Anglicy. Przewodnik podglądacza - Matt Rudd

Reflow text when sidebars are open.
1
Kanapa
Jak słodką, błogą jest ta chwila ciszy! O! Nocy, dzięki tobie, żeś spędziła te czarne wróżby, którychem wśród czerni rozproszyć nie mógł pod błogosławieństwem uroku twego i uspokojenia. Już idę na me łoże, choć zasypiać jest prawie grzechem podczas takiej nocy
Lord Byron, próżniak
Ona śpi z poduszką na głowie. Nie na kanapie. W łóżku. To jeszcze nie powód do rozstania. W stałym związku uczysz się żyć z czymś takim i jestem całkiem pewien, że również ona ma długą listę spraw, które ją u mnie drażnią, nie żebym był w stanie podać coś bez namysłu. Może moja niefrasobliwość w parowaniu skarpetek. Albo te sprawy z paznokciami u stóp i kąpielą. Coś związanego ze stopami. Chodzi o to, że ona śpi z poduszką na głowie i zeszłej nocy ta poduszka jej spadła, akurat na budzik, co stłumiło poranny terkot dzwonka, a tak się składa, że ten dzwonek ma decydujące znaczenie dla pomyślnego przebiegu mojego dnia.
- Co ten cholerny budzik robił na podłodze?
- Co ta cholerna poduszka robiła na twojej głowie?
Podjechałem samochodem na parking przy stacji, wyciągnąłem torbę z bagażnika, zamknąłem klapę i zorientowałem się, że telefon, portfel oraz jedyne kluczyki do samochodu, jakie mamy, od kiedy ktoś (ja) zgubił zapasowe, zostały w bagażniku. Bagażnik był zamknięty. Całe auto było zamknięte. Nie mam pojęcia, jak to się stało. To nie jest szczególnie paranoidalny samochód. Żadnych alarmów w środku nocy. Żadnego fotela katapulty. Bardzo często centralny zamek w ogóle nie działa, ale akurat dziś rano zadziałał aż za dobrze.
Pożyczyłem telefon i zadzwoniłem do domu. Ona, matka moich kotów, żona, która śpi z poduszką na głowie, nie odebrała. Nigdy nie odbiera za pierwszym razem ("bo to pewnie jedno z tych automatycznych nagrań, w których ktoś usiłuje mi coś sprzedać"). To jeszcze nie jest powód do rozstania. W stałym związku uczysz się żyć z czymś takim...
Pożyczyłem dwadzieścia funtów od Mehmeta, kawiarza na peronie pierwszym (potem dowiecie się o nim więcej) i złapałem bardzo późny pociąg.
I spóźniłem się na autobus.
Biegłem po ulicach w okrutnym porannym słońcu, przeklinając wszystkich, którzy stali mi na drodze. Przeskoczyłem kwietnik, shih-tzu i trzech emerytów, ale i tak spóźniłem się na spotkanie, którego naprawdę absolutnie nie powinienem był przegapić.
- Mówiłam ci, że powinniśmy dorobić kluczyki - powiedziała, kiedy w końcu odebrała telefon.
Nie było czasu na porządny lunch, a szkoda, ponieważ wcześniej nie było czasu na śniadanie, a przez to całe bieganie i skakanie przed oczyma zaczęły mi się pojawiać niebiesko-fioletowe kropki. Zjadłem przy biurku jajko po szkocku, chociaż było stare, a przeciętne biurko jest mniej higieniczne niż przeciętna toaleta, według badania, którego wolałbym nigdy nie czytać.
Po południu wszyscy na mnie krzyczeli, nie miałem czasu na herbatę, a potem wyszedłem. Spóźniłem się na autobus. Biegłem ulicami w okrutnym popołudniowym słońcu, przeskoczyłem kwietnik, emerytów i, tu odrobina urozmaicenia, miniaturowego sznaucera, aż dotarłem na stację. Potem zorientowałem się, że zostawiłem bilet na biurku. A portfel był ciągle w samochodzie. Kwietnik, emeryci, sznaucer, sznaucer, emeryci, kwietnik, pociąg.
- Facetowi z pomocy drogowej udało się włamać do twojego auta. Zostawiłam ci klucz pod opakowaniem po chipsach przy drugim od samochodu słupku ogrodzenia w żywopłocie - powiedziała wcześniej matka moich kotów. - Naprawdę powinieneś dorobić drugą, pa.
Ani śladu kluczyków, nawet po dwudziestu minutach macania końcami palców, zupełnie jak w tych duńskich dramatach policyjnych za drugim razem na scenie zbrodni, kiedy pierwsza ekipa nie przeszukała jej dokładnie, a morderca, którym oczywiście okaże się najbliższy przyjaciel taty, nadal jest wolny jak ptak i patrzy dwuznacznie poza kamerę. Założyłem jednorazowy biały kombinezon, maskę i inne niezbędne akcesoria. Zero kluczyków.
Pożyczyłem telefon.
- Nie, krakersy.
- Powiedziałaś, że chipsy.
- Tak.
- Krakersy to nie chipsy.
- Nie bądź śmieszny.
- To wytrawne ciasteczka.
- Czy mógłbym już dostać swój telefon?
Wstęp
Największą zaletą wyjazdu na wakacje jest powrót do domu.
Przepraszam.
Przesadziłem.
Czwartą z kolei zaletą wyjazdu na wakacje, zaraz po błękicie śródziemnomorskiego nieba, błękicie śródziemnomorskiego basenu i, hmmm, błękicie śródziemnomorskich koktajli jest powrót do domu. To przecież niemożliwe, żebym tylko ja jeden cieszył się ze ściany deszczu zasłaniającej lotnisko, z dużych kropli odbijających się od ciężarówki, której nie udaje się wyprzedzić innej ciężarówki na trasie M23, czy z bujnej szarawej zieloności ojczyzny.
Kiedyś mieszkałem bardzo daleko od Anglii, lecz bardzo blisko całkowicie tropikalnej plaży, z rodzaju tych, jakie wykorzystuje się do opychania batoników Bounty. Mało tego. Spotykałem się z dziewczyną, która w co najmniej osiemdziesięciu procentach była tak śliczna, jak ta dziewczyna z reklamy rzeczonych batoników. Miałem dwadzieścia parę lat i żyłem w słodko-kokosowej krainie marzeń. Praca. Plaża. Sen. Praca. Plaża. Sen. Praca. Plaża. Dołóż jeszcze krewetek na grilla. I wtedy stało się coś okropnego. Zaczęło mi brakować szarawej zieloności. Nagle masz dość oślepiających żółci, jaskrawych błękitów, spalonych słońcem ochr tropików. Tęsknisz za mulistymi barwami. Muliste kolory są spokojne i godne zaufania. Mulisty kolor nie będzie całować twojej żony w rękę od koniuszków palców po ramię, a potem proponować jej prywatnej wycieczki krajoznawczej po wyspie na swojej vespie.
Zrezygnowałem zatem z tej tropikalnej plaży i mojej w osiemdziesięciu procentach identycznej z batonikową modelką dziewczyny ze ślicznymi zębami i mieszkaniem prawie przy plaży. Zamieniłem papugi na wróble, pastę do kanapek Vegemite na smarowidło Marmite, a stringi* na jednopalczaste rękawiczki na sznurku. Wróciłem do mżawki. Jak na razie wszystko wydaje się proste i jasne. Każdy Anglik to zrozumie, o ile nie twierdzi, że jest Anglikiem, który lubi bezustannie piękną pogodę oraz bożonarodzeniowy lunch w bezlitosnym słońcu południowej półkuli, w którym to przypadku albo kłamie, albo nie jest tak naprawdę Anglikiem, albo jest moją przyjaciółką Donną z Newcastle. Ale w tym lemingopododobnym entuzjazmie do brzydkiej pogody kryje się coś więcej. Musi.
Od osiemnastu miesięcy podróżuję od Anglika do Anglika, żeby zrozumieć, co nami kieruje.
Staram się stosować w tej podróży podejście Davida Attenborougha, w przeciwieństwie do tego, które przyjął Bruce Parry. Attenborough obserwuje swoje goryle przez zarośla i szepcze podglądacko do kamery. Parry jest także uczestnikiem. Jeśli członek członka plemienia zostaje wepchnięty do wnętrza brzucha, Bruce daje sobie wepchnąć i swój. Na żadnym etapie przygotowywania niniejszej książki mój penis nie został wessany do wnętrza brzucha, chociaż wybrałem się do Blackpool, co okazało się niemal równie bolesnym przeżyciem. Oczywiście jestem Anglikiem, więc to trochę jakby goryl szeptał podglądacko o innych gorylach. Staram się jednak być obiektywnym gorylem.
"Nie bądź zbyt sarkastyczny" - powiedział kontrolnie mój redaktor na wstępie. I, jeżeli mam być szczery, uznałem to za przesadny wymóg, ponieważ - jak właśnie ustaliliśmy - jestem Anglikiem, oczywiście, o ile nie liczyć silnych genów ormiańskiej babki**. Spytajcie jakiegokolwiek Anglika lub Angielkę o innych Angoli, a będziecie mieć trudności ze znalezieniem kogoś, kto udzieli wam entuzjastycznie pochlebnej odpowiedzi pełnej samych superlatyw. My po prostu nie jesteśmy tacy. Zupełnie nie przypominamy naszych optymistycznych, przybijających piątki, grupowo ściskających się i chóralnie piejących z zachwytu kuzynów zza Atlantyku. W bardzo wyjątkowych okolicznościach, czyli - jak dowodzi historia - co jakieś sześćdziesiąt lat, potrafimy wywiesić chorągiewki oraz flagi i ze łzami w oczach śpiewać hymn. I nawet potrafimy uważać się za lepszych od wielu innych nacji, a jeżeli nie jesteśmy lepsi, to już nie nasza wina, to przez rząd albo Brukselę. Ale nigdy nie zobaczycie nas, jak wdrapujemy się na latarnie i skandujemy: "Anglia! Anglia! Anglia!", tak jak Amerykanie wchodzą na słupy oświetlenia ulicznego i skandują: "U-S-A! U-S-A! U-S-A!". No, chyba że wracamy z meczu piłki nożnej, ale to zupełnie inna sprawa.
Mimo wszystko naprawdę zabrałem się do pracy z nikłą nadzieją, że może nie będzie tak źle. Że ta mżawka przenikająca duszę angielskiego życia jednak nie jest aż tak nieustanna ani nawet tak prawdziwa, jak mogłoby się wydawać. Niewykluczone, że to tylko część naszej dziwnej, umniejszającej swoją wartość narodowej psychiki. Brak szczęścia i przygnębienie mogą być narodowym spoiwem. Z pewnością stanowią punkt wyjścia dla każdego komika, autora serialu komediowego, felietonisty i fryzjera w tym kraju (albo mam wyjątkowo zrzędliwego fryzjera). To o tym właśnie rozmawiasz, kiedy w pociągu natkniesz się na kogoś, kogo mało znasz - jakie to wszystko jest przygnębiające. Jednak to może być właśnie takie magiczne przygnębienie, wystarczająco mocne, żeby nas połączyć, ale tak naprawdę powierzchowne. Pod warstewką tego przygnębienia sprawy nie muszą się wcale mieć tak źle.
Ta podróż nie jest geograficzna. To znaczy jest - przejechałem ten zielonoszary kraj wzdłuż i wszerz - ale nie tak została zorganizowana. Nie znajdziecie rozdziału o mieszkańcach północy, Kornwalijczykach czy Norfolczykach, ani nawet o hipsterach z Shoreditch, w tenisówkach i ze starannie zaczesanymi do góry grzywkami. Nasze regionalne osobliwości wyjdą na jaw wyrywkowo i w niedających się przewidzieć okolicznościach, tak samo jak dzieje się to w życiu. Jakakolwiek próba poszufladkowania nacji w taki sposób wydaje się skazana na wyśmianie. Jeżeli jesteś Kornwalijczykiem, to wiesz, że twój sposób mówienia jest zabawny. Nie muszę ci tego wytykać. A ty nie musisz przychodzić pod mój dom z tym swoim "w porząsiu", "kochanieńki" i widłami w ręku.
Dzięki temu mam również wymówkę, żeby zająć się Anglikami, w przeciwieństwie do Brytyjczyków. Szanowni Państwo ze Szkockiej Partii Narodowej, czy się wam to podoba, czy nie, większość opisywanych przeze mnie spraw dotyczy zarówno Szkotów czy Walijczyków, jak i Anglików. Niniejsza książka to nie przewodnik turystyczny, ale wyprawa w nasze codzienne życie, i zaryzykuję twierdzenie, że największe różnice między naszymi domami, pracą i sposobem zabawiania się w weekend nadal zależą od "klasy", a nie od zamieszkiwanego przez nas zakątka Anglii, czy - skoro już przy tym jesteśmy - Wielkiej Brytanii. A nawet i to uogólnienie jest pełne wyjątków, z których najważniejszym okazuje się to, że żyjemy w zhomogenizowanych czasach. Oglądamy tę samą telewizję, kupujemy ten sam ser (druga paczka za pół ceny) w tych samych supermarketach, czytamy te same książki o sadomasochistach. Oczywiście istnieją pewne narodowe różnice. I, szczerze mówiąc, wściekłość, jaką zakipią niektóre elementy tych pięknych wysp, jeżeli zostaną wrzucone do jednego wora z napisem "Brytania", dowodzi, że jest to dla nich bardzo ważna kwestia. Więc na inną okazję zostawimy sobie Szkocję i Walię i, a tak, oczywiście, Irlandię Północną, ale nie Gibraltar. Jeżeli używam określenia "Brytyjczyk" zamiast "Anglik", to nie dlatego, że o tej solennej obietnicy zapominam. Po prostu omawiana sprawa dotyczy nas wszystkich. Nie wykręcajcie z nerwów tej swojej sakiewki.
To nie jest podróż geograficzna po naszym kraju, lecz po naszym życiu. Będziemy węszyć i myszkować po domach, biurach i miejscach, do których wybieramy się na weekendy. Będziemy się przyglądać temu, jak gotujemy, jemy, prowadzimy samochód, pracujemy, śpimy i, hm, co tam niektórzy z nas jeszcze robią w łóżku.
Zaczniemy na kanapie, miejscu, o którym, nawiasem mówiąc, nieomal nie da się wypowiadać bez sarkazmu. Mój problem, nie wasz, ale naprawdę nie jest to proste. Kanapa to miejsce, na którym Anglicy spędzają większość czasu, kiedy nie śpią, ani nie pracują. Średnio cztery godziny dziennie. Cztery godziny. Dziennie. Nie licząc studentów. Nie licząc gospodarzy popularnych talk-show. W salonie znajdziemy gnuśność. Ale czy to naprawdę jest takie złe? To właśnie pytanie będę zadawał, tak niesarkastycznie, jak tylko możliwe, kiedy będziemy ustawiać ostrość naszych podglądackich lornetek na każdym aspekcie angielskiego życia. Czy metaforyczne samobiczowanie się (tylko metaforyczne, prawda? - proszę, powiedzcie, że tak) za każdym razem, kiedy bezwładnie padamy na to wytarte zagłębienie naszej ukochanej trzyosobowej kanapy, raty zero procent, jest naprawdę konieczne? Aby się o tym przekonać, moi mili hobbici, musimy wstąpić do świata kanap i pokojów dziennych. Będziemy się gapić na ludzi przez okna ich salonów i sprawdzimy, czy faktycznie jest to tak niebezpieczne, jak wszyscy mówią.
Z kanapy przeniesiemy się do kuchni, gdzie, o ile to możliwe, jest jeszcze bardziej przygnębiająco. Jaka rzecz przychodzi wam najpierw do głowy, kiedy w jednym zdaniu wymieniamy Anglików i jedzenie? Czyżbym słyszał rozmarynowy sos pieczeniowy? To żart? Tak, żart. Bardzo śmieszny. W moim przypadku będzie to posiłek z mikrofalówki. Dźwięk nakłuwanej pokrywki. "Dzyń" po czterech minutach. I inne rzeczy: plastikowy ser, napoje "energetyczne", owoce i warzywa zero razy dziennie, cukier, cukier, cukier i jedyne, co jest od niego gorsze: słodziki. Zrozpaczeni rodzice przerzucający przez szkolny płot przeznaczone do odgrzania w mikrofalówce panierowane spirale z indyczego mięsa, ponieważ Jamie usiłował przekonać dzieci do jedzenia warzyw.
Jeżeli kanapa symbolizuje gnuśność, to kuchnia jest obżarstwem. Obżarstwem i zawiścią. Mój blat kosztował więcej niż twój blat. Mój ekspres do kawy jest bardziej profesjonalny niż twój. Moje zakupy internetowe z Ocado są większe niż twoje. Sarnina, którą serwuję na przyjęciu, chodziła do lepszej szkoły niż twoja sarnina.
I znowu, czy to rzeczywiście jest takie złe? Tego się, moi towarzysze, postaramy dowiedzieć. Jak dobrze pójdzie, okaże się, że te bliźniacze grzechy zawiści i obżarstwa można zlekceważyć, rach-ciach-ciach, no i "dzyń".
Kiedy wyjdziemy do ogrodu, pojawi więcej powodów do optymizmu. Jesteśmy doskonali, jeżeli chodzi o ogrody. Żadnych powodów do przygnębienia. No, może odrobina niedbałości. Te chwasty same się nie zaduszą. Lubimy jednak coś sobie dłubać w ciasnym, ale własnym kawałku Anglii. Nie zawsze tak było. O ile człowiek nie był bogatym gogusiem, to ogród stanowił dodatkowy schowek, miejsce, gdzie można smyrgnąć jakieś graty, a także posadzić ziemniaki lub rozwiesić gacie, albo zrobić wszystkie trzy rzeczy naraz. Teraz mamy telewizyjnego guru ogrodnictwa Monty'ego Dona, bordiury kwiatowe i, wybaczcie mi to, zewnętrzne pokoje. Mamy pretensje do hortologicznej wspaniałości na miarę arystokratów. Niesie to poważne konsekwencje. W tym zielonym i przyjemnym ogrodzie występują problemy zatrważające bardziej niż cokolwiek, z czym mieliśmy do czynienia wewnątrz domu.
A potem musimy całkiem wyjść z domu. Sami rozumiecie, kredyt hipoteczny. Jak docieramy do pracy? Bardzo dawno temu chodziliśmy. Dawno temu jeździliśmy bicyklem. Teraz dojeżdżamy. Chyba wszyscy wiemy, że nikt nie powie dobrego słowa o dojeżdżaniu do pracy o wpół do szóstej rano. Ale sprawdzimy to w rozdziale czwartym.
I chyba wszyscy widzimy, że jeżeli chodzi o tydzień pracy, to coraz bardziej przechodzimy od modelu francuskiego (trzydzieści pięć godzin, dwie godziny na lunch avec du vin, całe lato wolne) do modelu amerykańskiego (bajgiel przy biurku w boksie, żadnych wakacji, śmierć od PowerPointa). Ale zrobimy dobrą minę do złej gry, kiedy będziemy badać życie biurowe w rozdziale piątym.
I chyba tak samo dobrze wszyscy wiemy, że kiedy wychodzimy z pracy się napić, to ostro balujemy i jeżeli nie będziemy rozważni, to rozwalimy sobie wątrobę. Ale dobrze się najemy i zapakujemy alka-seltzer na wycieczkę po pubach i klubach w rozdziale szóstym.
Tak dotrzymamy do weekendu. Ach, cudowny weekend. Zaczniemy od sklepów, ponieważ tak jak Anglicy spędzają wieczory na kanapie, tak w weekendy siedzą w sklepach. Centra handlowe to nowe katedry. Sklepy internetowe to nowe katedry internetowe. Główna ulica miasta wymarła. Wielkie dzięki, supermarkety. Zrzędu, zrzędu, zrzędu.
Inną rzeczą, którą niektórzy z nas robią w czasie wolnym, jest uprawianie sportu. Albo oglądanie, jak inni ludzie uprawiają sport. Zanim w zasadzie wygraliśmy olimpiadę, mogliście oczekiwać dość przygaszonego rozdziału o sprawności fizycznej tego narodu. Cóż, koniec z tym, synu. A raczej, proszę pana, ponieważ weźmiemy się do piłki kopanej, a także biegania i innych podskoków. A jeżeli liczycie na to, że zachowam różowy optymizm przez cały mecz piłki nożnej, to wybraliście złego autora.
Jeszcze inną rzeczą, którą uwielbiamy robić w weekend, kiedy nie oddajemy się szaleństwu zakupów, ani nie oglądamy, jak inni kopią piłkę, jest ciągłe jeżdżenie samochodem. Kochamy nasze auta, prawda? Naprawdę je kochamy. Taką miłością, że pucujemy je w weekend. Taką miłością, że więcej czasu poświęcamy na podziwianie ich sylwetki niż własnej żony. Zbadamy korki, nie tylko w nich stojąc, ale także z centrum sterowania ruchem mającym zapobiegać ich powstawaniu. I spędzimy cały dzień - dwadzieścia cztery godziny, w zasadzie to jak wypad za miasto - na stacji Newport Pagnell, pierwszej stacji obsługi przy autostradzie, którą otwarto dla ogółu, i zdobywcy pięciu gwiazdek w kategorii - a tak, owszem - toalet. Możecie to uznać za przewrotność. W końcu jeśli ktoś chce argumentować, że sprawy nie mają się tak źle, jak się wydaje, to nie wybierze się przecież do Newport Pagnell. Ale nie. Mylicie się. O jak bardzo się mylicie. Stacje obsługi to punkt startowy wszystkich dziecięcych wspomnień z wyjazdów. Poczucie zmiany, nowe granice, przygoda, szansa na puszkę pokrytych mąką słodyczy, to wszystko zaczyna się na węźle takim a takim autostrady numer ileś tam.
A potem, po tym całym znoju, jakim jest szczęście domowe, groza pracy i towarzyski wir pełnego blichtru weekendu, znajdziemy się na plaży. Wielka Brytania jest dziewiątą co do wielkości wyspą na świecie. Innymi słowy, żaden z nas Robinson Crusoe. Można łatwo spędzić rok, nie oglądając wybrzeża. Jednak na końcu każdej drogi, z wyjątkiem obwodnic, jest trochę brązowego piasku lub kanciastych kamyków. Angielskiej plaży poświęcimy cały rozdział, ponieważ to szczególnie dobre miejsce do obserwacji Anglików. Taki odpowiednik sawanny dla antylopy gnu. Nie ma się gdzie schować. Zobaczymy, jak jedna antylopa może się różnić od drugiej, jak niektóre płacą dwadzieścia dwa funty za rybę z frytkami, a potem dojdziemy do pochopnych konkluzji w samą porę przed ostatnim rozdziałem... sypialnią. O której teraz nie będziemy wiele mówić, poza tym, że zostawiłem sobie ten rozdział na koniec, ponieważ zawsze zostawiam najbardziej kłopotliwe, krępujące, wiążące się z zaciskaniem szczęk i przewracaniem oczyma trudne zadania na samiuteńki koniec. Ponieważ jestem Anglikiem.
* Nigdy czegoś takiego nie nosiłem, żeby była jasność. To tylko licentia poetica.
** Jej geny tłumaczą mój nos i przypominające drucianą szczotkę włosy oraz są jednym z siedmiu powodów, przez które musiałem odrzucić propozycję małżeństwa, kiedy pracowałem nad zleceniem w Azerbejdżanie. Człowiek, który zaoferował mi rękę swojej córki, byłby raczej zdenerwowany, gdyby dowiedział się, że jestem po części Ormianinem. I miał przy sobie bardzo duży, zakrzywiony nóż.