Angela Merkel. Cesarzowa Europy - Arkadiusz Stempin

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
ROZSTANIE Z URZĘDEM - PIĘTA ACHILLESOWA NIEMIECKICH KANCLERZY

W powieści Bruno Travena "Most w dżungli" można przeczytać o wyborze wodza w meksykańskim plemieniu indiańskim. Nowo wybranemu ściągano spodnie i na chwilę przystawiano go do ognia. Nie przykleisz się do stołka wodza - tak tłumaczyłbym ten zwyczaj. A ja dość długo siedziałem na swoim stołku.

 

">Willy Brandt (1913-1992), kanclerz Niemiec[1]

 
 

"Angela Merkel będzie rządzić równie długo jak prezydenci na kontynencie afrykańskim: dożywotnio - zawyrokował w 2017 roku profesor Bassam Tibi. - Żyłem w Afryce i nie widzę różnicy między Angelą Merkel a politykami afrykańskimi. Dlatego nie jestem fanem niemieckiej pseudodemokracji"[2]. Tibi, Syryjczyk z niemieckim paszportem, potomek jednej z siedemnastu najbardziej szanowanych rodzin sunnickich w Damaszku, od ponad trzydziestu lat jako wybitny ekspert islamologii wykłada od Niemiec po USA. Afrykę zna jak własną kieszeń. Najwidoczniej lepiej niż niemiecką kanclerz, skoro ta w ciągu zaledwie trzynastu miesięcy zaprzeczyła jego wnioskom. Z końcem października 2018 roku zapowiedziała ustąpienie z urzędu (choć w obliczu postępującej erozji władzy i dla wielu zbyt późno). I to na tyle suwerennie, że w politycznym Berlinie szeptano o kontrolowanej, rozłożonej na dwa etapy abdykacji. Kanclerz poinformowała najpierw, że po osiemnastu latach przewodzenia największej partii chadeckiej w Europie nie będzie na kongresie CDU w grudniu 2018 roku ubiegać się o reelekcję. Ale dopiero kilka godzin później zelektryzowała Niemców i cały świat, oznajmiając, że całkowicie wycofa się z polityki. Zapowiedziała rozstanie się z posadą kanclerską po zakończeniu czwartej kadencji i rezygnację ze startu w kolejnych wyborach w 2021 roku. Do tej pory wprawdzie nigdy nie wspominała o piątej kadencji, ale też nigdy wyraźnie jej nie wykluczyła.

"Chciałabym znaleźć właściwy moment na zakończenie kariery politycznej. To trudniejsze, niż mi się wcześniej wydawało. Mimo wszystko nie chcę być w połowie martwym wrakiem, kiedy wycofam się z polityki"[3]. Powiedziała te słowa już dawno, wkrótce po wyborze na sekretarza generalnego CDU - drugie w hierarchii stanowisko w partii (1999). Szesnaście lat kanclerstwa, tron cesarzowej Europy i coroczny tytuł najpotężniejszej kobiety świata dopiero na nią czekały. Tak jak pułapki w politycznym biznesie, które politykom nie pozwalają odkleić się od stołków, na których zasiadają.

Niektórych trzyma poczucie obowiązku. Sądzą, że bez nich partia, okręg wyborczy czy resort znajdą się na zakręcie. Psychologowie mówią o poczuciu niezastąpienia i syndromie pracoholika. Inni wpadają w uzależnienie od władzy, nie mogą żyć bez świateł jupiterów. Poklask i walka przy otwartej kurtynie dostarczają im adrenaliny trzymającej przy życiu. Fenomen "polityki jako narkotyku" opisał renomowany dziennikarz "Spiegla" Jürgen Leinemann[4], a w psychologii zdiagnozował frankfurcki terapeuta Werner Gross. Magiczna siła, która przyciąga zawodowego polityka - stwierdził Gross - jest "ucieczką od życia", "uzależnieniem" tak samo jak w przypadku alkoholu czy narkotyków[5]. Przed czym przestrzegał już w sławnym eseju z 1919 roku Max Weber: "Dążenie do władzy i pęd do jej zachowania mogą wprowadzić polityka w trans i oszołomienie"[6]. Nie brakuje polityków, których uczciwe, choć subiektywne doznania potwierdzają groźbę wystąpienia zaburzeń na tle zawodowym. Jeden z politycznych aktorów, nieprzypadkowo o wrażliwości intelektualisty - czeski prezydent Václav Havel - przyznał otwarcie, że "niewiarygodne wręcz możliwości samorealizacji" i własnej sprawczości nakręcają u polityków "narkotyczną potrzebę uznania"[7]. "Tak, polityka jest narkotykiem", potwierdził Horst Seehofer, długoletni bawarski premier i szef siostrzanej partii Angeli Merkel, Unii Chrześcijańsko-Społecznej działającej tylko w Bawarii (CSU). Przekonany, że mógłby bez uszczerbku na zdrowiu "ruszyć z posad bryłę świata", doprowadził się do takiego stanu, że stanął na krawędzi życia i śmierci. Dosłownie. Napędzany "mieszaniną lęku i wyparcia złych myśli", ignorował choroby, wypalenie i bezsenność, aż powaliło go zapalenie mięśnia sercowego. Tygodniami walczył o życie. Zaakceptował konieczność zachowania w życiu równowagi. Ledwo jednak podniósł się ze szpitalnego łóżka, poczuł "przemożną siłę, która pchała go do politycznego ula w Berlinie"[8].

Jak większość uzależnionych ludzi, tak i lwia część polityków wypiera nieprzyjemne myśli i woli perorować o bezpieczniejszym dla nich pracoholizmie. Lub w ogóle o tym nie mówić. Sięgając po mikrofon lub kalendarz z terminami, nie chcą być porównywani z tymi, którzy sięgają po kieliszek i butelkę. Stąd rozstanie z polityką przebiega często jak kuracja odwykowa. "Sprawowany urząd szybciej wpłynie na polityka niż on na urząd", potwierdził były minister spraw zagranicznych Niemiec Joschka Fischer[9].

Wreszcie przyczyną przyklejenia się do stanowiska może być częsta wśród polityków przypadłość - doktrynerski upór. Polega on na konsekwentnym uchylaniu się od wyciągania wniosków. Temu zagadnieniu amerykańska historyk Barbara Tuchman poświęciła genialną czterystustronicową pracę. Powołując się w niej na Orwella, który jako pierwszy rozpoznał "głupotę ochronną" w polityce, konstatowała: Orwellowskie crimestop oznacza instynktowną zdolność zatrzymywania się niemal u samego progu niebezpiecznej myśli. Obejmuje to zdolność niepojmowania analogii, nieuświadamiania sobie błędów logicznych, nierozumienia najprostszych argumentów, jak również - nudzenie się nimi, a tym samym odrzucanie przemyśleń, które mogłyby prowadzić w stronę herezji. Krótko mówiąc, crimestop to mur osłonowy dla głupoty[10]. Ta w polityce płynie szerokim nurtem, niezależnie od systemu politycznego, orientacji partyjnej czy szczebla władzy. Efektem jest uporczywe trzymanie się władzy, choć wyborcy, koledzy z resortu lub partii dawno wyciągnęli żółtą, a nawet czerwoną kartkę.

We wszystkich trzech przypadkach dramatyczne wysiłki nieszczęśnika, by utrzymać stołek, prestiż i przywileje, nawet wbrew politycznemu otoczeniu, oddaje w języku angielskim zwrot to overstay your welcome, co w swobodnym tłumaczeniu można wyrazić jako "pozostawanie na szczytach dłużej niż jest się na nich mile widzianym". Lista tych, którzy rękami i nogami bronili się przed rozstaniem z urzędem, którzy raz jeszcze w wyborach próbowali swojej szansy, bo przecież w przeszłości odnosili w nich triumfy, wypełniłaby długie strony. W przeciwieństwie do skromnego tableau tych, którzy ilustrują zupełnie inne podejście. W politycznym biznesie w Berlinie najbardziej chlubnym przykładem świeciłby lider niemieckiej socjaldemokracji z lat 1980-1990 Hans-Jochen Vogel. "Trzeba odejść, kiedy jeszcze można uwierzyć w wypowiadane przez bliźnich słowa współczucia", brzmiała jego dewiza[11]. Zastosował ją wobec siebie bez okoliczności łagodzących. Jeden z nielicznych światowych liderów XXI wieku, który odważył się oddać władzę i na tym zyskał, to papież Benedykt XVI. Dzięki temu niemiecki pontyfeks mógł zażywać radości życia w ogrodach watykańskich, po tym jak administrację królestwa bożego na ziemi oddał w ręce młodszego, bardziej hardego następcy. Co okazało się strzałem w dziesiątkę, skoro politycznie sprawniejszy sukcesor w pocie czoła i "otoczony wilkami"[12] użera się z tymi samymi problemami, wobec których uczony profesor z Bawarii okazał się bezradny.

Jeśli Merkel w 2018 roku, ogłaszając odejście z polityki, nie była "w połowie wrakiem", to jednak przez ostatnie trzy lata, które minęły od wybuchu kryzysu uchodźczego w 2015 roku, doświadczyła erozji władzy. Słabnięcie jej możliwości oddziaływania na rzeczywistość w Niemczech, kurczenie się poparcia wśród wyborców przypominało zjazd po równi pochyłej. Mimo tych sygnałów nie skorzystała z nadarzającej się okazji, by wybory do Bundestagu w 2017 roku uznać za cezurę swojej politycznej aktywności. Start w wyścigu o fotel kanclerza zakończyła pyrrusowym zwycięstwem - po raz czwarty wprowadziła się do Urzędu Kanclerskiego, ale przez rok nie mogła sformować rządu, szarpała się z koalicjantami, a jej Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) przegrywała jedne po drugich wybory w landach. Nasuwa to podejrzenie, że przynajmniej czasowo wpadła w jedną z pułapek, niepozwalających politykom oderwać się od stołka. Choć w jej przypadku zaszła jeszcze jedna okoliczność.

Ogłaszając odejście z polityki, Merkel musiała rozstać się z kuszącą możliwością pobicia rekordu Helmuta Kohla w długości sprawowania urzędu kanclerskiego. Kanclerz Zjednoczenia piastował go szesnaście lat i dwadzieścia siedem dni (od 1 października 1982 do 26 października 1998 roku). By się z nim zrównać, wybrana na kanclerza 22 listopada 2005 roku Merkel musiałaby ustąpić z urzędu 17 grudnia 2021 roku. Czyli nie tylko dotrwać do końca czwartej kadencji, ale i wygrać kolejne wybory do Bundestagu. A te zgodnie z konstytucją muszą się odbyć w niedzielę 26 września 2021 roku[13]. Powściągając ambicję i uznając pierwszeństwo Kohla, Merkel musi zadowolić się drugim miejscem w nieoficjalnym rankingu długości piastowania urzędu przez kanclerzy. Wyprzedziła patriarchę Adenauera, który rządził przez czternaście lat, miesiąc i dwa dni (od 15 września 1949 do 15 października 1963 roku).

Dla pragmatycznej Merkel istotniejsze było jednak to, że zawieszając na kołku karierę polityczną, punktowała podwójnie. Po pierwsze, przymuszała swojego największego chadeckiego konkurenta z Bawarii, Horsta Seehofera (rzucał jej kłody pod nogi od początku kryzysu uchodźczego), do analogicznej decyzji przejścia na polityczną emeryturę. Po drugie, ratowała swoje dziedzictwo, namaszczając na następczynię wierną pretoriankę Annegret Kramp-Karrenbauer, którą od razu okrzyknięto "mini-Merkel"[14].

Jej decyzja, choć spóźniona o rok, zyskuje uznanie, jeśli uwzględni się, w jakich okolicznościach siedmiu wcześniejszych kanclerzy federalnych rozstawało się z urzędem. Za każdym razem przebiegało to inaczej, ale zawsze wbrew woli zainteresowanego i w okolicznościach nasuwających skojarzenia, że szef rządu jest piórkiem w podmuchach wiatru historii. Tylko dwóch z siódemki kanclerzy dobrnęło do końca kadencji. Z reguły schyłek ich rządów oznaczał walki diadochów i polityczną stagnację.

Konrad Adenauer

Cztery razy wygrał wybory i wyścig o urząd kanclerza. W 1949, 1953, 1957 i 1961 roku Niemcy zagłosowali na jego CDU, a nowo wybrani posłowie desygnowali go na kanclerza. Po czwartym podejściu powiedzieli stop i w połowie kadencji musiał ustąpić. Bynajmniej nie z powodu wieku, skoro urząd pierwszy raz objął jako dziarski 73-latek. Ale uwierzył, że jest nie do zastąpienia. Wpadł w pierwszą z opisanych wyżej pułapek. Pozornie rozglądał się za następcą, de facto niszczył każdego potencjalnego. "Sprowadzę jego szanse do zera", wysyczał, gdy najpoważniejszy z kandydatów i późniejszy sukcesor, wicekanclerz Ludwig Erhard, przewodził rankingom na najbardziej popularnego polityka w kraju[15]. Jako asceta do szpiku kości nie cierpiał Erharda, jego cygar wypalanych w hurtowych ilościach (piętnaście dziennie), wytwornych garniturów, w których ten wygłaszał swoje akademickie monologi o gospodarce. Drażniły go proamerykańskie wypowiedzi ojca niemieckiego cudu gospodarczego. Ale przesądzającym powodem braku sympatii była niechęć do każdego, kto zagrażał jego pozycji. Dlatego nawet szef klubu chadeków w parlamencie Heinrich Krone usłyszał od Adenauera, że zupełnie nie nadaje się do tej funkcji. Jako homo politicus kanclerz nie wyobrażał sobie życia bez polityki. Tkwił w niej zbyt długo i najlepszy moment do eleganckiego przekazania pałeczki przegapił, kiedy w wyborach 1961 roku razem ze swoją CDU stracił absolutną większość. Od tej pory osobę następcy uzgadniano po cichu za jego plecami. "Nikt mnie nie słucha", żalił się 87-letni kanclerz swojej sekretarce, kiedy nawet w epokowym przedsięwzięciu, przy ratyfikacji traktatu z Francją, chadecy odmawiali mu posłuszeństwa[16]. Utratę realnej władzy stetryczały starzec kompensował cynizmem i złością, zwłaszcza wobec Erharda. A to właśnie jego chadecy wytypowali w zakulisowych rozgrywkach na następcę ojca założyciela RFN.

Prym wśród nich wodził lider bawarskiej CSU, Franz Josef Strauss. Niedoszły sukcesor masarni po ojcu ukończył filologię klasyczną, wszedł na polityczne salony i wyrósł na partyjnego zawodnika wagi superciężkiej. W okresie zimnej wojny i rywalizacji między blokiem natowskim a radzieckim jowialny minister obrony kroczył w pierwszym szeregu antykomunistycznych jastrzębi. W oczach sojuszników z Zachodu ucieleśniał ideał militarnego Teutona, choć z twarzą jak "bawarski kufel piwa" (stein of beer)[17]. Kiedy fizycy z Instytutu Maxa Plancka w Getyndze zaprotestowali przeciwko planom uzbrojenia Bundeswehry w broń atomową, Strauss ryknął na jednego z nich, 78-letniego noblistę w dziedzinie chemii Otto Hahna, że "jest małym dupkiem, który nie może powstrzymać łez, a w nocy spać, gdy myśli o Hiroszimie"[18].

Klubowo-towarzyski sposób wyłonienia chadeckiego kandydata na kanclerza, tak jakby chodziło o kolejność rozdań przy karcianym stoliku, ze Straussem w roli głównej, rozeźlił socjaldemokratów, którzy politycznej konkurencji zarzucili naruszenie konstytucji. Bo paragraf 23 przewidywał, że "osoba kandydata na kanclerza musi być najpierw szeroko konsultowana w parlamencie"[19]. W arsenale sprzeciwu socjaldemokratom pozostawało jedynie głosowanie w Bundestagu przeciwko nominacji Erharda. W przeciąganiu liny chadecko-liberalna większość 279 głosami przeciwko 180 przesądziła o wyborze[20].

17 października 1963 roku, w dniu przekazania pałeczki Erhardowi w pałacu Schaumburg, klasycystycznej rezydencji kanclerskiej w Bonn, Adenauer z kamienną twarzą zastygł w fotelu, w którym przez czternaście lat zasiadał jako kanclerz. Erhard musiał spocząć pokornie za stołem dla gości. Jakby jeszcze na ostatniej prostej urzędujący szef rządu próbował przeszkodzić w sukcesji. Albo przynajmniej obnażyć następcę jako politycznego żółtodzioba. Z twarzą niezdradzającą jakichkolwiek emocji przysłuchiwał się przemówieniu przewodniczącego Bundestagu, który wygłosił mowę pochwalną na cześć ustępującego kanclerza. W swojej krótkiej odpowiedzi, ostatnim przemówieniu jako szef rządu, ani słowem nie wspomniał Erharda. "Z ciężkim sercem żegnam się z urzędem", wyznał szczerze, co od razu podchwyciły media[21]. Westchnął, a Niemcy odetchnęli z ulgą. Mieszczańsko-purytański kanclerz, który pamiętał jeszcze czasy cesarza Wilhelma, ze swoją filozofią polityczną już nie przystawał do epoki high-tech, Beatlesów i rock and rolla. Wystarczy wspomnieć, że to on zatroszczył się o to, by w hotelach jak w epoce wiktoriańskiej obowiązywał zakaz wynajmowania pokojów parom, o ile nie przedstawiły w hotelowej recepcji świadectwa zawarcia małżeństwa.

Zatrzymał jednak Adenauer posadę szefa partii. Dopiero dwa lata później uczynił prezent bożonarodzeniowy, zarówno zatroskanym o jego stan zdrowia - w końcu 90-latka - członkom rodziny, jak i zaniepokojonym o przyszłość CDU jej baronom. Po jesiennej kanikule nad jeziorem Como w alpejskiej Cadenabbii (gdzie jako kanclerz spędził kilkanaście urlopów) zapowiedział rezygnację z posady szefa partii. Nim jednak odszedł do wieczności i na karty historii, doczekał się jeszcze ziemskiej satysfakcji, obserwując polityczny upadek następcy.

Ludwig Erhard

Po czternastu tłustych latach u boku patriarchy jako jego minister gospodarki przez trzy kolejne męczył się w roli szefa rządu. Akurat ojciec cudu gospodarczego powojennych Niemiec miał pecha, że na czas jego rządów spadła recesja. Autorskiemu pomysłowi kanclerza, by dziury w budżecie załatać podniesieniem podatków, sprzeciwił się liberalny koalicjant (Wolna Partia Demokratyczna, FDP). Jego wyjście z rządu było gwoździem do trumny kanclerza. By ratować skórę (i władzę), chadecy pozbyli się kanclerza, wybrali nowego - Kurta Kiesingera[22] - oraz nowego socjaldemokratycznego koalicjanta (1966). "Nigdy nie byłem zwolennikiem wielkiej koalicji i sądzę, że historia przyzna mi rację, iż nie byliśmy skazani tylko na tę jedną alternatywę stworzenia wielkiej koalicji", powiedział Erhard bez ogródek na ostatnim posiedzeniu gabinetu, które poprowadził jako kanclerz[23]. Strącony z piedestału przez swoich pretorianów jeszcze przez jedenaście lat parał się polityką, jakkolwiek w tylnych ławach Bundestagu.

Kurt Kiesinger

Nowy kanclerz, dotychczasowy premier trzeciego co do wielkości landu Badenii-Wirtembergii, zwany był często pięknoduchem ze Szwabii. Jako szarmancki gawędziarz sypał anegdotami jak z rękawa, na mównicy parlamentarnej wcielał się w złotoustego Cycerona, a w prywatnych konwersacjach cytował całe stronice literatury pięknej. Nie mógł się niestety pochwalić niczym więcej. A zdecydował się na karkołomny polityczny eksperyment. Po raz pierwszy w dziejach RFN, po siedemnastu latach w ławach rządowych oprócz chadeków zasiedli socjaldemokraci. W efekcie kanclerz musiał godzić ze sobą walczące koguty z dwóch największych niemieckich partii. Przewodząc wielkiej koalicji chadeków i socjaldemokratów, wcielał się w rolę moderatora. Jak mawiał sarkastycznie Conrad Ahlers, rzecznik prasowy rządu, w "jednoosobową komisję pojednawczą" (wandelnder Vermittlungsausschuss)[24]. Tymczasem w przypadku Kiesingera mówiono o "politycznej stagnacji"[25]. Tęskniono za silną kanclerską ręką. "Kiedy trzeba było podjąć męską decyzję, Kiesinger krył się za fasadą pięknych słów i wielkich gestów. [...] Stanowisko piastuje niewłaściwy człowiek, nie dlatego, że nie chce, tylko że nie potrafi", krytykował go wydawca opiniotwórczego tygodnika "Spiegel", Rudolf Augstein[26]. Nie dziwi więc, że Kiesinger na urzędzie utrzymał się zaledwie trzy lata. Najkrócej ze wszystkich kanclerzy. Okoliczności jego upadku wyglądały jak zapożyczone z szekspirowskiego dramatu.

Wieczór wyborczy w niedzielę 28 września 1969 roku Kiesinger spędzał w bońskim pałacu Schaumburg przed dwoma telewizorami, baterią telefonów, w otoczeniu swoich chadeckich pretorianów. Wszyscy z kieliszkami rieslinga "z piwnic jednego z baronów CSU z Frankonii"[27]. Pomimo że Kiesinger na czele CDU wygrał wybory, położył się do łóżka głęboko rozgoryczony, bo do absolutnej większości zabrakło mu siedmiu mandatów. Rano obudził się jako wielki przegrany. Po raz pierwszy w dwudziestoletnich dziejach RFN kierunku polityki nie określiły decyzje podjęte w pałacu Schaumburg, tylko te, które zapadły w centrali konkurencyjnych socjaldemokratów (ich prowizoryczna siedziba mieściła się zresztą w baraku)[28]. W nocy bowiem socjaldemokraci przeciągnęli liberałów z FDP na swoją stronę, utworzyli z nimi większość kanclerską i przejęli ster rządów. Najsilniejszy klub parlamentarny chadeków wylądował na twardych ławach opozycji. Rozgoryczony Kiesinger wrócił do rodzinnej Szwabii, wspominając z nostalgią najpiękniejszy okres w swoim życiu, kiedy jako premier rządził w Badenii-Wirtembergii, zakładając uniwersytety i strefy ochrony przyrody.

Willy Brandt

Rozstanie z urzędem socjaldemokratycznego następcy Kiesingera przebiegło jeszcze bardziej dramatycznie. Charyzmatyczny polityk i architekt nowej Ostpolitik wobec komunistycznego bloku wschodniego Willy Brandt triumfalnie wygrał wybory w 1972 roku i osiągnął dla SPD najlepszy wynik w dziejach partii (46 procent), w dodatku przy fenomenalnej frekwencji 91 procent. Osiągnął to, mobilizując tradycyjny elektorat SPD, punktując dotychczasową politykę wschodnią i obiecując reformy[29]. Już dwa lata później musiał ustąpić w atmosferze skandalu, kiedy w jego najbliższym otoczeniu wykryto agenta Stasi. Günter Guillaume, oficer wschodnioniemieckiej bezpieki, miał stały wgląd w dokumenty na biurku kanclerza, a co więcej - podsyłał mu do alkowy panie, w tym prostytutki. Co szefa rządu czyniło podatnym na szantaż. Tak przynajmniej uznały media, kiedy afera wstrząsnęła republiką. Ten skandal ukoronował wcześniejszą kampanię oskarżeń i pomówień rozpoczętą przez jego rywali. Kiedy dołączyli do niej towarzysze z partii, Brandt był ugotowany. O "polowaniu na kanclerza" mówił jeden z jego współpracowników z centrali partyjnej[30]. W zastawianiu sideł najbardziej wykazali się Helmut Schmidt, który uważał się za lepszego kandydata na kanclerza, i Herbert Wehner, strateg i mózg SPD. Akurat największy sukces w dziejach wschodnioniemieckiej bezpieki, jakim było zainstalowanie szpiega w bońskim Urzędzie Kanclerskim, wywołał wściekłość u naczelnego komunisty bloku wschodniego. Leonid Breżniew, pierwszy sekretarz KC KPZR, stracił architekta Ostpolitik i zaufanego partnera. "Kimże jest ten fircyk Guillaume, że podnosi łeb?", wypytywał zirytowany Breżniew swojego wasala w Berlinie Wschodnim, Ericha Honeckera. Lekceważył aferę seksualną i wrzeszczał do szefa KGB Jurija Andropowa: "Zdjęcia z babami? Jeśli to rzeczywiście Brandt jest na fotografiach, to na jego miejscu jeszcze dopłaciłbym, zwłaszcza jeśli wyglądałbym na nich jak prawdziwy mężczyzna. W żadnym razie nie ustąpiłbym ze stanowiska. Niemiecki kontrwywiad tkwi po szyję w gównie, gdzie też jego miejsce!"[31]. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, upadek kanclerza uruchomiły jednak nie intrygi Wehnera, afera seksualna czy wpadka Guillaumego. Kluczowa okazała się jego własna niemoc w zarządzaniu sytuacją kryzysową sprzężona z utratą poparcia dla SPD w dobie kryzysu paliwowego, przedłużających się strajków Lufthansy i szantażu płacowego związków zawodowych[32].

Helmut Schmidt

Przez osiem lat zasiadał w bońskim gmachu Urzędu Kanclerskiego (1974-1982), aż niepokorni liberałowie z FDP wypowiedzieli mu koalicję i dogadali się po cichu z chadekami Helmuta Kohla. Konstruktywne wotum nieufności dla rządu Schmidta - jedyne do tej pory w historii Niemiec przeprowadzone z sukcesem dla wnioskodawcy - wyniosło drugiego Helmuta na fotel kanclerza (1982). Schmidt podzielił smutny los Erharda i przed upływem kadencji musiał wyprowadzić się z Urzędu Kanclerskiego. Z biura zabrał wszystko. Wręcz je ogołocił, byleby upokorzyć chadeckiego następcę, którym gardził i którego uważał za "tępaka z prowincji"[33]. "W biurku nie zostawił mi nawet ryzy czystego papieru", skarżył się Kohl[34]. Schmidt, świetnie usieciowany w politycznych kręgach, rozpoczął nowe życie jako wzięty publicysta i komentator. Szeroko kolportował swoją opinię o następcy. Pod jego wpływem późniejsza biografka Kohla z Wysp Brytyjskich rozpisywała się o nim na łamach opiniotwórczego "Timesa" jako o "bezbarwnym dzikusie z głębokiego lasu"[35].

Helmut Kohl

Nikt, w tym sam zainteresowany, nie przypuszczał, że zapełnia biuro kanclerskie swoimi rzeczami, także butelkami ulubionego rieslinga z rodzimego Palatynatu, na długich szesnaście lat. Aż do porażki w wyborach do Bundestagu z Gerhardem Schröderem w 1998 roku (dla Kohla piątych z kolei).

Dziwne, że walizek nie spakował wcześniej. Zanim przeszedł do historii jako Kanclerz Zjednoczenia (1990), zanim okazał się sprawną maszynką do wygrywania wyborów, jego kanclerstwo w latach 80. chwiało się nad przepaścią. Początkowo uważano je nawet za rozwiązanie przejściowe i wskazywano w CDU lepszych od niego strategów. Utrudniali mu życie wewnątrzpartyjni rywale, motywowani bardziej jego słabymi notowaniami niż własnymi ambicjami. Kohl nie interesował się gospodarką i niewiele z niej rozumiał, nie miał w zanadrzu wielkich idei, najwięcej zainteresowania wykazywał utrzymaniem władzy. Najdotkliwiej boksował go wpływowy weteran siostrzanej CSU, swarliwy Franz Josef Strauss. Nie mógł mu wybaczyć porażki wyborczej ze Schmidtem w 1976 roku[36]. Do historii przeszła filipika, jaką Strauss, jak na syna rzeźnika przystało, wygłosił w monachijskim centrum sieci restauracyjnej Wienerwald serwującej chrupiące kurczaki: Kohl "jest absolutnie nieudolny. Brakuje mu przymiotów charakteru, zalet duchowych i politycznych. Tak naprawdę brakuje mu wszystkiego"[37]. Inkryminowany wykazywał jednak zdumiewający dystans do ataków partyjnego pobratymca z CSU. Tylko raz pozwolił sobie na otwartą kontrę: "Gdy monachijski lew ryczy, to z pyska wydobywa mu się jedynie nieprzyjemny zapach"[38]. Czyli nie kąsa. Innym razem użył porównania do samochodu z silnikiem tira, ale hamulcami fiata pandy. Relacja chadeckiego duetu wyrażała się w znacznie szerszej palecie odcieni, co ujawniła monumentalna rozmowa Kohla z dziennikarzem Heribertem Schwanem, przeprowadzona krótko przed śmiercią kanclerza. Podczas sześciuset godzin wynurzeń nagranych na taśmie magnetofonowej dokonał bilansu swojej kariery politycznej oraz sportretował poznanych "matadorów" polityki niemieckiej i światowej. Wątek poświęcony Straussowi zawiera symboliczny epizod ze wspólnej wyprawy w wysokie Alpy, podczas której zaskoczyła ich burza. Droga powrotna była wąska, a na śliskich kamieniach Strauss przestał ufać nogom. A kondycja już nie dopisywała. Żona oprócz kanapek pakowała mu do plecaka chusteczki higieniczne - do przetarcia spoconego czoła. "Zarzuciłem go sobie na barki i zniosłem na dół. Dopiero potem uświadomiłem sobie, co by się stało, gdyby mi spadł. Nikt by mi nie uwierzył, wszyscy by trąbili, że go zrzuciłem w przepaść", wyznał Kohl[39]. Jego przewaga nad Bawarczykiem polegała na umiejętności zachowania zimnej krwi w sytuacjach granicznych. Na co córka i syn Straussa przytoczyli inny przykład: "Akurat w przeddzień pogrzebu naszej matki zadzwonił do ojca kanclerz Kohl z propozycją przejęcia resortu po ministrze gospodarki Otto von Lambsdorffie. Ojciec ze zrozumiałych względów odmówił, co Kohl rzecz jasna od początku wkalkulował"[40]. Nie kryjąc poczucia wyższości wobec kanclerza, przekonany o swoich lepszych kwalifikacjach, Strauss rozumiał jednak doskonale, że utrącenie Kohla odbiłoby się rykoszetem na wyniku wyborów do Landtagu w jego rodzimej Bawarii. Rekomendował więc siebie jako zbawcę dla bońskiej polityki (najchętniej w roli szefa dyplomacji), a jednocześnie snuł strategię demontażu kanclerza, ale pozostawiając egzekucję baronom CDU[41].

Doszło do niej dopiero rok po śmierci Straussa, kiedy za chwilę miał runąć mur berliński. Wiatr historii otworzył Kohlowi drzwi do zjednoczenia Niemiec. A w efekcie do dwóch kolejnych zwycięstw wyborczych. W 1989 roku spiskowcy zdecydowali się przeprowadzić na kongresie partii w Bremie wymianę kanclerza na lansowanego w mediach premiera Badenii-Wirtembergii Lothara Spätha. Wśród motywów, które przyświecały frondystom, najważniejszym było powstrzymanie CDU przed skrętem w prawo. Kanclerz bowiem chciał zwiększyć potencjał wyborczy chadeków, przyciągając elektorat ultraprawicowych republikanów. Taka chęć korekty profilu CDU szła w parze ze zmianą osobowości kanclerza. Rywalizacja ze Straussem odcisnęła na nim piętno, przygasiła radość życia, uczyniła go podejrzliwym i mściwym wobec współpracowników. W Bremie zamiast zostać grillowanym, Kohl sam zgrillował spiskowców, uprzedzając ich atak.

To, co nie udało się frondystom, osiągnął w wyborach 1998 roku pretendent do urzędu kanclerza z SPD Gerhard Schröder. Kohl, ikona zjednoczenia, poniósł sromotną klęskę; uzyskał najgorszy wynik dla CDU od powstania RFN w 1949 roku - poniżej 40 procent. Północne landy, prawie cała była NRD i znaczne części byłej RFN, z wyjątkiem Bawarii i Badenii-Wirtembergii, głosowały "na czerwono". O czym w mniejszym stopniu zadecydowały zapowiedź podwyższenia VAT z 16 na 17 procent i gloryfikowanie wprowadzenia waluty euro. Choć i to okazało się strzałem w stopę. Rzeczywiste przyczyny porażki leżały w nieskutecznych próbach obniżenia poziomu bezrobocia i zbyt wolnej przemianie byłej NRD w regiony "miodem i mlekiem płynące" (blühende Landschaften)[42]. Kohl niczym cudotwórca, mesjasz lub małomiasteczkowy hochsztapler obiecał Niemcom z NRD "miód i mleko", a Niemcom z RFN sfinansowanie tego cudu za pieniądze nieprzekraczające zasobności pierwszej lepszej kasy zapomogowo-pożyczkowej. Oszukał jednych i drugich. Owszem, dziś wiele miast i gmin na wschodzie Niemiec bardziej niż na zachodzie kraju przypomina modelowe pejzaże w estetyce klocków Lego, ale koszty pochłonęły astronomiczne dwa biliony euro. Na rozczarowanie kanclerzem nałożyła się wola pozbycia się zakurzonej kultury politycznej republiki bońskiej, jaką ucieleśniał patriarchalny Kohl. Wybory dawały szansę opowiedzenia się za nową, modernistyczną kulturą polityczną i społeczną, jaką na przełomie lat 90. i dwutysięcznych uosabiali Bill Clinton w USA i Tony Blair w Wielkiej Brytanii. Schröder lansował hasła reformy atrakcyjne dla szerokiego elektoratu środka. Od kilku lat zresztą nowa koalicja czerwono-zielona w tym duchu święciła triumfy w poszczególnych landach. Schröder w rządzonej przez siebie Dolnej Saksonii wysoko wygrał wybory, dzięki czemu chwycił wiatr w żagle. Kohl odwrotnie - ten stary rumak bojowy (das alte Schlachtross), jak się sam nazywał, znalazł się w defensywie. Osiem lat po wielkim triumfie zjednoczenia Niemiec wpadł w tryby tego mechanizmu, który w 1992 roku zmiótł ze sceny politycznej Georga Busha seniora, kiedy po zwycięstwie USA w wojnie w Zatoce Perskiej widział się w roli wygranego w wyborach prezydenckich. Tymczasem efekt militarny szybko się ulotnił. Jak mówi złota reguła, wyborów parlamentarnych nie wygrywa się polityką zagraniczną. W Niemczech po zjednoczeniu Kohl przeczekiwał palące problemy, nie dość energicznie odpowiadał na wyzwania stojące przed zjednoczonymi Niemcami. Nawet jego najbliżsi współpracownicy z CDU porównywali rząd do "wielbłądów człapiących w karawanie najwolniej, jak się da"[43]. Dlatego podczas przedwyborczego objazdu po kraju kanclerza witały gwizdy, rzucane jajka i plakaty "Kohl musi odejść". Zamiast scedować sukcesję na namaszczonego delfina Wolfganga Schäublego, niczym monarcha, w pojedynkę i bez aprobaty dworu obwieścił swoją walkę o reelekcję.

Sztywność postawy Kohla wobec socjaldemokratycznego konkurenta ujawniła się w pełni, kiedy Schröder w kampanii wyborczej wystartował ze sprawnym marketingiem w stylu amerykańskim. Jego sztab miał war room, sprawną drużynę wyspecjalizowaną w błyskawicznym kontrowaniu ciosów przeciwnika. Kohl podjął wyzwanie i w finale kampanii przestał walczyć na argumenty, zdjął z agendy sukces waluty euro i rzucał w tłum wyświechtane slogany. Cztery miesiące przed wyborami wprowadził - jak sądził - swoje Wunderwaffe: speca od mediów, Hansa-Hermanna Tiedje. Ten fachman o przydomku Rambo miał przechylić szalę na korzyść kanclerza i wspomóc dotychczasowego stratega kampanii, poczciwego pastora Hinze. Tyle że oczekiwany finał przypominał raczej końcówkę rządów kanclerza Schmidta z 1982 roku. Schmidt jako wybawcę od niechybnej porażki zaangażował speca od mediów, Klausa Böllinga. Ale ten, jak później sam powiedział, znalazł się w zespole wyborczym właściwie po to, by "zorganizować imponującą iluminację pogrzebu"[44].

Utrata władzy w 1998 roku wymusiła na Kohlu zmianę miejsca pracy. Jako szeregowy poseł grzał tylne ławy opozycji na sali plenarnej. Biuro poselskie, do którego przeprowadził się z pałacu Schaumburg, odziedziczył po szacownym Alfredzie Dreggerze. Duże, świetnie wyposażone i położone, trzy kroki od gmachu Bundestagu, tyleż od sali posiedzeń plenum i niewiele dalej od stołówki, ponadto naprzeciwko gabinetu dyżurnego lekarza Bundestagu. Z Urzędu Kanclerskiego Kohl zabrał ze sobą kierowniczkę biura Juliannę Weber, dwie sekretarki i dwie dalsze współpracownice. W biurze tuż przy wejściu wisiało zdjęcie z papieżem Polakiem opatrzone maksymą "Ducha nie gaście". Za wielkimi posadami Kohl nie chciał się już uganiać. Polityczny wnuk Adenauera, za jakiego się uważał, miał żywo w pamięci, jak pierwszy kanclerz w ostatnich latach życia zamarzył o posadzie prezydenta. Co tylko nadszarpnęło jego wizerunek. W przeciwieństwie do niego i Kiesingera po utracie kanclerstwa Kohl oddał stery władzy w CDU.

Gerhard Schröder

Jak trudno kanclerzowi rozstać się z posadą, udowodnił bezpośredni poprzednik Angeli Merkel - mało lubiany w Polsce z powodu afektu do Władimira Putina i pobieranej od niego emerytury - Gerhard Schröder. W 2005 roku socjaldemokrata o włos przegrał z Merkel batalię o reelekcję. Nim jednak pocieszył się prezentem od rosyjskiego prezydenta i przyjął fotel przewodniczącego akcjonariuszy Nord Stream 2, w wieczór wyborczy odmówił wyprowadzki z Urzędu Kanclerskiego, a Merkel zwycięstwa i kwalifikacji do sprawowania urzędu. Tuż po zamknięciu lokali wyborczych w telewizyjnej debacie liderów najważniejszych partii rozjuszony zerwał się z fotela, w ostrych słowach zaatakował siedzącą kilka metrów od niego onieśmieloną triumfatorkę wyborów i ku zdumieniu Niemców ogłosił się nowym kanclerzem. Siedzący w telewizyjnym studiu obok niego dotychczasowy wicekanclerz Joschka Fischer przyznał później: "Nie wiem, co w niego wstąpiło, że z pianą na ustach atakował rozmawiających z nim dziennikarzy oraz Angelę Merkel, która sprawiała wrażenie, jakby połknęła kij". Znająca Schrödera najdłużej, jego starsza siostra Gunhild, też nie potrafiła odczytać motywacji brata, choć miała niedobre przeczucie od początku debaty telewizyjnej, że ta "przebiega w złym kierunku". Ostatecznie Schröder uznał porażkę i przekazał Merkel klucze do Urzędu Kanclerskiego. Jak dodał: "bez tajnych akt", bo tych nie było. Za to zostawił "mały skarbiec, a w nim zegarki - prezenty od Silvia Berlusconiego"[45].

Angela Merkel

Konfrontacja telewizyjna w wieczór wyborczy 2005 roku między Schröderem, politycznym zawodnikiem wagi ciężkiej, a Merkel, wtedy zaledwie z piętnastoletnim doświadczeniem w polityce, więc co najwyżej wagi średniej, odsłoniła nie tylko narkotyczny stosunek do władzy ustępującego, ale i deficyty wstępującej na urząd. Jeden z dziennikarzy prowadzących dyskusję odebrał Merkel jako schowaną za podwójną gardą: "Właściwie dopiero po pół godzinie odzyskała przytomność. Do tej pory była nieobecna, rozkojarzona. W tym momencie napadły mnie wątpliwości, czy ta kobieta potrafi poprowadzić Niemcy w czasie dużego kryzysu"[46].

Szesnaście lat później analitycy nie mają takich wątpliwości: "Ktokolwiek zostanie jej następcą, będzie porównywany z nią i jej zdolnościami do stawiania czoła kryzysom o międzynarodowym i krajowym zasięgu"[47]. Rozwiązywanie kryzysów uczyniła swoją dyscypliną olimpijską. W 2021 roku magazyn "Forbes" po raz czternasty wybrał ją na najbardziej wpływową kobietę na świecie. Tylko w 2010 roku trzy Amerykanki: Michelle Obama, Irene Rosenfeld i Oprah Winfrey, zepchnęły ją poza podium. W 2013 roku konserwatywny dziennik brytyjski "Daily Telegraph" obwołał ją "Qeen of Europe"[48], a "New York Times" po wyborze Donalda Trumpa uznał ją za "ostatnią obrończynię świata zachodniego"[49]. Od 2005 roku jako kanclerz konferowała z czterema kolejnymi prezydentami USA i Francji, trzema polskimi, dwoma rosyjskimi i chińskimi, dwoma papieżami. W kluczowym gremium Unii, złożonej z szefów państw i rządów Radzie Europejskiej, liderzy innych krajów przychodzili i odchodzili - Merkel trwała. W tym czasie republika włoska zużyła ośmiu, francuska - siedmiu premierów. Jako szef największego kraju unijnego Merkel nadawała ton, mało hałaśliwie, ale stanowczo. Tak, że nawet wśród największych swoich krytyków budziła respekt, począwszy od lewicowego premiera Grecji Aleksisa Ciprasa po prawicowego Węgier, Viktora Orbána. Również polski premier Mateusz Morawiecki na sześćdziesiąte szóste urodziny w 2020 roku podarował jej na szczycie w Brukseli biżuterię z gdańskiego bursztynu. Niewykluczone, że jubilatka zrewanżowała się niecały rok później, kiedy w osobistej rozmowie z polskim premierem i na jego prośbę zapewniła, że podpora biało-czerwonej reprezentacji, na co dzień piłkarz Bayernu Monachium Robert Lewandowski, będzie mógł wystąpić w meczu Polski z Anglią na Wembley, gdyż po powrocie z Wysp na stadion w Monachium będzie zwolniony z kwarantanny. Papierek lakmusowy stosunku Merkel do Polski, futbolu, a szerzej - do popkultury.

Jeśli miernikiem popularności polityka jest jego obecność w popkulturze, to rekordy bije królowa Elżbieta II. Politolodzy zauważają zbliżanie się obszarów polityki i popkultury oraz znaczący wzrost w demokracji silnych emocji wyborców jako wyrazu ich politycznych preferencji (Stimmungsdemokratie)[50]. Wystarczy wspomnieć o roli ikon popkultury w kampaniach wyborczych polityków. Jako początek zachodzenia na siebie dotąd hermetycznych kręgów polityki i popkultury można ostrożnie wskazać rok 1975. Wtedy brytyjski premier Harold Wilson przyznał członkom zespołu The Beatles Order Imperium Brytyjskiego. Następczyni Wilsona, Margaret Thatcher, której rządy zbiegły się ze wzrostem obecności kultury celebryckiej w polityce, sama sięgnęła po status gwiazdy. Jej wizerunek popkulturowy tak silnie się utrwalił, że nawet niechęć do mniejszości seksualnych nie przeszkodziła jej zakotwiczyć się w świadomości subkulturowej gejów[51]. O czym świadczą nagrodzona Bookerem powieść Alana Hollinghursta "Linia piękna" (2004) i autobiograficzna powieść Damiana Barra "Maggie and me" (2013).

Na tym tle Angela Merkel wypada całkiem okazale. Pierwsza w dziejach Niemiec kobieta szefowa rządu jest obecna na Amazonie, gdzie od kilku lat można kupić wyciskacz do cytrusów z główką "Angie" "ze stabilnej masy plastycznej, ręcznie malowany, w żywych kolorach". Ceny w 2021 roku: od 12,99 do 16,99 euro. "Dla singli, mistrzów patelni, kucharzy hobbystów, pożeraczy witamin i dla zgorzkniałych od polityki", zachwala producent[52]. Miłośnicy mody mogą się zabawiać wycinanką, dobierając pani kanclerz garderobę, a to do dyskoteki, a to na poligon albo spotkanie w domu seniora. Największy rozgłos w świecie popkultury przyniosła jej jednak obecność w kultowym klubie Barbie. Na pięćdziesięciolecie najsłynniejszej lalki świata wypuszczono okazyjnie model Merkel Barbie, oczywiście po uzyskaniu zgody Urzędu Kanclerskiego. Zbieżność wyglądu mini-Merkel z oryginałem sprowadza się do fryzury i fatałaszków; czarnego żakietu z trzema guzikami, spodni, różowej bluzeczki i oczywiście sznura pereł. Twarz i figura z talią osy odpowiadają klasycznej laleczce.

Jeśli rozpoznawalność i rzesza zwolenników także w przypadku polityków uchodzą za kryteria popkulturowej popularności, to sama zainteresowana mogła się o tym przekonać, kiedy po zakończeniu szczytu G20 w Buenos Aires w 2018 roku z powodu awarii rządowego samolotu spędziła kilka dodatkowych godzin w stolicy Argentyny. Wieść o wypadzie na tradycyjny stek do dzielnicy Recoleta rozniosła się po metropolii w oka mgnieniu. Przed restauracją zebrały się tłumy. Kiedy kanclerz opuszczała lokal, w górę wystrzeliły smartfony, a frenetyczne owacje nie różniły się od tych, jakie miejscowi zgotowaliby rodakowi Messiemu.

Jako ikona popkultury Merkel trafiła do literatury pięknej. W jednym ze swoich bestsellerów - "Accidental Further Adventures of Hundred-Year-old Man" - umieścił ją szwedzki autor Jonas Jonasson[53], jakkolwiek w niezbyt doborowym towarzystwie, Donalda Trumpa i Kim Dzong Una. Merkel doradza bohaterowi, który na swoje sto pierwsze urodziny przerywa urlop na Bali i nim założy plantację szparagów w Afryce, ukradnie koreańskiemu dyktatorowi pół tony uranu. Równie z przymrużeniem oka została Merkel potraktowana w "Absolutnie fikcyjnym dzienniku prywatnym"[54], skreślonym ręką pierwszego męża niemieckiej republiki. Literacki odpowiednik męża Merkel, profesora chemii, pojęcia nie ma, kim jest Angelina Jolie czy Heidi Klum, i porzuca noworoczne postanowienie, by wziąć się za uprawianie sportu, za to skrupulatnie rejestruje codzienność u boku sławnej małżonki. Od pierwszej chwili, kiedy ta w czterech ścianach domu wypowiada mu wotum zaufania po wypraniu przez niego białej bluzki, którą miała na sobie podczas przemówienia noworocznego.

W rodzinne Uckermark przeniosła Merkel fantazja pisarska Davida Safiera. W kryminalnej powieści "Miss Merkel. Mord in der Uckermark" była kanclerz, od sześciu tygodni na emeryturze, po przeprowadzce z pulsującego życiem Berlina razem z mężem i psiakiem Putinem z trudem przyzwyczaja się do małomiasteczkowego rytmu życia na prowincji. Obiecywane mężowi piesze wędrówki czy pieczenie ciasta nie zaspokajają aspiracji kobiety, przez lata rozdającej karty w klubie światowych liderów. Drugą szansę od życia Merkel otrzymuje, kiedy w nieodległym zamku ginie w tajemniczych okolicznościach baron von Baugenwitz. Pojawia się problem, który trzeba rozwiązać. Merkel wciela się w detektywa. Dysponuje przecież analitycznym umysłem, a otoczenie, w tym przypadku morderca, jak zwykle jej nie docenia.

Zaistniała też szefowa niemieckiego rządu na kartach komiksu z kultowym Kaczorem Donaldem, który postanowił zwiedzić Niemcy i koniecznie odwiedzić ją w Berlinie. Dziś politolodzy i socjolodzy interesują się komiksem politycznym i fanfiction. Badają: "Kto pisze te historie? Jak zmieniają się ich bohaterowie, do jakich autorzy sięgają stereotypów i przede wszystkim, co to mówi o społeczeństwach, w których komiksy powstają?"[55]. Komiks bowiem, jak twierdzą socjolodzy kultury, jako medium alternatywne komunikuje treści, których "brakuje w mainstreamowych mediach"[56].

Rzeczywiste wydarzenia z życia Merkel wykorzystali w swoim komiksie "Miss Tschörmänie" (Miss Germani)[57] Miriam Hollstein i Heiko Sakurai. Ich bohaterka ma charakterystyczne półprzymknięte, podkrążone oczy. "By nikt nie mógł spojrzeć w nie zbyt głęboko, a przy okazji w duszę", wyjaśnił Sakurai, koloński karykaturzysta, autor rysunków[58]. Na okładce, z rzeczonymi workami pod oczami, ze znudzoną miną i wzniesionymi rękami Merkel triumfuje na najwyższym stopniu podium w wieczorowej sukni z wielkim dekoltem, tej samej, którą miała na sobie w dniu otwarcia opery w Oslo w 2008 roku. Jedynej garderobie, która w ciągu szesnastu lat kanclerstwa wywołała medialną burzę. Fabuła komiksu zaczyna się w dniu wyborów do Bundestagu w 2009 roku, czyli pierwszej reelekcji Merkel. Do jednej z berlińskich knajpek na ogłoszenie wyników zachodzą były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder i niedoszły - Edmund Stoiber. Obaj zastanawiają się przy drinkach, jak to się stało, że świat stanął na głowie i Merkel przejęła władzę. Próba rozwiązania tej zagadki, wraz z retrospektywnym spojrzeniem na polityczną karierę szefowej niemieckiego rządu wypełnia sześćdziesiąt cztery strony komiksu.

Podobne wyzwanie, przeprowadzone jednakże innymi metodami, przyświeca poniższej publikacji. Kim jest ta kontrowersyjna kanclerz, najbardziej wypływowa kobieta świata, która przed trzema dekadami była enerdowską prowincjuszką? Jak to możliwe, że bojaźliwa doktor fizyki z Berlina Wschodniego i działaczka młodzieżówki komunistycznej w NRD została liderką i mężem stanu jednego z kluczowych krajów demokratycznego Zachodu? W czym przewyższała innych? Na czym polegały strategie przynoszące jej sukces w politycznej dżungli pełnej drapieżników? Tropem tych pytań podąża poniższa opowieść. A pierwszy trop prowadzi do ojca Angeli Merkel.

CÓRKA "CZERWONEGO PASTORA" - DZIEDZICTWO PROTESTANCKIEGO DOMU

Od czasów Lutra w domu rodzinnym niemieckiego pastora dzieci wyrastały wśród Bacha, Bölla, Biblii i dominującego ojca, w NRD doszła do tego kontrola państwa. Na podglebiu religijnego wychowania i lęku przed inwigilacją państwa dojrzewały niezwykle przydatne w Urzędzie Kanclerskim cnoty: dyscyplina i dyskrecja.

 

">Hajo Schumacher, dziennikarz niemiecki[59]

 
 
Czerwony pastor

"Nie, proszę nie ściągać butów!" - wołał na progu swojego domu 79-letni pastor Kasner do dziennikarzy z prestiżowych niemieckich gazet, którzy po przejęciu przez jego córkę urzędu kanclerza Niemiec tłumnie oblegali w prowincjonalnym Templinie ostatni z szeregowych domków. Przy Wilhelm-Wilcke-Strasse stoją wyłącznie nowe albo świeżo wyremontowane domy, z nieskazitelną czerwoną dachówką, białymi fasadami i wymuskanym trawnikiem. Z ich ogrodów wychodzi się prosto na łąki lub do lasu. "Choć niektórzy sąsiedzi lub znajomi przynoszą ze sobą pantofle. Takie tu panują zwyczaje"[60] - dodawał na tym samym oddechu Kasner. Gdy mówił, w mimice jego twarzy rozpoznać można było córkę. Podobnie jak w gestykulacji rąk. Szczególnie wtedy, gdy natrętnych dziennikarzy szerokim ruchem ramion zapraszał do środka. Do pokoju będącego czymś na kształt salonu albo czytelni. Drewniana podłoga, duże okna, ciężkie firany, przytłaczająca meblościanka, regały zapełnione wyblakłymi grzbietami książek wydanych jeszcze w NRD oraz królujące pośrodku pokoju, wyższe od pozostałych krzesło. Jakby konfesjonał. Cóż za kontrast z nowoczesnymi i modnie urządzonymi salonami w Niemczech Zachodnich czy też upodobnionymi do nich salonami byłych enerdowców. Ale ten pastora Kasnera z powodzeniem oparł się zjednoczeniu kraju. Tak jak on sam. Do końca życia pozostał nieufny wobec importowanego do NRD kapitalizmu, z pełnymi klientów galeriami handlowymi i koncernami zarabiającymi krocie na przemyśle zbrojeniowym.

W 2005 roku pastor Kasner doczekał chwili, gdy leżący na północnym skrawku Brandenburgii kilkunastotysięczny Templin został miastem kanclerskim. Od tej pory na ulicy pojawia się czarne audi. "Wiemy, że to ochrona" - mówią mieszkańcy. Ale się mylą, bo limuzyną audi A8 do Templina przyjeżdża Angela Merkel. Nim została kanclerzem, widziano ją jedynie za kierownicą starego, zielonego golfa, gdy odwiedzała rodzinne miasto.

Sąsiedzi dobrze znali pastora. "Mocno stąpający po ziemi, niekonfliktowy typ" - określa go jeden z nich. O jego przeszłości nikt jednak nie chce mówić. "Rządowy konformista" - oświadcza rencista krzątający się po jednym z ogródków[61].

Urodzony w Berlinie Horst Kasner nie miał jeszcze dwudziestu ośmiu lat, gdy w 1954 roku skończył studia teologii ewangelickiej w Hamburgu. Jego żona była w ostatnim miesiącu ciąży. Młody pastor powinien jak najszybciej rozejrzeć się za jakąś ciepłą posadką, najlepiej spokojną parafią w ewangelickiej, północnej części RFN. Ale jego biskup, Hans-Otto Wölber, zaproponował mu, by udał się do NRD i wspomógł kraj gnębiony ateizmem[62]. W pierwszym niemieckim państwie robotniczym represje dotykały na równi duchownych i wiernych. Smagany przez reżim komunistyczny Kościół ewangelicki cierpiał na dokuczliwy niedobór duszpasterzy. By temu zaradzić, zachodnioniemiecka hierarchia obsadzała pastorami wyświęconymi w adenauerowskiej republice owdowiałe parafie po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Część wykształconych w RFN duchownych sama wyrywała się na drugą stronę. Niektórych fascynował rzekomo sprawiedliwy system społeczny. Większość jednak czuła się misjonarzami. Ekscytowała ich konfrontacja z politycznymi przeciwnościami losu[63]. Jednym z nich był właśnie Kasner. Już wtedy płynął pod prąd. W tym czasie bowiem obywatele kraju Ulbrichta brali nogi za pas i uciekali w przeciwnym kierunku - na Zachód. W roku urodzenia Angeli Merkel, 1954, 180 tysięcy Niemców wyemigrowało z NRD do RFN[64]. By zatamować fale ucieczek, za siedem lat władze w Berlinie Wschodnim wybudują 165-kilometrowy mur. I dla zakamuflowania prawdziwych motywów nazwą go "antyfaszystowskim".

Co skłoniło Kasnera do przesiedlenia się do NRD i pozostawienia w Hamburgu żony w zaawansowanej ciąży? Brakuje dowodów na to, że już wtedy sympatyzował z socjalizmem. Raporty Stasi donoszą, że zajmował raczej "stanowisko reakcyjne" wobec "kraju robotników i chłopów"[65]. Wydaje się więc, że młody pastor kierował się poczuciem silnej lojalności wobec Kościoła. Gdy tylko usłyszał wezwanie biskupa, z dnia na dzień spakował walizki. Jakież silne musiał mieć przekonanie misyjne, skoro zdecydował się na posługę duszpasterską w kraju, w którym religię traktowało się jak opium dla ludu. Taki krok wymagał przecież nie tylko surowości wobec rodziny, ale także wobec samego siebie. Kasner należał jednak do tych, którzy byli gotowi pójść "pod prąd", jeżeli wymagało tego dobro Kościoła[66].

Dzień po jego wyjeździe do NRD, 17 czerwca 1954 roku, przyszła na świat córka Angela Dorota. Sześć tygodni później niemowlak odbył dziewiczą podróż, gdy wraz z matką dołączył do ojca. Warunki, jakie rodzina zastała w brandenburskim Quitzow, w którym jej głowa otrzymała misyjne zlecenie, były odległe od tych, jakie panowały w parafiach republiki Adenauera. Wioska leżała zaledwie 30 kilometrów od granicy niemiecko-niemieckiej, ale straszyła biedą. Jej degrengoladę widać było gołym okiem: niedawno pozbawiono ją szkoły. Przymusowa kolektywizacja wielu chłopów pogrążyła w nędzy, a nawet w depresji. Część z nich popełniła samobójstwo. Dla tych, którzy przeżyli, osoba pastora jak przed wojną była centralną postacią w wiosce. W domach wieśniaków i na plebanii panowały spartańskie warunki. Oprócz gabinetu pastor i jego rodzina mieli do dyspozycji trzy skromne pokoje[67]. We władanie Kasner objął również niewielki kościółek oraz kawałek ziemi parafialnej ze skromnym inwentarzem, uniezależniającym go od marnego zaopatrzenia w sklepach. Pastor nie stawał za pługiem, ale jak przypomina sobie córka, musiał jednak nauczyć się doić kozy, a jego żona gotować potrawy z pokrzyw. Po parafii poruszał się motorowerem. Jeszcze częściej rowerem. Za trudy posługi inkasował marnych 600 marek[68]. Ale misjonarz Kasner nie przejmował się zbytnio wiatrem, jaki wiał mu w twarz. Ciążące na nim brzemię traktował jak wyzwanie.

Zresztą po trzech latach harówki w wiejskiej parafii los uśmiechnął się do niego. Zarządca diecezji brandenburskiej, dziekan Albrecht Schönherr, uznał, że pedagogiczne umiejętności podległego mu duszpasterza, jakie nabył w wielkomiejskim Hamburgu, marnują się na prowincji, gdyż predysponują go bardziej do kształcenia duchownego narybku niż do wygłaszania wiejskich homilii. I awansował go na proboszcza w szesnastotysięcznym Templinie, odległym 80 kilometrów od Berlina. Co istotniejsze, uczynił Kasnera rektorem w miejscowym seminarium, zakamuflowanym pod postacią Stephanus-Stiftung, charytatywnego ośrodka pomocy dla niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo. Przebywało w nim około dwustu osób, głównie umysłowo upośledzonych. Stephanus-Stiftung był w mniejszym stopniu zamkniętym ośrodkiem pomocy społecznej, a bardziej placówką stwarzającą możliwości osobistego, choć ograniczonego, rozwoju. Pacjenci mogli się swobodnie poruszać po całym rozległym obszarze leśnego kompleksu, pracować w ogrodzie, w zakładzie szewskim, przy dojeniu krów. Dzięki płynącej z RFN pomocy finansowej mieli zapewnioną opiekę medyczną. Jednak ogólnie standard był niski.

Waldhof (Leśny Dwór), jak nazywał się cały kościelny kompleks, leżący wraz z plebanią na obrzeżach miasta, składał się z szeregu porozrzucanych murowanych budynków i drewnianych baraków. Z jednej strony graniczył z lasem. Od budynku do budynku prowadziły ścieżki, na których w słoneczne dni głęboko grzęzło się rowerem w piasku. Gdy lało - w błocie. Większość baraków zamieszkiwali pacjenci. Tylko dwa z nich należały do seminarium. Warunki w nim przypominały bardziej te, jakich doświadcza się w prymitywnym schronisku górskim. Mniejsza hala służyła do spania, większa - do wykładów i odprawiania nabożeństw. Oświetlenie było oszczędne, wyżywienie marne, ciepła woda rzadkością. Spartański klimat jak najbardziej odpowiadał osobowości rektora "misjonarza", który stawiał na siłę słowa, nie blichtru. Tę postawę odziedziczy po nim córka.

Seminarium, coś w rodzaju studium podyplomowego, przygotowywało ewangelickich wikarych w diecezji brandenburskiej do drugiego egzaminu dyplomowego - na proboszcza. Wykładano głównie egzegezę Biblii, szlifowano sztukę wygłaszania kazań, opracowywano koncepcje pracy duszpasterskiej i omawiano delikatne zagadnienia relacji Kościół - państwo. Część zajęć prowadził Kasner. Dominujący i władczy w parafii i w czterech ścianach domu, na sali wykładowej z rzadka wcielał się w dogmatycznego profesora. Nie wbijał podopiecznym wiedzy do głowy młotkiem. Raczej zaskakiwał liberalnymi poglądami, zachęcając do otwartych dyskusji i wypowiadania szczerych opinii. Silnie wierzył w moc rzeczowej argumentacji. To także odziedziczy po nim córka. Najwięcej do powiedzenia ojciec Angeli miał w kwestii relacji Kościół - państwo. Kilka lat spędzonych w NRD zupełnie wystarczyło, by przejął od swojego mentora, Schönherra, pogląd o ideowej zbieżności chrześcijaństwa i marksizmu, który myśl zrównania społecznego wyprowadzał z kart Nowego Testamentu i pism Karola Marksa. W warunkach enerdowskich miało to wymiar nie tyle filozoficzny, ile praktyczny. Oznaczało połączenie posługi religijnej z akceptacją rzeczywistości politycznej. "Chcemy Kościoła nie obok, nie przeciwko niemu, lecz w socjalizmie" - brzmiał ukuty przez Schönherra slogan[69]. Zrozumiałe więc, że ten "swoim człowiekiem" obsadził stołek rektora seminarium. Kasner miał kształcić w Brandenburgii kolejne roczniki pastorów lojalnych wobec enerdowskiego państwa.

Rozwój wypadków w NRD tylko utwierdził Kasnera w jego poglądach. Po wybudowaniu w 1961 roku muru berlińskiego, który zatamował ucieczkę Niemców z NRD do RFN, część ewangelickich hierarchów enerdowskich uznała, że trzeba na długi czas pogodzić się z istnieniem państwa rządzonego przez SED (Socjalistyczną Partię Jedności Niemiec) i do jego warunków dostosować posługę duszpasterską[70]. Na szczytach Kościoła ewangelickiego zawiązał się wpływowy krąg duchownych i świeckich Weissenseer Arbeitskreis, szukający strukturalnej współpracy z socjalistycznym państwem. Reżim Ulbrichta, a potem Honeckera zacierał ręce z zadowolenia, że ideologiczny oponent sam się do niego łasił. Co strażnikom enerdowskiego socjalizmu nie przeszkadzało jednocześnie inwigilować państwowców w koloratkach, czym parała się wszechwładna Stasi[71].

Kasner należał do Weissenseer Arbeitskreis. Ba, grał na tym forum pierwsze skrzypce, głęboko przekonany o naturalnej symbiozie marksizmu i chrześcijaństwa[72]. Nic dziwnego, że dał się porwać robiącej furorę w Ameryce Łacińskiej teologii wyzwolenia, a w Europie Zachodniej ruchom "lewicy chrześcijańskiej". Idea zrównania społecznego rodem z Nowego Testamentu i pism Marksa wykluwała się burzliwie na przełomie lat 50. i 60. w różnych punktach globu: od swojego radykalnego symbolu, Chrystusa zatkniętego na karabinie w Ameryce Łacińskiej, poprzez ruch księży-robotników we Francji, aż po stowarzyszenie PAX i księży-patriotów w Polsce[73]. Katolicki rodowód tych ruchów jest bez znaczenia, gdyż jeszcze przed Soborem Watykańskim II (1962-1965) teologia katolicka i protestancka przenikały się nawzajem. Kasnerowi taka postawa przyniosła w środowisku ewangelickim przydomek "czerwonego pastora". Jego parafianie nie zdziwili się zbytnio, gdy po dwukrotnym pobycie w latach 70. w Italii wstrząsanej terrorem lewicowych Czerwonych Brygad zrobił im wykład o tym, że "tylko Komunistyczna Partia Włoch jest w stanie wyciągnąć z konwulsji katolicki kraj"[74].

Kasner nie poprzestał na słowach. Jako enfant terrible Weissenseer Arbeitskreis rozpoczął polityczną akcję odrywania Kościoła ewangelickiego NRD ze struktur ogólnoniemieckich. Ku wielkiemu zadowoleniu władz NRD starania te zostały w 1969 roku zakończone sukcesem. Utworzono odrębną od Kościoła w RFN wschodnioniemiecką prowincję kościelną[75]. Ale w optyce bezwzględnie rządzących w NRD marksistów członkowie Weissenseer Arbeitskreis z Kasnerem na czele byli jedynie dającymi się wykorzystać łatwowiernymi durniami. Udzielali bowiem rządzącym komunistom swojego błogosławieństwa, rozwiewając wątpliwości bardziej krytycznej, choć nieznacznej części społeczeństwa, i to w sposób doskonalszy od jakiejkolwiek maszynerii propagandy władzy. Socjalistyczni chrześcijanie swoją proenerdowską postawą wzbudzili nawet nieufność wśród partyjnych ideologów. W ostatnich latach istnienia NRD przypominali sekciarzy owładniętych ideą nawracania na "prawdziwy marksizm".

Istnieją silne poszlaki wskazujące na to, że Kasner był w jakiś sposób szantażowany przez Stasi. Ale jego współpraca z bezpieką nigdy nie została udowodniona. Natomiast będąc prominentnym aktywistą we wschodnioniemieckim Kościele ewangelickim, działał w towarzysko-politycznym kręgu licznych wysokich rangą duchownych, których kolaboracja ze Stasi została potwierdzona ponad wszelką wątpliwość. Na forum synodu zwycięsko kruszył kopie o oddzielenie Kościoła w NRD od ogólnoniemieckiego w ścisłym porozumieniu z Clemensem de Maizi?re'em (TW "Kałuża", TW "Adwokat") oraz profesorem Hanfriedem Müllerem (TW "Hans Meier", TW "Michael"). Clemens de Maizi?re, czołowy działacz zwasalizowanej wobec SED wschodniej CDU, był z kolei blisko zaprzyjaźniony z szefem partii Geraldem Göttingiem (TW "Göbel"). Natomiast profesor Hanfried Müller, teolog na Uniwersytecie Humboldta, który przeprowadził się do NRD, miał kontakty sięgające samego Biura Politycznego SED. Jego wydział uchodził za bastion stalinizmu. Kasner pozostawał w zażyłych relacjach także z działaczem kościelnym i prawnikiem Wolfgangiem Schnurem (TW "Torsten", TW "Dr Ralf Schirmer"). A poprzez Clemensa de Maizi?re'a i jego syna Lothara de Maizi?re'a (TW "Czerni") miał dostęp do Klausa Gysiego, należącego do absolutnej wierchuszki partii, będącego w randze ministra szefa Urzędu ds. Wyznań. Nie sposób ustalić, na ile te kontakty pozwoliły Kasnerowi w późniejszym okresie wejść w posiadanie dwóch samochodów, prywatnego i służbowego, oraz należeć do "Reisekader", grupy osób cieszących się w NRD nie lada przywilejem, bo mogących wyjeżdżać na Zachód. A Kasner wyjeżdżał przecież nie tylko do RFN. W latach 1974 i 1975 bawił na przykład w Italii. Podejrzenie o konformizm leży więc na wyciągnięcie ręki.

Ale ojciec Angeli Merkel nie był aparatczykiem, politycznym cynikiem oportunistycznie popierającym enerdowski system. W swoich czterech ścianach oglądał zakazaną przez władze zachodnią telewizję. Półki w domowej biblioteczce uginały się od literatury sprowadzanej z RFN, figurującej w NRD na czerwonym indeksie. W latach 80. urządzał nawet spotkania prywatnego "klubu filozofów" w Waldhofie. Uczestniczył w nim zaufany krąg przyjaciół, złożony z krytycznych wobec systemu enerdowskiego przyrodników, fizyków i lekarzy, a niekiedy z naukowców i teologów z RFN. Z tymi ostatnimi Kasner utrzymywał stały kontakt. Dwa razy w tygodniu udawał się do Berlina Zachodniego, skąd w kalesonach szmuglował góry banknotów. Marki zachodnioniemieckie przeznaczał na rozbudowę seminarium w Templinie[76]. Nie miał też żadnych oporów przed utrzymywaniem silnych więzów z rodziną żony w zachodnioniemieckim Hamburgu. Co roku razem z żoną albo tam wyjeżdżał, albo też podejmował jej rodzinę u siebie. Po wybudowaniu muru wzajemne wizyty ustały, najczęstszą formą kontaktu stały się przysyłane z Hamburga paczki od hanzeatyckiej rodziny. Wszystkie te pozasystemowe aktywności tworzą niejednolity obraz "czerwonego pastora". Jego wizerunek tylko w jednym, nadrzędnym punkcie pozostał spójny: gdy duchowny kruszył kopię o pełną harmonię pomiędzy religią a socjalistycznym państwem. Dlatego ojciec Angeli Merkel nigdy nie pogodził się z faktem, że z wymarzonej przez niego syntezy socjalizmu i chrześcijaństwa wyszedł potworny bękart: NRD z wszechwładną Stasi, łamaniem praw człowieka i zanieczyszczaniem środowiska naturalnego.

Jako zwolennik socjalizmu z ludzką twarzą wyraźnie dystansował się podczas przełomu lat 1989/1990 od większości mieszkańców Templina i całej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, którzy frenetycznie witali upadek reżimu Honeckera. W walącej się z trzaskiem NRD nie podzielał powszechnego entuzjazmu dla tworzącego się nowego porządku społecznego rodem z RFN. Z pałką moralności w ręce krytykował konsumpcjonizm, który u progu zjednoczenia kraju RFN eksportowała do NRD[77]. W przeciwieństwie do żony i córki nie wstąpił do żadnej z partii powstałych na wzorach zachodnioniemieckich podczas jesieni 1989 roku. Gdy córka po zjednoczeniu Niemiec znalazła się w gabinecie kanclerza Helmuta Kohla, pastor pomstował na ambonie w Templinie i w regionalnej gazecie: "Żyjemy z konstytucją starej RFN. O uchwaleniu nowej nic nie słychać. Co najwyżej można liczyć na jakąś niewielką korektę lub uzupełnienie. [...] Uwolnieni od dyktatury i monopolu jednej partii, żyliśmy nadzieją na demokratyczny przełom. Ale wpadliśmy w sidła takiego państwa partyjnego, w którym władza wprawdzie pochodzi od narodu, ale nie powraca do niego nigdy. Wystarczy tylko spojrzeć, by stwierdzić, że partie przekształcają państwo w swój łup, a ono samo stało się dla polityków jedynie sklepem samoobsługowym"[78]. Kasner tak bardzo nie cierpiał nowego ustroju, że jako jedyny z rodziny demonstracyjnie zbojkotował w 2004 roku, czternaście lat po zjednoczeniu Niemiec, organizowane przez CDU uroczystości jubileuszu pięćdziesięciolecia własnej córki, gdy ta stała już na czele niemieckiej chadecji. Choć rok później, gdy córka osiągnęła szczyt politycznej kariery i została kanclerzem, "czerwony pastor", nadal potępiając w czambuł jej chadeckie wartości, zasiadł podczas ceremonii zaprzysiężenia na trybunie honorowej w Bundestagu z twarzą promieniującą dumą. Bo podziwiał żelazną konsekwencję, z jaką córka przekuwała w czyn polityczne zamierzenia. W jej pryncypialności, autodyscyplinie, głodzie sukcesu, skromności, surowości wobec innych, a najbardziej wobec samej siebie dostrzegał własne odbicie i swoją protestancką szkołę wychowania. Ona z kolei, choć rozpoznała życiowy dylemat ojca: iluzję marzeń o wolnym Kościele w dobrym państwie socjalistycznym, plecami odwróciła się od socjalizmu, ba, zdystansowała się od światopoglądu ojca. Jednak wielokrotnie indagowana przez wścibskich dziennikarzy wystawiała mu pomnik: "Powiem prosto z mostu. Bez domu rodzinnego w Templinie nie przetrwałabym socjalizmu w NRD"[79]. Przy czym ów "dom rodzinny" to w pojęciu Angeli Merkel dominujący ojciec pastor. Co tłumaczy powyższą ambiwalencję. Generalnie relacje córek z władczymi ojcami są naznaczone na całe życie silnymi, choć sprzecznymi uczuciami. A jakim węzłem gordyjskim Angela Merkel była związana z ojcem, można się było przekonać w 2011 roku, gdy pastor zmarł. Akurat w szczycie kryzysu euro na kilka dni kanclerz odwołała wszystkie spotkania. W dniu pogrzebu z kamienną twarzą, tłumiąc porażający ból, kroczyła za trumną. Silne piętno, jakie wycisnął na niej despotyczny ojciec, wynikało nie tylko z jego władczej osobowości, ale i z socjalizacji w wyjątkowym "biotopie" - na ewangelickiej plebanii w orwellowskim państwie Stasi.

Dziedzictwo protestanckiej plebanii

Pastor Kasner wprowadził córkę do niezwykle ekskluzywnego klubu, którego karty członkowskiej kupić się nie da za największe pieniądze. Jego prominentnymi członkami byli filozof Fryderyk Nietzsche, były prezydent Niemiec Johannes Rau, psychoanalityk Carl Gustav Jung, pisarze Hermann Hesse i Friedrich Dürrenmatt, a także mniej znani w Polsce: premier Turyngii Christine Lieberknecht, terrorystka Frakcji Czerwonej Armii Gudrun Ensslin, filmowiec Hans Geissendörfer, reżyser "Lindenstrasse", niemieckiego odpowiednika telewizyjnego tasiemca "M jak Miłość", czy prezes Commerzbanku Martin Kohlhaussen. Klubowa karta? Wszyscy wychowali się na plebanii jako dzieci protestanckiego duchownego. Język niemiecki ukuł na to specjalne pojęcie: Pfarrerskind. Założycielem klubu był krzepki i krwisty Marcin Luter, który w 2003 roku w plebiscycie publicznej telewizji ZDF na najwybitniejszego Niemca wszech czasów zajął drugie miejsce. Tuż za Konradem Adenauerem. W pokonanym polu pozostali tytani muzyki: Bach, Beethoven, Mozart, geniusze umysłu: Kant i Einstein, polityki: kanclerz Kohl i Fryderyk Wielki, czy wreszcie sam cesarz futbolu Franz Beckenbauer. Reformator religijny z XVI wieku ma na stałe zapewnione miejsce w historii nie tylko jako legendarny twórca protestantyzmu, ale też wynalazca nieznanego katolicyzmowi zjawiska, jakim jest Pfarrhaus, czyli mieszkający na plebanii pastor z rodziną. Mnich augustiański nawoływał: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, bo to Boże dzieło, któremu przeszkadzać nie jest w naszej mocy, jest ono potrzebniejsze niż jedzenie i picie, spanie i czuwanie". I zapewniał solennie, że "zakonnicy i zakonnice, nie pozostając czyści, po cichu plamią się grzechem czy rozpustą". Po czym od słów przeszedł do czynów. Bez zrzucenia habitu ożenił się ze zbiegłą z klasztoru mniszką. Razem z nią dorobił się szóstki potomstwa. Czym, jak to sam ujął, "zamknął oszczercom i hipokrytom gębę"[80]. Dla potomnych stał się protoplastą owego Pfarrhausu, instytucji, która na dobre zadomowiła się w kulturze niemieckiej, splatając w sobie dobroć niebios z ludzką kondycją. Przez niemal pięć wieków Pfarrhaus wyciskał swoje znamię na kolejnych generacjach dzieci pastorów. Jak skrupulatnie wyliczył Johann Friedrich Schulze, katolicki organista z XIX wieku, spośród 1,6 tysiąca znanych Niemców z XIX wieku aż 861 pochodziło z ewangelickiego Pfarrhausu[81]. Najlepszy jego portret wyszedł w 2009 roku spod pióra dziennikarki Anji Würzberg, która jako córka pastora cywilizacyjny wynalazek niemiecki poznała na własnej skórze. Dziennikarka przeprowadziła wywiady z wieloma osobami z podobnym biograficznym doświadczeniem. Nie ma wśród nich Angeli Merkel. Ale zbiór rozmów Anji Würzberg zatytułowany "Ja - dziecko pastora z plebanii" jest wiarygodnym psychogramem kanclerz Niemiec.

W rozmowach powtarzają się te same wątki. Wszystkie dzieci pastorów, które dorastały na plebanii, opowiadają o swoim domu rodzinnym jako oazie spokoju, bezpieczeństwa i stabilizacji. Dominujący pastor-ojciec, pracoholik w winnicy Pana, czuwał nad kierunkiem duchowego i umysłowego rozwoju swoich latorośli. Matka otaczała je ciepłem i uczuciem. Jako żona pastora w czterech ścianach domu zarządzała gospodarstwem. Na zewnątrz prowadziła chór parafialny, kółko biblijne, naukę gry na flecie, przygotowywała niedzielne podwieczorki dla parafian i akcje charytatywne. Mogła wcielić się właściwie w każdą rolę, "byleby nie być sexy i modnie ubrana. Skromna, bez szminki i makijażu"[82]. Dokładnie tak jak u rodziców Angeli Merkel, gdzie role zostały rozdane modelowo. Ojciec, rzadko obecny w domu, gdy się już zjawił, wydawał rozkazy jak z kościelnej ambony. Córką na co dzień zajmowała się matka. Urodzona w Hamburgu Herlind Jentzsch, z wykształcenia filolog klasyczna, niewiele miała do powiedzenia, gdy jej mąż zdecydował się na misję w NRD. A zapłaciła za przeprowadzkę wysoką cenę. Chętnie nauczałaby w szkole przedmiotów, które studiowała, łaciny i angielskiego. Ale w socjalistycznym systemie szkolnym żony pastorów odsunięto od pracy z uczniami. Herlind przed każdym nowym rokiem szkolnym słała listy motywacyjne. Zawsze otrzymywała odmowy. Dopiero w ostatnich latach istnienia NRD zaczęła wykładać łacinę i starożytną grekę w templińskim seminarium. Przeprowadzka zaszkodziła nie tylko jej planom zawodowym. Wybudowanie muru berlińskiego odcięło ją od macierzystego Hamburga. Niepracująca, pozbawiona kontaktu z rodzinnym miastem, w domu poddana silnej dominacji męża, poświęciła się bez reszty wychowaniu trójki dzieci. To dlatego trzydzieści pięć lat po urodzeniu pierwszego dziecka, podczas niemieckiej jesieni 1989/1990, dokonała przeciwko mężowi rebelii, gdy w przeciwieństwie do niego zaakceptowała nowy porządek polityczny importowany z RFN. Zaangażowała się politycznie i wstąpiła do SPD. Z członkostwa w CDU zrezygnowała, gdyż nie mogła zdzierżyć, że na szefa chadecji w Templinie wybrano konformistę, który wcześniej co roku pojawiał się na trybunie honorowej z okazji 1 Maja i narodowego święta NRD. Nawet jeśli kariera Herlind Kasner w SPD nie trwała zbyt długo - w 1998 roku nie wybrano jej ponownie na radną w Templinie - to w pamięci mieszkańców zapisała się jako zaangażowany samorządowiec. Przynależność do odmiennych formacji politycznych w niczym nie zakłóciła wzajemnego stosunku między matką a 35-letnią córką, należącą wtedy do partii chadeckiej. Od początku ich relację cechowała harmonia. Jednak to stosunek z ojcem był dla córki konstytutywny. Jeśli matka uczyła ją sztuki improwizacji, choćby przygotowania kolacji teoretycznie dla czterech, w praktyce dla ośmiu osób, do czego zmuszały warunki życia w NRD, to ojciec uwrażliwiał ją na moc argumentu i siłę logiki. Imponował jej. Niczym u oficera pruskiego "wszystko musiało być zrobione perfekcyjnie. Sam był zresztą bardzo pracowity i dokładny" - wspominała Angela Merkel[83], która w dorosłym życiu przejęła te cechy.

Ale w tym miejscu pojawia się rysa na glazurze Pfarrhausu. Nie tylko w przypadku Angeli Merkel. Bo perfekcyjny i władczy na plebanii i ambonie pastor-ojciec, absolutny autorytet niemal w każdej dziedzinie, także w domu wszystko wiedział najlepiej, nigdy nie popełniał błędów, zawsze miał rację, a dzieciom, jak swoim parafianom, wysoko stawiał poprzeczkę. Kasner na przykład wymagał, by córka już w pierwszej klasie do odległej o ponad kilometr szkoły jeździła na rowerze. Pod dachem Pfarrhausu dzieci pastorów dorastały więc w kulturze psychicznej przemocy, posłuszeństwa i milczenia[84]. Spadał na nie deszcz krytyki, rzadko słyszały pochwałę. Ich życie kręciło się wokół spełniania nakazów i przestrzegania zakazów. Rozmiar i konsekwencje reżimowej dyscypliny, jakiej były poddane, pokazuje nagrodzony Złotą Palmą w Cannes film "Biała wstążka". Łącznie z kumulacją negatywnych emocji, które znajdują ujście w patologicznym sadyzmie ujawnianym natychmiast, gdy zabraknie w pobliżu rodziców. Dla takiej Gudrun Ensslin sprzeciw wobec dyktatury w domu wyraził się z opóźnieniem, gdy jako terrorystka Frakcji Czerwonej Armii uczyniła przemoc formą oporu. U większości dzieci z Pfarrhausu relacja z ojcem ukształtowała w nich "tylko" niepewność własnej wartości, a w późniejszym wieku nieufność, często samotność. Zmusiła do podejmowania dramatycznych starań nakierowanych na potwierdzenie własnej wartości[85]. U Angeli Merkel ta silna potrzeba kompensacji przejawi się w zabiegach o akceptację w gronie szkolnych rówieśników. Zaprowadzi ją także w objęcia prokomunistycznej młodzieżówki. A potem nawet nakręci jej polityczną karierę, by na każdym jej szczeblu mogła z satysfakcją udowodnić ojcu: zobacz, ile osiągnęłam, zobacz, że jestem coś warta!

Duch Pfarrhausu promieniował we wszystkie strony. Dlatego rozmówcy Anji Würzberg mówią też o "silnym duchu wiary", "słuchaniu na okrągło Bacha" i "uginających się pod dziełami Goethego, Schillera i Bölla domowych regałach". "To ostatnie odróżniało plebanie ewangelickie od katolickich, w których wisiały zdjęcia papieża i obrazy Madonny" - wyjaśnia Fulbert Steffensky, były zakonnik benedyktyński, który przeszedł na protestantyzm. Choć biblioteczka pastora nie składała się wyłącznie z dzieł religijnych i wielkiej literatury. Królowały powieści, w tym obowiązkowo wszystkie tomy Karola Maya. Kolega brata Angeli Merkel wspominał po latach, jak wypożyczył od niego wydaną w RFN, a niedostępną w NRD książkę neurologa Hoimara von Ditfurtha: "Coś takiego było dla nas nie do zdobycia"[86]. Zarówno brat Angeli, jak i ona sama musieli zaczytywać się w stojących na półce w salonie białych krukach z zakresu nauk przyrodniczych i ścisłych, skoro obydwoje tak bardzo pasjonowali się fizyką, że wybrali ten kierunek studiów. Z kolei ojciec pisarki Gabriele Wohmann, jednej z rozmówczyń Anji Würzberg, tak bardzo uwielbiał Goethego, że ku utrapieniu żony kupował od razu kilka wydań tego samego tytułu. Wciśnięte między ołtarz i domową biblioteczkę dzieciaki pastorów wielkimi haustami wchłaniały kulturę słowa. "Byłby z ciebie dobry kaznodzieja" - zauważył ojciec przyszłego prezydenta Niemiec Johannesa Raua, gdy usłyszał syna przemawiającego przed rolnikami z Nadrenii. Martin Kohlhaussen, który nim został prezesem Commerzbanku, długo był jego rzecznikiem prasowym, zdradził złotą regułę Pfarrhausu: "Nie można wszystkich konfliktów wynosić na zewnątrz. Usta trzeba umieć zamknąć na kłódkę, a jeszcze lepiej skryć się za wysokim murem, jak w twierdzy. Dotyczy to spraw prywatnych i zawodowych". Angela Merkel lepiej by tego nie spuentowała. Cnotę krycia się za wysokim murem, jak w twierdzy, przyswoiła sobie w domu rodzinnym na plebanii w Templinie. I wykorzystała, pełniąc urząd kanclerza. Kohlhaussen natomiast, zgodnie z maksymą, udzielił dziennikarce tak skąpych odpowiedzi, że nakreślony przez niego autoportret mógłby być autorstwa jego rzecznika prasowego.

Wszyscy rozmówcy Anji Würzberg jak jeden mąż powtarzają także, że ich dom rodzinny nagminnie stawał się przestrzenią publiczną. "Przychodzili do nas zupełnie obcy ludzie, obnażając najbardziej intymne myśli" - wyznała publicystka tygodnika "Die Zeit" Elisabeth Niejahr. I na tym samym oddechu dodała: "Mój ojciec był pastorem przez 24 godziny na dobę. Także w nocy i podczas urlopu". W domu zawsze ktoś przebywał. Reinhard Höppner, były premier Saksonii-Anhalt, pastorska latorośl z Magdeburga, przypominał sobie: "Próby chóru odbywały się w naszym mieszkaniu. Jako dziecko zasypiałem w takt śpiewu z sąsiedniego pokoju". Dom-plebania była jednocześnie zakrystią, biblioteką z czytelnią, konfesjonałem, biurem interwencyjnym i punktem pomocy społecznej. Dzieci od najmłodszych lat, nieco przedwcześnie, słuchały opowieści o nienawiści i pojednaniu, zwątpieniu i nadziei, o rzeczach ostatecznych: życiu i śmierci. Kto wie, czy w ogóle powstałby telewizyjny tasiemiec "Lindenstrasse", gdyby jego autor nie dorastał na plebanii. Hans Geissendörfer jak z czarodziejskiej skrzyni wyciągał do serialu kolejne postaci i historie, które poznał pod dachem domu ojca pastora. Ale ile razy przy śniadaniu słyszał: "Dziś mam pogrzeb", "Nie przeszkadzaj, proszę, piszę kazanie!". "Czy mój ojciec bardziej wolał Boga, czy swoje dzieci?"[87] - zastanawiał się ciągle Friedrich Christian Delius, syn pastora z heskiej Wehrdy, pisarz i członek niemieckiego PEN Clubu. Także Angeli Merkel brakowało w dzieciństwie ojca, zaangażowanego w działalność duszpasterską, charytatywną i wykładową. Popołudniami często wybiegała z domu na prowadzącą do miasta leśną drogę, w nadziei że spotka go tam powracającego. Stęskniona, ale przepełniona bojaźnią przed ciemnym lasem, zawracała. Dopiero gdy ojciec zjawiał się na kolacji, dla córki "wszystko stawało się na powrót piękne"[88].

Dzieci pastorów w sposób jak najbardziej naturalny uczestniczyły w życiu duszpasterskim i liturgicznym. "Roznosiłem gazetkę parafialną do wszystkich domów w parafii, uciekając na podwórkach przed ujadającymi psami. Zawsze z duszą na ramieniu", zwierzył się Anji Würzberg syn pastora. Inne przeżycia były mniej traumatyczne. "W każdą niedzielę o szóstej rano rozpalałem piec koksowniczy, który ogrzewał kaplicę. Łopatą wrzucałem koks do pieca"[89] - odpowiedział w ankiecie Eckhart Freiherr von Vietinghoff, syn pastora z Getyngi, późniejszy zwierzchnik Kościoła w Hanowerze. Dzieci dbały o kwiaty w kościele, zapalały i gasiły świece przy ołtarzu, śpiewały w chórze, biły w dzwony, przygotowywały kanapki i ciasto na spotkanie parafian po niedzielnej liturgii, zajmowały się bezdomnymi, którzy zapukali do drzwi plebanii, pocieszały strapionych, dzwoniących pod nieobecność rodziców. Właściwie cały czas były pod ręką. Popyt na posługę duszpasterską nie ograniczał się, jak praca w banku, do ściśle wyznaczonych godzin. Drzwi plebanii zawsze stały otworem. Jednocześnie rytm tygodnia przebiegał według stałego schematu: poniedziałek - próba chóru, wtorek - zbiórka ministrantów, środa - kółko gry na flecie, czwartek - sprzątanie kościoła, piątek - spotkanie rady parafialnej, sobota - godzina biblijna, niedziela - nabożeństwo. Życie rodziny splatało się z życiem parafii. Czasu wolnego praktycznie nie było. Nic dziwnego, że Angela Merkel po wyjeździe z Templina, jako asystentka w Akademii Nauk w Berlinie, łapała się na tym, że przez cały czas, także w domu, myślała o pracy. "Ale mój ojciec nie mógł oddzielić życia prywatnego od zawodowego" - przyznała[90]. Zapytana, "jak spędziłaby kilka wolnych dni, które nagle by jej spadły z nieba, odpowiada, że posortowałaby książki walające się po mieszkaniu. Albo pojechała do swojego okręgu wyborczego, bo dawno tam nie była, a wyborcy czekają na rozmowę"[91]. Myśl o relaksie nie przyszła jej do głowy. Zresztą go nie potrzebuje, motywację i siłę działania zyskuje dzięki pracy. Inspiruje ją etos protestancki. Religia i wiara są dla niej impulsem do działania, osiągania kolejnych sukcesów. Sporo w tym dziedzictwa ojca pastora.

To właśnie dzięki sprawowaniu przez niego pieczy nad kościelną fundacją dla niepełnosprawnych córka dorastała w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Niektórzy z pacjentów ośrodka pomagali Kasnerom w prowadzeniu gospodarstwa domowego i pracach ogrodowych. Mieszkańcy Templina ze sporym dystansem podchodzili do kalekich pacjentów. W społeczeństwie NRD sprawność fizyczna i wysportowanie uchodziły za cnoty narodowe[92]. Odchylenia musiały jawić się jako wyjątkowe upośledzenie. "Czy ci ludzie mnie szokowali? Wcale nie. Dla mnie ich widok był najzwyklejszy w świecie" - wyznała po latach Merkel[93]. Już w Templinie pojęła, że sprawność fizyczna nie może uchodzić za kryterium afirmacji życia. I tu zderzyła się z aksjologią wschodnioniemieckiego państwa. Zresztą nie tylko w tym jednym punkcie.

Niemieckie państwo robotników i chłopów zatroszczyło się jednocześnie i o to, by córka pastora wyrastała nie tylko w cieniu krzyża, między Biblią, Bachem, kółkiem gry na flecie, ale także by na własnej skórze poczuła jego represyjną dłoń. "Życie na podsłuchu" - brzmi tytuł niemieckiego filmu z 2007 roku, najlepiej portretujący mroczny proceder inwigilacji przez Stasi. I jak najbardziej dotyczący Pfarrhausu w Templinie. Dom pastora Kasnera był pod stałą kontrolą bezpieki, jego telefon na podsłuchu. Swobodnym rozmowom służył spacer po okolicznym lesie. Nieufność, sceptycyzm i ostrożność awansowały do rangi strategii przeżycia. By uciec przed czujnym okiem Stasi, trzeba było stać się niewidocznym, pospolitym. Nie można się było wychylić z szeregu. Tylko jak to osiągnąć, skoro duchowa profesja ojca stygmatyzowała w szkole? Czyniła odmiennym od całej reszty. "Od samego początku podstawówki wyróżniałem się na tle innych. Jako jedyny w klasie nie należałem do Młodych Pionierów Ernsta Thälmanna. Nie nosiłem niebieskiej chusty i odznaki pionierskiej. Nie chodziłem na pochody pierwszomajowe, czym zawalałem stuprocentową frekwencję w klasie"- wyznał Christoph Dieckmann, dziennikarz "Die Zeit", który jako syn pastora dorastał w Sondershausen w Turyngii. "To typowy los dziecka ewangelickiego duchownego w socjalistycznym NRD" - oceniła Bettina Ernst-Bertram, zaangażowana protestantka z niemieckiego Zgorzelca, która zebrała dokumentację dla ponad trzystu takich biografii[94]. Dzieci pastorów "niczego bardziej sobie nie życzyły - kontynuowała Bertram - jak być zwykłymi, normalnymi uczniami. I by nie odpowiadać na sarkastyczne pytanie nauczyciela w szkole: jakiż to numer przed 500 laty wywinął niemieckim książętom Marcin Luter?". Tymczasem Pfarrkinder już swoim wyglądem kłuły w oczy. W przeciwieństwie do reszty szkolnej gawiedzi, ubranej w jednakowe białe koszule Młodych Pionierów, stały na porannym apelu w kolorowych jak papugi sweterkach czy bluzkach. Na lekcjach muzyki "Międzynarodówka" nie przechodziła im przez gardło. Słowa drugiej zwrotki "Nie nam wyglądać zmiłowania z wyroków bożych, z carskich praw" urastały do politycznej rozgrywki między pastorem, jego dzieckiem a marksistowską edukacją szkolną. Podobnie jak w IX i X klasie zajęcia z przysposobienia obronnego. "Cholerny kościół" - przeklinał po cichu, choć z zupełnie innego powodu swój status syna pastora Christoph Dieckmann, gdy ojciec zabronił mu zapisać się także do szkolnej drużyny piłkarskiej. Ta bowiem swoje mecze rozgrywała w niedzielne przedpołudnia, kiedy młody Christoph musiał ślęczeć w kościele. Do dziś jeszcze dźwięczą mu w uszach słowa inspektora szkolnego, grożącego, że nie dopuści do matury żadnego dziecka pastora. Nawet ze średnią 5,0. "Bo skoro nic nie robisz dla ludu, to władza ludu nic nie zrobi dla ciebie"[95].

Angela Merkel dzieliła ten los. W podstawówce w Templinie niektórzy reżimowi nauczyciele wytykali jej pochodzenie klasowe. Nienawidziła więc sytuacji, gdy na głos przed całą klasą musiała podać zawód ojca. Mamrotała wtedy pod nosem, przekręcając słowo Pfarrer (pastor) na podobno brzmiące Fahrer (kierowca)[96]. By powetować sobie społeczną stygmatyzację i zgarnąć pochwałę, jaką lojalnych obywateli obdarzało komunistyczne państwo, zapisała się do Młodych Pionierów, a potem do komunistycznej młodzieżówki Wolnej Młodzieży Niemieckiej (FDJ). Biała koszula, niebieska chusta w pionierach, potem niebieska bluza z żółtą chustą w FDJ rekompensowały jej negatywną etykietkę i ratowały przed osamotnieniem w szkole. A przy okazji podnosiły poczucie własnej wartości. Tym bardziej że bycie córką duchownego w NRD na niektórych rówieśników działało jak czerwona płachta na byka. Odstraszał ich Waldhof. Woleli nie przebywać w pobliżu dziwnych, kalekich ludzi i posiadłości pastora. Co od Angeli Merkel wymagało hartu ducha. Rzecz jasna wpoił go jej ojciec.

Swoje dzieciństwo w Templinie Angela zapamiętała jednak jako jedną wielką idyllę. Tak to przynajmniej dzisiaj przedstawia. Sporo w tej ocenie pobłażliwości, możliwe, że wyparcia przykrych wspomnień czy mniej lub bardziej świadomej chęci idealizacji. Owszem, w dzieciństwie mogła zanurzyć się w leśnych otchłaniach, zbierając jagody, goniąc po łąkach czy kąpiąc się w osłoniętych ścianami drzew krystalicznych, ale zimnych jeziorach, lub z wyjątkowym afektem przypatrywać się bobrom budującym tamy w pobliskim kanale. Co z rozrzewnieniem wspomina. Ale profesja ojca, ów duch Pfarrhausu, niosły ze sobą także dyskomfort, liczne wewnętrzne rozdarcia. I w czterech ścianach domu, i w szkole.

Uczennica między frontami

Do szkoły podstawowej pomaszerowała w roku wybudowania "antyfaszystowskiego muru obronnego". Właśnie to tragiczne wydarzenie tak bardzo utkwiło w pamięci siedmiolatce w idyllicznym Templinie. Dwa tygodnie przed pierwszym w jej życiu dzwonkiem szkolnym, 13 sierpnia 1961 roku, by zatrzymać masową ucieczkę obywateli do kapitalistycznej RFN przez wspólną berlińską metropolię, władze w Berlinie Wschodnim przedzieliły murem i drutem kolczastym wschodnią i zachodnią część aglomeracji. Naturalna jedność miasta legła w gruzach. W geście rezygnacji zrozpaczeni krewni i przyjaciele stali po jednej i drugiej stronie wznoszonego muru, machając do siebie rękami. Na Bernauer Strasse, gdzie domy znajdowały się po wschodniej, a chodnik po zachodniej stronie miasta, mur przechodził dokładnie przez środek kamienic. Rankiem 13 sierpnia kilku śmiałków odważyło się skoczyć na chodnik z okien, nim je pośpiesznie zamurowano. W Berlinie nastrój eksplozji unosił się w powietrzu. "Wojna leżała w zasięgu ręki" - notował w pamiętniku burmistrz Berlina Zachodniego Willy Brandt[97]. Po wschodniej stronie Bramy Brandenburskiej do akcji wkroczyła policja ludowa. Demonstrujących w Berlinie Zachodnim w szachu trzymały oddziały policji z armatkami wodnymi. Ale RFN nie zaryzykowała większego sprzeciwu w obronie jedności miasta. Także USA, Wielka Brytania i Francja nie przystawiły ZSRR noża do gardła. Berlin Wschodni znalazł się za szczelną żelazną kurtyną bloku radzieckiego. Tego dnia Angela Merkel widziała płaczącego w kościele ojca. Dla kogoś, kto dobrowolnie przesiedlił się z RFN i stracił szansę powrotu na Zachód, podział Berlina stanowił dotkliwy cios. Kasner utrzymywał stały kontakt z pastorami zachodnioniemieckimi. Regularnie przemycał od nich gotówkę na utrzymanie Waldhofu[98]. Silne więzy rodzinne łączyły rodzinę z krewnymi w Hamburgu. Jeszcze podczas ostatniego urlopu latem wojażowali volkswagenem garbusem razem z babcią z Hamburga po słonecznej Bawarii. Teraz zostało im jedynie odbieranie paczek z Hamburga. Modne wówczas zupy w proszku, nieosiągalne mydło, polityczną literaturę i ostatni krzyk mody - dżinsy - regularnie wypakowywano na stole w Templinie. Te ostatnie oczywiście dla dorastającej nastolatki, która po skończeniu podstawówki uczyła się w gimnazjum. Dzięki tym paczkom Angela Merkel na pozaszkolne wyjścia udawała się w zachodnich ciuchach. Do szkoły ich nie zakładała, od kiedy dyrektor tak ubranych uczniów odesłał z powrotem do domu. Jako produkt amerykańskiej kultury dżinsy ucieleśniały "klasową wrogość" i godziły w etos kraju robotników i chłopów. Zresztą dyrektor szkoły pouczał swoich podopiecznych także w kwestii paczek z RFN: "Nie otwierać, tylko wysyłać z powrotem". Co Angela Merkel konsekwentnie ignorowała. Z Hamburga otrzymywała też płyty winylowe. Kolejny powód jej dumy i uznania w oczach rówieśników. O co przecież usilnie zabiegała, kompensując w ten sposób brak uznania u autorytarnego ojca i swoją stygmatyzację. W murach socjalistycznej szkoły czuła bowiem na sobie odium córki pastora. Oficjalnie szkoła nie dyskryminowała dzieci duchownych, jednak większość pedagogów z nieufnością odnosiła się do Pfarrkinder. Angela dwoiła się i troiła, by jej status córki duchownego nie rzucił się cieniem na kontakty z kolegami i koleżankami szkolnymi, by ją akceptowano.

Dlatego też na imprezy organizowane przez rówieśników przynosiła niedostępne w NRD, a ubóstwiane przez wszystkich płyty Beatlesów. Zapewniały skok notowań u kolegów. Sama szczególną sympatią darzyła filigranowego Paula McCartneya. Ale na ścianie swojego pokoju powiesiła reprodukcję Paula Cézanne'a, także prezent z Hamburga. I tak jak płyty Beatlesów gadżet, dzięki któremu rosła w oczach szkolnej paczki.

Akurat w okresie, gdy nastolatki wyjątkowo nie cierpią rodzicielskiej kontroli, 13-latka otrzymała samodzielny pokój z oddzielnym wejściem. Idealne miejsce do niezmąconych niczym spotkań z rówieśnikami, którzy walili teraz do niej drzwiami i oknami. Ale samodzielny pokój nigdy nie stał się miłosnym gniazdkiem. Swoją pierwszą sympatię Angela miała poznać dopiero na studiach. W latach gimnazjum nie cieszyła się powodzeniem wśród chłopców. Choć na wygląd uskarżać się nie mogła: zgrabna figura, szczupłe nogi, atrakcyjna fryzura z krótkimi włosami. "Ale już wtedy należała do CDU - Club der Ungeküssten" (klubu abstynentów całowania) - żartował Harald Loeschke[99], jej szkolny kolega. Na zdjęciach z tego okresu widać obok niej więcej uśmiechniętych twarzy dziewczęcych niż chłopięcych. Ale tej najbliższej przyjaciółki, od serca, której ze wszystkiego można się zwierzyć, nie miała. W kontaktach rówieśniczych brakowało jej pewnej dozy lekkości, figlarności, fantazji. Nie potrafiła flirtować. W rozmowach nie brylowała. I cały czas się kontrolowała. Od początku pilna, ambitna i zdolna, ale nieśmiała, przypominała bardziej szarą myszkę skrupulatnie wykonującą polecenia nauczycieli niż prowodyra szkolnego, lidera grupy nadającego ton na przerwach.

Przykładając dużą wagę do akceptacji swojej osoby, pilnowała się, by nie naruszyć solidarności uczniowskiej. Jeśli po szkole palono papierosy, paliła i ona, ku wielkiemu zdziwieniu kolegów i koleżanek. Jako córka pastora "uchodziła za ucieleśnienie moralności"[100]. Sympatię rówieśników pozyskiwała, oferując pomoc. "Kto miał problemy w klasie, zawsze mógł na nią liczyć"[101]. Także w odpisaniu zadania domowego lub ściąganiu na klasówce. Dzięki temu, należąc do najlepszych uczniów w klasie gimnazjalnej, nie miała opinii kujona. Uczyła się wszystkiego jak leci, ale najbardziej lubiła języki: rosyjski i angielski. Dobra znajomość rosyjskiego wynikała po części z praktyki częstych rozmów, które jeszcze jako dziecko prowadziła ze stacjonującymi w Templinie żołnierzami radzieckimi. Jej nauczycielka z gimnazjum przypomina sobie jednak, że pilna uczennica "słówka z rosyjskiego wkuwała nawet na przystanku autobusowym"[102]. Z dobrym efektem: jeśli nawet musiała nosić klamrę na zęby, która uniemożliwiała jej wymowę wibrującego rosyjskiego "r", to w IX klasie jako 15-latka wygrała na szczeblu ogólnokrajowym olimpiadę z rosyjskiego. Czym przysporzyła sporo kłopotów nauczycielce, która musiała się tłumaczyć, że na olimpiadę wysłała córkę pastora, a nie dziecko robotnika fabrycznego. Olimpiadzie przyświecało wprawdzie motto: "Światopogląd marksistowsko-leninowski najlepszym fundamentem przyjaźni", ale laureatka niewiele sobie z tego robiła. W nagrodę pojechała do Moskwy, by stanąć do rywalizacji na szczeblu międzynarodowym.

Brylowała w przedmiotach, których dało się nauczyć z książki. Piętą achillesową okazały się natomiast zajęcia techniczne i sport. Już jako kanclerz przywoła lekcję wuefu, na której przez dobrych 45 minut stała na trampolinie. Skoczyła do wody dopiero równo z dzwonkiem na przerwę. By nie powtarzać skoku. Także w muzyce nie była orłem. Jej śpiew przypominał smętne zawodzenie - wspominał po latach szkolny kolega[103].

Wzorem rówieśników chciała koniecznie wstąpić do Młodych Pionierów, harcerskiej przybudówki komunistycznej partii. Ojciec długo opierał się jej życzeniu. "Każdy musi iść do szkoły, ale nie każdy musi zakładać bluzę pioniera"[104] - perswadował jej w domu. Ideologiczne pranie mózgu w komunistycznej organizacji wychodziło poza granicę dopuszczalnej kolaboracji pastora z systemem. W efekcie jednak nieobecność w czerwonym harcerstwie regularnie pozbawiała Angelę nagród wręczanych najlepszym uczniom na koniec roku szkolnego. Przyznawano je wprawdzie za bardzo dobre świadectwo, ale pod warunkiem, że piątkowy uczeń należał do pionierów. Dlatego laury w klasie Angeli kolekcjonował Bodo Ihrke. Kiedyś ruszyło go sumienie, podszedł do nauczycielki i walnął prosto z mostu: "Angela jest tak samo dobra jak ja". Na co usłyszał, "że to on, a nie Angela, należy do Młodych Pionierów"[105].

Pewnie z tego względu wrażliwy na protestancką cnotę sukcesu pastor Kasner ustąpił naleganiom córki. Założenie najpierw mundurka pionierów, a potem niebieskiej bluzy FDJ nobilitowało Angelę w kręgu rówieśników. W komunistycznym państwie nic nie mogło przynieść większego prestiżu w oczach kolegów i koleżanek niż członkostwo w tych organizacjach. A ponieważ wszędzie tam, gdzie się Angela Merkel angażowała, wkładała serce i duszę, to w komunistycznej przybudówce w pracach organizacyjnych czuła się jak ryba w wodzie[106]. Choć najczęściej pozostawała w cieniu innych. Zdolności przywódczych nie miała. "Nie pchała się na świecznik, nie rozpychała łokciami"[107] - opowiadał Bodo Ihrke, który po zjednoczeniu Niemiec został radnym powiatowym z ramienia konkurencyjnej wobec chadecji SPD. Późniejszą karierę polityczną Angeli Merkel jej koledzy i koleżanki ze szkolnej ławy przyjęli ze sporym zaskoczeniem. Także i z tego powodu, że uważano ją za niezwykle uczciwą, a powszechnie się uważa, że "w polityce obowiązują inne reguły postępowania"[108]. Wyprowadzanie natomiast z członkostwa w komunistycznej młodzieżówce tezy o kolaboracji Merkel z enerdowskim systemem jest czystą fantasmagorią. Albo złośliwością[109].

Pod koniec gimnazjum Templin dla nastolatki stał się nudny. Dokuczliwie brakowało jej teatru. Dużo bardziej niż kina. Do jedynej w mieście kultowej knajpki Cafe am Markt specjalnie jej nie ciągnęło. Przesiadywały tam koleżanki z paczki, z papierosem w ręku wyczekując na księcia z bajki. Jeszcze dziś prowincjonalność miasta kłuje w oczy. Po zjednoczeniu Niemiec kamienice wypiękniały, ulice stały się bardziej kolorowe, ale niezmiennie wieje nudą. Dziewczyny w knajpkach nadal wyczekują na swoich książąt. Z jedną różnicą: w rękach trzymają telefony komórkowe. Wtedy w weekendy szalały jeszcze na dyskotece. Ale nie Angela. Ona wolała albo ze swoją paczką z Templina, albo nawet sama pojechać do Berlina Wschodniego, w którym mieszkała jej babka ze strony matki. U niej mogła dłużej niż w domu oglądać program telewizji zachodnioniemieckiej. A z rówieśnikami pozanurzać się w luksusach, jakie oferowała wschodnioniemiecka stolica: zwiedzając muzea, chodząc na wystawy i koncerty gwiazd estrady NRD. Towarzyskie kontakty w stolicy nawiązywała nie tylko z Niemcami; spotykała się też z Bułgarami, a nawet Amerykanami. W rustykalnym Templinie paczka organizowała też wypady rowerowe lub wycieczki do lasu. W pamięci utkwiła jej kilkudniowa eskapada łódką po wodnych akwenach Uckermarku, krajobrazowo przypominającego polskie Mazury[110].

Od początku edukacji szkolnej, zgodnie z duchem Pfarrhausu, Angela Merkel interesowała się polityką. Szczególnie tym, co działo się po drugiej stronie żelaznej kurtyny w RFN, a co nie należało do kanonu wiedzy w enerdowskiej szkole. I tak znała na pamięć cały skład gabinetu zachodnioniemieckiego czy procedurę wyboru Gustava Heinemanna na prezydenta RFN. Mocno wbił jej się w pamięć rok 1968 i Praska Wiosna. Dla jej ojca porażka czechosłowackiego zrywu oznaczała przekreślenie szans na zaprowadzenie w NRD wymarzonego socjalizmu z ludzką twarzą. Akurat w sierpniu 1968 roku rodzina spędzała urlop w czeskim ośrodku Pec pod Śnieżką w Sudetach. Pastor wynajął tam prywatną kwaterę. Kiedyś Angela Merkel zobaczyła przez przypadek, jak kilkunastoletni syn właścicieli zrywa z kopert znaczek z pierwszym sekretarzem czeskiej partii Nowotnym. "Teraz naszym bohaterem jest Dubczek" - usłyszała. Po powrocie z wakacji swoje przeżycia zaczęła relacjonować podczas godziny wychowawczej. "Szybko zorientowałam się po minie nauczyciela, że zaraz może stać się gorąco"[111]. I przerwała wywód o słuszności czeskiego buntu.

Polityczna lekcja Praskiej Wiosny pochodziła z wyjątkowego źródła pozaszkolnej wiedzy. Rzadko się bowiem zdarza, by przez przypadek znaleźć się samemu w centrum historycznych wydarzeń. Ale wiedzę, której by trudno szukać w podręcznikach enerdowskich, regularnie córce przekazywali rodzice. W domu mogła czytać literaturę przeszmuglowaną w paczkach z Hamburga, słuchać zachodnich stacji radiowych, oglądać zachodnie programy telewizyjne, co u Kasnerów było codzienną praktyką. Jednocześnie jednak rodzice przestrzegali ją, by w szkole nie prowokowała zdobytą wiedzą i lepiej przemilczała niektóre zasłyszane w domu polityczne wice, nie mówiąc o nadsyłanych z Hamburga paczkach. "Nie prowokować" - wbijano jej do głowy. I Angela nie prowokowała.

Krótko przed maturą razem z koleżankami i kolegami z ławki szkolnej zadrwiła sobie jednak z systemu. Ten jeden raz... Jej wychowawca nie chciał o tym mówić. "Ani słowa o Merkel" - powtarzał Charly Horn na progu mieszkania w Templinie, nagabywany przez dziennikarzy. A jego twarz czerwieniała przy tym i nabrzmiewała złością. "W XII klasie doszło do incydentu, o którym nie będę mówił"[112]. Co się wtedy stało? Horn był dla uczniów "swoim chłopem", ale ogólnie belfrem leserem. Gdy przegapił przygotowanie podopiecznych w klasie maturalnej do konkursu szkolnego, ci postanowili dać mu nauczkę i zbojkotować szkolną imprezę. Ale rozgrywka z wychowawcą nabrała wymiaru politycznego. W NRD kto nie był za, był automatycznie przeciw. Szkolnictwo podlegało Ministerstwu Edukacji Narodowej, ale organem kontrolnym była Stasi. O wszystkich incydentach dyrektor miał obowiązek informować służbę bezpieczeństwa. Godnym odnotowania faktem mogła być przesyłka z RFN, wroga wypowiedź ucznia na tematy polityczne lub wagary, interpretowane jako "dywersja ideologiczno-polityczna"[113]. W tym sensie absencja klasy maturalnej w obligatoryjnym socjalistycznym programie kulturalnym od razu zagrażała pokojowi światowemu. Tym bardziej że jako temat przewodni artystycznej produkcji władze szkoły narzuciły wojnę w Wietnamie. Zgodnie z wykładnią obowiązującą w krajach bloku wschodniego Wietnam traktowano jako walkę postępowej idei narodowowyzwoleńczej z imperializmem USA. Rozumiał to świetnie pastor Kasner. I miał świadomość tego, czym w razie bojkotu maturzyści ryzykują: oblaną maturą i utratą miejsca na studiach. Angela Merkel już choćby jako córka pastora musiała jawić się dyrekcji jako prowodyrka politycznego bojkotu. "W ostatniej chwili uległa moim perswazjom. Nie pełniła żadnej funkcji klasowej, ale była ważna. Uczniowie spotkali się u nas w domu i naprędce sklecili program" - opowiada pastor. Ale jaki?! Złożyły się na niego wiersze Christiana Morgensterna. Jeden z nich opiewał życie psa siedzącego na murze. Żaden z nauczycieli o wierszoklecie Morgensternie pojęcia nie miał. Podczas akademii nauczycielskie twarze pokryły się klasowym gniewem, gdy pedagodzy dowiedzieli się, że poeta ma burżuazyjno-mieszczański rodowód. Występujący w wierszu "mur" budził jednoznaczne skojarzenia. Zebrane podczas przedstawienia pieniądze klasa postanowiła w dodatku przeznaczyć nie na rzecz Wietnamu walczącego z USA, lecz na nieznany powszechnie marksistowski ruch rebeliancki Frelimo w Mozambiku. Występ zakończyło odśpiewanie "Międzynarodówki", tyle że po angielsku, w języku kapitalistycznego wroga. Zapachniało prowokacją. Wymierzoną nie tylko w nielubianego wychowawcę i dyrektora gimnazjum, ale także przeciwko powiatowemu inspektorowi szkolnemu, którego żona podczas sławetnego występu siedziała w pierwszym rzędzie. W odbiorze władz oświatowych szkolna produkcja godziła w system socjalistyczny. Skandal szybko zatoczył szerokie koła. Nad maturzystami zawisła groźba niedopuszczenia do matury. W systemie enerdowskim w skład komisji maturalnej wchodził dyrektor placówki, przedstawiciele SED, FDJ, szkolnego inspektoratu powiatowego i powiatowej komisji wojskowej. Maturzysta, który chciał zdawać egzamin i studiować na wyższej uczelni, musiał wykazać się "postawą partyjną" i "przywiązaniem do NRD". Dlatego w klasie maturalnej Angeli Merkel do akcji wkroczyła Stasi. Uczniów przesłuchiwano. Oliwy do ognia dolał wychowawca, który wskazał na swoich krnąbrnych podopiecznych jako jedynych odpowiedzialnych za skandaliczny występ. Nauczyciele sami obawiali się o swoją skórę[114]. W NRD brak konformizmu w najbardziej banalnej nawet sprawie groził politycznymi konsekwencjami. W obawie przed nimi szkoła rozpoczęła nagonkę na winnych dywersji. Zainspirowani przez nauczycieli uczniowie innych klas wywieszali w gazetkach szkolnych pełne oburzenia oświadczenia. Jeszcze większej stygmatyzacji służyło wykluczenie winnych uczniów z ceremonii apelu. Do szkoły zostali wezwani ich rodzice. Ale ci jak jeden mąż wstawili się za uczniami. W potoku oskarżeń płynących pod adresem ich dzieci musieli usłyszeć także i ten zarzut, że ich pociechy przychodzą do szkoły w zachodnich dżinsach. Przebrała się wówczas miara, gdyż znalezienie odpowiedniego ubrania w socjalistycznej rzeczywistości graniczyło z cudem. Wzburzeni rodzice opuścili w proteście zebranie. Co nie polepszyło położenia maturzystów. Kasner doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i zagrożonych studiów córki. Wiedział, że "system" pała żądzą ukarania uczniów. "Jeden z informatorów powiedział mi, że muszę poprosić o interwencję wysoko postawioną osobę" - wspominał[115]. Zwrócił się więc do biskupa Albrechta Schönherra, który incydent szkolny załagodził na samych szczytach - w sekretariacie do spraw kościelnych w Komitecie Centralnym SED. Jednocześnie Kasner napisał petycję skierowaną do władz SED, którą jego córka przedłożyła najważniejszemu duchownemu w Kościele ewangelickim NRD Manfredowi Stolpemu. Incydent ten lepiej niż cokolwiek innego ilustruje pozycję polityczną "czerwonego pastora". Szkolny kawał, zamiast zakończyć się karą dla maturzystów, w tym dla panny Kasner, przyniósł im jedynie naganę ze strony rady pedagogicznej szkoły. I to bardziej wirtualną, ponieważ nie została umieszczona na świadectwie maturalnym. Maturę i miejsce na studiach gimnazjaliści uratowali. "System" ukarał pedagogów, zdaniem władz szkolnych i partyjnych odpowiedzialnych za niską świadomość polityczną maturzystów. Wychowawcę przeniesiono karnie do innej szkoły, a dyrektora i radę szkoły wymieniono.

Dla uczennicy Angeli, jak ognia unikającej konfrontacji z socjalistycznym systemem, incydent ten pozostaje dowodem nonkonformizmu w jej enerdowskiej biografii. Jak ojciec łączyła w sobie sprzeczności: religijność z przynależnością do FDJ, wrodzony introwertyzm z działalnością społeczną, polityczny konformizm z noszeniem zachodnich dżinsów. Ale schizofrenię osobowości na większości wymuszał system. W NRD żyło się w dwóch światach. Kiedy nauczyciel składał wizytę w domu, przełączano siódmy, zachodnioniemiecki kanał TV, na piąty, wschodnioniemiecki. Socjalistyczne slogany płynęły z ust jak górski strumień, podczas gdy większość zachowywała dystans do systemu politycznego NRD. Córka pastora do ostatniego dnia w Templinie znajdowała się między frontami. Jej szkolny kolega Loeschke, który później został tam komendantem policji, opowiadał interesującą historię: "Ostatni raz widzieliśmy się na dworcu kolejowym w Prenzlau. Ona jechała do Lipska studiować fizykę, ja do szkoły policyjnej w Aschersleben. Gdy chciałem ją pozdrowić, udała, że mnie nie zna. Byłem w mundurze. I Angela Merkel się mnie wstydziła"[116].

Spuścizna Pfarrhausu kapitałem w polityce

Na dzieciństwo i lata szkolne Angeli mentalność Pfarrhausu wywarła tak silne piętno, że nadal pozostaje pod jego wpływem. Bo także dziś potrzebuje przestrzeni, do której, jak do twierdzy, nie wedrze się nikt. W latach NRD wysokie mury Kościoła strzegły jej prywatności przed inwigilacją komunistycznego państwa. Strategia przeżycia gwarantowała utrzymanie więzów z tymi, którzy również szukali ochrony przed "obcymi z zewnątrz": policją, szpiclami, komunistami, wścibskimi sąsiadami. Angela stale musiała uważać na to, co i do kogo mówi, jak daleko może się posunąć. Jak wtedy, gdy relacjonowała na lekcji swoje wrażenia z Praskiej Wiosny. Jednym niepotrzebnie wypowiedzianym słowem mogła narazić na niebezpieczeństwo siebie, rodzinę, przyjaciół. A skoro i później także znalazła się na celowniku, tym razem mediów, rywali i wrogów politycznych, to swoją strategię przetrwania wyniesioną z ewangelickiej plebanii implantowała w prezydium CDU, najważniejszym gremium partii, oraz w Urzędzie Kanclerskim. Otoczyła je wysokimi murami, za którymi chroni siebie i swój team. Każdy współpracownik Urzędu Kanclerskiego czy prezydium partii wiedział, że jeśli nie utrzyma języka za zębami, wyleci. Kto bowiem raz znalazł się pod obserwacją, ten stale kontroluje swoje uczucia i myśli. Ta powściągliwość, perfekcyjna autokontrola i dyskrecja wraz z samodyscypliną okazały się niezwykle przydatne na stanowisku szefa CDU i kanclerza kraju. Bo nakładając sobie knebel, Merkel unikała rozgłosu i upublicznienia swojego życia prywatnego. Nie jest też pyszałkowatą polityk celebrytką. A to właśnie ten archetyp, rozkoszujący się własnym ekshibicjonizmem i serwujący na tacy mediom swoje życie prywatne, dużo częściej pada ofiarą skandalu politycznego czy obyczajowego, ginąc ostatecznie w politycznym niebycie. Włoski ekspremier Silvio Berlusconi i francuski eksprezydent do spółki z Carlą Bruni czy niedoszły Dominique Strauss-Kahn nie są jedynymi, choć najbardziej prominentnymi - zmiecionymi przez wiatr historii. Tymczasem Angela Merkel nie skalała się ani jednym skandalem. Ale cóż Niemcy wiedzą na przykład o jej mężu, profesorze chemii Joachimie Sauerze? Aż tyle, że ochrzcili go "fantomem"[117]. Wszystko, co o nim wiadomo, pochodzi wyłącznie z ust samej Merkel. W skromnych ilościach i dobrze przefiltrowane. "Tyle, ile jest konieczne, by przeżyć" - wyjaśnia kanclerz ze smutkiem. Ot, choćby to, że mąż czasami przegląda rękopisy jej przemówień. Albo skrytykował jej wystąpienie w Bundestagu: zbyt często podnosiła palec w geście ostrzeżenia. I że ona sama zachwyca się jego opanowaniem. W jednym z talk-shows okrzyknęła go "superfacetem", a konwersacje z nim nazwała "esencjonalnymi", bez których jej myślenie byłoby "jednowymiarowe". Z kolei w innej rozmowie telewizyjnej zdradziła, że bardzo lubi gotować mężowi obiady rodem z ciężkiej kuchni niemieckiej: rolady, kotlety, kartoflankę. Na sylwestra pieczoną gęś i oczywiście placek ze śliwkami, za którym sama nie przepada. Po kilku latach kanclerstwa przeciekło jeszcze do prasy i to, że pralkę w domu włącza ona, ale męża profesora wysyła w weekendy z kartką na zakupy. Tajemnicą poliszynela jest także i to, że "pija kawę za kawą", boi się burzy, a "kiedy obiera warzywa w kuchni, przychodzą jej do głowy genialne rozwiązania polityczne"[118].

Kiedyś zdradziła tygodnikowi "Der Spiegel", że "w jednej czwartej płynie w niej polska krew"[119]. Czy dlatego w Elblągu taksówkarze pokazują turystom "dom Merkel"? Neoklasycystyczną kamienicę z płaskorzeźbami na fasadzie i kutymi balustradami na balkonach? Stoi ona dokładnie naprzeciwko stacji PKP, przy głównej ulicy miasta, prowadzącej z dworca do centrum. W 2007 roku, po przejęciu rządów przez PO Donalda Tuska, kamienicę odnowiono. Prezent premiera Kaszuba dla krajanki? Faktycznie przed stu laty, gdy Elbląg należał do Prus, mieszkali w niej przodkowie dzisiejszej kanclerz - po kądzieli. Emil Richard Drange z żoną Emmą i czwórką dzieci, jak wyszperał historyk elbląski Lech Słodownik. Jak na członka magistratu przystało, Emil Drange zajmował przestronne, dwustumetrowe mieszkanie na pierwszym piętrze. Syn prostego młynarza zrobił oszałamiającą karierę urzędniczą w cesarstwie niemieckim. Ale nie miał nic wspólnego z polskością. Urodził się w 1866 roku w państwie Hohenzollernów na Dolnym Śląsku, w Unruhstadt (dzisiejszej Kargowie) w powiecie Babimost. A ożenił z pięć lat młodszą Emmą Wachs, rodem z pobliskiego Rietscheitz (dzisiejszych Jerzmanowic koło Głogowa). Także Emma była kobietą o niemieckich korzeniach. Jej matka nosiła typowo niemieckie nazwisko Günther. W ostatniej dekadzie XIX wieku Emil i Emma byli już małżeństwem. W 1891 roku urodziła się im pierwsza córeczka Gertrud. Siedem lat później rodzina przeprowadziła się z Głogowa do Elbląga, w którym Emil otrzymał posadę asystenta magistrackiego. Ambitny ojciec rodziny wdrapywał się po kolejnych szczeblach urzędniczej kariery. Aż dochrapał się tytułu nadsekretarza miejskiego, najwyższego, jaki mógł osiągnąć człowiek jego stanu. Żył skromnie, pomieszkując z rodziną w mieszkaniach czynszowych. Dopiero w 1910 roku z uciułanych oszczędności i dzięki wsparciu majętnych rodziców żony nabył reprezentacyjną, trzypiętrową kamienicę. Z tyłu domu spełniony ojciec sadził jodły z okazji narodzin kolejnych pociech. Sukces życiowy Emil Drange opłacił jednak utratą zdrowia. Zmarł jeszcze przed pięćdziesiątką. Wdowa pozostała w mieszkaniu z dziećmi. Najstarsza z córek, 22-letnia Gertrud, obrała jedyną możliwą wtedy dla kobiet drogę kariery - została nauczycielką. Niedługo jednak pomieszkała z matką pod jednym dachem. Poszła za głosem serca, wychodząc za mąż za Williego Jentzscha, dyrektora gdańskiego gimnazjum. W 1921 roku przeprowadziła się do niego. Ale i Willi Jentzsch nie miał polskiego rodowodu. Gniazdo rodzinne Jentzschów znajdowało się w niewielkiej miejscowości Wolfen w Saksonii. Końcówka nazwiska "-icz" (-tzsch), sugerująca polskie pochodzenie, występuje powszechnie w środkowych Niemczech, także w nazwach miejscowości, i ma nie polskie, tylko serbsko-łużyckie korzenie. W 1928 roku Jentzschom urodziła się córeczka Herlind, matka Angeli Merkel. W Gdańsku mieszkali oni do 1936 roku. Nie wiadomo, czym się kierowali, gdy przeprowadzili się do portowego Hamburga.

Zagadkę enigmatycznego stwierdzenia Merkel, która o rodzinie nie opowiada, rozwiązał dziennikarz monachijskiej gazety "Süddeutsche Zeitung" Stefan Cornelius. Jej dziadek nazywał się swojsko Ludwik Kazimierczak[120]. Na świat przyszedł w 1896 roku w niemieckim od czasów drugiego rozbioru Polski Poznaniu, kilka lat po ustąpieniu z urzędu żelaznego kanclerza Bismarcka. Był nieślubnym dzieckiem niemajętnej Anny Kazimierczak, mieszkającej wraz z synem na Grabenstrasse 14/56 (dziś ul. Grobla). Po przyłączeniu Wielkopolski do powstałego po upadku Cesarstwa Niemieckiego państwa polskiego spakował walizki, osiedlił się w Berlinie i został policjantem. Musiał czuć się Niemcem do szpiku kości, skoro nie tylko dał nogę z Polski, ale w 1930 roku, w szczytowym okresie napięcia między Republiką Weimarską i II Rzecząpospolitą Piłsudskiego, zmienił nazwisko na Kasner. Urodzony w 1926 roku jego syn, późniejszy ojciec Angeli Merkel, wchłaniał już wyłącznie niemiecką kulturę. I to w takim zagęszczeniu, że wybrał powołanie pastora luterańskiego. Jego córka z polskością nie ma nic wspólnego. Dziadka nigdy nie poznała. Zmarł, nim się urodziła. Ni w ząb nie rozumie też języka polskiego. Jej polskie pochodzenie nie ma absolutnie żadnego przełożenia na jej politykę wobec Polski. Merkel nie kieruje się sentymentem, tylko wyłącznie niemiecką racją stanu. I trzyma język za zębami. Tak jak jej mąż profesor Joachim Sauer, który jak ognia unika mediów. Opinia publiczna w Niemczech do dziś dysponuje zaledwie kilkoma jego cytatami. Najdłuższa z tych wypowiedzi pochodzi z maila napisanego kilka dni przed wyborem żony na kanclerza Niemiec, we wrześniu 2005 roku: "Zdecydowałem się nie rozmawiać z dziennikarzami i nie udzielać im żadnych wywiadów, które nie dotyczą mnie jako nauczyciela akademickiego, a które odnosiłyby się do politycznej działalności mojej żony"[121].

Niezwykle rzadko pojawia się w blasku fleszy u jej boku. Nawet podczas jej pierwszego zaprzysiężenia na kanclerza nie siedział na trybunie, tylko w swoim uniwersyteckim laboratorium. Kilkukrotnie zdarzyło mu się publicznie wystąpić w roli First Husband, w 2009 roku nawet trzykrotnie: na szczycie NATO w Baden-Baden, podczas wyborów prezydenta Niemiec w Bundestagu i na festiwalu Wagnera w Bayreuth. W 2011 roku towarzyszył żonie podczas spotkania z papieżem Benedyktem XVI, który składał wizytę w Niemczech. Sporadycznie uczestniczył też w szczytach G8. Monsieur Merkel, jak go nazywał były prezydent Francji Nicolas Sarkozy, jeżeli był obecny u boku żony na szczytach nieformalnego rządu światowego, to bez kompleksów brał udział w tak zwanych programach kobiecych, przygotowywanych każdorazowo przez gospodarza szczytu dla towarzyszących mężom pierwszych dam. W Berlinie zmieniono nawet nazwę tych programów - z "Damenprogramm" na "Partnerprogramm".

Także matka Angeli Merkel bojkotowała mikrofon. Brat Marcus, fizyk na uniwersytecie w Magdeburgu, raz udzielił wywiadu lewicowemu dziennikowi z Berlina "Tageszeitung", ale ani razu nie zająknął się przy tym o siostrze. Pastor Kasner do końca życia unikał mediów oraz tematu córki. "To nie jest w moim stylu"[122] - odpowiadał pukającym do jego drzwi dziennikarzom. Cały klan Merkel skrywa się za murami twierdzy. Wszyscy jego członkowie mentalność Pfarrhausu mają we krwi, wszyscy praktykują strategię milczenia. A może Angela Merkel miałaby ją zmienić? Może jej wyborcy powinni wiedzieć, co we wtorki porabia profesor chemii? Kogo pani kanclerz w swoim urzędzie nie lubi i za co? Czyż Merkel nie stałaby się wtedy bliższa swoim wyborcom? Cóż za niedorzeczność! Dlaczego miałaby zmieniać strategię, która przyniosła jej sukces? Angela Merkel wiedziała doskonale, że długi język i celebryckie maniery prowadzą do zguby. Jeżeli ktoś chciał rozkwitać w świetle jupiterów, proszę bardzo, ale nie ona. Dlatego też sprawdzoną w NRD strategię milczenia z powodzeniem stosowała w chadeckiej centrali i w Urzędzie Kanclerskim. Ku rozczarowaniu wścibskich dziennikarzy z posiedzeń jej gabinetu i z codziennych porannych narad nie wychodziły żadne przecieki. W obrębie wysokich murów powiedzieć można było wszystko. Poza nimi najlepiej nic. Jeśli w NRD wokół Pfarrhausu krążyły szakale z bezpieki, to wokół Urzędu Kanclerskiego czaiły się zawsze gotowe do rozszarpywania dziennikarskie hieny i sępy. Paparazzi polowali na nią dniem i nocą. Bezskutecznie. Także dlatego, że Angela Merkel, inaczej niż armia współczesnych polityków, dzięki protestanckiej cnocie skromności i żelaznej samodyscyplinie nie ulegała magii blichtru i próżności. Unikała pułapek, w które często wpadają politycy. Bo trudno wyobrazić sobie, by rozstała się z mężem, zamieniając go na hollywoodzkiego aktora czy nawet na Reinholda Messnera, z którym razem wędrowała po wysokich Alpach. Imprezy bunga bunga? Wykluczone. Podobnie jak korupcja. Merkel odmówiła nawet sławnym projektantom mody, gotowym do zasypania ją darmowymi kreacjami. Dlatego nie trafiała na języki i na pierwsze strony kolorowej prasy. Wychowana w surowości protestanckiego domu rodzinnego, dzięki dyskrecji i brakowi próżności, mocno trzymała się w kanclerskim siodle.

PRZYPISY
[1] Erwin Pröll, Ausser Dienst. Ein neuer Anfang, Wien 2020, s. 23.
[2] Olga Doleśniak-Harczuk, Merkel będzie władać dożywotnio, "Niezależna Gazeta Polska Nowe Państwo", 2/2017, s. 72.
[3] Herlinde Koelbl, Spuren der Macht: die Verwandlung des Menschen durch das Amt; eine Langzeitstudie, München 1999, s. 61.
[4] Jürgen Leinemann, Schaden an der Seele, "Der Spiegel", 24/2002, 9.06.2002, s. 76.
[5] Werner Gross, Sucht ohne Drogen, Frankfurt am Main 2003.
[6] Max Weber, Politik als Beruf, München-Leipzig 1926, s. 52.
[7] Václav Havel, Ich beginne, mir verdächtig zu sein. Vaclav Havel blickt mit dem kritischen Augen eines Intellektuellen auf das Phänomen der Macht, "Frankfurter Rundschau", 19.06.1991, s. 6.
[8] Jürgen Leinemann, Sehstörung oder die Droge Politik, "Aus Politik und Zeitgeschichte", 1-2/2004, 12.01.2004, s. 4.
[9] Jürgen Leinemann, Schaden an der Seele, op. cit., s. 79.
[10] Barbara Tuchman, Szaleństwo władzy. Od Troi do Wietnamu, Katowice 1992, s. 314.
[11] Erwin Pröll, Ausser Dienst, op. cit., s. 25.
[12] Zob.: Marco Politi, Pope Francis among the Wolves. The Inside story of a revolution, N. York 2015.
[13] Artykuł 19, ustęp 1 (Grundgesetz) określa ramy czasowe wyborów, najwcześniej 46, a najpóźniej 48 miesięcy od rozpoczęcia każdej, bieżącej kadencji parlamentu. A ta w przypadku obecnego Bundestagu liczy się od dnia jego ukonstytuowania, 24 października 2017 roku. Oznacza to, że Niemcy do urn muszą pójść między 25 sierpnia a 24 października 2021 roku. Termin precyzują dwa kolejne kryteria. Pierwsze wynika z zapisu w ustawie o wyborach do Bundestagu (§ 16. des Bundeswahlgesetzes) i dniem wyborczym ustala niedzielę. Inaczej niż w Wielkiej Brytanii, w której głosuje się w czwartek, czy w USA - we wtorek. Według drugiego kryterium wybory nie mogą przypaść na okres ferii szkolnych (Wahl zum 19. Deutschen Bundestag am 24. September 2017, [w:] Bundestagswahl 2017, https://www.bundeswahlleiter.de/bundestagswahlen/2017.html [dostęp 3.02.2021]). A letnie ferie w 2021 roku trwają w Badenii-Wirtembergii do 11 września, w Bawarii do 13 września. I skoro tym razem jesienne ferie zaczynają się w landach kolejno od 2 października, przekreśla to datę wyborów w październiku. Wyjątek stanowi niedziela 3 października, pokrywająca się jednak z dniem święta narodowego (Tag der Deutschen Einheit). W efekcie data wyborów w 2021 roku ogranicza się więc do dwóch niedziel, 19 lub 26 września. Finalny termin ustala prezydent na sugestię rządu osiem miesięcy przed wyborami, w styczniu 2021. Jego wybór padł na 26 września.
[14] Is Annegret Kramp-Karrenbauer "a mini-Merkel"?, trtworld.com, https://www.trtworld.com/video/the-newsmakers/is-annegret-kramp-karrenbauer-a-mini-merkel/5cde6864c8625f7183a0a0d0 [dostęp 23.02.2021].
[15] Peter Köhler, Die besten Zitate der Politiker: Mehr als 1.000 prägnante Sprüche. Geistreich und kurios, Schlütersche 2010, s.191.
[16] Bernd Haunfelder (red.), Aus Adenauers Nähe. Die politische Korrespondenz der schweizerischen Botschaft in der Bundesrepublik Deutschland 1956-1963. Diplomatische Dokumente der Schweiz, Bern 2012, s. 68.
[17] Tak pisał np. londyński "Time" 19 grudnia 1960 roku, zob.: Wolfram Bickerich, Franz Josef Strauss. Die Biographie, Düsseldorf 1996, s. 165.
[18] Peter Rutkowski, Erkenntnis kommt nicht zu spät, "Frankfurter Rundschau", 14.08.2020, https://www.fr.de/zukunft/storys/75-lektionen-mut/erkenntnis-kommt-nie-zu-spaet-wie-der-atomforscher-otto-hahn-gegen-die-bundesregierung-vorging-90023855.html [dostęp 03.02.2021].
[19] Carlo Schmid, Erinnerungen, Bern-München 1981, s. 755.
[20] Zob. H.G. Lehmann, Deutschland-Chronik 1945 bis 2000, (Schriftenreihe der Bundeszentrale für politische Bildung), t. 366, Bonn 2000, s. 150.
[21] Horst Osterheld, Ich gehe nicht leichten Herzens. Adenauers letzte Kanzlerjahre: ein dokumentarischer Bericht, Grünewald, 1986, s. 262-275.
[22] Zob. Kurt Georg Kiesinger. Dunkle und helle Jahre. Erinnerungen 1904-1958, Stuttgart 1989; Philipp Gassert, Kurt Georg Kiesinger 1904-1988. Kanzler zwischen den Zeiten, München 2006.
[23] Verabschiedung von Bundeskanzler Erhard, 56. Kabinettssitzung, am 30. November 1966, Das Bundesarchiv, Kabinettsprotokoll https://www.bundesarchiv.de/cocoon/barch/1111/k/k1966k/kap1_2/kap2_49/para3_1.html [dostęp 3.02.2021].
[24] Lukas Wagner, Desiree Steppat, Ludwig Erhard und Kurt Georg Kiesinger, [w:] Thomas Birkner (red.), Medienkanzler: Politische Kommunikation in der Kanzlerdemokratie, Springer, 2015, s. 100.
[25] Verhandlungen des Deutschen Bundestages, Stenographische Berichte, t. 63, Bonn 1967, s. 3656.
[26] Rudolf Augstein, Kiesinger, "Der Spiegel", 28/1969, 7.07.1969, s. 19.
[27] Willy, Willy, Willy, "Der Spiegel", 40/1969, 30.09.1969, s. 21.
[28] 86-pokojowy barak, nawet nie własność, tylko dzierżawa, od 1951 do 1975 roku służył SPD za siedzibę jej centrali w Bonn. Prowizoryczność rozwiązania miała podkreślać wolę socjaldemokratów do przeniesienia stolicy kraju do Berlina oraz ich sprzeciw wobec powojennego podziału Niemiec. Zob. Martin Bredenbeck, Constanze Moneke, Martin Neubacher (red.), Bauen für die Bundeshauptstadt, Bonn 2011, s. 115-119.
[29] Zob. Jürgen Seifert, Thesen zur Bundestagswahl 1976, [w:] "Zeitschrift für Kritische Sozialwissenschaft", 6(25)/1976, s. 7.
[30] Zob. Albrecht Müller, Brandt Aktuell. Treibjagd auf einen Hoffnungsträger, Frankfurt am Main 2013.
[31] Bund mit dem Teufel, "Der Spiegel", 7/1995,12.02.1995, s. 24.
[32] August H. Leugers-Scherzberg, Herbert Wehner und der Rücktritt Willy Brandts am 7. Mai 1974, "Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte", 2/2002, s. 321.
[33] Sybille Klormann, Britta Udelhoven, Der Imagewandel von Helmut Kohl, Gerhard Schröder und Angela Merkel Vom Kanzlerkandidaten zum Kanzler - Ein Schauspiel in zwei Akten Inszenierung und Management von Machtwechseln in Deutschland, 2/2008, Centrum für angewandte Politikforschung, 2008, s. 12.
[34] Helmut und Helmut, "Der Spiegel", 10/2014, 1.03.2014, s. 32.
[35] Patricia Clough, On trial: the colourless man from the sticks, "The Times", 27.09.1982.
[36] Matthias Deiss, Die Führungsfrage: CDU und CSU im zwischenparteilichen Machtkampf, München 2003, s. 28.
[37] Klaus Warnecke, F.J. Strauß im Zwielicht der Geschichte, München 1980, s. 41.
[38] Karl Hugo Pruys, Jean-Paul Picaper, Helmut Kohl: die Biographie, 1996, s. 202.
[39] Heribert Schwan, Tilman Jens, Vermächtnis: Die Kohl-Protokolle. Mit den offiziell vom Landgericht Köln erlaubten Passage, Heyne Verlag, 2014, s. 78.
[40] Franz Josef Strauss gegen Helmut Kohl, film dokumentalny, reż. Michael Wech.
[41] Pozycja Straussa za rządów Kohla, ale też w okresie chadeckich Adenauera, Erharda i Kiesingera, była splotem indywidualnej roli Bawarczyka i zespołowej gry CSU. Bawarscy chadecy, kilkukrotnie mniej liczni od ogólnoniemieckiej CDU, zawsze mieli silną reprezentację w chadeckich rządach w Bonn. Ich współpraca zaczęła się tuż po wojnie, kiedy w 1946 roku dwie, wtedy ideowo bliźniacze partie, podzieliły się strefami wpływów. Od tej pory, by zagłosować na chadecję w Bawarii, trzeba postawić krzyżyk przy CSU, w pozostałych landach przy CDU. Ale od pierwszych wyborów w 1949 roku obydwie partie tworzą jedną frakcję parlamentarną. Początkowo konserwatywna CSU grupowała tylko katolików. Potem rozszerzyła się na protestantów i stała się ponadwyznaniową partią ludową. Od początku dzierżyła rząd dusz w Bawarii, nieprzerwanie, z wyjątkiem jednej kadencji, sprawując w niej rządy, a za rządów Straussa udało się jej zamienić kraj agrarny w najbogatszy high-tech land w RFN.
[42] Karl Hugo Pruys, Helmut Kohl: der Mythos vom Kanzler der Einheit, Berlin 2004, s. 46.
[43] Frank Bösch, Macht und Machtverlust. Die Geschichte der CDU, Stuttgart 2002, s. 130.
[44] Der letzte Tango, "Der Spiegel", 23/1998, 1.06.1998, s. 23.
[45] Wszystkie trzy cytaty za: Gregor Schöllgen, Als der Deckel vom Kessel flog, "FAZ", 22.09.2015.
[46] Nikolaus Brender über die historische Elefantenrunde 2005. "Schröder war voll von Testosteron", ntv, 5.09.2013, https://www.n-tv.de/politik/Schroeder-war-voll-von-Testosteron-article11301401.html [dostęp 3.02.2021].
[47] Reinhard Zweigler, Krisenkanzlerin in Dauerstress, Presseportal, 26.11.2020, https://www.presseportal.de/pm/62544/4775381 [dostęp 3.02.2021].
[48] Angela Merkel, the queen of Europe, "The Thelegraph", 18.08.2013, https://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/germany/10251271/Angela-Merkel-the-queen-of-Europe.html [dostęp 3.02.2021].
[49] As Obama Exits World Stage, Angela Merkel May be the Liberal West's Last Defender, New York Times, 12.11.2016, https://www.nytimes.com/2016/11/13/world/europe/germany-merkel-trump-election.html [dostęp 23.02.2021].
[50] Jörg Uwe Nieland, Pop und Politik, Köln, 2009, s. 394.
[51] Beniamin Kłaniecki, Dekonstrukcja Margaret Thatcher jako gejowskiej ikony w "Linii piękna" Allana Hollingshursta i "Maggie & me" Damiana Barra, [w:] Ksenia Olkusz (red.), 50 twarzy popkultury, Perspektywy nowoczesności, t. 4, Kraków 2017, s. 474.
[52] https://www.amazon.de/Citruspresse-Zitronenpresse-Angie-rot-Saftpresse/dp/B000VV2VAU [dostęp 23.02.2021].
[53] Accidental Further Adventures of Hundred Year-Old Man, 2018.
[54] Das total gefälschte Gehiem-Tagebuch vom Mann von Frau Merkel, Frankfurt am Main 2013.
[55] Zob. Karen Hellekson, Kristina Busse, Work in progres, [w:] Karen Hellekson, Kristina Busse, (red.), Fan fiction and fan communities in the age of the Internet, New Esseys, London 2006, s. 6.
[56] Zob. Ralf Palandt, Mit Asterix auf die Barrikaden - Die Raubcomics der Neuen sozialen Bewegungen, Comic Preiskatalog 2011, Wien 2010.
[57] Miriam Hollstein, Heiko Sakurai, Miss Tschörmänie. Wie aus Angie unsere Kanzlerin wurde, Frankfurt am Main 2009.
[58] Thorsten Denkler, Miss Tschörmänie, die Allererste. Angela Merkel in Comic, Südeutsche Zeitung, 17.05.2010, https://www.sueddeutsche.de/politik/angela-merkel-im-comic-miss-tschoermaenie-die-allererste-1.111756 [dostęp 03.02.2021].
[59] Hajo Schumacher, Die Zwölf Gesetze der Macht, München 2006, s. 35.
[60] .Alexander Osang, Das eiserne Mädchen, "Spiegel-Reporter", 3/2000, s. 21.
[61] Hinrich Rohbohm, Die schwarze Genossin, "Junge Freiheit", 19/11, 6.5.2011.
[62] Robert Stupperich, Otto Dibelius. Ein evangelischer Bischof im Umbruch der Zeiten, Göttingen 1989, s. 418.
[63] Horst Dähn, Joachim Heise (red.), Staat und Kirchen in der DDR. Zum Stand der zeithistorischen und sozialwissenschaftlichen Forschung, [w:] Johannes Wirsching (red.), Kontexte. Neue Beiträge zur Historischen und Systematischen Theologie, t. 34, Frankfurt am Main 2003; Detlef Pollack, Kirche in der Organisationsgesellschaft: zum Wandel der gesellschaftlichen Lage der evangelischen Kirchen in der DDR, Stuttgart 1994: Trutz Rendtorff (red.), Protestantische Revolution? Kirche und Theologie in der DDR: Eklesiologische Voraussetzungen, politischer Kontext, theologische und historische Kriterien. Vorträge und Diskussionen eines Kolloquiums in München. 26.-28. März 1992, Göttingen 1993; Peter Franz (red.), Hinter der Mauer und doch frei. Ein NachLeseBuch von DDR-Christen, Schkeuditz 1997.
[64] Gerhard Wettig, Phasen des DDR-Sozialismus, [w:] Reiner Eppelmann, Horst Möller, Günter Nooke, Lexikon des DDR-Sozialismus. Das Staats - und Gesellschaftssystem der Deutschen Demokratischen Republik, Paderborn 1996, s. 22.
[65] Bei Merkels unterm Sofa, "Focus", 28/2004, 5.07.2004.
[66] Od założenia NRD w 1949 r. państwo wschodnioniemieckie prowadziło represyjną politykę wyznaniową. Wprawdzie oficjalnie gwarantowało wolność religijną (Erich Honecker, Aus meinem Leben, Ost-Berlin 1982, s. 597), jednak w praktyce przyjmowało ideologicznie wrogą postawę wobec Kościołów i wyznań. Nie przesądzał o tym tylko wrogi chrześcijaństwu światopogląd marksistowski, lecz organizacyjne powiązania Kościoła wschodnioniemieckiego z zachodnioniemieckim. Zob. Peter Masser, Kirchen und Religionsgemeinschaften in der DDR 1949-1989, Konstanz 1992.
[67] Jacqueline Boysen, Angela Merkel: Eine deutsch-deutsche Biographie, Berlin 2001, s. 12.
[68] Gerd Langguth, Angela Merkel. Aufstieg zur Macht, München 2005, s. 16.
[69] Aus dem Bericht der Konferenz der Evangelischen Kirchenleitungen vor der Synode des Bundes im Juli 1971 in Eisenach, [w:] Kirche als Lerngemeinschaft (bez daty i miejsca wydania), s. 172.
[70] Kirche als Lerngemeinschaft - Dokumente aus der Arbeit des Bundes der Evangelischen Kirche in der DDR, Berlin 1981, s. 205.
[71] Członkiem Weissenseer Arbeitskreis był ojciec ostatniego premiera NRD, Lothara de Maiziére'a, zmarły w 1980 r. Clemens de Maiziére, który w randze członka prowincjonalnego synodu Kościoła ewangelickiego w Berlinie-Brandenburgii donosił Stasi pod kryptonimem "Adwokat". Maciej Rybiński, Ryba po polsku - Owsiki trzymajcie się kupy, "Wprost", 5/2005. Samego Lothara de Maiziére'a również podejrzewano o współpracę ze Stasi, "Die Zeit", 5/1992, 24.01.1992.
[72] Christiane Hoffmann, Der Pfarrer und die Pfarrers Tochter, "FAZ", 11.03.2012.
[73] Miguel D'Escoto, Fernando Cardenal, Ernesto Cardenal, U źródeł teologii wyzwolenia, Warszawa 1985; Gregor Siefer, Die Mission der Arbeiterpriester. Ereignisse und Konsequenzen. Ein Beitrag zum Thema: Kirche und Industriegesellschaft, Essen 1960; Andrzej Micewski, Współrządzić czy nie kłamać. PAX i ZNAK w Polsce 1945-1976, Paris 1978.
[74] Hinrich Rohbohm, Die schwarze Genossin, op. cit.
[75] Otto Luchterhand, Die Gegenwartslage der evangelischen Kirche in der DDR. Eine Einführung, Tübingen 1982, s. 31.
[76] Alexander Osang, Das eiserne Mädchen, op. cit., s. 27.
[77] Horst Kasner, Rede am 8. Mai 2004 in Kuhz, Hassleben-Boitzebburger Land.
[78] "Die Kirche", 33, 16.08.1992.
[79] Gerd Langguth, Angela Merkel, op. cit., s. 64.
[80] Richard Friedenthal, Marcin Luter, Warszawa 1992, s. 451.
[81] Karl Heussi, Kompendium der Kirchengeschichte, Tübingen 1956, s. 319.
[82] Michael Hollenbach, Das evangelische Pfarrhaus - ein Abgesang, Deutschlandradio Kultur, 27.06.2009, https://www.deutschlandfunkkultur.de/das-evangelische-pfarrhaus-ein-abgesang.1278.de.html?dram:article_id=192373 [dostęp 11.07.2021].
[83] Herlinde Koelbl, Spuren der Macht. Die Verwandlung der Menschen durch das Amt, München 1999, s. 48
[84] Christine Eichel, Das deutsche Pfarrhaus, Berlin 2012.
[85] De Wit, Van der Veer, Psychologie des Jugendalters, Donauwörth 1982, s. 95; Gerhard Schmidtchen, Ethik und Protest, Moralbilder und Wertkonflikte junger Menschen, Hemsbach 1993, s. 97.
[86] Gabriele Bärtels, Angela Merkels Kindheit in Templin, "Frida-Magazin".
[87] Wszystkie cytaty za: Michael Hollenbach, Das evangelische Pfarrhaus..., op. cit.
[88] Jacqueline Boysen, Angela Merkel, op. cit., s. 15.
[89] Michael Hollenbach, Das evangelische Pfarrhaus..., op. cit.
[90] Herlinde Koelbl, Spuren der Macht..., op. cit., s. 48.
[91] Hajo Schumacher, Die Zwölf Gesetze der Macht..., op. cit., s. 37.
[92] Ines Geipel, No limit. Wie viel Doping verträgt die Gesellschaft?, Stuttgart 2008; "Spiegel Special", 2/1990, 1.02.1990.
[93] Wann wird Angela Merkel Stasiakte veröffentlicht, politik.forum.eu, https://www.politik-forum.eu/viewtopic.php?t=10010&start=140 [dostęp 11.07.2021].
[94] Bettina Ernst-Bertram, Jens Planer-Friedrich, Pfarrerskinder in der DDR. Aussenseiter zwischen Benachteiligung und Privilegierung, Berlin 2008.
[95] Wszystkie cytaty za: Michael Hollenbach, Pfarrers Kinder, Deutschlandradio Kultur (01.03.2008), https://www.deutschlandfunkkultur.de/pfarrers-kinder.1278.de.html?dram:article_id=192082 [dostęp 11.07.2021].
[96] Jacqueline Boysen, Angela Merkel, op. cit., s. 20.
[97] Peter Merseburger, Willy Brandt, Stuttgart-München 2002, s. 397.
[98] Alexander Osang, Das eiserne Mädchen, op. cit., s. 27.
[99] Alexander Osang, Das eiserne Mädchen, op. cit., s. 28.
[100] Gerd Langguth, Angela Merkel, op. cit., s. 60.
[101] Ibidem.
[102] Gabriele Bärtels, Angela Merkel, op. cit.
[103] Alexander Osang, Das eiserne Mädchen Teil 2, "Der Spiegel", 28/2001, 5.07.2001.
[104] Evelyn Roll, Das Mädchen und die Macht, Berlin 2001, s. 35.
[105] Gerd Langguth, Angela Merkel. Aufstieg zur Macht, s. 51.
[106] Wolfgang Büscher, Peter Dausend, Nicht besser. Nicht schlechter. Anders, "Berliner Morgenpost", 12.01.2003.
[107] In der Aula trug sie auch mal das FDJ-Hemd, "Berliner Zeitung", 20.03.2000.
[108] Ulrike Hofsähs, Angela war immer ein ehrlicher Typ - Templin erinnert sich, DPA, 11.04.2000.
[109] Ralf Georg Reuth, Das erste Leben der Angela M., München 2013.
[110] Jacqueline Boysen, Angela Merkel, op. cit., s. 23.
[111] Evelyn Roll, Das Mädchen und die Macht, op. cit., s. 57.
[112] Alexander Osang, Das eiserne Mädchen, op. cit., s. 26.
[113] Jürgen Wolf, Besondere Vorkommnisse. Das "Zusammenwirken der Organe" an Schulen in Jena, [w:] K. Behnke, J. Wolf (red.), Stasi auf dem Schulhof. Der Missbrauch von Kindern und Jugendlichen durch das Ministerium für Staatssicherheit, Berlin 1998, s. 153-176.
[114] Sie war schon immer intelligenter als alle andere, "Bild Zeitung", 15.06.2004.
[115] Alexander Osang, Das eiserne Mädchen, op. cit., s. 26.
[116] Alexander Osang, Das eiserne Mädchen, op. cit., s. 28.
[117] Phantom der Oper, "Stern", 14.08.2005.
[118] Politik beim Gemüseputzen, "Stern", 17.07.2004.
[119] Politik in den preußischen Genen? "Bis zu einem Viertel polnisch": Nicht nur Elbinger Taxifahrer fragen nach Angela Merkels Wurzeln, "Preußische Allgemeine Zeitung" 19.01.2011.
[120] Stefan Kornelius, Angela Merkel . Die Kanzlerin und ihre Welt, Hamburg 2013, s. 18-19.
[121] Sauer in der Prinzenrolle, Focus Online, 19.04.2009, http://www.focus.de/politik/deutschland/merkel-gatte-sauer-in-der-prinzenrolle_aid_390826.html [dostęp 11.07.2021].
[122] Dorothee Krings, Der Mann, der die Kanzlerin prägte, RP Online, 5.09.2011 [dostęp 11.07.2021].

Redakcja: Jolanta Zarembina

Korekta: Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki

Fotoedycja: Agnieszka Żelazko

Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

Zdjęcia: okładka: Dominik Butzmann/laif/Forum, zdjęcie autora: Agnieszka Jakubowska/Agencja Gazeta; dalej w kolejności występowania w składce: Archiwum Angeli Merkel/LASKI DIFFUSION/East News, LASKI DIFFUSION/EAST NEWS (2), Dieter Bauer/imago/East News, AXEL SCHMIDT/AFP/EAST NEWS, Thielker/ullstein bild/Getty Images, imago/Camera 4/East News, GERARD CERLES/AFP/EAST NEWS, AFP/EAST NEWS, Tobias SCHWARZ/AFP/EAST NEWS, Sean Gallup/Getty Images, Christian Hartmann/AP/East News, Lukas Schulze/DPA/AFP/East News, Annegret Hilse/Sven Simon/DPA/PAP, RENATO OLIMPIO/EPA/PAP, Michael Sohn/AP/EAST NEWS, Pete Souza/East News, Olivier Hoslet/AP/East News, Odd Andersen/DPA/PAP, DPA/Benetton/PAP, Andreas Rentz/Getty Images, Sascha Schuermann/Getty Images, Ralph Orlowski/Reuters/Forum, Ettore Ferrari/ AP/East News

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? Agora SA, 2021

Copyright ? Arkadiusz Stempin, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2021

 

ISBN: 978-83-268-3817-0

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej