Ani żadnej wyspy. Rozmowy o Rosji i Ukrainie - Piotr Brysacz, Jędrzej Morawiecki

Kup ebooka

37.99 zł

-
Proszę czekać

Piotr Bry­sacz, Jędrzej Mora­wiecki WSTĘP

WSTĘP

Ani żad­nej wyspy. Roz­mowy o Rosji i Ukra­inie to książka zro­dzona z nie­po­koju oraz z cie­ka­wo­ści. Roz­ma­wiamy z repor­te­rami, pisa­rzami, dzien­ni­ka­rzami, spe­cja­li­stami, bowiem szu­kamy odpo­wie­dzi na pyta­nia o to, co dzieje się ze Wscho­dem - o przy­czynę, pod­gle­bie wojny i napięć mię­dzy Rosją i Ukra­iną. O pro­ces, któ­rego począt­kiem były wyda­rze­nia z 2013 roku na kijow­skim Maj­da­nie, a także o rok 2014 - o anek­sję Krymu i trwa­jącą do dziś wojnę na wscho­dzie Ukra­iny. Mamy poczu­cie, że na naszych oczach dzieje się coś waż­nego, że lata 2013-2014 to data istotna w myśle­niu o tej czę­ści świata, że Europa prze­spała ważne pro­cesy, jakie zacho­dziły na Wscho­dzie, pytamy o nie i szu­kamy odpo­wie­dzi... Każdy patrzył na Maj­dan i... co widział, o czym myślał? Czy Maj­dan sta­nowi cezurę oddzie­la­jącą "dawne" patrze­nie na tamtą część świata od "nowego" i na czym to "nowe" mia­łoby pole­gać?

Jakim prze­mia­nom ule­gała Rosja, jakim prze­mia­nom ule­gali Rosja­nie, ich men­tal­ność, by dać legi­ty­ma­cję do dzia­łań na Ukra­inie? Jakie jest pod­gle­bie tego kon­fliktu? Czy wojna we wschod­niej Ukra­inie, to jest jesz­cze roz­pad Związku Radziec­kiego, czy też już budowa nowego rosyj­skiego impe­rium? A jeśli tak, to wokół czego to nowe impe­rium mia­łoby się kon­sty­tu­ować?

Czy wyda­rze­nia na Ukra­inie wpi­sują się w pro­ces zapo­cząt­ko­wany przez wojny w Cze­cze­nii, a utrwa­lony przez kon­flikt w Gru­zji w 2008 roku?

Czy Europa pró­buje pojąć "nie­prze­wi­dy­walną Rosję"? Czy Europa rozu­mie Ukra­inę? Jakim pań­stwem jest Ukra­ina, jakim naro­dem są Ukra­ińcy? Na ile Europa jest świa­doma pro­ce­sów, które w tej czę­ści świata zacho­dzą? Czy możemy wresz­cie mówić o grze­chu zanie­cha­nia wobec Wschodu? Co drze­mie pod powierzch­nią tej czę­ści świata? Bo być może wiemy o tym za mało, żeby zrozu­mieć.

To tylko kilka z wielu pytań, z któ­rych uło­ży­li­śmy tę książkę... Głów­nym celem roz­mów nie było jed­nak nakre­śle­nie obrazu real­nego Wschodu. Miały one raczej zbu­do­wać nar­ra­cję na temat prze­łomu w świa­do­mo­ści. Opo­wie­dzieć o zna­czą­cej (a może nawet rady­kal­nej) korek­cie widze­nia Wschodu przez pol­skich kore­spon­den­tów i repor­ta­ży­stów, jaka nastą­piła w latach 2013-2014. Wędrówkę przez ich światy zamy­kamy trzema wywia­dami aka­de­mic­kimi. Jed­nak rów­nież w tym przy­padku zale­żało nam nie tylko na "twar­dych" danych ilo­ścio­wych, nie na "twar­dej" fak­to­gra­fii, ale raczej na wra­że­niach i intu­icji naszych roz­mówców. Na uchwy­ce­niu emo­cji, jakie towa­rzy­szą w Rosji "mało dobrej zmia­nie". Nie ocze­ki­wa­li­śmy więc dia­gnoz, pro­gnoz, prze­po­wiedni. Cho­dziło o opo­wieść oso­bi­stą. O wła­sne patrze­nie na świat. O reflek­sję nad tym, co się dzieje teraz po pra­wej stro­nie mapy (i co po czę­ści bez wąt­pie­nia dzieje się i w nas). Reflek­sję tych, któ­rzy ze Wscho­dem zwią­zani są od dawna, bowiem oni - bez wąt­pie­nia - widzą wię­cej...

Piotr Bry­sacz, Jędrzej Mora­wiecki

Udał mi się pla­cek?

Naprawdę zna­ko­mity.

Coś mi się musi w życiu udać, nie? To o czym mamy roz­ma­wiać?

O Pani, o Rosji, o Ukra­inie, o Kry­mie, o Puti­nie...

Mój Boże, to od czego zacząć...

Może od początku... Kiedy Pani po raz pierw­szy poje­chała do Rosji?

Poje­cha­łam tam na parę mie­sięcy w 1987 roku do mojego ówcze­snego narze­czo­nego, który był kore­spon­den­tem PAP. Tak naprawdę - poza ofi­cjalną wie­dzą - nie mia­łam o Związku Radziec­kim poję­cia. Zna­łam parę wier­szy Ler­mon­towa i Pusz­kina, któ­rych uczy­łam się w szkole na pamięć zamiast nud­nej gra­ma­tyki, lubi­łam śpie­wa­nie Ałły Puga­czo­wej, kocha­łam Bułata Oku­dżawę, z tru­dem poj­mo­wa­łam trudny język Wła­di­mira Wysoc­kiego. To była cała moja wie­dza. Bo nas Zwią­zek Radziecki - mówię o swoim poko­le­niu - w ogóle nie obcho­dził, był obo­wiąz­kowy, odle­gły i nudny. Patrzy­li­śmy na Zachód, żyli­śmy Hemin­gwayem, Faulk­ne­rem, Cald­wel­lem, Sar­tre'em, Camu­sem. Na początku lat 70. towa­rzy­szy­łam zna­jo­mej pilotce biura podróży "Orbis". Miesz­ka­ły­śmy w hotelu Cra­co­via, gdy przy­je­chali Bia­ło­ru­sini, a nam było wszystko jedno, czy to Bia­ło­ru­sini, czy na przy­kład Tadżycy. Ruscy i cześć! Pamię­tam też, jak bar­dzo się oni dzi­wili, że na kory­ta­rzach nie sie­dzi "pię­trowa", która - jak w każ­dym radziec­kim hotelu - kon­tro­luje kto i do kogo przy­cho­dzi. Tym­cza­sem do pol­skiego hotelu może wejść każdy, ot tak, z ulicy, bez spe­cjal­nego doku­mentu, i że wizyty można swo­bod­nie skła­dać w poko­jach do dwu­dzie­stej dru­giej...

Ów narze­czony, do któ­rego jecha­łam w 1987 roku stu­dio­wał kie­dyś w Lenin­gra­dzie, świet­nie znał rosyj­ski i pra­co­wał w TVP. No i w 1987 roku wzię­li­śmy ślub. Nato­miast w roku 1990 ówcze­sny pre­zes tele­wi­zji Andrzej Dra­wicz wysłał go do Rosji. Byli­śmy już wtedy mał­żeń­stwem, no to pojecha­łam z nim. Tyle że trzy lata póź­niej mój mąż, który nie pierw­szy prze­cież raz był kore­spon­den­tem w Moskwie, powie­dział: "Ja tu nie wytrzy­mam dłu­żej".

Tamte pierw­sze lata po pie­re­strojce były dla Rosjan trudne, biedne. Otrzy­mana nagle swo­boda wyzwo­liła w nich różne emo­cje, agre­sję też. Powta­rzali: "To wszystko przez was, kar­mi­li­śmy Pol­skę i cały obóz socja­li­styczny, a teraz nie mamy co jeść". Poza tym znik­nął dawny rygor, zapa­no­wało totalne roz­przę­że­nie. Przed­tem na przy­kład z chod­ni­ków uprzą­tano śnieg od świtu, teraz można było nogi poła­mać na lodzie. A w dodatku gwał­tow­nie unie­siona "żela­zna kur­tyna" uświa­do­miła ludziom radziec­kim, że świat przed­sta­wiany im jako wrogi, wcale wrogi nie jest, za to żyje się tam tysiąc­kroć lepiej. Byli tym wszyst­kim roz­draż­nieni. Naj­bar­dziej jed­nak iry­to­wało ich to, że prze­stali być mocar­stwem, i nikt już się ich nie boi, nie­stety.

"A ja stąd wyje­chać nie mogę" - stwier­dzi­łam. Bo dla mnie ówcze­sna Rosja, nie­po­jęta i nie­bez­pieczna, stała się dzien­ni­kar­skim wyzwa­niem. W Pol­sce nie mia­łam już etatu, żadna redak­cja na mnie nie cze­kała... Pomy­śla­łam, że moi rodacy tak samo mało jak ja wie­dzą o tym "bli­skim, nie­zna­nym kraju" - jak kie­dyś Rosję w książce okre­ślił mój mąż, więc będę ją pozna­wać i o niej pisać. Wyna­ję­łam tanie miesz­ka­nie w zwy­kłym domu obok tego, w któ­rym miesz­ka­li­śmy, luk­su­so­wego, prze­zna­czo­nego dla cudzo­ziem­ców, i zosta­łam. Jak się potem oka­zało, na czter­na­ście lat. To była wariacka decy­zja, prze­cież nie­dawno wzię­li­śmy ślub. No i sta­li­śmy się "mał­żeń­stwem dojaz­do­wym".

Oczy­wi­ście, gdyby mój mąż nie był dzien­ni­ka­rzem z krwi i kości, ni­gdy by się na to nie zgo­dził. Przez te wszyst­kie lata wspie­rał mnie dziel­nie, był nie­za­wodny. On prze­cież rozu­miał, że nie ma bar­dziej inte­re­su­ją­cego kraju dla dzien­ni­ka­rza niż Rosja.

Czym tak Panią usi­dliła?

Tym, że "nic tutaj nie jest podobne do tego samego gdzie indziej", jak napi­sa­łam w mojej pierw­szej książce o Rosji. Na przy­kład sklep. Warzywny na Arba­cie, w któ­rym nie­do­brze się robiło od smrodu zgni­łych owo­ców i warzyw... Albo mię­sny, w któ­rym sprze­da­wano jakieś obrzy­dliwe, obro­śnięte tłusz­czem kości, które mię­sem nazy­wano... U nas cze­goś takiego nawet za głę­bo­kiej komuny nie było. I ten tłum po te kości, napie­ra­jący, cisnący, gnio­tący... Aż trudno uwie­rzyć, jak ogromny skok cywi­li­za­cyjny doko­nał się w Rosji dzięki gospo­darce ryn­ko­wej! Teraz nie tylko Arbat wypu­co­wano, ale rosyj­skie mia­sta też. Tylko czy ludzie zmie­nili się tak bar­dzo jak sklepy?

Ten tłum to jedna z moich pierw­szych lek­cji rosyj­skiego: że u Rosjan, zresztą po dziś dzień, indy­wi­du­alizm jest źle widziany, a już na pewno nie w kolejce. Bo w kolejce jest masa, ciżba, a nie poje­dyn­cze osoby. Jeśli sto­isz w kolejce w Rosji to za tobą, ani przed tobą nie może być ani cen­ty­me­tra wol­nego miej­sca, jakby to była zbędna powierzch­nia, którą należy czymś wypeł­nić. Wszy­scy usta­wiają się tak, że jeden dru­giemu dyszy w kark, dep­cze po pię­tach, przy­ci­ska, i tym dru­gim na trze­ciego napiera... Gdzie indziej w kolejce, przed tobą i za tobą, będzie wolna prze­strzeń "nie­do­ty­kal­no­ści", a w Rosji nie. A jak czło­wiek się odwróci i powie: "Czy mogłaby się pani tro­chę odsu­nąć", napo­tka zdzi­wiony wzrok, no i wią­chę też usły­szeć może... Tak jakby żąda­nie wol­nej prze­strzeni wokół sie­bie naru­szało jakiś odwieczny rosyj­ski duch wspól­noty.

Gdy sąsie­dzi posta­no­wili wsta­wić meta­lowe drzwi do kory­ta­rza, to zaopa­trzyli je w meta­lową zasuwę i unie­moż­li­wili otwar­cie tych drzwi z zewnątrz klu­czem po dwu­dzie­stej dru­giej. Wszy­scy się z tym godzili, oprócz mnie. Mnie to wku­rzało nie tylko dla­tego, że miesz­ka­łam sama i nie miał mi kto po dwu­dzie­stej dru­giej tej zasuwy odsu­nąć, ale i dla­tego, że odczu­wa­łam to jako zamach na moją wol­ność. I tak oto nara­zi­łam się pomy­sło­dawcy tego rygoru, jak się póź­niej oka­zało, sta­remu kagie­besz­ni­kowi. Inni sąsie­dzi mnie po cichu wspie­rali, ale mu się nie sprze­ci­wiali. Wresz­cie zasuwę zdjęto. Dla mnie jed­nak moja nie­sub­or­dy­na­cja skoń­czyła się gorzko: facet otruł mi kota.

Pozo­stali sąsie­dzi oka­zy­wali mi jed­nak ogromną pomoc, rów­nież wtedy gdy okra­dziono moje miesz­ka­nie. Bo życz­li­wość, ser­decz­ność Rosjan też jest wyjąt­kowa. Bez ogra­ni­cze­nia w cza­sie czy prze­strzeni. Jeśli trzeba, przyjmą cię w środku nocy, albo prze­jadą pół mia­sta, żeby ci pomóc. Kie­dyś, gdy byłam bar­dzo chora, potrzebny mi był lek z odle­głej apteki. Kobieta, która ze mną roz­ma­wiała przez tele­fon, nad­kła­da­jąc drogi przy­wio­zła ten lek na "moją" sta­cję metra.

"Wyczuła w tobie cudzo­ziemkę, dla mnie by tego nie zro­biła" - orze­kła moja sąsiadka. Rze­czy­wi­ście, sto­su­nek do cudzo­ziem­ców jest spe­cjalny - co też ode­bra­łam jako jedną z pierw­szych lek­cji - bo Lena czy Masza, Sier­giej czy Dima na ogół nie repre­zen­tują wobec obco­kra­jowca sie­bie, ale Rosję, chcą się poka­zać z naj­lep­szej strony, to prze­jaw patrio­ty­zmu. Nie jestem jed­nak prze­ko­nana, czy ta kobieta z apteki nie wspar­łaby swo­jej rodaczki w bie­dzie. Bo w bie­dzie - powtó­rzę to raz jesz­cze - można na Rosjan liczyć. Moi dziad­ko­wie zesłani w cza­sie wojny za Ural prze­żyli tylko dzięki pomocy tubyl­ców.

A kolejna lek­cja?

Począ­tek lat 90., w kolejce po bilety lot­ni­cze... W okienku tabliczka "prze­rwa", ale widzę, że ta pauza już dawno minęła i panienka powinna bilety sprze­da­wać. Nie ma jej i nie ma, więc zaczy­nam się dener­wo­wać, sar­kać, że co to za porządki, że do dyrek­tora pójdę, a Rosja­nie w tej kolejce do kasy nic - stoją, mil­czą. Patrzą na mnie jak na wariatkę i cze­kają dalej, a w ich oczach wyczy­tać można: "I o co ci cho­dzi, kobieto? Czego się tak dener­wu­jesz? Co to za sprawa w ogóle jest? ". No i dalej stoją! Gdy wresz­cie dotar­łam do kie­row­nika, to oka­zało się, że przy­szli kon­tro­le­rzy i panienka z okienka udała się z nimi na obiad. Jed­nak po chwili uka­zała się inna panienka, w zastęp­stwie. I znowu nie wiem, czy zadzia­łała tu moja legi­ty­ma­cja zagra­nicz­nego kore­spon­denta, i czy kogoś "miej­sco­wego" pan kie­row­nik nie wywa­liłby za drzwi. Ale oni nawet nie pró­bo­wali...

Po jakimś cza­sie prze­by­wa­nia w Rosji zda­łam sobie sprawę, że to jest imma­nentne w tym naro­dzie - ta pora­ża­jąca, głę­boko zako­rze­niona iner­cja, ta powszechna spo­łeczna nie­moż­ność, efekt wie­ków znę­ca­nia się nad czło­wie­kiem, od chana mon­gol­skiego, przez bez­li­to­snych carów, po 80 lat komu­ni­zmu. Richard Pipes, ame­ry­kań­ski histo­ryk, pisze, że gdy pod koniec XIX wieku rosyj­ski mużyk zaczął zapo­zna­wać się z Biblią, to naj­pierw przy­swoił sobie frag­menty o poko­rze i bier­nym godze­niu się z losem. A Michaił Cho­dor­kow­ski stwier­dza: "Nasze spo­łe­czeń­stwo jest iner­cyjne do bólu".

Ale prze­cież prze­ła­mali ten bez­wład w latach 90. Obu­dzili się, zaczęli wal­czyć o swoje...

Tak, ale dopiero po tym, gdy zezwo­liła na to wła­dza, gdy Gor­ba­czow rzu­cił hasło: "pie­re­strojka". To było nie­praw­do­po­dobne, kiedy pod jej koniec wycho­dzili na te ogromne place, mogące pomie­ścić setki tysięcy, i gre­mial­nie kochali Jel­cyna. Wresz­cie wal­czyli prze­ciwko nie­rów­no­ści spo­łecz­nej, prze­ciwko bie­dzie i znie­wo­le­niu. Sza­leli na tych pla­cach z rado­ści, to było coś nie­by­wa­łego, jesz­cze bar­dziej przej­mu­ją­cego niż nasza Soli­dar­ność, bo na te demon­stra­cje przy­cho­dzili ludzie tak zabie­dzeni, jakich u nas się nie widy­wało. Gdy po raz pierw­szy przy­je­cha­łam do Rosji, zoba­czy­łam sza­ra­ków: wszy­scy ubrani na szaro, ciemne kolory, popie­laci na twa­rzach, ponu­rzy i nagle - jak zoba­czyli na tych pla­cach, że jest ich tylu - to zaczęli sza­leć z rado­ści. I te okrzyki: "Booria, Boria! Jel­cyn, Jeeel­cyyn!!!". Ja nie­wiele z tego wów­czas rozu­mia­łam, ale tego nie zapo­mnę. I te tłumy przy­cho­dziły na place, i stały tam, dzień w dzień, i krzy­czały:

"Boooria!!! Jeeel­cyyn!!!", a gdy Jel­cyn wygrał wybory pre­zy­denc­kie, to już osza­leli cał­ko­wi­cie. To wtedy na ulicy zoba­czy­łam nie­za­po­mnianą scenę: piękna, star­sza, siwa kobieta, o nie­bo­tycz­nych nogach, tań­czyła i śpie­wała: "Boria pobie­dił! Boria pobie­dił!!".

Ta radość trwa­łaby pew­nie do dziś, gdyby wów­czas za baryłkę ropy nie pła­cono rap­tem od dzie­się­ciu do dwu­na­stu dola­rów. Tak niski kurs ropy ozna­czał jedno: że Borys Jel­cyn nie miał pie­nię­dzy na prze­pro­wa­dze­nie reform gospo­dar­czych, w kasie było pusto. Doświad­cze­nia też nie miał, bo skąd? Zro­bił nato­miast wszystko, żeby prze­pro­wa­dzić reformy demo­kra­tyczne. Za jego cza­sów festi­wal demo­kra­cji trwał w naj­lep­sze, par­tię zakła­dał, kto chciał, w Dumie kłó­ciło się ze sobą kil­ka­na­ście frak­cji. Ludzie, któ­rzy dotych­czas żyli jakby z gar­dłem zatka­nym pię­ścią, zaczęli nie tylko mówić, ale i krzy­czeć do woli. Trwało to do 1993 roku, do czasu puczu komu­ni­stów w par­la­men­cie prze­ciwko Jel­cynowi. Fie­sta skoń­czyła się tra­ge­dią: Jel­cyn wydał roz­kaz, by ostrze­lać budy­nek, w któ­rym zaba­ry­ka­do­wali się jego, uzbro­jeni skąd­inąd, prze­ciw­nicy, polała się krew, były ofiary... A potem szło coraz gorzej, potężna frak­cja komu­ni­stów w Dumie wal­czyła z pre­zy­den­tem, chcieli go znisz­czyć, a on coraz czę­ściej zacho­wy­wał się dziw­nie, nie wia­domo: chory czy pijany... Jel­cyn cie­szył się powa­ża­niem na Zacho­dzie, dzięki jego zabie­gom przy­jęto prze­cież Rosję do G8, ale dużo mniej­szym sza­cun­kiem obda­rzali go rodacy. Popeł­niał błędy, dopu­ścił do roz­pa­sa­nia oli­gar­chów, do ban­kruc­twa pań­stwa w 1998 roku, do milio­no­wych prze­krę­tów popeł­nia­nych przez jego naj­bliż­sze oto­cze­nie...

A ci Rosja­nie, któ­rzy kie­dyś wycho­dzili na ulice, któ­rzy tak bar­dzo chcieli zmian, oka­zy­wali się cią­gle tymi "sow­kami" z ZSRR... Nie potra­fili zro­zu­mieć, że zmiany mogą się powieść, jeśli dokona się prze­miana wewnątrz, w nich samych... Ot, dro­biazg: przy­jaź­ni­łam się wtedy z Olgą, świetną kobitką, depu­to­waną z ramie­nia demo­kra­tycz­nej par­tii Jabłoko. Za każ­dym razem przy­jeż­dżała do mnie służ­bo­wym samo­cho­dem z kie­rowcą. Dzi­wi­łam się: "Olga, jakże tak? Prze­cież jesteś u mnie pry­wat­nie, po godzi­nach, to nie fair, żeby kie­rowca cze­kał", a ona robiła maślane oczy i nie rozu­miała, o co cho­dzi... A ja nie rozu­miałam, że tu nie tyle o samo­chód idzie, ile o pre­stiż, czyli kie­rowcę. Bo kim jest urzęd­nik, który sam pro­wa­dzi auto? Nikim. Ale to dro­biazg wobec nie­le­gal­nego pry­wa­ty­zo­wa­nia przez depu­to­wa­nych służ­bo­wych miesz­kań, wszyst­kiego zresztą, co się dało. I tak ze wszyst­kim.

Wra­ca­jąc do Jel­cyna - przy­po­mnijmy, że choć dzien­ni­ka­rze nie zosta­wiali na nim suchej nitki, kpili sobie z niego w tele­wi­zji, on się z tym spo­koj­nie godził, a co bar­dziej zacie­kłych zapra­szał na Kreml, by poga­dać. To był wspa­niały czas dla rosyj­skiej demo­kra­cji: oby­wa­tel nie bał się pań­stwa. Ktoś kie­dyś zauwa­żył, że tysiąc lat to zale­d­wie dzie­się­ciu stu­let­nich star­ców. Ilu z nich nie drżało tu przed wła­dzą? Władcy wszę­dzie bywali okrutni, ale nikt z nich nie dorów­nał Iwa­nowi Groź­nemu. Histo­ria po nim, to jakby kolejne odsłony tego samego, od oprycz­niny, przez NKWD, po KGB. Rewo­lu­cje też wszę­dzie są okrutne, ale czy paź­dzier­ni­kowa nie była w naszych cza­sach naj­okrut­niej­sza? Więc jak długo w histo­rii Rosji trwał okres naprawdę wolny od stra­chu oby­wa­tela przed pań­stwem? Od 1986 roku, kiedy Gor­ba­czow wypu­ścił Sacha­rowa z domo­wego aresztu w Gor­kim, a ostat­nich więź­niów poli­tycz­nych z łagrów, do 2000 roku, roku wstą­pie­nia Putina na Kreml. Za krótko, by się od odwiecz­nego stra­chu uwol­nić.

Lata dzie­więć­dzie­siąte wyda­wały się jed­nak cza­sem kar­na­wału, takiego odwró­ce­nia. Przy­jeż­dża­ją­cym z zewnątrz - pomimo kry­zysu eko­no­micz­nego, pomimo cie­nia wojny w Cze­cze­nii, korup­cji, uwi­kłań kry­mi­nal­nych - Rosja zda­wała się wresz­cie wyzwo­lona, chwi­lami wyuz­dana wręcz. Bar­dziej libe­ralna, bar­dziej spon­ta­niczna, bar­dziej nie­prze­wi­dy­walna niż Pol­ska...

Tyle że to wła­śnie była Rosja oglą­dana oczami przy­jezd­nych. Ci przy­jezdni nie widzieli, jak się taki roz­ba­wiony oby­wa­tel zmie­nia, gdy podej­dzie do niego mili­cjant, dziś zwany poli­cjan­tem, żeby go wyle­gi­ty­mo­wać. Rosja­nie są gene­tycz­nie wypo­sa­żeni w dodat­kowy chro­mo­som: chro­mo­som stra­chu. Cho­ciaż ni­gdy sami przed sobą się do tego nie przy­znają...

Przy­jaź­ni­łam się z moją sąsiadką Leną. Im lepiej ją pozna­wa­łam, tym lepiej poj­mo­wa­łam, że nie­mal każdy czło­wiek tu to zagadka. Śliczną, ele­gancką Lenoczkę spo­tka­łam kie­dyś przy wyj­ściu z naszej sta­cji metra w opła­ka­nym sta­nie. Blada, roz­ma­zany maki­jaż, dygo­cąca, oparta o ścianę. Ją, rodo­witą moskwiankę, wła­ści­cielkę nie­źle pro­spe­ru­ją­cego biura tury­stycz­nego, mającą kon­takty z mafią - bo każdy, kto zaj­muje się biz­ne­sem, musi takie mieć - mili­cjanci zgar­nęli z ulicy, bo nie chciała poka­zać dowodu oso­bi­stego. Miała w nim scho­wane dwa tysiące dola­rów, wpła­cone przez klienta, które oni spo­koj­nie by zabrali. Co z nią robiono w "suce", nie chciała powie­dzieć, zdo­łała jedy­nie wykrztu­sić, że kiedy już pro­wa­dzono ją do celi w komi­sa­ria­cie, to z gabi­netu aku­rat wyszedł naczel­nik, jej dobry zna­jomy, który oczy­wi­ście kazał ją zwol­nić. A gdyby wyszedł on z tego gabi­netu minutę póź­niej? Ale gdy po jakimś tygo­dniu spy­ta­łam, czy przy­szła już do sie­bie po tam­tym zda­rze­niu, spoj­rzała twar­dym wzro­kiem i pal­nęła: "Po jakim zda­rze­niu? Ja nic nie pamię­tam!". Chro­mo­som stra­chu może być i nabyty: kie­dyś zachciało mi się robić zdję­cia w oko­licy metra Pusz­kin­skaja, nie w samym metrze, bo na to trzeba mieć spe­cjalne zezwo­le­nie, no i zwi­nęła mnie mili­cjantka, zaczęła dzwo­nić po jakiś Spec­naz, gro­zić mi strasz­nymi karami, i oczy­wi­ście zabrała kartę akre­dy­ta­cyjną. Po dłu­gich a cięż­kich przej­ściach, gdy zapro­po­no­wa­łam jej 50 dola­rów, Spec­naz odwo­łała, kartę oddała, i - dobra taka - jesz­cze się zain­te­re­so­wała, czy będę miała jutro na chleb. Kiedy indziej mili­cjant gro­ził, że moją kartę wrzuci do kanału, bo się wsta­wi­łam za jakąś szar­paną przez niego kobietą. Jesz­cze kilka podob­nych spo­tkań i każdy zbli­ża­jący się do mnie moskiew­ski mili­cjant wywo­ły­wał deli­katny para­liż. Jak widać, ten chro­mo­som jest zaraź­liwy.

My nie możemy taką samą miarą mie­rzyć sie­bie i ludzi radziec­kich, któ­rzy na przy­kład w swo­ich albu­mach rodzin­nych wyci­nali główki przod­ków, żeby nie było widać ary­sto­kra­tycz­nej kryzy czy ele­ganc­kiego kra­wata. Wstrzą­sa­jące są te albumy. Co tak zwany cywi­li­zo­wany świat wie o stra­chu w porów­na­niu z nimi?

Rewer­sem tego stra­chu jest jed­nak odwaga, która w Rosji ma rów­nież spe­cy­ficzny, nie­po­wta­rzalny smak...

Rosja­nie z despe­racką odwagą rzu­cają się na kolejną bez­sen­sowną wojnę: Afga­ni­stan, Cze­cze­nia, Gru­zja, Ukra­ina... Ale pro­blem śmierci, czyli cena życia w Rosji, to znowu temat: oby­wa­tel a pań­stwo. "Jed­nostka zerem, jed­nostka bzdurą" - pisał Maja­kow­ski, no i wła­dza od wie­ków ponie­wiera tą jed­nostką w spo­sób uni­kalny. Tylko od 2005 roku samo­bój­stwo w woj­sku popeł­niło ponad 2,5 tysiąca ludzi, bo znę­ca­nie się nad żoł­nie­rzami w Rosji też nie ma ni­gdzie rów­nego sobie. Z ogól­nej pogardy dla życia bie­rze się łatwość zada­wa­nia śmierci innym.

Na przy­kład moja sąsiadka Ałła. Nie­zwy­kłej dobroci kobieta, fili­gra­nowa, śliczna. Podzi­wia­łam ją, bo poma­gała komu się da. Potra­fiła zaopie­ko­wać się nocu­ją­cym przy śmiet­niku włó­częgą, star­szym czło­wie­kiem, nie­wi­do­mym. Zapro­wa­dziła go do swego ele­ganc­kiego miesz­ka­nia, odwszyła, wyszo­ro­wała, potem zała­twiła mu miej­sce w jakimś domu opieki. Bar­dzo też pomo­gła zamiesz­ka­łej u mnie rodzi­nie uchodź­ców z Cze­cze­nii, choć zawsze popie­rała pre­zy­denta Putina, więc jego wojnę prze­ciw Cze­cze­nom też. Rów­no­cze­śnie jed­nak - gdy skrzyw­dzono jej syna na dys­ko­tece, bo obwie­szony zło­tymi ozdo­bami przy­cią­gnął nar­ko­ma­nów, któ­rzy poła­mali mu ręce, to nie poszła na poli­cję, bo nie wie­rzy w rodzimą spra­wie­dli­wość, ale wyna­jęła ban­dy­tów, a ci czte­rech napast­ni­ków nie­mal śmier­tel­nie pobili, a dwóch zabili. Wcale się tym nie zmar­twiła. Czy można taką osobę jed­no­znacz­nie osą­dzić?

Ten jakby lek­ce­wa­żący sto­su­nek do śmierci, prze­kłada się i na przod­ków. Dzi­wiło mnie na przy­kład to, że więk­szość nie inte­re­suje się, gdzie zgi­nęli, jak umie­rali... "Dla­czego nie szu­kasz wia­do­mo­ści o twoim dziadku" - pytam Sier­gieja, ofi­cera rosyj­skiej armii. "A po co mi to? Nie chcę wie­dzieć czy to jego roz­strze­lali, czy to on roz­strze­li­wał. Zgi­nął gdzieś i już. A zresztą, gdzie ja mam szu­kać jego śla­dów? W jakim archi­wum? W KGB?". Kiedy byłam przy eks­hu­ma­cji pol­skich gro­bów w Mied­noje, prze­miły batiuszka powie­dział: "Jakie to piękne, że dla was ważny jest każdy pole­gły, że ich szu­ka­cie, czci­cie, chce­cie po ludzku pogrze­bać... Nie to, co u nas". Batiuszka, który zresztą odpra­wiał modły nad pol­skimi gro­bami, opo­wia­dał, że tuż obok, w Twe­rze, w szpi­talu woj­sko­wym umie­rało tak wielu radziec­kich żoł­nie­rzy, że nikt nie myślał ich grze­bać, więc zwłoki wyrzu­cano do rowów i pobli­skich lasów. Nie­mal przy każ­dych wykop­kach, pod rurę czy prze­wód, wycho­dzą spod ziemi czaszki i kości. O ich eks­hu­ma­cję i pogrzeb Putin, ten naj­bar­dziej patrio­tyczny z pre­zy­den­tów, jakoś nie zadbał. Pełno jest za to pomni­ków, takich jak w Woł­go­gra­dzie, na Kur­ha­nie Mamaja: wokół gazon, a pod nim kości. I po tych kościach dep­czą prze­chod­nie. Bo nie cho­dzi o sza­cu­nek dla szcząt­ków, o cześć dla pole­głych, ale o hołd dla zwy­cię­skiej wła­dzy...Wła­dza się liczy, nie czło­wiek. A teraz pole­głych na Ukra­inie żoł­nie­rzy rosyj­skich wolno grze­bać tylko nocami, żeby sąsie­dzi nie widzieli, no bo prze­cież ofi­cjal­nie Rosja­nie tam nie wal­czą. I to szczę­ście, gdy zwłoki tra­fią do rodziny, bo bez­i­mien­nymi tru­pami zawa­lone były kost­nice w Doniecku na przy­kład. Jeliena Wasil­jewa, rosyj­ska dzia­łaczka, która stwo­rzyła grupę zaj­mu­jącą się trans­por­tem pole­głych na Ukra­inie rosyj­skich żoł­nie­rzy, oznaj­miła na por­talu cen­zor.net (цензор.нет) 4 wrze­śnia 2014 roku, że część zwłok się spa­lało w sze­ściu prze­woź­nych rucho­mych kre­ma­to­riach IN-50.1k, pro­du­ko­wa­nych w Peters­burgu na bazie samo­cho­dów marki Volvo dla uty­li­za­cji odpa­dów bio­lo­gicz­nych - na przy­kład cho­rego bydła. Wasil­jewa przy­ta­czała tam świa­dec­twa kilku świad­ków, któ­rzy te kre­ma­to­ria widzieli.

Może to więc i nie dziwne, że rosyj­ski czło­wiek przy­wykł do tego, że go tuma­nią i stłam­sił w sobie potrzebę szu­ka­nia jakichś ukry­wa­nych przez wła­dzę prawd? Kto życie poświę­cił - cza­sem i dosłow­nie - żeby dogrze­bać się prawdy o aktach ter­ro­ry­stycz­nych w Rosji? Garstka spo­łecz­ni­ków i dzien­ni­ka­rzy. Kogo to nie­wiele obcho­dzi? Więk­szość spo­łe­czeń­stwa, mimo że to sze­re­gowi człon­ko­wie tego spo­łe­czeń­stwa ginęli w teatrze Dubrowka czy w Bie­sła­nie. Pytam kogoś: "Nie zasta­na­wia cię, dla­czego w każ­dym więk­szym akcie ter­ro­ry­stycz­nym zabija się wszyst­kich ter­ro­ry­stów zamiast ich aresz­to­wać? ". Odpo­wiada: "W tele­wi­zji mówili, że tak trzeba było, no to trzeba było i już". Więk­szość chce wie­rzyć w pro­ste prawdy obja­wione z ekranu. Ale kie­dyż wła­ści­wie w oby­wa­te­lach mogła się wykształ­cić kul­tura poli­tyczna, jeśli za carów zaj­mo­wa­nie się poli­tyką było karalne, a za komu­ni­stów - obo­wiąz­kowe, tyle że odmóż­dżone, i do takiego wła­śnie odmóż­dże­nia zawró­cił naród pre­zy­dent Putin? Po pie­re­strojce demo­kra­cja trwała za krótko, Rosja­nie nie zdą­żyli przy­swoić sobie nawet jej alfa­betu...

Nie rozu­mieli też, że, skoro sami chcieli wol­no­ści, to innym, naro­dom wchło­nię­tym do impe­rium, ta wol­ność także przy­słu­guje...

To brzmi jak oskar­że­nie, ale czy ten naród może być inny, skoro nie było takiego momentu w dzie­jach Rosjan, w któ­rym powie­dziano by im i nauczono ich, że inne narody też mają swoją war­tość?

Bo naj­pierw była car­ska Rosja, w któ­rej chłop­stwo, celowo utrzy­my­wane w nie­uc­twie, o ist­nie­niu innych państw dowia­dy­wało się, gdy szło na ich pod­bój, a potem zro­bił się komu­nizm, gdzie ludziom wma­wiano, że "radzieccy" są naj­lep­szym i naj­więk­szym naro­dem świata, któ­rego to narodu wszy­scy się na świe­cie boją. Rozu­mie­cie? Kate­go­ria stra­chu jako naro­dowa war­tość, przez 80 lat komu­nizmu, to gdzie tu jest miej­sce na posza­no­wa­nie innych, na prawo innych do samo­sta­no­wie­nia? Prze­cież to jest cały czas feu­dalna psy­chika: robić wszystko, by inni się mnie bali, no a jeśli się boją, to nic nie są warci, bo ja jestem sil­niej­szy, lep­szy, bo to mnie się boją. I kółko się zamyka... Zapy­ta­łam kie­dyś faceta z Pie­tro­paw­łow­ska Kam­czac­kiego, stu­ty­sięcz­nego, brzyd­kiego mia­sta na Dale­kim Wscho­dzie, czy nie chciałby na przy­kład żyć w pięk­nej, boga­tej Szwaj­ca­rii. Usły­sza­łam: "Zwa­rio­wa­łaś, w takim małym, nie­waż­nym kra­iku!?".

Ale - poza psy­cho­lo­gią - jest jesz­cze histo­ria, zbiór fak­tów, o któ­rych nikt Rosjan ni­gdy nie uczył. Oni nie wie­dzieli, że krzyw­dzili, bo skąd niby mieli to wie­dzieć? Prze­cież wykła­dana w szko­łach histo­ria Związku Radziec­kiego to pasmo nie­usta­ją­cych zwy­cięstw i suk­ce­sów w imię lep­szego jutra i świe­tla­nej przy­szło­ści! A jeśli wojna, to albo w obro­nie wła­snej, albo w obro­nie innego pań­stwa przed jakimś nie­szczę­ściem. Prze­cież teraz też bro­nią Ukra­iny przed faszy­zmem, prawda?

Gdzie tu miej­sce na zbrod­nie, na ból zada­wany innym? A nawet jeśli, to prze­cież ta świe­tlana przy­szłość, w imię któ­rej zbrod­nie te były popeł­niane, ten wiecz­nie nie­siony gołą­bek pokoju, uspra­wie­dli­wiały wszystko... To jak ma ten naród sza­no­wać innych?

Rosja­nie histo­rii zaczęli się uczyć dopiero na prze­ło­mie lat 80. i 90. XX wieku. Michaił Gor­ba­czow ogła­sza gła­snost i otwiera pra­wie wszyst­kie archiwa, Jel­cyn otwiera wszyst­kie. Panuje sza­leń­stwo, histo­rycy bie­gną do tych archi­wów i poznają rze­czy­wi­stą histo­rię swo­jego narodu. Borys Jel­cyn naka­zuje mini­ster­stwu przy­go­to­wa­nie nowych pod­ręcz­ni­ków. Powstaje wów­czas zna­ko­mita pozy­cja Alek­san­dra Kre­dera, pod­ręcz­nik histo­rii powszech­nej, a nieco póź­niej - rów­nie zna­ko­mity pod­ręcz­nik współ­cze­snej histo­rii Rosji Igora Dołuc­kiego. Dołucki na przy­kład w swoim pod­ręcz­niku, mówiąc o Taj­nym Pro­to­kole do paktu Rib­ben­trop-Moło­tow, pisał tak mniej wię­cej: "W 1939 roku stało się to i to, z naszej per­spek­tywy wyglą­dało to tak. Ale co byś powie­dział, gdy­byś był Pola­kiem, Ukra­iń­cem, Litwi­nem?". Fakty, a potem ich ocena ze wszyst­kich stron. No i te indy­wi­du­ali­styczne pyta­nia: "Czy uwa­żasz, że..."; "A co byś powie­dział, gdyby...".

Pod­ręcz­niki oka­zały się "wro­gie", "nie­pa­trio­tyczne", "oszu­kań­cze". Nagonka na nie zaczęła się w 1999 roku, gdy Putin został pre­mie­rem, nie­długo potem Kre­der zmarł po dru­gim zawale, w 2003 zli­kwi­do­wano pod­ręcz­nik Dołuc­kiego, bo według Putina były w nim "plewy i śmie­cie", archiwa poza­my­kano, a w 2010 roku Putin oświad­czył, że dość tych wro­gich inter­pre­ta­cji, będzie jeden pod­ręcz­nik histo­rii, który ma wzmoc­nić w Rosja­nach poczu­cie dumy naro­do­wej i patrio­tyzm, a pod­wa­ża­nie "prawdy o zwy­cię­stwach Armii Czer­wo­nej" będzie karane. Szkoda tylko, że ten wpa­jany przez niego patrio­tyzm, bar­dziej niż miło­ścią do Rosji jest prze­siąk­nięty nie­na­wi­ścią do innych państw.

Może jeste­śmy zbyt nie­cier­pliwi? Prze­cież budo­wa­nie świa­do­mo­ści histo­rycz­nej to pro­ces, nie da się tego nad­ro­bić w kilka lat...

Nie da się. To jed­nak ozna­cza, że Rosja­nie zostali "przy swoim"... Pamię­tam małe uro­dzi­nowe przy­ję­cie chyba w poło­wie lat 90. u moich dale­kich krew­nych, star­szych pań­stwa. Toczy się przy stole roz­mowa, ja mówię, że to świet­nie, że wresz­cie ta demo­kra­cja, że każdy może powie­dzieć, co myśli, a w Dumie tyle par­tii... Zapa­dła cisza, a w końcu jedna z pań, mocno zde­ner­wo­wana, powie­działa:

"A ja nie chcę! Nie chcę, żeby było tyle par­tii i żebym ja musiała wybie­rać! Ja nie chcę tego, ja nie rozu­miem, chcę jed­nej prawdy i jed­nej tele­wi­zji!".

Szczęka mi opa­dła, ale nagle zda­łam sobie sprawę, że droga od radziec­kiego komu­ni­zmu do demo­kra­cji to nie rewo­lu­cja, a ewo­lu­cja, i daj Boże, by była krót­sza, niż ta u Dar­wina. A mówiąc serio, byłaby krót­sza i pro­sta, gdyby Putin nie odwró­cił dro­go­wska­zów wstecz. A poza tym ta histo­ria pisana "po nowemu", ta, która wycie­kła z archi­wów, może być dla Rosjan za trudna do przy­ję­cia... Bo o czym w tych nowych pod­ręcz­ni­kach histo­rii było? Że Rosja­nie są cią­gle i wszyst­kiemu winni. Kto by chciał znać taką prawdę? "A ja nie chcę! Co wy sobie myśli­cie, że my będziemy wiecz­nie przed wami na kola­nach? Że myśmy tylko wszyst­kich krzyw­dzili? A że ura­to­wa­li­śmy Europę przed faszy­zmem to co, nie­prawda może?" - sły­sza­łam wie­lo­krot­nie. Oni wie­dzą swoje...

Z tele­wi­zji...

Wyłącz­nie! Gdy miesz­ka­łam w Moskwie, przy­jaź­ni­łam się z Ałłoczką, tą, która sama wymie­rzyła spra­wie­dli­wość za pobi­tego syna. Prze­ga­da­ły­śmy nie­jedną noc przy kie­liszku her­baty. Ałłoczka znała mnie, widziała, jak żyję i czym się zaj­muję. No i wie­działa dla­czego jeż­dżę do Cze­cze­nii, ale wie­dza to jedno, a tele­wi­zja - dru­gie. Otóż w tele­wi­zji trą­biono, że tacy, któ­rzy samo­rzut­nie jeż­dżą do Cze­cze­nii to agenci, wspie­ra­jący ter­ro­ry­stów za ame­ry­kań­skie na przy­kład pie­nią­dze. Trzeba przy­po­mnieć, że przez wiele lat wojny, czyli "ope­ra­cji anty­ter­ro­ry­stycz­nej", dzien­ni­ka­rzom do Cze­cze­nii wstęp był wzbro­niony. Szcze­gól­nie zagra­nicz­nym dzien­ni­ka­rzom. Legal­nie mogli się tam dostać w gru­pie, z opie­ku­nem wyzna­czo­nym przez admi­ni­stra­cję pre­zy­denta. I ta Ałłoczka któ­re­goś dnia mi mówi: "Słu­chaj, ja już pra­wie byłam pewna, że jesteś agen­tem, ale wyszło mi jed­nak, że nie możesz nim być, bo jesteś za biedna". Zamu­ro­wało mnie, bo roz­ma­wia­ły­śmy pra­wie codzien­nie, ale ona i tak wie­działa swoje. No to dawaj, znowu jej tłu­ma­czę: "Ałłoczka, prze­cież wiesz, po co ja tam jeż­dżę. Chcę wie­dzieć, co się tam dzieje naprawdę, jestem dzien­ni­ka­rzem". A ona na to: "No prze­cież ci mówią!". "Gdzie mi mówią?" - pytam. "No w tele­wi­zji! Prze­cież ci mówią, co się dzieje, to po cho­lerę ty jeź­dzisz jesz­cze spraw­dzać, co oni mówią!".

Ale ja jeź­dzi­łam... W 1999 roku, gdy wybu­chła druga wojna cze­czeń­ska, też się tam wybie­ra­łam. Przed wyjaz­dem zna­la­zła mnie w Moskwie kobieta, Cze­czenka, która żyła w sto­licy od dłuż­szego czasu. Wci­snęła mi do ręki, zebrane pew­nie z tru­dem, 90 dola­rów i popro­siła, bym zna­la­zła jej sio­strę, o któ­rej wie­działa tylko tyle, że spod bomb ucie­kła do sąsied­niej Ingu­sze­tii - tak jak stała - z mężem i trzy­let­nią córeczką, i żebym dała jej te pie­nią­dze. Zna­la­złam tę kobietę... Weszłam do jakiejś okrop­nej, śmier­dzą­cej piw­nicy, którą im wynaj­mo­wali bra­cia Ingu­sze, zoba­czy­łam nie­wy­so­kiego Cze­czena o bar­dzo sym­pa­tycz­nej twa­rzy i tulącą się do niego dzie­wuszkę. Po chwili weszła matka, czter­dzie­sto­let­nia, blada jak ściana kobieta. Dałam jej te pie­nią­dze, ale nie umia­łam, nie mogłam z tej piw­nicy wyjść. Pomy­śla­łam sobie: Boże, prze­cież ja wynaj­muję trzy pokoje w tej Moskwie, a oni tu, jak zaszczute zwie­rzęta, na cho­lerę mi te pokoje? Mówię do nich: "Malid, ty zosta­jesz" - bo razem z face­tem nie chcia­łam jed­nak miesz­kać - "ale Raja z Tosieńką mogą do mnie na jakiś czas przy­je­chać". No i przy­je­chała Rajeczka z tą malutką. Jesz­cze bar­dzo długo w domu czuć było stę­chli­znę tam­tej piw­nicy, którą prze­sią­kły ich rze­czy. Zaakli­ma­ty­zo­wały się jakoś, a ja wyje­cha­łam na Boże Naro­dze­nie do Pol­ski. Wra­cam i kogo widzę? Malida oczy­wi­ście. "No, prze­cież pro­si­łam..." - mówię do Raji. "No jakże tak, ja bez męża, a dziecko bez ojca?" - odpo­wiada. Typowi Cze­czeni. Rodzina przede wszyst­kim. No i tak prze­miesz­ka­li­śmy razem dwa lata. Bar­dzo się zży­li­śmy ze sobą. Skoń­czyły się jed­nak moje moskiew­skie zna­jo­mo­ści nie tylko dla­tego, że gości nie mia­łam już gdzie przy­jąć. Nie bar­dzo się do mnie w gości kwa­piono. Nie chciano ze mną utrzy­my­wać kon­taktu. Rosja­nie podzie­lili się na dwie grupy: jedni uwa­żali mnie za wroga, zgod­nie z tym, co w głowy kła­dła im tele­wi­zja, a inni bali się pod­trzy­my­wać zna­jo­mość z "tą, która pomaga ter­ro­ry­stom".

Nie wyba­czyli Pani tych Cze­cze­nów w domu?

I tak, i nie... Natura Rosjan jest prze­dziwna... Ta moja Ałłoczka, nie odzy­wała się do mnie przez dłuż­szy czas, bo ona nie­na­wi­dziła "czar­nych", aż wresz­cie któ­re­goś dnia przy­gnała ją jed­nak cie­ka­wość. Sta­nęła w progu, zoba­czyła, że to nor­malni ludzie, nie bie­gają z kin­dża­łem w zębach, no i zaczęła mnie wspie­rać. Nor­malne rosyj­skie serce się w niej ode­zwało. I to jest wła­śnie ten moment, gdzie za dia­bła nie zro­zu­miesz Rosja­nina, bo Ałłoczka bar­dzo mi z tymi Cze­cze­nami pomo­gła, nie­na­wi­dząc ich jed­no­cze­śnie jako nacji i wcale się z tą nie­na­wi­ścią nie kry­jąc. Zna­la­zła dla nich pracę, dla małej przed­szkole... Ale na­dal nie mogła pojąć, po co ja do tej Cze­cze­nii jeż­dżę. Albo Sier­giej, zna­jomy, który był wów­czas takim wscho­dzą­cym biz­nes­me­nem. Wszedł, rozej­rzał się, pyta czyje to rze­czy, a ja mu opo­wia­dam, że mam tu wła­śnie taką rodzinę na utrzy­ma­niu. Wie­dział, że z kasą u mnie kru­cho, prze­cież ja byłam dzien­ni­ka­rzem nie­za­leż­nym, więc nikomu nie zale­żało na tym, by mi pła­cić, tylko na miesz­ka­nie dosta­wa­łam pie­nią­dze z Pol­satu. Wycią­gnął bez słowa sto dola­rów, wrę­czył mi je, odwró­cił się na pię­cie i znik­nął.

Albo pani, która wynaj­mo­wała mi miesz­ka­nie. Wie­działa, że miesz­kam z Cze­cze­nami. Była zie­lona ze stra­chu, ale z miesz­ka­nia mnie nie wyrzu­ciła.

A to, co dzieje się z udzia­łem Rosji na wscho­dzie Ukra­iny, czy to jest wła­śnie prze­jaw pogardy dla "małych nacji"? Powie­działa Pani wcze­śniej, iż Rosjan ni­gdy nie nauczono tego, że inne narody też mają swoją war­tość. Czy - wobec tego - brak tej nauki może być wystar­cza­ją­cym wytłu­ma­cze­niem przy­zwo­le­nia narodu na to, by Rosja jako pań­stwo inge­ro­wała w sprawy Ukra­iny?

Pro­szę panów, chwi­leczkę! Ukra­ina to jest skan­dal, który leży na sumie­niach nas wszyst­kich, także, a może przede wszyst­kim, na sumie­niu tego zaki­cha­nego Zachodu! Wszy­scy dosko­nale wie­dzieli, w któ­rym kie­runku zmie­rza Rosja, bo Putin na początku swo­ich rzą­dów dokład­nie to wszyst­kim w oczy powie­dział, no ale łatwiej uda­wać głupka i mówić: "O mój Boże! Wszedł na Ukra­inę? I kto by się spo­dzie­wał?" niż przy­znać się do tego, że się od początku wie­działo, jak się to może skoń­czyć, tylko nic się z tą wie­dzą - ze względu na roz­ma­ite inte­resy - nie robiło!

Kiedy Putin w 2000 roku doszedł do wła­dzy, lide­rzy Zachodu zgod­nym chó­rem uty­ski­wali, że no tak, co prawda ta Cze­cze­nia, no nie­ład­nie, nie­ład­nie, no ale nie prze­sa­dzajmy, dajmy mu czas, buduje prze­cież demo­kra­tyczne pań­stwo. I Made­le­ine Albri­ght, i Tony Blair - wszy­scy to powta­rzali. Bo nie­szczę­ściem, które dopro­wa­dziło do tego, co dzieje się na Ukra­inie, było to, że po Gor­ba­czo­wie uznano, że Kreml to już nie wróg, a part­ner. I krem­li­no­lo­dzy poszli sadzić pie­truszkę. Pamię­tam, że w tym cza­sie, nie­mal z dnia na dzień, znik­nęli z Moskwy zachodni kore­spon­denci. Do 2001 roku jesz­cze mówiono i pisano o tra­ge­dii Cze­cze­nów, ale po 11 wrze­śnia Cze­czeni zamie­nili się już tylko w muzuł­ma­nów, czyli zbio­ro­wych wro­gów ludz­ko­ści.

Potwor­no­ści Cze­cze­nii wypa­ro­wały z mediów. Potwor­no­ści, to nie jest wyol­brzy­mie­nie, tam działy się rze­czy... Ja prze­ży­łam "zaczystkę". Byłam scho­wana za tap­cza­nem, i nawet dzi­siaj o tym mówić nie mogę. Ja za tym tap­cza­nem, a oni... No, mniej­sza z tym. Kosz­mar tej wojny, to nie tylko bom­bar­do­wa­nie, zabi­ja­nie, ale te potworne tor­tury, te nie­wy­obra­żalne tor­tury... Póź­niej nie raz sły­sza­łam od kogoś, komu udało się prze­żyć: "Modli­łem się, by zaraz umrzeć".

Wyobraź­nia opraw­ców była bez­gra­niczna: przy­pa­la­nie papie­ro­sami wszel­kich moż­li­wych miejsc, przy­pa­la­nie pal­ni­kiem gazo­wym, piło­wa­nie zębów pil­ni­kiem tech­nicz­nym, ska­ka­nie cięż­kimi bucio­rami po czło­wieku, po twa­rzy też, łama­nie koń­czyn, pod­łą­cza­nie uszu, kolan, geni­ta­liów do prądu, pod­wie­sza­nie zwią­za­nego czło­wieka do sufitu, albo tak zwane ukrzy­żo­wa­nie - czyli przy­bi­ja­nie do drew­nia­nych drzwi dłoni czło­wieka roz­po­star­tego na tych drzwiach jak Chry­stus, obci­na­nie róż­nych czę­ści ciała, kobie­tom też, gwał­ce­nie kobiet i męż­czyzn, także roz­bitą butelką lub innym okrop­nym przy­rzą­dem, ści­ska­nie głowy żela­zną obrę­czą aż do pęk­nię­cia czaszki, dusze­nie poprzez zakła­da­nie worka pla­sti­ko­wego i szczelne jego zamknię­cie, roz­pru­wa­nie brzu­cha.

Mam album pełen zdjęć ludzi, któ­rzy tor­tur nie prze­żyli. Tor­tu­ru­jący mogli być pewni bez­kar­no­ści. Tylko jeden oprawca tra­fił przed sąd: puł­kow­nik Buda­now, który znę­cał się nad osiem­na­sto­let­nią Cze­czenką całą noc, wresz­cie ją udu­sił. A był sądzony tylko dla­tego, że zbun­to­wali się prze­ciw niemu jego pod­władni, nad któ­rymi też się znę­cał.

Do Cze­cze­nii prze­do­sta­wali się tylko nie­liczni zachodni kore­spon­denci. Putin miał dużo szczę­ścia, bo gdyby tra­fił na takich poli­ty­ków jak Ronald Reagan czy Mar­ga­ret That­cher, to już w 2004 roku, po pierw­szej kaden­cji, byłoby po jego karie­rze poli­tycz­nej. Ale tra­fił na takich jak Ger­hard Schröder, z któ­rym tylko w cza­sie pierw­szej kaden­cji spo­tkał się 57 razy, czy Silvio Ber­lu­sconi, z któ­rym jeź­dzi na week­endy i dziś, czy Jacques Chi­rac, który w 2006 roku przy­znał mu Legię Hono­rową.

Dla­czego twier­dzę, że wszystko było jasne od początku? A co mówił Putin w 2000 roku w Radzie Fede­ra­cji? Mniej wię­cej tak: "Od teraz będzie pań­stwo silne, a jak się komuś nie podoba słowo silne, to pań­stwo efek­tywne, choć poja­wią się spe­ku­la­cje, że jest to pań­stwo auto­ry­tarne". I za chwilę dowia­du­jemy się, co to zna­czy "efek­tywne".

Pierw­sze, co wpro­wa­dza Putin, to dok­tryna bez­pie­czeń­stwa, która zamyka wła­ści­wie usta mediom, pod­po­rząd­ko­wu­jąc je - w isto­cie - nad­zo­rowi służb spe­cjal­nych, a także na przy­kład reak­ty­wuje moż­li­wo­ści ataku z uży­ciem broni jądro­wej, bo wcze­śniej ist­niała tylko moż­li­wość obrony.

Mili­ta­ry­zuje też szkol­nic­two, wpro­wa­dza­jąc szkoły kade­tów - w roku 2007 było już sto takich szkół - oraz reak­ty­wuje sowiecki pro­gram GTO - Gotow k trudu i obo­ro­nie ("gotów do pracy i obrony"), zgod­nie z któ­rym każdy Rosja­nin w wieku od sze­ściu do sześć­dzie­się­ciu lat miał obo­wią­zek zda­wać tak zwane normy, czyli musiał raz do roku przy­stę­po­wać do egza­minu przed komi­sją z odpo­wied­niej, prze­wi­dzia­nej nor­mami, liczby pom­pek, rzu­tów, pod­cią­gnięć na drążku i paru innych dys­cy­plin, łącz­nie z bie­ga­niem i pły­wa­niem. Pro­wa­dzi też poli­tykę "trzy razy jeden" - jeden naród, jeden wódz, jedna tele­wi­zja - i od samego początku mówi o koniecz­no­ści sca­le­nia ziem rosyj­skich. Mówi o tym wszę­dzie, w każ­dym swoim prze­mó­wie­niu, jesz­cze przed 2009 rokiem wspo­mina o Mało­ro­sji. Igno­ru­jąc sprawy gospo­dar­cze, sta­wia na reani­ma­cję impe­rium sowiec­kiego. Ale Zachód tego nie widzi, Zachód nie sły­szy, Zachód nie chce słu­chać i się zasta­na­wiać, co może zna­czyć to "sca­la­nie ziem ruskich", po woj­nie z Gru­zją pokor­nie składa łapki, bo liczy się tylko ropa i gaz, i wielki biz­nes.

Na Putina od początku pra­co­wały dwie rze­czy: sła­bość zachod­nich lide­rów i wyso­kie ceny surow­ców, dzięki któ­rym poziom życia Rosjan wzrósł nie­po­rów­ny­wal­nie w porów­na­niu z biedą, w jakiej się po roz­pa­dzie Związku Radziec­kiego zna­leźli. Trudno zresztą, żeby przy tak wyso­kich cenach ropy w kraju się nie polep­szyło, tyle tylko że to żadna zasługa Putina.

Czy to wszystko jest aż tak pro­ste, by nie powie­dzieć, że pro­stac­kie? Że wiel­kiemu mocar­stwu, które obej­muje jedną szó­stą świata, Zachód prze­stał patrzeć na ręce, bo cho­dziło w grun­cie rze­czy o to, by zaro­bić pie­nią­dze?

A pano­wie uwa­żają, że pociąg do pie­nię­dzy, do posia­da­nia ogrom­nych mająt­ków, jest imma­nentną cechą ludzi Wschodu? Że tylko tu, na Wscho­dzie, na chci­wość i pazer­ność nie ma żad­nej skali? Że korup­cja to poję­cie, które "wyna­le­ziono" w Rosji, a rosyj­skie pie­nią­dze w lon­dyń­skim City czy majątki we Fran­cji, Hisz­pa­nii, Liech­ten­ste­inie i Monaco nie mają wpływu na poli­tykę? A poza tym ele­gancki Zachód nie potra­fił się dosto­so­wać do chu­li­gań­skich manier Putina, władcy, który nie pod­lega żad­nej kon­troli, ani wewnętrz­nej, ani zewnętrz­nej. On ma nad innymi rzą­dzą­cymi totalną prze­wagę w tym, że nie musi się liczyć z wła­snym naro­dem, a oni muszą. Demo­kra­cja jest nie­obrotna, potrze­buje par­la­men­tów, kon­gre­sów, pod­czas gdy Putin gra szybko i bru­tal­nie, cią­gle tę demo­kra­cję gwał­cąc. Na zewnątrz, i wewnątrz kraju.

Na przy­kład wszyst­kie wyniki wybo­rów pre­zy­denc­kich w Rosji od 1996 roku są sfał­szo­wane, na co jest mnó­stwo dowo­dów, i co z tego? Nie prze­pro­wa­dzono do końca żad­nych reform, a nie­któ­rych, na przy­kład reformy zdro­wia, nawet porząd­nie nie roz­po­częto. Stali, cementu, kom­pu­te­rów, Rosja pro­du­kuje dziś mniej niż w 1990 roku. Zachwy­ceni zwy­cię­skimi wojen­kami Rosja­nie już tego chyba nawet nie zauwa­żają. Rosja­nie, spo­łe­czeń­stwo rosyj­skie, dla Zachodu nie ist­nieje. Tam tylko w kółko potra­fią powta­rzać: "Rosja nie doro­sła do demo­kra­cji", a to nie­prawda! Rosja nie mogła, nie miała kiedy doro­snąć do demo­kra­cji, a to jest róż­nica! Rosja­nie potra­fią się orga­ni­zo­wać, i potra­fią stwo­rzyć spo­łe­czeń­stwo oby­wa­tel­skie, co udo­wod­nili za cza­sów Jel­cyna, prawda, że także przy pomocy orga­ni­za­cji Cho­dor­kow­skiego czy Sorosa. Wtedy posiano ziarno, ale już nie było czasu na zbiory. Wtedy ludzie nie doce­nili, jak potrzebna jest wol­ność słowa. A teraz około 300 opo­zy­cjo­ni­stów sie­dzi w wię­zie­niach i kolo­niach kar­nych! Jesz­cze w grud­niu 2015 roku aresz­to­wano ludzi, któ­rzy mani­fe­sto­wali prze­ciw Puti­nowi 6 maja 2012 roku, ale pies z kulawą nogą o nich w mediach nie wspo­mni. Trze­cia kaden­cja Putina to dobi­ja­nie opo­zy­cji. Nie­zwy­kle trudno jest teraz zorga­ni­zo­wać mani­fe­sta­cję, dozwo­lone są jed­no­oso­bowe pikiety, roz­sta­wione co 50 metrów, ale i na nie trzeba mieć zezwo­le­nie. A i ono nie zawsze uchroni przed aresz­tem. Dziś bycie w opo­zy­cji jest bar­dzo nie­bez­pieczne. Wycho­dzą na place nie­liczni, ale po cichu wspiera ich wielu. Rosyj­ską opo­zy­cję odcięto od tlenu. Ale - prawdę powie­dziaw­szy - całe spo­łe­czeń­stwo odcięto. Od napa­ści na Ukra­inę tele­wi­zyjna pro­pa­ganda osza­lała. Wymy­ślano wio­nące grozą sce­na­riu­sze, poka­zy­wano straszne, reży­se­ro­wane obrazy, wma­wiano ludziom bred­nie o ukrzy­żo­wa­nych przez Ukra­iń­ców chłop­czy­kach i okrut­nych pol­skich koman­do­sach. Sza­leń­stwem prze­sy­cone jest powie­trze. Ukra­iń­ski syn­drom, ide­olo­gia "Krym­nasz" to jad, który zatruł Rosjan.

Nie­mal każ­dego... W maja­kach, które ten jad wywo­łuje, wszyst­kiemu jest winien Waszyng­ton i Pen­ta­gon. Już na długo przed Ukra­iną Putin wygło­sił słynne prze­mó­wie­nie, pod­czas któ­rego padły słowa, że "towa­rzysz wilk dobrze wie, kogo ma zjeść". No to o czym Putin myślał, wypo­wia­da­jąc te słowa? O wilku na Spits­ber­ge­nie? Dalej już Rosja­nom opo­wia­dano tylko to, co dosko­nale wszy­scy znamy: że wszy­scy na nich czy­hają, że wszę­dzie czai się wróg, że muszą bro­nić ojczy­zny...

Kto by wytrzy­mał takie pra­nie mózgu? Men­tal­ność Rosja­nina jest taka: "My się musimy bro­nić cały czas", a ja pyta­łam: "No dobrze, ale przed kim? Czego ten Zachód może chcieć od was, waszej biedy, waszych dziu­ra­wych dróg, zapy­zia­łych przy­chodni, no, czego?". "No jak to czego! Naszej ropy, gazu, naszych złóż na Sybe­rii!". "Na Sybe­rii?" - pyta­łam dalej. "Prze­cież Sybe­rię dobro­wol­nie odda­je­cie Chiń­czy­kom, więc o co cho­dzi? Chiń­czycy zaraz was z tej Sybe­rii wysa­dzą". Żaden argu­ment do nich nie tra­fia, bo dla prze­cięt­nego Rosja­nina to, że on jest nie­na­wi­dzony jest ele­men­tem jego wiel­ko­ści. I trzeba go zro­zu­mieć: bo jak prze­staną go nie­na­wi­dzić, to zna­czy, że on jest nikim. Nie­na­wi­dzi nas Ame­ryka? No, to zna­czy, że jeste­śmy tacy wielcy jak Ame­ryka! Pro­ste jak drut.

Widzi Pani jakąś szansę, żeby to się jed­nak na dobre obró­ciło, żeby Rosja­nie wydo­stali się z tej magmy?

Póki co, nie bar­dzo... Putin jest, co prawda, samotny, oto­czony garstką zaufa­nych zna­jom­ków z KGB, któ­rzy myślą tak jak on i są bar­dzo z nim zwią­zani życio­ry­sowo, jak Sier­giej Iwa­now, Niko­łaj Patru­szew czy Alek­sandr Bastry­kin, ale oni wcale nie są jed­no­myślni. Nato­miast cała tak zwana rosyj­ska oli­gar­chia, czyli ci, co mają pie­nią­dze, ale także i cała biu­ro­kra­cja, a nawet sędzio­wie, w sumie ponad osiem milio­nów ludzi, są w tej chwili w potrza­sku: nie mogą opusz­czać kraju. Jedni na sku­tek sank­cji, innym zabro­nił Putin, bo ponoć znają jakieś tajem­nice pań­stwowe. Nie mogą nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, nie mogą wyjeż­dżać na waka­cje, ale też nie mogą się boga­cić bez­kar­nie w Rosji, bo w każ­dej chwili można im wszystko ode­brać. Spo­dzie­wam się, że oni stwo­rzą tutaj wokół sie­bie jakieś szańce i bastiony, by wła­dza nie mogła się do nich dobrać. Nie można ich prze­cież wszyst­kich poza­bi­jać, nie można ich wszyst­kich wsa­dzić do wię­zie­nia...

To bogaci. A biedni? W tej chwili w Rosji 16 milio­nów ludzi żyje poni­żej gra­nicy nędzy. A ile ich będzie za dwa lata, jeżeli cena ropy cią­gle spada, a sank­cje trwają? Może przyjść taki moment, że to, na czym Putin wygrał abso­lut­nie, czyli na punk­tu­al­nej wypła­cie pen­sji i eme­ry­tur, że to zacznie buk­so­wać...

Na co więc liczy Putin, skoro będzie miał za moment prze­ciwko sobie oli­gar­chów i rze­sze ludzi żyją­cych w skraj­nej nędzy? Liczy na nie­ogra­ni­czoną cier­pli­wość narodu i swoje makia­we­liczne zdol­no­ści. A naród ma słabe bodźce, by się z magmy wydo­stać, bo nie ma skali porów­naw­czej - nie wie, jak można żyć ina­czej. Pro­win­cja rosyj­ska, czę­sto bez kana­li­za­cji, a bywa, że i bez prądu, nie potrafi oce­nić prze­pa­ści, w jaką zepchnęły ją ostat­nie lata. Pamię­tajmy, że za gra­nicę wyjeż­dża nie wię­cej jak 10 pro­cent spo­łe­czeń­stwa. A mało to takich, co za opłotki swo­jej wio­ski kroku nie zro­bili?

My, mówiąc o Rosja­nach, popeł­niamy cią­gle ten sam błąd: przy­rów­nu­jemy sie­bie, Zachód do Rosjan i pró­bu­jemy ich zro­zu­mieć poprzez pry­zmat sie­bie. Tym­cza­sem to są światy, któ­rych się nie da porów­nać. Nasza histo­ria, szes­na­sto­wieczne sej­miki, sta­tuty ogra­ni­cza­jące prawa monar­chy, nihil novi, czyli "nic o nas bez nas", libe­rum veto, wszystko to two­rzyło demo­kra­cję szla­checką, pod­czas kiedy Rosja­nie tkwili w sto­sun­kach feu­dal­nych, a pierw­sza Duma poja­wiła się dopiero w XIX wieku. Popeł­nia­li­śmy błędy, to prawda, ale nasze usta­wo­daw­stwo wzmac­niało pozy­cję jed­nostki i zmu­szało monar­chę do posza­no­wa­nia praw innych. Całe wieki naszej histo­rii pra­co­wały na to, że u nas mogła się poja­wić Soli­dar­ność. Nie mówiąc już o roz­woju demo­kra­cji w Anglii czy Fran­cji. A w Rosji cała histo­ria pra­co­wała prze­ciwko naro­dowi, długo nie dawała moż­li­wo­ści spo­łecz­nego roz­woju. Nic dziw­nego, że - co twier­dzą sami Rosja­nie - są spo­łe­czeń­stwem infan­tyl­nym. Bo jeśli przez stu­le­cia naród jest kar­miony baśniami i mitami, no to żyje w tej ułu­dzie i nie ma ani moty­wa­cji, ani moż­li­wo­ści, by doj­rze­wać.

Jedno jest pewne: Putin będzie bro­nił do upa­dłego immu­ni­tetu, jaki daje mu urząd. Cho­ciażby dla­tego, że od czasu pracy w peters­bur­skim mero­stwie figu­ruje w świa­to­wych kar­to­te­kach poli­cyj­nych jako jeden z potęż­niej­szych bos­sów han­dlu nar­ko­ty­kami i bro­nią, co wypły­nęło pod­czas ostat­niego pro­cesu w spa­wie zabój­stwa Litwi­nienki. W Peters­burgu cały port zbu­do­wali, do któ­rego przy­pły­wały ładunki z Kolum­bii... A poza tym Cze­czeni oskar­żyli Putina przed odpo­wied­nimi try­bu­na­łami o zbrod­nie wojenne, a te sprawy się nie przedaw­niają. To wszystko jest udo­wod­nione, to wszystko leży i czeka. I Putin będzie wal­czył do ostatka, żeby przed mię­dzy­na­ro­do­wymi sądami nie odpo­wia­dać. Pozo­staje tylko pro­blem, czy jego zabiją czy on się zastrzeli, czy się zde­ma­te­ria­li­zuje, by inco­gnito odpo­czy­wać w jakichś swych taj­nych zamczy­skach, czy też spo­koj­nie odda wła­dzę w zaufane ręce i poje­dzie grzać się w Soczi. Ale wszel­kie pro­gnozy co do Putina to wró­że­nie z fusów, nie­pro­duk­tywna roz­rywka.

A co po Puti­nie?

W latach 90. bar­dzo lubi­łam gadać z gene­ra­łem Alek­san­drem Lebie­dziem. Był to wiel­kiego for­matu nacjo­na­li­sta, ow­szem, ale jed­no­cze­śnie czło­wiek, który nie­na­wi­dził wojny do szpiku kości. Gdy pyta­łam go, jak widzi Rosję za kilka, kil­ka­na­ście lat, powta­rzał: "Zoba­czy pani, następną fazą w Rosji będzie faszyzm". I wszystko zmie­rza w tym kie­runku... Obym się myliła.

A czym dla Pani oso­bi­ście były te ostat­nie lata, rok 2013 i 2014, gdy patrzyła Pani na pło­nący Maj­dan i gdy chwilę potem zapło­nął wschód Ukra­iny?

Były naj­pierw wielką rado­ścią, bo na Maj­da­nie jakby rodziła się nowa Ukra­ina, a skoń­czyły się wiel­kim bólem. Znowu domy zbu­rzone poci­skami, rakie­tami, okna bez szyb, czołgi, rakiety, zroz­pa­czeni ludzie, dzieci w piw­ni­cach, trupy w ruinach... Jak w Cze­cze­nii, jak w Gru­zji... Donieck, Debal­cewo, Ługańsk. I totalne, nie­praw­do­po­dobne kłam­stwa Putina, któ­rego ame­ry­kań­ski "Time" nie omiesz­kał dwu­krot­nie nazwać "czło­wie­kiem roku".

Gdy patrzy­łam na pło­nący Maj­dan, to mia­łam ogromną nadzieję, że Zachód w tej spra­wie zachowa się lepiej i że śmierć na Maj­danie nie pój­dzie na marne. Ale znowu mamy to samo... Zachód jest ostrożny, zacho­waw­czy, a główną akcję na boisku roz­grywa chu­li­gan, który fau­luje i mówi: "Będziemy grać według moich reguł, bo jak nie, to nici z inte­re­sów! ". No i część wystra­szyła się tego fau­lo­wa­nia... Rosja wzięła sobie Krym i wschod­nią Ukra­inę przy - jak to okre­śliła Dalia Gry­bau­ska­ite, litew­ska pani pre­zy­dent - "okla­skach świa­to­wych lide­rów, któ­rzy Ukra­inie nie bar­dzo pomo­gli". Tyle tylko że Ukra­ina to już nie jest maleńka Gru­zja czy Cze­cze­nia, to pięć­dzie­siąt milio­nów ludzi, wresz­cie to pań­stwo, z któ­rym sąsia­duje NATO... Jaki więc mógł być kolejny krok Putina? Zepchnię­cie Ukra­iny z pierw­szych stron gazet: stwo­rze­nie Euro­pie pro­blemu z uchodź­cami przy aktyw­nej pomocy Rosji, i spo­tę­go­wa­nie tego pro­blemu poprzez bom­bar­do­wa­nie Syrii. Unia się trzę­sie w posa­dach, rządy zmie­niają się według życzeń Kremla, wszystko gra, gang­ste­rzy górą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki