Moja mama jest sławną pisarką.
Trzecia część jej cyklu powieściowego
o Zosi Jezierskiej, Cynamon i piegi, znajduje się
od wielu miesięcy w czołówce list bestsellerów. Dwie poprzednie
- Słońce w kaloszach i Miłość
z podwójnym serem sprzedają się w ogromnych nakładach
i wciąż są wznawiane. Profil Zosi Jezierskiej na Facebooku polubiły
już tysiące ludzi, a kolejne tysiące odwiedzają każdego dnia stronę
internetową mojej mamy.
I wszystko to są nastolatki, które
uwielbiają powieściową Zosię i jej rodzinę.
Ja do nich nie należę. Powiem więcej:
Zosia wychodzi mi nosem i uszami. Dlatego lojalnie uprzedzam każdego,
kto chciałby być ze mną w dobrych stosunkach: ani słowa o Zosi!
Najgorsze jest to, że w mojej klasie
wszystkie dziewczyny też zachwycają się Zosią. Być może dlatego
nie mam żadnej bliskiej przyjaciółki. Jak już któraś wydaje się
sensowna, to okazuje się, że najbardziej zależy jej na tym, żeby
poznać moją mamę. A ja jestem tylko drogą do celu.
To już wolę chłopaków. Zwykle są
dość odporni na czar Zosi Jezierskiej. Można z nimi normalnie
pogadać. Oczywiście - o ile chcą ze mną gadać. Bo niektórzy
nie bardzo. Na przykład Edgar Ciesielski.
Na szczęście noszę nazwisko taty,
więc komuś niewtajemniczonemu trudno się zorientować, że jestem
córką mojej mamy. Chociaż według dokumentów nazywa się Joanna
Ciszewska-Chrobot, książki podpisuje tylko nazwiskiem panieńskim. "Bo
nie jestem laryngologiem" - mówi, chociaż wszystkie jej koleżanki
noszą podwójne nazwiska, nie tylko te, które są laryngologami.
Mimo to jakimś cudem, jeśli nawet ktoś
w szkole nie czytał żadnej z książek mamy, to i tak wie, że jest znana,
a ja jestem jej córką. Nawet nauczyciele. Tylko z Edgarem Ciesielskim
sprawa przedstawia się inaczej. Sława mojej matki to dla niego pryszcz,
bo jego tata jest wielkim reżyserem i nakręcił Trzeci
brzeg rzeki, czy jak tam się nazywał ten słynny film,
który wygrał festiwal w Gdyni wiele lat temu, a którego i tak nikt
z nas nie oglądał.
To był koniec sierpnia. Tuż przed
rozpoczęciem roku szkolnego. Poszłam do papierniczego kupić sobie
zeszyty i różne przybory. Wracałam do domu przez cichy, zielony
Mokotów. W warzywniaku przy Madalińskiego kupiłam maliny. Po drugiej
stronie ruchliwej arterii widać było nowoczesne białe domy naszego
osiedla.
Rok temu przeprowadziliśmy się
z kamienicy w Śródmieściu na to nowe, strzeżone osiedle. Ta decyzja
(podjęta, jak zawsze, przez mamę) spowodowała straszliwą kłótnię
rodziców. Ojciec nie chciał nawet słyszeć o nowoczesnym, chronionym
apartamentowcu. Wymachiwał rękami i krzyczał, że mama chce go
wykończyć artystycznie, że on w takich warunkach nie będzie mógł
tworzyć, bo żeby tworzyć, musi się integrować z tkanką miejską.
A strzeżone osiedle nie ma żadnej tkanki, to nie jest w ogóle miasto,
tylko sypialnia zamożnych pracowników korporacji, którzy nie mają
kontaktu z normalnym życiem.
Mama wysłuchała go ze spokojem.
- Ty i tak nie masz kontaktu z normalnym
życiem - powiedziała. - A poza tym teraz normalne jest właśnie
życie pracownika korporacji, a nie jakiegoś artysty, który robi
histerie nie wiadomo o co.
Ojciec poczuł się zmiażdżony (tak
mi potem powiedział) i nie odzywał się przez trzy dni. Trzeciego
dnia zdarzyło się coś, co sprawiło, że zmienił zdanie w sprawie
przeprowadzki.
Wiedziałam, dlaczego mama chce się
przeprowadzić na strzeżone osiedle. Jakimś cudem jej adres trafił
do internetu i bez przerwy pielgrzymowały do nas nastolatki, chcące
zobaczyć na własne oczy ulubioną autorkę. Mama była dla nich
miła, pozwalała sobie zrobić zdjęcie, dawała autografy i grzecznie
wypraszała panienki, jeśli wyglądały na takie, co chcą się bardziej
zadomowić. Musiała jednak mieć tego serdecznie dosyć. Nawet kiedy
chorowała na grypę, nie mogła sobie chodzić w szlafroku, tylko
ubierała się i malowała rzęsy w obawie, że zaskoczy ją jakaś
wielbicielka.
Ale wtedy, trzy dni po strasznej kłótni,
mama akurat poszła do dentysty. Kiedy zadźwięczał dzwonek
u drzwi, tata otworzył i zobaczył na progu dwie dziewczyny, na oko
szóstoklasistki, które oczywiście zapytały o mamę.
Tata zwykle podczas takich wizyt
zaszywał się w swojej dziupli, nie miał więc dotąd doświadczenia
z szóstoklasistkami. Uprzejmie wytłumaczył, że ich ulubionej pisarki
nie ma w domu.
- To nic - powiedziała ta bardziej
wygadana. - Możemy na razie obejrzeć mieszkanie.
Ogłupiały tata wpuścił je za próg i,
trochę zakłopotany, zaczął oprowadzać po pokojach.
Panny w nabożnym skupieniu obejrzały
kuchnię, mój pokój (pech chciał, że byłam w szkole, bo nigdy bym
na to nie pozwoliła), łazienkę i toaletę. Najdłużej przebywały
w pokoju mamy, każda z nich chciała dotknąć jej biurka i komputera,
a jedna nawet zajrzała do szafy i oglądała mamine bluzki. Kiedy
zbliżały się już do wyjścia, próżność artysty wzięła górę
nad zakłopotaniem i tata z dumą otworzył drzwi swojej dziupli.
- A tu piszę ja.
Dziewczynki spojrzały po sobie spłoszone,
nie wiedząc, jak zareagować. Zaszemrały coś między sobą, wreszcie
ta bardziej wygadana zapytała:
- A co pan właściwie pisze, panie
Ciszewski?
Mój tata nie nazywa się Ciszewski. Nazywa
się Marcin Chrobot i jest sławnym poetą.
Dwadzieścia lat temu dostał
nagrodę imienia Kościelskich, a jego tomik Napowietrzne
jazdy nominowany był do Nike jakoś tuż przed moim
urodzeniem. Utwory mojego ojca znajdują się w wielu antologiach
polskiej poezji współczesnej. W Wikipedii można przeczytać, że
należy do "najwybitniejszych twórców urodzonych w drugiej połowie
lat sześćdziesiątych". Ostatni tom jego wierszy osiągnął nakład
ośmiuset egzemplarzy i to był podobno spory sukces.
Po wizycie tamtych szóstoklasistek tata
ustąpił i zgodził się na przeprowadzkę.
- Teraz już wiem, co ty tu musisz
przeżywać - powiedział mamie. - Trzeba walczyć o odrobinę
prywatności.
W parę miesięcy później przenieśliśmy
się do nowego mieszkania. Tata był na początku nieswój i chyba niezbyt
szczęśliwy, ale już po tygodniu jego mały pokoik na wprost wejścia
do złudzenia przypominał dawną dziuplę - tak samo zagracony,
pełen książek, płyt, gazet i kubków po herbacie, w których tkwiły
ogryzki jabłek. Bo tata, kiedy rzucił palenie, zaczął nałogowo jeść
jabłka. Wypala... tfu, pożera dwa kilogramy dziennie. A ogryzki zawsze
upycha do pustych kubków i szklanek.
Po jakimś czasie tata odkrył również
pobliski park i malownicze ogródki działkowe otaczające osiedle,
a wreszcie musiał przyznać, że Stary Mokotów ma także całkiem
niezłą tkankę. Innymi słowy - przyzwyczaił się.
Mnie oczywiście nikt o zdanie nie
pytał. Tak to już zawsze jest - wszystkie domowe burze przetaczają
się nad moją głową, lecz ja nie biorę w nich udziału. Wydaje
mi się, że rodzice często nie zdają sobie nawet sprawy z mojego
istnienia...
No, może teraz trochę
przesadziłam.
W każdym razie, gdyby mnie ktoś o to
zapytał, odpowiedziałabym, że ja się nie przyzwyczaiłam i nie
przyzwyczaję. Mieszkanie jest całkiem fajne. Mój pokój - znacznie
większy niż poprzedni. Ale cała reszta...
Przede wszystkim nikogo tu nie znam. Tam
przynajmniej miałam Mańkę, koleżankę z podwórka. Można nawet
powiedzieć - przyjaciółkę. Tu nie ma podwórka, a ludzi twarzą
w twarz spotyka się właściwie tylko w windzie zjeżdżającej do
garażu.
Codziennie rano, wychodząc z naszym
psem Kluską, obserwuję niezmiennie taki sam widok: jakby na dany
sygnał drzwi wszystkich garaży otwierają się i, jeden za drugim,
wyjeżdżają z nich ogromne terenowe samochody. Ktoś mógłby
pomyśleć, że pracownicy nadleśnictwa wyruszają na poranny objazd
Puszczy Białowieskiej, gdyby nie to, że za kierownicą zwykle
siedzą mężczyźni w garniturach i umalowane kobiety w eleganckich
garsonkach. Czasami na tylnym siedzeniu widać dzieci poupychane
w fotelikach albo jakiegoś znudzonego nastolatka. Przyglądamy się sobie
przez szybę w chwili, kiedy samochód czeka, aż otworzy się szlaban
broniący wstępu na osiedle. I tyle mam kontaktu z rówieśnikami
z sąsiedztwa.
Poza tym brakuje tu sklepów. To znaczy:
normalnych sklepów. Co prawda jest jeden duży samoobsługowy spożywczy
pod wdzięczną nazwą Markecik, ale już zamiast warzywniaka mamy
Ekojarzynkę, gdzie przywiędłe kalafiory kosztują majątek. Mamy też
na osiedlu trzy salony spa i sushi-bar.
Za to żeby dojść do papierniczego,
trzeba minąć cztery przecznice.
Dlatego właśnie tego sierpniowego
popołudnia wracałam ze sklepu z artykułami papierniczymi i biurowymi
przez wyludnione miasto, a słońce powoli kryło się za odległym
skrajem Pola Mokotowskiego.