Ogień trawi
Krople, które zakropiła rano na suche i szczypiące oczy, okazały się równie nieskuteczne, jak próba zebrania w sobie odwagi, by porozmawiać o nocnym incydencie z księdzem.
- Taka szkoda - lamentowała jakaś kobieta w wyszywanej złotą nicią chustce, zawiązanej sztywno wokół podbródka. - Taka szkoda... - powtórzyła, cmokając Zoję w policzek i zalewając się łzami odeszła w kierunku furtki.
- Tak... szkoda... - odburknęła Zoja, bardziej do siebie niż do niej, z obrzydzeniem ocierając policzek wierzchem dłoni.
Na widok księdza idącego w jej kierunku, nieznacznie się rozchmurzyła. On jeden był w stanie ją zrozumieć. Nie udawał współczucia, bo doskonale wiedział, że nie żywi do zmarłej babki żadnych uczuć. Pragnęła tylko dowiedzieć się, dlaczego ktoś zamordował ją w szpitalu, podając dożylnie najsilniejszą dawkę odurzającej substancji, jaką można sobie wyobrazić. Choć łączyła ich coraz silniejsza chęć rozwikłania tajemnicy, Zoja coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że pakowanie księdza w całe to zamieszanie jest z jej strony sporym nadużyciem i prędzej czy później będzie musiała podjąć decyzję, co z tym dalej zrobić. Właściwie była coraz bardziej pewna, że ta chwila właśnie nadeszła.
"Może tak będzie lepiej" - pomyślała, widząc że jest o krok od niej.
- No i co? - zapytał ksiądz, stając obok Zoi z rękoma zaplecionymi na plecach. Jego wzrok wędrował gdzieś ponad drzewami, jakby właśnie w tej chwili starał się odgadnąć sens lotu jaskółek, przecinających niebo na skos w kierunku północnym. Jaskółki zapikowały nisko, by po chwili zataczając koło zniknąć za oddalonym o kilkaset metrów budynkiem plebanii.
Zoja otrząsnęła się z ponurych myśli i przybrała najbardziej neutralną minę na jaką było ją stać.
- Nic. Wygląda na to, że obawy księdza się potwierdziły. Nie miała rodziny ani przyjaciół. Albo żadne z nich nie zechciało przyjechać na pogrzeb.
Ksiądz zamyślił się na chwilę, po czym powiedział:
- Najbardziej zastanawia mnie to, co stało się z człowiekiem, który miał odebrać ciało z kostnicy. Przecież nie mógł się rozpłynąć w powietrzu.
- Ale mógł się rozmyślić - westchnęła Zoja. - Po tym wszystkim jestem gotowa uwierzyć nawet w najbardziej absurdalne wytłumaczenie...
- A ja nie - rzucił stanowczo ksiądz. - Właśnie dlatego, że tyle się wydarzyło, zniknięcie kolejnego człowieka nie może być przypadkowe.
- Czyli uważa ksiądz, że mamy kolejnego trupa?!
Ksiądz nachylił się nad grobem i zaczął poprawiać wstęgi w wieńcach. W pierwszej kolejności zabrał się za ten, który kupiła Zoja rano w pobliskiej kwiaciarni. Wstęga z wypisaną na niej sentencją "Na zawsze w moim sercu" wykręciła się w drugą stronę i za nic nie dawała się wyprostować.
- To co mamy - odezwał się nagle ksiądz, trzymając w rękach płatek róży - to tajemnicza śmierć pani babki, zaginięcie kogoś, kto miał odebrać jej ciało, no i - zerknął na Zoję - ten ktoś, kto obiecał pani swoją obecność...
- Ma ksiądz rację, nie dotrzymał obietnicy - odpowiedziała Zoja, nerwowo pokasłując.
Ksiądz wstał, rzucił płatek róży na ziemię i rozglądając się podszedł bliżej.
- A może... - zaczął ściszając głos, jakby bał się, że ktoś może podsłuchać - ...a może zrobił to, bo wiedział, że inaczej nie zechce pani przyjechać? Może... on wcale... no... nie miał zamiaru się tu zjawić.
Zoja poczuła, jak jej ciało sztywnieje, a serce zaczyna walić jak szalone. Spojrzała na księdza z wyrzutem, ale po chwili uznała, że przecież kilka godzin temu i jej przebiegły przez głowę podobne myśli.
- Też się nad tym zastanawiałam i podobnie jak ksiądz, doszłam do tych samych wniosków. To przykra diagnoza...
- Wniosek pani Zoju, wniosek... - poprawił ją ksiądz z uśmiechem.
- Tak, wniosek. Kiedy się denerwuję, zapominam niektóre polskie słowa.
- Zapewniam, że i tak radzi sobie pani wyśmienicie. Pomimo kilku drobnych pomyłek od czasu do czasu i tak mówi pani o niebo lepiej niż ja. Chociaż jestem tu od ponad dwóch lat, wciąż nie mogę się pozbyć tej ostrej wymowy... Tutejsi często żartują, że mówię po polsku tak, jakbym rąbał drewno - zaśmiał się ksiądz.
Jedna jaskółka oderwała się od pozostałych i zapikowała nisko nad grobami, po czym poderwała się do lotu i poszybowała wysoko między chmurami. Dzień był wyjątkowo paskudny i chłodny, a do tego od wschodu zaczynało się zbierać na deszcz. Wiatr poruszył gałęziami drzew, z których spadło kilka zwiędłych liści. Zoja postawiła kołnierz płaszcza.
- Zimno - powiedziała i zaczęła dreptać w miejscu.
Ksiądz odpowiedział, że owszem, na termometrach ledwo widać sześć stopni powyżej zera.
- Na szczęście chyba możemy już wracać na plebanię - dodał, widząc że ostatni żałobnicy odchodzą w kierunku furtki.
Zoja obejrzała się i zaczęła się nerwowo kręcić. Faktycznie, ostatni ludzie zniknęli za niskim murem. Z oddali dały się słyszeć trzaśnięcia drzwi i głośne wycie odpalanych silników.
- Pani Zoju - ksiądz znienacka złapał ją za rękę. - Gdyby było coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć, powiedziałaby mi pani, prawda?
Zoja z trudem przełknęła ślinę. Pełnym strachu wzrokiem spojrzała na księdza. Nie mogąc się zdecydować co powiedzieć, wybrała kłamstwo.
- Oczywiście - zapewniła go. - Oczywiście, że zaraz bym księdzu powiedziała. Po prostu...- zawahała się. - Jestem tym wszystkim przytłoczona i...
"Teraz, zrób to" - pomyślała, oglądając się w kierunku samochodu. Włożyła rękę do kieszeni i wymacała kluczyki.
- Muszę pomyśleć... - wydukała niepewnie i cofnęła się o krok.
Ksiądz obserwował ją czujnie, nie wypuszczając jej dłoni z uścisku. Nagle poczuła falę strachu zalewającą jej umysł, odbierającą jakąkolwiek zdolność racjonalnego myślenia. Zrobiła to, co czuła. To był impuls.
Z całej siły wyszarpała dłoń z jego dłoni i pobiegła ile sił w nogach w stronę samochodu. Zalewając się łzami z trudem wcelowała kluczykiem do zamka w drzwiach i otworzyła je, po czym wskoczyła do środka, odpaliła silnik i na pełnym gazie wyjechała z podwórza wprost na leśną drogę.
Minuty mijały. Las i ustawiona przy drodze tablica z nazwą wsi robiły się coraz mniejsze, a kiedy po chwili spojrzała w lusterko, stały się ledwie widocznymi cieniami. Zmarznięte pola otaczające drogę z dwóch stron i rosnące wzdłuż poboczy topole, nagle przywołały falę wspomnień.
Poczuła się tak, jakby znów tam była. I on, jej opiekun, też.
Była małą dziewczynką, kiedy w Montsegur, wczesną wiosną pomagała mnichom w pracach w ogrodzie. Codziennie spoglądała tęsknie na szczyty wysokich wzgórz, których zbocza pokrywały rosnące bujnie kwiaty i drzewa. Natura. Zapach jodeł i kwitnących kwiatów. Skwierczenie drewna w kominku, gdy zimą wyglądała przez okna na śniegi pokrywające okoliczne pola i sople zwisające z gałęzi drzew rosnących pod wysokim murem. Zapach gorącego mleka z miodem i starych ksiąg, które ukradkiem wyjmowała z szaf pod nieobecność opata. Nawet kiedy był na nią zły, nigdy nie podnosił głosu. Trzymał ją krótko, rygor i dyscyplina były warunkiem jej pobytu z klasztorze. Chociaż w tamtych dniach trudno jej było to znieść, teraz oddałaby wszystko, by znów się tam znaleźć. Oddałaby wszystko, by znów przytulić głowę do jego ramienia, jak wtedy słuchając razem z nim śpiewanej przez chór pieśni Stabat Mater, w gabinecie pełnym ksiąg.
- Jak do cholery mogłeś mi to zrobić! - wykrzyczała na całe gardło, waląc pięścią w kierownicę.
To głównie z jego powodu zdecydowała się przyjechać do Polski. Sądziła, że on także się tu zjawi. Opat był jedyną osobą, która mogła jej wyjaśnić, dlaczego jej babka nigdy wcześniej nie próbowała się z nią skontaktować. Rozmawiała z nim telefonicznie na dzień przed wylotem; później, przez całą noc była tak podekscytowana, że nie zmrużyła oka. Czekała na tę rozmowę latami. Choć okoliczności nie były takie, jak chciała, kiedy w końcu usłyszała jego głos, zaczęła płakać jak dziecko. Nie widziała opata przez tak wiele lat, że zdążyła już zapomnieć zapach jego skóry na policzkach czy szorstkość sutanny, w którą wtulała głowę, ale jego głos wciąż brzmiał identycznie, jak w jej wspomnieniach, które pielęgnowała przez długie lata.
Próbując się otrząsnąć ze wspomnień, uchyliła okno. Po kilkunastu sekundach, kiedy jej palce zaciśnięte na kierownicy zaczęły drętwieć z zimna, zmieniła decyzję. Uświadomiła sobie, że zapomniała włączyć ogrzewanie i postanowiła szybko to nadrobić, przekręcając pokrętło gorącego nawiewu do maksymalnej wskazówki. W ułamkach sekund wnętrze auta zaczęło wypełniać ciepłe powietrze.
Żeby się uspokoić, włączyła radio. Trafiła akurat na końcówkę piosenki " I will always love you", Whitney Houston i uznawszy, że nie mogła chyba trafić lepiej, powoli zaczęła zdejmować nogę z gazu.
Poczuła, że emocje zaczynają powoli opadać.
- Spokojnie, tylko spokojnie, teraz już nic mi nie grozi - powiedziała i patrząc przez szybę na drogę przed sobą zaczęła wykonywać powolne wdechy i wydechy. Ćwiczenia relaksacyjne zawsze pomagały.
Im większy spokój czuła, tym bardziej świadome myśli zalewały jej umysł niedającą się odepchnąć falą. Z niechęcią musiała przyznać, że ksiądz Piotr był do niego podobny. Miał w sobie identyczne ciepło, połączone z nieznoszącą sprzeciwu stanowczością. I tam, na cmentarzu, zmierzył ją dokładnie takim samym spojrzeniem, jak opat Bruno tego dnia, w którym instynktownie wyczuł, że za jego plecami planuje coś straszliwego.
Wszedł do maleńkiej celi i zatykając kciuki za sznurem zawiązanym ciasno w pasie wokół sutanny, stanął przed nią.
- Zoju... - zagaił łagodnym tonem, w którym natychmiast wyczuła cień podejrzliwości.
Przyszedł, bo zaczął coś podejrzewać - przestraszyła się.
- ...Zoju, gdyby działo się coś złego, powiedziałabyś mi, prawda?
Bez zastanowienia zapewniła go, że jest z nim szczera jak zawsze, choć czuła, że pokuta za kłamstwo może być boleśnie sroga.
Opat uśmiechnął się i objął ją ramieniem. Tego dnia, nie pytał jej już o nic więcej. Ucałował ją w czoło i wyszedł, zostawiając ją sam na sam z poczuciem winy, które doprowadziło do serii katastrof, następujących w jej życiu jedna po drugiej, aż do dziś.
Zrobiła głośny wydech i wciągnęła nosem sporą ilość powietrza. Obrzydliwy zapach, z początku ledwie wyczuwalny, rozchodził się po wnętrzu samochodu z coraz większym natężeniem.
- Co to za... - wyszeptała, zakrywając nos.
Obejrzała się do tyłu i natychmiast poczuła, że ze strachu zaczyna jej brakować tchu.
Na samym środku tylnego siedzenia leżał ogromny plastikowy worek, szczelnie oblepiony taśmą. Był identyczny jak ten, który odebrali z księdzem przy wyjściu ze szpitalnego prosektorium. Zoja była pewna, że ksiądz wyrzucił go do zsypu na tyłach budynku, zanim ruszyli ścieżką w kierunku samochodu. Oczywiście, istniała możliwość, że ksiądz ją oszukał, i jednak zdołał zabrać worek, i ukryć go w bagażniku, by dziś rano przerzucić go na siedzenie. Pozostawało jednak pytanie, po co miałby to robić?
- Co tak strasznie śmierdzi?! - zastanawiała się głośno, raz za razem zerkając z coraz większym przerażeniem we wsteczne lusterko.
Nagle zza zakrętu wyłonił się kombajn. Wyjechawszy z pola, skręcił w lewo i jechał za Zoją z coraz większą prędkością. Boczne światła z lewej strony migały, jak gdyby kierowca miał zamiar podjąć szaleńczy manewr wymijania, pozbawiając Zoję szans na zjechanie na pobocze. Akurat w tym miejscu i przez najbliższe kilkaset metrów, prosta droga biegła zwężeniem, wzdłuż niej ciągnęły się głębokie na kilka metrów rowy, porośnięte krzakami i drzewami, których gałęzie zwisały niebezpiecznie tuż nad jezdnią.
- Co do cholery próbujesz zrobić?! - wykrzyczała Zoja, zerkając w boczne lusterko. Dławiący smród zatykał jej gardło. Był coraz bardziej podobny do odoru padliny, który wypełniał powietrze mieszkania przy Przemysłowej...
Zoja ze strachem w oczach zerknęła we wsteczne lusterko. Przyszła jej do głowy myśl, którą natychmiast uznała za absurdalną. Ale gdyby się głębiej zastanowić... Czyżby ksiądz naprawdę zapakował do worka martwego kota i podrzucił do samochodu?!
Zoja przeklęła pod nosem. Kombajn nagle przyśpieszył. Silnik kolosa zawył, a klakson wydał dźwięk trąbienia tak donośny, że Zoi zaczęło dzwonić w uszach. Wyglądało na to, że kierowca naprawdę planuje ją wyprzedzić, nie zważając na to, że zmusi ją tym, żeby zjechała do rowu.
Poczuła silne uderzenie w drzwi i towarzyszący mu odgłos miażdżonego metalu. Chociaż próbowała utrzymać kierownicę, w parę sekund straciła panowanie nad samochodem. Koła z prawej strony zjechały z betonowej nawierzchni, a cała powierzchnia samochodu zaczęła się trząść. Zanim Zoja zdołała zebrać myśli, nastąpiło kolejne uderzenie. Przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, że kombajn zamierza ją jedynie wyprzedzić. Wiedziała, że walka toczy się o jej życie. Zsunęła się niżej na fotelu i nie puszczając kierownicy, wyjrzała przez szybę w drzwiach, podnosząc wzrok, żeby zobaczyć twarz kierowcy. Była zasłonięta kominiarką.
- Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił... - wyszeptała, a przed oczyma mignęła jej zamaskowana twarz, widziana w ciemnościach nocy na cmentarzu.
"Mój boże, to ten człowiek z cmentarza" - pomyślała w nagłym ataku paniki.
W ostatniej chwili udało jej się zobaczyć, jak kierowca zmienia bieg i zaczyna kręcić kierownicą. W mgnieniu oka podjęła decyzję. Kiedy on gwałtownie skręcił w prawo, Zoja docisnęła pedał hamulca. Koła zawyły, a czarne BMW zaczęło wytracać prędkość, kręcąc się wokół własnej osi niczym pokraczna łyżwiarka, próbująca utrzymać równowagę po nieudanym piruecie.
Zoja puściła kierownicę i zasłaniając twarz rękoma zaczęła krzyczeć. Choć uderzenia gałęzi i pisk opon trwały kilka sekund, miała wrażenie, że koszmar trwa całą wieczność. Samochód przekoziołkował i wpadł do rowu. Po tym nastała całkowita cisza. Wyglądało na to, że kombajn odjechał.
Odpięła pas bezpieczeństwa i przeczołgała się na tył samochodu, mając nadzieję, że chociaż tam drzwi nie blokuje potężna ułamana gałąź, która zasłaniała niemal całą przednią szybę i drzwi od strony kierowcy. Czując w ustach krew, otarła brzegiem dłoni policzek. Ciepła ciecz spływała po jej palcach i brodzie. Pulsujący ból z przodu głowy był niczym, w porównaniu ze smrodem wydobywającym się z torby, nad którą próbowała się przedostać, żeby nacisnąć na klamkę.
Przeciskając się nad otwartą poduszką bezpieczeństwa naparła na drzwi i zdołała je uchylić. Powiew świeżego powietrza natychmiast ją otrzeźwił.
Odwróciła się i złapała leżącą pod jej nogami foliową torbę.
- Po resztę rzeczy wrócę za chwilę - postanowiła, ostrożnie przeczołgując się po kawałkach zbitego szkła, leżących na ziemi obok samochodu.
Próbując opanować atak paniki usiadła na zmarzniętej ziemi pod drzewem. Uznała, że jest w bezpiecznej odległości od samochodu, przysunęła więc do siebie worek i rozerwała kawałek folii. Ze środka wyleciała mucha, a razem z nią nieznośny smród gnijącego mięsa. Zoja wstrzymała oddech i odwracając głowę z obrzydzeniem, podniosła worek, wysypując zawartość na ziemię.
Rozległo się obrzydliwie plaśnięcie. Zoja zbladła, widząc że pośród zgniecionych źdźbeł siana zbitych w kupę leży dłoń, wokół której lata mucha. Odcięta od reszty ciała na wysokości nadgarstka, sprawiała makabryczne wrażenie. Zewnętrzna strona nosiła ślady daleko posuniętego rozkładu. Zoja nachyliła się, żeby przyjrzeć się jej z bliska. Wychudzone i nienaturalnie powyginane palce tworzyły coś na kształt koszyka, w środku którego znajdowały się wytatuowany znak i podpis:
IN HOC SIGNO VINCES
- In Hoc Signo Vinces... - odczytała na głos Zoja, przyglądając się precyzyjnie wykonanemu tatuażowi.
Przeniosła wzrok nieco dalej, na ziemię naznaczoną odciskami jej butów. Pomiędzy grudami zbitego piachu leżał wciśnięty kawałek metalu. Jego zagadkowe błyszczenie sprawiło, że Zoja pochyliła się i go podniosła. Wytarła palcami powierzchnię, wyczuwając pod opuszkami nierówności, podobne do monety albo...
- Medalik... - wyszeptała, przyglądając się badawczo liniom układającym się wewnątrz okręgu w przecinające się litery X i P, otoczone laurowym wieńcem.
Im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej nabierała pewności, że skądś zna ten medalik.
- Jezu...! - krzyknęła, z przerażenia osuwając się na ziemię. Nagły nieznośny ból głowy zaczął rozsadzać jej czaszkę. Zacisnęła palce na medaliku i zgięta w pół spróbowała przeczołgać się jak najbliżej drogi. Rażące światło pojawiło się pod jej powiekami, z taką intensywnością, że musiała zmrużyć oczy. Chociaż chciała krzyczeć z bólu, głos uwiązł jej w gardle. Poczuła, że zaczyna tracić świadomość. Nie mając innego wyjścia, pozwoliła by przed jej oczami zaczęły przesuwać się niechciane obrazy z dzieciństwa.
Ojciec. Łąka. Znikający za wzgórzem helikopter.... I ona, biegnącą w stronę domu po pomoc... Twarz jej babki, wykrzywiona w grymasie przerażenia ... Ubranie całe we krwi...
- Nieeeee! - krzyknęła Zoja, zaciskając mocniej powieki, spod których zaczęły płynąć łzy.
- Proszę pani! - męski głos rozległ się tuż nad jej głową. Po chwili dołączyło do niego szarpanie za ramę. - Proszę pani, czy pani żyje?!
Zoja nieznacznie poruszyła ręką, próbując dać mu znak. Powoli zaczęła jej wracać świadomość. Słowa mężczyzny docierały do niej z nieznacznym opóźnieniem, ale była w stanie wyłowić z nich ogólny sens.
- Na plebanii wybuchł pożar, jakieś dziesięć minut, ja tam jadę, bo mieszkam zaraz obok, straż jedzie, ale ja szybciej, to znaczy chciałem szybciej, żeby księdza ratować, ale po drodze zobaczyłem panią, trzeba do szpitala, zawiozę...
Zoja poderwała się na równe nogi. Nagły ból głowy sprawił, że zatoczyła się w tył.
- Oj, ostrożnie, nie tak raptownie, lepiej może, żeby pani nie wstawała...
Zoi wirowały w głowie tylko dwa słowa. Pożar i ksiądz.
- Proszę mnie tam zaraz zawieźć! - rozkazała, wskazując ręką w niewiadomym kierunku.
Mężczyzna spoglądał na Zoję z rosnącym przerażeniem, miętosząc w rękach czapkę.
Nagle kolejna fala bólu powaliła Zoję na kolana. Czuła jak cała głowa pulsuje jej rytmicznie, jakby przebiegało po niej stado galopujących koni. Wspomnienia z przed paru chwil wróciły na swoje miejsce. Medalik. Odcięta dłoń. Poprzedzający makabryczne odkrycie wypadek... Zamaskowany kierowca kombajnu, który zajechał jej drogę.
W ciągu paru sekund dotarło do niej, że jeśli ktoś chciał zabić ją, na pewno nie zamierza oszczędzić księdza, który mógłby stać się niewygodnym świadkiem. Jeśli ktoś próbował zepchnąć z drogi jej auto, to znaczy, że pożar na plebanii też nie wybuchł przypadkowo...
Zebrała w sobie resztki sił i wstała trzymając się drzewa. Podeszła do mężczyzny i zaczęła nim szarpać. Słowa wypadały z jej ust niczym pociski z karabinu maszynowego, chwilami zatracając jakikolwiek sens.
- Proszę pana! - krzyczała na całe gardło - Pan musi... musi pan, natychmiast... - spróbowała złapać oddech. - Ja muszę się dostać na plebanię, zanim...
Nie dokończyła. Mężczyzna pognał w kierunku samochodu stojącego tuż przy poboczu i machając do niej ręką dał znak, że ma wsiadać.
- Niech mnie diabli, ale pani zdenerwowana! - zerknął na Zoję, która zajęła miejsce na tylnym siedzeniu i odpalił silnik, po czym nacisnął na gaz. Stary polonez wyrwał do przodu, zostawiając za sobą smugę brunatnego dymu.
Gęsta łuna unosząca się nad lasem wkrótce zamieniła się w zwartą ścianę czarnego dymu. Ogień zdążył już pochłonąć sporą część dachu plebanii, a jego czerwone jęzory lizały ściany i okna na piętrze, ześlizgując się niczym węże, coraz niżej, aż do ganku i drzwi wejściowych, które zwęglone na popiół, leżały teraz w odległości kilkudziesięciu metrów od budynku.
Zanim auto zdążyło się na dobre zatrzymać, Zoja otworzyła drzwi i dała susa wprost w obłoki dymu wypełnione gryzącym w gardło pyłem. Nie zważając na rozpaczliwe wołanie mężczyzny, który za wszelką cenę starał się ją zatrzymać, wyrwała się i przebiegła przez otwartą bramę, wpadając na podwórze.
- Księże Piotrze! - zaczęła wołać, przykładając złożone ręce do ust, żeby jej głos stał się donośniejszy. Natychmiast dotarło do niej, że to na nic; jej wątły głos w starciu z siłami natury okazał się niewystarczający.
Nigdy dotąd nie zdawała sobie sprawy, że pożar może być tak głośny. Spadające z sufitów belki i kawałki papy z dachu wydawały z siebie odgłosy podobne do wycia psa, chwilami przeradzając się w głośne dudnienie, jakgdyby ktoś z całej siły walił na raz w sto bębnów. Skwierczenie metalu, skręcającego się pod wpływem ogromnej temperatury, przypominało odgłosy topienia słoniny, które dobrze pamiętała z dzieciństwa. Musiała przyznać, że tym co odróżniało obie sytuacje, był zapach; pożar nie pachniał słodko, nie miał też aromatu masła ani oleju. Był cierpki i gorzki, chwilami ostry, jakby Zoja nabrała na język i rozgryzła kilka ziaren pieprzu. Im dłużej stała w zasięgu ognia, tym bardziej czuła, że zaczyna brakować jej tchu.
Oniemiała z przerażenia, na wpół przytomna, osłaniając twarz przed ogniem i dymem, omijając palące się belki leżące na ziemi, zrobiła kilka kroków do przodu. Straszliwy żar omiótł jej twarz, sprawiając, że musiała się wycofać. Nie przestając nawoływać księdza, z każdą kolejną sekundą zaczynała tracić nadzieję, że zdoła odnaleźć go żywego. Stając kilkanaście metrów od ogniska pożaru, spojrzała w wypalone okno dużego pokoju, dostrzegając w głębi spalony do cna abażur lampy stojącej obok zwęglonego stołu, na którym jeszcze kilka godzin temu leżały porozkładane tomy ksiąg parafialnych.
- Gdybym go do tego nie zmusiła, nic by się nie stało - przebiegło jej przez głowę i natychmiast poczucie winy uderzyło z siłą tornada. Nie poddała się mu, lecz na przekór splotowi złych wypadków powstrzymując łzy zawróciła i zaczęła biec w kierunku kościoła, jeszcze szybciej niż przed chwilą.
Na tyle na ile była w stanie go poznać, wiedziała, że nosił w sobie ogromną wolę walki. Niezależnie od tego, co wydarzyło się na plebanii po tym jak odjechała, na pewno do ostatniej chwili walczył o to, by przeżyć...
- Księże Piotrze! - zawołała znowu, zginając się w pół, z trudem łapiąc oddech. Przeraziła się słysząc, jak świszczy jej w płucach.
Podniosła głowę i omiotła wzrokiem plac przed sobą. Zapadający w oddali zmierzch utrudniał widoczność.
Zobaczyła go leżącego na wznak tuż przy zewnętrznych schodach świątyni. Miał twarz pokrytą krwią i cały był w sadzy. Z oddali dało się słyszeć wycie syren wozów strażackich i policyjnych radiowozów. Słysząc dźwięk tych drugich, Zoja wykrzywiła twarz w grymasie przerażenia. Po tym wszystkim co się stało, instynkt podpowiadał jej, że nie powinna liczyć na ich pomoc. Od strony plebanii dało się słyszeć coraz głośniejsze odgłosy wołania. Przerażona tym, że nie zdążą się ukryć, nabrała powietrza i energiczniej złapała księdza pod ręce, po czym zaczęła go ciągnąć w stronę lasu.
- Tylko tam będziemy bezpieczni - wyszeptała, kierując się ze ścieżki na trawnik ciągnący się wzdłuż muru kościoła. Nadgryziona zębem czasu masywna kamienna konstrukcja kończyła się na skraju linii drzew. W ogrodzeniu znajdowała się spora dziura. Zoja zamierzała ją wykorzystać, żeby czym prędzej znaleźć się jak najdalej od terenu należącego do kościoła.
- Dojdziemy tam i będziemy wolni. Będziemy wolni, zobaczysz - odezwała się do nieprzytomnego księdza, zerkając z niepokojem na krwawiącą ranę na jego czole. - Wyjdziesz z tego... Obydwoje wyjdziemy... Wszystko się ułoży...
Wycieńczenie zaczynało jej odbierać siły. Zaciskając zęby przeciągnęła bezwładne ciało księdza przez dziurę w ogrodzeniu. Rozejrzała się i znalazła miejsce za gęsto rosnącymi drzewami.
- Tutaj będzie dobrze - podjęła decyzję i ułożyła nieprzytomnego na stercie liści.
Nadal nie dawał znaku życia. Coraz bardziej przestraszona tym, że może jednak jest martwy, nachyliła się i sprawdziła mu tętno.
Krew przepływała przez tętnicę szyjną powoli, ale miarowo.
Po chwili ksiądz zaczął kasłać. Na wpół przymknięte powieki zaczęły drgać.
- Wody... - wyszeptał słabym głosem.
Zoja rozejrzała się bezradnie, zdając sobie sprawę, że w środku lasu nie ma szans na ani jedną kroplę. Od strony kościoła dało się słyszeć wołanie. Ostre światło policyjnych latarek omiatało teren plebanii, zahaczając o skraj lasu. Zoja położyła się na ziemi i odwróciła głowę w tamtą stronę. Tak jak się obawiała, w oddali za drzewami majaczyły niewyraźne sylwetki policjantów w niebieskich mundurach.
"Oby tylko nie przyszło im do głowy przeszukiwać las" - pomyślała z niepokojem.
- Pić... - powtórzył ksiądz.
Zoja nachyliła się nad nim i spróbowała go uciszyć.
- Ciiii... - wyszeptała. - Musimy uciekać. Są tuż, tuż - wskazała głową w kierunku kościoła.
Ksiądz zdawał się odzyskiwać przytomność. Otworzył oczy i oddychając ciężko, próbował coś powiedzieć.
- Dobrze, już dobrze... - powtarzała Zoja, głaszcząc go po twarzy.
Nagle poprosił, żeby pomogła mu usiąść.
- Trzech - zaczął mówić wyraźniej, oblizując spierzchnięte usta - Trzech... wysiadło z czarnego opla, jakieś piętnaście minut po tym, kiedy pani odjechała - otworzył oczy i ze śmiertelną powagą spojrzał na Zoję. - Bałem się o panią. Wyszedłem do nich i zapytałem, czy mogę w czymś pomóc, a oni na to, że szukają Trocińskiej Zofii. Skoro tak, odpowiedziałem, to musicie się panowie wybrać na cmentarz.
Zoja wydała z siebie zduszony jęk.
- No właśnie... - ciągnął ksiądz. - Sam nie wiem, jak mogłem powiedzieć coś tak głupiego. Oni też zrozumieli to tak, jakbym im groził. Jeden powalił mnie na ziemię, a w tym czasie dwóch weszło na plebanię i zaczęli przetrząsać każdy kąt. Porozbijali wszystko w drobny mak - zrobił pauzę, a potem dodał z goryczą. - Na koniec podłożyli ogień i odjechali.
Ktoś bardzo dobrze to wszystko zaplanował - oceniła Zoja, przypominając sobie, jak w tym samym czasie co ksiądz, ona też musiała walczyć o życie. Wyjęła z kieszeni spodni medalik i podała księdzu.
Mrużąc oczy spojrzał na niewielkich rozmiarów przedmiot, badawczo przesuwając palcami po brzegach i liniach, układających się w prastary symbol wiary. Po chwili spojrzał na Zoję i powiedział:
- To chryzmon. Monogram Chrystusa.
Zamarła, czując jak fala wspomnień ponownie zalewa jej umysł. Zza kurtyny jaskrawego światła wyłoniły się poszarpane obrazy tych paru chwil z dzieciństwa, które jej umysł usunął w cień na długie lata. Im bardziej próbowała się skupić, tym wyraźniejsza stawała się twarz babki, wpatrującej się w jej poryte krwią dłonie i w medalik, który trzymała w palcach. Ten medalik.
- Babka Zofia.... - wyszeptała Zoja, nie zdając sobie sprawy, że ksiądz bacznie ją obserwuje.
- Pani Zoju, jeśli nagle pojawiły się jakieś wspomnienia, mogą się okazać bardzo cenne. Proszę spróbować nie usuwać ich w cień, choćby nawet wywoływały w pani ból...
Zoja drgnęła. Skąd ksiądz mógł wiedzieć, co czuje?
- Kiedy zobaczyłam ten medalik, przypomniałam sobie... - zawahała się. - Chodzi o to, że być może zawdzięczam jej życie.
Ksiądz pokiwał głową i ostrożnie przyłożył dłoń do czoła. Dotykając brzegów rany, zasyczał z bólu.
Było pewne, że niezależnie od wszystkiego, jak najszybciej musi zobaczyć go lekarz. Bez samochodu mogło się to okazać szalenie trudne. Zoja postanowiła, że ukryje księdza w kościele i pójdzie do wsi, poszukać jakiegoś środka transportu.
- A co z pani autem? - zdziwił się ksiądz.
- Mnie też przytrafił się drobny wypadek - wyjaśniła wymijająco.
- Drobny? Jak drobny?
- Mój samochód leży w rowie kilka kilometrów stąd.
Ksiądz spojrzał na nią pytająco.
- To nie wszystko - westchnęła Zoja. - Zanim wielki kombajn zepchnął mnie z drogi, ktoś podrzucił na tylne siedzenie worek, niemal identyczny jak ten, który odebraliśmy w prosektorium. W środku znalazłam odciętą dłoń, w której ktoś wytatuował chryzmon i opatrzył go łacińską inskrypcją. In hoc coś tam...
- ... signo vinces?! - dokończył ksiądz.
- Tak, chyba tak.
- To po łacinie. Można to przetłumaczyć jako "w tym znaku zwyciężysz".
- Czyli powoli wszystko zaczyna do siebie pasować - powiedziała Zoja i zaczęła się podnosić z ziemi, nasłuchując wycia syren radiowozów. - Zaprowadzę księdza do kościoła i spróbuję ukryć w bezpiecznym miejscu.
Ksiądz złapał Zoję za rękę.
- Nie ma mowy. Odtąd nigdzie nie pójdzie pani sama.
Poczuła się skrępowana, ale i wdzięczna.
- Dobrze - odpowiedziała. - W takim razie zacznijmy jeszcze raz. Zoja.
- Piotr - odpowiedział ksiądz i mocno uścisnął jej dłoń.
Zoja podstawiła księdza pod samo wejście szpitala. Zaciągając hamulec ręczny starego poloneza, przekręciła kluczyk i schowała do torebki. Zatarasowała podjazd dla karetek, ale nie miało to żadnego znaczenia. Ksiądz co chwila zasypiał, wyglądało to tak, jakby tracił przytomność. Liczyła się każda minuta, ba, sekunda, nawet jeśli - czego obawiała się coraz bardziej - od domu sołtysa, który pożyczył im auto teściowej, ciągnęli za sobą ogon w postaci policjantów drogówki.
- Zaraz wracam - rzuciła, popychając z całej siły zardzewiałe drzwi.
Ksiądz otworzył jedno oko, to mniej zakrwawione.
- Nie ma mowy - złapał Zoję za rękę. - Sama nigdzie nie pójdziesz. Obiecałaś, pamiętasz?
Zoja zazgrzytała zębami i przyprowadziła wózek z izby przyjęć. Zapakowała na niego księdza i stękając ruszyła w kierunku rozsuwanych, przeszklonych drzwi, za którymi panowało spore zamieszanie.
- Musimy wjechać windą na pierwsze piętro, a potem skręcić w lewo... - wydawał kolejne komendy ksiądz, rozglądając się po zatłoczonej od pacjentów poczekalni.
- Tak, wiem, pamiętam - odrzekła Zoja, nerwowo się rozglądając. - Zawiozę cię na górę, a potem wrócę, żeby przeparkować tego przeklętego grata.
- O tak. I koniecznie zabierz z niego rzeczy. Na wszelki wypadek musimy je mieć przy sobie.
Kiedy wjechali na piętro, znajomy ordynator oddziału onkologii już na nich czekał. Nerwowo kręcił się po korytarzu, a kiedy zobaczył Zoję pchającą wózek, jego twarz pokryła się rumieńcem.
- Dobrze, że jesteście. Doktor Grądziela już czeka.
Ksiądz posłał Zoi pełne wściekłości spojrzenie.
- O tym nie wspomniałaś! Nie dam się szyć lekarzowi od trupów!
- Obawiam się, że nie ma ksiądz innego wyjścia - wtrącił onkolog, zaskoczony tak gwałtowną i nieuprzejmą reakcją. - Chyba, że chcecie mieć na głowie kilku funkcjonariuszy z dochodzeniówki.
- Byli tu? - zapytała Zoja.
Lekarz przytaknął.
- Opuścili szpital dosłownie kilka minut przed wami. Próbowali ustalić, czy kontaktowaliście się ze mną albo doktorem Grądzielą.
- Obaj jesteście nieocenieni. Bez was nie dalibyśmy rady - podziękowała Zoja i oddała lekarzowi wózek z księdzem.
- A pani? Nic pani nie jest?!
- Nie doktorze, nic - zapewniła go, uśmiechając się kokieteryjnie, zdając sobie sprawę, że jej wygląd wywiera na lekarzu dobre wrażenie.
W rzeczywistości czuła się fatalnie i gdyby tylko miała czas, skorzystałaby z kilku zastrzyków przeciwbólowych na raz. Westchnęła, rozmasowując skronie, a kiedy dzwonek windy zabrzęczał, wsiadła i zjechała na parter, skąd korytarzem udała się w kierunku poczekalni Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Chcąc dostać się do drzwi, musiała przepychać się przez tłum pacjentów, stojących w kolejce do okienka rejestracji. Nagle zobaczyła, że za szybą siedzi ta sama pielęgniarka, która wczoraj wydawała jej ciało babki. Chociaż natychmiast odwróciła głowę, była pewna, że tamta zdążyła ją zauważyć.
- Niech to szlag! - przeklęła pod nosem Zoja i przyśpieszyła kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.
Wyszła na podjazd. Polonez nadal stał w tym samym miejscu, tarasując niemal cały podjazd. Poobijana i zardzewiała karoseria wyglądała tak żałośnie, że Zoja wzdrygnęła się na myśl, że musi podejść bliżej. Otworzyła drzwi, wsiadła do auta i wsunęła kluczyk do stacyjki, przekręcając kilka razy - jak nauczył ją sołtys - żeby silnik miał czas na rozruch. Czując rozchodzący się po wnętrzu smród spalin, zatęskniła za wynajętym BMW, które nadal leżało w przydrożnym rowie, czekając aż policyjna laweta zaholuje je na parking, skąd odbiorą je ludzie z wypożyczalni lotniska Chopina. Wycofując, Zoja zbyt gwałtownie docisnęła pedał gazu, nieomal taranując karetkę, wjeżdżającą na sygnale na podjazd. Słysząc za sobą przeciągłe wycie klaksonu, skręciła w lewo i pojechała dalej prosto, aż na parking zatłoczony samochodami lekarzy, którzy zjechali już na nocną zmianę. Wyjęła przepustkę, którą dał jej onkolog i wsunęła do czytnika maszyny znajdującej się przy szlabanie. Po chwili zielone światło zamigało, zapora drgnęła i uniosła się wysoko, Zoja mogła swobodnie zdjąć nogę z pedału hamulca i przełożyć na gaz.
Telefon w kieszeni jej płaszcza zaczął wibrować. Na przemian niebieskie i zielone światło migało przez dziurki w wełnianym splocie, rzucając światło na nogi Zoi. Znalazłszy miejsce do parkowania, ostrożnie wjechała pomiędzy dwa sąsiadujące z nim samochody i nie gasząc silnika podniosła telefon.
Zerkając na wyświetlacz natychmiast poczuła, że robi jej się gorąco. Doskonale znała ten numer. Kierunkowy +43. Austria. Z dokładnością do niemal stu procent była w stanie stwierdzić, że telefonowano do niej z recepcji wiedeńskiego hotelu Sacher.
- Cholera, nie teraz - powiedziała do siebie i odrzuciła połączenie.
Podniosła z podłogi torebkę i wygrzebała papierosy i zapalniczkę. Trzymając tlącego się papierosa w jednej, drugą ręką obniżyła lusterko przyczepione do przedniej szyby i spojrzała na swoje odbicie, rozświetlane co chwila światłami przednich reflektorów samochodów przejeżdżających ulicą.
Wyglądała fatalnie. Rozwichrzone włosy, ubłocony i podarty na piersi płaszcz, a pod nim usmolona koszula. Rozmazany makijaż. Mętne spojrzenie. Strach wypisany na twarzy. I brak jakiejkolwiek szansy na to, by szybko udało się to zmienić.
- Przepraszam panią bardzo!
Na widok kobiety zaglądającej do samochodu, Zoja krzyknęła ze strachu.
- Czego pani chce do cholery?! - rzuciła ze złością, na wszelki wypadek kładąc dłoń na korbce służącej do zamykania okna.
- Miałaby pani poczęstować papierosem?
Zoja wyjęła z torby paczkę i nie spuszczając bezdomnej z oczu ostrożnie wystawiła rękę przez szybę.
- Proszę. Jest pani - powiedziała i zamknęła okno.
Kobieta nawet nie podziękowała. Zarzuciła torbę na ramię i odeszła szybko, okrążając samochód z lewej strony. Zoja śledziła wzrokiem każdy jej ruch. Kiedy tamta zniknęła za rogiem, głośno odetchnęła z ulgą.
Nagle za jej plecami rozległ się głośny trzask pękającej szyby. Obejrzała się i widząc, że całe tylne siedzenie pokryte jest odłamkami szkła, uchyliła drzwi i wydostała się z auta. Nie mając pojęcia co robić, położyła się płasko na ziemi i wczołgała pod zaparkowaną obok mazdę. Przez kilka sekund nie słyszała niczego, poza nieprawdopodobnym łomotaniem własnego serca. Po chwili usłyszała odgłos kroków. Czyjeś sportowe buty zatrzymały się tuż przy samochodzie, na wysokości jej twarzy. Zamarła, słysząc szczęk odbezpieczanej broni, a potem widząc jak ktoś nachyla się nad podwoziem i zagląda pod auto, celując lufę pistoletu prosto w jej twarz.
- No już, proszę wyjść - usłyszała męski głos.
- Dała się pani sprowokować jak małe dziecko - dodał z zadowoleniem drugi, dochodzący z góry. Jego właściciel nosił czarne lakierki z wąskimi czubami. Stał nieco dalej, dokładnie na wysokości bagażnika poloneza. Po tym jak się wyczołgała, Zoja podniosła głowę i zobaczyła dwóch postawnych mężczyzn w czarnych kurtkach; jeden celował do niej z pistoletu, a drugi z odznaki.
Ten z bronią złapał ją za ramię i rzucił na maskę poloneza, wykręcając jej do tyłu obie ręce.
- Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego - zaczął mówić, jakby już samo to miało sprawić, że Zoja umrze ze strachu. - Departament Kontrwywiadu, major Wirewski, kapitan Rakowski. Jest pani zatrzymana pod zarzutem podwójnego zabójstwa.
Zoja stała bez ruchu. Nie mogła uwierzyć w to co słyszy.
- To jakiś absurd! Ja nie zabiłam! Nikogo nie zabiłam! - spróbowała się bronić.
Usłyszała szczęk kajdanek.
- Nie zabiłam! - powtórzyła, czując jak krew uderza jej do głowy.
Rakowski zacisnął ciasno kajdanki na jej lewej dłoni. Zoja próbowała wyrwać mu drugą rękę, ale kopniakiem rozszerzył jej nogi sprawiając, że prawie upadła na ziemię. W tym samym czasie major przeszedł do formułowania zarzutów:
- Jest pani zatrzymana za zabójstwo Zofii Trocińskiej, dwudziestego dziewiątego marca tego roku, a także księdza Piotra Grunera, proboszcza parafii Świętego Mateusza Apostoła i Ewangelisty, w Sobótce Nowej siedem dni później. Ma pani prawo zachować milczenie. Wszystko co pani powie od tej pory może zostać wykorzystane przeciwko pani - wziął oddech, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien mówić dalej. - Zgodnie z polskim prawem ma pani prawo do obrońcy i tłumacza. Ambasada Stanów Zjednoczonych została już poinformowana o pani zatrzymaniu i wyraziła zgodę na aresztowanie na terenie Polski.
- Nie przyznaję się! Nikogo nie zabiłam! Mnie tu wtedy nie było, przyleciałam dwa dni temu, możecie to sprawdzić. Nie wyrażam zgody. Ałć! Nie tak mocno! - krzyknęła Zoja, czując silne uderzenie pięścią w łopatki.
Bezwzględność majora i kapitana przeraziła Zoję bardziej, niż absurdalne zarzuty pod jakimi próbowali ją zatrzymać. Kiedy Rakowski naparł na nią całym ciałem, przyciskając ją do szyby samochodu jakby była nalepką z zielonym liściem, poczuła rozrywający ból w klatce piersiowej. W kilka sekund dotarło do niej, że coś jest nie tak. Lepka maź zalała jej szyję. Odchyliła się i zobaczyła że kapitan pluje krwią. Krzyknęła z przerażenia, próbując się wydostać ze śmiertelnego uścisku. W ciągu kilku sekund kapitan osunął się na ziemię. Zoja spojrzała w dół. Był martwy. Ktoś przestrzelił mu gardło na wylot.
W tej samej chwili oniemiały z przerażenia major Wirewski wyciągnął radioodbiornik i podniósł do twarzy, próbując wezwać posiłki. Głos uwiązł mu w gardle. Przewrócił oczami, zatoczył się w przód, a po kilku sekundach leżał martwy obok niższego stopniem kolegi.
Zoja zamknęła oczy. Słuchając przerażającego dudnienia własnego serca, czekała na kolejny strzał. Zamiast tego, usłyszała za plecami znajomy, zniekształcony głos:
- Uratowałem ci życie, a teraz ty uratuj moje. Zabierz to, czego ci trzeba i odejdź.
Gwałtownie odwróciła głowę, ale w tej samej sekundzie wokół niej zapadła nieprzebrana ciemność. Wszystkie latarnie na parkingu pogasły. Zupełnie jakby ten, którego głos usłyszała, robił wszystko, by pomóc jej w ucieczce...
W parę sekund podjęła decyzję. Jeśli nawet ma to być jej ostatni ruch, postanowiła zaryzykować.
Z dyndającymi z lewego nadgarstka kajdankami, porwała z siedzenia pasażera ciężką torebkę z laptopem i zasilaczem, i przerzucając ją przez ramię przeskoczyła nad ciałami agentów. Schyliła się i wyjęła z martwej dłoni majora szumiący radioodbiornik, po czym rzuciła daleko przed siebie. Urządzenie przecięło pustą alejkę wyjazdową i wylądowało między autami kilka metrów dalej, rozpryskując się w drobny mak.
Zoi przeleciały przez głowę słowa nieznajomego:
"Uratowałem ci życie, a teraz ty uratuj moje. Zabierz to, czego ci trzeba i odejdź."
Otworzyła klapę bagażnika i wstrzymując oddech wyciągnęła ze środka walizkę. Rozsunęła zamek i wysypała ubrania, buty i kosmetyczkę na ziemię. Zapakowała do środka jedynie foliową torbę z odciętą dłonią i zamknęła. Smród wydobywający się z środka nieco zmalał, co dawało cień szansy, że uda jej się przemknąć przez szpitalne korytarze. Bo była pewna, że jedyne co może teraz zrobić, to spróbować odnaleźć księdza i uciec z nim jak najdalej od tego miejsca, w którym dwa leżące na ziemi trupy, na pewno ściągną niebawem tłum policjantów i agentów żądnych zemsty.
Nie było wątpliwości, że ani kapral, ani major, nie żartowali. Została oskarżona o podwójne morderstwo i nawet jeśli zarzuty były całkowicie absurdalne, nikt nie uwierzy bez dowodów w jej wersję zdarzeń. A żeby je zdobyć, potrzebuje pomocy księdza i chwili spokoju, żeby się zastanowić, co dalej.
Przynajmniej nie musiała się skradać pomiędzy samochodami. Jeśli ten, kto pozwolił jej odejść, nagle zmieni zdanie, w parę sekund padnie z kulą w głowie, jak tamci dwaj, którzy leżą za jej plecami w kałuży krwi...
Nie myśląc więcej, zaczęła biec. Lawirując pomiędzy samochodami dotarła na ścieżkę prowadzącą do oświetlonych drzwi szpitala. Korzystając z tego, że trzech pacjentów wychodziło na papierosa, przemknęła przez drzwi i nie zatrzymując się pognała w kierunku łącznika i windy, znajdującej się na końcu korytarza. Nerwowo odliczając sekundy, czekała aż jej środek transportu zjedzie z góry i na chwilę będzie mogła ukryć się za zasłoną ze stali i metalu.
Drzwi zaczęły się otwierać, a ze środka wyłoniła się znajoma postać. Zoja zrobiła wielkie oczy. Zrobiwszy dwa kroki w przód, stanął przed nią ksiądz Piotr. Miał na sobie czyjeś ubrania, a pół jego czoła zasłaniał opatrunek. Sprawiał wrażenie gotowego do wyjścia.
- Już? - zdziwiła się Zoja.
Ksiądz złapał ją za ramię i zaczął iść w kierunku schodów ewakuacyjnych. Walizka, którą za sobą ciągnęła Zoja, turkotała na wyłożonej beżowymi kafelkami podłodze, niczym wagony pociągu po torach.
- Musiałem ich obezwładnić - oznajmił ksiądz Zoi, oglądając się w kierunku korytarza.
- Kogo?
- Tamtych dwóch lekarzy.
Zoja była zszokowana.
- Jak to?! Przecież chcieli nam pomóc! Co takiego próbowali ci zrobić? Założyć szwy bez znieczulenia czy przemyć ranę wodą utlenioną?
- To wcale nie jest śmieszne! Zaraz po tym, jak do niego zadzwoniłaś, ten onkolog zawiadomił policję. Sprawdziłem jego telefon. Ściągnął tu pół komendy wojewódzkiej, a ciebie okłamał, mówiąc że wyszli zaraz przed naszym przyjazdem. Ty zeszłaś na dół, a on zamknął mnie w gabinecie zabiegowym i pobiegł, żeby ich zaalarmować. Dwóch czekało na piętrze, trzech na schodach, a jeszcze dwaj pobiegli za tobą...
- To nie byli policjanci, tylko ludzie z kontrwywiadu. Przedstawili się jako kapitan i major z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Ksiądz nerwowo zamrugał.
- Jak to przedstawili się? Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jakby nigdy nic poszłaś z nimi na papierosa?!
- Nie, nie poszłam. Próbowali mnie zatrzymać. Ich zdaniem, jesteś martwy. Zabiłam cię z zimną krwią, kilka dni po tym, jak zamordowałam także ją.
- Kogo?
- Moją babkę, Zofię Trocińską.
- I gdzie są teraz? - zapytał ksiądz, nerwowo zerkając w stronę schodów prowadzących na górę, jakby bał się, że agenci mogą się zjawić lada chwila.
- Leżą martwi przy polonezie.
- Zabiłaś dwóch agentów???? - wysyczał przez zęby ksiądz, a jego twarz przybrała nagle odcień purpury.
- Nie ja.
- To kto?
- Nie wiem. Nie widziałam. Wpakował im po jednej kuli i zaraz potem na parkingu pogasły wszystkie światła. Słyszałam tylko jego głos. Powiedział dokładnie "uratowałem ci życie, a teraz ty uratuj moje. Zabierz to, czego ci trzeba i odejdź."
Ksiądz zrobił minę, jakby ktoś zrzucił mu na głowę cegłę. Przyglądał się Zoi, nerwowo kręcąc się wokół barierki przy schodach. Powtórzył kilka razy, że musi pomyśleć, po czym przysiadł na schodach i zaczął mamrotać coś pod nosem.
W tym czasie Zoja wyjrzała na korytarz. Zobaczyła salową, pchającą w stronę windy ogromnych rozmiarów wózek z brudną bielizną. Salowa nacisnęła guzik jazdy w górę i kiedy drzwi windy zaczęły się otwierać, wepchnęła do środka wózek i odeszła.
Zoja natychmiast zrozumiała, że to może być ich jedyna szansa. Postawiła walizkę pod ścianą i poszła w stronę windy.
- Masz - powiedziała minutę później, wpychając księdzu do ręki wymięty fartuch lekarski.
- Zwariowałaś...
- Jeszcze się okaże - odpowiedziała pewnym siebie tonem Zoja i także założyła lekarski uniform.
Ksiądz włożył drugie ramię do rękawa i pokręcił głową.
- To jest na mnie za małe. Rękawy są za krótkie, wyglądam w tym jak...
- Dobrze wyglądasz. Idziemy - ucięła Zoja, dając księdzu znak, że ma wziąć walizkę i pójść za nią.
Dwie minuty później stali pod drzwiami oddziału.
- Wewnętrzny - odczytał na głos ksiądz, zerkając na tablicę nad drzwiami.
- Zgadza się - potwierdziła Zoja i nacisnęła na klamkę. Ściszając głos do szeptu wytłumaczyła księdzu, jaki jest plan.
- A co to doktorze?! - odezwał się jeden z pacjentów, gdy drzwi się otworzyły, a ksiądz w kitlu zajrzał do sali.
- Jak to co? - odpowiedział ksiądz, nerwowo pokasłując. - Obchód.
Zoja wepchnęła go do środka.
- O tej porze? - zdziwił się pacjent leżący na łóżku najbliżej okna i z niedowierzaniem zaczął się przyglądać Zoi, trzymającej za plecami walizkę. Szemrząc pod nosem coś o konieczności codziennego wietrzenia sal, przeszła przez salę i otworzyła okno.
- Nie jest wysoko - oceniła, zerkając na pacjenta, pod którego łóżkiem stała turystyczna lodówka.
- Potrzebna panu ta lodówka?
- Skoro jest, to znaczy, że potrzebna - odpowiedział groźnie pacjent.
- Chyba mimo to jestem zmuszona stanowczo jej zażądać - powiedziała Zoja i podniosła z talerza stojącego na parapecie nóż do masła.
- Zoja - krzyknął ksiądz.
Pacjent wyciągnął lodówkę spod łóżka i natychmiast podał ją Zoi.
- Dziękuję - odpowiedziała, wyrzucając na łóżko całą jej zawartość. Obok rzuciła nóż. Wystawiła za okno walizkę i lodówkę, i wspięła się na parapet. Po chwili była już po drugiej stronie.
Ksiądz otarł spocone dłonie o kitel i podszedł do drugiego z pacjentów. Spojrzał na jego kartę wiszącą w nogach łóżka, a potem kazał mu pokazać język.
Zniecierpliwiona Zoja zajrzała do środka.
- Co ty wyprawiasz?!
Ksiądz wzruszył ramionami.
- No kazałaś, żebym starał się być autentyczny!
Zoja jęknęła poirytowana.
- Dużo witaminy C i dwa litry płynów, co najmniej! - powiedział do pacjenta ksiądz.
W biegu zdjął kitel, po czym wskoczył na parapet i dał susa przez okno.
Pobiegł za Zoją przez park.
- To była najgłupsza rzecz, jaką mogliśmy zrobić - stwierdził.
- Jak chcesz, możesz tam wrócić i ich przeprosić - odpowiedziała Zoja, przerzucając foliowy worek z walizki do turystycznej lodówki. - Dzięki temu przynajmniej nie musimy jej już za sobą ciągnąć.
- Jesteśmy teraz złodziejami.
- Nie marudź i tak oficjalnie jesteś trupem. Mnie do tego co już mam, jedna kradzież więcej nie zaszkodzi.
- To tylko poszlaki...
- Tak? To powiedz to kolegom tamtych dwóch, którzy leżą na parkingu. Powiedz, że twoim zdaniem nic na mnie nie mają, a majora i kapitana zamordował człowiek widmo, zapewne ten sam, który zabił wcześniej ciebie i moją babkę. Jak ci uwierzą, osobiście wrócę do szpitala i oddam pacjentowi jego lodówkę, przepraszając go za to, że groziłam mu nożem.
Dwadzieścia osiem minut później wysiedli z taksówki na rogu Piotrkowskiej. Kiedy Zoja płaciła za kurs, ksiądz z niepokojem obserwował wzmożony ruch na głównej ulicy prowadzącej do deptaka.
- Tylko mi nie mów, że tu też coś się wydarzyło - powiedziała załamanym głosem Zoja, stając obok niego.
Jakby na potwierdzenie jej obaw, ulicą obok przejechało kilka radiowozów i dwie karetki, wszystkie na sygnale.
- Mam nadzieję, że nic - odpowiedział bez przekonania i wziął od Zoi turystyczną lodówkę.
Odetchnęła z ulgą.
- Nie wiedziałam, że odcięta ręka może być taka ciężka.
Ruszyli Piotrkowską, zagłębiając się w coraz gęstszy tłum ludzi. Rozglądając się Zoja oceniła, że na tle kobiet w płaszczach, mężczyzn w zimowych kurtach, par trzymających się za ręce, matek z wózkami czy nawet staruszków w beretach, sunących o lasce, ona i ksiądz prezentowali się fatalnie, nie mając żadnych szans, by wtopić się w otoczenie. Wyglądali jak para zagubionych turystów, którzy specjalnie poprzebierali się jak na odpustowy jarmark, żeby w razie zbłądzenia, mogli się nawzajem łatwo odnaleźć. Ksiądz przynajmniej miał na sobie czyste ubranie. Ona sama była ubrana w ten sam strój, który założyła rano. Brudna koszula, pokryta plamami zaschniętej krwi, które próbowała ukradkiem zetrzeć w taksówce, podarte dżinsy i trampki, nie dość że prezentowały się fatalnie, to jeszcze nie chroniły przed chłodem. Chuchając w zmarznięte dłonie, dreptała za księdzem, marząc o tym, by wreszcie dotrzeć na miejsce i odpocząć.
- Jestem tak zmęczona, że położę się nawet na podłodze w kuchni - powiedziała do księdza.
- Obawiam się, że nic z tego... - odpowiedział, pokazując ręką przed siebie, na grupę wystraszonych ludzi stojących na chodniku przy skrzyżowaniu Brackiej, Emilii Plater, Górniczej i Zagajnikowej. Część z nich zamiast butów, miała na nogach kapcie. Kilkoro dzieci owiniętych kocami kręciło się blisko nóg matek.
Zoja przyśpieszyła kroku, wyprzedziwszy księdza jako pierwsza minęła wysoką kamienicę i dostrzegła unoszące się wysoko kłęby czarnego jak smoła dymu. Grupa gapiów, stojących pod uliczną latarnią przy przejściu dla pieszych, rozprawiała zawzięcie.
- Pięć wozów, a ciągle się pali - powiedział niski mężczyzna w pikowanej kurtce.
- Jak to bomba, to się będzie jeszcze długo paliło - dodała kobieta stojąca obok niego.
- No Maciejewski mówi, że bomba jak nic - odpowiedział tamten i z oddaniem graniczącym z uwielbieniem, spojrzał na sąsiada.
Zoja podeszła bliżej.
- Przepraszam pana, gdzie dokładnie był ten wybuch? - zapytała.
Nie patrząc kto pyta, mężczyzna wskazał ręką na ulicę za rogiem.
- Tam gdzie obóz był. Na Przemysłowej 34.
Ksiądz stanął za plecami Zoi.
- Jak dawno?
Mężczyzna spojrzał na zegarek w telefonie.
- Jakieś pół godziny.
Czyli zaraz po tym, jak uciekliśmy ze szpitala - obliczyła szybko Zoja.
- Skąd pan wie, że to była bomba?
Mężczyzna wydał się zaskoczony pytaniem księdza.
- No też pytanie! Jak skąd... Od trzydziestu lat mieszkam w kamienicy obok. Okna z kuchni mam na wspólne podwórze. Robiłem herbatę, jak weszło czterech ze skrzynkami i wyszli bez. A potem bum! - krzyknął i zamachał rękoma, próbując jak najlepiej oddać skalę wybuchu.
Zoja odeszła na bok. Była całkowicie załamana. Oparła się plecami o ścianę kamienicy i bezradnie opuściła głowę, wlepiając nieruchome spojrzenie w kawałek chodnika. Ksiądz stanął obok, zasłaniając plecami światło latarni. Cień jego sylwetki padł na ścianę, wyglądając jak olbrzymia powykrzywiana postać z obrazu Francisa Bacona.
- Nie mogliśmy tego przewidzieć. Nawet gdyby udało nam się dotrzeć tu wcześniej...
- Tak, wiem - przytaknęła Zoja, chociaż ton jej głosu wskazywał, że myśli inaczej.
Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej nabierała pewności, że jak dotąd popełnili z księdzem same błędy. Logiczne myślenie nigdy nie było jej mocną stroną, podobnie jak chłodna, pozbawiona emocji analiza. Jedyne w czym była naprawdę dobra, to wyliczanie procentu od wartości nieruchomości i podbijanie cen domów za pomocą drobnych sztuczek i zabiegów, do których wynajmowała najlepszych speców od wystroju w całym Nowym Jorku. Potrafiła wynająć ich na kilka tygodni, opłacając przeloty i pobyt w najdroższych hotelach w Europie, po to, żeby zadbać o zadowolenie klientów. Mogła nie spać tygodniami, osobiście nadzorując pracę ekip remontowych i szwaczek, obszywających ręcznie haftowane złotą nicią zasłony do siedmiu sypialni irlandzkiej posiadłości lorda Nielsena. Odkąd siedem lat temu przyleciała do Nowego Jorku, trzymając w rękach list polecający od wpływowego rosyjskiego biznesmena, każdego dnia pracowała na to, by móc wreszcie samodzielnie osiągnąć sukces. Chociaż korzystała z jego pieniędzy, by poszerzać swoje wpływy w nowojorskim światku najlepszych agencji nieruchomości, zarządzających tak kluczowymi lokalizacjami, jak wieżowce przy Wall Street, wiedziała, że wkrótce będzie mogła raz na zawsze odciąć łączące ich więzy. A wszystko dzięki bezgranicznemu oddaniu klientom. Potrafiła czytać w ich myślach, spełniając każde ich żądanie, jeszcze zanim zdążyli je złożyć w formie pisemnego zapytania do agencji...
Zoja drgnęła. Zerkając na migające koguty policyjnych radiowozów, odgradzających pasem niebieskawego światła dostęp do miejsca wybuchu, nagle zrozumiała, że teraz robi dokładnie to samo. Jej umysł pracuje na tych samych obrotach, co jeszcze kilka dni temu, kiedy w podskokach i z uśmiechem spełniała zachcianki klientów, dla których pracowała...
- Do tej pory robiliśmy wszystko, czego chcieli! - odezwała się do księdza, a w jej oczach pojawił się błysk.
- Co takiego?
- Depczą nam po piętach, bo idziemy dokładnie tą ścieżką, jaką chcą, żebyśmy szli. Wykorzystują nasze błędy, bo wiedzą, że nie czujemy się winni i nie mamy nic do ukrycia. Wiedzieli, że zaufamy tym, którzy jako jedyni wyciągnęli do nas pomocną dłoń i pójdziemy dokładnie tam, dokąd nas pokierują, rozumiesz Piotr? Lekarze byli podstawieni! A to znaczy, że nie tylko wiedzieli, że pojawimy się w jej mieszkaniu, ale i że prędzej czy później zechcemy tam wrócić - ciągnęła podekscytowana Zoja, pozwalając by ksiądz wziął ją pod rękę i poprowadził ulicą w kierunku oświetlonego deptaka, jak najdalej od miejsca wybuchu. - Bawią się z nami, odkrywając kolejne elementy układanki, a potem je zakrywając...
- O czymś zapomniałaś.
Zoja zatrzymała się w pół kroku, pod witryną sklepu z zabawkami. Tuż za szybą potężny miś, napędzany elektroniką, walił plastikowym młotkiem w zielony bębenek, a jego głowa drgała rytmicznie w takt jakiejś niesłyszalnej melodii.
- O czym?
- O tym człowieku, który pomaga ci z ukrycia. Nie sądzę, żeby torba z odciętą dłonią i medalikiem znalazły się w twoim samochodzie na skutek gry, jaką toczą z nami agenci. Nie sądzę też, że mają na tyle wiedzy, by biegle poruszać się w tematyce symboli religijnych i ich powiązań z historią... Przypomnij sobie zdjęcia dzieci i malowidło świętej Anny. Przypomnij sobie kołysankę i wypisane na kartce imiona... Nie Zoju - ksiądz pokręcił głową. - Mamy do czynienia z czymś więcej, ale oczywiście muszę przyznać, że masz rację co do tego, że dość niefrasobliwie dajemy się wodzić za nos, postępując tak, jak chcą tego agenci...
Skręcili z Piotrkowskiej w jakąś boczną uliczkę, której nazwy nie dało się odczytać ze zżartej rdzą tablicy. W głębi podwórza, na tyłach starego trzypiętrowego budynku, znajdował się słabo oświetlony bar, z wiszącym nad drzwiami szyldem z napisem "Bar u Piotrusia".
- Tutaj? - zapytała Zoja, nie kryjąc uśmiechu.
- Piotruś, jak Piotruś - ocenił ksiądz i poprowadził ją w stronę drzwi, z wiszącą na nich reklamą automatów do gry, nazywanych jednorękimi bandytami.
Weszli do środka i zajęli wolny stolik pod oknem. Poza nimi nie było zbyt wielu klientów. Przy stoliku w drugim końcu sali siedzieli dwaj starsi mężczyźni, popijając piwo. "Bar u Piotrusia" był to mały, lichy lokalik, pamiętający czasy odległe o dwadzieścia, może trzydzieści lat wstecz. Ze względu na wystrój i unoszący się w powietrzu zapach piwa, miał swoich stałych bywalców, którzy czuli się tu tak, jakby trwały czasy jego świetności. Za całe wyposażenie służyły białe okrągłe stoliki przykryte żółtymi serwetami, automaty do gry ustawione w rzędzie przy drzwiach i bar długi na dwa i trzy dziesiąte metra, nie bez powodu nazywany przez bywalców "longiem". PRL-owski styl wystroju, uzupełniały paprotki i sztuczny bluszcz, utkane gęsto na półkach ściennych, a także cztery czarno-białe grafiki wiszące na ścianie, przedstawiające ulicę Piotrkowską.
- Co podać?
- Dwie herbaty z prądem i co tam macie do jedzenia - odpowiedział ksiądz, unikając taksujących go oczu kelnerki, która co chwila nachylała się nad stołem, poprawiając białą serwetę.
- Hamburger albo flaki wołowe - rzekła beznamiętnie.
Zoja spojrzała na księdza, wykrzywiając twarz w grymasie obrzydzenia. Pod naporem jego karcącego spojrzenia wybrała hamburgera.
- A ja jedno i drugie - zdecydował ksiądz, dostrzegając w oczach kelnerki błysk zadowolenia.
Kelnerka raz jeszcze zamaszyście wygładziła serwetę, po czym wepchnęła notes do kieszonki w zapasce i odeszła w stronę baru. Nalała wódki do kieliszków, napełniła szklanki herbatą i przyniosła, oznajmiając, że czas oczekiwania na posiłek to dziesięć do piętnastu minut. Przyglądając się jej plecom, Zoja złapała za kieliszek i prawie wlała sobie całą zawartość do gardła.
- Nie, nie tak! - zatrzymał ją w ostatniej chwili ksiądz.
Spojrzała na niego z oburzeniem.
- A jak?
- Wlej ją do herbaty. Inaczej zamiast się rozgrzać, będziesz pijana. Wódka jest mocna - rzucił protekcjonalnie.
Zoja wzruszyła ramionami i zrobiła co kazał. Wlała wódkę do szklanki, zamieszała łyżeczką, podmuchała i siorbiąc upiła spory łyk. Potem kolejny i jeszcze jeden.
- Dobre? - zapytał ksiądz uśmiechając się.
Zoja przytaknęła. Poza błogim ciepłem rozchodzącym się po całym ciele, zaczynała czuć, jak napięcie z całego dnia powoli opada.
- Myślisz, że mogą nas tu dopaść? - zapytała spokojnie, wyglądając przez okno.
- Tutaj? - ksiądz rozejrzał się po sali. - Tutaj raczej nie. Ale jeśli za bardzo zaczniemy kręcić się po mieście, to całkiem prawdopodobne.
Po chwili kelnerka przyniosła jedzenie, które pochłonęli bez entuzjazmu, w całkowitej ciszy. Beznadziejna ciemność otaczała ich z każdej strony, coraz bardziej zawężając śmiertelny uścisk.