Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky

Kup ebooka

17.84 zł
14.81 zł (14,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Drogi się krzyżują

Siedem dni wcześniej.

Słońce wisiało na niebie wyznaczając środek słonecznego dnia, jednego z pierwszych po długiej i srogiej zimie, którą mieszkańcy okolic zapamiętają jako zimę stulecia. Mimo że był już początek kwietnia, mróz nie odpuszczał, a wysokie na pół metra zaspy śniegu, usypane wzdłuż pełnych śmieci przydrożnych rowów i popękanych asfaltowych jezdni, wcale nie topniały.

Drogi w okolicy były liche, bo nikt nie dbał o to by zmienić ich stan. Od lat nie było specjalnej potrzeby, by dojeżdżać czy wyjeżdżać. Życie mieszkańców, garstki starców, zapomnianych przez świat, toczyło się spokojnie w rytmie wyznaczanym przez pory roku. Było ich tu może czterdziestu. Od czasów przybycia nowego proboszcza nikt do nich nie zaglądał. Aż nagle, zupełnie niespodziewanie, zaszła zmiana. Pozornie nic nieznacząca, jednak ogromna dla tych, którzy stali przed wiejskim sklepem, opierając wątłe ciała o ramy zdezelowanych rowerów.

Na wyłożony betonowymi płytami parking zajechało czarne BMW X6 E71. Sześciocylindrowy silnik kolosa zawył, a potem ucichł, dając ludziom chwilę, by mogli nacieszyć się widokiem limuzyny i kobiety wyglądającej przez uchyloną szybę.

- Do plebanii to tędy? - zapytała kobieta.

Była młoda, ładna i miała wyraźny obcy akcent. Pytająco wpatrywała się w twarz starca stojącego najbliżej.

- Tak, tędy, prosto i w lewo leśną drogą! - odpowiedział tamten, wsuwając zmarznięte ręce do kieszeni kurtki. Kilku młodych mężczyzn zaczęło rechotać, kręcąc się koło drzwi sklepu, z wiszącym nad nimi neonem "Super Sam Albert".

Plebania parafii św. Mateusza Apostoła i Ewangelisty znajdowała się pięć kilometrów dalej. Bogiem a prawdą nikt z tutejszych nie śmiał nazywać plebanią tego przybytku bożej łaski. Była to raczej zapomniana zabudowa, składająca się z walącego się kościoła z czerwonej cegły z dzwonnicą, która dwa lata temu wpadła do środka, przewracając się na ołtarz, niczym znak czasów. Był tam też budynek dwupiętrowy, lichy, przaśny, niegdyś jednak piękny, w którym wedle legendy zakonnice kościoła mariawickiego ukrywały dzieci i starców przed zakusami wojennych rozrób, dobiegającymi echem od miasta Łodzi. Najstarsi mieszkańcy Sobótki Nowej pamiętali jak w lecie 1944 roku, nocami, gdy chmury nie były zbyt gęste, a księżyc świecił w pełni, z tamtejszego cmentarza było widać brunatną łunę z dymu i popiołu, unoszącą się nad płonącym gettem.

Kobieta nawet nie podziękowała. Zamknęła okno, silnik zawył - i tyle ją widzieli. Tyle w zupełności wystarczyło, by w ciągu kilku minut wieść o przybyciu obcej do Sobótki Nowej rozniosła się po okolicy lotem orła.

Kilka minut później, gdy ludzie zaczęli gadać, a pod sklepem zaroiło się od kum, kilka kilometrów dalej BMW zajechało pod bramę plebanii. Dookoła panowała cisza, przerywana od czasu do czasu jedynie złowrogim krakaniem wron. Kobieta wysiadła z auta, nałożyła na nos okulary przeciwsłoneczne i zdecydowanym krokiem ruszyła ścieżką w kierunku budynku z czerwonej cegły. Miała na sobie karmelowy płaszcz od Chloe, dżinsy z metką Armani i ledwie widoczną pod połami płaszcza białą koszulę od Valentino. Jej czarne włosy spięte w kucyk, rozsypały się smagane wiatrem. Nie poprawiła ich, zamiast tego otuliła się szczelniej płaszczem i postawiła kołnierz.

Nagle usłyszała za plecami męski głos:

- Pietrowna?

Kobieta gwałtownie się odwróciła. Młody mężczyzna, wysoki i postawny, szedł w jej stronę. Z jego twarzy nie schodził serdeczny uśmiech.

- Zoja Pietrowna, zgadza się - odpowiedziała, mierząc go wzrokiem.

- Miło, naprawdę miło panią poznać! - ucieszył się mężczyzna. W jego głosie pobrzmiewał silny niemiecki akcent. - Czekaliśmy tu na panią.

Podszedł bliżej i wyciągnął rękę na powitanie. Jego dłoń okazała się być chłodna, a uścisk silny i zdecydowany; dokładnie taki, jakiego oczekiwała za każdym razem, gdy w grę wchodziły duże pieniądze lub szybkie załatwienie spraw.

- Piotr Gruner. Jestem proboszczem tej parafii. To ze mną rozmawiała pani przez telefon kilka dni temu.

- Ach... no tak - zdziwiła się Zoja.

Poczuła się nieswojo. Nie tak wyobrażała sobie proboszcza parafii w zapadłej dziurze na końcu świata. Miał w sobie delikatny, chłopięcy urok, połączony z męską stanowczością. Jego ciemne oczy były przenikliwe i bystre. Mimo paskudnego stroju, jaki miał na sobie, dało się zauważyć dobrze zarysowane barki i mięśnie, wypracowane zapewne dzięki systematycznemu uprawianiu sportu. Był wysoki, co Zoja bardzo lubiła w mężczyznach.

- Bałem się, że pani nie dojedzie. Jeszcze w nocy sypał śnieg. To niespotykane jak na początek kwietnia, tym bardziej, że zima była długa i wyjątkowo ciężka. W wielu miejscach w okolicy nadal leżą wysokie zaspy. Nocą temperatura potrafi spaść do zera. Ciężkie warunki, jak dla kogoś, kto na co dzień żyje w największej metropolii świata - powiedział zatroskanym tonem.

Zoja przyznała mu rację. Kiedy nad ranem wysiadła z samolotu, na płycie lotniska uderzył ją niemal arktyczny chłód. Przy wynajmowaniu samochodu z wypożyczalni trzęsła się z zimna, a kiedy wyjeżdżała z Warszawy, po zewnętrznej stronie szyb widać było szron. W Nowym Jorku zima nie była tak sroga, a wiosna przychodziła na czas. W Nowym Jorku w kwietniu nie było mowy o śniegu czy mroźnych nocach. W Nowym Jorku...

- Zapraszam do środka - zaproponował ksiądz i wskazał ręką na budynek. - Specjalnie na pani przyjazd upiekłem ciasto. Zaparzę herbaty, rozgrzeje się pani.

Ciasto? Facet upiekł ciasto? Zoja wzdrygnęła się na samą myśl, że będzie musiała cokolwiek przełknąć, choćby miała to być najzwyklejsza herbata.

Ukryła ręce w przepastnych kieszeniach wełnianego płaszcza i ruszyła za księdzem. Szli ścieżką, kiedy Zoja usłyszała przeraźliwe krakanie. Przestraszona, podniosła głowę. Ogromna wrona przysiadła na gałęzi sosny, tuż obok niej. W parę sekund zleciało się jeszcze kilka i także zaczęły krakać. Zoji wydało się to idiotyczne, absolutnie niemożliwe, jednak przeleciało jej przez myśl, że wielkie ptaszyska obserwują każdy jej krok.

"Jak to było?" - pomyślała Zoja. "Melanie spotyka przystojnego prawnika, Mitcha. Kupuje dla niego papużki nierozłączki, jedzie z nimi na wieś, a tam, na plaży atakuje ją mewa..."

- Oglądał ksiądz Ptaki, Hitchcocka? - zapytała kilka minut później Zoja, siedząc na krześle przy okrągłym stole nakrytym białym obrusem.

Ksiądz wyjrzał z kuchni.

- Oglądałem. Ale szczerze przyznam, nie lubię Hitchcocka.

Zoja westchnęła i zaczęła się bawić, gniotąc w palcach serwetkę. Nie spodziewała się innej odpowiedzi. Ksiądz, żyjący na końcu świata, niemający nawet telewizora, nie może znać żadnych dobrych filmów. Nawet, jeśli ukończył wybitną uczelnię w Genewie i nawet jeśli - tak jak mówi - zwiedził wiele miejsc na świecie. Będąc księdzem od dziesięciu lat, miał na pewno wąskie pole zainteresowań. Tylko czekała, aż zacznie kadzić o demoralizacji albo czymś podobnym, co ma związek z rolą kina w życiu przeciętnych ludzi.

- Skomplikowane zachowania ludzkie i złożoność sytuacji za bardzo mnie przytłaczają - kontynuował ksiądz.

Tak, tak, typowy marudny klecha...

- Wolę komedie. Albo coś w stylu Felliniego.

Zoja drgnęła. Z zaciekawieniem spojrzała na księdza i powiedziała dokładnie to, co myśli o różnicy między filmami Felliniego a Hitchcocka.

- Też wolę Felliniego, La Dolce Vita to mój ulubiony film. I te czarno-białe ujęcia, idealne na chłodne wieczory w domu... - rozmarzyła się Zoja, ale szybko wróciła do tematu. - Ale tam dopiero mamy skomplikowane sytuacje i trudnych bohaterów.

Ksiądz przyglądał jej się z coraz większym rozbawieniem. Zupełnie jakby odgadł, że z początku Zoja wzięła go za niezbyt obeznanego w kwestii kina i nie tylko.

- Tak, ale Fellini dotyka tego, co tkwi w zewnętrznych warstwach człowieka, tego jak postrzega życie, a nie, jak je sobie rujnuje popełniając zbrodnię - zmierzył Zoję nieoczekiwanie chłodnym spojrzeniem. - Chociaż może zbrodnią samą w sobie jest zbyt łatwe postrzeganie życia...

Poczuła się lekko dotknięta tą uwagą.

- Co ksiądz chce przez to...

W pokoju rozległ się odgłos pukania w szybę. Zoja prawie krzyknęła ze strachu. Jakiś mężczyzna stał pod oknem, próbując zajrzeć do środka. Ksiądz pomachał do niego, a potem szybko poszedł otworzyć drzwi.

- To pan Kraśko z zakładu pogrzebowego - przedstawił mężczyznę, wprowadzając go do pokoju.

- Miło panią poznać - powiedział tamten i ukłonił się zsuwając z głowy puchową czapkę z daszkiem.

Zoja uśmiechnęła się chłodno. Dziękowała w duchu, że nowoprzybyły nie zdecydował się uścisnąć jej ręki. Miał ogromne, zgrabiałe dłonie i brud pod paznokciami, jakby używał ich do pracy zamiast łopaty.

- Wracam z prosektorium - powiedział. Jego głos był niski i donośny. Cokolwiek mówił, brzmiało to tak, jakby wygłaszał ostatnie pożegnanie. - Pojechaliśmy na jedenastą, tak jak było ustalone. Miało być na dziewiątą, ale przez mgłę wolałem przesunąć na później, bo drogi zmarznięte i trudno się jedzie - spojrzał na Zoję, przyglądającą mu się ze zniecierpliwieniem . - Zresztą to bez znaczenia, czy dziewiąta czy jedenasta, bo i tak musieliśmy czekać, a i z czekania nic nie wyszło - bezradnie rozłożył ręce.

Podszedł do stołu i położył czapkę obok szklanek i imbryka z herbatą, które naszykował ksiądz. Wziął z talerza spory kawałek ciasta i wcisnął go sobie do ust. Mlaszcząc, zaczął mówić dalej:

- Ciała nie chcieli wydać. Powiedzieli, że dokumentów nikt nie podpisał, ot co. Jakiś człowiek, z którym się umawiali, nie przyjechał. Dali nam do niego numer, ale od kilku godzin nikt nie podnosi słuchawki. Powiedzieli, że jak ktoś z rodziny nie przyjedzie i nie podpisze kwitów, nie wydadzą. Cały problem w tym, że nie ma za dużo czasu. Jeśli pogrzeb ma być jutro w południe, musimy dziś odebrać ciało. Trzeba zmarłą przygotować. Ubrać. Umalować. Do trumny złożyć, no i do kaplicy przewieźć, żeby już na ostatnią drogę czekać mogła.

Zoja przyglądała się Kraśce z oburzoną miną. Zapewne nie załatwił sprawy jak trzeba, niezbyt się postarał i teraz szuka wymówki. To częste, niezależnie od tego czy mowa o ludziach z Nowego Jorku, czy jakiejś tam wsi pod Łodzią.

- Może w takim razie trzeba pojechać - rzuciła zaczepnym tonem.

Kraśko wybałuszył oczy.

- Niby gdzie?

- No do tego kogoś, kto miał odebrać ciało - powiedziała Zoja, kręcąc głową z dezaprobatą.

Kraśko szykował się, żeby wziąć kolejny kawałek ciasta, ale cofnął rękę i zaczął się drapać po brodzie.

- No... To ja właśnie po to przyjechałem.

Zoja zamarła. Nie spodziewała się, że tak szybko będzie zmuszona stawić czoła największemu problemowi. Żeby przeciągnąć czas, wyjęła papierosy i zapalniczkę z torebki, i podeszła do okna. Uchyliła lufcik i odpaliła jednego, nie pytając czy ksiądz lub jego gość mają coś naprzeciwko. Strzepnęła popiół do doniczki z fikusem i odsunęła firankę, żeby wyjrzeć na dwór. Tak jak się obawiała, żaden nowy samochód nie pojawił się na parkingu.

- Czy ten mężczyzna, który miał odebrać ciało, to jedyna osoba z rodziny? - zapytała.

Nagły powiew wiatru wdarł się do pokoju. Lufcik uderzył o framugę. Żółtawa firanka zafalowała i uniosła się w powietrzu, niczym żałobny kir. Ksiądz i Kraśko jednocześnie wlepili w nią oczy. Wyglądali tak, jakby ktoś jednocześnie zdzielił ich łopatą po głowach.

- Nie bardzo rozumiem - wydukał Kraśko, wybałuszając oczy.

- Ja też nie - dodał ksiądz.

Zoja westchnęła ciężko. W jej oczach nagle pojawiły się łzy. Widać było, że mówienie przychodzi jej z trudem.

- Nazywam się Zoja. Zoja Pietrowna - westchnęła znowu. - Ta kobieta, której pogrzeb ma się odbyć, podobno jest moją babką. Nie mogę tego potwierdzić, bo o tym, że tak jest, dowiedziałam się zaledwie dwa tygodnie temu, a ktoś kto obiecał mi to wszystko wyjaśnić, miał tu być na pierwszą - spojrzała na zegar wiszący na ścianie i ukryła twarz w dłoniach.

W pokoju zapadła grobowa cisza. Ksiądz zerknął na zegar i zaczął pod nosem liczyć czas. Kraśko opadł na krzesło i kręcąc głową wepchnął sobie do ust kolejny kawałek ciasta. Jadł na tyle łapczywie, że w pewnym momencie zakrztusił się. Momentalnie zbladł i próbował nabrać powietrza, jednocześnie pokazując ręką na plecy. Ksiądz natychmiast podbiegł i rąbnął go w nie z całej siły.

- Dzięk... oj... dziękuję... - wysapał Kraśko, biorąc głęboki wdech. Jego twarz zaczęła nabierać kolorów - Byłbym... - zakasłał - ...byłbym zszedł.

- Nie daj Boże, panie Kraśko, nie daj Boże! - powiedział ksiądz i zrobił w powietrzu znak krzyża.

Zoja nie wiedząc co robić, zaśmiała się nerwowo.

- Pani się śmieje, a to nic śmiesznego. Nic śmiesznego taka śmierć! - oburzył się Kraśko.

- No już, już. Trochę śmiechu nie zaszkodzi panie Kraśko - odpowiedział mu ksiądz, po czym nachylił się nad stołem i ściszył głos do szeptu. - Niech się pani nie martwi. Moim zdaniem pół godziny to właściwie żadne spóźnienie. Ja wierzę, że jest pani wnuczką zmarłej i nie widzę powodu, dla którego ktokolwiek miałby to podważać.

- Ale dokumentów w prosektorium nie podpisze... - żachnął się Kraśko.

Widać było, że interesuje go wyłącznie doprowadzenie sprawy pogrzebu do końca.

- Cicho panie Kraśko, cicho... - skarcił go ksiądz i znowu odwrócił się do Zoi. - Do niczego pani nie zmuszam, ale pan Kraśko ma trochę racji. Trzeba odebrać ciało.

Choć Zoja czuła się tak, jakby żar rozczarowania palił jej wnętrzności, a złość rozsadzała umysł, musiała przyznać, że to co mówił ksiądz, miało sens. Pomoże jemu i Kraśce, a do tego czasu ten, na kogo czeka, na pewno zdąży się pojawić.

Tak, na pewno zdąży.

Przecież obiecał.

Kiedy kilkadziesiąt minut później zajechali pod Uniwersytecki Szpital Kliniczny imienia Norberta Barlickiego, ciemne chmury przesłoniły słońce, a z nieba lunął deszcz. Wycieraczki szurające rytmicznie po przedniej szybie, rozgarniały gęste krople na boki.

Zoja przekręciła kluczyk w stacyjce tylko o pół obrotu, chcąc jak najdłużej cieszyć się miłym ciepłem z nawiewu. Wyjrzała na parking.

- No i gdzie ten Kraśko?

- Może przyjechał przed nami i jest już w środku - powiedział spokojnie ksiądz. Siedział na fotelu pasażera i z na wpół przymkniętymi oczami przekładał w palcach paciorki różańca.

- Nie widzę nigdzie karawanu - nie dawała za wygraną Zoja.

- Pewnie zaparkował pod wejściem do prosektorium. Szczęściarz z niego, w taką ulewę też wolałbym nie obchodzić całego szpitala dookoła.

Zoja pokręciła głową. Wcale nie była tego taka pewna. Kraśko od początku wydawał się jej podejrzany i za nic nie zmieni zdania - no chyba, że wyskoczy zza rogu i dołączy do nich w drodze do prosektorium. Ale na to nic nie wskazywało.

Wyłączyła silnik, spięła włosy w kucyk i wzięła płaszcz z tylnego siedzenia. Ksiądz schował różaniec do kieszeni, poprawił koloratkę i zasunął bluzę, zarzucając na głowę kaptur.

- Idziemy? - rzucił otwierając drzwi, jakby nadal bał się, że kiedy wysiądzie, Zoja może odjechać.

- Nie mamy innego wyjścia.

Wyobraźnia podpowiadała jej inne rozwiązanie. Wciąż może wyciągnąć nogę z kałuży, wsadzić ją do samochodu, zatrzasnąć drzwi i przekręcić kluczyk. Może odjechać. Docisnąć pedał gazu i opuścić parking, i stojącego w strugach deszczu księdza, który wpatrywałby się w niknące w oddali reflektory jej auta. Może się wycofać, jak wiele razy w życiu, kiedy uznawała, że transakcja, do której ma dojść nie przyniesie jej korzyści, na jakie liczyła. Może się wycofać, jak kilka lat temu, kiedy życie zaczęło ją przerastać...

Ksiądz zapukał w szybę. Stał na zewnątrz i przyglądał się Zoi, skąpany w strugach deszczu. Wciąż jeszcze zatopiona w niespokojnych myślach, spojrzała na jego twarz. Ukryta pod kapturem, wyglądała upiornie, niczym maska. Wzdrygnęła się i przymknęła oczy.

Tak, maska.

"A może to właśnie ja noszę maskę, którą boję się zdjąć?" - pomyślała.

- Dosyć tego - wyszeptała Zoja i energicznie wysiadła, stając z kluczykami w dłoni obok księdza. Wielkie krople zimnego deszczu spadały z góry, przeciekając przez kołnierz w płaszczu Zoi. W przeciwieństwie do księdza nie miała kaptura i bardzo tego żałowała.

Lawirując pomiędzy zaparkowanymi samochodami, próbowali przedostać się na chodnik. W pewnej chwili Zoja o mały włos nie wpadła pod wyjeżdżające audi. Kierowca docisnął hamulec, koła zawyły na śliskiej nawierzchni, auto zatrzymało się dosłownie przed jej nogami. Przeciągły dźwięk klaksonu prawie przyprawił Zoję o zawał. Gdyby nie natychmiastowa reakcja księdza, który odciągnął ją na chodnik, przewróciłaby się na maskę. Idąc w kierunku szpitala, jeszcze przez dłuższą chwilę słyszeli, jak wściekły kierowca wydziera się, wygrażając Zoi pięścią przez szybę.

Na wysokości głównego wejścia do szpitala skręcili w lewo i poszli na przełaj rozmokniętym trawnikiem, do niewielkiego budynku ukrytego pośród gęsto rosnących sosen i jodeł. Na chwilę przystanęli pod wiatą.

- Tak jak myślałam, nie ma karawanu - powiedziała Zoja, rozglądając się po niewielkim parkingu wyłożonym betonowymi płytami, które pod wpływem deszczu zamieniły się w ogromną kałużę.

- Faktycznie - odpowiedział ksiądz, chowając telefon do kieszeni. W jego głosie dał się słyszeć cień zawodu. - Kraśko nie odbiera telefonu.

- Czułam że tak będzie.

Ksiądz bezradnie zamachał rękoma. Wszedł po schodach i nacisnął na sfatygowany przycisk dzwonka. Po chwili system zabrzęczał jednostajnym niskim dźwiękiem i drzwi się otworzyły. Ksiądz wszedł do środka pierwszy, Zoja z niepewną miną tuż za nim.

Znaleźli się w słabo oświetlonym korytarzu bez okien. Zoja zdjęła przemoczony płaszcz i rzuciła na jedno z krzeseł stojących w długim rzędzie pod ścianą. Przyśpieszyła kroku, chcąc dogonić księdza idącego w stronę stanowiska, które miało chyba służyć interesantom jako namiastka szpitalnej rejestracji.

- Śmierdzi tu lizolem... - skrzywiła się Zoja, kiedy już go dogoniła.

- Jak to w szpitalu - wzruszył ramionami ksiądz.

Ich kroki odbijały się echem od wysokiego sufitu. Blade światło rzucało cienie na podłogę wyłożoną prostokątnymi kaflami w stylu przedwojennych angielskich szpitali. Długi rząd krzeseł, ciągnący się wzdłuż ściany od wejścia, zastąpiły teraz metalowe sarkofagi na kółkach, ustawione po obu stronach korytarza.

"Klaustrofobiczna trupiarnia" - pomyślała Zoja, ze wstrętem spoglądając przed siebie. Siedząca za szybą rejestracji otyła pielęgniarka w białym kitlu, obserwowała każdy ich krok. Od pierwszej chwili zrobiła na Zoi fatalne wrażenie.

- Pani po kogo?

Zoja położyła na blacie paszport.

- Trocińska.

- Zofia - dodał ksiądz.

Pielęgniarka nieprzytomnie zatrzepotała rzęsami. Niespokojnie poderwała się z obrotowego krzesła, otworzyła jakiś zeszyt i przeleciała po nim wzrokiem. Znalazłszy to czego szukała, porwała z biurka telefon i zniknęła za przeszklonymi drzwiami, jakby nie chciała, żeby słyszeli jej rozmowę. Po krótkiej chwili wróciła, odłożyła telefon na miejsce i bez słowa zaczęła nerwowo spoglądać w stronę korytarza po lewej stronie.

W oddali zaskrzypiały drzwi. Z początku ciche, potem głośniejsze szuranie chodakami potwierdziło przypuszczenia Zoi, że ktoś został pilnie poproszony do recepcji.

Na horyzoncie pojawił się niski mężczyzna w wygniecionym białym kitlu. Sprawiał ponure wrażenie, a do tego bił od niego silny zapach chloru i innych środków do dezynfekcji. Przywitał się z księdzem, jakby z rozmysłem ignorując obecność Zoi. Jego obcesowość i bezosobowy sposób zwracana się były tak samo koszmarne, jak kolejny korytarz, jakim poprowadził ich chwilę później, kierując się w kierunku sali A32.

Z przeciwległego końca korytarza wyłoniło się dwóch pielęgniarzy pchających wózek z ciałem.

Na ich widok Zoja gwałtownie przystanęła. Blada jak ściana za jej plecami, złapała księdza za rękę.

- Nie dam rady... - wyjęczała, próbując złapać oddech.

- Pani Zoju.... - spróbował ją uspokoić ksiądz. - Wszystko będzie dobrze.

Zasłoniła usta dłonią i pokiwała głową.

- Nie będzie. Zaraz się zrzygam - wyjęczała.

Pielęgniarz odwrócił się i powiedział:

- Toaleta jest na końcu korytarza. Drzwi powinny być otwarte... - zamachał ręką i zrobił krok w tył, żeby Zoja mogła go ominąć.

Przez chwilę dało się słyszeć jedynie stukanie obcasów o podłogę. Potem zapanowała cisza, przerywana jedynie głośnymi westchnieniami księdza, spoglądającego z lękiem w stronę drzwi łazienki. Po chwili dało się słyszeć ciche skrzypnięcie drzwi i coraz głośniejszy odgłos kroków.

- Już lepiej? - zapytał ksiądz, kiedy Zoja podeszła bliżej.

Pokiwała głową i zmieniła chusteczkę, którą przyciskała do mokrego czoła.

- Jak bardzo pani nie chce, może pani nie wchodzić - zaproponował pielęgniarz.

Zoja spojrzała z nadzieją na księdza.

- Zrobi to ksiądz dla mnie?

Spojrzał na nią ze zdziwioną miną, kiwnął na pielęgniarza, po czym obaj zniknęli za półotwartymi, masywnymi drzwiami ze stali.

Zoja wzięła głębszy wdech i usiadła na podłodze, opierając głowę o ścianę. Chłód kafelków był przyjemniejszy niż się spodziewała, a zapach lizolu nie tak ostry jak jeszcze chwilę temu.

"Uspokoję się i wszystko będzie dobrze" - pomyślała Zoja.

Zamknęła oczy i podparła głowę rękoma. Miała gdzieś to, co pomyśli ktoś, kto będzie przechodził korytarzem. Na razie dookoła panowała cisza, a ostre światło, padające przez wąską szparę w niedomkniętych drzwiach sali, rzucało na podłogę tuż przy jej nogach trójkątny snop żółcienia. Wyglądało na to, że ksiądz i pielęgniarz świetnie sobie radzą bez niej. Słyszała ich cichą rozmowę, z której wynikało, że wszystko idzie zgodnie z planem. Tak jak mówił za drzwiami ksiądz, podpisze dokumenty, a wtedy ludzie z zakładu będą mogli odebrać ciało.

- Kraśko... - wyszeptała nagle Zoja, czując tępe ukłucie w środku głowy. Nagle pod na wpół przymkniętymi powiekami błysnęło światło. Obrazy pojawiły się znienacka, przesuwając się jak taśma w nadpalonej kliszy. Postać mężczyzny w habicie, grożącego Zoi palcem była tak wyraźna, że oblał ją lodowaty pot. Poczuła nagły przypływ winy. Co by powiedział, gdyby nagle się tu zjawił i zobaczył ją siedzącą na podłodze pod drzwiami sali, w której leży ciało jej babki, czekające na ostatnią drogę? Co ona sobie w ogóle wyobraża, zrzucając na innych odpowiedzialność...

Zoja poderwała się na równe nogi jak rażona piorunem. Podbiegła do drzwi i rozsunęła je na całą szerokość, wchodząc do środka.

Mrużąc oczy spojrzała na stojącego tyłem do niej księdza, który na jej widok gwałtownie się odwrócił. Pielęgniarz, nachylający się nad zawieszoną nisko szeroką stalową półką, którą miał zamiar wsunąć do ogromnej chłodni, stanął na baczność.

Zoja wzięła głęboki wdech, próbując opanować przerażenie. Zrobiwszy kilka niepewnych kroków, podeszła bliżej i stanęła obok księdza. Jej wzrok powoli powędrował w kierunku ciała. Martwa kobieta była niewielkiego wzrostu. Miała długie białe włosy, opadające wzdłuż ramion. Jej twarz wyglądała na spokojną, a im dłużej Zoja się w nią wpatrywała, tym bardziej czuła, że nie ma w niej żadnych wspomnień, które - jak liczyła - mogłyby nagle odżyć w jej umyśle, pozwalając poczuć choć cień żalu po stracie. Zoja przeniosła wzrok na ciało i dopiero teraz przyszło jej do głowy, że coś tu nie pasuje.

Spojrzała na księdza i nie mogąc się zdecydować, czy jej słowa go nie urażą, rzuciła najogólniej jak umiała:

- Wydaje mi się, że kiedy wsadzają trupa do lodówki, jest nagi.

Ksiądz najpierw spojrzał na nią, jakby powiedziała, że potrzebuje egzorcysty, a dopiero po chwili nieznacznie skinął głową, jakby przyznawał jej rację.

- Nie, niech pan nie wychodzi, proszę tu zostać i wyjaśnić mi o co chodzi! - krzyknęła Zoja do pielęgniarza, który jedną nogą stał już na korytarzu.

Odwrócił się i rzucił przestraszonym tonem, po czym czmychnął jak mysz:

- Ja nic nie wiem, proszę pytać lekarza!

- No pięknie. Po prostu cudownie - powiedziała Zoja z wściekłością. Spięła ciasno włosy i poprawiła koszulę. - Naprawdę uważa ksiądz, że zapytałam o coś niewłaściwego? Nigdy nie widziałam, żeby ciało w chłodni było okryte prześcieradłem. W żadnym filmie.

Ksiądz zastanowił się przez chwilę, po czym dodał niepewnie:

- Nie wydało mi się to dziwne do czasu, aż nie zwróciła pani na to mojej uwagi. Faktycznie, niezbyt to częste. No chyba, że chcą coś przed nami ukryć.

Zoja spojrzała na księdza wskazując głową na ciało.

- Zrobi to ksiądz?

- Znowu ja?! - oburzył się, ale podszedł do ciała.

Zoja zasłoniła oczy i zacisnęła usta. Gdy je znowu otworzyła, wydała z siebie krzyk przerażenia.

- Co oni... - wyjęczała słabym głosem, wskazując ręką na linię grubych szwów, idących od klatki piersiowej aż po łono kobiety. Nie było wątpliwości, że została rozpłatana na pół i za pomocą grubych chirurgicznych nici poskładana w całość. Nawet laik taki jak ona mógł ocenić, że zostało to zrobione dość niezręcznie, jakby ktoś bardzo się spieszył.

Dosłownie w tej samej chwili w drzwiach pojawiła się sylwetka mężczyzny w zielonym uniformie. Miał na rękach pokryte krwią rękawiczki, a z szyi zwisała mu maseczka. Wyglądało na to, że został oderwany od pracy.

- Pani jest wnuczką zmarłej, tak?

Zoja przytaknęła.

- A ten pan?

- Ten pan... ten pan to też rodzina - skłamała Zoja, siląc się na spokojny ton.

Lekarz splótł ręce na piersi i wszedł do sali, wyraźnie oburzony.

- Nazywam się Witold Grądziela i to ja wykonywałem sekcję zwłok - jego ton nie pozostawiał złudzeń, że traktuje Zoję i księdza jak intruzów. - Rozumiem, że nie zostaliście państwo poinformowani o jej wynikach?

- Nie. Co gorsza, nikt nie pytał nas o zgodę przed jej wykonaniem - rzuciła groźnie Zoja.

Lekarz wydawał się niewzruszony. Oparł się plecami o skraj wysuniętej szuflady, tuż obok ciała, po czym spojrzał na Zoję pełnym niechęci wzrokiem.

- W sytuacji, gdy nie możemy ustalić przyczyny zgonu w sposób jednoznaczny, mamy prawo przeprowadzić sekcję zwłok bez pytania rodziny o zgodę.

- Co właściwie chce pan przez to powiedzieć? - zapytała Zoja.

- To co powiedziałem - odparł ze złością lekarz.

Nagle w drzwiach pojawiła się kolejna postać. Był to mężczyzna w podobnym, lekarskim uniformie. W przeciwieństwie do patologa miał uśmiech na twarzy i nie wyglądał na przytłoczonego obowiązkami, chociaż i on przyglądał się Zoi i księdzu z podejrzliwą miną.

- Przepraszam, nie mogłem szybciej - rzucił przepraszająco.

- Nie szkodzi, nie zaszliśmy zbyt daleko - odpowiedział oschle patolog i zabrał się do zdejmowania rękawiczek. Ostentacyjnie uścisnął jego dłoń, ewidentnie chcąc pokazać Zoi, że tylko wybrani zasługują na takie względy.

- Krzysztof Jaros, jestem zastępcą ordynatora oddziału onkologicznego - przedstawił się nowoprzybyły i zaraz uścisnął rękę Zoji, a potem księdza. - Byłem lekarzem prowadzącym pani... - przerwał, spoglądając pytająco na Zoję.

- Była moją babką - powiedziała z trudem Zoja.

Otworzył teczkę, którą trzymał pod pachą i wyjął z niej kilka dokumentów. Zerknął na nie, kiwając głową, jakby chciał się upewnić, że pamięta historię choroby, po czym zaczął mówić:

- Pacjentka została przyjęta na oddział onkologiczny w stanie ogólnym dobrym, szóstego kwietnia w godzinach porannych. Chorowała na nowotwór złośliwy lewej nerki, z przerzutami do wątroby. Tego dnia miała przyjąć kolejną dawkę chemii. Hospitalizacja miała trwać planowo do dziesiątego kwietnia, ale...

- Nastąpił zgon...- wtrąciła Zoja.

Lekarz pokręcił głową. Patolog zakasłał, dając znak, że teraz jego kolej.

- Niezupełnie - powiedział nieco spokojniejszym tonem niż wcześniej. - Choroba nowotworowa nie była aż tak zaawansowana, by doprowadzić do śmierci. Narządy były znacznie powiększone, obszar przerzutów rozległy, ale nie to było bezpośrednią przyczyną śmierci.

Zoja spojrzała na jednego i drugiego, jakby nie rozumiała co mówią.

- Panowie, to chyba jakiś absurd... - zaśmiała się nerwowo.

Na kilka sekund w sali zapadła mrożąca krew w żyłach cisza. Lekarz z patologiem spoglądali na siebie pełnym obaw wzrokiem. W końcu ten drugi odważył się zabrać głos.

- W badaniu toksykologicznym wykryte zostały bardzo duże ilości substancji będącej pochodną fenantrenu.

- Może pan mówić jaśniej?

- Pan doktor ma na myśli substancję roślinną znaną jako opium.

- Szprycowała się opium?! - wrzasnęła Zoja.

- Nie do końca. Substancja została wstrzyknięta tylko raz. Nie mamy wątpliwości, że dawka i sposób podania zostały precyzyjnie dopasowane do celu, jaki ktoś chciał osiągnąć - wyjaśnił patolog.

- Pani Zoju - zaproponował łagodnym tonem lekarz prowadzący. - Proponuję kontynuować rozmowę w moim gabinecie. Tak będzie lepiej i - zerknął konspiracyjnie na patologa - bezpieczniej dla nas wszystkich.

Kilkadziesiąt minut później Zoja wybiegła na dwór. Powoli zapadał zmrok. Usiadła na brzegu mokrej ławki, strzepując ręką wodę ze szczebli.

- Już dobrze - powiedział ksiądz widząc, że nadal cała się trzęsie.

Nie, wcale nie było dobrze. Spojrzała na niego i poprosiła, żeby podał jej torebkę, w której miała papierosy.

- Zapali ksiądz? - zaproponowała Zoja.

- Nie, nie palę, ale dym mi nie przeszkadza - odpowiedział i usiadł na ławce.

Foliowa torba, którą od dłuższej chwili trzymał w dłoni zaszeleściła złowrogo, przypominając Zoi o straszliwej rozmowie z lekarzami.

- Jak policja mogła odmówić wszczęcia śledztwa?!

- Nie wiem pani Zoju. Też nie mieści mi się to w głowie.

- I dlaczego zabronili lekarzom przeprowadzić sekcję zwłok?!

Ksiądz spuścił głowę i wzdychając powiedział, że bądź co bądź i tak dobrze, że wykazali się odwagą i przeprowadzili ją na własną rękę.

- Dobrze że nie pada - zmieniła temat Zoja.

- O tak - odrzekł ksiądz i uniósł głowę, głośno wciągając nosem chłodne powietrze przesycone wilgocią.

Zoja zrobiła to samo. Uniosła głowę i przymykając oczy zaczęła powoli wciągać nosem powietrze, które po chwili wydychała ustami. Proste ćwiczenie relaksacyjne, jakiego nauczyła się pracując po kilkanaście godzin na dobę, zawsze skutkowało, choć wiedziała, że nie na długo. Wdech. Moją babkę, Zofię Trocińską, zamordowano. Wydech. Lekarze przeprowadzili sekcję zwłok, żeby potwierdzić, że została otruta. Wdech. Policja odmówiła wszczęcia śledztwa, a prokurator zagroził lekarzom odebraniem prawa do wykonywania zawodu. Wydech. Człowiek, który nakłonił ją do przyjazdu do Polski, zaginął, choć przecież zaledwie przed kilkoma dniami zapewniał ją, że dotrze na czas. Wdech. Została wmieszana w śmierć kobiety, której nawet nie pamięta. Wydech. Co do cholery powinnam teraz zrobić?

Zoja otworzyła oczy. Kręciło jej się w głowie i czuła jak mroźne powietrze przeszywa ją do szpiku kości. Wilgotny płaszcz narzucony na plecy wcale nie dodawał ciepła. Wzdrygnęła się i spojrzała na księdza - on także trząsł się z zimna.

- Co do cholery powinnam zrobić? - rzuciła, przerywając ciszę i zaczęła chuchać w dłonie, żeby się rozgrzać.

- To co powiedzieli tamci dwaj lekarze.

Zoja zamarła. Nie mogła pojąć, co ksiądz ma na myśli.

- Dali mi to, kiedy wyszła pani do łazienki - wyjaśnił, wyjmując z kieszeni bluzy niewielki notes i pęk zardzewiałych kluczy.

- Co to takiego? - zdziwiła się Zoja.

- Ten młodszy lekarz powiedział, że udało mu się to zabrać z sali, w której leżała, chwilę przed tym, zanim przyjechał prokurator.

Zoja wzięła od niego notes i przyświecając sobie zapalniczką, przekartkowała go.

- Nic tam nie ma - oceniła po chwili, oddając notes księdzu.

Klucze upadły na ziemię. Rozległ się cichy brzęk metalu.

- A jednak... - powiedział ksiądz i jeszcze raz otworzył notes, śliniąc palec powoli przekładał kartka po kartce, jakby wiedział czego szuka.

- O, to tu - powiedział i podał Zoi.

Schylił się i podniósł klucze. W tym czasie Zoja niezbyt pewnie składała litery, tłumacząc, że mówi po polsku lepiej niż czyta. Kiedy skończyła wymawiać ostatnią sylabę, spojrzała na księdza ze zdziwieniem.

- Myśli ksiądz, że...

Ksiądz pomachał jej przed nosem kluczami. Chytrze się uśmiechając, powiedział:

- To całkiem możliwe. Myślę, że jeżeli chcemy dowiedzieć się czegoś więcej, powinniśmy zaryzykować.

*

BMW sunęło po kocich łbach, zagłębiając się w ciemność, rozświetlaną jedynie dwiema ulicznymi latarniami, rozstawionymi w odległości stu metrów od siebie. Gdzieś z podwórza dało się słyszeć ciche skomlenie psa. Niskie, dwupiętrowe kamienice stały w rzędzie wzdłuż chodnika. W najdłuższej, pokrytej szarą, łuszczącą się farbą, z dużych plastikowych okien wyzierała ciemność. Tylko w dwóch oknach znajdujących się na piętrze na lewo od bramy, zza zasłon wydostawał się pomarańczowy snop ciepłego światła. Nie trwało to długo; gdy silnik samochodu zgasł, zasłona w oknie się poruszyła, mignął cień postaci, a kilka sekund później wszystkie światła pogasły.

W samochodzie dało się słyszeć skrzypienie skóry, którą obite były fotele. Obdrapana tabliczka wisząca na fasadzie budynku tuż pod latarnią potwierdzała, że dotarli na miejsce.

- Przemysłowa 34 - odczytał ksiądz i schował głowę do samochodu.

Zoja położyła palec wskazujący na niewielkim przycisku w drzwiach. Szyba od strony księdza zaczęła się powoli zamykać. Wnętrze auta znów zaczęło wypełniać ciepło.

- A co, jeśli ktoś tam będzie? - rzuciła niepewnie, spoglądając w stronę bramy, a potem na okna, w których zgasły światła.

- Tym lepiej. Szybciej uda nam się czegoś dowiedzieć - odpowiedział ksiądz tonem nieznoszącym sprzeciwu i energicznie wysiadł, zatrzaskując za sobą drzwi.

Zoja zamknęła samochód i drżąc z zimna ruszyła za nim w kierunku ciemnej bramy, coraz bardziej żałując, że zgodziła się na to całe szaleństwo.

Obchodzili budynek dookoła, gdy nagle ksiądz zrobił minę, jakby zobaczył ducha i przystanął pod ścianą. Zawołał Zoję, wskazując ręką na wmurowaną kamienną tablicę, znajdującą się na wysokości jego oczu.

- Tu było wejście do Obozu dla młodych Polaków Policji Bezpieczeństwa w Łodzi. Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt - głośno przełknął ślinę i pełnym bólu wzrokiem spojrzał na Zoję. - W czasie drugiej wojny był tu obóz dla sierot. W miejscu gdzie stoi ten budynek było wejście do kompleksu, w który zgładzono tysiące dzieci tylko dlatego, że były polskiej narodowości.

Zoja poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Moja babka mieszkała na terenie byłego obozu zagłady?!

W czasie, gdy próbowała otrząsnąć się z szoku, ksiądz przyklęknął na jedno kolano i uderzył się w pierś.

- Moja wina, moja bardzo wielka wina... - wyszeptał łamiącym się głosem. - Chociaż nikt nie rodzi się nazistą...

Zoi zrobiło się go szkoda. Chciała położyć mu dłoń na ramieniu i wyjaśnić, że jej zdaniem kolejne pokolenia Niemców nie mogą wciąż kajać się za winy swoich przodków, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, ksiądz zniknął w ciemnej bramie. Zabrzęczał klucz i dało się słyszeć skrzypienie ciężkich drzwi.

- Pani Zoju, szybciej, proszę za mną! - ponaglił ksiądz. Jego pewność siebie wróciła. Stał bokiem, trzymając na wpół otwarte drzwi prowadzące na klatkę schodową.

Zoja przyśpieszyła kroku i prześlizgnęła się przez uchylone drzwi. Obydwoje z księdzem znaleźli się w ciemnym korytarzu, w którym śmierdziało wilgocią i uryną.

- Światło?! - zapytała niepewnie Zoja, wytężając wzrok. Jej głos brzmiał nienaturalnie i obco, podobnie jak głos księdza. Jakby znaleźli się w studni albo więziennej celi.

- Wygląda na to, że nie ma - odpowiedział ksiądz i używając telefonu jako latarki ruszył w kierunku schodów.

Zoja przeklęła pod nosem i poszła za nim. Zaczęli się wspinać po stromych drewnianych schodach prowadzących na piętro. Za ich plecami brama zatrzasnęła się z głośnym hukiem, sprawiając że Zoja gwałtownie się obejrzała, wydając z siebie zduszony krzyk; spodziewała się widoku bandyty celującego do nich z broni albo lepiej strzykawki pełnej śmiertelnej dawki opium. Nic takiego jednak się nie stało. Poczuła się idiotycznie, po raz kolejny tego dnia łapiąc się na tym, że pozwala, by zawładnął nią strach. Przebiegła jej przez głowę myśl, że wystarczająco wiele razy skompromitowała się przed młodym księdzem. Uznała, że skoro już udało jej się dotrzeć na miejsce i - chcąc nie chcąc - znajduje się tuż pod mieszkaniem swojej babki, powinna wykazać się odwagą i przejąć stery.

"Teraz ja tu jestem szefem" - pomyślała i posłała księdzu pełne pewności siebie spojrzenie, po czym przyśpieszyła kroku.

Przestępując po dwa spróchniałe stopnie na raz wdrapała się na górę i stanęła pod drzwiami z wiszącą na nich tabliczką z numerem pięć.

Niemal natychmiast przekonała się, jak wielki błąd popełniła.

Zastukała trzy razy, a kiedy nikt po drugiej stronie się nie odezwał, nacisnęła klamkę. Drewniane drzwi ustąpiły bez oporu, a z ciemnego korytarza buchnął smród zgnilizny. Zoja wydała z siebie zduszony krzyk i cofnęła się o krok. Jej noga utknęła w dziurze w podłodze i w tej samej sekundzie, machając rękoma, z impetem poleciała do tyłu. Ksiądz zdołał ją złapać w ostatniej chwili. Posadził ją na schodach i wyszeptał:

- Niech już pani lepiej nie zgrywa bohaterki! Proszę tu zostać i czekać na mój znak - rozkazał oschle i zniknął w ciemnościach za uchylonymi drzwiami.

Zoja jęknęła żałośnie. W głowie czuła zamęt, serce waliło jej jak oszalałe, a na samą myśl, że przed chwilą przyszło jej do głowy, że mogłaby poradzić sobie sama, miała ochotę krzyczeć. Wytężając słuch, czekała na znak księdza. Przez ponad minutę z mieszkania dochodziły jedynie stłumione odgłosy kroków. Zniecierpliwiona Zoja już miała wstać, kiedy usłyszała niewyraźne szmery za drzwiami sąsiedniego lokalu.

To tam ktoś pogasił lampy zaraz po tym jak podjechaliśmy pod budynek - oceniła, przypominając sobie układ budynku widziany od strony chodnika.

Wstrzymując oddech przylgnęła do ściany i zaczęła nasłuchiwać.

Z początku dał się słyszeć cichy szmer klucza wsuwanego do zamka. Klucz szczęknął, a drzwi lekko się uchyliły. Ze środka wydobył się duszący zapach dymu z tanich papierosów, a po kilku sekundach z ciemności wyłoniła się czyjaś rozczochrana głowa. Czerwone oczy czujnie omiotły korytarz, zatrzymując się na uchylonych drzwiach mieszkania numer pięć. W końcu postać szybko zniknęła, klucz w drzwiach szczęknął, a na korytarzu zapanowała cisza.

Zoja poderwała się na równe nogi i zatykając nos, najciszej jak umiała, wślizgnęła się przez uchylone drzwi do mieszkania babki.

Znalazła księdza stojącego pod zamkniętymi drzwiami w głębi korytarza. Trzymał w dłoni pęk kluczy i wyglądał na zmartwionego.

- Proszę przytrzymać telefon i poświecić - rozkazał podając Zoi starą Nokię. - Nie mogę dopasować żadnego z kluczy. Te jedne drzwi są zamknięte.

- A co tak śmierdzi?

- Zdechły kot w sypialni.

Zoja zbladła. Oczyma wyobraźni zobaczyła leżące na łóżku martwe zwierzę, gnijące, pozostawione w mieszkaniu przez chorą właścicielkę, cholera wie jak dawno temu.

- Jak tak można! - rzuciła z wściekłością.

Ksiądz pociągnął nosem i wzruszył ramionami.

- W całym mieszkaniu nie ma światła. Nie ma też wody i gazu. Wygląda na to, że od dawna nikt tu nie mieszka. No co z tym zamkiem... - zdenerwował się, próbując przekręcić masywny klucz, który za nic nie chciał drgnąć.

- Wypróbowałem już wszystkie - wzruszył ramionami. - Wygląda na to, że trzeba będzie wyważyć.

- Może lepiej nie... - rzuciła z obawą Zoja i powiedziała księdzu o tym, co stało się przed chwilą na korytarzu.

- Nie sądzę, żeby ktoś chciał ściągać sobie na głowę policję... - podsumował ksiądz i nieoczekiwanie rozkazał Zoi, żeby się odsunęła.

Ze zdziwioną miną zrobiła kilka kroków w tył. Ksiądz z całej siły rąbnął barkiem w drzwi, ale nie ustąpiły. Odsunął się i raz jeszcze wymierzył kopniaka, tym razem celując w rząd zbutwiałych desek na dole. Kawałki drewna wypadły na korytarz.

- Voila! - ukłonił się Zoi i pchnął podziurawione drzwi, które wpadły do wnętrza pokoju.

Ostrożnie weszli do środka. Zoja natychmiast poczuła jak lodowate powietrze oblepia jej ciało. Szczelnie otuliła się płaszczem i wyjęła z kieszeni telefon, żeby podobnie jak ksiądz użyć go zamiast latarki.

Słabe światło odkryło straszną tajemnicę. Nie wierząc własnym oczom, z rosnącym przerażeniem Zoja przyglądała się ścianom, w całości pokrytym nieociosanymi kamiennymi granitowymi płytami, schodzącymi w łuk tuż ponad granicą sufitu. Jakiś szalony architekt zamienił pokój w skalną grotę.

Okno wychodzące na dwór, także zostało zasłonięte kamienną ścianą. Dookoła panowała ciemność, rozświetlana zapalanymi kolejno przez księdza świecami.

W słabym świetle świec Zoja odkryła, że część ścian pokrywają zdjęcia dzieci. Czarno-białe fotografie ukazywały wychudzone postaci, ubrane w poszarpane koszule, rodem z koszmarnych filmów o holocauście. Każde zdjęcie opatrzone pięciocyfrowym numerem, podpisane było imieniem.

Nagle ksiądz podszedł do stojącego w rogu magnetofonu i nacisnął przycisk "play". Pomieszczenie wypełniło się słabymi głosami dzieci, śpiewających nierówno kołysankę, której słowa brzmiały:

"Już księżyc zgasł i gwiazdki lśnią,

sen zmorzył twą laleczkę,

więc rączki złóż i oczka zmruż,

opowiem ci bajeczkę.

Był sobie król, był sobie paź

i była też królewna,

żyli wśród róż, nie znali burz -

rzecz najzupełniej pewna.

Na skraju miasta zamek stał,

mur go od świata dzieli,

a że się tak kochali, więc

mieszkali cela przy celi.

Lecz żebyś ty pojęła sens

tej mojej piosnki nowej:

z WiN-u był "Król", "Paź" z NSZ,

"Królewna" z Armii Krajowej."1

- "Z WiN-u był "Król", "Paź" z NSZ, "Królewna" z Armii Krajowej."... - powtórzył ksiądz i spojrzał na Zoję. - Nie znam zbyt dobrze historii Polski, ale zdaje mi się, że to jakaś żołnierska piosenka...

Zoja otarła z oczu łzy.

- I śpiewają ją dzieci? Nie, nie wydaje mi się. To raczej jakaś kołysanka z zaszyfrowaną wiadomością... Całkiem możliwe że śpiewały to te dzieci, które tu uwięziono.

- Całkiem możliwe - zgodził się ksiądz. - Całkiem możliwe... - powtórzył łamiącym się głosem.

Zoja podeszła do jednej ze ścian i zaczęła odczytywać na głos imiona dzieci na zdjęciach.

- Jan, Władysław, Jerzy, Włodzimierz, Józef, Halina, Zdzisław, Mieczysław... - wzięła oddech, wypuszczając z ust obłoczek pary. - Wygląda na to, że zdjęcia ułożone są chronologicznie, od 11 grudnia 1942 roku...

Ksiądz zdawał się nie słuchać co mówi. Przeszedł na środek pokoju i stanął, wpatrując się w oparty o krzesło krzyż i stojącą obok kamienną płytę z wymalowaną na niej postacią kobiety.

- Święta Anna - wyjaśnił ksiądz, kiedy zobaczył, że Zoja mu się przygląda. - Jedno z najstarszych malowideł chrześcijańskich na świecie. Święta Anna była matką Maryi. Jej palec wskazujący, przyłożony do ust oznacza... - zawahał się. - Właściwie nie wiadomo, co ma symbolizować.

Im dłużej Zoja przyglądała się malowidłu, tym większy strach w niej wzbudzało. Zdawało jej się, że kobieta patrzy w jej oczy i jest w nich coś, co powinna odgadnąć, co powinna wiedzieć...

- Nie rozumiem, po co zadała sobie aż tyle trudu. Samo wydrukowanie tych zdjęć, powieszenie ich, musiało zająć jej mnóstwo czasu. A do tego jeszcze te kamienne ściany, malowidło, jakby chciała stworzyć tu kaplicę...

- O kim mówisz? - zdziwił się ksiądz.

- Jak to? - Zoja oderwała wzrok od oczu świętej Anny i spojrzała na księdza. - O niej. O mojej babce Zofii.

Ksiądz pokręcił głową.

- To wcale nie musi być jej dzieło. Równie dobrze mógł to zrobić ktoś z nich... - powiedział, wskazując ręką na zdjęcia dzieci.

Zoja zaśmiała się nerwowo.

- A może moja babka była jedną z nich? Może zapamiętała coś, co nie powinno wyjść na światło dzienne i dlatego ktoś ją zamordował?

Ksiądz nie odpowiedział. Powoli opuścił głowę, zamknął oczy i w skupieniu oddał się modlitwie za zmarłych.

Zoja, nie chcąc mu przeszkadzać, po cichu przeszła przez pokój, do miejsca, w którym jej zdaniem powinno znajdować się okno wychodzące na chodnik, gdzie zaparkowali samochód. Tylko tam na ścianach nie było zdjęć. Może dlatego na podłodze walały się nadpalone skrawki kartek. Zoja nachyliła się i zobaczyła, że zostały powyrywane ze starych zeszytów. Kilka okładek znalazło się pod ścianą. Spalone kawałki papieru, miejscami poukładane w kupki, pachniały jeszcze dymem. Zoja nachyliła się i podniosła kartkę, która jako jedyna nie zdążyła się spalić. A może ktoś nie spalił jej celowo? Co zaskoczyło Zoję, bez trudu dało się odczytać imiona i nazwiska, wypisane niebieskim atramentem, jedne pod drugimi. Kilka z nich pasowało do imion dzieci na fotografiach. Na samym dole pojawiły się dwa, które przykuły jej uwagę i sprawiły, że natychmiast zawołała księdza.

- O, tu - pokazała na skrawek papieru. - Widzi ksiądz? Te dwa imiona: Sara i Zofia. To nie może być przypadek!

Podbiegła do ściany i zaczęła szukać zdjęć.

- Muszą gdzieś tu być... - upierała się, wędrując wzrokiem od fotografii do fotografii, nie zważając na to, że ksiądz nie podziela jej euforii.

Nagle zamarła. To co zobaczyła, nie mogło być zbiegiem okoliczności.

- Nie ma ich - wyszeptała. - Są tylko dwa puste miejsca obok siebie. Ktoś je ukradł. Dlaczego akurat te dwa... - powiedziała z niedowierzaniem i zerknęła na księdza. - Nie sądzi ksiądz, że to dziwne?

- Tak samo jak wszystko inne - odrzekł lakonicznie ksiądz.

Zoja nie dawała za wygraną.

- Zofia to imię mojej babki. A Sara? Kim była Sara?

Ksiądz zrobił bezradną minę. Wyglądał tak, jakby cała ta sprawa zaczęła go przytłaczać. Ewidentnie zamienili się rolami. Teraz to on stał się ofiarą, a Zoja detektywem.

- Nie mam zielonego pojęcia.

Zoja poczuła się zawiedziona. Jeśli cokolwiek mogło ich przybliżyć do odkrycia prawdy, to właśnie to imię wydało jej się kluczem. To nie mógł być przypadek, czuła to. "Dlaczego teraz, kiedy jesteśmy tak blisko, ksiądz nie chce mi pomóc?" - pomyślała, zerkając na niego ze złością. Kiedy po chwili odezwał się znowu, z radości niemal rzuciła się mu na szyję.

- Właściwie to jest cień szansy. Jeśli stare księgi parafialne nie rozpadły się całkiem od czasu, gdy ostatni raz miałem je w rękach, możemy poszukać odpowiedzi w spisie parafian Sobótki Nowej.

Stare, zakurzone księgi wyniesione z piwnicy nie mogły kłamać. Z danych zapisanych w aktach wynikało, że babka Zoi, Zofia Trocińska, miała siostrę bliźniaczkę, Sarę. Obie trafiły do ochronki w Sobótce Nowej w 1938 roku. W dokumentach nie pojawiała się żadna informacja o ich rodzicach. W rubryce matka widniał skrót NN, podobnie przy danych ojca. Z akt wynikało, że dziewczynki zostały ochrzczone w parafii w1941 roku. Potem, dokładnie w 1942 roku, ślad po obu ginie, zupełnie jakby z dnia na dzień rozpłynęły się w powietrzu.

- I tu mamy ślad... - wtrąciła Zoja, podrywając się z krzesła. - Imiona wypisane na kartce pasują idealnie.

Ksiądz zaczął masować zdrętwiałą szyję.

- Czyli zgadzamy się co do tego, że obie musiały trafić do obozu dla sierot w Łodzi.

- Tak! - zawołała Zoja. - To by się zgadzało.

Ksiądz ostudził jej zapał.

- Ale to i tak nie wyjaśnia zbyt wiele. Nie wiemy co stało się z nimi po wojnie, czy obie przeżyły, czy udało się tylko pani babce...

- Tak czy inaczej, to nie może być przypadek! - nie dawała za wygraną Zoja.

Zaczęła krążyć po pokoju, przecierając zaczerwienione ze zmęczenia oczy. Mimo, że organizm dawał jej coraz wyraźniejsze sygnały, że potrzebuje snu, nie zamierzała się położyć. Wciąż liczyła na to, że ten na kogo czeka, lada moment zapuka do drzwi.

Kiedy ksiądz wyszedł do łazienki, podniosła wzrok na zegar wiszący na ścianie.

"Jedenaście godzin to nie trzydzieści minut, to fakt. Ale skoro obiecał, na pewno dotrzyma słowa" - pomyślała i westchnęła.

Ksiądz wrócił z łazienki i stwierdził, że musi się przespać.

- Nawet kilka godzin snu jest lepsze niż nic - oznajmił i zaczął się układać na skrzypiącej kanapie. - Przygotowałem dla pani łóżko u mnie w sypialni.

Zoja podziękowała, chociaż wcale nie zamierzała się położyć. Po cichu wyszła z pokoju i przemknęła korytarzem w kierunku drzwi wyjściowych. Uchyliła je i narzuciwszy na plecy bluzę księdza wiszącą na haczyku, wyszła na dwór. Orzeźwiające, mroźne powietrze owiało jej twarz.

Ruszyła ścieżką w kierunku kościoła. Zmarznięta ziemia chrzęściła jej pod stopami. Kałuże w kilku miejscach pozamieniały się w skute lodem tafle. Próbując je ominąć zeszła ze ścieżki na trawę pokrytą szronem. Po lewej stronie, całkiem niedaleko, zobaczyła furtkę prowadzącą na cmentarz. Była uchylona i lekko drgała, zupełnie jakby...

- Ojcze Bruno?! - zawołała Zoja, ruszając w tamtą stronę.

Choć nie usłyszała żadnej odpowiedzi, była pewna, że nie może się mylić. Ojciec Bruno musiał dopiero co przyjechać i postanowił sprawdzić czy wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Obejrzała się w kierunku parkingu. W ciemnościach nie mogła dostrzec samochodów, ale była pewna, że ten, którym przyjechał, na pewno gdzieś tam jest.

- Ojcze Bruno! - zawołała znowu, rozglądając się pomiędzy grobami.

Niewyraźny szelest liści, jaki usłyszała za plecami, z początku nie wydał jej się niepokojący. Dopiero kiedy usłyszała go jeszcze raz, odwróciła głowę, próbując dostrzec coś w ciemności.

- Kto tam jest? - zawołała pełnym napięcia głosem.

Zawróciła w kierunku furtki i przyśpieszyła kroku. Lodowaty wiatr podwiewał jej płaszcz, sprawiając, że zaczęła szczękać zębami. Gdzieś w oddali zaczęła pohukiwać sowa. Przerażona Zoja zerknęła w ciemność za plecami i zaczęła biec w stronę plebanii.

Postać mężczyzny wyrosła przed nią jak spod ziemi. Cofnęła się o krok, próbując dostrzec jego twarz. Kiedy uniósł dłoń ukrytą pod czarną rękawiczką i powoli przysunął palec wskazujący do ust, Zoja zamarła z przerażenia.

- Nie krzycz - rozkazała postać. Jej głos był zniekształcony i pobrzmiewał w nim dziwny akcent.

Zoja pokiwała głową potakująco. Wiedziała, że jedyne co może zrobić, to czekać na jego kolejny ruch.

Postać zbliżyła się o krok. Zoja drgnęła. Zza chmur wyłonił się fragment księżyca, oświetlając twarz napastnika. Zoja zobaczyła, że jego twarz jest ukryta za maską.

- Kim jesteś? - wyszeptała, z trudem wydobywając z siebie głos.

Wydało jej się, że postać nieznacznie się uśmiecha.

- Eloi, Eloi, lama sabachthani! - wysyczała mrożącym krew w żyłach głosem postać, a potem jakby nigdy nic minęła Zoję i odeszła, znikając pośród drzewami na końcu cmentarza.

Zoja przez chwilę nie mogła złapać tchu. Zgięła się w pół i na kilka sekund przysiadła na kamiennej płycie nagrobkowej, podtrzymując się masywnego krzyża. Chwilę potem pognała pędem w kierunku budynku plebanii i po cichu weszła do środka. Nie budząc księdza zabrała ze stołu laptopa i wyszła do kuchni, zamykając za sobą szklane drzwi. Ze strachem spojrzała w okno wychodzące na podwórze. Widząc, że nikogo tam nie ma, nieco się uspokoiła, chociaż wiedziała, że paraliżujący strach nie opuści jej jeszcze długo.

Przeszłość wróciła.

Zoja wiedziała, że tym razem nie będzie szansy na ucieczkę.

Otworzyła laptopa i włączyła uśpiony system. Jej srebrny Mac Pro jak zwykle okazał się niezawodny. Przeglądarka internetowa zaczęła pracować w kilka sekund. Nie chcąc tracić ani chwili, Zoja wpisała słowa, dokładnie w takim ciągu, w jakim udało jej się je zapamiętać:

- Eloi, Eloi, lama sabachtani...

Chociaż znała to zdanie, wolała się upewnić. Mało kto mówił "Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił", w oryginale przekładu z ewangelii Świętego Marka. Ostatnie słowa, które wypowiedział Jezus przed śmiercią na krzyżu, stały się symbolem cierpienia za grzechy. W święta Wielkiej Nocy, kiedy mnisi zbierali się na czuwanie, wiele razy Opat Bruno wybierał ten fragment Nowego Testamentu i kazał jej czytać na głos.

"A około dziewiątej godziny Jezus zawołał donośnym głosem: "Eli, Eli, lama sabachthani?", to jest: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

Przytłoczona wspomnieniami Zoja wysunęła stołek z pod stołu i przysiadła na nim, kładąc głowę na kolanach. Wizja śmierci, zadanej przez zamaskowanego mężczyznę na cmentarzu, nagle wydała się jej nie mniej przerażająca, niż wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkunastu godzin. Musiała przyznać, że nigdy, nawet w najgorszych koszmarach, nie mogłaby wyobrazić sobie bardziej potwornego miejsca, od tego, w którym byli dziś z księdzem. Historia obozu przy Przemysłowej, była tak przerażająca, że aż trudna do uwierzenia.

Może ten, który pojawił się przed mną niczym zjawa, jest strażnikiem pamięci tego miejsca i wszystkich jego potworności?

Oficjalnie obóz dla sierot. A w rzeczywistości miejsce, gdzie naziści zamordowali dziesiątki tysięcy dzieci. Kiedy Himmler podjął decyzje, nie było odwrotu. Obóz przy Przemysłowej wygospodarowano z terenu żydowskiego getta. Było to tym łatwiejsze, że dodatkowe wydzielenie przestrzeni nie wymagało niczyjej zgody w obliczu zagłady, wszechobecnej w tej części miasta. Od 11 grudnia 1942 roku zaczęły się masowe transporty polskich dzieci, które wyłapywano w najróżniejszych rejonach Polski. Pod byle pretekstem skazywano je na śmierć w najstraszliwszych możliwych warunkach. Tysiące z nich umierało każdego dnia leżąc w skrzyniach, na podłogach lub na placu. Epidemie i głód zwalały z nóg nawet najsilniejsze jednostki. Do 1945 roku w łódzkim obozie przy Przemysłowej wymordowano tysiące polskich dzieci, czyniąc to pod pretekstem izolacji chorej tkanki narodu od tej zdrowej, aryjskiej. Czym zawiniły dzieci? Nie wiadomo. Czym zawinili ich rodzice także trudno stwierdzić. Bo o tym, że nie były to sieroty, wiedzieli wszyscy. Tak samo jak o tym, że po wojnie te dzieci nie doczekały się należytego upamiętnienia. Z archiwów historycznych wynikało, że dopiero kilkanaście lat temu cześć ich pamięci została przywrócona. W Łodzi postawiono pomnik, a ludzie zaczęli więcej o sprawie mówić - mimo to wszystkie dokumenty, dane, statystyki, zostały ukryte lub zniszczone. A na Przemysłowej, w budynku gdzie kiedyś mieszkali szefowie obozu, jest tablica. I mieszkanie, w którym kamienne ściany oblepione są zdjęciami dzieci.

- Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił... - wyszeptała Zoja, drętwiejąc na myśl, że słowa, które usłyszała od nieznajomego mężczyzny, mogłoby wypowiedzieć każde z nich.

1 "Kołysanka 1947" Piosenka z więzienia mokotowskiego z 1947 roku.

Ogień trawi

Krople, które zakropiła rano na suche i szczypiące oczy, okazały się równie nieskuteczne, jak próba zebrania w sobie odwagi, by porozmawiać o nocnym incydencie z księdzem.

- Taka szkoda - lamentowała jakaś kobieta w wyszywanej złotą nicią chustce, zawiązanej sztywno wokół podbródka. - Taka szkoda... - powtórzyła, cmokając Zoję w policzek i zalewając się łzami odeszła w kierunku furtki.

- Tak... szkoda... - odburknęła Zoja, bardziej do siebie niż do niej, z obrzydzeniem ocierając policzek wierzchem dłoni.

Na widok księdza idącego w jej kierunku, nieznacznie się rozchmurzyła. On jeden był w stanie ją zrozumieć. Nie udawał współczucia, bo doskonale wiedział, że nie żywi do zmarłej babki żadnych uczuć. Pragnęła tylko dowiedzieć się, dlaczego ktoś zamordował ją w szpitalu, podając dożylnie najsilniejszą dawkę odurzającej substancji, jaką można sobie wyobrazić. Choć łączyła ich coraz silniejsza chęć rozwikłania tajemnicy, Zoja coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że pakowanie księdza w całe to zamieszanie jest z jej strony sporym nadużyciem i prędzej czy później będzie musiała podjąć decyzję, co z tym dalej zrobić. Właściwie była coraz bardziej pewna, że ta chwila właśnie nadeszła.

"Może tak będzie lepiej" - pomyślała, widząc że jest o krok od niej.

- No i co? - zapytał ksiądz, stając obok Zoi z rękoma zaplecionymi na plecach. Jego wzrok wędrował gdzieś ponad drzewami, jakby właśnie w tej chwili starał się odgadnąć sens lotu jaskółek, przecinających niebo na skos w kierunku północnym. Jaskółki zapikowały nisko, by po chwili zataczając koło zniknąć za oddalonym o kilkaset metrów budynkiem plebanii.

Zoja otrząsnęła się z ponurych myśli i przybrała najbardziej neutralną minę na jaką było ją stać.

- Nic. Wygląda na to, że obawy księdza się potwierdziły. Nie miała rodziny ani przyjaciół. Albo żadne z nich nie zechciało przyjechać na pogrzeb.

Ksiądz zamyślił się na chwilę, po czym powiedział:

- Najbardziej zastanawia mnie to, co stało się z człowiekiem, który miał odebrać ciało z kostnicy. Przecież nie mógł się rozpłynąć w powietrzu.

- Ale mógł się rozmyślić - westchnęła Zoja. - Po tym wszystkim jestem gotowa uwierzyć nawet w najbardziej absurdalne wytłumaczenie...

- A ja nie - rzucił stanowczo ksiądz. - Właśnie dlatego, że tyle się wydarzyło, zniknięcie kolejnego człowieka nie może być przypadkowe.

- Czyli uważa ksiądz, że mamy kolejnego trupa?!

Ksiądz nachylił się nad grobem i zaczął poprawiać wstęgi w wieńcach. W pierwszej kolejności zabrał się za ten, który kupiła Zoja rano w pobliskiej kwiaciarni. Wstęga z wypisaną na niej sentencją "Na zawsze w moim sercu" wykręciła się w drugą stronę i za nic nie dawała się wyprostować.

- To co mamy - odezwał się nagle ksiądz, trzymając w rękach płatek róży - to tajemnicza śmierć pani babki, zaginięcie kogoś, kto miał odebrać jej ciało, no i - zerknął na Zoję - ten ktoś, kto obiecał pani swoją obecność...

- Ma ksiądz rację, nie dotrzymał obietnicy - odpowiedziała Zoja, nerwowo pokasłując.

Ksiądz wstał, rzucił płatek róży na ziemię i rozglądając się podszedł bliżej.

- A może... - zaczął ściszając głos, jakby bał się, że ktoś może podsłuchać - ...a może zrobił to, bo wiedział, że inaczej nie zechce pani przyjechać? Może... on wcale... no... nie miał zamiaru się tu zjawić.

Zoja poczuła, jak jej ciało sztywnieje, a serce zaczyna walić jak szalone. Spojrzała na księdza z wyrzutem, ale po chwili uznała, że przecież kilka godzin temu i jej przebiegły przez głowę podobne myśli.

- Też się nad tym zastanawiałam i podobnie jak ksiądz, doszłam do tych samych wniosków. To przykra diagnoza...

- Wniosek pani Zoju, wniosek... - poprawił ją ksiądz z uśmiechem.

- Tak, wniosek. Kiedy się denerwuję, zapominam niektóre polskie słowa.

- Zapewniam, że i tak radzi sobie pani wyśmienicie. Pomimo kilku drobnych pomyłek od czasu do czasu i tak mówi pani o niebo lepiej niż ja. Chociaż jestem tu od ponad dwóch lat, wciąż nie mogę się pozbyć tej ostrej wymowy... Tutejsi często żartują, że mówię po polsku tak, jakbym rąbał drewno - zaśmiał się ksiądz.

Jedna jaskółka oderwała się od pozostałych i zapikowała nisko nad grobami, po czym poderwała się do lotu i poszybowała wysoko między chmurami. Dzień był wyjątkowo paskudny i chłodny, a do tego od wschodu zaczynało się zbierać na deszcz. Wiatr poruszył gałęziami drzew, z których spadło kilka zwiędłych liści. Zoja postawiła kołnierz płaszcza.

- Zimno - powiedziała i zaczęła dreptać w miejscu.

Ksiądz odpowiedział, że owszem, na termometrach ledwo widać sześć stopni powyżej zera.

- Na szczęście chyba możemy już wracać na plebanię - dodał, widząc że ostatni żałobnicy odchodzą w kierunku furtki.

Zoja obejrzała się i zaczęła się nerwowo kręcić. Faktycznie, ostatni ludzie zniknęli za niskim murem. Z oddali dały się słyszeć trzaśnięcia drzwi i głośne wycie odpalanych silników.

- Pani Zoju - ksiądz znienacka złapał ją za rękę. - Gdyby było coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć, powiedziałaby mi pani, prawda?

Zoja z trudem przełknęła ślinę. Pełnym strachu wzrokiem spojrzała na księdza. Nie mogąc się zdecydować co powiedzieć, wybrała kłamstwo.

- Oczywiście - zapewniła go. - Oczywiście, że zaraz bym księdzu powiedziała. Po prostu...- zawahała się. - Jestem tym wszystkim przytłoczona i...

"Teraz, zrób to" - pomyślała, oglądając się w kierunku samochodu. Włożyła rękę do kieszeni i wymacała kluczyki.

- Muszę pomyśleć... - wydukała niepewnie i cofnęła się o krok.

Ksiądz obserwował ją czujnie, nie wypuszczając jej dłoni z uścisku. Nagle poczuła falę strachu zalewającą jej umysł, odbierającą jakąkolwiek zdolność racjonalnego myślenia. Zrobiła to, co czuła. To był impuls.

Z całej siły wyszarpała dłoń z jego dłoni i pobiegła ile sił w nogach w stronę samochodu. Zalewając się łzami z trudem wcelowała kluczykiem do zamka w drzwiach i otworzyła je, po czym wskoczyła do środka, odpaliła silnik i na pełnym gazie wyjechała z podwórza wprost na leśną drogę.

Minuty mijały. Las i ustawiona przy drodze tablica z nazwą wsi robiły się coraz mniejsze, a kiedy po chwili spojrzała w lusterko, stały się ledwie widocznymi cieniami. Zmarznięte pola otaczające drogę z dwóch stron i rosnące wzdłuż poboczy topole, nagle przywołały falę wspomnień.

Poczuła się tak, jakby znów tam była. I on, jej opiekun, też.

Była małą dziewczynką, kiedy w Montsegur, wczesną wiosną pomagała mnichom w pracach w ogrodzie. Codziennie spoglądała tęsknie na szczyty wysokich wzgórz, których zbocza pokrywały rosnące bujnie kwiaty i drzewa. Natura. Zapach jodeł i kwitnących kwiatów. Skwierczenie drewna w kominku, gdy zimą wyglądała przez okna na śniegi pokrywające okoliczne pola i sople zwisające z gałęzi drzew rosnących pod wysokim murem. Zapach gorącego mleka z miodem i starych ksiąg, które ukradkiem wyjmowała z szaf pod nieobecność opata. Nawet kiedy był na nią zły, nigdy nie podnosił głosu. Trzymał ją krótko, rygor i dyscyplina były warunkiem jej pobytu z klasztorze. Chociaż w tamtych dniach trudno jej było to znieść, teraz oddałaby wszystko, by znów się tam znaleźć. Oddałaby wszystko, by znów przytulić głowę do jego ramienia, jak wtedy słuchając razem z nim śpiewanej przez chór pieśni Stabat Mater, w gabinecie pełnym ksiąg.

- Jak do cholery mogłeś mi to zrobić! - wykrzyczała na całe gardło, waląc pięścią w kierownicę.

To głównie z jego powodu zdecydowała się przyjechać do Polski. Sądziła, że on także się tu zjawi. Opat był jedyną osobą, która mogła jej wyjaśnić, dlaczego jej babka nigdy wcześniej nie próbowała się z nią skontaktować. Rozmawiała z nim telefonicznie na dzień przed wylotem; później, przez całą noc była tak podekscytowana, że nie zmrużyła oka. Czekała na tę rozmowę latami. Choć okoliczności nie były takie, jak chciała, kiedy w końcu usłyszała jego głos, zaczęła płakać jak dziecko. Nie widziała opata przez tak wiele lat, że zdążyła już zapomnieć zapach jego skóry na policzkach czy szorstkość sutanny, w którą wtulała głowę, ale jego głos wciąż brzmiał identycznie, jak w jej wspomnieniach, które pielęgnowała przez długie lata.

Próbując się otrząsnąć ze wspomnień, uchyliła okno. Po kilkunastu sekundach, kiedy jej palce zaciśnięte na kierownicy zaczęły drętwieć z zimna, zmieniła decyzję. Uświadomiła sobie, że zapomniała włączyć ogrzewanie i postanowiła szybko to nadrobić, przekręcając pokrętło gorącego nawiewu do maksymalnej wskazówki. W ułamkach sekund wnętrze auta zaczęło wypełniać ciepłe powietrze.

Żeby się uspokoić, włączyła radio. Trafiła akurat na końcówkę piosenki " I will always love you", Whitney Houston i uznawszy, że nie mogła chyba trafić lepiej, powoli zaczęła zdejmować nogę z gazu.

Poczuła, że emocje zaczynają powoli opadać.

- Spokojnie, tylko spokojnie, teraz już nic mi nie grozi - powiedziała i patrząc przez szybę na drogę przed sobą zaczęła wykonywać powolne wdechy i wydechy. Ćwiczenia relaksacyjne zawsze pomagały.

Im większy spokój czuła, tym bardziej świadome myśli zalewały jej umysł niedającą się odepchnąć falą. Z niechęcią musiała przyznać, że ksiądz Piotr był do niego podobny. Miał w sobie identyczne ciepło, połączone z nieznoszącą sprzeciwu stanowczością. I tam, na cmentarzu, zmierzył ją dokładnie takim samym spojrzeniem, jak opat Bruno tego dnia, w którym instynktownie wyczuł, że za jego plecami planuje coś straszliwego.

Wszedł do maleńkiej celi i zatykając kciuki za sznurem zawiązanym ciasno w pasie wokół sutanny, stanął przed nią.

- Zoju... - zagaił łagodnym tonem, w którym natychmiast wyczuła cień podejrzliwości.

Przyszedł, bo zaczął coś podejrzewać - przestraszyła się.

- ...Zoju, gdyby działo się coś złego, powiedziałabyś mi, prawda?

Bez zastanowienia zapewniła go, że jest z nim szczera jak zawsze, choć czuła, że pokuta za kłamstwo może być boleśnie sroga.

Opat uśmiechnął się i objął ją ramieniem. Tego dnia, nie pytał jej już o nic więcej. Ucałował ją w czoło i wyszedł, zostawiając ją sam na sam z poczuciem winy, które doprowadziło do serii katastrof, następujących w jej życiu jedna po drugiej, aż do dziś.

Zrobiła głośny wydech i wciągnęła nosem sporą ilość powietrza. Obrzydliwy zapach, z początku ledwie wyczuwalny, rozchodził się po wnętrzu samochodu z coraz większym natężeniem.

- Co to za... - wyszeptała, zakrywając nos.

Obejrzała się do tyłu i natychmiast poczuła, że ze strachu zaczyna jej brakować tchu.

Na samym środku tylnego siedzenia leżał ogromny plastikowy worek, szczelnie oblepiony taśmą. Był identyczny jak ten, który odebrali z księdzem przy wyjściu ze szpitalnego prosektorium. Zoja była pewna, że ksiądz wyrzucił go do zsypu na tyłach budynku, zanim ruszyli ścieżką w kierunku samochodu. Oczywiście, istniała możliwość, że ksiądz ją oszukał, i jednak zdołał zabrać worek, i ukryć go w bagażniku, by dziś rano przerzucić go na siedzenie. Pozostawało jednak pytanie, po co miałby to robić?

- Co tak strasznie śmierdzi?! - zastanawiała się głośno, raz za razem zerkając z coraz większym przerażeniem we wsteczne lusterko.

Nagle zza zakrętu wyłonił się kombajn. Wyjechawszy z pola, skręcił w lewo i jechał za Zoją z coraz większą prędkością. Boczne światła z lewej strony migały, jak gdyby kierowca miał zamiar podjąć szaleńczy manewr wymijania, pozbawiając Zoję szans na zjechanie na pobocze. Akurat w tym miejscu i przez najbliższe kilkaset metrów, prosta droga biegła zwężeniem, wzdłuż niej ciągnęły się głębokie na kilka metrów rowy, porośnięte krzakami i drzewami, których gałęzie zwisały niebezpiecznie tuż nad jezdnią.

- Co do cholery próbujesz zrobić?! - wykrzyczała Zoja, zerkając w boczne lusterko. Dławiący smród zatykał jej gardło. Był coraz bardziej podobny do odoru padliny, który wypełniał powietrze mieszkania przy Przemysłowej...

Zoja ze strachem w oczach zerknęła we wsteczne lusterko. Przyszła jej do głowy myśl, którą natychmiast uznała za absurdalną. Ale gdyby się głębiej zastanowić... Czyżby ksiądz naprawdę zapakował do worka martwego kota i podrzucił do samochodu?!

Zoja przeklęła pod nosem. Kombajn nagle przyśpieszył. Silnik kolosa zawył, a klakson wydał dźwięk trąbienia tak donośny, że Zoi zaczęło dzwonić w uszach. Wyglądało na to, że kierowca naprawdę planuje ją wyprzedzić, nie zważając na to, że zmusi ją tym, żeby zjechała do rowu.

Poczuła silne uderzenie w drzwi i towarzyszący mu odgłos miażdżonego metalu. Chociaż próbowała utrzymać kierownicę, w parę sekund straciła panowanie nad samochodem. Koła z prawej strony zjechały z betonowej nawierzchni, a cała powierzchnia samochodu zaczęła się trząść. Zanim Zoja zdołała zebrać myśli, nastąpiło kolejne uderzenie. Przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, że kombajn zamierza ją jedynie wyprzedzić. Wiedziała, że walka toczy się o jej życie. Zsunęła się niżej na fotelu i nie puszczając kierownicy, wyjrzała przez szybę w drzwiach, podnosząc wzrok, żeby zobaczyć twarz kierowcy. Była zasłonięta kominiarką.

- Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił... - wyszeptała, a przed oczyma mignęła jej zamaskowana twarz, widziana w ciemnościach nocy na cmentarzu.

"Mój boże, to ten człowiek z cmentarza" - pomyślała w nagłym ataku paniki.

W ostatniej chwili udało jej się zobaczyć, jak kierowca zmienia bieg i zaczyna kręcić kierownicą. W mgnieniu oka podjęła decyzję. Kiedy on gwałtownie skręcił w prawo, Zoja docisnęła pedał hamulca. Koła zawyły, a czarne BMW zaczęło wytracać prędkość, kręcąc się wokół własnej osi niczym pokraczna łyżwiarka, próbująca utrzymać równowagę po nieudanym piruecie.

Zoja puściła kierownicę i zasłaniając twarz rękoma zaczęła krzyczeć. Choć uderzenia gałęzi i pisk opon trwały kilka sekund, miała wrażenie, że koszmar trwa całą wieczność. Samochód przekoziołkował i wpadł do rowu. Po tym nastała całkowita cisza. Wyglądało na to, że kombajn odjechał.

Odpięła pas bezpieczeństwa i przeczołgała się na tył samochodu, mając nadzieję, że chociaż tam drzwi nie blokuje potężna ułamana gałąź, która zasłaniała niemal całą przednią szybę i drzwi od strony kierowcy. Czując w ustach krew, otarła brzegiem dłoni policzek. Ciepła ciecz spływała po jej palcach i brodzie. Pulsujący ból z przodu głowy był niczym, w porównaniu ze smrodem wydobywającym się z torby, nad którą próbowała się przedostać, żeby nacisnąć na klamkę.

Przeciskając się nad otwartą poduszką bezpieczeństwa naparła na drzwi i zdołała je uchylić. Powiew świeżego powietrza natychmiast ją otrzeźwił.

Odwróciła się i złapała leżącą pod jej nogami foliową torbę.

- Po resztę rzeczy wrócę za chwilę - postanowiła, ostrożnie przeczołgując się po kawałkach zbitego szkła, leżących na ziemi obok samochodu.

Próbując opanować atak paniki usiadła na zmarzniętej ziemi pod drzewem. Uznała, że jest w bezpiecznej odległości od samochodu, przysunęła więc do siebie worek i rozerwała kawałek folii. Ze środka wyleciała mucha, a razem z nią nieznośny smród gnijącego mięsa. Zoja wstrzymała oddech i odwracając głowę z obrzydzeniem, podniosła worek, wysypując zawartość na ziemię.

Rozległo się obrzydliwie plaśnięcie. Zoja zbladła, widząc że pośród zgniecionych źdźbeł siana zbitych w kupę leży dłoń, wokół której lata mucha. Odcięta od reszty ciała na wysokości nadgarstka, sprawiała makabryczne wrażenie. Zewnętrzna strona nosiła ślady daleko posuniętego rozkładu. Zoja nachyliła się, żeby przyjrzeć się jej z bliska. Wychudzone i nienaturalnie powyginane palce tworzyły coś na kształt koszyka, w środku którego znajdowały się wytatuowany znak i podpis:

IN HOC SIGNO VINCES

- In Hoc Signo Vinces... - odczytała na głos Zoja, przyglądając się precyzyjnie wykonanemu tatuażowi.

Przeniosła wzrok nieco dalej, na ziemię naznaczoną odciskami jej butów. Pomiędzy grudami zbitego piachu leżał wciśnięty kawałek metalu. Jego zagadkowe błyszczenie sprawiło, że Zoja pochyliła się i go podniosła. Wytarła palcami powierzchnię, wyczuwając pod opuszkami nierówności, podobne do monety albo...

- Medalik... - wyszeptała, przyglądając się badawczo liniom układającym się wewnątrz okręgu w przecinające się litery X i P, otoczone laurowym wieńcem.

Im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej nabierała pewności, że skądś zna ten medalik.

- Jezu...! - krzyknęła, z przerażenia osuwając się na ziemię. Nagły nieznośny ból głowy zaczął rozsadzać jej czaszkę. Zacisnęła palce na medaliku i zgięta w pół spróbowała przeczołgać się jak najbliżej drogi. Rażące światło pojawiło się pod jej powiekami, z taką intensywnością, że musiała zmrużyć oczy. Chociaż chciała krzyczeć z bólu, głos uwiązł jej w gardle. Poczuła, że zaczyna tracić świadomość. Nie mając innego wyjścia, pozwoliła by przed jej oczami zaczęły przesuwać się niechciane obrazy z dzieciństwa.

Ojciec. Łąka. Znikający za wzgórzem helikopter.... I ona, biegnącą w stronę domu po pomoc... Twarz jej babki, wykrzywiona w grymasie przerażenia ... Ubranie całe we krwi...

- Nieeeee! - krzyknęła Zoja, zaciskając mocniej powieki, spod których zaczęły płynąć łzy.

- Proszę pani! - męski głos rozległ się tuż nad jej głową. Po chwili dołączyło do niego szarpanie za ramę. - Proszę pani, czy pani żyje?!

Zoja nieznacznie poruszyła ręką, próbując dać mu znak. Powoli zaczęła jej wracać świadomość. Słowa mężczyzny docierały do niej z nieznacznym opóźnieniem, ale była w stanie wyłowić z nich ogólny sens.

- Na plebanii wybuchł pożar, jakieś dziesięć minut, ja tam jadę, bo mieszkam zaraz obok, straż jedzie, ale ja szybciej, to znaczy chciałem szybciej, żeby księdza ratować, ale po drodze zobaczyłem panią, trzeba do szpitala, zawiozę...

Zoja poderwała się na równe nogi. Nagły ból głowy sprawił, że zatoczyła się w tył.

- Oj, ostrożnie, nie tak raptownie, lepiej może, żeby pani nie wstawała...

Zoi wirowały w głowie tylko dwa słowa. Pożar i ksiądz.

- Proszę mnie tam zaraz zawieźć! - rozkazała, wskazując ręką w niewiadomym kierunku.

Mężczyzna spoglądał na Zoję z rosnącym przerażeniem, miętosząc w rękach czapkę.

Nagle kolejna fala bólu powaliła Zoję na kolana. Czuła jak cała głowa pulsuje jej rytmicznie, jakby przebiegało po niej stado galopujących koni. Wspomnienia z przed paru chwil wróciły na swoje miejsce. Medalik. Odcięta dłoń. Poprzedzający makabryczne odkrycie wypadek... Zamaskowany kierowca kombajnu, który zajechał jej drogę.

W ciągu paru sekund dotarło do niej, że jeśli ktoś chciał zabić ją, na pewno nie zamierza oszczędzić księdza, który mógłby stać się niewygodnym świadkiem. Jeśli ktoś próbował zepchnąć z drogi jej auto, to znaczy, że pożar na plebanii też nie wybuchł przypadkowo...

Zebrała w sobie resztki sił i wstała trzymając się drzewa. Podeszła do mężczyzny i zaczęła nim szarpać. Słowa wypadały z jej ust niczym pociski z karabinu maszynowego, chwilami zatracając jakikolwiek sens.

- Proszę pana! - krzyczała na całe gardło - Pan musi... musi pan, natychmiast... - spróbowała złapać oddech. - Ja muszę się dostać na plebanię, zanim...

Nie dokończyła. Mężczyzna pognał w kierunku samochodu stojącego tuż przy poboczu i machając do niej ręką dał znak, że ma wsiadać.

- Niech mnie diabli, ale pani zdenerwowana! - zerknął na Zoję, która zajęła miejsce na tylnym siedzeniu i odpalił silnik, po czym nacisnął na gaz. Stary polonez wyrwał do przodu, zostawiając za sobą smugę brunatnego dymu.

Gęsta łuna unosząca się nad lasem wkrótce zamieniła się w zwartą ścianę czarnego dymu. Ogień zdążył już pochłonąć sporą część dachu plebanii, a jego czerwone jęzory lizały ściany i okna na piętrze, ześlizgując się niczym węże, coraz niżej, aż do ganku i drzwi wejściowych, które zwęglone na popiół, leżały teraz w odległości kilkudziesięciu metrów od budynku.

Zanim auto zdążyło się na dobre zatrzymać, Zoja otworzyła drzwi i dała susa wprost w obłoki dymu wypełnione gryzącym w gardło pyłem. Nie zważając na rozpaczliwe wołanie mężczyzny, który za wszelką cenę starał się ją zatrzymać, wyrwała się i przebiegła przez otwartą bramę, wpadając na podwórze.

- Księże Piotrze! - zaczęła wołać, przykładając złożone ręce do ust, żeby jej głos stał się donośniejszy. Natychmiast dotarło do niej, że to na nic; jej wątły głos w starciu z siłami natury okazał się niewystarczający.

Nigdy dotąd nie zdawała sobie sprawy, że pożar może być tak głośny. Spadające z sufitów belki i kawałki papy z dachu wydawały z siebie odgłosy podobne do wycia psa, chwilami przeradzając się w głośne dudnienie, jakgdyby ktoś z całej siły walił na raz w sto bębnów. Skwierczenie metalu, skręcającego się pod wpływem ogromnej temperatury, przypominało odgłosy topienia słoniny, które dobrze pamiętała z dzieciństwa. Musiała przyznać, że tym co odróżniało obie sytuacje, był zapach; pożar nie pachniał słodko, nie miał też aromatu masła ani oleju. Był cierpki i gorzki, chwilami ostry, jakby Zoja nabrała na język i rozgryzła kilka ziaren pieprzu. Im dłużej stała w zasięgu ognia, tym bardziej czuła, że zaczyna brakować jej tchu.

Oniemiała z przerażenia, na wpół przytomna, osłaniając twarz przed ogniem i dymem, omijając palące się belki leżące na ziemi, zrobiła kilka kroków do przodu. Straszliwy żar omiótł jej twarz, sprawiając, że musiała się wycofać. Nie przestając nawoływać księdza, z każdą kolejną sekundą zaczynała tracić nadzieję, że zdoła odnaleźć go żywego. Stając kilkanaście metrów od ogniska pożaru, spojrzała w wypalone okno dużego pokoju, dostrzegając w głębi spalony do cna abażur lampy stojącej obok zwęglonego stołu, na którym jeszcze kilka godzin temu leżały porozkładane tomy ksiąg parafialnych.

- Gdybym go do tego nie zmusiła, nic by się nie stało - przebiegło jej przez głowę i natychmiast poczucie winy uderzyło z siłą tornada. Nie poddała się mu, lecz na przekór splotowi złych wypadków powstrzymując łzy zawróciła i zaczęła biec w kierunku kościoła, jeszcze szybciej niż przed chwilą.

Na tyle na ile była w stanie go poznać, wiedziała, że nosił w sobie ogromną wolę walki. Niezależnie od tego, co wydarzyło się na plebanii po tym jak odjechała, na pewno do ostatniej chwili walczył o to, by przeżyć...

- Księże Piotrze! - zawołała znowu, zginając się w pół, z trudem łapiąc oddech. Przeraziła się słysząc, jak świszczy jej w płucach.

Podniosła głowę i omiotła wzrokiem plac przed sobą. Zapadający w oddali zmierzch utrudniał widoczność.

Zobaczyła go leżącego na wznak tuż przy zewnętrznych schodach świątyni. Miał twarz pokrytą krwią i cały był w sadzy. Z oddali dało się słyszeć wycie syren wozów strażackich i policyjnych radiowozów. Słysząc dźwięk tych drugich, Zoja wykrzywiła twarz w grymasie przerażenia. Po tym wszystkim co się stało, instynkt podpowiadał jej, że nie powinna liczyć na ich pomoc. Od strony plebanii dało się słyszeć coraz głośniejsze odgłosy wołania. Przerażona tym, że nie zdążą się ukryć, nabrała powietrza i energiczniej złapała księdza pod ręce, po czym zaczęła go ciągnąć w stronę lasu.

- Tylko tam będziemy bezpieczni - wyszeptała, kierując się ze ścieżki na trawnik ciągnący się wzdłuż muru kościoła. Nadgryziona zębem czasu masywna kamienna konstrukcja kończyła się na skraju linii drzew. W ogrodzeniu znajdowała się spora dziura. Zoja zamierzała ją wykorzystać, żeby czym prędzej znaleźć się jak najdalej od terenu należącego do kościoła.

- Dojdziemy tam i będziemy wolni. Będziemy wolni, zobaczysz - odezwała się do nieprzytomnego księdza, zerkając z niepokojem na krwawiącą ranę na jego czole. - Wyjdziesz z tego... Obydwoje wyjdziemy... Wszystko się ułoży...

Wycieńczenie zaczynało jej odbierać siły. Zaciskając zęby przeciągnęła bezwładne ciało księdza przez dziurę w ogrodzeniu. Rozejrzała się i znalazła miejsce za gęsto rosnącymi drzewami.

- Tutaj będzie dobrze - podjęła decyzję i ułożyła nieprzytomnego na stercie liści.

Nadal nie dawał znaku życia. Coraz bardziej przestraszona tym, że może jednak jest martwy, nachyliła się i sprawdziła mu tętno.

Krew przepływała przez tętnicę szyjną powoli, ale miarowo.

Po chwili ksiądz zaczął kasłać. Na wpół przymknięte powieki zaczęły drgać.

- Wody... - wyszeptał słabym głosem.

Zoja rozejrzała się bezradnie, zdając sobie sprawę, że w środku lasu nie ma szans na ani jedną kroplę. Od strony kościoła dało się słyszeć wołanie. Ostre światło policyjnych latarek omiatało teren plebanii, zahaczając o skraj lasu. Zoja położyła się na ziemi i odwróciła głowę w tamtą stronę. Tak jak się obawiała, w oddali za drzewami majaczyły niewyraźne sylwetki policjantów w niebieskich mundurach.

"Oby tylko nie przyszło im do głowy przeszukiwać las" - pomyślała z niepokojem.

- Pić... - powtórzył ksiądz.

Zoja nachyliła się nad nim i spróbowała go uciszyć.

- Ciiii... - wyszeptała. - Musimy uciekać. Są tuż, tuż - wskazała głową w kierunku kościoła.

Ksiądz zdawał się odzyskiwać przytomność. Otworzył oczy i oddychając ciężko, próbował coś powiedzieć.

- Dobrze, już dobrze... - powtarzała Zoja, głaszcząc go po twarzy.

Nagle poprosił, żeby pomogła mu usiąść.

- Trzech - zaczął mówić wyraźniej, oblizując spierzchnięte usta - Trzech... wysiadło z czarnego opla, jakieś piętnaście minut po tym, kiedy pani odjechała - otworzył oczy i ze śmiertelną powagą spojrzał na Zoję. - Bałem się o panią. Wyszedłem do nich i zapytałem, czy mogę w czymś pomóc, a oni na to, że szukają Trocińskiej Zofii. Skoro tak, odpowiedziałem, to musicie się panowie wybrać na cmentarz.

Zoja wydała z siebie zduszony jęk.

- No właśnie... - ciągnął ksiądz. - Sam nie wiem, jak mogłem powiedzieć coś tak głupiego. Oni też zrozumieli to tak, jakbym im groził. Jeden powalił mnie na ziemię, a w tym czasie dwóch weszło na plebanię i zaczęli przetrząsać każdy kąt. Porozbijali wszystko w drobny mak - zrobił pauzę, a potem dodał z goryczą. - Na koniec podłożyli ogień i odjechali.

Ktoś bardzo dobrze to wszystko zaplanował - oceniła Zoja, przypominając sobie, jak w tym samym czasie co ksiądz, ona też musiała walczyć o życie. Wyjęła z kieszeni spodni medalik i podała księdzu.

Mrużąc oczy spojrzał na niewielkich rozmiarów przedmiot, badawczo przesuwając palcami po brzegach i liniach, układających się w prastary symbol wiary. Po chwili spojrzał na Zoję i powiedział:

- To chryzmon. Monogram Chrystusa.

Zamarła, czując jak fala wspomnień ponownie zalewa jej umysł. Zza kurtyny jaskrawego światła wyłoniły się poszarpane obrazy tych paru chwil z dzieciństwa, które jej umysł usunął w cień na długie lata. Im bardziej próbowała się skupić, tym wyraźniejsza stawała się twarz babki, wpatrującej się w jej poryte krwią dłonie i w medalik, który trzymała w palcach. Ten medalik.

- Babka Zofia.... - wyszeptała Zoja, nie zdając sobie sprawy, że ksiądz bacznie ją obserwuje.

- Pani Zoju, jeśli nagle pojawiły się jakieś wspomnienia, mogą się okazać bardzo cenne. Proszę spróbować nie usuwać ich w cień, choćby nawet wywoływały w pani ból...

Zoja drgnęła. Skąd ksiądz mógł wiedzieć, co czuje?

- Kiedy zobaczyłam ten medalik, przypomniałam sobie... - zawahała się. - Chodzi o to, że być może zawdzięczam jej życie.

Ksiądz pokiwał głową i ostrożnie przyłożył dłoń do czoła. Dotykając brzegów rany, zasyczał z bólu.

Było pewne, że niezależnie od wszystkiego, jak najszybciej musi zobaczyć go lekarz. Bez samochodu mogło się to okazać szalenie trudne. Zoja postanowiła, że ukryje księdza w kościele i pójdzie do wsi, poszukać jakiegoś środka transportu.

- A co z pani autem? - zdziwił się ksiądz.

- Mnie też przytrafił się drobny wypadek - wyjaśniła wymijająco.

- Drobny? Jak drobny?

- Mój samochód leży w rowie kilka kilometrów stąd.

Ksiądz spojrzał na nią pytająco.

- To nie wszystko - westchnęła Zoja. - Zanim wielki kombajn zepchnął mnie z drogi, ktoś podrzucił na tylne siedzenie worek, niemal identyczny jak ten, który odebraliśmy w prosektorium. W środku znalazłam odciętą dłoń, w której ktoś wytatuował chryzmon i opatrzył go łacińską inskrypcją. In hoc coś tam...

- ... signo vinces?! - dokończył ksiądz.

- Tak, chyba tak.

- To po łacinie. Można to przetłumaczyć jako "w tym znaku zwyciężysz".

- Czyli powoli wszystko zaczyna do siebie pasować - powiedziała Zoja i zaczęła się podnosić z ziemi, nasłuchując wycia syren radiowozów. - Zaprowadzę księdza do kościoła i spróbuję ukryć w bezpiecznym miejscu.

Ksiądz złapał Zoję za rękę.

- Nie ma mowy. Odtąd nigdzie nie pójdzie pani sama.

Poczuła się skrępowana, ale i wdzięczna.

- Dobrze - odpowiedziała. - W takim razie zacznijmy jeszcze raz. Zoja.

- Piotr - odpowiedział ksiądz i mocno uścisnął jej dłoń.

Zoja podstawiła księdza pod samo wejście szpitala. Zaciągając hamulec ręczny starego poloneza, przekręciła kluczyk i schowała do torebki. Zatarasowała podjazd dla karetek, ale nie miało to żadnego znaczenia. Ksiądz co chwila zasypiał, wyglądało to tak, jakby tracił przytomność. Liczyła się każda minuta, ba, sekunda, nawet jeśli - czego obawiała się coraz bardziej - od domu sołtysa, który pożyczył im auto teściowej, ciągnęli za sobą ogon w postaci policjantów drogówki.

- Zaraz wracam - rzuciła, popychając z całej siły zardzewiałe drzwi.

Ksiądz otworzył jedno oko, to mniej zakrwawione.

- Nie ma mowy - złapał Zoję za rękę. - Sama nigdzie nie pójdziesz. Obiecałaś, pamiętasz?

Zoja zazgrzytała zębami i przyprowadziła wózek z izby przyjęć. Zapakowała na niego księdza i stękając ruszyła w kierunku rozsuwanych, przeszklonych drzwi, za którymi panowało spore zamieszanie.

- Musimy wjechać windą na pierwsze piętro, a potem skręcić w lewo... - wydawał kolejne komendy ksiądz, rozglądając się po zatłoczonej od pacjentów poczekalni.

- Tak, wiem, pamiętam - odrzekła Zoja, nerwowo się rozglądając. - Zawiozę cię na górę, a potem wrócę, żeby przeparkować tego przeklętego grata.

- O tak. I koniecznie zabierz z niego rzeczy. Na wszelki wypadek musimy je mieć przy sobie.

Kiedy wjechali na piętro, znajomy ordynator oddziału onkologii już na nich czekał. Nerwowo kręcił się po korytarzu, a kiedy zobaczył Zoję pchającą wózek, jego twarz pokryła się rumieńcem.

- Dobrze, że jesteście. Doktor Grądziela już czeka.

Ksiądz posłał Zoi pełne wściekłości spojrzenie.

- O tym nie wspomniałaś! Nie dam się szyć lekarzowi od trupów!

- Obawiam się, że nie ma ksiądz innego wyjścia - wtrącił onkolog, zaskoczony tak gwałtowną i nieuprzejmą reakcją. - Chyba, że chcecie mieć na głowie kilku funkcjonariuszy z dochodzeniówki.

- Byli tu? - zapytała Zoja.

Lekarz przytaknął.

- Opuścili szpital dosłownie kilka minut przed wami. Próbowali ustalić, czy kontaktowaliście się ze mną albo doktorem Grądzielą.

- Obaj jesteście nieocenieni. Bez was nie dalibyśmy rady - podziękowała Zoja i oddała lekarzowi wózek z księdzem.

- A pani? Nic pani nie jest?!

- Nie doktorze, nic - zapewniła go, uśmiechając się kokieteryjnie, zdając sobie sprawę, że jej wygląd wywiera na lekarzu dobre wrażenie.

W rzeczywistości czuła się fatalnie i gdyby tylko miała czas, skorzystałaby z kilku zastrzyków przeciwbólowych na raz. Westchnęła, rozmasowując skronie, a kiedy dzwonek windy zabrzęczał, wsiadła i zjechała na parter, skąd korytarzem udała się w kierunku poczekalni Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Chcąc dostać się do drzwi, musiała przepychać się przez tłum pacjentów, stojących w kolejce do okienka rejestracji. Nagle zobaczyła, że za szybą siedzi ta sama pielęgniarka, która wczoraj wydawała jej ciało babki. Chociaż natychmiast odwróciła głowę, była pewna, że tamta zdążyła ją zauważyć.

- Niech to szlag! - przeklęła pod nosem Zoja i przyśpieszyła kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.

Wyszła na podjazd. Polonez nadal stał w tym samym miejscu, tarasując niemal cały podjazd. Poobijana i zardzewiała karoseria wyglądała tak żałośnie, że Zoja wzdrygnęła się na myśl, że musi podejść bliżej. Otworzyła drzwi, wsiadła do auta i wsunęła kluczyk do stacyjki, przekręcając kilka razy - jak nauczył ją sołtys - żeby silnik miał czas na rozruch. Czując rozchodzący się po wnętrzu smród spalin, zatęskniła za wynajętym BMW, które nadal leżało w przydrożnym rowie, czekając aż policyjna laweta zaholuje je na parking, skąd odbiorą je ludzie z wypożyczalni lotniska Chopina. Wycofując, Zoja zbyt gwałtownie docisnęła pedał gazu, nieomal taranując karetkę, wjeżdżającą na sygnale na podjazd. Słysząc za sobą przeciągłe wycie klaksonu, skręciła w lewo i pojechała dalej prosto, aż na parking zatłoczony samochodami lekarzy, którzy zjechali już na nocną zmianę. Wyjęła przepustkę, którą dał jej onkolog i wsunęła do czytnika maszyny znajdującej się przy szlabanie. Po chwili zielone światło zamigało, zapora drgnęła i uniosła się wysoko, Zoja mogła swobodnie zdjąć nogę z pedału hamulca i przełożyć na gaz.

Telefon w kieszeni jej płaszcza zaczął wibrować. Na przemian niebieskie i zielone światło migało przez dziurki w wełnianym splocie, rzucając światło na nogi Zoi. Znalazłszy miejsce do parkowania, ostrożnie wjechała pomiędzy dwa sąsiadujące z nim samochody i nie gasząc silnika podniosła telefon.

Zerkając na wyświetlacz natychmiast poczuła, że robi jej się gorąco. Doskonale znała ten numer. Kierunkowy +43. Austria. Z dokładnością do niemal stu procent była w stanie stwierdzić, że telefonowano do niej z recepcji wiedeńskiego hotelu Sacher.

- Cholera, nie teraz - powiedziała do siebie i odrzuciła połączenie.

Podniosła z podłogi torebkę i wygrzebała papierosy i zapalniczkę. Trzymając tlącego się papierosa w jednej, drugą ręką obniżyła lusterko przyczepione do przedniej szyby i spojrzała na swoje odbicie, rozświetlane co chwila światłami przednich reflektorów samochodów przejeżdżających ulicą.

Wyglądała fatalnie. Rozwichrzone włosy, ubłocony i podarty na piersi płaszcz, a pod nim usmolona koszula. Rozmazany makijaż. Mętne spojrzenie. Strach wypisany na twarzy. I brak jakiejkolwiek szansy na to, by szybko udało się to zmienić.

- Przepraszam panią bardzo!

Na widok kobiety zaglądającej do samochodu, Zoja krzyknęła ze strachu.

- Czego pani chce do cholery?! - rzuciła ze złością, na wszelki wypadek kładąc dłoń na korbce służącej do zamykania okna.

- Miałaby pani poczęstować papierosem?

Zoja wyjęła z torby paczkę i nie spuszczając bezdomnej z oczu ostrożnie wystawiła rękę przez szybę.

- Proszę. Jest pani - powiedziała i zamknęła okno.

Kobieta nawet nie podziękowała. Zarzuciła torbę na ramię i odeszła szybko, okrążając samochód z lewej strony. Zoja śledziła wzrokiem każdy jej ruch. Kiedy tamta zniknęła za rogiem, głośno odetchnęła z ulgą.

Nagle za jej plecami rozległ się głośny trzask pękającej szyby. Obejrzała się i widząc, że całe tylne siedzenie pokryte jest odłamkami szkła, uchyliła drzwi i wydostała się z auta. Nie mając pojęcia co robić, położyła się płasko na ziemi i wczołgała pod zaparkowaną obok mazdę. Przez kilka sekund nie słyszała niczego, poza nieprawdopodobnym łomotaniem własnego serca. Po chwili usłyszała odgłos kroków. Czyjeś sportowe buty zatrzymały się tuż przy samochodzie, na wysokości jej twarzy. Zamarła, słysząc szczęk odbezpieczanej broni, a potem widząc jak ktoś nachyla się nad podwoziem i zagląda pod auto, celując lufę pistoletu prosto w jej twarz.

- No już, proszę wyjść - usłyszała męski głos.

- Dała się pani sprowokować jak małe dziecko - dodał z zadowoleniem drugi, dochodzący z góry. Jego właściciel nosił czarne lakierki z wąskimi czubami. Stał nieco dalej, dokładnie na wysokości bagażnika poloneza. Po tym jak się wyczołgała, Zoja podniosła głowę i zobaczyła dwóch postawnych mężczyzn w czarnych kurtkach; jeden celował do niej z pistoletu, a drugi z odznaki.

Ten z bronią złapał ją za ramię i rzucił na maskę poloneza, wykręcając jej do tyłu obie ręce.

- Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego - zaczął mówić, jakby już samo to miało sprawić, że Zoja umrze ze strachu. - Departament Kontrwywiadu, major Wirewski, kapitan Rakowski. Jest pani zatrzymana pod zarzutem podwójnego zabójstwa.

Zoja stała bez ruchu. Nie mogła uwierzyć w to co słyszy.

- To jakiś absurd! Ja nie zabiłam! Nikogo nie zabiłam! - spróbowała się bronić.

Usłyszała szczęk kajdanek.

- Nie zabiłam! - powtórzyła, czując jak krew uderza jej do głowy.

Rakowski zacisnął ciasno kajdanki na jej lewej dłoni. Zoja próbowała wyrwać mu drugą rękę, ale kopniakiem rozszerzył jej nogi sprawiając, że prawie upadła na ziemię. W tym samym czasie major przeszedł do formułowania zarzutów:

- Jest pani zatrzymana za zabójstwo Zofii Trocińskiej, dwudziestego dziewiątego marca tego roku, a także księdza Piotra Grunera, proboszcza parafii Świętego Mateusza Apostoła i Ewangelisty, w Sobótce Nowej siedem dni później. Ma pani prawo zachować milczenie. Wszystko co pani powie od tej pory może zostać wykorzystane przeciwko pani - wziął oddech, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien mówić dalej. - Zgodnie z polskim prawem ma pani prawo do obrońcy i tłumacza. Ambasada Stanów Zjednoczonych została już poinformowana o pani zatrzymaniu i wyraziła zgodę na aresztowanie na terenie Polski.

- Nie przyznaję się! Nikogo nie zabiłam! Mnie tu wtedy nie było, przyleciałam dwa dni temu, możecie to sprawdzić. Nie wyrażam zgody. Ałć! Nie tak mocno! - krzyknęła Zoja, czując silne uderzenie pięścią w łopatki.

Bezwzględność majora i kapitana przeraziła Zoję bardziej, niż absurdalne zarzuty pod jakimi próbowali ją zatrzymać. Kiedy Rakowski naparł na nią całym ciałem, przyciskając ją do szyby samochodu jakby była nalepką z zielonym liściem, poczuła rozrywający ból w klatce piersiowej. W kilka sekund dotarło do niej, że coś jest nie tak. Lepka maź zalała jej szyję. Odchyliła się i zobaczyła że kapitan pluje krwią. Krzyknęła z przerażenia, próbując się wydostać ze śmiertelnego uścisku. W ciągu kilku sekund kapitan osunął się na ziemię. Zoja spojrzała w dół. Był martwy. Ktoś przestrzelił mu gardło na wylot.

W tej samej chwili oniemiały z przerażenia major Wirewski wyciągnął radioodbiornik i podniósł do twarzy, próbując wezwać posiłki. Głos uwiązł mu w gardle. Przewrócił oczami, zatoczył się w przód, a po kilku sekundach leżał martwy obok niższego stopniem kolegi.

Zoja zamknęła oczy. Słuchając przerażającego dudnienia własnego serca, czekała na kolejny strzał. Zamiast tego, usłyszała za plecami znajomy, zniekształcony głos:

- Uratowałem ci życie, a teraz ty uratuj moje. Zabierz to, czego ci trzeba i odejdź.

Gwałtownie odwróciła głowę, ale w tej samej sekundzie wokół niej zapadła nieprzebrana ciemność. Wszystkie latarnie na parkingu pogasły. Zupełnie jakby ten, którego głos usłyszała, robił wszystko, by pomóc jej w ucieczce...

W parę sekund podjęła decyzję. Jeśli nawet ma to być jej ostatni ruch, postanowiła zaryzykować.

Z dyndającymi z lewego nadgarstka kajdankami, porwała z siedzenia pasażera ciężką torebkę z laptopem i zasilaczem, i przerzucając ją przez ramię przeskoczyła nad ciałami agentów. Schyliła się i wyjęła z martwej dłoni majora szumiący radioodbiornik, po czym rzuciła daleko przed siebie. Urządzenie przecięło pustą alejkę wyjazdową i wylądowało między autami kilka metrów dalej, rozpryskując się w drobny mak.

Zoi przeleciały przez głowę słowa nieznajomego:

"Uratowałem ci życie, a teraz ty uratuj moje. Zabierz to, czego ci trzeba i odejdź."

Otworzyła klapę bagażnika i wstrzymując oddech wyciągnęła ze środka walizkę. Rozsunęła zamek i wysypała ubrania, buty i kosmetyczkę na ziemię. Zapakowała do środka jedynie foliową torbę z odciętą dłonią i zamknęła. Smród wydobywający się z środka nieco zmalał, co dawało cień szansy, że uda jej się przemknąć przez szpitalne korytarze. Bo była pewna, że jedyne co może teraz zrobić, to spróbować odnaleźć księdza i uciec z nim jak najdalej od tego miejsca, w którym dwa leżące na ziemi trupy, na pewno ściągną niebawem tłum policjantów i agentów żądnych zemsty.

Nie było wątpliwości, że ani kapral, ani major, nie żartowali. Została oskarżona o podwójne morderstwo i nawet jeśli zarzuty były całkowicie absurdalne, nikt nie uwierzy bez dowodów w jej wersję zdarzeń. A żeby je zdobyć, potrzebuje pomocy księdza i chwili spokoju, żeby się zastanowić, co dalej.

Przynajmniej nie musiała się skradać pomiędzy samochodami. Jeśli ten, kto pozwolił jej odejść, nagle zmieni zdanie, w parę sekund padnie z kulą w głowie, jak tamci dwaj, którzy leżą za jej plecami w kałuży krwi...

Nie myśląc więcej, zaczęła biec. Lawirując pomiędzy samochodami dotarła na ścieżkę prowadzącą do oświetlonych drzwi szpitala. Korzystając z tego, że trzech pacjentów wychodziło na papierosa, przemknęła przez drzwi i nie zatrzymując się pognała w kierunku łącznika i windy, znajdującej się na końcu korytarza. Nerwowo odliczając sekundy, czekała aż jej środek transportu zjedzie z góry i na chwilę będzie mogła ukryć się za zasłoną ze stali i metalu.

Drzwi zaczęły się otwierać, a ze środka wyłoniła się znajoma postać. Zoja zrobiła wielkie oczy. Zrobiwszy dwa kroki w przód, stanął przed nią ksiądz Piotr. Miał na sobie czyjeś ubrania, a pół jego czoła zasłaniał opatrunek. Sprawiał wrażenie gotowego do wyjścia.

- Już? - zdziwiła się Zoja.

Ksiądz złapał ją za ramię i zaczął iść w kierunku schodów ewakuacyjnych. Walizka, którą za sobą ciągnęła Zoja, turkotała na wyłożonej beżowymi kafelkami podłodze, niczym wagony pociągu po torach.

- Musiałem ich obezwładnić - oznajmił ksiądz Zoi, oglądając się w kierunku korytarza.

- Kogo?

- Tamtych dwóch lekarzy.

Zoja była zszokowana.

- Jak to?! Przecież chcieli nam pomóc! Co takiego próbowali ci zrobić? Założyć szwy bez znieczulenia czy przemyć ranę wodą utlenioną?

- To wcale nie jest śmieszne! Zaraz po tym, jak do niego zadzwoniłaś, ten onkolog zawiadomił policję. Sprawdziłem jego telefon. Ściągnął tu pół komendy wojewódzkiej, a ciebie okłamał, mówiąc że wyszli zaraz przed naszym przyjazdem. Ty zeszłaś na dół, a on zamknął mnie w gabinecie zabiegowym i pobiegł, żeby ich zaalarmować. Dwóch czekało na piętrze, trzech na schodach, a jeszcze dwaj pobiegli za tobą...

- To nie byli policjanci, tylko ludzie z kontrwywiadu. Przedstawili się jako kapitan i major z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Ksiądz nerwowo zamrugał.

- Jak to przedstawili się? Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jakby nigdy nic poszłaś z nimi na papierosa?!

- Nie, nie poszłam. Próbowali mnie zatrzymać. Ich zdaniem, jesteś martwy. Zabiłam cię z zimną krwią, kilka dni po tym, jak zamordowałam także ją.

- Kogo?

- Moją babkę, Zofię Trocińską.

- I gdzie są teraz? - zapytał ksiądz, nerwowo zerkając w stronę schodów prowadzących na górę, jakby bał się, że agenci mogą się zjawić lada chwila.

- Leżą martwi przy polonezie.

- Zabiłaś dwóch agentów???? - wysyczał przez zęby ksiądz, a jego twarz przybrała nagle odcień purpury.

- Nie ja.

- To kto?

- Nie wiem. Nie widziałam. Wpakował im po jednej kuli i zaraz potem na parkingu pogasły wszystkie światła. Słyszałam tylko jego głos. Powiedział dokładnie "uratowałem ci życie, a teraz ty uratuj moje. Zabierz to, czego ci trzeba i odejdź."

Ksiądz zrobił minę, jakby ktoś zrzucił mu na głowę cegłę. Przyglądał się Zoi, nerwowo kręcąc się wokół barierki przy schodach. Powtórzył kilka razy, że musi pomyśleć, po czym przysiadł na schodach i zaczął mamrotać coś pod nosem.

W tym czasie Zoja wyjrzała na korytarz. Zobaczyła salową, pchającą w stronę windy ogromnych rozmiarów wózek z brudną bielizną. Salowa nacisnęła guzik jazdy w górę i kiedy drzwi windy zaczęły się otwierać, wepchnęła do środka wózek i odeszła.

Zoja natychmiast zrozumiała, że to może być ich jedyna szansa. Postawiła walizkę pod ścianą i poszła w stronę windy.

- Masz - powiedziała minutę później, wpychając księdzu do ręki wymięty fartuch lekarski.

- Zwariowałaś...

- Jeszcze się okaże - odpowiedziała pewnym siebie tonem Zoja i także założyła lekarski uniform.

Ksiądz włożył drugie ramię do rękawa i pokręcił głową.

- To jest na mnie za małe. Rękawy są za krótkie, wyglądam w tym jak...

- Dobrze wyglądasz. Idziemy - ucięła Zoja, dając księdzu znak, że ma wziąć walizkę i pójść za nią.

Dwie minuty później stali pod drzwiami oddziału.

- Wewnętrzny - odczytał na głos ksiądz, zerkając na tablicę nad drzwiami.

- Zgadza się - potwierdziła Zoja i nacisnęła na klamkę. Ściszając głos do szeptu wytłumaczyła księdzu, jaki jest plan.

- A co to doktorze?! - odezwał się jeden z pacjentów, gdy drzwi się otworzyły, a ksiądz w kitlu zajrzał do sali.

- Jak to co? - odpowiedział ksiądz, nerwowo pokasłując. - Obchód.

Zoja wepchnęła go do środka.

- O tej porze? - zdziwił się pacjent leżący na łóżku najbliżej okna i z niedowierzaniem zaczął się przyglądać Zoi, trzymającej za plecami walizkę. Szemrząc pod nosem coś o konieczności codziennego wietrzenia sal, przeszła przez salę i otworzyła okno.

- Nie jest wysoko - oceniła, zerkając na pacjenta, pod którego łóżkiem stała turystyczna lodówka.

- Potrzebna panu ta lodówka?

- Skoro jest, to znaczy, że potrzebna - odpowiedział groźnie pacjent.

- Chyba mimo to jestem zmuszona stanowczo jej zażądać - powiedziała Zoja i podniosła z talerza stojącego na parapecie nóż do masła.

- Zoja - krzyknął ksiądz.

Pacjent wyciągnął lodówkę spod łóżka i natychmiast podał ją Zoi.

- Dziękuję - odpowiedziała, wyrzucając na łóżko całą jej zawartość. Obok rzuciła nóż. Wystawiła za okno walizkę i lodówkę, i wspięła się na parapet. Po chwili była już po drugiej stronie.

Ksiądz otarł spocone dłonie o kitel i podszedł do drugiego z pacjentów. Spojrzał na jego kartę wiszącą w nogach łóżka, a potem kazał mu pokazać język.

Zniecierpliwiona Zoja zajrzała do środka.

- Co ty wyprawiasz?!

Ksiądz wzruszył ramionami.

- No kazałaś, żebym starał się być autentyczny!

Zoja jęknęła poirytowana.

- Dużo witaminy C i dwa litry płynów, co najmniej! - powiedział do pacjenta ksiądz.

W biegu zdjął kitel, po czym wskoczył na parapet i dał susa przez okno.

Pobiegł za Zoją przez park.

- To była najgłupsza rzecz, jaką mogliśmy zrobić - stwierdził.

- Jak chcesz, możesz tam wrócić i ich przeprosić - odpowiedziała Zoja, przerzucając foliowy worek z walizki do turystycznej lodówki. - Dzięki temu przynajmniej nie musimy jej już za sobą ciągnąć.

- Jesteśmy teraz złodziejami.

- Nie marudź i tak oficjalnie jesteś trupem. Mnie do tego co już mam, jedna kradzież więcej nie zaszkodzi.

- To tylko poszlaki...

- Tak? To powiedz to kolegom tamtych dwóch, którzy leżą na parkingu. Powiedz, że twoim zdaniem nic na mnie nie mają, a majora i kapitana zamordował człowiek widmo, zapewne ten sam, który zabił wcześniej ciebie i moją babkę. Jak ci uwierzą, osobiście wrócę do szpitala i oddam pacjentowi jego lodówkę, przepraszając go za to, że groziłam mu nożem.

Dwadzieścia osiem minut później wysiedli z taksówki na rogu Piotrkowskiej. Kiedy Zoja płaciła za kurs, ksiądz z niepokojem obserwował wzmożony ruch na głównej ulicy prowadzącej do deptaka.

- Tylko mi nie mów, że tu też coś się wydarzyło - powiedziała załamanym głosem Zoja, stając obok niego.

Jakby na potwierdzenie jej obaw, ulicą obok przejechało kilka radiowozów i dwie karetki, wszystkie na sygnale.

- Mam nadzieję, że nic - odpowiedział bez przekonania i wziął od Zoi turystyczną lodówkę.

Odetchnęła z ulgą.

- Nie wiedziałam, że odcięta ręka może być taka ciężka.

Ruszyli Piotrkowską, zagłębiając się w coraz gęstszy tłum ludzi. Rozglądając się Zoja oceniła, że na tle kobiet w płaszczach, mężczyzn w zimowych kurtach, par trzymających się za ręce, matek z wózkami czy nawet staruszków w beretach, sunących o lasce, ona i ksiądz prezentowali się fatalnie, nie mając żadnych szans, by wtopić się w otoczenie. Wyglądali jak para zagubionych turystów, którzy specjalnie poprzebierali się jak na odpustowy jarmark, żeby w razie zbłądzenia, mogli się nawzajem łatwo odnaleźć. Ksiądz przynajmniej miał na sobie czyste ubranie. Ona sama była ubrana w ten sam strój, który założyła rano. Brudna koszula, pokryta plamami zaschniętej krwi, które próbowała ukradkiem zetrzeć w taksówce, podarte dżinsy i trampki, nie dość że prezentowały się fatalnie, to jeszcze nie chroniły przed chłodem. Chuchając w zmarznięte dłonie, dreptała za księdzem, marząc o tym, by wreszcie dotrzeć na miejsce i odpocząć.

- Jestem tak zmęczona, że położę się nawet na podłodze w kuchni - powiedziała do księdza.

- Obawiam się, że nic z tego... - odpowiedział, pokazując ręką przed siebie, na grupę wystraszonych ludzi stojących na chodniku przy skrzyżowaniu Brackiej, Emilii Plater, Górniczej i Zagajnikowej. Część z nich zamiast butów, miała na nogach kapcie. Kilkoro dzieci owiniętych kocami kręciło się blisko nóg matek.

Zoja przyśpieszyła kroku, wyprzedziwszy księdza jako pierwsza minęła wysoką kamienicę i dostrzegła unoszące się wysoko kłęby czarnego jak smoła dymu. Grupa gapiów, stojących pod uliczną latarnią przy przejściu dla pieszych, rozprawiała zawzięcie.

- Pięć wozów, a ciągle się pali - powiedział niski mężczyzna w pikowanej kurtce.

- Jak to bomba, to się będzie jeszcze długo paliło - dodała kobieta stojąca obok niego.

- No Maciejewski mówi, że bomba jak nic - odpowiedział tamten i z oddaniem graniczącym z uwielbieniem, spojrzał na sąsiada.

Zoja podeszła bliżej.

- Przepraszam pana, gdzie dokładnie był ten wybuch? - zapytała.

Nie patrząc kto pyta, mężczyzna wskazał ręką na ulicę za rogiem.

- Tam gdzie obóz był. Na Przemysłowej 34.

Ksiądz stanął za plecami Zoi.

- Jak dawno?

Mężczyzna spojrzał na zegarek w telefonie.

- Jakieś pół godziny.

Czyli zaraz po tym, jak uciekliśmy ze szpitala - obliczyła szybko Zoja.

- Skąd pan wie, że to była bomba?

Mężczyzna wydał się zaskoczony pytaniem księdza.

- No też pytanie! Jak skąd... Od trzydziestu lat mieszkam w kamienicy obok. Okna z kuchni mam na wspólne podwórze. Robiłem herbatę, jak weszło czterech ze skrzynkami i wyszli bez. A potem bum! - krzyknął i zamachał rękoma, próbując jak najlepiej oddać skalę wybuchu.

Zoja odeszła na bok. Była całkowicie załamana. Oparła się plecami o ścianę kamienicy i bezradnie opuściła głowę, wlepiając nieruchome spojrzenie w kawałek chodnika. Ksiądz stanął obok, zasłaniając plecami światło latarni. Cień jego sylwetki padł na ścianę, wyglądając jak olbrzymia powykrzywiana postać z obrazu Francisa Bacona.

- Nie mogliśmy tego przewidzieć. Nawet gdyby udało nam się dotrzeć tu wcześniej...

- Tak, wiem - przytaknęła Zoja, chociaż ton jej głosu wskazywał, że myśli inaczej.

Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej nabierała pewności, że jak dotąd popełnili z księdzem same błędy. Logiczne myślenie nigdy nie było jej mocną stroną, podobnie jak chłodna, pozbawiona emocji analiza. Jedyne w czym była naprawdę dobra, to wyliczanie procentu od wartości nieruchomości i podbijanie cen domów za pomocą drobnych sztuczek i zabiegów, do których wynajmowała najlepszych speców od wystroju w całym Nowym Jorku. Potrafiła wynająć ich na kilka tygodni, opłacając przeloty i pobyt w najdroższych hotelach w Europie, po to, żeby zadbać o zadowolenie klientów. Mogła nie spać tygodniami, osobiście nadzorując pracę ekip remontowych i szwaczek, obszywających ręcznie haftowane złotą nicią zasłony do siedmiu sypialni irlandzkiej posiadłości lorda Nielsena. Odkąd siedem lat temu przyleciała do Nowego Jorku, trzymając w rękach list polecający od wpływowego rosyjskiego biznesmena, każdego dnia pracowała na to, by móc wreszcie samodzielnie osiągnąć sukces. Chociaż korzystała z jego pieniędzy, by poszerzać swoje wpływy w nowojorskim światku najlepszych agencji nieruchomości, zarządzających tak kluczowymi lokalizacjami, jak wieżowce przy Wall Street, wiedziała, że wkrótce będzie mogła raz na zawsze odciąć łączące ich więzy. A wszystko dzięki bezgranicznemu oddaniu klientom. Potrafiła czytać w ich myślach, spełniając każde ich żądanie, jeszcze zanim zdążyli je złożyć w formie pisemnego zapytania do agencji...

Zoja drgnęła. Zerkając na migające koguty policyjnych radiowozów, odgradzających pasem niebieskawego światła dostęp do miejsca wybuchu, nagle zrozumiała, że teraz robi dokładnie to samo. Jej umysł pracuje na tych samych obrotach, co jeszcze kilka dni temu, kiedy w podskokach i z uśmiechem spełniała zachcianki klientów, dla których pracowała...

- Do tej pory robiliśmy wszystko, czego chcieli! - odezwała się do księdza, a w jej oczach pojawił się błysk.

- Co takiego?

- Depczą nam po piętach, bo idziemy dokładnie tą ścieżką, jaką chcą, żebyśmy szli. Wykorzystują nasze błędy, bo wiedzą, że nie czujemy się winni i nie mamy nic do ukrycia. Wiedzieli, że zaufamy tym, którzy jako jedyni wyciągnęli do nas pomocną dłoń i pójdziemy dokładnie tam, dokąd nas pokierują, rozumiesz Piotr? Lekarze byli podstawieni! A to znaczy, że nie tylko wiedzieli, że pojawimy się w jej mieszkaniu, ale i że prędzej czy później zechcemy tam wrócić - ciągnęła podekscytowana Zoja, pozwalając by ksiądz wziął ją pod rękę i poprowadził ulicą w kierunku oświetlonego deptaka, jak najdalej od miejsca wybuchu. - Bawią się z nami, odkrywając kolejne elementy układanki, a potem je zakrywając...

- O czymś zapomniałaś.

Zoja zatrzymała się w pół kroku, pod witryną sklepu z zabawkami. Tuż za szybą potężny miś, napędzany elektroniką, walił plastikowym młotkiem w zielony bębenek, a jego głowa drgała rytmicznie w takt jakiejś niesłyszalnej melodii.

- O czym?

- O tym człowieku, który pomaga ci z ukrycia. Nie sądzę, żeby torba z odciętą dłonią i medalikiem znalazły się w twoim samochodzie na skutek gry, jaką toczą z nami agenci. Nie sądzę też, że mają na tyle wiedzy, by biegle poruszać się w tematyce symboli religijnych i ich powiązań z historią... Przypomnij sobie zdjęcia dzieci i malowidło świętej Anny. Przypomnij sobie kołysankę i wypisane na kartce imiona... Nie Zoju - ksiądz pokręcił głową. - Mamy do czynienia z czymś więcej, ale oczywiście muszę przyznać, że masz rację co do tego, że dość niefrasobliwie dajemy się wodzić za nos, postępując tak, jak chcą tego agenci...

Skręcili z Piotrkowskiej w jakąś boczną uliczkę, której nazwy nie dało się odczytać ze zżartej rdzą tablicy. W głębi podwórza, na tyłach starego trzypiętrowego budynku, znajdował się słabo oświetlony bar, z wiszącym nad drzwiami szyldem z napisem "Bar u Piotrusia".

- Tutaj? - zapytała Zoja, nie kryjąc uśmiechu.

- Piotruś, jak Piotruś - ocenił ksiądz i poprowadził ją w stronę drzwi, z wiszącą na nich reklamą automatów do gry, nazywanych jednorękimi bandytami.

Weszli do środka i zajęli wolny stolik pod oknem. Poza nimi nie było zbyt wielu klientów. Przy stoliku w drugim końcu sali siedzieli dwaj starsi mężczyźni, popijając piwo. "Bar u Piotrusia" był to mały, lichy lokalik, pamiętający czasy odległe o dwadzieścia, może trzydzieści lat wstecz. Ze względu na wystrój i unoszący się w powietrzu zapach piwa, miał swoich stałych bywalców, którzy czuli się tu tak, jakby trwały czasy jego świetności. Za całe wyposażenie służyły białe okrągłe stoliki przykryte żółtymi serwetami, automaty do gry ustawione w rzędzie przy drzwiach i bar długi na dwa i trzy dziesiąte metra, nie bez powodu nazywany przez bywalców "longiem". PRL-owski styl wystroju, uzupełniały paprotki i sztuczny bluszcz, utkane gęsto na półkach ściennych, a także cztery czarno-białe grafiki wiszące na ścianie, przedstawiające ulicę Piotrkowską.

- Co podać?

- Dwie herbaty z prądem i co tam macie do jedzenia - odpowiedział ksiądz, unikając taksujących go oczu kelnerki, która co chwila nachylała się nad stołem, poprawiając białą serwetę.

- Hamburger albo flaki wołowe - rzekła beznamiętnie.

Zoja spojrzała na księdza, wykrzywiając twarz w grymasie obrzydzenia. Pod naporem jego karcącego spojrzenia wybrała hamburgera.

- A ja jedno i drugie - zdecydował ksiądz, dostrzegając w oczach kelnerki błysk zadowolenia.

Kelnerka raz jeszcze zamaszyście wygładziła serwetę, po czym wepchnęła notes do kieszonki w zapasce i odeszła w stronę baru. Nalała wódki do kieliszków, napełniła szklanki herbatą i przyniosła, oznajmiając, że czas oczekiwania na posiłek to dziesięć do piętnastu minut. Przyglądając się jej plecom, Zoja złapała za kieliszek i prawie wlała sobie całą zawartość do gardła.

- Nie, nie tak! - zatrzymał ją w ostatniej chwili ksiądz.

Spojrzała na niego z oburzeniem.

- A jak?

- Wlej ją do herbaty. Inaczej zamiast się rozgrzać, będziesz pijana. Wódka jest mocna - rzucił protekcjonalnie.

Zoja wzruszyła ramionami i zrobiła co kazał. Wlała wódkę do szklanki, zamieszała łyżeczką, podmuchała i siorbiąc upiła spory łyk. Potem kolejny i jeszcze jeden.

- Dobre? - zapytał ksiądz uśmiechając się.

Zoja przytaknęła. Poza błogim ciepłem rozchodzącym się po całym ciele, zaczynała czuć, jak napięcie z całego dnia powoli opada.

- Myślisz, że mogą nas tu dopaść? - zapytała spokojnie, wyglądając przez okno.

- Tutaj? - ksiądz rozejrzał się po sali. - Tutaj raczej nie. Ale jeśli za bardzo zaczniemy kręcić się po mieście, to całkiem prawdopodobne.

Po chwili kelnerka przyniosła jedzenie, które pochłonęli bez entuzjazmu, w całkowitej ciszy. Beznadziejna ciemność otaczała ich z każdej strony, coraz bardziej zawężając śmiertelny uścisk.

Początek i koniec

Wschodzące słońce raziło oczy turystów, idących Placem Świętego Piotra w kierunku wrót bazyliki. Miarowy stukot podeszew o bruk, gruchanie gołębi, łapczywe siorbnięcia kawy z plastikowych kubków z logo Starbucks, kaszlnięcia, splunięcia i ciche szepty dzieci, plączących się pod nogami rodziców, tworzyły ulotną melodię poranka.

Było bezchmurnie i pięknie, idealnie na zwiedzanie atrakcji Wiecznego Miasta. Lekkie podmuchy kwietniowego wiatru, niosące znad ulicy Citta del Vaticano zapach świeżo skoszonej trawy i subtelną woń pomarańczy kwitnących dziko w parkach, dawały znać o budzącej się do życia wiośnie. Gołębie, wylatujące z Ogrodów Watykańskich, wznosiły się skąpane w złotej poświacie, stając się częścią pejzażu, jakiego nie powstydziłby się sam Michał Anioł.

Przewodnik Dominic Dulli, trzydziestojednoletni Włoch, szedł na przedzie grupy. Miał na sobie skromną drelichową bluzę i pogniecione spodnie koloru khaki. Szare, znoszone mokasyny, które założył nad ranem wybiegając w pośpiechu z małego mieszkania na wschodzie Rzymu, szurały ciężko po kocich łbach. Rozdał przepustki i zaczął mówić po angielsku z wyraźnym włoskim akcentem:

- Idziemy szybko i tylko tam, gdzie wskazuję. Nie zostajemy w tyle i nie dotykamy eksponatów. I tak większości nie sposób dotknąć - wtrącił pod nosem i nerwowo zachichotał, po czym jego głos znów przybrał beznamiętny ton. - Ponieważ jesteśmy pierwszą grupą tego dnia, mamy przed sobą chwile wyjątkowe i niepowtarzalne, co należy docenić i wykorzystać, bez zbędnego marudzenia. Zaczniemy od tarasu widokowego na szczycie kopuły bazyliki. Widok zapierający dech wymaga pełnego skupienia, ale i ostrożności, bo wypadki i w Watykanie chodzą po ludziach, a roztargnienie to pierwszy stopień do złamania kar...

- Toaleta?! - przewał mu znienacka damski, piskliwy głos.

Dulli zazgrzytał zębami. Młoda Hiszpanka z twarzą jak łasiczka, ubrana w szaro-różowy dres z napisem Nike na piersi, stojąc kilka kroków za plecami swojego chłopaka i jego siostry, przestępowała z nogi na nogę. Dulli posłał jej wściekłe spojrzenie. Chwilę później bez słowa poprowadził całą grupę do oddalonego o kilkadziesiąt metrów budynku z napisem "Toilets".

- Pięć minut - powiedział głośno, stukając palcem w cyferblat sportowego zegarka Casio.

Coś podpowiadało mu, że to nie będzie dobry dzień. Wewnętrzny kompas drgał od pierwszej chwili. Coś było nie tak. Wiedział to.

Kiedy został sam, Dulli wyjął z plecaka listę uczestników i szybko przeleciał po niej wzrokiem. Dwie młode Hiszpanki i Hiszpan, kobieta z Polski z czteroletnią córką, małżeństwo ze Stanów z ośmioletnim synem Jonnym, Kanadyjczyk z dziesięcioletnim synem o dziwnym imieniu Kane. Razem dziesięć osób. Z nim jedenaście.

Jedenaście.

- Nie, to nie może być prawda - wyszeptał.

Poczuł jak ze strachu oblewa go zimny pot. Zrobił w powietrzu znak krzyża i nerwowo rozejrzał się wokół siebie, na koniec jeszcze raz zerkając na listę. Upewniwszy się, że nie ma mowy o pomyłce wsunął ją do plecaka, a zamiast niej wyjął z kieszeni maleńki dziennik zapisany po brzegi i zaczął nerwowo przerzucać kartki. W końcu palec wskazujący zatrzymał się na jednej z nich, zabazgranej notatkami i skomplikowanymi wzorami matematycznymi. Oczy Dullego zaczęły wędrować od lewa do prawa, a jego źrenice zaczęły się rozszerzać.

Symbole nie pozostawiały złudzeń. Wcześniejsze znaki znalazły dopełnienie.

Jedenaścioro apostołów po zdradzie Judasza. Jedenaście, jako biblijny symbol zaburzenia pełni i nieporządku.

Dulli wyjął z kieszeni stary model Nokii. Wstukał na klawiaturze numer, po czym trzęsącymi się palcami zaczął pisać:

MIAŁEŚ RACJĘ. JEDENAŚCIE. IAM TEMPUS EST

- Iam tempus est. Już czas - wyszeptał Dulli, wysyłając wiadomość.

W ciągu kilku sekund pojawiło się potwierdzenie doręczenia. Dulli odetchnął z ulgą. Jeśli cokolwiek mogło go w tej chwili uspokoić, była to właśnie świadomość, że zdołał podzielić się tym co wie z kimś, komu zależy na tej wiedzy jeszcze bardziej niż jemu.

Od strony budynku toalety dało się słyszeć śmiechy. Po chwili przy Dullim pojawili się pierwsi turyści. Mrużąc oczy spoglądał na nich z niepewną miną.

Które z nich zostało wybrane?

Ruszyli w dalszą drogę. Nie tracąc ani chwili Dulli zaczął gorączkowo analizować. Jego wzrok wędrował od twarzy do twarzy, niczym skaner poszukujący kodów.

Dwie Hiszpanki i Hiszpan - nie. Polka z córką - nie. Małżeństwo ze Stanów - nie. Kanadyjczyk - nie. Jego syn... jak on ma na imię? Dulli drżącą ręką znów wyjął z plecaka listę, żeby sobie przypomnieć. Kane. Dziwne imię, bardzo dziwne. Spojrzał na chłopaka, a potem na tego drugiego, syna pary ze stanów. Wyglądało na to, że chłopcy trzymają się razem. Jonny i Kane. Kane i Jonny. Dwaj bracia. Biblijna Księga Rodzaju. Koran. Pięcioksiąg Ashburnhama...

"Jak do diaska mogłem to przeoczyć!" - pomyślał Dulli i gwałtownie przystanął, wlepiając wzrok w plecy chłopców idących przed nim.

Otaczające ich aury nie pozostawiały wątpliwości. Dwa omeny. Dwa jako symbol dwóch Tablic Mojżeszowych i kary za wszystkie grzechy, odebranej w dwójnasób. Dwa jako nawiązanie do historii Kaina i Abla...

- Jonny i Kane... - powtórzył Dulii zdławionym szeptem.

Szli w kierunku wrót bazyliki. Jonny i Kane wyprzedzili pozostałych i podbiegli do gołębi pijących wodę z pobliskiej kałuży. Widząc jak kilka z nich podrywa się do lotu, mała Polka natychmiast wydała z siebie dziki pisk.

- W Watykanie nie krzyczymy!!! - natychmiast zwrócił jej uwagę Dulli.

Matka dziewczynki z oburzeniem zmierzyła go wzrokiem i przyciągnęła ją do siebie. Po chwili mała znów wyrwała się z ramion matki i pobiegła za Jonnym i Kanem, wskazując na kolorowych żołnierzy z halabardami.

- Ajajaj! Pomponiści!

- Guardia Svizzera Pontificia... - wysyczał coraz bardziej wściekły Dulli.

Przez grupę przebiegł szmer śmiechu. Dorośli powyjmowali aparaty i zaczęli pstrykać zdjęcia. Halabardy gwardzistów skrzyły się w słońcu, niczym włócznie świętego Piotra. Feeria barw żołnierskich mundurów, pomarańcz, granat, błękit, zieleń, a przy tym pióra i satyna, mieszały się stanowiąc wspaniałą ucztę dla oka. Dystyngowane, idealnie zsynchronizowane ruchy każdego z gwardzistów, wyglądały jakby sterował nimi zręczny kuglarz, który celowo ustawił na środku placu marionetki poruszane za pomocą niewidzialnych sznurków.

Dulli zerknął na zegarek, a potem z coraz większym niepokojem na telefon. Nie było żadnej odpowiedzi.

- Niech to cholera... - przeklął pod nosem.

Nagle usłyszał za plecami głos.

- Idziemy?

Dulli gwałtownie się odwrócił. Obok niego stał Kane. Chłopak miał tak bystre spojrzenie, że przeszły mu po plecach ciarki.

- Dokąd? - zapytał zakoczony Dulli.

Chłopak zrobił zdziwioną minę.

- Dobrze się pan czuje? - rzucił niepewnie - Przed chwilą mówił pan, że musimy się pośpieszyć...

- Ach, no tak, racja, e necessario fare in fretta! - odpowiedział zmieszany Dulli i czując na sobie badawcze spojrzenie chłopaka, zaczął zwoływać resztę grupy.

W tym samym czasie czterej gwardziści opuściwszy halabardy weszli do Bazyliki, a ci kończący wartę przecięli plac i zniknęli za rogiem uliczki, pośród gęsto rosnących drzew.

W końcu grupie udało się dotrzeć do wrót bazyliki. Stanęli w cieniu, czekając aż Dulli, stojący w cieniu masywnej ściany z kamienia, skończy rozmawiać z jednym z gwardzistów.

- Mamo... - wyjęczał podekscytowany Jonny.

- Co znowu?!

- Na dachu. Zobacz. Tam ktoś jest.

- Tak synku, posągi świętych. Pan przewodnik mówił o nich przed chwilą - odpowiedziała matka, ciągnąc go za ramię w stronę wejścia.

- Nie, to nie... maaaamo, no zobacz, musisz... no zooobacz!

Podekscytowany Jonny, podskakując z palcem w górze, zerkał to na matkę, to na dach bazyliki, w miejsce, gdzie znajdowały się posągi jedenastu apostołów i Chrystusa. W przeciwieństwie do niego, Kane stał nieco dalej na uboczu i jak zahipnotyzowany od dłuższej chwili nie odrywał wzroku od dachu świątyni.

Dwie minuty później prawie cała grupa weszła do chłodnego wnętrza bazyliki. Troje Hiszpanów i Polka z córką na ramieniu poszli jako pierwsi, kierując się boczną nawą w stronę schodów prowadzących na dach. Tuż za nimi szedł Kanadyjczyk, zajęty rozmową z kuzynem ze Stanów i jego żoną. Dwaj chłopcy zostali daleko z tyłu.

- Wąskie przesmyki, strome schodki, duszno, parno, klaustrofobicznie... - oznajmił głośno Dulli, a jego głos odbijał się echem od sufitu wąskiego korytarza, powodując że wszyscy zamilkli - kto by pomyślał, że takie wrażenia może przynieść wspinanie się na szczyt drugiej na świecie największej świątyni chrześcijańskiej, wybudowanej na grobie świętego Piotra. Państwa odczucia nie są teraz może zbyt miłe, jednak naprawdę warto się pomęczyć dla widoku rozpościerającego się z dachu - zapewnił i jakby na potwierdzenie tych słów zamachał ręką, wskazując na strome schody, których setki majaczyły w górze, znikając za niebezpiecznymi, wąskimi zakrętami.

Wszystkie głowy uniosły się w górę, a potem dał się słyszeć szmer niezadowolenia.

Nie zważając na marudzenie, Dulli przepuścił wszystkich, rozglądając się w poszukiwaniu chłopców. Szli od strony wejścia, nic sobie nie robiąc z tego, że ich woła.

- Pani, to była pani - szeptał nerwowo Jonny. - A widziałeś czerwone? Wdziałeś?

- Nie widziałem. Nie było czerwonego - odpowiedział Kane.

- Bo ja patrzyłem ostatni. I wtedy było.

- Bujasz. Powiem twojej mamie i zobaczysz.

- Nie kłamię! - zdenerwował się Jonny i kopnął Kane'a w kostkę. Pobiegł wzdłuż ukrytej w cieniu nawy bocznej i przepychając się obok przewodnika wbiegł na schody. Po chwili dołączył do niego Kane i natychmiast zaczęli się ścigać, zmuszając wspinających się przed nimi ludzi, żeby ustąpili im miejsca.

- Chłopcy! Chłopcy! - próbował przywołać ich do porządku Dulli. - To jest niebezpieczne!

Piętro wyżej dało się słyszeć, jak chłopcy parskają śmiechem.

- Nie biegnij! - wydarła się matka Jonny'ego, wychylając się na schodach i wymachując groźnie zaciśniętą pięścią. - Jak cię dogonię, przyłożę ci w dupsko! Nie będę tu wysłuchiwała skarg!

Jonny i Kane dotarli już dwa piętra wyżej. Sapiąc i z trudem łapiąc oddech, wspinali się po stopniach masywnej kopuły z brunatnych cegieł, wyglądem przypominającej obronną wieżę.

- Sto dwadzieścia.. sto trzydzieści...trzydzieści jeden... - liczył kolejne stopnie Kane, oglądając się z uśmiechem na biegnącego za nim Jonny'ego.

Kilkadziesiąt stopni niżej trójka Hiszpanów, zziajana i zniechęcona, wspinała się schodek po schodku, wymyślając przewodnikowi od najgorszych, za to, że zmusił ich do wspinaczki. Chcieli jak najszybciej wejść, zejść i udać się do kawiarni po łyk zimnej Coca-Coli lub latte z lodem. Do tego śniadanie, duże, włoskie, z szynką parmeńską. Tak, szynka parmeńska i ser, dużo sera mozarella, którym usłane są ulice Rzymu...

- Nie mogę. Nie dam rady - wyjęczała młodsza Hiszpanka, przystając na stopniu, podtrzymując się ramienia swojego chłopaka.

Jej koleżanka wspięła się wyżej, zostawiając ich samych.

- Nie marudź. To był twój pomysł. Mówiłem, żeby jechać do Toskanii.

- I co byś z tej Toskanii miał?

- A co będę miał z tego?! - odpowiedział chłopak i dopił ostatni łyk wody z butelki, po czym wcisnął plastik w szparę w zakratowanym oknie.

Dulli szedł za nimi. Przysłuchiwał się ich rozmowie, kiwając głową z rezygnacją.

"Kolejni parszywi turyści, których nie da się zadowolić" - pomyślał.

Wyjął butelkę ze szpary i schował ją do plecaka. Nagle jego telefon ukryty w kieszeni spodni zaczął wibrować. Podekscytowany wyjął go i nie patrząc na numer na wyświetlaczu, odebrał połączenie. Po drugiej stronie dał się słyszeć piskliwy, pretensjonalny głos.

- Tylko nie to - wyszeptał z rozpaczą Dulli.

Był to kolejny pilny telefon z biura, dotyczący jakiejś parszywej wycieczki. Tak, oczywiście że przyjmie dodatkową grupę, oczywiście, stawka jak zwykle. Rozłączył się i postanowił odsapnąć. Z niepokojem wyjrzał przez zakratowane okienko na dachy budynków widoczne w oddali. Gdy z nad Piazza Cita Leonina dało się słyszeć bicie dzwonów, kilka gołębi siedzących na parapecie znienacka poderwało się do lotu.

- Już czas... - wyszeptał Dulli, zerkając na Plac Świętego Piotra.

Tymczasem Jonny i Kane ścigali się już nie z sobą, lecz z czasem. Liczyła się każda sekunda, bo szczyt schodów był coraz bliżej. Kiedy Jonny pokonał ostatni stopień, jego oczy powędrowały w kierunku ciągnącego się przed nim korytarza otoczonego ścianami z hartowanego szkła.

- Zaczekaj! - rozkazał Kane, dysząc ze zmęczenia.

Po chwili pokonał ostatni stopień i zgięty w pół stanął obok Jonny'ego. Nagle dostrzegł w oddali niewyraźny ruch. Gwałtownie się wyprostował i spojrzał przed siebie, dziękując w duchu, że od rozległej przestrzeni tarasu widokowego dzielą ich drzwi i ściany. Chociaż z dołu dało się słyszeć głosy rodziców, byli jakieś dwa piętra niżej. Kane wiedział, że przynajmniej przez dwie, trzy minuty będą zdani sami na siebie.

Korytarz na którym się znaleźli, był wąski i panował w nim zaduch; gorące powietrze z wczorajszego dnia, mieszało się z tym nagrzanym od porannego słońca, wpadającym przez wąskie wywietrzniki zamontowane pod niskim sufitem. Ostrożnie stawiając każdy krok chłopcy podeszli do masywnych szklanych drzwi. Jonny złapał za srebrną klamkę i spróbował cicho przekręcić, ale materiał, z którego wykonano drzwi sprawił, że były o wiele cięższe niż sądzili. Nie tracąc czasu, zaparli się i zaczęli pchać najmocniej jak umieli. W końcu na korytarz z sykiem wdarł się powiew świeżego powietrza. Kane wyszedł na taras pierwszy i od razu oniemiał z przerażenia. Z oddali dochodziły mrożące krew w żyłach jęki i płacz. Tuż przed sobą zobaczył rozmazaną na ziemi krew, ciągnącą się długą wąską linią przez środek starych, drewnianych paneli, jakimi wyłożona była podłoga tarasu. Czując na plecach oddech Jonny'ego, odwrócił się i spojrzał mu w oczy. Natychmiast zrozumiał, że nie może narażać tego ośmiolatka na tak wielkie niebezpieczeństwo.

- Zaczekaj tu na rodziców - rozkazał stanowczo.

- Nie ma mowy! - upierał się Jonny.

Nie widząc innego wyjścia, Kane złapał go za ramiona i odepchnął w kierunku drzwi. Nieprzygotowany Jonny z hukiem wylądował na drewnianej podłodze. Poderwał się i ze łzami w oczach pobiegł w kierunku schodów.

- Przepraszam Jonny - wyszeptał Kane, czując rosnącą gwałtownie gulę w gardle.

Odwrócił się i spojrzał w kierunku szczytu tarasu. To tam powinny być posągi świętych, które wdział z dołu. Wspomnienie obrazu sprzed paru minut zmroziło mu krew w żyłach. Przeraził się jeszcze bardziej, gdy dotarło do niego, że na dachu zapanowała złowroga cisza.

- Jestem sam i muszę być dzielny - spróbował się pocieszyć.

Nabrał powietrza i przylgnął plecami do ściany. Wychylił się i wyjrzał za róg. Było pusto. Z nieco większą odwagą wyszedł na rozległą przestrzeń tarasu widokowego i ruszył przed siebie. Zatrzymał się na wprost linii posągów, zwróconych twarzami do Placu Świętego Piotra. Apostołowie i Święty Jan stali na swoich miejscach, dokładnie tak, jak widział to z dołu. Tak jak się spodziewał, pośród nich brakowało tylko jednej figury. Chrystus z krzyżem zniknął z postumentu i co najbardziej przerażające, miejsce po nim nie było puste. Makabryczny widok sprawił, że przed oczyma Kane'a zapadła na kilka sekund nieprzenikniona ciemność. Zamknął oczy i zagryzł wargę, żeby nie zacząć krzyczeć.

- Rany... - wyszeptał po chwili.

Podszedł kilka kroków i zatrzymał się. W nozdrzach poczuł zapach krwi i starego drewna.

Słońce padające na dach oświetlało wiszące na ogromnym krzyżu ciało kobiety w średnim wieku. Wyglądała niczym anioł. Rozpostarte ręce rozłożone na boki, przybite ogromnymi gwoździami do ramion drewnianego kolosa, upodabniały ją do Chrystusa. Piersi i tułów były okryte białym kirem, po którym w kilku miejscach spływała krew. Wolno skapując ze stóp kobiety, tworzyła kałużę. Kane podszedł bliżej i wyciągnął rękę, próbując dotknąć ciała ofiary. W tej samej chwili usłyszał za plecami przerażający huk silnika i warkot śmigieł. Oniemiały ze strachu odskoczył na bok i przeczołgał się pod kamienne barierki. Uniósł głowę i zobaczył, że nad dachem bazyliki unosi się helikopter. W tej samej chwili usłyszał niewyraźne wołanie, w którym zdołał rozróżnić swoje imię.

Dulli wbiegł na taras. Powietrze wirowało dookoła jak podczas huraganu. Nieznośny huk niemal rozrywał uszy. Zgięty w pół zdołał przebiec kilka metrów. Rzucił się na ziemię pod ścianą i zaczął wołać Kane'a ile sił w płucach. Zobaczył unoszący się nad dachem helikopter.

- Skąd do cholery... - wyszeptał, zakrywając głowę przed podmuchami pyłu.

Po chwili helikopter odleciał. Dulli poderwał się i pobiegł ile sił w nogach do leżącego niedaleko posągów chłopaka. Przez chwilę bał się, że jest martwy.

- Kane! Odezwij się!

Chłopak zamachał ręką. Cały się trząsł i był wymazany krwią, ale wyglądało na to, że nic mu nie jest. Na tarasie zjawił się jego ojciec. Z twarzą czerwoną jak byk biegł w ich stronę.

- Dlaczego pan zablokował wyjście! - wydzierając się zamachał pięścią przed twarzą przewodnika - Co pan wyprawia, złożę skargę! Gdzie mój... o Boże... - wyjęczał, spoglądając na wiszącą na krzyżu kobietę.

Dulli zmierzył go lodowatym spojrzeniem, po czym odszedł kilka kroków. Wyjął telefon i zastanawiając się jak najsensowniej ująć w słowa to co się stało, wstukał numer biura. Coraz bardziej przerażona kobieta po drugiej stronie słuchała chlipiąc do słuchawki. Wyglądało na to, że wpadła w histerię.

- Przestań płakać! - wydarł się do słuchawki. - Zawiadom służby i przyślij mi tu kogoś!

Dulli rozłączył się z wściekłą miną. Biorąc pod uwagę, że ma najwyżej minutę, zanim drzwi jadącej na górę windy otworzą się z hukiem i wypadną z nich uzbrojeni po zęby żandarmi, każda sekunda była na wagę złota. Nie zwracając uwagi na to czy ktoś patrzy, Dulli podszedł do drewnianego krzyża i korzystając z telefonu zrobił zdjęcie. Dodał je jako załącznik i znów wysłał pod ten sam numer co wtedy, gdy byli jeszcze na placu. Treść wiadomości brzmiała:

UKRZYŻOWALI KOBIETĘ NA DACHU BAZYLIKI. UCIEKAJCIE

Kiedy kilka sekund później stalowe drzwi wind otworzyły się z hukiem, wszystko zaczęło dziać się błyskawicznie. Wszystkie wyjścia z Bazyliki zostały obstawione patrolami, a cały teren Watykanu otoczyła gwardia szwajcarska i żandarmi. Dullego i przerażonych turystów stłoczono na dachu, pod jedną ze szklanych ścian, obok schodów. Kane i Jonny siedzieli samotnie w najdalszym kącie. Dulli zdołał się do nich przecisnąć. Usiadł po turecku i wyszeptał:

- Musimy pogadać chłopaki.

Kane skulił się w sobie. Jonny nie przerywał nerwowego dłubania kawałkiem patyka w szparze w podłodze. Z jego kolana nadal ciekła krew.

- Boli? - zapytał Dulli.

- Nie tak bardzo - odpowiedział Jonny.

Dulli uśmiechnął się i poklepał go po plecach. Po chwili zwrócił się do Kane'a:

- Kane, muszę wiedzieć co widziałeś. Muszę to wiedzieć zanim oni - wskazał na prokuratora i policjantów kręcących się wokół krzyża - przyjdą, żeby cię zapytać.

- W helikopterze była dziewczynka.

Dulli drgnął.

- Wcześniej była na dachu. Słyszałem jak płakała.

- To bardzo ważna informacja - powiedział Dulli łamiącym się głosem. - Powiedz mi wszystko. Wszystko, dobrze?

Jonny schował głowę między kolana i zaczął płakać. Kane objął go ramieniem i oblizując spierzchnięte wargi ze strachem spojrzał na Dullego.

- Kim pan jest?

Dulli przez kilka sekund zastanawiał się nad odpowiedzią.

- Przyjacielem - odpowiedział w końcu, patrząc chłopakowi w oczy.

Kane pokiwał głową. Wziął oddech i zaczął mówić. Jego głos nie brzmiał już jak głos dziecka. Był matowy i bezbarwny, jakby z duszy chłopca wyparowała cała radość.

Dwóch funkcjonariuszy z wydziału kryminalnego zagrodziło taśmą dostęp do miejsca na tarasie widokowym, gdzie patomorfolog i prokurator czekali, żeby zabrać się do pierwszych oględzin. Krzyż zdjęto z postumentu i położono na ziemi, a nad nim rozłożono biały baldachim, osłonięty prowizorycznymi ścianami z brezentu.

- Żyje.

- Co? - zapytał prokurator, wlepiając wzrok w patomorfologa nachylającego się nad kobietą.

- Żyje. Została odurzona jakimiś silnymi środkami. Wygląda na to, że zaczyna się wybudzać.

- Powiedziała coś?

- Yhm... tak jakby - zmieszał się patomorfolog. Wstał i zaczął zdejmować białe rękawiczki. Spojrzał na prokuratora i poklepał go po ramieniu. - Niech ją zapakują do karetki i zawiozą do szpitala. Rany są powierzchowne, ścięgna w dłoniach i stopach nie zostały zerwane. Wygląda na to, że świr, który zorganizował całe to przedstawienie zna się na rzeczy. Zadbał o to, żebyśmy zdążyli tu dotrzeć, zanim straci za dużo krwi.

- Na pewno nie zrobił tego sam, ale mniejsza z tym. Czyli będzie mogła zeznawać? - dopytywał się prokurator.

- Z całą pewnością.

- To dobra informacja - ucieszył się. Widząc, że patomorfolog wychodzi, zagrodził mu drogę. - Co takiego powiedziała, że nie chcesz powtórzyć?

Patomorfolog nachylił się nad jego głową i wyszeptał mu do ucha konspiracyjnym tonem:

- Heil Hitler.

Prokurator zbladł.

- Że co?!

- No mówię ci. Otworzyła oczy i powiedziała Heil Hitler.

W pięknym kraju Prowancji, śród wyniosłej góry,

Góry granitowemi najeżonej skały,

Którą zieloną szatą sosny przyodziały,

A srebrnym baldachimem ocieniają chmury -

Bieleją się klasztoru opuszczone mury,

Gdzie pustelnik samotny, wiekiem posiwiały,

Wskazuje wiernym miejsca, co niegdyś widziały

Żal i łzy Magdaleny, śród groty ponurej. -

O! córo Galilei, nadobna grzesznico:

Kobieto z czułem sercem - której nie łez zdroje,

Ale miłość otrwarła do niebios podwoje!

Lubię widzieć twój obraz, piękna pokutnico,

Jak cię Tycjan malował - w głębi ciemnej groty,

Osłonioną jak płaszczem, w jasnych włosów sploty!

Konstanty Gaszyński, Święta Grota, 1834