani jako założyciele Stowarzyszenia pełnymi
komplementów przemowami oraz wyrazami szacunku - w jej przypadku
dodatkowym wyrazem uznania był tom sztuk Szekspira, zaś w przypadku
Gilberta pióro wieczne. Była zdziwiona i zadowolona, słysząc wszystkie
miłe słowa pod swym adresem. Moody Spurgeon przeczytał list pożegnalny
najpoważniejszym i najbardziej pastorskim tonem, aż łzy zatopiły blask
jej dużych szarych oczu. Włożyła z dużą ufnością tyle trudu na rzecz
Stowarzyszenia i fakt, że członkowie szczerze doceniali te wysiłki,
podziałał jak balsam na jej duszę. I wszyscy byli tacy mili, przyjaźni i radośni, nawet panny Pye, w tej chwili Ania kochała cały świat. Bawiła
się tego wieczoru wspaniale, ale jego koniec popsuł całe to dobre
wrażenie. Gilbert ponownie popełnił błąd i kiedy jedli kolację na
oświetlonej księżycem werandzie, powiedział do niej coś sentymentalnego
i Ania, żeby go ukarać, zaczęła okazywać nienaturalną życzliwość
Karolkowi Sloane'owi, a nawet pozwoliła mu odprowadzić się do domu.
Odkryła jednak, że zemsta nie boli nikogo tak bardzo jak mszczącego się.
Gilbert spacerował swobodnie z Ruby Gillis i Ania słyszała ich śmiech i wesołą rozmowę, gdy wałęsali się w spokojnym, rześkim jesiennym
powietrzu. Było wyraźnie widać, że bawią się doskonale, podczas gdy ona
cierpiała straszliwie zanudzana przez Karolka Sloane'a, który choć bez
przerwy mówił, ale nigdy, nawet przez przypadek, nie powiedział choćby
jednej rzeczy wartej wysłuchania. Ania co jakiś czas wtrącała nieobecne
"tak" lub "nie" i myślała o tym, jak pięknie Ruby wygląda tego wieczoru
i jak bardzo Karolek ma wyłupiaste oczy - w świetle księżyca jeszcze
bardziej niż w świetle dnia - i że świat nie jest jednak tak miłym
miejscem, jak wydawało jej się wcześniej.
- Jestem po prostu zmęczona, ot co mi dolega - powiedziała, kiedy z ulgą
znalazła się w swoim pokoju i rzeczywiście uczciwie wierzyła, że to
jedyny powód. Jednak następnego wieczoru poryw radości, który jakby
wyskoczył na tajemniczej, nieznanej sprężynie, pojawił się w jej sercu,
kiedy zobaczyła Gilberta idącego przez Las Strachów i przez stary
zwodzony mostek swoim pewnym, szybkim krokiem. Więc Gilbert nie miał
zamiaru spędzić ostatniego wieczoru z Ruby Gillis!
- Wyglądasz na zmęczoną, Aniu - zauważył.
- Jestem zmęczona i - co gorsza - jestem również zdegustowana. Jestem
zmęczona, ponieważ cały dzień pakowałam swój kufer i szyłam, a zdegustowana, ponieważ było tu dzisiaj sześć kobiet, żeby mnie pożegnać,
a każda z nich zdołała powiedzieć coś, co pozbawiło życie koloru i zostawiło je szare, ponure i bezradne jak listopadowy poranek.
- Złośliwe stare jędze! - skomentował Gilbert wytwornie.
- O nie, nie, one nie są takie - powiedziała Ania poważnie - i w tym
właśnie cały kłopot. Gdyby były złośliwymi jędzami, nie miałabym nic
przeciwko temu. Ale one wszystkie są miłe, uprzejme, pełne matczynej
troski, lubią mnie i ja je lubię, i właśnie dlatego to, co powiedziały
lub też sugerowały, tak bardzo mnie dotknęło. Dały mi odczuć, że uważają
mnie za szaloną, ponieważ chcę jechać do Redmond i studiować. Dlatego
zastanawiam się teraz, czy nie mają racji. Pani Piotrowa Sloane
westchnęła i wyraziła nadzieję, że wystarczy mi sił, żeby przetrwać to
wszystko. Natychmiast więc zobaczyłam siebie jako bezradną ofiarę
skrajnego wyczerpania nerwowego pod koniec trzeciego roku studiów.
Następnie pani Ebenowa Wright uzupełniła, że spędzenie czterech lat w Redmond musi kosztować strasznie dużo pieniędzy, a ja od razu
pomyślałam, że to niewybaczalne z mojej strony, żeby trwonić pieniądze
Maryli na takie głupstwa. Pani Jasperowa Bell zaś wyraziła nadzieję, iż
uniwersytet nie zepsuje mnie, jak miało to miejsce w przypadku wielu
innych ludzi, i nagle poczułam, że po spędzeniu czterech lat w Redmond
stanę się nieznośnym stworzeniem, myślącym, że wie już wszystko, i spoglądającym z pogardą na wszystkich i wszystko w Avonlea. Pani Elisha
Wright zaś stwierdziła, że o ile wie, dziewczyny w Redmond - szczególnie
te, które pochodzą z Kingsport - są zadufanymi w sobie modnisiami, i przypuszcza, że nie będę czuła się dobrze w ich towarzystwie. Wtedy
zobaczyłam siebie - zlekceważona, zaniedbana, upokorzona dziewczyna ze
wsi przechadzająca się w niezgrabnych buciorach wśród klasycznych sal
wykładowych Redmond.
Ania zakończyła swe żale ze śmiechem pomieszanym z westchnieniem. Jej
wrażliwa dusza odczuwała boleśnie każdy brak akceptacji, nawet tych,
których opiniami niespecjalnie się przejmowała. W tej chwili jej życie
pozbawione było smaku, a ambicja zniknęła jak zdmuchnięte światło
świecy.
- Ale chyba nie dbasz o to, co powiedziały - zaprotestował Gilbert - bo
wiesz dokładnie, jak ograniczone są ich horyzonty, mimo że są
wspaniałymi niewiastami. Zrobić cokolwiek, o czym one nigdy nawet nie
pomyślały, to powód do prawdziwej klątwy. Jesteś pierwszą dziewczyną z Avonlea, która idzie na uniwersytet, a wiesz, że wszyscy pionierzy
uważani są za dotkniętych szaleństwem.
- O, wiem. Ale czuć to co innego niż wiedzieć. Zdrowy rozsądek
podpowiada mi wszystko to, co mówisz, ale są chwile, kiedy rozsądek nie
ma żadnej władzy nade mną, zwykły nonsens zawładnął moją duszą,
naprawdę. Po odejściu pani Elishy z trudem zabrałam się do dalszego
pakowania.
- Jesteś po prostu zmęczona, Aniu. Chodź, zapomnij o tym wszystkim i przejdź się ze mną. Pójdźmy przez las, wzdłuż moczarów. Powinno być tam
coś, co chciałbym ci pokazać.
- Powinno być? To znaczy, że nie wiesz, czy jest?
- Nie. Wiem tylko, że powinno być, na podstawie czegoś, co widziałem
wiosną. Chodź, będziemy udawać, że znowu jesteśmy dwójką dzieci i że
idziemy drogą przy wtórze wiatru.
Wesoło rozpoczęli wędrówkę. Ania, pamiętając o nieprzyjemnościach
poprzedniego wieczoru, była bardzo miła dla Gilberta, a Gilbert, który
szybko wyciągał wnioski z własnych błędów, bardzo dbał, by się Ani nie
narazić i nie próbował być nikim więcej jak tylko kolegą ze szkolnej
ławy. Pani Linde i Maryla obserwowały ich z kuchennego okna.
- Któregoś dnia będzie z nich świetna para - powiedziała pani Linde z aprobatą.
Maryla lekko się wzdrygnęła. W głębi serca miała nadzieję, że tak się
stanie, ale nie chciała słyszeć plotkarskiego tonu pani Linde.
- Ależ to tylko dzieci - ucięła.
Pani Linde roześmiała się z dobrocią.
- Ania ma osiemnaście lat. Ja wyszłam za mąż, kiedy byłam w jej wieku.
Nam, starszym, Marylo, zbyt często wydaje się, że dzieci nigdy nie
dorastają, ot co! Ania jest młodą kobietą, a Gilbert mężczyzną i wielbi
ziemię, po której ona stąpa, każdy to widzi. Jest doskonałym chłopcem i Ania nie mogłaby trafić lepiej. Mam nadzieję, że nie wplącze się w jakiś
romantyczny nonsens w Redmond. Nie pochwalam tych koedukacyjnych uczelni
i nigdy nie będę, ot co! Poza tym nie wierzę - zakończyła pani Linde
stanowczo - żeby studenci takich uniwersytetów zajmowali się czymś innym
poza flirtami.
- Ależ troszkę muszą studiować - powiedziała Maryla z uśmiechem.
- Bardzo niewiele - mrugnęła pani Rachela - jednak myślę, że Ania będzie
się uczyć. Nigdy nie była skora do flirtów, ale nie docenia Gilberta
tak, jak na to zasługuje, ot co. Och, znam dziewczyny. Karolek Sloane
również za nią szaleje, ale nigdy nie poradziłabym Ani, żeby poślubiła
Sloane'a. Sloane'owie są dobrzy, uczciwi, szanowani, oczywiście. Ale to
tylko Sloane'owie.
Maryla przytaknęła. Twierdzenie, że Sloane'owie są jedynie Sloane'ami,
nie wyjaśniało zbyt wiele, ale ona zrozumiała. Każda wioska miała taką
rodzinę: dobrą, uczciwą, szanowaną, ale byli tylko Sloane'ami i zawsze
nimi pozostaną, nawet gdyby mówili językiem nie ludzi, a aniołów.
Gilbert i Ania, szczęśliwie nieświadomi, że ich przyszłość została
właśnie zaklepana przez panią Małgorzatę, przechadzali się wśród cieni
Lasu Strachów. Pola uprawne poniżej wygrzewały się w bursztynowym
świetle zachodu pod bladym niebem z różu i błękitu. W oddali zagajniki
świerkowe błyszczały brązem, a ich długie cienie padały na położone
wyżej łąki. Jednak wokół nich, w jodłach, wietrzyk śpiewał pieśń
jesieni.
- Teraz las jest naprawdę pełen strachów! Prześladują go stare
wspomnienia - powiedziała Ania, zatrzymując się, żeby podnieść gałązkę
paproci wybieloną mrozem. - Wydaje mi się, że te małe dziewczynki,
którymi byłyśmy z Dianą, nadal się tutaj bawią i siedzą w zmierzchu przy
Źródełku Leśnej Boginki, spotykając się z duchami. Czy wiesz, że nie
zdarzyło mi się jeszcze przejść tą ścieżką po zachodzie bez odrobiny
starego strachu i dreszczy? Był jeden szczególnie przerażający duch,
którego stworzyłyśmy: duch zamordowanego dziecka, który podczołgiwał się
i stojąc za człowiekiem, dotykał go zimnymi palcami. Przyznaję, że do
dziś nie mogę powstrzymać się od wrażenia, że słyszę za sobą jego
drobne, ukradkowe kroki, kiedy przychodzę tutaj po zachodzie słońca. Nie
boję się białej damy ani człowieka bez głowy, ani szkieletów, ale
żałuję, że kiedykolwiek stworzyłam tego ducha dziecka. A jak złe za tę
aferę były Maryla i pani Barry! - zakończyła, śmiejąc się na wspomnienie
tamtych wydarzeń.
Lasy wokół moczarów pełne były purpurowej poświaty przetykanej babim
latem. Za ponurą plantacją sękatych świerków i otoczoną klonami, ciepłą
od słońca doliną znaleźli to, czego szukał Gilbert.
- Ach, jest tutaj - powiedział z satysfakcją.
- Jabłonka - i to schowana w takim miejscu! - wykrzyknęła zachwycona
Ania.
- Tak, prawdziwa jabłonka rodząca jabłka. Tutaj, w samym środku sosen i brzóz, całe mile od jakiegokolwiek sadu. Byłem tu pewnego dnia zeszłej
wiosny. Znalazłem ją obsypaną białymi kwiatami i przyrzekłem sobie, że
przyjdę znowu jesienią i zobaczę, czy ma jabłka. Widzisz? Jest cała
pokryta owocami. Wyglądają bardzo apetycznie - płowe jak szara reneta,
ale z ciemnym rumieńcem. Zazwyczaj dzikie owoce są zielone i mało
zachęcające.
- Przypuszczam, że wyrosła lata temu z jakiegoś przypadkowo wyrzuconego
nasionka - powiedziała Ania rozmarzonym głosem - i popatrz, w jaki
sposób urosła, zakwitła i utrzymała się całkiem sama wśród obcych.
Dzielne stworzenie!
- Tutaj jest przewrócone drzewo z poduszką z mchu, proszę, usiądź na
nim, Aniu, będzie ci służyć jako leśny tron. Ja wdrapię się po jabłka,
wszystkie rosną wysoko, gdyż drzewo musiało wyciągać ramiona do słońca.
Jabłka okazały się przepyszne. Pod płową skórką znajdował się bialutki
miąższ z czerwonawymi żyłkami i poza właściwym, jabłkowym, miały jeszcze
dziki, cudownie cierpki smak, jakiego nie posiadało żadne jabłko z sadu.
- Zatrute jabłko w raju nie mogło mieć bardziej wysublimowanego smaku -
powiedziała Ania - ale, niestety, nadszedł czas powrotu do domu.
Widzisz? Trzy minuty temu był jeszcze delikatny zmierzch, a teraz już
świeci księżyc. Jaka szkoda, że nie zauważyliśmy momentu transformacji,
ale myślę, że takich chwil nigdy nie można uchwycić.
- Wróćmy do domu drogą wokół bagien i Dróżką Zakochanych. Czy nadal
jesteś taka zniechęcona jak w chwili rozpoczęcia spaceru, Aniu?
- Nie, te jabłka były dla mnie jak manna dla zgłodniałej duszy. Czuję,
że pokocham Redmond i spędzę tam wspaniałe cztery lata.
- A po czterech latach co dalej?
- Och, będzie następny zakręt na drodze - powiedziała lekko Ania - nie
mam zupełnie pojęcia, co może się za nim znajdować, i nie chcę wiedzieć.
Myślę, że lepiej jest nie wiedzieć.
Dróżka Zakochanych była pięknym miejscem tej nocy, spokojnym i tajemniczym w bladej poświacie księżyca. Szli nią wolno w przyjemnej,
pełnej przyjaźni ciszy, żadne nie odważyło się odezwać. "Gdyby Gilbert
był zawsze taki, jak tego wieczoru, jak miłe i proste byłoby wszystko",
pomyślała Ania. Gilbert patrzył na nią, kiedy szła obok w swojej letniej
sukience, szczupła i delikatna. Przywoływała mu na myśl biały irys.
"Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę dla niej coś znaczył", pomyślał
niepewnie.
Rozdział III. Powitania i pożegnania
Rozdział III
Powitania i pożegnania
Karolek Sloane, Gilbert Blythe i Ania Shirley opuścili Avonlea
następnego dnia - w poniedziałek rano. Ania łudziła się, że będzie to
ładny dzień. Diana miała ją zawieźć na stację i nie mogły się tego
doczekać. Oczekiwały ostatniej wspólnej jazdy jako prawdziwej
przyjemności, ale kiedy Ania kładła się w niedzielę wieczorem, wschodni
wiatr jęczał wokół Zielonego Wzgórza złowieszczą przepowiednię, która
spełniła się rankiem. Obudziły ją krople deszczu bębniące o okno i zaciemniające jeszcze powierzchnię stawu poszerzającymi się
pierścieniami mroku. Wzgórza i morze były schowane we mgle, a cały świat
wydawał się ciemny i ponury. Ania ubrała się o mdłym, szarym świcie.
Musiały wyjechać wcześniej, aby zdążyć na pociąg, który miał zawieźć
przyszłych studentów na statek. Walczyła ze łzami, które wbrew woli
wzbierały w jej oczach. Opuszczała dom, tak dla niej drogi, a coś jej
mówiło, że opuszcza go na zawsze, może z wyjątkiem wakacyjnego
odpoczynku. Nic nigdy nie będzie już takie samo, przyjazd na wakacje nie
będzie tym samym co mieszkanie tutaj. Och, jak drogi i ukochany był tu
każdy przedmiot! Ta mała, biała facjatka z marzeniami z dzieciństwa,
stara Królowa Śniegu przy oknie, strumień w oddali, Źródełko Leśnej
Boginki, Las Strachów i Dróżka Zakochanych! Tysiąc i jeden ukochanych
miejsc, gdzie gromadziły się wspomnienia z dawnych lat. Czy gdzieś
indziej będzie kiedykolwiek naprawdę szczęśliwa?
Śniadanie tego ranka na Zielonym Wzgórzu było posiłkiem smętnym. Tadzio
- prawdopodobnie pierwszy raz w swoim życiu - nie mógł jeść i bezwstydnie łkał nad owsianką. Wydawało się zresztą, że nikt nie ma
apetytu, z wyjątkiem Toli, która wcinała swoją porcję ze spokojem. Tola
- jak nieśmiertelna i rozsądna Charlotta1, która "kroiła
chleb i smarowała go masłem", kiedy ciało jej ukochanego niesiono na
noszach - była jednym z tych szczęśliwych stworzeń, których spokój
rzadko cokolwiek zakłócało. Chociaż miała tylko osiem lat, potrzeba było
wiele, by wytrącić ją z równowagi. Oczywiście było jej przykro, że Ania
wyjeżdża, ale to nie powód, dla którego miałaby nie docenić jajka
sadzonego na grzance, a widząc, że Tadzio nie daje rady zjeść swojego,
zjadła również jego porcję.
Dokładnie o czasie pojawiła się z koniem i powozem Diana z zaróżowioną
twarzą częściowo ukrytą pod płaszczem przeciwdeszczowym. Nadszedł czas
pożegnań. Pani Linde wyszła ze swego pokoju, aby uściskać Anię
serdecznie i ostrzec, by dbała o zdrowie, cokolwiek będzie robiła.
Maryla, szorstka, z suchymi oczami, cmoknęła Anię w policzek i wyraziła
nadzieję, że napisze do nich, jak tylko się urządzi. Przypadkowy
obserwator mógłby pomyśleć, że wyjazd Ani znaczył dla niej niewiele,
gdyby nie przyjrzał się dobrze jej oczom. Tola pocałowała sztywno Anię i wycisnęła dwie zwyczajowe małe łzy, ale Tadzio, który płakał rzewnie na
schodku ganku kuchennego od chwili, gdy wstali od stołu, odmówił
pożegnania się. Kiedy zobaczył, że Ania idzie w jego kierunku, skoczył
na równe nogi, wbiegł na schody kuchenne i schował się w szafie na
ubrania, z której nie chciał wyjść. Jego stłumione łkanie było ostatnim
dźwiękiem, który słyszała Ania, kiedy opuszczała Zielone Wzgórze.
Przez całą drogę do Bystrej Rzeki, dokąd musiały dojechać, ponieważ
boczna linia kolejowa z Carmody nie miała połączenia z pociągiem,
dowożącym pasażerów na statek, padał rzęsisty deszcz. Karolek i Gilbert
byli już na peronie kolejowym, gdy dotarły na miejsce, a dyżurny ruchu
już gwizdał. Ania miała dosyć czasu, żeby wyjąć bilet, zdać bagaż i pośpiesznie pożegnać się z Dianą. Bardzo żałowała, że nie może wracać
teraz z nią do Avonlea. Czuła, że umrze z tęsknoty za domem. I, och,
gdyby tylko ten ponury deszcz przestał padać, jak gdyby cały świat
płakał nad latem, które zniknęło, i nad radością, która odpłynęła! Nawet
obecność Gilberta specjalnie jej nie pocieszała, ponieważ był tam
również Karolek Sloane, a jego "sloanowatość" można było tolerować
jedynie w czasie ładnej pogody, zaś była zupełnie nie do zniesienia w deszczu.
Kiedy statek odpływał z nadbrzeża Charlottetown, obraz zmienił się na
lepsze. Deszcz ustał, a słońce rozbłyskiwało złotem między przerwami w chmurach, rozświetlając blaskiem o odcieniu miedzi morze szarości i mgłę, która otaczała czerwone brzegi Wyspy, błyskami złota
przepowiadającymi - mimo wszystko - ładny dzień. Karolek Sloane wkrótce
dostał takiego ataku choroby morskiej, że musiał zejść pod pokład, na
którym Ania i Gilbert zostali sami.
- Bardzo cieszę się, że wszyscy Sloane'owie cierpią na chorobę morską,
kiedy tylko znajdą się na wodzie - pomyślała Ania bez cienia litości -
jestem pewna, że nie mogłabym patrzeć po raz ostatni na Wyspę z Karolkiem stojącym obok i udającym, że on również spogląda
sentymentalnie na oddalający się skrawek ziemi.
- No cóż, odpływamy - zauważył Gilbert bez cienia uczucia.
- Tak, czuję się jak Childe Harold Byrona - mimo że to, na co patrzę,
nie jest moim ojczystym brzegiem - powiedziała Ania, mrugając z całej
siły szarymi oczami - jest nim Nowa Szkocja. Ale brzeg ojczysty to
ziemia, którą kocha się najbardziej, a dla mnie jest to właśnie stara
Wyspa Księcia Edwarda. Nie mogę uwierzyć w to, że nie zawsze tutaj
mieszkałam. Te jedenaście lat, które upłynęło, zanim przybyłam tutaj,
wydaje się po prostu złym snem. Minęło siedem lat, od kiedy przypłynęłam
statkiem tego wieczoru, gdy pani Spencer przywiozła mnie z Hopetown.
Widzę siebie w tej okropnej, tweedowej sukience i wypłowiałym kapelusiku
marynarskim, jak biegam po pokładach i sprawdzam wszystkie kabiny z zachwytem i ciekawością. To był bardzo przyjemny wieczór, a jak te
czerwone brzegi Wyspy lśniły w zachodzącym słońcu! Teraz znowu
przepływam cieśninę, och, Gilbercie, miałam nadzieję, że polubię Redmond
i Kingsport, ale teraz jestem pewna, że tak się nie stanie.
- A gdzie twoja filozofia, Aniu?
- Została zatopiona przez wielką, pogrążającą falę samotności i tęsknoty
za domem. Przez trzy lata marzyłam, żeby pojechać do Redmond, a teraz,
kiedy jadę, bardzo żałuję, że to się dzieje, ale to nieważne! Będę znowu
radosna i odzyskam filozofię, jak się dobrze wypłaczę. Muszę się dobrze
wypłakać - to zawór bezpieczeństwa - ale muszę poczekać, aż padnę na
łóżko wieczorem w internacie, jakkolwiek może on wyglądać, a potem znów
będę zwykłą Anią. Zastanawiam się, czy Tadzio wyszedł już z szafy.
Kiedy pociąg dotarł do Kingsport, była już dziewiąta wieczorem. Znaleźli
się w niebieskobiałym oślepiającym świetle zatłoczonej stacji kolejowej.
Ania poczuła się oszołomiona, ale chwilę później pochwyciła ją Priscilla
Grant, która przyjechała do Kingsport już w sobotę.
- Ach, tu jesteś, kochana! Przypuszczam, że odczuwasz podobne zmęczenie
jak ja, kiedy przyjechałam w sobotę wieczorem.
- Zmęczenie? Priscillo, nic nie mów! Jestem zmęczona, zielona i prowincjonalna, i mam tylko dziesięć lat! Proszę, zmiłuj się i zabierz
swoją biedną, załamaną koleżankę gdzieś, gdzie zdoła usłyszeć swoje
myśli.
- Zabiorę cię prosto do naszego internatu. Taksówka czeka na nas przed
dworcem.
- Och, jakie to szczęście, że jesteś tutaj, Prissy. Gdyby cię nie było,
myślę, że po prostu siadłabym na walizce i zapłakała gorzkimi łzami.
Jakie to pocieszenie zobaczyć jedną znajomą twarz w tym rozwrzeszczanym
tłumie.
- O, czy to Gilbert Blythe stoi tam, Aniu? Ależ on urósł w ciągu tego
roku! Był uczniem, kiedy uczyłam w Carmody. A to oczywiście jest Karolek
Sloane. Nic nie zmienił się, nie mógłby. Wygląda tak, jak wyglądał,
kiedy się urodził, i będzie tak samo wyglądał w wieku osiemdziesięciu
lat. Tędy, kochanie. Będziemy w domu za dwadzieścia minut.
- W domu! - zajęczała Ania. - Masz na myśli to, że będziemy w jakimś
okropnym internacie i jeszcze okropniejszej sypialni, której okna
wychodzą na obskurne podwórko?
- Nie jest to okropny internat, Aniu. O, to nasza taksówka, wskakuj,
kierowca zajmie się twoim kufrem. A internat to naprawdę miłe miejsce -
jak na internat - co przyznasz jutro rano, kiedy się dobrze wyśpisz, a sen zamieni twój smutek w różowość świtu. To duży staroświecki dom z szarego kamienia na ulicy St John w odległości krótkiego spaceru od
Redmond. Kiedyś była to modna dzielnica bogatych ludzi, ale od kiedy
moda opuściła ulicę St John, jej domy marzą jedynie o starych, dobrych
czasach. Są tak duże, że mieszkający w nich ludzie muszą wynajmować
pokoje, by je zapełnić. Jest to w każdym razie rzekomy powód, którym
raczą nas właścicielki. A są świetne, Aniu, mam na myśli te nasze
właścicielki.
- A ile ich jest?
- Dwie. Panna Hanna Harley i panna Ada Harley. Są bliźniaczkami, mają
około pięćdziesięciu lat.
- Nie mogę uwolnić się od bliźniaków, jak mi się wydaje. - Uśmiechnęła
się Ania. - Gdziekolwiek idę, życie co rusz podstawia mi kolejne pary.
- Och, teraz już nie są bliźniaczkami. Od kiedy skończyły trzydzieści
lat, przestały być bliźniaczkami. Panna Hanna postarzała się
niegustownie, a Ada jeszcze mniej elegancko zachowała nadal trzydzieści
lat. Nie wiem, czy Hanna potrafi się uśmiechać. Jak dotąd nie
przyłapałam jej na tym, za to Ada śmieje się cały czas i to jest chyba
jeszcze gorsze. Jednak są miłe, uprzejme i przyjmują co roku dwóch
lokatorów jedynie z tej przyczyny, że oszczędna dusza panny Hanny nie
może znieść marnowania przestrzeni, gdyż absolutnie nie są do tego
zmuszone - jak panna Ada zapewniła mnie już siedem razy od sobotniej
nocy. Jeśli chodzi o nasze pokoje, przyznaję, że są to sypialnie
internatu, a okno mojej rzeczywiście wychodzi na podwórko. Twój pokój
jest od frontu, z oknem na stary cmentarz St John, który jest po drugiej
stronie ulicy.
- To brzmi przerażająco - wstrząsnęła się Ania. - Myślę, że wolałabym
mieć widok na podwórko.
- Och nie, nie wolałabyś. Poczekaj, aż zobaczysz. Stary cmentarz St John
to urocze miejsce. Był cmentarzem tak długo, że już nim nie jest i zamienił się w jedną z atrakcji Kingsport. Wczoraj przespacerowałam się
po nim dla samej przyjemności chodzenia. Znajduje się tam duża kamienna
ściana z rzędem olbrzymich drzew wokół, alejami przebiegającymi przez
jego środek i starymi płytami nagrobnymi z najdziwniejszymi i najbardziej urokliwymi napisami. Będziesz chodzić tam, żeby je
studiować, Aniu. Zapewniam cię, że będziesz! Oczywiście nie chowają tam
już nikogo, ale parę lat temu ktoś ufundował piękny pomnik, żeby
upamiętnić żołnierzy Nowej Szkocji, którzy polegli w wojnie krymskiej.
Znajduje się dokładnie naprzeciw bramy wejściowej i daje dużo pola do
popisu dla wyobraźni - jak zwykłaś kiedyś mówić. O, oto wreszcie twój
kuferek, a i chłopcy idą się pożegnać. Czy naprawdę muszę uścisnąć rękę
Karolkowi Sloane'owi? Aniu, jego ręce są zawsze jak zdechła ryba. Musimy
czasami zaprosić ich do nas. Pani Hanna powiedziała mi poważnie, że
możemy przyjmować odwiedziny młodych mężczyzn dwa razy w tygodniu, pod
warunkiem, że wyjdą o rozsądnej godzinie, a pani Ada poprosiła,
oczywiście z uśmiechem, aby nie siadali na jej pięknych poduszkach.
Oczywiście obiecałam, że będę o to dbać, ale Bóg jeden wie, gdzie
mogliby usiąść, chyba na podłodze, bo przecież jej poduszki są wszędzie!
Pani Ada umieściła nawet jedną koronkową na pianinie.
Ania śmiała się na cały głos. Wesoła szczebiotanina Priscilli odniosła
zamierzony efekt. Ania znalazła w niej pocieszenie. Tęsknota za domem na
razie zniknęła i nie wróciła, nawet kiedy wreszcie znalazła się sama w swojej małej sypialni. Podeszła do okna i wyjrzała. Ulica była
przyciemniona i spokojna. W oddali księżyc świecił nad drzewami na
starym cmentarzu St John, dokładnie za wielką, ciemną głową lwa na
pomniku. Ania zastanawiała się, czy to ledwie tego ranka opuściła
Zielone Wzgórze. Miała wrażenie, że upłynęło mnóstwo czasu, co
spowodowane było zmianą miejsca i podróżą.
- Ten sam księżyc świeci teraz nad Zielonym Wzgórzem - zamyśliła się. -
Ale nie będę myśleć o tym, bo to jest właśnie tęsknota za domem. Dzisiaj
nie będę płakać, odłożę to na odpowiedniejszą porę. Teraz po prostu
spokojnie i rozsądnie pójdę do łóżka i zasnę.
Bohaterka Cierpień młodego Wertera Goethego (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział IV. "Kwietniowa panienka"
rozdział IV
"Kwietniowa panienka"1
Kingsport jest starym, urokliwym miastem pochodzącym z początku czasów
kolonialnych i otulonym starodawną atmosferą jak stara dama strojem
stylizowanym na ten z czasów jej młodości. Wprawdzie tu i ówdzie pojawia
się jakiś znak nowoczesności, jednak w gruncie rzeczy pozostaje niewiele
zmienione. Pełne jest ciekawych reliktów i otoczone romantyzmem legend.
Kiedyś była to po prostu stanica graniczna na dzikich rubieżach i w tamtych czasach jedynie Indianie urozmaicali monotonne życie osadników.
Później rozrosło się i stało się kością niezgody między Brytyjczykami i Francuzami, okupowane najpierw przez jednych, później przez drugich, a z każdej okupacji wychodziło z nową blizną zostawioną przez walczące
nacje.
W mieście jest park, a w nim wieża Martello, na której swoje autografy
składają turyści, częściowo wyburzony stary francuski fort na wzgórzach
nad miastem i wiele antycznych dział na publicznych skwerach. Są również
inne historyczne miejsca, które mogą być eksplorowane przez ciekawskich,
ale żadne z nich nie jest bardziej urokliwe niż stary cmentarz St John w samym środku miasta, w pobliżu stojących po obu stronach ulicy
spokojnych, zabytkowych domów i ruchliwych, tętniących życiem
nowoczesnych dróg z drugiej strony. Każdy mieszkaniec Kingsport czuje na
starym cmentarzu St John dreszcz dumy posiadacza, ponieważ jeżeli mamy
do czynienia z kimś ambitnym, to na pewno jest tam pochowany któryś z jego przodków, a starodawna, przekrzywiona tablica znajduje się nad jego
głową lub rozciąga się ochronnie nad grobem; na niej zapisane zostały
wszystkie główne fakty jego losu. W większości te stare groby nie są
specjalnie zdobione. W przeważającej liczbie zbudowano je z brązowego
lub szarego miejscowego kamienia z grubsza ociosanego, tylko w kilku
przypadkach podjęto próby ozdabiania go. Niektóre przystrojone są
czaszką i skrzyżowanymi kośćmi, a ta makabryczna dekoracja bywa
połączona z głową cherubina. Wiele zrujnowanych leży na ziemi. W większość ząb czasu wgryzł się tak bardzo, że część napisów została
całkowicie zatarta, a inne dają się odszyfrować z wielką trudnością.
Cmentarz jest udekorowany jakby pergolami, ponieważ przecinają go rzędy
wiązów i wierzb, a w ich cieniu śpiący, których spokój niezakłócony jest
hałasem ruchu ulicznego, zapewne leżą bez marzeń, na zawsze ukojeni
świstem wiatru i szmerem zwieszających się nad nimi liści.
Następnego popołudnia Ania udała się na pierwszą wycieczkę na stary
cmentarz St John. Przed południem poszła z Priscillą do Redmond, gdzie
zarejestrowały się jako studentki, po czym tego dnia nie miały nic
więcej do roboty. Dziewczyny chętnie uciekły, ponieważ nie było wcale
miło w tłumie nieznajomych, z których większość miała raczej obcy i zagubiony wygląd, jakby nie byli pewni, gdzie jest ich miejsce.
April's Lady - powieść Georgette Heyer (przyp. tłum.). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki