CÓRKA "CZERWONEGO PASTORA" - DZIEDZICTWO PROTESTANCKIEGO DOMU
Od czasów Lutra w domu rodzinnym niemieckiego pastora dzieci wyrastały wśród Bacha, Bölla, Biblii i dominującego ojca, w NRD doszła do tego kontrola państwa. Na podglebiu religijnego wychowania i lęku przed inwigilacją państwa dojrzewały niezwykle przydatne w Urzędzie Kanclerskim cnoty: dyscyplina i dyskrecja.
">Hajo Schumacher, dziennikarz niemiecki[59]
Czerwony pastor
"Nie, proszę nie ściągać butów!" - wołał na progu swojego domu 79-letni pastor Kasner do dziennikarzy z prestiżowych niemieckich gazet, którzy po przejęciu przez jego córkę urzędu kanclerza Niemiec tłumnie oblegali w prowincjonalnym Templinie ostatni z szeregowych domków. Przy Wilhelm-Wilcke-Strasse stoją wyłącznie nowe albo świeżo wyremontowane domy, z nieskazitelną czerwoną dachówką, białymi fasadami i wymuskanym trawnikiem. Z ich ogrodów wychodzi się prosto na łąki lub do lasu. "Choć niektórzy sąsiedzi lub znajomi przynoszą ze sobą pantofle. Takie tu panują zwyczaje"[60] - dodawał na tym samym oddechu Kasner. Gdy mówił, w mimice jego twarzy rozpoznać można było córkę. Podobnie jak w gestykulacji rąk. Szczególnie wtedy, gdy natrętnych dziennikarzy szerokim ruchem ramion zapraszał do środka. Do pokoju będącego czymś na kształt salonu albo czytelni. Drewniana podłoga, duże okna, ciężkie firany, przytłaczająca meblościanka, regały zapełnione wyblakłymi grzbietami książek wydanych jeszcze w NRD oraz królujące pośrodku pokoju, wyższe od pozostałych krzesło. Jakby konfesjonał. Cóż za kontrast z nowoczesnymi i modnie urządzonymi salonami w Niemczech Zachodnich czy też upodobnionymi do nich salonami byłych enerdowców. Ale ten pastora Kasnera z powodzeniem oparł się zjednoczeniu kraju. Tak jak on sam. Do końca życia pozostał nieufny wobec importowanego do NRD kapitalizmu, z pełnymi klientów galeriami handlowymi i koncernami zarabiającymi krocie na przemyśle zbrojeniowym.
W 2005 roku pastor Kasner doczekał chwili, gdy leżący na północnym skrawku Brandenburgii kilkunastotysięczny Templin został miastem kanclerskim. Od tej pory na ulicy pojawia się czarne audi. "Wiemy, że to ochrona" - mówią mieszkańcy. Ale się mylą, bo limuzyną audi A8 do Templina przyjeżdża Angela Merkel. Nim została kanclerzem, widziano ją jedynie za kierownicą starego, zielonego golfa, gdy odwiedzała rodzinne miasto.
Sąsiedzi dobrze znali pastora. "Mocno stąpający po ziemi, niekonfliktowy typ" - określa go jeden z nich. O jego przeszłości nikt jednak nie chce mówić. "Rządowy konformista" - oświadcza rencista krzątający się po jednym z ogródków[61].
Urodzony w Berlinie Horst Kasner nie miał jeszcze dwudziestu ośmiu lat, gdy w 1954 roku skończył studia teologii ewangelickiej w Hamburgu. Jego żona była w ostatnim miesiącu ciąży. Młody pastor powinien jak najszybciej rozejrzeć się za jakąś ciepłą posadką, najlepiej spokojną parafią w ewangelickiej, północnej części RFN. Ale jego biskup, Hans-Otto Wölber, zaproponował mu, by udał się do NRD i wspomógł kraj gnębiony ateizmem[62]. W pierwszym niemieckim państwie robotniczym represje dotykały na równi duchownych i wiernych. Smagany przez reżim komunistyczny Kościół ewangelicki cierpiał na dokuczliwy niedobór duszpasterzy. By temu zaradzić, zachodnioniemiecka hierarchia obsadzała pastorami wyświęconymi w adenauerowskiej republice owdowiałe parafie po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Część wykształconych w RFN duchownych sama wyrywała się na drugą stronę. Niektórych fascynował rzekomo sprawiedliwy system społeczny. Większość jednak czuła się misjonarzami. Ekscytowała ich konfrontacja z politycznymi przeciwnościami losu[63]. Jednym z nich był właśnie Kasner. Już wtedy płynął pod prąd. W tym czasie bowiem obywatele kraju Ulbrichta brali nogi za pas i uciekali w przeciwnym kierunku - na Zachód. W roku urodzenia Angeli Merkel, 1954, 180 tysięcy Niemców wyemigrowało z NRD do RFN[64]. By zatamować fale ucieczek, za siedem lat władze w Berlinie Wschodnim wybudują 165-kilometrowy mur. I dla zakamuflowania prawdziwych motywów nazwą go "antyfaszystowskim".
Co skłoniło Kasnera do przesiedlenia się do NRD i pozostawienia w Hamburgu żony w zaawansowanej ciąży? Brakuje dowodów na to, że już wtedy sympatyzował z socjalizmem. Raporty Stasi donoszą, że zajmował raczej "stanowisko reakcyjne" wobec "kraju robotników i chłopów"[65]. Wydaje się więc, że młody pastor kierował się poczuciem silnej lojalności wobec Kościoła. Gdy tylko usłyszał wezwanie biskupa, z dnia na dzień spakował walizki. Jakież silne musiał mieć przekonanie misyjne, skoro zdecydował się na posługę duszpasterską w kraju, w którym religię traktowało się jak opium dla ludu. Taki krok wymagał przecież nie tylko surowości wobec rodziny, ale także wobec samego siebie. Kasner należał jednak do tych, którzy byli gotowi pójść "pod prąd", jeżeli wymagało tego dobro Kościoła[66].
Dzień po jego wyjeździe do NRD, 17 czerwca 1954 roku, przyszła na świat córka Angela Dorota. Sześć tygodni później niemowlak odbył dziewiczą podróż, gdy wraz z matką dołączył do ojca. Warunki, jakie rodzina zastała w brandenburskim Quitzow, w którym jej głowa otrzymała misyjne zlecenie, były odległe od tych, jakie panowały w parafiach republiki Adenauera. Wioska leżała zaledwie 30 kilometrów od granicy niemiecko-niemieckiej, ale straszyła biedą. Jej degrengoladę widać było gołym okiem: niedawno pozbawiono ją szkoły. Przymusowa kolektywizacja wielu chłopów pogrążyła w nędzy, a nawet w depresji. Część z nich popełniła samobójstwo. Dla tych, którzy przeżyli, osoba pastora jak przed wojną była centralną postacią w wiosce. W domach wieśniaków i na plebanii panowały spartańskie warunki. Oprócz gabinetu pastor i jego rodzina mieli do dyspozycji trzy skromne pokoje[67]. We władanie Kasner objął również niewielki kościółek oraz kawałek ziemi parafialnej ze skromnym inwentarzem, uniezależniającym go od marnego zaopatrzenia w sklepach. Pastor nie stawał za pługiem, ale jak przypomina sobie córka, musiał jednak nauczyć się doić kozy, a jego żona gotować potrawy z pokrzyw. Po parafii poruszał się motorowerem. Jeszcze częściej rowerem. Za trudy posługi inkasował marnych 600 marek[68]. Ale misjonarz Kasner nie przejmował się zbytnio wiatrem, jaki wiał mu w twarz. Ciążące na nim brzemię traktował jak wyzwanie.
Zresztą po trzech latach harówki w wiejskiej parafii los uśmiechnął się do niego. Zarządca diecezji brandenburskiej, dziekan Albrecht Schönherr, uznał, że pedagogiczne umiejętności podległego mu duszpasterza, jakie nabył w wielkomiejskim Hamburgu, marnują się na prowincji, gdyż predysponują go bardziej do kształcenia duchownego narybku niż do wygłaszania wiejskich homilii. I awansował go na proboszcza w szesnastotysięcznym Templinie, odległym 80 kilometrów od Berlina. Co istotniejsze, uczynił Kasnera rektorem w miejscowym seminarium, zakamuflowanym pod postacią Stephanus-Stiftung, charytatywnego ośrodka pomocy dla niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo. Przebywało w nim około dwustu osób, głównie umysłowo upośledzonych. Stephanus-Stiftung był w mniejszym stopniu zamkniętym ośrodkiem pomocy społecznej, a bardziej placówką stwarzającą możliwości osobistego, choć ograniczonego, rozwoju. Pacjenci mogli się swobodnie poruszać po całym rozległym obszarze leśnego kompleksu, pracować w ogrodzie, w zakładzie szewskim, przy dojeniu krów. Dzięki płynącej z RFN pomocy finansowej mieli zapewnioną opiekę medyczną. Jednak ogólnie standard był niski.
Waldhof (Leśny Dwór), jak nazywał się cały kościelny kompleks, leżący wraz z plebanią na obrzeżach miasta, składał się z szeregu porozrzucanych murowanych budynków i drewnianych baraków. Z jednej strony graniczył z lasem. Od budynku do budynku prowadziły ścieżki, na których w słoneczne dni głęboko grzęzło się rowerem w piasku. Gdy lało - w błocie. Większość baraków zamieszkiwali pacjenci. Tylko dwa z nich należały do seminarium. Warunki w nim przypominały bardziej te, jakich doświadcza się w prymitywnym schronisku górskim. Mniejsza hala służyła do spania, większa - do wykładów i odprawiania nabożeństw. Oświetlenie było oszczędne, wyżywienie marne, ciepła woda rzadkością. Spartański klimat jak najbardziej odpowiadał osobowości rektora "misjonarza", który stawiał na siłę słowa, nie blichtru. Tę postawę odziedziczy po nim córka.
Seminarium, coś w rodzaju studium podyplomowego, przygotowywało ewangelickich wikarych w diecezji brandenburskiej do drugiego egzaminu dyplomowego - na proboszcza. Wykładano głównie egzegezę Biblii, szlifowano sztukę wygłaszania kazań, opracowywano koncepcje pracy duszpasterskiej i omawiano delikatne zagadnienia relacji Kościół - państwo. Część zajęć prowadził Kasner. Dominujący i władczy w parafii i w czterech ścianach domu, na sali wykładowej z rzadka wcielał się w dogmatycznego profesora. Nie wbijał podopiecznym wiedzy do głowy młotkiem. Raczej zaskakiwał liberalnymi poglądami, zachęcając do otwartych dyskusji i wypowiadania szczerych opinii. Silnie wierzył w moc rzeczowej argumentacji. To także odziedziczy po nim córka. Najwięcej do powiedzenia ojciec Angeli miał w kwestii relacji Kościół - państwo. Kilka lat spędzonych w NRD zupełnie wystarczyło, by przejął od swojego mentora, Schönherra, pogląd o ideowej zbieżności chrześcijaństwa i marksizmu, który myśl zrównania społecznego wyprowadzał z kart Nowego Testamentu i pism Karola Marksa. W warunkach enerdowskich miało to wymiar nie tyle filozoficzny, ile praktyczny. Oznaczało połączenie posługi religijnej z akceptacją rzeczywistości politycznej. "Chcemy Kościoła nie obok, nie przeciwko niemu, lecz w socjalizmie" - brzmiał ukuty przez Schönherra slogan[69]. Zrozumiałe więc, że ten "swoim człowiekiem" obsadził stołek rektora seminarium. Kasner miał kształcić w Brandenburgii kolejne roczniki pastorów lojalnych wobec enerdowskiego państwa.
Rozwój wypadków w NRD tylko utwierdził Kasnera w jego poglądach. Po wybudowaniu w 1961 roku muru berlińskiego, który zatamował ucieczkę Niemców z NRD do RFN, część ewangelickich hierarchów enerdowskich uznała, że trzeba na długi czas pogodzić się z istnieniem państwa rządzonego przez SED (Socjalistyczną Partię Jedności Niemiec) i do jego warunków dostosować posługę duszpasterską[70]. Na szczytach Kościoła ewangelickiego zawiązał się wpływowy krąg duchownych i świeckich Weissenseer Arbeitskreis, szukający strukturalnej współpracy z socjalistycznym państwem. Reżim Ulbrichta, a potem Honeckera zacierał ręce z zadowolenia, że ideologiczny oponent sam się do niego łasił. Co strażnikom enerdowskiego socjalizmu nie przeszkadzało jednocześnie inwigilować państwowców w koloratkach, czym parała się wszechwładna Stasi[71].
Kasner należał do Weissenseer Arbeitskreis. Ba, grał na tym forum pierwsze skrzypce, głęboko przekonany o naturalnej symbiozie marksizmu i chrześcijaństwa[72]. Nic dziwnego, że dał się porwać robiącej furorę w Ameryce Łacińskiej teologii wyzwolenia, a w Europie Zachodniej ruchom "lewicy chrześcijańskiej". Idea zrównania społecznego rodem z Nowego Testamentu i pism Marksa wykluwała się burzliwie na przełomie lat 50. i 60. w różnych punktach globu: od swojego radykalnego symbolu, Chrystusa zatkniętego na karabinie w Ameryce Łacińskiej, poprzez ruch księży-robotników we Francji, aż po stowarzyszenie PAX i księży-patriotów w Polsce[73]. Katolicki rodowód tych ruchów jest bez znaczenia, gdyż jeszcze przed Soborem Watykańskim II (1962-1965) teologia katolicka i protestancka przenikały się nawzajem. Kasnerowi taka postawa przyniosła w środowisku ewangelickim przydomek "czerwonego pastora". Jego parafianie nie zdziwili się zbytnio, gdy po dwukrotnym pobycie w latach 70. w Italii wstrząsanej terrorem lewicowych Czerwonych Brygad zrobił im wykład o tym, że "tylko Komunistyczna Partia Włoch jest w stanie wyciągnąć z konwulsji katolicki kraj"[74].
Kasner nie poprzestał na słowach. Jako enfant terrible Weissenseer Arbeitskreis rozpoczął polityczną akcję odrywania Kościoła ewangelickiego NRD ze struktur ogólnoniemieckich. Ku wielkiemu zadowoleniu władz NRD starania te zostały w 1969 roku zakończone sukcesem. Utworzono odrębną od Kościoła w RFN wschodnioniemiecką prowincję kościelną[75]. Ale w optyce bezwzględnie rządzących w NRD marksistów członkowie Weissenseer Arbeitskreis z Kasnerem na czele byli jedynie dającymi się wykorzystać łatwowiernymi durniami. Udzielali bowiem rządzącym komunistom swojego błogosławieństwa, rozwiewając wątpliwości bardziej krytycznej, choć nieznacznej części społeczeństwa, i to w sposób doskonalszy od jakiejkolwiek maszynerii propagandy władzy. Socjalistyczni chrześcijanie swoją proenerdowską postawą wzbudzili nawet nieufność wśród partyjnych ideologów. W ostatnich latach istnienia NRD przypominali sekciarzy owładniętych ideą nawracania na "prawdziwy marksizm".
Istnieją silne poszlaki wskazujące na to, że Kasner był w jakiś sposób szantażowany przez Stasi. Ale jego współpraca z bezpieką nigdy nie została udowodniona. Natomiast będąc prominentnym aktywistą we wschodnioniemieckim Kościele ewangelickim, działał w towarzysko-politycznym kręgu licznych wysokich rangą duchownych, których kolaboracja ze Stasi została potwierdzona ponad wszelką wątpliwość. Na forum synodu zwycięsko kruszył kopie o oddzielenie Kościoła w NRD od ogólnoniemieckiego w ścisłym porozumieniu z Clemensem de Maizi?re'em (TW "Kałuża", TW "Adwokat") oraz profesorem Hanfriedem Müllerem (TW "Hans Meier", TW "Michael"). Clemens de Maizi?re, czołowy działacz zwasalizowanej wobec SED wschodniej CDU, był z kolei blisko zaprzyjaźniony z szefem partii Geraldem Göttingiem (TW "Göbel"). Natomiast profesor Hanfried Müller, teolog na Uniwersytecie Humboldta, który przeprowadził się do NRD, miał kontakty sięgające samego Biura Politycznego SED. Jego wydział uchodził za bastion stalinizmu. Kasner pozostawał w zażyłych relacjach także z działaczem kościelnym i prawnikiem Wolfgangiem Schnurem (TW "Torsten", TW "Dr Ralf Schirmer"). A poprzez Clemensa de Maizi?re'a i jego syna Lothara de Maizi?re'a (TW "Czerni") miał dostęp do Klausa Gysiego, należącego do absolutnej wierchuszki partii, będącego w randze ministra szefa Urzędu ds. Wyznań. Nie sposób ustalić, na ile te kontakty pozwoliły Kasnerowi w późniejszym okresie wejść w posiadanie dwóch samochodów, prywatnego i służbowego, oraz należeć do "Reisekader", grupy osób cieszących się w NRD nie lada przywilejem, bo mogących wyjeżdżać na Zachód. A Kasner wyjeżdżał przecież nie tylko do RFN. W latach 1974 i 1975 bawił na przykład w Italii. Podejrzenie o konformizm leży więc na wyciągnięcie ręki.
Ale ojciec Angeli Merkel nie był aparatczykiem, politycznym cynikiem oportunistycznie popierającym enerdowski system. W swoich czterech ścianach oglądał zakazaną przez władze zachodnią telewizję. Półki w domowej biblioteczce uginały się od literatury sprowadzanej z RFN, figurującej w NRD na czerwonym indeksie. W latach 80. urządzał nawet spotkania prywatnego "klubu filozofów" w Waldhofie. Uczestniczył w nim zaufany krąg przyjaciół, złożony z krytycznych wobec systemu enerdowskiego przyrodników, fizyków i lekarzy, a niekiedy z naukowców i teologów z RFN. Z tymi ostatnimi Kasner utrzymywał stały kontakt. Dwa razy w tygodniu udawał się do Berlina Zachodniego, skąd w kalesonach szmuglował góry banknotów. Marki zachodnioniemieckie przeznaczał na rozbudowę seminarium w Templinie[76]. Nie miał też żadnych oporów przed utrzymywaniem silnych więzów z rodziną żony w zachodnioniemieckim Hamburgu. Co roku razem z żoną albo tam wyjeżdżał, albo też podejmował jej rodzinę u siebie. Po wybudowaniu muru wzajemne wizyty ustały, najczęstszą formą kontaktu stały się przysyłane z Hamburga paczki od hanzeatyckiej rodziny. Wszystkie te pozasystemowe aktywności tworzą niejednolity obraz "czerwonego pastora". Jego wizerunek tylko w jednym, nadrzędnym punkcie pozostał spójny: gdy duchowny kruszył kopię o pełną harmonię pomiędzy religią a socjalistycznym państwem. Dlatego ojciec Angeli Merkel nigdy nie pogodził się z faktem, że z wymarzonej przez niego syntezy socjalizmu i chrześcijaństwa wyszedł potworny bękart: NRD z wszechwładną Stasi, łamaniem praw człowieka i zanieczyszczaniem środowiska naturalnego.
Jako zwolennik socjalizmu z ludzką twarzą wyraźnie dystansował się podczas przełomu lat 1989/1990 od większości mieszkańców Templina i całej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, którzy frenetycznie witali upadek reżimu Honeckera. W walącej się z trzaskiem NRD nie podzielał powszechnego entuzjazmu dla tworzącego się nowego porządku społecznego rodem z RFN. Z pałką moralności w ręce krytykował konsumpcjonizm, który u progu zjednoczenia kraju RFN eksportowała do NRD[77]. W przeciwieństwie do żony i córki nie wstąpił do żadnej z partii powstałych na wzorach zachodnioniemieckich podczas jesieni 1989 roku. Gdy córka po zjednoczeniu Niemiec znalazła się w gabinecie kanclerza Helmuta Kohla, pastor pomstował na ambonie w Templinie i w regionalnej gazecie: "Żyjemy z konstytucją starej RFN. O uchwaleniu nowej nic nie słychać. Co najwyżej można liczyć na jakąś niewielką korektę lub uzupełnienie. [...] Uwolnieni od dyktatury i monopolu jednej partii, żyliśmy nadzieją na demokratyczny przełom. Ale wpadliśmy w sidła takiego państwa partyjnego, w którym władza wprawdzie pochodzi od narodu, ale nie powraca do niego nigdy. Wystarczy tylko spojrzeć, by stwierdzić, że partie przekształcają państwo w swój łup, a ono samo stało się dla polityków jedynie sklepem samoobsługowym"[78]. Kasner tak bardzo nie cierpiał nowego ustroju, że jako jedyny z rodziny demonstracyjnie zbojkotował w 2004 roku, czternaście lat po zjednoczeniu Niemiec, organizowane przez CDU uroczystości jubileuszu pięćdziesięciolecia własnej córki, gdy ta stała już na czele niemieckiej chadecji. Choć rok później, gdy córka osiągnęła szczyt politycznej kariery i została kanclerzem, "czerwony pastor", nadal potępiając w czambuł jej chadeckie wartości, zasiadł podczas ceremonii zaprzysiężenia na trybunie honorowej w Bundestagu z twarzą promieniującą dumą. Bo podziwiał żelazną konsekwencję, z jaką córka przekuwała w czyn polityczne zamierzenia. W jej pryncypialności, autodyscyplinie, głodzie sukcesu, skromności, surowości wobec innych, a najbardziej wobec samej siebie dostrzegał własne odbicie i swoją protestancką szkołę wychowania. Ona z kolei, choć rozpoznała życiowy dylemat ojca: iluzję marzeń o wolnym Kościele w dobrym państwie socjalistycznym, plecami odwróciła się od socjalizmu, ba, zdystansowała się od światopoglądu ojca. Jednak wielokrotnie indagowana przez wścibskich dziennikarzy wystawiała mu pomnik: "Powiem prosto z mostu. Bez domu rodzinnego w Templinie nie przetrwałabym socjalizmu w NRD"[79]. Przy czym ów "dom rodzinny" to w pojęciu Angeli Merkel dominujący ojciec pastor. Co tłumaczy powyższą ambiwalencję. Generalnie relacje córek z władczymi ojcami są naznaczone na całe życie silnymi, choć sprzecznymi uczuciami. A jakim węzłem gordyjskim Angela Merkel była związana z ojcem, można się było przekonać w 2011 roku, gdy pastor zmarł. Akurat w szczycie kryzysu euro na kilka dni kanclerz odwołała wszystkie spotkania. W dniu pogrzebu z kamienną twarzą, tłumiąc porażający ból, kroczyła za trumną. Silne piętno, jakie wycisnął na niej despotyczny ojciec, wynikało nie tylko z jego władczej osobowości, ale i z socjalizacji w wyjątkowym "biotopie" - na ewangelickiej plebanii w orwellowskim państwie Stasi.
Dziedzictwo protestanckiej plebanii
Pastor Kasner wprowadził córkę do niezwykle ekskluzywnego klubu, którego karty członkowskiej kupić się nie da za największe pieniądze. Jego prominentnymi członkami byli filozof Fryderyk Nietzsche, były prezydent Niemiec Johannes Rau, psychoanalityk Carl Gustav Jung, pisarze Hermann Hesse i Friedrich Dürrenmatt, a także mniej znani w Polsce: premier Turyngii Christine Lieberknecht, terrorystka Frakcji Czerwonej Armii Gudrun Ensslin, filmowiec Hans Geissendörfer, reżyser "Lindenstrasse", niemieckiego odpowiednika telewizyjnego tasiemca "M jak Miłość", czy prezes Commerzbanku Martin Kohlhaussen. Klubowa karta? Wszyscy wychowali się na plebanii jako dzieci protestanckiego duchownego. Język niemiecki ukuł na to specjalne pojęcie: Pfarrerskind. Założycielem klubu był krzepki i krwisty Marcin Luter, który w 2003 roku w plebiscycie publicznej telewizji ZDF na najwybitniejszego Niemca wszech czasów zajął drugie miejsce. Tuż za Konradem Adenauerem. W pokonanym polu pozostali tytani muzyki: Bach, Beethoven, Mozart, geniusze umysłu: Kant i Einstein, polityki: kanclerz Kohl i Fryderyk Wielki, czy wreszcie sam cesarz futbolu Franz Beckenbauer. Reformator religijny z XVI wieku ma na stałe zapewnione miejsce w historii nie tylko jako legendarny twórca protestantyzmu, ale też wynalazca nieznanego katolicyzmowi zjawiska, jakim jest Pfarrhaus, czyli mieszkający na plebanii pastor z rodziną. Mnich augustiański nawoływał: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, bo to Boże dzieło, któremu przeszkadzać nie jest w naszej mocy, jest ono potrzebniejsze niż jedzenie i picie, spanie i czuwanie". I zapewniał solennie, że "zakonnicy i zakonnice, nie pozostając czyści, po cichu plamią się grzechem czy rozpustą". Po czym od słów przeszedł do czynów. Bez zrzucenia habitu ożenił się ze zbiegłą z klasztoru mniszką. Razem z nią dorobił się szóstki potomstwa. Czym, jak to sam ujął, "zamknął oszczercom i hipokrytom gębę"[80]. Dla potomnych stał się protoplastą owego Pfarrhausu, instytucji, która na dobre zadomowiła się w kulturze niemieckiej, splatając w sobie dobroć niebios z ludzką kondycją. Przez niemal pięć wieków Pfarrhaus wyciskał swoje znamię na kolejnych generacjach dzieci pastorów. Jak skrupulatnie wyliczył Johann Friedrich Schulze, katolicki organista z XIX wieku, spośród 1,6 tysiąca znanych Niemców z XIX wieku aż 861 pochodziło z ewangelickiego Pfarrhausu[81]. Najlepszy jego portret wyszedł w 2009 roku spod pióra dziennikarki Anji Würzberg, która jako córka pastora cywilizacyjny wynalazek niemiecki poznała na własnej skórze. Dziennikarka przeprowadziła wywiady z wieloma osobami z podobnym biograficznym doświadczeniem. Nie ma wśród nich Angeli Merkel. Ale zbiór rozmów Anji Würzberg zatytułowany "Ja - dziecko pastora z plebanii" jest wiarygodnym psychogramem kanclerz Niemiec.
W rozmowach powtarzają się te same wątki. Wszystkie dzieci pastorów, które dorastały na plebanii, opowiadają o swoim domu rodzinnym jako oazie spokoju, bezpieczeństwa i stabilizacji. Dominujący pastor-ojciec, pracoholik w winnicy Pana, czuwał nad kierunkiem duchowego i umysłowego rozwoju swoich latorośli. Matka otaczała je ciepłem i uczuciem. Jako żona pastora w czterech ścianach domu zarządzała gospodarstwem. Na zewnątrz prowadziła chór parafialny, kółko biblijne, naukę gry na flecie, przygotowywała niedzielne podwieczorki dla parafian i akcje charytatywne. Mogła wcielić się właściwie w każdą rolę, "byleby nie być sexy i modnie ubrana. Skromna, bez szminki i makijażu"[82]. Dokładnie tak jak u rodziców Angeli Merkel, gdzie role zostały rozdane modelowo. Ojciec, rzadko obecny w domu, gdy się już zjawił, wydawał rozkazy jak z kościelnej ambony. Córką na co dzień zajmowała się matka. Urodzona w Hamburgu Herlind Jentzsch, z wykształcenia filolog klasyczna, niewiele miała do powiedzenia, gdy jej mąż zdecydował się na misję w NRD. A zapłaciła za przeprowadzkę wysoką cenę. Chętnie nauczałaby w szkole przedmiotów, które studiowała, łaciny i angielskiego. Ale w socjalistycznym systemie szkolnym żony pastorów odsunięto od pracy z uczniami. Herlind przed każdym nowym rokiem szkolnym słała listy motywacyjne. Zawsze otrzymywała odmowy. Dopiero w ostatnich latach istnienia NRD zaczęła wykładać łacinę i starożytną grekę w templińskim seminarium. Przeprowadzka zaszkodziła nie tylko jej planom zawodowym. Wybudowanie muru berlińskiego odcięło ją od macierzystego Hamburga. Niepracująca, pozbawiona kontaktu z rodzinnym miastem, w domu poddana silnej dominacji męża, poświęciła się bez reszty wychowaniu trójki dzieci. To dlatego trzydzieści pięć lat po urodzeniu pierwszego dziecka, podczas niemieckiej jesieni 1989/1990, dokonała przeciwko mężowi rebelii, gdy w przeciwieństwie do niego zaakceptowała nowy porządek polityczny importowany z RFN. Zaangażowała się politycznie i wstąpiła do SPD. Z członkostwa w CDU zrezygnowała, gdyż nie mogła zdzierżyć, że na szefa chadecji w Templinie wybrano konformistę, który wcześniej co roku pojawiał się na trybunie honorowej z okazji 1 Maja i narodowego święta NRD. Nawet jeśli kariera Herlind Kasner w SPD nie trwała zbyt długo - w 1998 roku nie wybrano jej ponownie na radną w Templinie - to w pamięci mieszkańców zapisała się jako zaangażowany samorządowiec. Przynależność do odmiennych formacji politycznych w niczym nie zakłóciła wzajemnego stosunku między matką a 35-letnią córką, należącą wtedy do partii chadeckiej. Od początku ich relację cechowała harmonia. Jednak to stosunek z ojcem był dla córki konstytutywny. Jeśli matka uczyła ją sztuki improwizacji, choćby przygotowania kolacji teoretycznie dla czterech, w praktyce dla ośmiu osób, do czego zmuszały warunki życia w NRD, to ojciec uwrażliwiał ją na moc argumentu i siłę logiki. Imponował jej. Niczym u oficera pruskiego "wszystko musiało być zrobione perfekcyjnie. Sam był zresztą bardzo pracowity i dokładny" - wspominała Angela Merkel[83], która w dorosłym życiu przejęła te cechy.
Ale w tym miejscu pojawia się rysa na glazurze Pfarrhausu. Nie tylko w przypadku Angeli Merkel. Bo perfekcyjny i władczy na plebanii i ambonie pastor-ojciec, absolutny autorytet niemal w każdej dziedzinie, także w domu wszystko wiedział najlepiej, nigdy nie popełniał błędów, zawsze miał rację, a dzieciom, jak swoim parafianom, wysoko stawiał poprzeczkę. Kasner na przykład wymagał, by córka już w pierwszej klasie do odległej o ponad kilometr szkoły jeździła na rowerze. Pod dachem Pfarrhausu dzieci pastorów dorastały więc w kulturze psychicznej przemocy, posłuszeństwa i milczenia[84]. Spadał na nie deszcz krytyki, rzadko słyszały pochwałę. Ich życie kręciło się wokół spełniania nakazów i przestrzegania zakazów. Rozmiar i konsekwencje reżimowej dyscypliny, jakiej były poddane, pokazuje nagrodzony Złotą Palmą w Cannes film "Biała wstążka". Łącznie z kumulacją negatywnych emocji, które znajdują ujście w patologicznym sadyzmie ujawnianym natychmiast, gdy zabraknie w pobliżu rodziców. Dla takiej Gudrun Ensslin sprzeciw wobec dyktatury w domu wyraził się z opóźnieniem, gdy jako terrorystka Frakcji Czerwonej Armii uczyniła przemoc formą oporu. U większości dzieci z Pfarrhausu relacja z ojcem ukształtowała w nich "tylko" niepewność własnej wartości, a w późniejszym wieku nieufność, często samotność. Zmusiła do podejmowania dramatycznych starań nakierowanych na potwierdzenie własnej wartości[85]. U Angeli Merkel ta silna potrzeba kompensacji przejawi się w zabiegach o akceptację w gronie szkolnych rówieśników. Zaprowadzi ją także w objęcia prokomunistycznej młodzieżówki. A potem nawet nakręci jej polityczną karierę, by na każdym jej szczeblu mogła z satysfakcją udowodnić ojcu: zobacz, ile osiągnęłam, zobacz, że jestem coś warta!
Duch Pfarrhausu promieniował we wszystkie strony. Dlatego rozmówcy Anji Würzberg mówią też o "silnym duchu wiary", "słuchaniu na okrągło Bacha" i "uginających się pod dziełami Goethego, Schillera i Bölla domowych regałach". "To ostatnie odróżniało plebanie ewangelickie od katolickich, w których wisiały zdjęcia papieża i obrazy Madonny" - wyjaśnia Fulbert Steffensky, były zakonnik benedyktyński, który przeszedł na protestantyzm. Choć biblioteczka pastora nie składała się wyłącznie z dzieł religijnych i wielkiej literatury. Królowały powieści, w tym obowiązkowo wszystkie tomy Karola Maya. Kolega brata Angeli Merkel wspominał po latach, jak wypożyczył od niego wydaną w RFN, a niedostępną w NRD książkę neurologa Hoimara von Ditfurtha: "Coś takiego było dla nas nie do zdobycia"[86]. Zarówno brat Angeli, jak i ona sama musieli zaczytywać się w stojących na półce w salonie białych krukach z zakresu nauk przyrodniczych i ścisłych, skoro obydwoje tak bardzo pasjonowali się fizyką, że wybrali ten kierunek studiów. Z kolei ojciec pisarki Gabriele Wohmann, jednej z rozmówczyń Anji Würzberg, tak bardzo uwielbiał Goethego, że ku utrapieniu żony kupował od razu kilka wydań tego samego tytułu. Wciśnięte między ołtarz i domową biblioteczkę dzieciaki pastorów wielkimi haustami wchłaniały kulturę słowa. "Byłby z ciebie dobry kaznodzieja" - zauważył ojciec przyszłego prezydenta Niemiec Johannesa Raua, gdy usłyszał syna przemawiającego przed rolnikami z Nadrenii. Martin Kohlhaussen, który nim został prezesem Commerzbanku, długo był jego rzecznikiem prasowym, zdradził złotą regułę Pfarrhausu: "Nie można wszystkich konfliktów wynosić na zewnątrz. Usta trzeba umieć zamknąć na kłódkę, a jeszcze lepiej skryć się za wysokim murem, jak w twierdzy. Dotyczy to spraw prywatnych i zawodowych". Angela Merkel lepiej by tego nie spuentowała. Cnotę krycia się za wysokim murem, jak w twierdzy, przyswoiła sobie w domu rodzinnym na plebanii w Templinie. I wykorzystała, pełniąc urząd kanclerza. Kohlhaussen natomiast, zgodnie z maksymą, udzielił dziennikarce tak skąpych odpowiedzi, że nakreślony przez niego autoportret mógłby być autorstwa jego rzecznika prasowego.
Wszyscy rozmówcy Anji Würzberg jak jeden mąż powtarzają także, że ich dom rodzinny nagminnie stawał się przestrzenią publiczną. "Przychodzili do nas zupełnie obcy ludzie, obnażając najbardziej intymne myśli" - wyznała publicystka tygodnika "Die Zeit" Elisabeth Niejahr. I na tym samym oddechu dodała: "Mój ojciec był pastorem przez 24 godziny na dobę. Także w nocy i podczas urlopu". W domu zawsze ktoś przebywał. Reinhard Höppner, były premier Saksonii-Anhalt, pastorska latorośl z Magdeburga, przypominał sobie: "Próby chóru odbywały się w naszym mieszkaniu. Jako dziecko zasypiałem w takt śpiewu z sąsiedniego pokoju". Dom-plebania była jednocześnie zakrystią, biblioteką z czytelnią, konfesjonałem, biurem interwencyjnym i punktem pomocy społecznej. Dzieci od najmłodszych lat, nieco przedwcześnie, słuchały opowieści o nienawiści i pojednaniu, zwątpieniu i nadziei, o rzeczach ostatecznych: życiu i śmierci. Kto wie, czy w ogóle powstałby telewizyjny tasiemiec "Lindenstrasse", gdyby jego autor nie dorastał na plebanii. Hans Geissendörfer jak z czarodziejskiej skrzyni wyciągał do serialu kolejne postaci i historie, które poznał pod dachem domu ojca pastora. Ale ile razy przy śniadaniu słyszał: "Dziś mam pogrzeb", "Nie przeszkadzaj, proszę, piszę kazanie!". "Czy mój ojciec bardziej wolał Boga, czy swoje dzieci?"[87] - zastanawiał się ciągle Friedrich Christian Delius, syn pastora z heskiej Wehrdy, pisarz i członek niemieckiego PEN Clubu. Także Angeli Merkel brakowało w dzieciństwie ojca, zaangażowanego w działalność duszpasterską, charytatywną i wykładową. Popołudniami często wybiegała z domu na prowadzącą do miasta leśną drogę, w nadziei że spotka go tam powracającego. Stęskniona, ale przepełniona bojaźnią przed ciemnym lasem, zawracała. Dopiero gdy ojciec zjawiał się na kolacji, dla córki "wszystko stawało się na powrót piękne"[88].
Dzieci pastorów w sposób jak najbardziej naturalny uczestniczyły w życiu duszpasterskim i liturgicznym. "Roznosiłem gazetkę parafialną do wszystkich domów w parafii, uciekając na podwórkach przed ujadającymi psami. Zawsze z duszą na ramieniu", zwierzył się Anji Würzberg syn pastora. Inne przeżycia były mniej traumatyczne. "W każdą niedzielę o szóstej rano rozpalałem piec koksowniczy, który ogrzewał kaplicę. Łopatą wrzucałem koks do pieca"[89] - odpowiedział w ankiecie Eckhart Freiherr von Vietinghoff, syn pastora z Getyngi, późniejszy zwierzchnik Kościoła w Hanowerze. Dzieci dbały o kwiaty w kościele, zapalały i gasiły świece przy ołtarzu, śpiewały w chórze, biły w dzwony, przygotowywały kanapki i ciasto na spotkanie parafian po niedzielnej liturgii, zajmowały się bezdomnymi, którzy zapukali do drzwi plebanii, pocieszały strapionych, dzwoniących pod nieobecność rodziców. Właściwie cały czas były pod ręką. Popyt na posługę duszpasterską nie ograniczał się, jak praca w banku, do ściśle wyznaczonych godzin. Drzwi plebanii zawsze stały otworem. Jednocześnie rytm tygodnia przebiegał według stałego schematu: poniedziałek - próba chóru, wtorek - zbiórka ministrantów, środa - kółko gry na flecie, czwartek - sprzątanie kościoła, piątek - spotkanie rady parafialnej, sobota - godzina biblijna, niedziela - nabożeństwo. Życie rodziny splatało się z życiem parafii. Czasu wolnego praktycznie nie było. Nic dziwnego, że Angela Merkel po wyjeździe z Templina, jako asystentka w Akademii Nauk w Berlinie, łapała się na tym, że przez cały czas, także w domu, myślała o pracy. "Ale mój ojciec nie mógł oddzielić życia prywatnego od zawodowego" - przyznała[90]. Zapytana, "jak spędziłaby kilka wolnych dni, które nagle by jej spadły z nieba, odpowiada, że posortowałaby książki walające się po mieszkaniu. Albo pojechała do swojego okręgu wyborczego, bo dawno tam nie była, a wyborcy czekają na rozmowę"[91]. Myśl o relaksie nie przyszła jej do głowy. Zresztą go nie potrzebuje, motywację i siłę działania zyskuje dzięki pracy. Inspiruje ją etos protestancki. Religia i wiara są dla niej impulsem do działania, osiągania kolejnych sukcesów. Sporo w tym dziedzictwa ojca pastora.
To właśnie dzięki sprawowaniu przez niego pieczy nad kościelną fundacją dla niepełnosprawnych córka dorastała w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Niektórzy z pacjentów ośrodka pomagali Kasnerom w prowadzeniu gospodarstwa domowego i pracach ogrodowych. Mieszkańcy Templina ze sporym dystansem podchodzili do kalekich pacjentów. W społeczeństwie NRD sprawność fizyczna i wysportowanie uchodziły za cnoty narodowe[92]. Odchylenia musiały jawić się jako wyjątkowe upośledzenie. "Czy ci ludzie mnie szokowali? Wcale nie. Dla mnie ich widok był najzwyklejszy w świecie" - wyznała po latach Merkel[93]. Już w Templinie pojęła, że sprawność fizyczna nie może uchodzić za kryterium afirmacji życia. I tu zderzyła się z aksjologią wschodnioniemieckiego państwa. Zresztą nie tylko w tym jednym punkcie.
Niemieckie państwo robotników i chłopów zatroszczyło się jednocześnie i o to, by córka pastora wyrastała nie tylko w cieniu krzyża, między Biblią, Bachem, kółkiem gry na flecie, ale także by na własnej skórze poczuła jego represyjną dłoń. "Życie na podsłuchu" - brzmi tytuł niemieckiego filmu z 2007 roku, najlepiej portretujący mroczny proceder inwigilacji przez Stasi. I jak najbardziej dotyczący Pfarrhausu w Templinie. Dom pastora Kasnera był pod stałą kontrolą bezpieki, jego telefon na podsłuchu. Swobodnym rozmowom służył spacer po okolicznym lesie. Nieufność, sceptycyzm i ostrożność awansowały do rangi strategii przeżycia. By uciec przed czujnym okiem Stasi, trzeba było stać się niewidocznym, pospolitym. Nie można się było wychylić z szeregu. Tylko jak to osiągnąć, skoro duchowa profesja ojca stygmatyzowała w szkole? Czyniła odmiennym od całej reszty. "Od samego początku podstawówki wyróżniałem się na tle innych. Jako jedyny w klasie nie należałem do Młodych Pionierów Ernsta Thälmanna. Nie nosiłem niebieskiej chusty i odznaki pionierskiej. Nie chodziłem na pochody pierwszomajowe, czym zawalałem stuprocentową frekwencję w klasie"- wyznał Christoph Dieckmann, dziennikarz "Die Zeit", który jako syn pastora dorastał w Sondershausen w Turyngii. "To typowy los dziecka ewangelickiego duchownego w socjalistycznym NRD" - oceniła Bettina Ernst-Bertram, zaangażowana protestantka z niemieckiego Zgorzelca, która zebrała dokumentację dla ponad trzystu takich biografii[94]. Dzieci pastorów "niczego bardziej sobie nie życzyły - kontynuowała Bertram - jak być zwykłymi, normalnymi uczniami. I by nie odpowiadać na sarkastyczne pytanie nauczyciela w szkole: jakiż to numer przed 500 laty wywinął niemieckim książętom Marcin Luter?". Tymczasem Pfarrkinder już swoim wyglądem kłuły w oczy. W przeciwieństwie do reszty szkolnej gawiedzi, ubranej w jednakowe białe koszule Młodych Pionierów, stały na porannym apelu w kolorowych jak papugi sweterkach czy bluzkach. Na lekcjach muzyki "Międzynarodówka" nie przechodziła im przez gardło. Słowa drugiej zwrotki "Nie nam wyglądać zmiłowania z wyroków bożych, z carskich praw" urastały do politycznej rozgrywki między pastorem, jego dzieckiem a marksistowską edukacją szkolną. Podobnie jak w IX i X klasie zajęcia z przysposobienia obronnego. "Cholerny kościół" - przeklinał po cichu, choć z zupełnie innego powodu swój status syna pastora Christoph Dieckmann, gdy ojciec zabronił mu zapisać się także do szkolnej drużyny piłkarskiej. Ta bowiem swoje mecze rozgrywała w niedzielne przedpołudnia, kiedy młody Christoph musiał ślęczeć w kościele. Do dziś jeszcze dźwięczą mu w uszach słowa inspektora szkolnego, grożącego, że nie dopuści do matury żadnego dziecka pastora. Nawet ze średnią 5,0. "Bo skoro nic nie robisz dla ludu, to władza ludu nic nie zrobi dla ciebie"[95].
Angela Merkel dzieliła ten los. W podstawówce w Templinie niektórzy reżimowi nauczyciele wytykali jej pochodzenie klasowe. Nienawidziła więc sytuacji, gdy na głos przed całą klasą musiała podać zawód ojca. Mamrotała wtedy pod nosem, przekręcając słowo Pfarrer (pastor) na podobno brzmiące Fahrer (kierowca)[96]. By powetować sobie społeczną stygmatyzację i zgarnąć pochwałę, jaką lojalnych obywateli obdarzało komunistyczne państwo, zapisała się do Młodych Pionierów, a potem do komunistycznej młodzieżówki Wolnej Młodzieży Niemieckiej (FDJ). Biała koszula, niebieska chusta w pionierach, potem niebieska bluza z żółtą chustą w FDJ rekompensowały jej negatywną etykietkę i ratowały przed osamotnieniem w szkole. A przy okazji podnosiły poczucie własnej wartości. Tym bardziej że bycie córką duchownego w NRD na niektórych rówieśników działało jak czerwona płachta na byka. Odstraszał ich Waldhof. Woleli nie przebywać w pobliżu dziwnych, kalekich ludzi i posiadłości pastora. Co od Angeli Merkel wymagało hartu ducha. Rzecz jasna wpoił go jej ojciec.
Swoje dzieciństwo w Templinie Angela zapamiętała jednak jako jedną wielką idyllę. Tak to przynajmniej dzisiaj przedstawia. Sporo w tej ocenie pobłażliwości, możliwe, że wyparcia przykrych wspomnień czy mniej lub bardziej świadomej chęci idealizacji. Owszem, w dzieciństwie mogła zanurzyć się w leśnych otchłaniach, zbierając jagody, goniąc po łąkach czy kąpiąc się w osłoniętych ścianami drzew krystalicznych, ale zimnych jeziorach, lub z wyjątkowym afektem przypatrywać się bobrom budującym tamy w pobliskim kanale. Co z rozrzewnieniem wspomina. Ale profesja ojca, ów duch Pfarrhausu, niosły ze sobą także dyskomfort, liczne wewnętrzne rozdarcia. I w czterech ścianach domu, i w szkole.
Uczennica między frontami
Do szkoły podstawowej pomaszerowała w roku wybudowania "antyfaszystowskiego muru obronnego". Właśnie to tragiczne wydarzenie tak bardzo utkwiło w pamięci siedmiolatce w idyllicznym Templinie. Dwa tygodnie przed pierwszym w jej życiu dzwonkiem szkolnym, 13 sierpnia 1961 roku, by zatrzymać masową ucieczkę obywateli do kapitalistycznej RFN przez wspólną berlińską metropolię, władze w Berlinie Wschodnim przedzieliły murem i drutem kolczastym wschodnią i zachodnią część aglomeracji. Naturalna jedność miasta legła w gruzach. W geście rezygnacji zrozpaczeni krewni i przyjaciele stali po jednej i drugiej stronie wznoszonego muru, machając do siebie rękami. Na Bernauer Strasse, gdzie domy znajdowały się po wschodniej, a chodnik po zachodniej stronie miasta, mur przechodził dokładnie przez środek kamienic. Rankiem 13 sierpnia kilku śmiałków odważyło się skoczyć na chodnik z okien, nim je pośpiesznie zamurowano. W Berlinie nastrój eksplozji unosił się w powietrzu. "Wojna leżała w zasięgu ręki" - notował w pamiętniku burmistrz Berlina Zachodniego Willy Brandt[97]. Po wschodniej stronie Bramy Brandenburskiej do akcji wkroczyła policja ludowa. Demonstrujących w Berlinie Zachodnim w szachu trzymały oddziały policji z armatkami wodnymi. Ale RFN nie zaryzykowała większego sprzeciwu w obronie jedności miasta. Także USA, Wielka Brytania i Francja nie przystawiły ZSRR noża do gardła. Berlin Wschodni znalazł się za szczelną żelazną kurtyną bloku radzieckiego. Tego dnia Angela Merkel widziała płaczącego w kościele ojca. Dla kogoś, kto dobrowolnie przesiedlił się z RFN i stracił szansę powrotu na Zachód, podział Berlina stanowił dotkliwy cios. Kasner utrzymywał stały kontakt z pastorami zachodnioniemieckimi. Regularnie przemycał od nich gotówkę na utrzymanie Waldhofu[98]. Silne więzy rodzinne łączyły rodzinę z krewnymi w Hamburgu. Jeszcze podczas ostatniego urlopu latem wojażowali volkswagenem garbusem razem z babcią z Hamburga po słonecznej Bawarii. Teraz zostało im jedynie odbieranie paczek z Hamburga. Modne wówczas zupy w proszku, nieosiągalne mydło, polityczną literaturę i ostatni krzyk mody - dżinsy - regularnie wypakowywano na stole w Templinie. Te ostatnie oczywiście dla dorastającej nastolatki, która po skończeniu podstawówki uczyła się w gimnazjum. Dzięki tym paczkom Angela Merkel na pozaszkolne wyjścia udawała się w zachodnich ciuchach. Do szkoły ich nie zakładała, od kiedy dyrektor tak ubranych uczniów odesłał z powrotem do domu. Jako produkt amerykańskiej kultury dżinsy ucieleśniały "klasową wrogość" i godziły w etos kraju robotników i chłopów. Zresztą dyrektor szkoły pouczał swoich podopiecznych także w kwestii paczek z RFN: "Nie otwierać, tylko wysyłać z powrotem". Co Angela Merkel konsekwentnie ignorowała. Z Hamburga otrzymywała też płyty winylowe. Kolejny powód jej dumy i uznania w oczach rówieśników. O co przecież usilnie zabiegała, kompensując w ten sposób brak uznania u autorytarnego ojca i swoją stygmatyzację. W murach socjalistycznej szkoły czuła bowiem na sobie odium córki pastora. Oficjalnie szkoła nie dyskryminowała dzieci duchownych, jednak większość pedagogów z nieufnością odnosiła się do Pfarrkinder. Angela dwoiła się i troiła, by jej status córki duchownego nie rzucił się cieniem na kontakty z kolegami i koleżankami szkolnymi, by ją akceptowano.
Dlatego też na imprezy organizowane przez rówieśników przynosiła niedostępne w NRD, a ubóstwiane przez wszystkich płyty Beatlesów. Zapewniały skok notowań u kolegów. Sama szczególną sympatią darzyła filigranowego Paula McCartneya. Ale na ścianie swojego pokoju powiesiła reprodukcję Paula Cézanne'a, także prezent z Hamburga. I tak jak płyty Beatlesów gadżet, dzięki któremu rosła w oczach szkolnej paczki.
Akurat w okresie, gdy nastolatki wyjątkowo nie cierpią rodzicielskiej kontroli, 13-latka otrzymała samodzielny pokój z oddzielnym wejściem. Idealne miejsce do niezmąconych niczym spotkań z rówieśnikami, którzy walili teraz do niej drzwiami i oknami. Ale samodzielny pokój nigdy nie stał się miłosnym gniazdkiem. Swoją pierwszą sympatię Angela miała poznać dopiero na studiach. W latach gimnazjum nie cieszyła się powodzeniem wśród chłopców. Choć na wygląd uskarżać się nie mogła: zgrabna figura, szczupłe nogi, atrakcyjna fryzura z krótkimi włosami. "Ale już wtedy należała do CDU - Club der Ungeküssten" (klubu abstynentów całowania) - żartował Harald Loeschke[99], jej szkolny kolega. Na zdjęciach z tego okresu widać obok niej więcej uśmiechniętych twarzy dziewczęcych niż chłopięcych. Ale tej najbliższej przyjaciółki, od serca, której ze wszystkiego można się zwierzyć, nie miała. W kontaktach rówieśniczych brakowało jej pewnej dozy lekkości, figlarności, fantazji. Nie potrafiła flirtować. W rozmowach nie brylowała. I cały czas się kontrolowała. Od początku pilna, ambitna i zdolna, ale nieśmiała, przypominała bardziej szarą myszkę skrupulatnie wykonującą polecenia nauczycieli niż prowodyra szkolnego, lidera grupy nadającego ton na przerwach.
Przykładając dużą wagę do akceptacji swojej osoby, pilnowała się, by nie naruszyć solidarności uczniowskiej. Jeśli po szkole palono papierosy, paliła i ona, ku wielkiemu zdziwieniu kolegów i koleżanek. Jako córka pastora "uchodziła za ucieleśnienie moralności"[100]. Sympatię rówieśników pozyskiwała, oferując pomoc. "Kto miał problemy w klasie, zawsze mógł na nią liczyć"[101]. Także w odpisaniu zadania domowego lub ściąganiu na klasówce. Dzięki temu, należąc do najlepszych uczniów w klasie gimnazjalnej, nie miała opinii kujona. Uczyła się wszystkiego jak leci, ale najbardziej lubiła języki: rosyjski i angielski. Dobra znajomość rosyjskiego wynikała po części z praktyki częstych rozmów, które jeszcze jako dziecko prowadziła ze stacjonującymi w Templinie żołnierzami radzieckimi. Jej nauczycielka z gimnazjum przypomina sobie jednak, że pilna uczennica "słówka z rosyjskiego wkuwała nawet na przystanku autobusowym"[102]. Z dobrym efektem: jeśli nawet musiała nosić klamrę na zęby, która uniemożliwiała jej wymowę wibrującego rosyjskiego "r", to w IX klasie jako 15-latka wygrała na szczeblu ogólnokrajowym olimpiadę z rosyjskiego. Czym przysporzyła sporo kłopotów nauczycielce, która musiała się tłumaczyć, że na olimpiadę wysłała córkę pastora, a nie dziecko robotnika fabrycznego. Olimpiadzie przyświecało wprawdzie motto: "Światopogląd marksistowsko-leninowski najlepszym fundamentem przyjaźni", ale laureatka niewiele sobie z tego robiła. W nagrodę pojechała do Moskwy, by stanąć do rywalizacji na szczeblu międzynarodowym.
Brylowała w przedmiotach, których dało się nauczyć z książki. Piętą achillesową okazały się natomiast zajęcia techniczne i sport. Już jako kanclerz przywoła lekcję wuefu, na której przez dobrych 45 minut stała na trampolinie. Skoczyła do wody dopiero równo z dzwonkiem na przerwę. By nie powtarzać skoku. Także w muzyce nie była orłem. Jej śpiew przypominał smętne zawodzenie - wspominał po latach szkolny kolega[103].
Wzorem rówieśników chciała koniecznie wstąpić do Młodych Pionierów, harcerskiej przybudówki komunistycznej partii. Ojciec długo opierał się jej życzeniu. "Każdy musi iść do szkoły, ale nie każdy musi zakładać bluzę pioniera"[104] - perswadował jej w domu. Ideologiczne pranie mózgu w komunistycznej organizacji wychodziło poza granicę dopuszczalnej kolaboracji pastora z systemem. W efekcie jednak nieobecność w czerwonym harcerstwie regularnie pozbawiała Angelę nagród wręczanych najlepszym uczniom na koniec roku szkolnego. Przyznawano je wprawdzie za bardzo dobre świadectwo, ale pod warunkiem, że piątkowy uczeń należał do pionierów. Dlatego laury w klasie Angeli kolekcjonował Bodo Ihrke. Kiedyś ruszyło go sumienie, podszedł do nauczycielki i walnął prosto z mostu: "Angela jest tak samo dobra jak ja". Na co usłyszał, "że to on, a nie Angela, należy do Młodych Pionierów"[105].
Pewnie z tego względu wrażliwy na protestancką cnotę sukcesu pastor Kasner ustąpił naleganiom córki. Założenie najpierw mundurka pionierów, a potem niebieskiej bluzy FDJ nobilitowało Angelę w kręgu rówieśników. W komunistycznym państwie nic nie mogło przynieść większego prestiżu w oczach kolegów i koleżanek niż członkostwo w tych organizacjach. A ponieważ wszędzie tam, gdzie się Angela Merkel angażowała, wkładała serce i duszę, to w komunistycznej przybudówce w pracach organizacyjnych czuła się jak ryba w wodzie[106]. Choć najczęściej pozostawała w cieniu innych. Zdolności przywódczych nie miała. "Nie pchała się na świecznik, nie rozpychała łokciami"[107] - opowiadał Bodo Ihrke, który po zjednoczeniu Niemiec został radnym powiatowym z ramienia konkurencyjnej wobec chadecji SPD. Późniejszą karierę polityczną Angeli Merkel jej koledzy i koleżanki ze szkolnej ławy przyjęli ze sporym zaskoczeniem. Także i z tego powodu, że uważano ją za niezwykle uczciwą, a powszechnie się uważa, że "w polityce obowiązują inne reguły postępowania"[108]. Wyprowadzanie natomiast z członkostwa w komunistycznej młodzieżówce tezy o kolaboracji Merkel z enerdowskim systemem jest czystą fantasmagorią. Albo złośliwością[109].
Pod koniec gimnazjum Templin dla nastolatki stał się nudny. Dokuczliwie brakowało jej teatru. Dużo bardziej niż kina. Do jedynej w mieście kultowej knajpki Cafe am Markt specjalnie jej nie ciągnęło. Przesiadywały tam koleżanki z paczki, z papierosem w ręku wyczekując na księcia z bajki. Jeszcze dziś prowincjonalność miasta kłuje w oczy. Po zjednoczeniu Niemiec kamienice wypiękniały, ulice stały się bardziej kolorowe, ale niezmiennie wieje nudą. Dziewczyny w knajpkach nadal wyczekują na swoich książąt. Z jedną różnicą: w rękach trzymają telefony komórkowe. Wtedy w weekendy szalały jeszcze na dyskotece. Ale nie Angela. Ona wolała albo ze swoją paczką z Templina, albo nawet sama pojechać do Berlina Wschodniego, w którym mieszkała jej babka ze strony matki. U niej mogła dłużej niż w domu oglądać program telewizji zachodnioniemieckiej. A z rówieśnikami pozanurzać się w luksusach, jakie oferowała wschodnioniemiecka stolica: zwiedzając muzea, chodząc na wystawy i koncerty gwiazd estrady NRD. Towarzyskie kontakty w stolicy nawiązywała nie tylko z Niemcami; spotykała się też z Bułgarami, a nawet Amerykanami. W rustykalnym Templinie paczka organizowała też wypady rowerowe lub wycieczki do lasu. W pamięci utkwiła jej kilkudniowa eskapada łódką po wodnych akwenach Uckermarku, krajobrazowo przypominającego polskie Mazury[110].
Od początku edukacji szkolnej, zgodnie z duchem Pfarrhausu, Angela Merkel interesowała się polityką. Szczególnie tym, co działo się po drugiej stronie żelaznej kurtyny w RFN, a co nie należało do kanonu wiedzy w enerdowskiej szkole. I tak znała na pamięć cały skład gabinetu zachodnioniemieckiego czy procedurę wyboru Gustava Heinemanna na prezydenta RFN. Mocno wbił jej się w pamięć rok 1968 i Praska Wiosna. Dla jej ojca porażka czechosłowackiego zrywu oznaczała przekreślenie szans na zaprowadzenie w NRD wymarzonego socjalizmu z ludzką twarzą. Akurat w sierpniu 1968 roku rodzina spędzała urlop w czeskim ośrodku Pec pod Śnieżką w Sudetach. Pastor wynajął tam prywatną kwaterę. Kiedyś Angela Merkel zobaczyła przez przypadek, jak kilkunastoletni syn właścicieli zrywa z kopert znaczek z pierwszym sekretarzem czeskiej partii Nowotnym. "Teraz naszym bohaterem jest Dubczek" - usłyszała. Po powrocie z wakacji swoje przeżycia zaczęła relacjonować podczas godziny wychowawczej. "Szybko zorientowałam się po minie nauczyciela, że zaraz może stać się gorąco"[111]. I przerwała wywód o słuszności czeskiego buntu.
Polityczna lekcja Praskiej Wiosny pochodziła z wyjątkowego źródła pozaszkolnej wiedzy. Rzadko się bowiem zdarza, by przez przypadek znaleźć się samemu w centrum historycznych wydarzeń. Ale wiedzę, której by trudno szukać w podręcznikach enerdowskich, regularnie córce przekazywali rodzice. W domu mogła czytać literaturę przeszmuglowaną w paczkach z Hamburga, słuchać zachodnich stacji radiowych, oglądać zachodnie programy telewizyjne, co u Kasnerów było codzienną praktyką. Jednocześnie jednak rodzice przestrzegali ją, by w szkole nie prowokowała zdobytą wiedzą i lepiej przemilczała niektóre zasłyszane w domu polityczne wice, nie mówiąc o nadsyłanych z Hamburga paczkach. "Nie prowokować" - wbijano jej do głowy. I Angela nie prowokowała.
Krótko przed maturą razem z koleżankami i kolegami z ławki szkolnej zadrwiła sobie jednak z systemu. Ten jeden raz... Jej wychowawca nie chciał o tym mówić. "Ani słowa o Merkel" - powtarzał Charly Horn na progu mieszkania w Templinie, nagabywany przez dziennikarzy. A jego twarz czerwieniała przy tym i nabrzmiewała złością. "W XII klasie doszło do incydentu, o którym nie będę mówił"[112]. Co się wtedy stało? Horn był dla uczniów "swoim chłopem", ale ogólnie belfrem leserem. Gdy przegapił przygotowanie podopiecznych w klasie maturalnej do konkursu szkolnego, ci postanowili dać mu nauczkę i zbojkotować szkolną imprezę. Ale rozgrywka z wychowawcą nabrała wymiaru politycznego. W NRD kto nie był za, był automatycznie przeciw. Szkolnictwo podlegało Ministerstwu Edukacji Narodowej, ale organem kontrolnym była Stasi. O wszystkich incydentach dyrektor miał obowiązek informować służbę bezpieczeństwa. Godnym odnotowania faktem mogła być przesyłka z RFN, wroga wypowiedź ucznia na tematy polityczne lub wagary, interpretowane jako "dywersja ideologiczno-polityczna"[113]. W tym sensie absencja klasy maturalnej w obligatoryjnym socjalistycznym programie kulturalnym od razu zagrażała pokojowi światowemu. Tym bardziej że jako temat przewodni artystycznej produkcji władze szkoły narzuciły wojnę w Wietnamie. Zgodnie z wykładnią obowiązującą w krajach bloku wschodniego Wietnam traktowano jako walkę postępowej idei narodowowyzwoleńczej z imperializmem USA. Rozumiał to świetnie pastor Kasner. I miał świadomość tego, czym w razie bojkotu maturzyści ryzykują: oblaną maturą i utratą miejsca na studiach. Angela Merkel już choćby jako córka pastora musiała jawić się dyrekcji jako prowodyrka politycznego bojkotu. "W ostatniej chwili uległa moim perswazjom. Nie pełniła żadnej funkcji klasowej, ale była ważna. Uczniowie spotkali się u nas w domu i naprędce sklecili program" - opowiada pastor. Ale jaki?! Złożyły się na niego wiersze Christiana Morgensterna. Jeden z nich opiewał życie psa siedzącego na murze. Żaden z nauczycieli o wierszoklecie Morgensternie pojęcia nie miał. Podczas akademii nauczycielskie twarze pokryły się klasowym gniewem, gdy pedagodzy dowiedzieli się, że poeta ma burżuazyjno-mieszczański rodowód. Występujący w wierszu "mur" budził jednoznaczne skojarzenia. Zebrane podczas przedstawienia pieniądze klasa postanowiła w dodatku przeznaczyć nie na rzecz Wietnamu walczącego z USA, lecz na nieznany powszechnie marksistowski ruch rebeliancki Frelimo w Mozambiku. Występ zakończyło odśpiewanie "Międzynarodówki", tyle że po angielsku, w języku kapitalistycznego wroga. Zapachniało prowokacją. Wymierzoną nie tylko w nielubianego wychowawcę i dyrektora gimnazjum, ale także przeciwko powiatowemu inspektorowi szkolnemu, którego żona podczas sławetnego występu siedziała w pierwszym rzędzie. W odbiorze władz oświatowych szkolna produkcja godziła w system socjalistyczny. Skandal szybko zatoczył szerokie koła. Nad maturzystami zawisła groźba niedopuszczenia do matury. W systemie enerdowskim w skład komisji maturalnej wchodził dyrektor placówki, przedstawiciele SED, FDJ, szkolnego inspektoratu powiatowego i powiatowej komisji wojskowej. Maturzysta, który chciał zdawać egzamin i studiować na wyższej uczelni, musiał wykazać się "postawą partyjną" i "przywiązaniem do NRD". Dlatego w klasie maturalnej Angeli Merkel do akcji wkroczyła Stasi. Uczniów przesłuchiwano. Oliwy do ognia dolał wychowawca, który wskazał na swoich krnąbrnych podopiecznych jako jedynych odpowiedzialnych za skandaliczny występ. Nauczyciele sami obawiali się o swoją skórę[114]. W NRD brak konformizmu w najbardziej banalnej nawet sprawie groził politycznymi konsekwencjami. W obawie przed nimi szkoła rozpoczęła nagonkę na winnych dywersji. Zainspirowani przez nauczycieli uczniowie innych klas wywieszali w gazetkach szkolnych pełne oburzenia oświadczenia. Jeszcze większej stygmatyzacji służyło wykluczenie winnych uczniów z ceremonii apelu. Do szkoły zostali wezwani ich rodzice. Ale ci jak jeden mąż wstawili się za uczniami. W potoku oskarżeń płynących pod adresem ich dzieci musieli usłyszeć także i ten zarzut, że ich pociechy przychodzą do szkoły w zachodnich dżinsach. Przebrała się wówczas miara, gdyż znalezienie odpowiedniego ubrania w socjalistycznej rzeczywistości graniczyło z cudem. Wzburzeni rodzice opuścili w proteście zebranie. Co nie polepszyło położenia maturzystów. Kasner doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i zagrożonych studiów córki. Wiedział, że "system" pała żądzą ukarania uczniów. "Jeden z informatorów powiedział mi, że muszę poprosić o interwencję wysoko postawioną osobę" - wspominał[115]. Zwrócił się więc do biskupa Albrechta Schönherra, który incydent szkolny załagodził na samych szczytach - w sekretariacie do spraw kościelnych w Komitecie Centralnym SED. Jednocześnie Kasner napisał petycję skierowaną do władz SED, którą jego córka przedłożyła najważniejszemu duchownemu w Kościele ewangelickim NRD Manfredowi Stolpemu. Incydent ten lepiej niż cokolwiek innego ilustruje pozycję polityczną "czerwonego pastora". Szkolny kawał, zamiast zakończyć się karą dla maturzystów, w tym dla panny Kasner, przyniósł im jedynie naganę ze strony rady pedagogicznej szkoły. I to bardziej wirtualną, ponieważ nie została umieszczona na świadectwie maturalnym. Maturę i miejsce na studiach gimnazjaliści uratowali. "System" ukarał pedagogów, zdaniem władz szkolnych i partyjnych odpowiedzialnych za niską świadomość polityczną maturzystów. Wychowawcę przeniesiono karnie do innej szkoły, a dyrektora i radę szkoły wymieniono.
Dla uczennicy Angeli, jak ognia unikającej konfrontacji z socjalistycznym systemem, incydent ten pozostaje dowodem nonkonformizmu w jej enerdowskiej biografii. Jak ojciec łączyła w sobie sprzeczności: religijność z przynależnością do FDJ, wrodzony introwertyzm z działalnością społeczną, polityczny konformizm z noszeniem zachodnich dżinsów. Ale schizofrenię osobowości na większości wymuszał system. W NRD żyło się w dwóch światach. Kiedy nauczyciel składał wizytę w domu, przełączano siódmy, zachodnioniemiecki kanał TV, na piąty, wschodnioniemiecki. Socjalistyczne slogany płynęły z ust jak górski strumień, podczas gdy większość zachowywała dystans do systemu politycznego NRD. Córka pastora do ostatniego dnia w Templinie znajdowała się między frontami. Jej szkolny kolega Loeschke, który później został tam komendantem policji, opowiadał interesującą historię: "Ostatni raz widzieliśmy się na dworcu kolejowym w Prenzlau. Ona jechała do Lipska studiować fizykę, ja do szkoły policyjnej w Aschersleben. Gdy chciałem ją pozdrowić, udała, że mnie nie zna. Byłem w mundurze. I Angela Merkel się mnie wstydziła"[116].
Spuścizna Pfarrhausu kapitałem w polityce
Na dzieciństwo i lata szkolne Angeli mentalność Pfarrhausu wywarła tak silne piętno, że nadal pozostaje pod jego wpływem. Bo także dziś potrzebuje przestrzeni, do której, jak do twierdzy, nie wedrze się nikt. W latach NRD wysokie mury Kościoła strzegły jej prywatności przed inwigilacją komunistycznego państwa. Strategia przeżycia gwarantowała utrzymanie więzów z tymi, którzy również szukali ochrony przed "obcymi z zewnątrz": policją, szpiclami, komunistami, wścibskimi sąsiadami. Angela stale musiała uważać na to, co i do kogo mówi, jak daleko może się posunąć. Jak wtedy, gdy relacjonowała na lekcji swoje wrażenia z Praskiej Wiosny. Jednym niepotrzebnie wypowiedzianym słowem mogła narazić na niebezpieczeństwo siebie, rodzinę, przyjaciół. A skoro i później także znalazła się na celowniku, tym razem mediów, rywali i wrogów politycznych, to swoją strategię przetrwania wyniesioną z ewangelickiej plebanii implantowała w prezydium CDU, najważniejszym gremium partii, oraz w Urzędzie Kanclerskim. Otoczyła je wysokimi murami, za którymi chroni siebie i swój team. Każdy współpracownik Urzędu Kanclerskiego czy prezydium partii wiedział, że jeśli nie utrzyma języka za zębami, wyleci. Kto bowiem raz znalazł się pod obserwacją, ten stale kontroluje swoje uczucia i myśli. Ta powściągliwość, perfekcyjna autokontrola i dyskrecja wraz z samodyscypliną okazały się niezwykle przydatne na stanowisku szefa CDU i kanclerza kraju. Bo nakładając sobie knebel, Merkel unikała rozgłosu i upublicznienia swojego życia prywatnego. Nie jest też pyszałkowatą polityk celebrytką. A to właśnie ten archetyp, rozkoszujący się własnym ekshibicjonizmem i serwujący na tacy mediom swoje życie prywatne, dużo częściej pada ofiarą skandalu politycznego czy obyczajowego, ginąc ostatecznie w politycznym niebycie. Włoski ekspremier Silvio Berlusconi i francuski eksprezydent do spółki z Carlą Bruni czy niedoszły Dominique Strauss-Kahn nie są jedynymi, choć najbardziej prominentnymi - zmiecionymi przez wiatr historii. Tymczasem Angela Merkel nie skalała się ani jednym skandalem. Ale cóż Niemcy wiedzą na przykład o jej mężu, profesorze chemii Joachimie Sauerze? Aż tyle, że ochrzcili go "fantomem"[117]. Wszystko, co o nim wiadomo, pochodzi wyłącznie z ust samej Merkel. W skromnych ilościach i dobrze przefiltrowane. "Tyle, ile jest konieczne, by przeżyć" - wyjaśnia kanclerz ze smutkiem. Ot, choćby to, że mąż czasami przegląda rękopisy jej przemówień. Albo skrytykował jej wystąpienie w Bundestagu: zbyt często podnosiła palec w geście ostrzeżenia. I że ona sama zachwyca się jego opanowaniem. W jednym z talk-shows okrzyknęła go "superfacetem", a konwersacje z nim nazwała "esencjonalnymi", bez których jej myślenie byłoby "jednowymiarowe". Z kolei w innej rozmowie telewizyjnej zdradziła, że bardzo lubi gotować mężowi obiady rodem z ciężkiej kuchni niemieckiej: rolady, kotlety, kartoflankę. Na sylwestra pieczoną gęś i oczywiście placek ze śliwkami, za którym sama nie przepada. Po kilku latach kanclerstwa przeciekło jeszcze do prasy i to, że pralkę w domu włącza ona, ale męża profesora wysyła w weekendy z kartką na zakupy. Tajemnicą poliszynela jest także i to, że "pija kawę za kawą", boi się burzy, a "kiedy obiera warzywa w kuchni, przychodzą jej do głowy genialne rozwiązania polityczne"[118].
Kiedyś zdradziła tygodnikowi "Der Spiegel", że "w jednej czwartej płynie w niej polska krew"[119]. Czy dlatego w Elblągu taksówkarze pokazują turystom "dom Merkel"? Neoklasycystyczną kamienicę z płaskorzeźbami na fasadzie i kutymi balustradami na balkonach? Stoi ona dokładnie naprzeciwko stacji PKP, przy głównej ulicy miasta, prowadzącej z dworca do centrum. W 2007 roku, po przejęciu rządów przez PO Donalda Tuska, kamienicę odnowiono. Prezent premiera Kaszuba dla krajanki? Faktycznie przed stu laty, gdy Elbląg należał do Prus, mieszkali w niej przodkowie dzisiejszej kanclerz - po kądzieli. Emil Richard Drange z żoną Emmą i czwórką dzieci, jak wyszperał historyk elbląski Lech Słodownik. Jak na członka magistratu przystało, Emil Drange zajmował przestronne, dwustumetrowe mieszkanie na pierwszym piętrze. Syn prostego młynarza zrobił oszałamiającą karierę urzędniczą w cesarstwie niemieckim. Ale nie miał nic wspólnego z polskością. Urodził się w 1866 roku w państwie Hohenzollernów na Dolnym Śląsku, w Unruhstadt (dzisiejszej Kargowie) w powiecie Babimost. A ożenił z pięć lat młodszą Emmą Wachs, rodem z pobliskiego Rietscheitz (dzisiejszych Jerzmanowic koło Głogowa). Także Emma była kobietą o niemieckich korzeniach. Jej matka nosiła typowo niemieckie nazwisko Günther. W ostatniej dekadzie XIX wieku Emil i Emma byli już małżeństwem. W 1891 roku urodziła się im pierwsza córeczka Gertrud. Siedem lat później rodzina przeprowadziła się z Głogowa do Elbląga, w którym Emil otrzymał posadę asystenta magistrackiego. Ambitny ojciec rodziny wdrapywał się po kolejnych szczeblach urzędniczej kariery. Aż dochrapał się tytułu nadsekretarza miejskiego, najwyższego, jaki mógł osiągnąć człowiek jego stanu. Żył skromnie, pomieszkując z rodziną w mieszkaniach czynszowych. Dopiero w 1910 roku z uciułanych oszczędności i dzięki wsparciu majętnych rodziców żony nabył reprezentacyjną, trzypiętrową kamienicę. Z tyłu domu spełniony ojciec sadził jodły z okazji narodzin kolejnych pociech. Sukces życiowy Emil Drange opłacił jednak utratą zdrowia. Zmarł jeszcze przed pięćdziesiątką. Wdowa pozostała w mieszkaniu z dziećmi. Najstarsza z córek, 22-letnia Gertrud, obrała jedyną możliwą wtedy dla kobiet drogę kariery - została nauczycielką. Niedługo jednak pomieszkała z matką pod jednym dachem. Poszła za głosem serca, wychodząc za mąż za Williego Jentzscha, dyrektora gdańskiego gimnazjum. W 1921 roku przeprowadziła się do niego. Ale i Willi Jentzsch nie miał polskiego rodowodu. Gniazdo rodzinne Jentzschów znajdowało się w niewielkiej miejscowości Wolfen w Saksonii. Końcówka nazwiska "-icz" (-tzsch), sugerująca polskie pochodzenie, występuje powszechnie w środkowych Niemczech, także w nazwach miejscowości, i ma nie polskie, tylko serbsko-łużyckie korzenie. W 1928 roku Jentzschom urodziła się córeczka Herlind, matka Angeli Merkel. W Gdańsku mieszkali oni do 1936 roku. Nie wiadomo, czym się kierowali, gdy przeprowadzili się do portowego Hamburga.
Zagadkę enigmatycznego stwierdzenia Merkel, która o rodzinie nie opowiada, rozwiązał dziennikarz monachijskiej gazety "Süddeutsche Zeitung" Stefan Cornelius. Jej dziadek nazywał się swojsko Ludwik Kazimierczak[120]. Na świat przyszedł w 1896 roku w niemieckim od czasów drugiego rozbioru Polski Poznaniu, kilka lat po ustąpieniu z urzędu żelaznego kanclerza Bismarcka. Był nieślubnym dzieckiem niemajętnej Anny Kazimierczak, mieszkającej wraz z synem na Grabenstrasse 14/56 (dziś ul. Grobla). Po przyłączeniu Wielkopolski do powstałego po upadku Cesarstwa Niemieckiego państwa polskiego spakował walizki, osiedlił się w Berlinie i został policjantem. Musiał czuć się Niemcem do szpiku kości, skoro nie tylko dał nogę z Polski, ale w 1930 roku, w szczytowym okresie napięcia między Republiką Weimarską i II Rzecząpospolitą Piłsudskiego, zmienił nazwisko na Kasner. Urodzony w 1926 roku jego syn, późniejszy ojciec Angeli Merkel, wchłaniał już wyłącznie niemiecką kulturę. I to w takim zagęszczeniu, że wybrał powołanie pastora luterańskiego. Jego córka z polskością nie ma nic wspólnego. Dziadka nigdy nie poznała. Zmarł, nim się urodziła. Ni w ząb nie rozumie też języka polskiego. Jej polskie pochodzenie nie ma absolutnie żadnego przełożenia na jej politykę wobec Polski. Merkel nie kieruje się sentymentem, tylko wyłącznie niemiecką racją stanu. I trzyma język za zębami. Tak jak jej mąż profesor Joachim Sauer, który jak ognia unika mediów. Opinia publiczna w Niemczech do dziś dysponuje zaledwie kilkoma jego cytatami. Najdłuższa z tych wypowiedzi pochodzi z maila napisanego kilka dni przed wyborem żony na kanclerza Niemiec, we wrześniu 2005 roku: "Zdecydowałem się nie rozmawiać z dziennikarzami i nie udzielać im żadnych wywiadów, które nie dotyczą mnie jako nauczyciela akademickiego, a które odnosiłyby się do politycznej działalności mojej żony"[121].
Niezwykle rzadko pojawia się w blasku fleszy u jej boku. Nawet podczas jej pierwszego zaprzysiężenia na kanclerza nie siedział na trybunie, tylko w swoim uniwersyteckim laboratorium. Kilkukrotnie zdarzyło mu się publicznie wystąpić w roli First Husband, w 2009 roku nawet trzykrotnie: na szczycie NATO w Baden-Baden, podczas wyborów prezydenta Niemiec w Bundestagu i na festiwalu Wagnera w Bayreuth. W 2011 roku towarzyszył żonie podczas spotkania z papieżem Benedyktem XVI, który składał wizytę w Niemczech. Sporadycznie uczestniczył też w szczytach G8. Monsieur Merkel, jak go nazywał były prezydent Francji Nicolas Sarkozy, jeżeli był obecny u boku żony na szczytach nieformalnego rządu światowego, to bez kompleksów brał udział w tak zwanych programach kobiecych, przygotowywanych każdorazowo przez gospodarza szczytu dla towarzyszących mężom pierwszych dam. W Berlinie zmieniono nawet nazwę tych programów - z "Damenprogramm" na "Partnerprogramm".
Także matka Angeli Merkel bojkotowała mikrofon. Brat Marcus, fizyk na uniwersytecie w Magdeburgu, raz udzielił wywiadu lewicowemu dziennikowi z Berlina "Tageszeitung", ale ani razu nie zająknął się przy tym o siostrze. Pastor Kasner do końca życia unikał mediów oraz tematu córki. "To nie jest w moim stylu"[122] - odpowiadał pukającym do jego drzwi dziennikarzom. Cały klan Merkel skrywa się za murami twierdzy. Wszyscy jego członkowie mentalność Pfarrhausu mają we krwi, wszyscy praktykują strategię milczenia. A może Angela Merkel miałaby ją zmienić? Może jej wyborcy powinni wiedzieć, co we wtorki porabia profesor chemii? Kogo pani kanclerz w swoim urzędzie nie lubi i za co? Czyż Merkel nie stałaby się wtedy bliższa swoim wyborcom? Cóż za niedorzeczność! Dlaczego miałaby zmieniać strategię, która przyniosła jej sukces? Angela Merkel wiedziała doskonale, że długi język i celebryckie maniery prowadzą do zguby. Jeżeli ktoś chciał rozkwitać w świetle jupiterów, proszę bardzo, ale nie ona. Dlatego też sprawdzoną w NRD strategię milczenia z powodzeniem stosowała w chadeckiej centrali i w Urzędzie Kanclerskim. Ku rozczarowaniu wścibskich dziennikarzy z posiedzeń jej gabinetu i z codziennych porannych narad nie wychodziły żadne przecieki. W obrębie wysokich murów powiedzieć można było wszystko. Poza nimi najlepiej nic. Jeśli w NRD wokół Pfarrhausu krążyły szakale z bezpieki, to wokół Urzędu Kanclerskiego czaiły się zawsze gotowe do rozszarpywania dziennikarskie hieny i sępy. Paparazzi polowali na nią dniem i nocą. Bezskutecznie. Także dlatego, że Angela Merkel, inaczej niż armia współczesnych polityków, dzięki protestanckiej cnocie skromności i żelaznej samodyscyplinie nie ulegała magii blichtru i próżności. Unikała pułapek, w które często wpadają politycy. Bo trudno wyobrazić sobie, by rozstała się z mężem, zamieniając go na hollywoodzkiego aktora czy nawet na Reinholda Messnera, z którym razem wędrowała po wysokich Alpach. Imprezy bunga bunga? Wykluczone. Podobnie jak korupcja. Merkel odmówiła nawet sławnym projektantom mody, gotowym do zasypania ją darmowymi kreacjami. Dlatego nie trafiała na języki i na pierwsze strony kolorowej prasy. Wychowana w surowości protestanckiego domu rodzinnego, dzięki dyskrecji i brakowi próżności, mocno trzymała się w kanclerskim siodle.