Wstęp - Rodzeństwo
Ania i Bartek są rodzeństwem. Ania ma osiem lat, a Bartek jest od niej o rok starszy.
Jak to zwykle pomiędzy rodzeństwem bywa, czasami spędzali całe popołudnia bawiąc się razem. Oglądali filmy, grali w gry, wychodzili na osiedlowy plac zabaw. Zdarzały się też momenty, kiedy kłócili się o byle bzdury, dąsali się na siebie, czy robili sobie różne psikusy. Na szczęście, tych gorszych dni mieli zdecydowanie mniej. Starali się postępować zgodnie z tym, co kiedyś powiedział im dziadek. "Kłóćcie się przez cały dzień ile chcecie, ale wieczorem macie iść spać jak najlepsi przyjaciele."
Ich rodzice pracują w szkole. Mama uczy języka polskiego, a tata jest nauczycielem historii. Mieszkają na osiemnastym piętrze, jednego z najwyższych bloków w Tychach. Z okien ich mieszkania roztacza się wspaniały widok na miasto i okolicę.
Kiedy patrzą na południe, ich oczom ukazuje się, otoczone starą Puszczą Pszczyńską, Jezioro Paprocańskie.
- Widzicie tam w oddali takie najwyższe wzgórze, a na nim biały punkt? To Klemesowa Górka i kościół stojący na jej szczycie. To jedno z najstarszych miejsc na Górnym Śląsku. Do tego bardzo tajemnicze - tłumaczył im tata. Jeżeli spojrzą przez okna wychodzące na zachodnią stronę mogą dojrzeć las Żwakowski, a za nim, na horyzoncie Wzgórza Mikołowskie.
- Spójrzcie trochę w prawo - mówił tata. - To wzniesienie to Gronie. Stamtąd tyski browar już od wieków czerpie wodę do produkcji swojego piwa. Dzieciaki bardzo lubiły siadać obok okna i z ogromnej wysokości patrzeć na otaczający je świat. Czasami, przy dobrej pogodzie mogły dostrzec góry - Beskidy. Właśnie nadszedł wieczór. Ania i Bartuś po dniu pełnym nauki i zabawy leżeli zmęczeni w swoich łóżkach, czekając na mamę, aby przeczytała im bajkę na dobranoc. Uwielbiały słuchać historii o groźnych smokach, pięknych księżniczkach i dzielnych rycerzach. Za każdym razem, kiedy mama kończyła czytać kolejną bajkę, zamykały oczy i jeszcze przez chwilkę, zanim zasnęły, wyobrażały sobie, jakby to było fajnie wskoczyć do takiej opowieści. Bartek chciał być rycerzem w lśniącej zbroi, wygrywać rycerskie turnieje i walczyć ze strasznymi smokami. Ania chciała być piękną księżniczką i tańczyć na wielkim balu w przepięknej złotej sukni. Wyobrażała sobie, jak przystojny królewicz albo chociaż książę, przyjeżdża na jeden z takich balów. Tańczą razem na środku ogromnej sali. Po zakończonym balu odjeżdżają złotą karetą do zamku na szklanej górze.
- Mamo, przyjdziesz poczytać nam na dobranoc? - Ania zawołała do mamy krzątającej się w kuchni.
- Wiecie co, bardzo was przepraszam, ale dzisiaj nie mam już siły. Miałam ciężki dzień i strasznie boli mnie głowa - odpowiedziała mama.
Ania posmutniała, a Bartek już, już miał zgasić nocną lampkę, kiedy do pokoju wszedł tata.
- Nie martwcie się, ja wam dzisiaj poczytam - powiedział i usiadł na brzegu łóżka Ani. Tata ostatnio rzadko miał czas na czytanie dzieciom bajek. Od kilku miesięcy pracował nad swoją pierwszą książką i każdą wolną chwilę poświęcał na pisanie.
- Wybrałyście już bajkę?
- Tak, "O księżniczce z kryształowego pałacu" - powiedziała szybko Ania.
- Dobrze... - zaczął tata, lecz Bartek przerwał mu w pół zdania.
- Ja nie chcę o żadnej księżniczce.
- Ale przecież się zgodziłeś!? - zdziwiła się Ania.
- Wiem, ale już nie chcę. Przeczytaj nam o "Czarnym rycerzu z czarnego zamku" - prosił chłopak.
- Ale ja się boję tej bajki - szybko wtrąciła Ania.
- Nie chcę jej słuchać. Chcę o księżniczce.
- Tato, bardzo, bardzo, bardzo proszę, o księżniczce - słodziutkim głosikiem Ania próbowała przekonać tatę. Kłótnia wisiała na włosku. Tata złapał się za głowę, a po chwili zatkał palcami swoje uszy, aby nie słyszeć, jak dzieciaki się sprzeczają.
- Co tam się dzieje?! - zawołała zdenerwowanym głosem mama.
- Chwili spokoju człowiek nie ma. Głowa mi już zaraz pęknie!
- Spokój dzieciaki - przerwał te hałasy tata.
- A poczytasz o księżniczce? - spytała Ania.
- Nie - odparł tata.
- A o rycerzu? - chciał wiedzieć Bartek.
- Też nie. Zdziwione rodzeństwo ucichło.
- To o czym?
- Nie będę wam dzisiaj nic czytał, ale za to coś wam opowiem. Zamknijcie oczy i posłuchajcie. Zaciekawione dzieciaki ucichły. Zapomniały nawet o niedokończonej kłótni. Ania przytuliła się do poduszki, a Bartek zgasił nocną lampkę. W pokoju zrobiło się ciemno. Przez szparę pomiędzy zaciągniętymi w oknach zasłonami wpadało srebrzyste światło księżyca. Tata rozpoczął swą opowieść.
- Dawno, dawno temu, jakieś siedemset lat wstecz, na terenie, na którym później powstało nasze miasto Tychy, rozpościerała się pradawna puszcza. W koronach jej drzew ptaki wiły swoje gniazda, a w gęstwinach mieszkały dziki, lisy, borsuki i groźne wilki. Bagna i małe rzeczki zamieszkiwały bobry. Las był gęsty i tylko gdzieniegdzie pośród drzew można było dostrzec jakąś polanę. W jednym miejscu, strumień przecinający małą dolinę wpadał do stawu. Tutaj nie rosły żadne drzewa, a polana była dużo większa. Nagle bocian, spacerujący wśród trzcin porastających brzeg strumienia wystraszony podniósł wysoko głowę. Przechylił ją do tyłu i zaklekotał. Z lasu wyłoniły się wozy, a na nich jacyś ludzie. Czegoś takiego bocian nigdy jeszcze w tych okolicach nie widział. Zaklekotał raz jeszcze i poderwał się do lotu. Po chwili zniknął za drzewami. Drewniane koła wozów skrzypiały miarowo, skrzyp, skrzyp, skrzyp. Tata opowiadał, a dzieci zasnęły...