Anglik, który ocalił japońskie wiśnie. "Cherry" Ingram i jego historia - Naoko Abe


Reflow text when sidebars are open.
Wprowadzenie
Każdy główny etap mojego życia zaczynał się od kwiatów wiśni, tak jak dla większości Japończyków. Japonia to kraj, w którym, inaczej niż jest w zwyczaju na Zachodzie, wiele ważnych początków następuje w kwietniu, kiedy zaczyna się rok szkolny i podatkowy, a przedsiębiorstwa przyjmują nowych pracowników. Gdy w kwietniu 1962 roku szłam po raz pierwszy do przedszkola w Nagoi, mieście w centralnym regionie Honsiu, znajomy upamiętnił na czarno-białej fotografii mnie i moją mamę Akiko pod okapem delikatnych jak pajęczyna różowych kwiatów wiśni rosnącej samotnie przy bramie. Wszyscy robili to samo - dosłownie wszyscy. Zaniechanie sfotografowania się pod wiśnią byłoby niemal świętokradztwem. Na zdjęciu mocno trzymam mamę za rękę, pełna obaw, co przyniesie dzień, ale parasol z kwiatów nad głową dodawał mi otuchy.
Nie było z nami mojego ojca. Jako dziennikarz w tym czasie pracował; właściwie ciągle pracował, pisząc artykuły o menedżerach, którzy mieli przywrócić powojennej Japonii pozycję mocarstwa przemysłowego.
W 1964 roku gazeta, w której był zatrudniony, wysłała go do Tokio. Opuściliśmy więc nasz drewniany dom z matami na podłogach i jednym z pierwszych pociągów kolei dużych prędkości wyjechaliśmy z Nagoi do stolicy. Tokio miało niebawem po raz pierwszy gościć igrzyska olimpijskie - był to moment przypływu dumy narodowej na skalę dziesięcioleci, a zarazem dowód, że Japonia podniosła się po upokarzającej klęsce i tragedii ataku nuklearnego. Przy szkole podstawowej imienia Takamatsu, do której zaczęłam uczęszczać tej wiosny, mama i ja znowu stałyśmy pod kwitnącą wiśnią przy wejściu, pozując do obowiązkowej fotografii.
Gimnazjum. Liceum. Uniwersytet. U nas zawsze jest tak samo: kwiecień oznacza nowy początek, kolejny etap w życiu. Kwitnące wiśnie. Fotografie. Oto jestem znowu, w kwietniu 1981 roku, uchwycona rodzinnym canonem pod drzewem w pełnym rozkwicie, w dniu, w którym zostałam zawodową dziennikarką.
Japońskie przywiązanie do kwiatów wiśni to szczególna i wyjątkowa pasja. Jesteśmy narodem jednolitym - 98 procent ze 127 milionów mieszkańców stanowią rdzenni Japończycy, złączeni przeszło 2 tysiącami lat wspólnej tradycji i zakorzenionym w kulturze upodobaniem do jednej rośliny. To prawda, że inne narody też mają swoje specjalne kwiaty. Czy można jednak sobie wyobrazić, jak niemal wszyscy mieszkańcy Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Ameryki podczas jednego weekendu wyruszają do parków, żeby przyglądać się kwiatom, choćby najpiękniejszym?
W tokijskiej gazecie, w której pracowałam, relacjonującej działalność biura premiera, a później ministerstwa obrony, wysyłaliśmy do pobliskiego parku przy Pałacu Cesarskim młodego asystenta wyposażonego w arkusze folii i karton. Rozkładał on te zaimprowizowane maty pod wiśniowym drzewem i całe popołudnie siedział tam bez butów - biada, gdyby ktoś podeptał butami nasz plastikowy dywan - pilnując miejsca przygotowanego na wieczorne hanami, czyli "oglądanie wiśni" (po japońsku hana oznacza kwiat, a mi - oglądanie). Hanami było dorocznym rytuałem wiosny, wspólnym ucztowaniem z ryżowymi kulkami pachnącymi kwiatem wiśni, piklami, winem, sake i słodyczami, z głośnym śpiewem, nawiązywaniem przyjaźni, spotkaniami znajomych i krewnych.
Przez całe życie uważałam kwitnące wiśnie za oczywistość. Nigdy się nie zastanawiałam, dlaczego większość drzew wiśniowych posadzonych w Japonii - bo aż siedem na dziesięć - należy do tej samej odmiany Somei-yoshino. Kiedy w 2001 roku przyjechałam do Londynu, zaskoczyła mnie różnorodność krajobrazu ozdobnych wiśni na Wyspach Brytyjskich. Drzewa wiśniowe kwitły różnokolorowo - były białe, różowe, czerwonawe, czasem nawet zielonkawe - i w różnym czasie, zwykle od połowy marca do połowy maja. Niektóre rozkwitały wcześniej i już gubiły płatki, gdy przychodziła kolej na inne, co dawało efekt kaskady barw, a pora kwitnienia rozciągała się na dwa miesiące.
W Japonii trwa ona znacznie krócej. Kwiaty Somei-yoshino przeżywają około ośmiu dni, nie więcej, a wszystkie rozwijają się jednocześnie i jednocześnie opadają, ponieważ wszystkie drzewa są klonami. Kultura sakury, czyli kwitnącej wiśni, rozwinęła się właśnie wokół krótkiego życia kwiatów i ich szybkiego, spodziewanego umierania. Kwitnące wiśnie są efemeryczne, jak samo życie.
Co, u licha, się stało z dzikimi wiśniami - zaczęłam się zastanawiać - takimi jak Yama-zakura, które rosły masowo w górach lub były sadzone w miastach epoki samurajów w XVII i XVIII wieku? Co się stało z odmianami, które przez setki lat hodowali na wielką skalę daimy?, panowie feudalni rządzący księstwami w całej Japonii i miłośnicy wiśni w prastarym Kioto? Co się stało z cenioną niegdyś rozmaitością drzew wiśniowych, z cudownym zróżnicowaniem form ich kwiatów?
Przeglądając materiał prasowy o tym, jak wiśnie rozpowszechniły się na Wyspach Brytyjskich, natrafiłam na historię Collingwooda Ingrama, którego kampania o zachowanie Taihaku oraz wielu innych odmian japońskich stała się legendą wśród zachodnich ogrodników. W Japonii i w szerszym świecie pozostaje nieznana. Zagłębiając się w temat, ciągle natrafiałam na to nazwisko i wkrótce pochłonęło mnie tropienie śladów japońskiej wiśni, prowadzących do archiwów, ogrodów botanicznych, ogrodniczych instytutów badawczych i świątyń w całej Japonii i w Zjednoczonym Królestwie. Moje poszukiwania nabrały z czasem bardzo osobistego charakteru, wywracając do góry nogami żywione od urodzenia przekonania o drzewie, które - jak mi się wcześniej wydawało - nie kryło przede mną tajemnic.
W trakcie badań dowiedziałam się, że członkowie Kent Gardens Association planują w maju 2010 roku odwiedzić Grange, dwudziestopięciopokojowy dom we wsi Benenden, który w 1919 roku nabyli Ingram i jego żona Florence. Prelegentką podczas tej wizyty była Charlotte Molesworth, specjalistka od rzeźb roślinnych, mieszkająca z mężem Donaldem, ogrodnikiem, w dawnej wiejskiej zagrodzie niedaleko Grange. Znali oni dobrze rodzinę Ingrama i Charlotte poradziła mi, bym skontaktowała się z Ernestem Pollardem, który był mężem Veryan, wnuczki Ingrama. Pollard zaprosił mnie do swojego domu w pobliżu miasteczka Rye w East Sussex.
W schludnym gabinecie urządzonym na parterze Pollardowie rozłożyli przede mną na okrągłym drewnianym stole stosy dzienników, szkiców, odręcznych notatek, artykułów naukowych, książek, czasopism, fotografii i wycinków z gazet. Ku swojej radości natrafiłam na prawdziwą skarbnicę wiedzy, obejmującej sto lat życia Collingwooda Ingrama, od roku 1880 do 1981. Oprócz Erniego - jak prosił, by go nazywać - nikt nie dbał o tę cenną kolekcję. Większość materiałów całe lata leżała w kartonach, zanim zabrał się do segregowania zbiorów.
Ernie uprzejmie wypożyczył mi kopie dzienników Ingrama, pisanych podczas wizyt w Japonii w 1902, 1907 i 1926 roku. Wróciwszy do Londynu, sprawdziłam nazwiska osób, które autor poznał podczas swoich japońskich podróży. Okazało się to prawdziwą rewelacją: znajdowali się wśród nich członkowie rodziny królewskiej, słynni przedsiębiorcy i politycy najwyższego szczebla. Była to śmietanka japońskiego społeczeństwa, wybitne osobistości rosnącej nowej potęgi przemysłowej, a wszyscy oni mieli jakiś związek z drzewami wiśni. Ale to jeszcze nie wszystko. Zapiski i dzienniki Ingrama zawierały wspaniałe opisy japońskiej przyrody i postaci ogrodników, dla których kwitnące drzewa były czymś znacznie więcej niż tylko pięknymi roślinami - stanowiły cenny depozyt.
Naoko i jej rodzice, wiosna 2016
Z zapałem wskoczyłam więc do króliczej nory, by zgłębiać niezwykłe historie. Przeprowadziłam wywiady z potomkami Ingrama, jego ogrodnikiem, gospodynią i innymi osobami, które go dobrze znały. Mój jednowymiarowy wizerunek Ingrama nabierał głębi i kolorów. Oto on, w czepku urodzony, bogaty wnuk założyciela magazynu "Illustrated London News". Oto on jako chorowity chłopiec, zbyt wątły, by uczęszczać do szkoły, a potem niezwykle rezolutny nastolatek. A to Ingram jako młody podróżnik, zwiedzający Australię i Japonię w czasach, gdy imperium brytyjskie znajdowało się u szczytu swojej potęgi.
W świecie przyrody był jeszcze Ingram ornitolog, który rysował ptaki we francuskich lasach podczas pierwszej wojny światowej, w latach 1917 i 1918; był Ingram ekolog, który o całe dziesiątki lat wyprzedzał swoją epokę, głosząc potrzebę różnorodności gatunków w skłonnej do konformizmu Japonii. A oto Ingram agnostyk dyskutujący o religii ze swoim proboszczem i zachwycający się teoriami ewolucyjnymi Karola Darwina.
Był jeszcze Ingram patriota, podczas drugiej wojny światowej kierujący w Beneden oddziałem Home Guard, formacji złożonej ze starszych mężczyzn, którzy jako ochotnicy niepodlegający obowiązkowi służby wojskowej przygotowywali się do odpierania napaści niemieckiej na Anglię. Co nie mniej ważne, był Ingram mężem, ojcem, dziadkiem, kolegą i przyjacielem, dzielącym się ze światem swoją wiedzą o środowisku naturalnym, a przede wszystkim o ozdobnych wiśniach.
Collingwood Ingram to kolos walczący o wiśniowe drzewa. Jako ich zagorzały obrońca i wybitny znawca kilka ich odmian ocalił od wyginięcia. W swoim ogrodzie w Kent stworzył największą na świecie kolekcję wiśni poza Japonią. Jego zasługą o szerszym znaczeniu jest niemal samodzielne rozpowszechnienie uprawy ozdobnych drzew wiśniowych na Wyspach Brytyjskich i na całym świecie.
Ingram przeniósł na grunt brytyjski około pięćdziesięciu różnych typów japońskich wiśni. Jako pierwszy na świecie dokonywał sztucznej hybrydyzacji drzew wiśniowych. Tworzył własne nowe odmiany. Nadał też nazwy kilku istniejącym odmianom o nieznanym rodowodzie. Jednej z nich nadał miano Hokusai na cześć światowej sławy japońskiego malarza i rytownika nazwiskiem Katsushika Hokusai, z którym łączył go wielki sentyment do symbolu Japonii - góry Fudżi. Nazwą odmiany Asano upamiętnił zbuntowanego samuraja, bohatera klasycznej japońskiej opowieści Czterdziestu siedmiu roninów.
Napisał też inspirującą książkę o wiśniach, a nasiona, sadzonki i odkłady rozdawał zawsze za darmo. Co więcej, przy każdej okazji propagował wiśnie zarówno wśród uprzywilejowanych przyjaciół, jak i wśród ogółu społeczeństwa. A jego ulubiona wiśnia ozdobna? Taihaku. "Ze względu na jakość i wielkość ma przewagę nad innymi" - pisał Ingram. Zaangażował się w ochronę Taihaku, ale co właściwie skłoniło go do podjęcia tej misji?
Własne badania doprowadziły mnie do rozważań nad historyczną rolą kwiatów wiśni w Japonii w ciągu wieków. Mieszkając w Londynie, widywałam setki reklam pod hasłem "Odwiedź Japonię", często zilustrowane dwoma obrazami: pokrytej śniegiem Fudżi i kwitnącej wiśni. Wkrótce jednak się przekonałam, że to harmonijne wyobrażenie przesłania znacznie bardziej skomplikowane kwestie dotyczące sakury jako symbolu narodowego.
W dawnej Japonii kwitnące wiśnie oznaczały nowe życie i nowy początek. Takie ich pojmowanie zaczęło się powoli zmieniać w drugiej połowie XIX wieku. Proces ten nabrał ogromnego przyśpieszenia w latach trzydziestych XX stulecia, gdy kolejne rządy wykorzystywały popularność sakury i jej imperialne konotacje jako narzędzie propagandy używane wobec niesprzeciwiającego się narodu. Pieśni, sztuki teatralne i podręczniki szkolne nie skupiały się już na symbolice życia, lecz raczej kojarzyły kwitnące wiśnie ze śmiercią. Celowo zmieniano interpretację klasycznych utworów poetyckich i wkrótce normą stało się przekonanie, że Yamato damashii, "prawdziwy duch Japonii", wyraża się między innymi w gotowości do oddania życia za cesarza - japońskiego żyjącego boga - na podobieństwo płatków wiśni umierających po krótkim, lecz pełnym chwały życiu.
W takiej atmosferze politycznej począwszy od końca XIX wieku znalazły uznanie nowo wyhodowane wiśnie Somei-yoshino. Obszary miejskie, na których niegdyś spotykało się przeróżne formy dzikie i hodowlane, zdominowały klony Somei-yoshino, a ich gwałtowne rozprzestrzenianie się odmieniło tradycyjny krajobraz kwitnących drzew wiśniowych. Somei-yoshino rosły szybko - około pięciu lat od sadzonki do dojrzałości. Łatwo się rozmnażały. Były tanie. A co najważniejsze: były piękne.
Kiedy drzewa Somei-yoshino znajdowały się w pełnym rozkwicie, okrywały kraj różowym płaszczem delikatnych i eleganckich płatków. Ponieważ ta odmiana kwitnie, zanim rozwiną się liście, drzewa prezentują się pod pewnymi względami bardziej efektownie niż wiele innych odmian, na których kwiaty i pierwsze liście pojawiają się jednocześnie. Na przełomie XIX i XX wieku, gdy w Japonii trzeba było coś uczcić, sadzono wyłącznie tę jedną odmianę.
Pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku wiśnie Somei-yoshino stanowiły w Tokio ponad 30 procent wszystkich drzew wiśniowych. Miliony posadzono w całym kraju po zwycięstwie militarnym Japonii nad Rosją w 1905 roku oraz z okazji wstąpienia na tron cesarza Taish? w 1912 roku i cesarza Sh?wa (Hirohito) w 1926 roku. Inne odmiany wiśni zaniedbano lub po prostu wyginęły. Niewielu to obchodziło, a jeszcze mniej było gotowych coś z tym zrobić.
Mój ojciec, urodzony w 1931 roku, zapamiętał ze szkoły podstawowej w prefekturze Okayama uczenie się i ciągłe powtarzanie pieśni o kwitnących wiśniach w warunkach narastającego w kraju militaryzmu po zagarnięciu przez Japonię należącej do Chin Mandżurii. Wspominał też historyczny przełom, kiedy w sierpniu 1945 roku Japonia skapitulowała przed aliantami i rozpoczęła się okupacja amerykańska, a wtedy nagle przestano śpiewać o wiśniach. W tym samym czasie zniknęły z klas szkolnych portrety cesarza. Mój ojciec pamiętał, jak rozdano uczniom pędzelki i kałamarze z czarnym atramentem, aby zamazali w swoich podręcznikach wszystkie wzmianki o boskości cesarza i tak zwanej Strefie Wspólnego Dobrobytu Wielkiej Azji Wschodniej - projektu propagowanego przez japońskie kręgi wojskowe. Cesarz Hirohito ogłosił w dzień Nowego Roku 1946, że jest tylko zwykłym śmiertelnikiem.
W ciągu zaledwie kilku miesięcy po drugiej wojnie światowej mentalność narodu zmieniła się o 180 stopni. Czarne stało się białe. Wrogowie stali się przyjaciółmi. A jednomyślna "ideologia kwitnącej wiśni", wyznawana w Japonii od ponad pół wieku, została odrzucona wobec powojennych realiów.
Wśród materiałów, które zgromadziłam, wiele dała mi do myślenia mowa wygłoszona w 1926 roku do kilku najwybitniejszych znawców i orędowników wiśni, w której Collingwood Ingram ostrzegał, że wielu odmianom grozi wyginięcie. Było to mocne ostrzeżenie przed nieuchronnym staczaniem się Japonii na drogę destrukcji. Kiedy jednak słuchacze pozostali głusi na jego argumenty, zdeterminowany Anglik wziął na siebie ocalenie kwitnących wiśni.
Im więcej czytałam i rozmawiałam o japońskich wiśniach, tym więcej ujawniało się niezwykłych historii. Natrafiłam na japońskich specjalistów, którzy dla ratowania rzadkich odmian ryzykowali życie w czasie wojny na Pacyfiku (jak nazywano działania militarne w Azji podczas drugiej wojny światowej). Poznałam ponure doświadczenia synowej Ingrama w obozie jenieckim w Hongkongu. Wiele lat po śmierci Ingrama pojawiły się w Anglii wiśniowe "drzewka pojednania", dar japońskiego hodowcy, który dorastał w pobliżu obozu jenieckiego w północnej Japonii.