1. Briuchow Wasilij Pawłowicz
W jeden z szarych jesiennych dni wezwał mnie do siebie do ziemianki
dowódca kompanii:
-?Briuchow, pilnie do dowódcy batalionu -?powiedział do mnie.
-?Po co?
-?Od dowódcy batalionu się dowiesz. -?Niechętnie odpowiedział kapitan i pochylił się nad mapnikiem, dając do zrozumienia, że rozmowa została
zakończona.
Po krótkim spacerze w lesie odnalazłem dowódcę batalionu, siedzącego pod
zadaszeniem zrobionym z czołgowego brezentu:
-?Towarzyszu kapitanie -?zameldowałem się. -?Na wasz rozkaz przybył
lejtnant Briuchow.
-?A! Świetnie. U zastępcy szefa zaopatrzenia dostaniesz pakiet żelaznych
racji na dobę. Za pół godziny do sztabu tyłów frontu jedzie
"Studebaker". Zabierzesz się na niego, odnajdziesz prokuraturę i trybunał wojskowy. Zamelduj się tam po przybyciu. -?Dowódca zamilkł.
No pięknie! Od samego "trybunał wojskowy" przebiegły mi ciarki po
skórze. W głowie od razu rój myśli: "Dlaczego? Co ja zrobiłem? Może coś
powiedziałem? Chyba nie...". Niepokój miałem wypisany na twarzy.
-?Co się martwisz? -?cicho zapytał dowódca. -?Nie martw się. Miałem
wybrać młodego, już ostrzelanego, fizycznie silnego, mocnego oficera.
Więc wybrałem ciebie. A dlaczego im jest potrzebny taki -?nie powiem.
Dowiesz się w trybunale.
Napięcie nieco zmalało, jednak brak odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego?"
nadal gnębił. Rozkaz to rozkaz -?szybko pobrałem racje. Zarzuciłem sidor
na plecy i z ciężkim sercem wsiadłem do kabiny "Studebakera". Cały czas
nie opuszczała mnie niepokojąca myśl, że to wszystko nie jest ot tak
sobie. Raz za razem w głowie przebierałem wydarzenia ostatnich dni. Niby
nie zrobiłem nic takiego. Po przejechaniu około 20 kilometrów po
rozbitej drodze samochód zatrzymał się w małej wiosce. Kierowca wskazał
dom, w którym znajdował się trybunał. Tam już mnie oczekiwano. Nawet nie
zdążyłem zameldować o przybyciu, kiedy znajdujący się w pokoju
podpułkownik przerwał:
-?Lejtnant Briuchow?
-?Tak jest!
-?My już na ciebie czekamy. Masz eskortować trzech
sierżantów-czołgistów, skazanych trybunałem wojskowym na sześć miesięcy
w kompanii karnej, do miejsca ich nowej służby. Transportu u nas nie ma,
więc poprowadzisz ich pieszo. Kompania znajduje się około stu dwudziestu
kilometrów od nas. Myślę, że za trzy dni dojdziesz.
-?Jak ja, sam jeden, będę eskortować trzech? -?zapytałem z rozpaczą w głosie.
-?Właśnie tak, będziesz! -?twardo odparł podpułkownik. -?Dostaniesz
prowiant dla czterech osób na trzy dni. Oto mapa. Sztab kompanii
znajduje się tutaj -?szturchnął palcem. -?Znajdziesz dowódcę, zdasz mu
więźniów. Otrzymasz potwierdzenie, które mi przywieziesz. Uważaj,
zadanie jest odpowiedzialne. Uciekną -?będziesz musiał jeszcze raz
przebyć tę drogę, ale już w innym charakterze. Dalej. Działaj -
zakończył.
Wziąłem mapę, poszedłem do magazynu pobrać prowiant. W myślach
skalkulowałem, jak najlepiej wykonać zadanie. Postanowiłem, że
najtrudniejszą sprawą jest pilnowanie skazanych w nocy, ale dwie noce
można nie spać. Z tymi myślami udałem się do izby odbioru, by zapoznać
się z moimi "towarzyszami". Wartownik doprowadził skazanych. Rzuciło mi
się w oczy, że wszyscy są starsi ode mnie. Z dokumentów znałem już ich
dane i wiedziałem, za co zostali skazani. Postanowiłem, że lepiej będzie
nawiązać z nimi kontakt jak z człowiekiem, niż stroić z siebie
naczelnika. Na początku okazało się, że oni wszyscy są jeszcze z przedwojennego poboru. Dwoje mieszkało na wsi, ale w pracy byli związani
z mechanizmami -?jeden był szoferem, drugi traktorzystą. Trzeci został
powołany w mieście rejonowym, gdzie pracował jako młotowy w kuźni. To on
zachowywał się najmniej skrępowanie, oprócz tego wspólnota przedwojennej
pracy szybko nas zbliżyła. Na pytanie, za co został skazany,
odpowiedział:
-?Rozgorączkowałem się podczas kłótni z takim samym młodziutkim jak wy
lejtnantem. Uderzyłem go. Złamałem mu nos. Skrępowano mnie. Dali mi
dziesięć lat z zamianą na sześć miesięcy kompanii karnej.
"Traktorzysta" walczył jako mechanik-kierowca od 1941 roku. Gdy jego
oddział znajdował się w strefie oczekiwania, do czołgu podeszła młoda
kobieta, poprosiła o olej napędowy. On nalał jej wiadro i zaproponował
zaniesienie do domu. Został u niej, zasnął. Obudziwszy się w nocy,
pobiegł do miejsca stacjonowania jednostki, ale czołgi zniknęły.
Ponieważ nikomu nie powiedział, dokąd idzie, nie znaleziono go i za
dźwigniami usiadł mechanik-kierowca z rezerwy. Oskarżono go o dezercję i skazano na dziesięć lat z zamianą na sześć miesięcy kompanii karnej.
"Szofer" dowoził prowiant i zabrał bochenek chleba oraz parę puszek
tuszonki. Poczęstowawszy jednego żołnierza, najprawdopodobniej wygadał
się o tym i ten go wydał. Oskarżono go o kradzież państwowego mienia.
Skazano go na pięć lat z zamianą na trzy miesiące kompanii karnej.
Te nieskomplikowane historie spowodowały, że kamień spadł mi z serca -
skazani nie byli zatwardziałymi przestępcami i wpadli przez swoją
głupotę. Powiedziałem im, dokąd ich prowadzę, pokazałem trasę i określiłem godzinę wyruszenia. Ostrzegłem, że uciec nie będzie trudno,
ale nie ma sensu, bowiem i tak zostaną złapani i rozstrzelani jako
dezerterzy, o czym zostaną poinformowane ich rodziny. "Tym występkiem
zgubicie nie tylko siebie, ale i wszystkich krewnych. W kompanii karnej
może się poszczęścić -?albo zranią, albo, być może, zgłoszą do
anulowania wyroku". Ku mojemu zdziwieniu słuchali mnie uważnie, biorąc
moje słowa za pewnik. Przerwałem swoje morały, zdając sobie sprawę, że
im i tak jest niedobrze.
Pożegnawszy się z dowódcą warty, ustawiłem skazanych i na ich czele
wyszedłem pod siąpiący jesienny deszcz, mieszać butami błoto frontowych
dróg. Iść było ciężko. Drogę tworzyły dwie głębokie koleiny wypełnione
wodą. Poboczy jako takich nie było. Po godzinie marszu zarządziłem
przerwę. Patrząc na mapę, zrozumiałem, że przeszliśmy trzy, może cztery
kilometry. W takim tempie czterech dni może nie wystarczyć, aby dojść do
miejsca przeznaczenia. Czy mogę zaufać tym trzem ludziom? Choćby tylko
jeden ucieknie! Będę za to odpowiadać. Szukałem wyjścia, ale na razie
nie znalazłem.
Wstaliśmy i pomaszerowaliśmy dalej. Obok przejechało kilka ciężarówek -
skrzynie załadowane po brzegi, w kabinie tylko jedno-dwa miejsca. Wsiąść
do takiego samochodu w czwórkę było niemożliwe.
Powoli wleczemy się po błocie. Nogi się rozjeżdżają, na buty nakładają
się grudy błota, przekształcając wilgotne buty w okowy nie do ruszenia.
Późnym wieczorem docieramy do małej wioski. Pukaliśmy do jednego domku.
Wpuszczono nas. Zrzuciliśmy buty, powiesiliśmy przy piecu onuce celem
wysuszenia. Gospodarze o nic nie pytali. Podobno w ciągu dwóch lat wojny
przez ich dom przewinęło się wielu żołnierzy obu armii, więc było im
zupełnie wszystko jedno, kim jesteśmy i dokąd idziemy. Zmęczyliśmy się
tak bardzo, że bez kolacji ułożyliśmy się na podłodze i moi aresztanci
natychmiast usnęli. Strzegłem ich czujnie przez całą noc, nie zmrużywszy
oczu. Rano, kiedy "młotowy" obudził się i zobaczył, że nie śpię,
zapytał:
-?A ty co, lejtnancie, nie spałeś?
Nic nie powiedziałem. Najwyraźniej zdając sobie z tego sprawę, mruknął:
-?No i głupiś. Dokąd moglibyśmy uciec?
Nie chciałem o tym mówić i nachyliłem się do swojego sidora, wyjmując
prowiant na śniadanie. Gospodyni ugotowała garnek małych ziemniaków i po
mocnym śniadaniu kontynuowaliśmy marsz. Cały dzień starałem się utrzymać
tempo czterech kilometrów na godzinę, robiąc co pięćdziesiąt minut
dziesięciominutowy postój. Zegarka na rękę wtedy nie miałem i korzystałem z wyjętego z czołgu zegara. Bezsenna noc dawała o sobie znać
-?podczas postojów zasypiałem. Jak byśmy się nie starali,
przemaszerowaliśmy tylko 25 kilometrów. Nocowaliśmy w wiosce.
Aresztanci, jak stali, od razu zaczęli chrapać, a ja znów siedziałem,
pilnując ich. Oczy mi się kleiły, głowa opadała na piersi, ale
natychmiast się budziłem, sprawdzałem, czy moi podopieczni są na
miejscu, i wszystko powtarzało się od nowa. Rano "młotowy" powiedział:
-?Lejtnant, czego nie śpisz drugą noc pod rząd? Dokąd pójdziemy? Sam
mówiłeś -?złapany i rozstrzelany. I starczy ugniatać błoto. Robimy tak:
zatrzymujemy ciężarówkę, dowiadujemy się, dokąd jedzie i gdzie skręca z naszej trasy. Ci, którzy pojadą, schodzą na tym zakręcie i czekają na
resztę. No jak, lejtnant? Pasuje?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć -?zdałem sobie sprawę, że jeszcze jednej
bezsennej nocy nie wytrzymam. I tak na trzeci dzień autostopem
zrobiliśmy 50 kilometrów. Nikt nie uciekł. Poweselałem i uspokoiłem się.
W nocy spałem już razem ze wszystkimi. Pod koniec czwartego dnia podróży
dotarliśmy do miejsca pobytu kompanii karnej. Kompania została wycofana
z linii frontu, aby uzupełnić wymienny skład.
Rozmieściła się w porządnych budynkach, używanych przez Niemców jako
magazyny.
Pozostawiwszy swoich podopiecznych w punkcie zbiorczym, wszedłem do
izby, w której mieścił się sztab kompanii. Przy stole siedział kapitan.
Zameldowałem, że przywiozłem trzech skazanych. Oderwawszy głowę od
papierów, dowódca wysłuchał mnie, a potem wstał, wyszedł zza stołu i wyciągnął rękę. Wskazał na krzesło. Usiadłem, a on usiadł na krawędzi
stołu, powiedział:
-?Dobra. Poznajmy się.
W skrócie przedstawiłem swoją bojową biografię. Zrobiła na dowódcy
batalionu dobre wrażenie, spojrzał na mnie uważnie:
-?A ja myślałem, że jesteś jeszcze smarkaczem. Bardzo młodo wyglądasz.
Zmieszałem się i umilkłem. Dowódca wezwał zastępcę-kwatermistrza i rozkazał przyjąć trzech skazanych w skład kompanii. Odetchnąłem,
skończyły się moje męki. Zadanie zostało wykonane i za kilka dni będę
już w rodzimym batalionie. Jeszcze trochę pogadaliśmy z kapitanem, gdy
nagle wchodzi kwatermistrz:
-?Towarzyszu dowódco, skazanych przyjąć nie mogę.
-?Dlaczego?! -?zapytał kapitan niezadowolonym tonem.
-?Oni nie mają zimowego umundurowania, a my dostaliśmy tylko dla
obecnego składu. Oni gdzieś się wałęsali, a armia przeszła na zimowe
umundurowanie.
-?Co robić? -?współczująco zapytał kapitan.
-?To bardzo proste -?niech lejtnant zabiera swoich chłopców z powrotem.
Tam otrzymają zimowe mundury i znów przywiezie ich do nas, a my ich
przyjmiemy.
Niemal spadłem z krzesła od tych słów. Wyobraziłem sobie drogę tam i z powrotem i zrobiło mi się niedobrze. Widząc mój stan kapitan, podał
szklankę wody:
-?Uspokój się.
I zwracając się do kwatermistrza:
-?Może jednak przyjmiemy? Szkoda dzieciaka. Spójrz na niego, na nim
twarzy nie ma.
-?Nie możemy, towarzyszu dowódco -?obstawał przy swoim kwatermistrz.
-?Dobra, teraz już za późno. Niech skazani spędzą noc w naszym zbiorczym
punkcie, a lejtnanta wezmę do siebie na kwaterę. Rano zdecydujemy, co
robić.
Kwatermistrz wyszedł. Kapitan zwrócił się do mnie:
-?Spokojnie, lejtnancie, coś wymyślimy. Chodź teraz na kolację.
Wchodząc do znajdującej się w pobliżu ziemianki, nakazał dowódcy
kompanii:
-?Pietrewicz, nakryjmy kolację dla dwojga.
Starszy żołnierz szybko nakrył stół. Muszę powiedzieć, że dowództwo
kompanii żyło niebiednie. Na stole było dużo przekąsek, pojawiły się też
dwie butelki wódki.
-?Ty pewnie i wódki pić nie umiesz. -?Kapitan się uśmiechnął.
-?Umiem, umiem, nie martwcie się, towarzyszu kapitanie -?nadrabiałem
miną.
-?No, to dawaj! -?Zmierzywszy mnie spojrzeniem, nalał trochę więcej niż
pół szklanki dla mnie i pełną sobie.
-?Dawaj, za twoją beznadziejną sprawę.
Aby zadowolić kapitana, jednym duchem opróżniłem szklankę, rzuciłem się
na przekąskę. Kapitan wypił, powoli postawił szklankę. Spojrzał na mnie:
-?Dobra robota, chłopcze. Widzę, że umiesz. No, a teraz dobrze zakąś.
Piłem niechętnie i najczęściej oddawałem swoje sto gramów załodze. Z braku przyzwyczajenia szybko się wstawiłem, rozluźniłem, zrelaksowałem.
Nerwy czterodniowego marszu odpuściły. Po zakąszeniu kapitan nalał
jeszcze szklankę.
-?No, dawaj! Twoje zdrowie! -?i nie czekając na mnie, wypił.
Co było dalej, pamiętam mgliście. Rano obudziłem się w ziemiance dowódcy
kompanii.
-?Cóż, bohaterze! Kiedy ty tu spałeś, przyjąłem twoich łotrzyków. Zaraz
wypełnię pokwitowanie i jedź do domu.
Mojej radości nie było końca.
-?A teraz zjedzmy śniadanie, czeka cię długa droga.
Stół był już nakryty. Kapitan nalał sobie pół szklanki wódki. Ja
odmówiłem. Po wypiciu wzięło go na szczerość:
-?Powiem ci, że wcale mi nie pasowało brać twoich żołnierzy. Jak tylko
skompletuję kompanię, od razu mnie wyślą do walki na front.
Nie chciałem rozwijać tego tematu, tylko zapytałem, jak się służy w kompanii karnej.
-?Cała kadra jest zawodowa. Sztabowa kategoria wszystkich oficerów o jeden stopień wyżej niż w zwykłych wojskach, potrójny żołd, rok wysługi
liczy się za trzy, a nie dwa jak u nas. Oficerowie dostają normę kadry
latającej. Co najważniejsze, oficerowie nie mają w ciężkiej sytuacji
obowiązku osobistego prowadzenia żołnierzy do walki.
Po zakończeniu śniadania poprosiłem kapitana o zgodę na pożegnanie się
ze "swoimi" sztrafnikami1. Wezwał ich. Pożyczyłem im
przetrwania, podziękowałem za pomoc w drodze.
Do prokuratury frontu dotarłem po dwóch dniach. Otrzymałem pochwałę za
wykonanie zadania i wróciłem do swojej jednostki.
Po kilku dniach nadszedł rozkaz, by przesuwać się naprzód w kierunku
linii frontu. W kompanii był dowódca czołgu Nejman, sprytny
przedstawiciel żydowskiego ludu. Pamiętam, że po drodze do Kalinina
bardzo ładnie śpiewał, a jak zostaliśmy skierowani na formowanie -
zamilkł i stał się jakby nieobecny. Być może coś przeczuwał lub po
prostu się przestraszył.
Podczas marszu rozkazał mechanikowi:
-?Stój! Silnik coś nierówno pracuje.
-?Jak nierówno? Wszystko wyregulowałem! -?oburzył się mechanik.
-?Rozkazuję! Mam dobry słuch, słyszę, że coś nie gra. Zatrzymajmy się i poczekajmy na zastępcę dowódcy do spraw technicznych.
Mechanik się nie kłócił, zjechał na pobocze. Jedzie czołg, Nejman go
zatrzymuje:
-?Czy jest u was zastępca do spraw techniki?
-?Nie. A ty czego stoisz?
-?Coś w tym silniku źle pracuje.
-?Tak? Słuchaj, czy masz sprawny rozrusznik? Bo u mnie szwankuje.
-?Sprawny.
-?No, daj mi go, a sobie wstaw mój.
Zamienili się rozrusznikami. Jedzie następny czołg:
-?Co się dzieje?
-?Rozrusznik nie działa.
-?A akumulatory są dobre?
-?Dobre, niedawno otrzymałem.
-?No to zamień się ze mną "na machniom".
Takim sposobem w ciągu nocy rozdał swój czołg na części. Załoga nic nie
powiedziała. Kiedy zastępca do spraw technicznych przyjechał, to,
naturalnie, zastał niesprawny czołg i musiał go odesłać do remontu.
Jednak ktoś poinformował o tym wydarzeniu oddział specjalny. Chciano go
oddać pod sąd, ale po porannej walce, w której spłonęło wiele czołgów,
przesadzono go do innego czołgu -?ulitowali się.
Postój pod Krajową przebiegł w cieniu tragedii. U nas w batalionie
dowódcą czołgu był lejtnant Iwanow spod Biełgorodu. Rosły chłop, 32-34
lata, komunista, z wyższym wykształceniem rolniczym, przed wojną
przewodniczący kołchozu. W jego wiosce stacjonowali Rumuni i podczas
odwrotu zabrali ze sobą wszystkich młodych, a komunistów i ich rodziny
spędzili do jednej stodoły i spalili. Potem sąsiedzi mówili, że
krzyczeli i płakali, kiedy żołnierze oblewali stodołę benzyną, a potem
soldaty jeszcze strzelali, dobijając przez deski. Tak zginęła rodzina
Iwanowa -?żona i dwoje dzieci. Nasza brygada przechodziła w pobliżu jego
wsi i pozwolono mu tam zajechać. We wsi powiedziano mu tę historię,
zaprowadzono na pogorzelisko. Kiedy wrócił, jakby go zamieniono. Zaczął
się mścić. Walczył szaleńczo, czasami nawet zdawało się, że szuka
śmierci. Do niewoli nie brał nikogo, a gdy próbowali się poddać, kosił
bez namysłu. A tu... Wypił i poszedł z mechanikiem szukać dziewuchy. Był
wrzesień, ładna pogoda, zbliżał się wieczór. Weszli do jednego domu. W pokoju stary człowiek i młódka około 25 lat siedzą i piją herbatę. Na
rękach trzymała półtoraroczne dziecko. Dziecko lejtnant przekazał
rodzicom, do niej powiedział: "Idź do izby", a do mechanika: "Ty idź,
zerżnij ją, a potem ja". Ten poszedł, ale dzieciak z 1926 roku, chyba
ani razu nie był z dziewczyną. Nie wiedział, jak się do niej dobrać.
Ona, widząc to, wyskoczyła przez okno i zaczęła uciekać. A Iwanow
usłyszał hałas, wyskoczył: "Gdzie ona jest?". A ona już była daleko:
"Ach, ty sukinsynu, wypuściłeś". Wystrzelił do niej serię z automatu.
Kobieta upadła. Oni nie zwrócili na to uwagi i odeszli. Gdyby uciekała i trzeba byłoby ją zabić, na pewno by nie trafił. A tu tylko jedna kula i prosto w serce. Następnego dnia przyszli rodzice z lokalnymi władzami do
nas, do brygady. A kolejnego dnia organy ich wyśledziły i posadziły -
Smiersz pracował dobrze2. Iwanow od razu się przyznał, że
strzelał, ale nie wiedział, że zabił. Na trzeci dzień odbył się sąd. Na
polanie ustawiono całą brygadę, przywieziono burmistrza i ojca z matką.
Mechanik strasznie płakał. Iwanow jeszcze mu powiedział: "Słuchaj, bądź
mężczyzną. Ciebie i tak nie rozstrzelają, nie bądź mazgajem. Wyślą do
sztrafbatu3 -?odkupić winę krwią". Kiedy dano mu ostatnie
słowo, cały czas tylko prosił o przebaczenie. I tak właśnie się stało -
dostał dwadzieścia pięć lat z zamianą na batalion karny. Lejtnant wstał
i powiedział: "Obywatele sędziowie wojskowego trybunału, popełniłem
przestępstwo i proszę nie robić mi żadnej taryfy ulgowej". Tak po prostu
i mocno. Usiadł i siedział, grzebiąc źdźbłem trawy w zębach. Ogłoszono
wyrok: "Rozstrzelać przed frontem brygady. Wyrok wykonać natychmiast".
Brygadę ustawiono w piętnaście, dwadzieścia minut. Doprowadzono
skazanego do wcześniej wykopanego grobu. Brygadny osobista4,
podpułkownik, mówi naszemu batalionowemu przedstawicielowi specjalnego
oddziału, stojącemu w szeregach ustawionej brygady: "Towarzyszu Morozow,
wyrok wykonać". Ten się nie rusza. "Ja wam rozkazuję!" Ten stoi jak
wkopany. Wtedy podpułkownik podbiega do niego, łapie za rękę, wyciągając
z szyku, i przez zęby z wyzwiskami: "Ja ci rozkazuję!". On poszedł.
Podszedł do skazanego. Lejtnant Iwanow zdjął furażerkę, ukłonił się w pas, mówi: "Wybaczcie mi, bracia". I to wszystko. Morozow mówi mu: "Na
kolana. Pochyl głowę". Powiedział to bardzo cicho, ale wszystko było
słychać -?była okropna cisza. Iwanow upadł na kolana, furażerkę włożył
za pas:
-?Pochyl głowę.
I kiedy on przechylił głowę, osobista wystrzelił mu w potylicę. Ciało
lejtnanta upadło i rzucało się w konwulsjach. Widok był straszny...
Osobista odwrócił się i odszedł, z pistoletu wił się dymek, a on szedł,
zataczając się jak pijany. Pułkownik krzyczy: "Kontrolny! Kontrolny
wystrzał!". Ten nic nie słyszy, cały czas idzie. Wtedy pułkownik
podbiegł do niego, wyrwał z ręki pistolet i wystrzelił raz, drugi.
Co zapamiętałem, po każdym wystrzale Iwanow już nie żył, a ciało jeszcze
drgało. Pułkownik pchnął ciało nogą, a ono wpadło do grobu:
-?Zakopać!
Zakopano.
-?Rozejść się!
Przez piętnaście minut nikt się nie ruszał. Była martwa cisza. Walczył
on bardzo dobrze, szanowano go, wiedziano, że Rumuni spalili jego
rodzinę. Mógł przecież prosić o łaskę, mówić, że to wypadek, ale nie...
Reszta dnia upłynęła w ponurym nastroju. Nie chciało się gadać, wszyscy
żałowali Iwanowa. Ale po tym wypadku żadnych ekscesów z miejscową
ludnością u nas w brygadzie nie było.
2. Aria Siemion Lwowicz
Zimą 1942/1943 roku brygada pancerna poniosła ciężkie straty w walkach o Mozdok. Służyłem w tej brygadzie i ocalałem. Los, przewidując
najbardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń, postanowił wówczas przenieść
mnie ze stanowiska mechanika-kierowcy czołgu do innego, mniej
niebezpiecznego rodzaju wojsk. Pilnie i za wszelką cenę, ale nie stało
się to od razu.
W ponury zimowy dzień kolumna pancerna, w której jechał nasz "T-34", po
długim marszu wciągnęła się w stanicę lewokumską. Wycofujący się Niemcy
wysadzili za sobą w powietrze most na rzece Kumie, zamiast niego czekała
nas tymczasowa przeprawa, zrobiona przez saperów ze wszystkiego, co
wpadło w ręce. Nasz dowódca z niedowierzaniem ją obejrzał, zapytał
dowódcy saperów:
-?A czołg po tym przejedzie? Dwadzieścia pięć ton?
-?Nie ma wątpliwości -?ten odpowiedział. -?Gwardyjska robota! Ale
pojedynczo.
Pierwszy czołg powoli i ostrożnie przejechał po falującym poszyciu.
Drugi -?równie ostrożnie wjechał, lekko odchylając się od linii
środkowej, dotarł do połowy i nagle zaczął na oczach wszystkich posuwać
się nie przez rzekę, a wzdłuż niej, a następnie wraz z przeprawą zwalił
się bokiem w potok, pozostawiając na powierzchni jedynie wiodącą
"gwiazdkę" gąsienicy. Załoga nie bez trudu została wyłowiona z lodowatej
wody. Po kierowcę musiano nurkować. Nasz czołg był trzeci.
Po energicznej rozmowie z saperami, używając wszystkich znanych mu
określeń ich matek i grożąc rozstrzelaniem, dowódca batalionu
przyprowadził skądś miejscowego dziadka, który obiecał pokazać bród.
Umieściwszy dziadka w swoim "Willisie" i wyjaśniając mi całą miarę
odpowiedzialności jako czołowego, kombat rozkazał nam jechać za nim.
-?Tylko nieszczególnie się rozpędzaj, ale też nie ociągaj -?ostrzegł. -
Jeśli coś będzie nie tak, ja ci latarką dam sygnał.
I ruszyliśmy wzdłuż rzeki, aż w końcu zrobiło się ciemno. Reflektorów
nie mieliśmy po pierwszej walce, a nawet jeśliby były, niebezpiecznie
było świecić przez wzgląd na niemieckie lotnictwo. Tak więc w ciemności,
lekko rozcieńczonej rozproszonym światłem księżyca, nie widząc drogi,
jechałem za podskakującym niebieskim światełkiem "Willisa" kombata.
Kolumna jechała za mną.
Tak przejechaliśmy około dziesięć kilometrów. Jak później się okazało,
dowódca po prostu przeskoczył mostek przez parów, nie zatrzymując się i nie przekazując sygnału. Mój czołg podleciał do niego na sporej
prędkości i mostek runął jak skoszony. Czołg z rozpędu uderzył czołowym
pancerzem w zbocze parowu, przewrócił się i do góry łapami spadł na dno.
Ogłuszony uderzeniem, znalazłem się pod stertą pocisków 76 mm, które
wypadły z "walizek", przemieszanych z talerzowymi magazynkami karabinu
maszynowego, narzędziami, konserwami, zdobycznymi produktami, piłą,
siekierą i innymi czołgowymi skarbami. Cienkimi strużkami z góry lał się
kwas z odwróconych akumulatorów. Wszystko było podświetlone na zielono
złowieszczym światłem lampki sygnalizacyjnej.
Sam byłem cały, ale dość obolały. Pierwsza myśl -?zmiażdżyłem załogę.
Rzecz w tym, że podczas marszu załoga zazwyczaj siedzi nie wewnątrz
maszyny, a na klapie silnika -?najcieplejszym miejscu z tyłu wieży,
przykryta plandeką. Okazało się jednak, że wszyscy żyją -?wyrzuciło ich
podczas przewrotu jak z katapulty do przodu na ziemię. Teraz dowódca,
lejtnant Kuc, krzyczał skądś na zewnątrz:
-?Aria! Żyjesz?
-?Tak jakby -?odpowiedziałem. -?A jak chłopaki?
Następnie wyszedłem przez dolny (który teraz stał się sufitowym)
"desantowy" właz i rozejrzałem się. Widok robił wrażenie. Czołg stał na
wieży, z gąsienicami w górze. Lufa armaty sterczała z dołu, z ziemi.
Nigdy, przez całą wojnę, nie widziałem czołgu w bardziej absurdalnej
pozycji. W milczeniu patrzyliśmy na nasz czołg.
Pojawił się dowódca, wyskoczył jak czart z pudełeczka. Po szczegółowych
wyjaśnieniach w prostym rosyjskim wszystkiego, co myśli o mnie i sytuacji w ogóle, rozkazał:
-?Zostawiam dla wyciągnięcia jeden czołg. Rano wyciągnąć na górę,
doprowadzić do porządku i podążać za nami. Nie zrobicie -?rozstrzelam!
Co myśleliśmy o nim -?tłumaczyć nie musieliśmy i wzięliśmy się do
roboty. W nocy wykopaliśmy drogę na górę, drugim czołgiem odwróciliśmy
swój czołg najpierw na bok, a następnie postawiliśmy na gąsienicach.
Potem wyładowaliśmy cały żelazny zwał z wewnątrz i spróbowaliśmy odpalić
awaryjnym starterem, sprężonym powietrzem. I ten najlepszy czołg II
wojny światowej po takich przygodach się uruchomił!
Na sen i jedzenie pozostała godzina. O świcie ruszyliśmy dalej. Pierwsza
próba Losu, by usunąć mnie z pancernej służby, nie w pełni się udała.
W połowie dnia, pomyślnie pokonując oznaczony bród, dogoniliśmy kolumnę,
zameldowaliśmy się dowódcy batalionu i zajęliśmy miejsce w kolumnie.
Cała załoga była wyczerpana do granic możliwości, ale najbardziej
dostało się mnie. Nieustannie zasypiałem przy drążkach. Cały czas śnił
mi się jadący z przodu czołg, a to było niebezpieczne. Lejtnant, widząc
mój stan, pozostał w środku, podtrzymywał mnie na duchu i od czasu do
czasu stukał nogą w plecy ze swojego siedzenia w wieży. Nie miał mnie
kto zastąpić. Dowódca odmówił, powołując się na małą liczbę godzin jazdy
w szkole czasu wojennego, a wieżowy, Kolka Rylin, i radiota,
Wiereszczagin, w ogóle nie uczyli się jazdy w czołgu. Wymienność załogi,
obowiązkowa na wojnie, u nas nie istniała. Więc oni wylegiwali się na
zewnątrz na ciepłej klapie Diesla, a ja samotnie męczyłem się przy
drążkach kierowania, przyjmując na klatę strumień lodowatego wiatru,
zasysanego przez wyjącą za plecami turbinę wentylatora.
Na pierwszym postoju, po zjedzeniu kaszy z land-lease'ową tuszonką,
wykryliśmy wyciek oleju z przewodu olejowego do silnika. Wpadnięcie
czołgu do parowu nie przeszło darmo. Doszliśmy do wniosku, że wyciek
jest nieznaczny, mocno okręciliśmy pęknięcie kilkoma warstwami taśmy
izolacyjnej i z góry drutem i pojechaliśmy dalej.
Po przejechaniu jeszcze pięćdziesięciu kilometrów coś się stało: po
krótkim postoju silnik nie odpalił. Wezwaliśmy mechanika. Ten krótko
posiedział przy silniku, spróbował obrócić turbinę łomem i powiedział:
-?Tylko kretyn mógł liczyć na to, że taki opatrunek zatrzyma olej!
Wszystko wyciekło. Wasz silnik zdechł i się zatarł...
-?Co będziemy robić? -?zapytał lejtnant.
-?Co będziecie robić -?zdecyduje dowódca brygady. A czołg w warunkach
polowych przywrócić do służby jest niemożliwością, trzeba wymienić
silnik, do tego potrzebny jest warsztat. Wy zostańcie tutaj, a ja
zamelduję i jutro wyślę holownik.
Kolumna odjechała, a my zostaliśmy sami. W gołym, przyprószonym śniegiem
stepie, wiatr usypywał po ziemi zaspy. Żadnego drzewa czy krzaczka i tylko w oddali, w bok od drogi, widniała para przysadzistych szop.
Siedzieć w lodowatym czołgu było nie do wytrzymania. Próbowaliśmy
zbudować coś na podobieństwo szałasu, narzucając plandeki na pancerz.
Wewnątrz, tworząc iluzję ciepła, zapalaliśmy wiadro z ropą. Coś tam
zjedliśmy. Przez sadzę po kilku godzinach byliśmy nie do poznania.
-?Tak -?podsumował lejtnant -?nie będziemy tu zdychać... Idziemy spać
tam -?machnął ręką w stronę czerniejących w oddali szop. -?Widać tam
komin, to znaczy, że jest piec. Słoma też na pewno pozostała. Przy
czołgu postawimy wartę. Musisz wreszcie się wyspać. Dlatego pierwszy
będziesz na warcie półtorej godziny i zostaniesz zmieniony. Ale potem
całą noc będziesz mógł spać.
Pozostałem przy czołgu z ręcznym karabinem maszynowym na ramieniu. Czas
okropnie się dłużył. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Postać opartym
o pancerz nie można było -?opadały powieki. Lecz ani po półtorej, ani po
dwóch godzinach zmiana się nie pojawiła. Zmęczona załoga spała kamiennym
snem. Wystrzeliłem serię z karabinu maszynowego -?żadnego efektu. Trzeba
było coś zrobić, bo inaczej po prostu bym zamarzł na śmierć. Nogi już
nie wytrzymywały.
Zamknąłem czołg, potykając się, powlokłem się po zaśnieżonym ściernisku
w stronę szop. Z trudem obudziwszy śpiącego na słomie lejtnanta,
powiedziałem mu, że tak się nie robi... Obudzony został na wpół
przytomny Rylin. Wręczono mu karabin maszynowy i wyrzucono za drzwi. Nie
rozbierając się, padłem na jego miejsce i zapadłem w głęboki sen.
Rylin postał na zimnym wietrze i złamał przysięgę. O świcie wyszliśmy z szopy, klnąc na Wiereszczagina, który przespał zmianę. Wyjrzeliśmy na
drogę, a czołgu nie ma. Ukradli. Rylina też nie widać. Znaleźliśmy go w pobliskiej szopie, gdzie spokojnie spał, objąwszy karabin maszynowy. Gdy
opisaliśmy mu sytuację, to jak ukąszony wyskoczył na zewnątrz, by
sprawdzić. Później wyjaśnił, że przyszedł w nocy na miejsce i stwierdziwszy brak ochranianego obiektu, powrócił i położył się z powrotem. Na oczywiste pytanie, czemu od razu nie wszczął alarmu i dlaczego spał w innej szopie -?wyjaśnił, że nie chciał przeszkadzać...
Ta wersja, mimo całej jej absurdalności, całkowicie zdejmowała z niego
niemałą winę. Dlatego twardo obstawał przy swoim i bezczelnie kłamał,
patrząc nam wszystkim trzem w oczy. Ponieważ tej bzdury nie można było
obalić, oprócz logiki, niczym -?cyganem do powieszenia byłem ja, bo
opuściłem swój posterunek, oraz lejtnant Kuc -?jako dowódca był
odpowiedzialny za wszystko.
Więc wyruszyliśmy szerokim kubańskim traktem, potykając się w jego
zamarzniętych koleinach, z uczuciem beznadziejności i bez rzeczy.
Po przejściu w milczeniu dziesięciu kilometrów dotarliśmy w okolice
rozległej stanicy, gdzie odkryliśmy ślady swego nieszczęsnego czołgu.
Okazało się, że sprytni mechanicy, jadąc w nocy i znalazłszy czołg bez
ochrony, otworzyli go własnym kluczem, a następnie ściągnęli na holu.
Naturalnie, widzieli szopy i zrozumieli, gdzie jest załoga, ale
postanowili zażartować...
Ten żart, w połączeniu z uporczywie powtarzanym kłamstwem naszego
towarzysza broni i przyjaciela Rylina, kosztował nas bardzo drogo.
Kombryg za wszystkie nasze sprawy rozkazał oddać porucznika Kuca i mnie
pod sąd i osądzić z całą surowością wojennego prawa. Co też po krótkim
śledztwie zostało zrobione.
Samo wykonanie rozkazu rozwścieczonego kombryu w odniesieniu do
lejtnanta Kuca i mnie nie zajęło dużo czasu. Zaledwie kilka dni po tym
niesamowitym marszu, podczas którego nasz czołg nieznaną siłą został
odwrócony, następnie zepsuty i na koniec skradziony, obu nas zdążono
przesłuchać w specjalnym oddziale, na chybcika sporządzono akt
oskarżenia o niechlujnym obchodzeniu się z bojowym sprzętem, wpięto do
teczki zebrane papiery i pod eskortą odwieziono na pace ciężarówki na
spotkanie z karzącą ręką sprawiedliwości.
Jak się okazało, ta karząca ręka tymczasowo znajdowała się kilkaset
kilometrów od nas, w miejscowości Biełaja Glina, dokąd dostarczono nas
zdrętwiałych z zimna.
Komendant warty, gruby starszy sierżant, pobieżnie popatrzył na
dokumenty, chrząknął z niezadowoleniem, przejmując nas od eskorty, po
czym kazał iść za sobą.
-?No, cóż, co, chłopcy -?powiedział po drodze. -?Widzę, że nie jesteście
wielkimi przestępcami, ale do sądu musicie siedzieć. Więc wsadzę was do
wspólnej stodoły z różną hołotą, gdzie i bez tego jest tłoczno. Ale nie
mam już gdzie. Więc musicie pocierpieć...
Szliśmy za nim w milczeniu. Wartownik z karabinem szedł z tyłu.
Podeszliśmy do przysadzistego szerokiego baraku z małymi zakratowanymi
okienkami, czegoś w rodzaju sowchozowego garażu. Wartownik zasalutował.
Szczęknął zamek, zaskrzypiały zardzewiałe zawiasy, a my wcisnęliśmy się
w tłum ludzi stojących i siedzących w środku. Ale nie leżących, do
leżenia nie było miejsca.
Wszyscy tutaj zostali zgarnięci patrolami i wsadzeni przez kontrwywiad w celu sprawdzenia i dochodzenia. Prawie wszyscy, z wyjątkiem grupy
więźniów Niemców, byli w cywilnych ubraniach. Policjanci, starostowie,
pracownicy niemieckiej administracji, przypadkowi przechodnie -?wszyscy,
którzy wzbudzili podejrzenie, zostali wyłapani sieciami oczyszczania
tyłów i wciśnięci tu przed zdecydowaniem o ich dalszym losie. Atmosfera
była przytłaczająca. W powietrzu panował strach. Stłumione głosy prawie
nie naruszały wspólnego niepokojącego milczenia.
My, wojskowi, byliśmy tu wyraźnie obcym elementem. Zezowano na nas, ale
nie zadawano pytań.
Po urządzeniu się jakoś pod ścianą i przeżuciu kilku kęsów sucharów z naszych mizernych zapasów wraz z Kucem przedrzemaliśmy ze skrzyżowanymi
nogami jakieś półtorej godziny, a następnie zaczęliśmy omawiać naszą
niewesołą sytuację. Ani spać, ani w ogóle długo siedzieć w tym ścisku
nie można było. A tymczasem trzeba było być przygotowanym na to, że na
rozpatrzenie naszej sprawy będziemy musieli czekać być może długo. Nie,
nie byliśmy gotowi tu zdychać i zaczęliśmy walić w zamknięte drzwi.
Nie od razu, po kłótni z wartownikiem, ale przyszedł ten sam stary
komendant i jeden przez drugiego zaczęliśmy odwoływać się do jego
sumienia:
-?Przecież widziałeś papiery, wiesz kim jesteśmy -?frontowcy z pierwszej
linii, twoi współbracia. A ty nas wcisnąłeś do takiego chlewu -?ani
miejsca, ani picia, ani snu, ani powietrza. I do tego jeszcze z kim! To
jest nieludzkie. Wymyśl coś, bądź człowiekiem!
Sierżant zamilkł na chwilę, zastanawiając się, potem z wahaniem
powiedział:
-?Jest dobre miejsce. Ale to piwnica. Światła prawie nie ma. Lecz jest
przestronnie. Mogę was przenieść. Ale tam wam będzie niewesoło.
-?W jakim sensie?
-?W niedobrym -?ściszył głos. -?Tam siedzą skazani na najwyższą karę.
Czekają na wykonanie wyroku. Lub na sąd, ale czują pismo nosem... Ale za
to jest przestronnie. Pójdziecie?
-?Dawaj. Była, nie była. Lepsze to, niż tutaj zdychać.
Zostaliśmy tam zaprowadzeni. W domu zajętym pod wartownię otworzono właz
w podłodze i zeszliśmy stromymi schodami do przedsionka piekła, do
ciemnicy, w której na nas patrzyło kilka ledwie wyczuwalnych bladych
twarzy. Klapa, zamykając się, huknęła jak wystrzał, ciemność zgęstniała
jeszcze bardziej. Potrzeba było czasu, aby oczy zaczęły rozróżniać
otoczenie -?najpierw pasek płonącego knota, umieszczonego w spłaszczonej
mosiężnej łusce artyleryjskiego pocisku, potem skąpo oświetloną
drewnianą skrzynkę, na której stała łuska, a następnie słabo widoczne
sylwetki ludzi, siedzących i leżących na klepisku podłogi wokół skrzynki
z kagankiem. Później krąg widoczności rozszerzył się do ścian
przestronnego podziemia, odkrywając grube leżanki z siana, pokryte
brezentem i szmatami, wiadro z pokrywą w rogu. Ktoś tam jeszcze leżał w ciemności i od czasu do czasu błyskało światełko skręta.
Nasze pojawienie się nie wywołało zainteresowania. Grzech ciekawości już
opuścił tych ludzi. Obojętnie prześlizgnąwszy wzrokiem po naszych
twarzach i ubraniach, powrócili do swojej drzemki i do swoich myśli.
Tylko jeden z nich, wyróżniający się oficerskim mundurem, z szynelem bez
naszywek narzuconym na ramiona, uniósł się na spotkanie, zapytał o nasze
nazwiska i przyczyny pojawienia się w tak nieciekawym miejscu.
Przedstawiliśmy się i w skrócie opisaliśmy swoją sprawę.
-?A ja -?Wania-durak -?przedstawił się oficer -?i siedzę na poważnie,
mogę zarobić nawet "czapę". Czekam już któryś dzień na sąd. Póki co
jestem tu za starszego, ponieważ jestem majorem. Rozgośćcie się.
To był -?jak się później dowiedzieliśmy się od niego -?komendant ochrony
sztabu 44. Armii. Przyjmując pod swoją ochronę pięciuset niemieckich
jeńców, otrzymawszy wraz z rozpoczęciem ofensywy rozkaz podążania za
sztabem, rozstrzelał ich w wąwozie pod Kisłowodskiem z powodu braku
wystarczającej eskorty. Sprawa dla władzy radzieckiej zwyczajna, ale w regularnej armii, gdzie istniały wyobrażenia o granicach uprawnień i o honorze, nie wybaczono mu tego i oddano pod sąd za masowe zabójstwo.
Jego perspektywy nie były najlepsze.
Major tęsknił, ale tego nie pokazywał. Całymi dniami nerwowo kroczył po
piwnicy, nucąc sobie pod nosem grypserskie kuplety. Nie było minuty,
żeby nie śpiewał.
Włożę ręce w spodnie
I chodzę, śpiewam sobie.
Co tu robić, gdy wsadzili cię...
W przeszłości major był, jak wyjaśnił, leningradzkim "urke"5,
póki, jeszcze przed wojną, nie trafił do wojska. Jego twarz z zadartym
nosem, z bezczelnymi wypukłymi oczami doskonale pasowała do tego
pochodzenia.
Następnego ranka, ledwie wstawszy, grzeszny major powiedział nam:
-?Hej, czołgiści, jest gadka, najnowsze wieści. Chyba znalazłem swoją
linię. Nie jestem winny. Towarzysz Stalin w listopadowym rozkazie wydał
wojskom bezpośrednią dyrektywę: "Likwidować co do jednego wszystkich
niemieckich okupantów, którzy wtargnęli na naszą ziemię". Kropka. Był
taki rozkaz Naczelnego, czy ja kłamię? Więc ja wykonywałem rozkazy. Tak
będę w trybunale gadał. A skoro tak, to nie mogę odpowiadać. Ja to
wszystko nad ranem pojąłem. Jakby mnie wprost oświeciło! No i jak?
-?Całkiem, całkiem -?odpowiedzieliśmy. -?Brzmi dobrze.
A Kuc dodał:
-?Tylko to oświecenie nie teraz przyszło, a wtedy, prawda?
Od tej chwili major wyraźnie poweselał. "Nie ośmielą się pójść przeciwko
towarzyszowi Stalinowi, nie starczy odwagi!" -?on cały czas siebie
przekonywał. Ruch był podły, ale udany.
Major był tutaj naszym jedynym rozmówcą i doradcą. Wszyscy mieszkańcy
piwnicy byli oddzieleni od nas murem milczenia. Z wyjątkiem rzadkich
"tak" i "nie" komunikowanie się z nami nie było już możliwe. Dla nich
byliśmy za linią oddzielającą kontynuujących życiową drogę od nich,
którzy ją zakończyli. Byliśmy obcymi, nasz język i nasze interesy
pozostały za tą linią. Zanurzeni w sobie, prawie nie rozmawiali i ze
sobą.
Wiedzieliśmy już coś niecoś o nich, ale w szczegóły się nie
wgłębialiśmy. Jeden, nauczyciel fizyki w szkole, za Niemców odnalazł się
w roli szefa rejonowej policji. Dwóch służyło w Sonderkommando. Jeden
był starostą stanicy. Młody Azer, zupełny chłopak, był dywersantem,
został złapany w szuwarach Kubania z całym swoim arsenałem materiałów
wybuchowych. Prawie cały czas siedział w odległym kącie, skąd czasami
dochodziło jego chlipanie.
Major, zmęczony lenistwem i przeczuciami, czasem zaczynał wypytywać tych
"nieżyjących" o ich przestępstwa i poprzednie życie. Oni mu nie
odpowiadali wcale albo odpowiedzi były jednosylabowe i spowolnione. To
nie przeszkadzało mu kończyć każdą próbę gniewnymi oskarżeniami i ocenami:
-?Prawidłowo was, gady, zlikwidują!. Zdrajcom matki Ojczyzny żadnej
litości okazywać nie można!
Po jednej z takich tyrad, kiedy wydawało się, że jak zwykle nie będzie
na to reakcji, po długiej przerwie odpowiedział cicho z ciemności
nauczyciel policjant:
-?Pewnie masz rację, majorze, że nas rozstrzelają za nasze czyny.
Niczego innego się nie spodziewam. A co do zdrady, to pytanie, myślę,
jest trudniejsze. Nie było przecież matki Ojczyzny. Nie było. Była
okrutna macocha. I my nie byliśmy jej dziećmi, a pasierbami, jej
ofiarami. To ona nas zdradziła; zniszczyła, zamęczyła bezwinnie... pół
kraju. A my zostaliśmy zdrajcami dopiero, gdy zobaczyliśmy, kim ona dla
nas jest. A co do reszty, to tu, powiedzmy, masz rację.
Ze ściśniętymi sercami słuchaliśmy tych strasznych słów, których ani
słyszeć, ani rozumieć nie było możliwe.
-?A do tego jesteś jeszcze antysowietczykiem, mać twoją! -?warknął w jego stronę major.
-?Co jest, to jest, nie trzeba tego teraz ukrywać -?odpowiedział
uspokajająco nauczyciel-policjant i zamilkł.
A tymczasem życie w ciemnościach trwało nadal. Rano i wieczorem
opuszczano czajnik z wrzątkiem i po kawałku chleba. W dzień
przysługiwała kasza, ale jej nie brano. Miejscowym skazanym żony i rodziny przynosiły obfite, doskonałe jedzenie, ostatnią ich radość. Ale
im jadło i picie nie przechodziło przez gardło i nie znajdowali w tym
pocieszenia. Wszystkie te wspaniale pachnące, gęste barszcze w starannie
zawiniętych garnkach, całe to znakomicie ugotowane domowe jedzenie
trafiało do nas i do wartowników. Więc zajadaliśmy się tak, jak długo
nie było i jak długo jeszcze nie będzie.
Po południu mieszkańcy piwnicy odsypiali nieprzespane noce, spędzone w oczekiwaniu kroków na górze: przyjdą czy nie przyjdą tej nocy -?i po
kogo... Wsłuchiwali się, palili, milczeli.
Wyrok trybunału był wykonywany nie od razu, a po zatwierdzeniu go przez
Radę Wojenną Armii. Ale posiedzenia rady nie były regularne, były
zwoływane w zależności od sytuacji bojowej i dlatego nie można było
nawet w przybliżeniu określić czasu nastąpienia fatalnego momentu.
Spodziewać się go można było każdej nocy. Więc co noc czekali.
W ciągu tego tygodnia, który przesiedzieliśmy w piwnicy, zabrano dwóch -
z Sonderkommando. Obu przed świtem, z jakiegoś powodu, zgodnie z prawem
tego gatunku. Oni i z nimi się nie pożegnali. Wystrzałów nie było
słychać -?najprawdopodobniej wywożono ich daleko w step.
Ale nadszedł dzień siódmy i z oślepiającego blasku otwartego włazu
zawołał do nas głos archanioła:
-?Hej, czołgiści, wychodzić, wychodzić z rzeczami! Pewnie się
zasiedzieliście? Wzywają na sąd, już czas!
Póki pośpiesznie zbieraliśmy swoje skromne rzeczy, pożegnano się z nami
z ciemności:
-?Powodzenia, chłopaki. Trzymajcie się!
To były pierwsze ludzkie słowa, które trafiły do nas stamtąd, zza linii
Losu. Sami pozbawieni nadziei, dodawali nam otuchy. Pomachaliśmy im
ręką. Major milczał, patrząc w ślad za nami.
Na górze oślepił nas zwyczajny słoneczny poranek. Dano nam herbatę i ogolono -?tego wymagał regulamin. Potem prowadzono na mrozie, po ostrym
lodzie, pod cudnie pachnącym obornikiem i sianem wiaterkiem, pod
błękitnym i czystym wysokim niebem. Gdzieś szczekały psy, z zachwytem
piał kogut. Wszystko wokół było kontynuacją pięknego życia, które
zatrzymało się dla nas na sześć długich dni spędzonych w Świecie Cieni.
Nawet nadchodzący sąd nie psuł nam święta wniebowstąpienia stamtąd.
Niestety święto trwało krótko. Trybunał ukazał się niedaleko, w mocnym
domu kancelarii na wysokim fundamencie. Zaprowadzono nas do przestronnej
izby, szybko przekształconej w salę. Kilka rzędów drewnianych ławek,
wzniesienie do sądu z odpowiednimi portretami nad nim. Widać wożono je
ze sobą jak rekwizyty.
Usiedliśmy, musieliśmy czekać z pół godziny. Ale nasz sąd w tej sali nie
zasiadał: widać nie mieliśmy odpowiedniego znaczenia. Zaprowadzono nas
do małego pokoiku, gdzie już ciasno siedzieli za kulawym stołem trzej
wojskowi -?major i dwóch kapitanów-sędziów. Z boku jeszcze jeden,
lejtnant, sekretarz. Cieniutka teczka, nasza sprawa leżała przed nimi.
Ślad dostatniego życia odciskał się na ich różowych, czysto wygolonych
twarzach, na świeżych, czystych bluzach. Czuć było dawno zapomniany
zapach porannej wody kolońskiej.
-?Siadać! -?Spojrzeli na nas mimochodem. My od nich nie odrywaliśmy
oczu. Czarna kość Armii Czerwonej nieśmiało patrzyła na jej białą kość.
-?Więc co my tu mamy? -?Major włożył okulary, z roztargnieniem przysunął
sobie teczkę, przekartkował dokumenty i przeczytał na głos akt
oskarżenia.
-?Czy przyznajecie się do winy? Głośniej. Jeszcze głośniej. Aha, no to
poczekajcie obok, wezwą was.
Nie upłynęło i piętnaście minut, jak nas wezwano z powrotem i obaj
zostaliśmy już skazani "w imieniu Związku Socjalistycznych Republik
Radzieckich" na siedem lat kolonii pracy wychowawczej6.
Zabrzmiało to tak dziwnie, tak obok, że w środku nic nawet nie zadrżało,
jakby to mnie nie dotyczyło.
-?W oparciu o załącznik do artykułu dwudziestego ósmego Kodeksu Karnego
-?czytał major, nadal stojąc -?wykonanie wyroku odłożyć do czasu
zakończenia działań wojennych ze skierowaniem skazanych do czynnej
armii. -?To oznaczało kompanię karną. Wszyscy usiedli.
-?Jakieś pytania? -?zapytał major.
-?Ale przecież my nieumyślnie! -?wyjaśniłem z opóźnieniem.
Major zdjął okulary i po raz pierwszy spojrzał na mnie z zainteresowaniem. Potem powiedział:
-?Jeśli umyślnie, to byśmy was rozstrzelali. Rozumiesz? A teraz idźcie z lejtnantem, trzeba wypisać dokumenty i -?naprzód!
Przez salę zaprowadzono nas do kancelarii i tam, po krótkim stukocie
maszyny do pisania piszącej wyrok i jeszcze coś -?wręczono Kucowi
zapieczętowany woskiem pakiet.
-?Tutaj dokumenty na was i jeszcze na jednego skazanego -?lejtnant
skinął głową w stronę, gdzie przy ścianie siedział mordaty żołnierz w dopasowanym płaszczu i chromowych butach. -?To sierżant Guśkow.
Pójdziecie w trójkę. Pakiet dostarczycie do oddziału kompletacji sztabu
armii. Gdzie on teraz jest -?cholera go wie! Ale myślę, że gdzieś za
Rostowem, bo wczoraj był w Rostowie. Krótko mówiąc, znajdziecie sami. A tam już was skierują pod odpowiedni adres. Idziecie do 683. Kompanii
Karnej. Wyruszacie natychmiast. Co jeszcze?
-?A co z prowiantem? -?spytaliśmy.
-?Prowiantu nie będzie. Nie nadążymy zabezpieczyć dla was wszystkich.
Jedzcie, co znajdziecie. Nie ja mam was uczyć, jak żołnierz się karmi.
To wszystko. Odmaszerować.
Wyszliśmy z kancelarii na wysoki ganek trybunału. Zapoznaliśmy się.
Zapaliliśmy.
-?Dlaczego tu się pojawiłeś? -?zapytał Kuc sierżanta Guśkowa.
-?Kradzież. Ustawa z siódmego sierpnia.
-?Co dokładnie?
-?Połciężarówkę pszennego koncentratu miejscowym sprzedałem.
-?Ile dostałeś?
-?Czerwońca7.
-?No cóż -?powiedział w zamyśleniu Kuc -?idźmy odkupić krwią nasze
winy...
I wyruszyliśmy w drogę. Wychodząc poza miejscowość, zaczęliśmy
dyskutować nad trasą. Rostow, jak wynikało z nazwy, był, po pierwsze,
nad Donem. Po drugie, znajdował się na północny zachód od Białej Gliny.
To określało ogólny kierunek.
Mieliśmy do przemaszerowania około dwieście pięćdziesiąt kilometrów.
Właśnie przemaszerowania, a nie jechania, ponieważ zabieranie
przypadkowych towarzyszy podróży do samochodów wojskowych (a innych nie
było) było kategorycznie zabronione -?obawiano się dywersantów. Tak więc
pieszo, i to całe dwieście pięćdziesiąt kilometrów.
-?Zakładaj trzysta -?powiedział Guśkow. Żeby wpuścili na nocleg, trzeba
iść z dala od drogi, na odludzie. Tam przynajmniej jest nadzieja.
-?To ile czasu nam to zajmie? -?zastanawiał się Kuc. -?W ciągu dnia
będzie dobrze, jeśli zrobimy dwadzieścia kilometrów. Zima, wcześniej
robi się ciemno. Do zmierzchu jeszcze trzeba znaleźć nocleg. W najlepszym wypadku to dwa tygodnie drogi.
-?Cóż, ja osobiście bardzo się spieszyć nie zamierzam -?twardo wyjaśnił
Guśkow -?a jak wy -?nie wiem... Nie na wesele przecież.
Popatrzyliśmy na niego.
-?Co to znaczy, że ty osobiście? Pakiet z dokumentami jest jeden na
wszystkich!
Nie odezwał się ani słowem. Tymczasem maszerowaliśmy już trzy godziny.
Niskie słońce chyliło się w kierunku horyzontu. Chciało się jeść. Przez
pierwsze kilka dni byle jaki chudy prowiant mieliśmy. Doszliśmy do
wyciągniętej wzdłuż drogi małej wioski i zaczęliśmy stukać do drzwi,
prosić o wpuszczenie na noc. Witano nas niechętnie i pod byle pretekstem
wypraszano za drzwi. Zmierzchało i prawie zawładnęło nami przygnębienie,
kiedy dziesiąta próba zakończyła się sukcesem. Dwie staruszki wpuściły
nas do domu, pozwoliły ugotować sobie kaszę i dały po szklance mleka. Na
ławy w izbie rzuciły stare skóry baranie i co było pod ręką pod głowy, a my zapadliśmy w głęboki sen.
Nazajutrz dojedliśmy resztki kaszy, popiliśmy wrzątku ze swoimi
sucharami i, pozostawiwszy gospodyniom w ramach podziękowania pół
szklanki cukru, ruszyliśmy dalej.
Przy jednym z ostatnich domów zrozumiałem, że muszę pójść na stronę za
płot i usiąść, skupić się. Poinformowałem o tym swoich towarzyszy, a oni
mi powiedzieli:
-?Idź, miły, a my powoli powleczemy się do skrajnego domu. Tam na ciebie
poczekamy.
Oddaliłem się. Skupiałem się dość długo, być może piętnaście minut. Co
zrobić?
Gdy w końcu wyszedłem na drogę, nikogo na niej nie było. Ani przy
skrajnym domu, jak uzgodniliśmy, ani dalej na trakcie, który był dość
widoczny daleko w stepie, ani w lewo, ani w prawo, ani do tyłu. Dokąd
mogli uciec? Żaden samochód, na którym mogliby odjechać, zostawiając
mnie, nie przejeżdżał obok. Zacząłem biegać po wsi, zaglądałem w okna i do zagród, pytałem rzadkich przechodniów -?wszystko na próżno. Oni
zniknęli. Zniknęli.
Stało się jasne, że sytuacja jest poważna i beznadziejna i z osłabionymi
nogami usiadłem na skraju rowu, próbowałem zrozumieć, co się stało, i przemyśleć swoją nową pozycję. Było kiepsko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki