Ze wszystkich amerykańskich prezydentów
Abraham Lincoln miał największe poczucie humoru. Potrafił śmiać się z dowcipów opowiadanych o nim, sam angażował się w humorystyczne sytuacje
bez obawy, że ucierpi na tym prestiż wysokiego urzędu. Słynął z celnych,
błyskawicznych i dowcipnych ripost. Londyński "Saturday Review" w okresie wojny domowej pisał: "Jedyną przewagą, jaką posiadają
Amerykanie, jest to, że mają nie tylko prezydenta, który jest pierwszym
obywatelem kraju, ale również największym kawalarzem w kraju".
W rzeczywistości Lincoln był poważnym i melancholijnym człowiekiem.
Dowcip prawdopodobnie koił jego stresy i pozwalał przetrwać ciężkie
chwile, jakich nie szczędziło mu życie. "Śmieję się - powiedział w najokrutniejszym okresie wojny secesyjnej - ponieważ nie wolno mi
płakać". Anegdotki i historyjki z morałami opowiadał nie dla zabawy, ale
wykorzystywał do zaakcentowania ważnej myśli lub tezy, które chciał
przekazać rozmówcy bądź słuchaczom. Pod tym względem Lincoln po
mistrzowsku posługiwał się anegdotą. Niektóre z jego powiedzeń weszły na
trwałe do amerykańskiej myśli politycznej.
* * *
Lincoln był naprawdę człowiekiem zdanym tylko na siebie. Wszystko, co
osiągnął, zawdzięczał własnej pracy, wytrwałości. Nie miał przecież
nawet formalnego wykształcenia. W 1860 roku napisał o sobie, że nigdy
nie chodził do szkoły dłużej niż rok i nigdy nie studiował na żadnej
uczelni.
Jego biografowie, którzy podkreślają, że wiedzę zawdzięczał intensywnemu
czytaniu, starali się odtworzyć listę lektur Lincolna, by poznać w ten
sposób zakres jego wiedzy2. Kiedy jako dorastający chłopiec
wynajmował się do pracy, zawsze miał książkę pod ręką. Podczas przerwy w orce natychmiast zagłębiał się w lekturze. Oczywiście, nie wszyscy
gospodarze byli z tego zadowoleni. Jeden z nich, John Romaine,
wspominał: "Lincoln pracował u mnie, ale zawsze czytał i rozmyślał.
Byłem za to często zły na niego. Mówiłem mu, że jest straszliwym leniem.
On na to śmiał się, opowiadał dowcipy i różne historyjki. Kiedyś
powiedział mi, że ojciec nauczył go pracować, ale nigdy nie nauczył go
kochać pracy".
Młody Lincoln jako drwal
Lincoln nigdy nie palił, nie lubił alkoholu i nie przeklinał. Choć
mieszkał w lesie i nad wodą, nie polował ani nie łowił ryb. Raz tylko
upolował dzikiego indyka. Jako chłopiec często wpadał w konflikty z rówieśnikami, ponieważ sprzeciwiał się męczeniu zwierząt. Choć fizycznie
górował nad swymi kolegami, nigdy nie nadużywał siły.
Nie interesował się sportem. Jako kongresmen grywał w bilard, trochę w koszykówkę, nieźle grał w szachy i w warcaby. Nie lubił natomiast kart.
Któregoś wieczoru Lincoln wybrał się do teatru w Springfield. Zajął
miejsce na widowni tuż przed podniesieniem kurtyny. Swój wysoki jedwabny
cylinder położył na fotelu obok. Przedstawienie już się zaczęło, kiedy
na salę weszła korpulentna dama i usiadła na fotelu obok Lincolna.
Rozległ się trzask i Lincoln zobaczył swój sprasowany cylinder. "Madame
- rzekł - gdyby zapytała mnie pani wcześniej, uprzedziłbym, że mój
cylinder nie pasuje na panią".
Pewnego razu szedł wzdłuż wiejskiej drogi. Gdy minął go wóz konny,
Lincoln zagadnął farmera, czy zechce zabrać do miasta jego płaszcz.
Farmer zgodził się, ale zapytał, w jaki sposób zamierza on go odzyskać.
"Po prostu pozostanę w nim" - odpowiedział dowcipnie Lincoln i wsiadł na
wóz.
Lincoln był bardzo wysoki. W czasie tzw. wojny Czarnego Jastrzębia
służył pod dowództwem pułkownika niższego od niego aż o 60 cm. Pewnie z powodu kompleksów wybrał sobie Lincolna za obiekt krytyki i ciągle go
musztrował. Pewnego razu podszedł do Lincolna i krzyknął: "Głowa do
góry, Abe". Lincoln wyprostował się. "Wyżej" - krzyczał pułkownik.
Lincoln podniósł głowę wyżej. "Jeszcze wyżej" - usłyszał. Lincoln
wyciągnął się jak struna, głowę trzymał najwyżej, jak mógł, i zapytał
wówczas pułkownika: "Czy tak mam trzymać zawsze głowę, panie
pułkowniku?". "Oczywiście" - usłyszał. "Wobec tego do widzenia, panie
pułkowniku, ponieważ w tej pozycji nigdy już nie będę mógł pana
zobaczyć".
Swą późniejszą żonę, Mary Todd, Lincoln spotkał w 1839 roku. Ich
małżeństwo zaczęło się niezwykle.
Datę ślubu wyznaczyli początkowo na Nowy Rok 1841, ale do niego nie
doszło. Panna młoda ubrana w ślubną suknię daremnie czekała na
narzeczonego. Dopiero następnego dnia przyjaciele go znaleźli. Lincoln
wyglądał na przestraszonego, jakby popełnił jakieś przestępstwo i się
ukrywał. Nie złożył przyjaciołom żadnych wyjaśnień i nie starał się z niczego tłumaczyć. Popadł w wyraźną depresję. Mary uznała go za
człowieka chorego i unikała spotkań z nim. Miała powody, by czuć się
urażona i ośmieszona. Przyjaciele obawiali się, by nie popełnił
samobójstwa.
Niektórzy biografowie przedstawiają nieco odmiennie wydarzenia, które
spowodowały przełożenie ślubu prawie o dwa lata. Podobno w czasie
narzeczeństwa ujawniły się rozbieżności w zainteresowaniach obojga.
Dwudziestojednoletnia dziewczyna, prawie o dziesięć lat młodsza od
narzeczonego, lubiła bawić się, przebywać w towarzystwie i wymagała
stałej adoracji. To Mary dążyła do zaręczyn i wreszcie do ślubu. Być
może naciskała tak mocno, że Lincoln przestraszył się i w ostatniej
chwili zrejterował.
Abraham Lincoln wygłasza sławne przemówienie w Gettysburgu w Pensylwanii
19 listopada 1863 roku
Stopniowo stosunki między narzeczonymi zaczęły się poprawiać. Mary w dalszym ciągu chciała wyjść za niego, ustalono więc ponowną datę ślubu
na 4 listopada 1842 roku. Uroczystość odbyła się tak szybko, że Mary
pożyczyła suknię ślubną od swej siostry, gdyż brakło czasu na
przygotowanie nowej. Po pierwszym doświadczeniu chyba obawiała się, by
Lincoln ponownie się nie rozmyślił.
Mary okazała się chorobliwie zazdrosną żoną. Często urządzała mężowi
sceny zazdrości. Świadkowie widzieli, jak wylała kiedyś na wracającego
męża kubeł zimnej wody przez okno, gdy stał na dole pod drzwiami.
Rękopis Lincolna drugiego projektu tzw. przemówienia z Gettysburga
Mary została pierwszą damą w czterdziestym dziewiątym roku życia.
Obowiązki żony prezydenta wykonywała spokojnie i bezpretensjonalnie.
Wojna domowa, która się toczyła, nie sprzyjała zresztą wydawaniu
okazałych przyjęć czy balów w Białym Domu. Mary jednak uważała, że
powinna być najbardziej elegancką, najlepiej ubraną kobietą w kraju.
Kiedyś np. w ciągu czterech miesięcy kupiła 300 par rękawiczek.
Przekroczyła budżet o 7 tysięcy dolarów, odnawiając pomieszczenia
Białego Domu. Kupiła suknie i różne inne rzeczy latem 1864 roku,
zaciągając dług w wysokości 27 tysięcy dolarów. Bała się powiedzieć
mężowi prawdę o długach, a jednocześnie przerażała ją myśl, że kupcy
nowojorscy mogą zażądać od niego ich natychmiastowego zapłacenia.
Prawdopodobnie wybuchłby wielki skandal finansowy, gdyby nie powszechna
żałoba po zamordowaniu prezydenta Lincolna. Ona uratowała Mary przed
dochodzeniem kontrolerów finansowych.
Prezydent Abraham Lincoln w otoczeniu oficerów tuż po bitwie pod
Antietam we wrześniu 1862 roku. Przed Lincolnem stoi generał Ulysses
Grant
Stałe apele Lincolna, aby żona ograniczyła swe wydatki na stroje, nie
znajdowały zrozumienia. Aby zdobyć trochę dodatkowych pieniędzy, Mary
wpadła na pomysł, aby sprzedawać nawóz ze stajni Białego Domu.
Mary organizowała seanse spirytystyczne w Białym Domu. W Czerwonym
Salonie rozmawiała z medium. Miewała także halucynacje. Cierpiała na
manię prześladowczą. Podejrzewała, że zawiązano spisek, by ją
zamordować.
* * *
Pewien pisarz sądowy został ukarany grzywną za obrazę sądu, gdyż
Lincoln, który był obrońcą w czasie tej rozprawy, nachylił się do niego
i opowiedział mu bardzo śmieszną anegdotę. Urzędnik wybuchnął śmiechem i sędzia ukarał go grzywną 5 dolarów. Pisarz przeprosił Wysoki Sąd, ale
dodał, że anegdota warta jest 5 dolarów. W czasie przerwy w rozprawie
opowiedział ją sędziemu, po czym ten zmienił decyzję i anulował karę.
Rysunek przedstawiający wyzwolonych niewolników wyrażających swą
wdzięczność Lincolnowi
W latach trzydziestych Lincoln zasiadał w legislaturze stanowej
Illinois. W czasie głosowania w sprawie banku stanowego, obawiając się,
że wynik może być niezgodny z jego poglądami, wychylił się przez okno.
Wskutek tego uznano go za nieobecnego na sali, a głosowanie za nieważne,
gdyż nie było kworum. 10 marca 1849 roku Abraham Lincoln starał się o uzyskanie patentu na swój wynalazek. Było to coś w rodzaju balonu, który
napełniony i przyczepiony do statku, umożliwia pływanie po płytkiej
wodzie bez zmniejszania ładunku. 22 maja 1849 roku Biuro Patentowe
wydało mu patent nr 6469, pierwszy i jedyny patent, jaki uzyskał
prezydent Stanów Zjednoczonych. Nigdy nie został on jednak wykorzystany
w praktyce. Nie przywiązując nadmiernej wagi do strojów, Lincoln w Springfield często witał gości w sportowej koszuli i kapciach. Żona
wielokrotnie upominała go, że drzwi powinna otwierać służba. Nie
stosował się jednak do jej uwag. Pewnego dnia do domu Lincolnów zapukały
dwie eleganckie damy, by zabrać ze sobą Mary. Lincoln powitał je i oświadczył: "Ona za chwilę zejdzie, kiedy tylko założy na siebie swoją
uprząż".
Karykatura przedstawiająca Lincolna, który przebrał się w czasie
podróży, by uniknąć zamachu ze strony zwolenników niewolnictwa
Lincoln był ostatnim prezydentem amerykańskim uwikłanym w pojedynek.
Otóż James Shields, polityk z Illinois, czuł się urażony, anonimowym
listem satyrycznym opublikowanym w lokalnej gazecie "Sangamo Gazette".
Podejrzewając Lincolna o autorstwo, wyzwał go na pojedynek. Zapytany o wybór broni przez przedstawicieli strony obrażonej, Lincoln
odpowiedział: "Co panowie powiecie na pojedynek na krowie łajno z odległości pięciu kroków?". W końcu wybrał miecze i zaczął nawet
ćwiczyć. 2 września 1842 roku Lincoln i Shields wraz z sekundantami
udali się nad Missisipi, gdzie miał się odbyć pojedynek.
"Komedia śmierci" - karykatura przedstawiająca Lincolna jako
makabrycznego clowna odpowiedzialnego za śmierć żołnierzy w czasie wojny
domowej
Lincoln doszedł jednak do wniosku, że nie ma sensu, aby ktoś tracił
życie z powodu satyry, i przeprosił Shieldsa.
Pewnego wieczoru, idąc ulicą na przedmieściu Louisville, Lincoln został
zaatakowany przez mężczyznę grożącego nożem i żądającego 5 dolarów.
"Nigdy w życiu tak szybko nie sięgałem po pieniądze, jak w tym momencie.
Dając mu banknot, powiedziałem: "Oto 10 dolarów, sąsiedzie, i odłóż pan
swój nóż"" - wspominał później.
Kiedyś na ulicy pewna dziewczyna wpadła wprost na Lincolna. Zmieszana
przeprosiła go, on zaś najpierw zapytał ją o imię, a potem powiedział:
"Mary, kiedy będziesz w domu, powiedz swojej mamie, że spoczywałaś dziś
na łonie Abrahama".
Będąc adwokatem w Springfield, otrzymał od bogatego człowieka propozycję
poprowadzenia sprawy przeciwko pewnemu prawnikowi o zwrot 2,5 dolara.
Lincoln pobrał więc od tego człowieka honorarium w wysokości 10 dolarów,
założył sprawę, odnalazł pozwanego i wręczył mu 5 dolarów, prosząc, by
określonego dnia stawił się w sądzie i zapłacił dług. W ten sposób
wszyscy byli usatysfakcjonowani.
Lincoln miał szybki refleks. Kiedyś zapytał urzędnika sądowego, co się
stało z dokumentami pewnej sprawy, którą prowadził. Niezadowolony
urzędnik odburknął: "Poszła do diabła". Lincoln natychmiast odrzekł: "To
znaczy, że pan zobaczy jeszcze tę dokumentację".
Spiesząc się na rozprawę do sąsiedniego miasteczka, wynajął konia, który
okazał się wyjątkowo powolnym wałachem. Po powrocie zapytał właściciela
stajni, czy wynajmuje on takie konie na pogrzeby. "Niestety nie" -
usłyszał. "To dobrze - odrzekł Lincoln - w przeciwnym razie ciała nie
zdążyłyby na czas zmartwychwstania".
Lincoln często opowiadał następującą historyjkę. Na plantacji bawełny
wylądował wielki błyszczący balon z pasażerem. Murzyni pracujący przy
zbiorze bawełny w popłochu uciekli. Pozostał tylko jeden, który był
kaleką i nie mógł się poruszać. Na widok pasażera z balonu pokłonił się,
mówiąc: "Jak się masz, Jezusie Chrystusie. Jak się miewa Twój Ojciec?".
Biografowie prezydenta zgodnie wytykają mu brak zainteresowania sztuką i zrozumienia dla niej. Lubił jedynie słuchać ballad murzyńskich. Mimo że
wychowywał się na łonie natury, jako dorosły człowiek nie potrafił
zachwycić się przyrodą. Kiedy pierwszy raz obejrzał wodospad Niagara,
zapytany o wrażenie odpowiedział: "Zastanawiam się, skąd się tu tyle
wody zbiera".
Ciesząc się prestiżem w swoim otoczeniu, Lincoln często musiał
rozstrzygać różne spory. Kiedyś dwaj mężczyźni zawzięcie sprzeczali się
o to, jakiej długości powinny być nogi mężczyzny w stosunku do reszty
ciała. Gdy zwrócili się do Lincolna, ten zawyrokował: "Nogi powinny być
takiej długości, aby sięgały od ciała do ziemi".
W 1846 roku Lincoln ubiegał się o miejsce w Kongresie z ramienia Partii
Wigów. Jego rywalem był pastor metodystów Peter Cartwright. W czasie
kampanii wyborczej Lincoln wziął udział w nabożeństwie prowadzonym przez
Cartwrighta. Po płomiennym przemówieniu pastor zawołał do zebranych:
"Kto chce iść do nieba, niechaj wstanie!". Wszyscy wstali z wyjątkiem
Lincolna. "Kto nie chce iść do piekła, niechaj wstanie!". I znów wszyscy
wstali z wyjątkiem Lincolna. Widząc to, Cartwright zapytał: "A pan,
panie Lincoln, dokąd się wybiera?". "Do Kongresu" - usłyszał krótką
odpowiedź.
Lincoln, przeciwny wojnie z Meksykiem, ośmieszając w Kongresie poglądy
ekspansjonistów, powiedział: "Ameryka gotowa jest walczyć o wyzwolenie
zniewolonych narodów i kolonii pod warunkiem, że posiadają one ziemie do
zagarnięcia. Tym bowiem, którzy nie mają ziem do zajęcia, oferujemy
pomoc, pod warunkiem że poczekają na nią kilkaset lat".
W czasie sławnych siedmiu debat Lincolna ze Stephenem A. Douglasem
jesienią 1858 roku, kiedy obaj rywalizowali o stanowisko senatora ze
stanu Illinois, Douglas przypomniał, że jego przeciwnik sprzedawał w swoim sklepie whisky. Lincoln odpowiedział, że to prawda, i dodał:
"Pamiętam również, że w owym czasie pan Douglas był jednym z moich
najlepszych klientów. Wiele razy staliśmy po przeciwnych stronach lady.
Obecnie różnica między nami polega na tym, że ja opuściłem swoją stronę
lady, stronę sprzedawcy, a pan Douglas nadal mocno trzyma się swej
strony, strony konsumenta".
Lincoln uważał się za brzydkiego i często żartował na ten temat. Kiedyś
Stephen A. Douglas nazwał go człowiekiem o "dwóch twarzach", on zaś
odpowiedział: "Zostawiam tę sprawę do oceny audytorium. Chciałbym tylko
zaznaczyć, że gdybym naprawdę miał drugą twarz, to czyż sądzicie
państwo, że nosiłbym tę, którą mam teraz?".
Kiedyś przedstawiono mu jego zwolennika, malarza, który namalował jego
piękny portret. "Przypuszczam, że malował pan ów piękny portret na
podstawie zasad, które głoszę, nie zaś na podstawie mojej twarzy" -
usłyszał artysta.
Dick Yates, przyjaciel Lincolna i kandydat na gubernatora Illinois, w odpowiedzi na uszczypliwą uwagę o urodzie Abrahama oświadczył: "Jeśli
wszyscy brzydcy mężczyźni będą głosowali na Lincolna, zostanie on
wybrany na prezydenta".
Przemawiając do wydawców gazet w Bloomington w stanie Illinois, Lincoln
opowiedział o tym, jak to jadąc kiedyś przez las konno, spotkał piękną
kobietę na koniu. Zatrzymał się, chcąc dać jej pierwszeństwo przejazdu.
Ona również się zatrzymała i z przestrachem wpatrywała się w jego twarz:
"Jest pan najbrzydszym mężczyzną, jakiego spotkałam". "Ma pani
prawdopodobnie rację - odpowiedział Lincoln - ale ja nie mogę nic na to
poradzić". "Oczywiście, nie może pan nic na to poradzić - odrzekła dama
- ale mógłby pan przynajmniej zostać w domu".
Kiedy robiono aluzje do niejasnego pochodzenia Lincolna, zareagował on
następującą uwagą: "Nie wiem, kim był mój dziadek. Ale o wiele bardziej
zależy mi na tym, by wiedzieć, kim będzie jego wnuk".
W listach, które otrzymywał, obrzucano go też niewybrednymi epitetami.
Do łagodnych należały określenia: "pawian", "potwór", "idiota", "Mulat".
Przepowiadano mu klęskę w wyborach, grożono powieszeniem, zastrzeleniem,
chłostą i spaleniem na stosie. Przysyłano mu rysunki przedstawiające
bardziej obrazowo, co się z nim stanie, jeżeli zwycięży w wyborach. W styczniu 1861 roku żona Lincolna otrzymała paczkę zawierającą podobiznę
męża z powrozem zaciśniętym wokół jego szyi, z nogami związanymi,
utarzanego w smole i pierzu. Był to tradycyjny, znany jeszcze z czasów
kolonialnych sposób torturowania i pozbywania się przestępców i zdrajców.
Kiedy po pierwszych dwóch latach prezydentury w tzw. małych wyborach
republikanie ponieśli porażkę w Nowym Jorku, Lincoln powiedział: "Czuję
się jak chłopiec z Kentucky, który dziabnął się nożem w palec u nogi,
biegnąc na spotkanie ze swą dziewczyną. Chłopiec powiedział, że jest za
duży, by płakać, ale także zbyt mocno dokucza mu ból, by się śmiać".
Lincoln miał ciemną karnację i ciemne włosy. Jego sylwetka rzucała się w oczy. Był bowiem wysoki, szczupły, o wąskiej "końskiej" twarzy, przy
wzroście 193 cm ważył 180 funtów (około 81 kg). Uwagę zwracały jego
odstające uszy. W sumie stanowił doskonały obiekt dla karykaturzystów,
którzy istotnie go nie oszczędzali. Miał także chrapliwy głos, w momentach emocjonalnych przypominający przenikliwy pisk, nieprzyjemny do
słuchania. Również oczy nie dodawały mu uroku. Lewa gałka oczna
niekontrolowanie podnosiła się, zwłaszcza kiedy był czymś
podekscytowany. W takich sytuacjach widoczna była jedynie biała część
gałki, co stwarzało trochę niesamowite wrażenie. Przed przemówieniem
publicznym Lincoln zwykł kłaść się, by całkowicie się rozluźnić. Robił
też kompresy na lewe oko. Wada oka powstała prawdopodobnie w wyniku
urazu głowy, jakiego doznał jako dziesięcioletni chłopiec. Prowadził
wówczas konia, który w pewnym momencie zwolnił. Lincoln użył bata. Koń
odwzajemnił się kopnięciem chłopca w głowę. Abe stracił przytomność.
Kiedy go znaleziono, w pierwszej chwili sądzono, że nie żyje. Wkrótce
odzyskał przytomność, ale nie leczył się. Późniejsze bóle głowy i melancholie, a także wadę wzroku lekarze łączyli z tym wypadkiem w dzieciństwie.
Z powodu tych wad i dolegliwości Lincoln opanował technikę bardzo
szybkiego czytania i magazynowania różnych informacji w swej pamięci, co
bardzo mu się przydało zarówno w praktyce prawniczej, jak i w działalności politycznej.
Lincoln był pierwszym prezydentem, który nosił brodę. Zapuścił ją tuż po
wyborach 1860 roku pod wpływem przyjaciół uważających, że będzie dzięki
temu wyglądał bardziej dostojnie.
W XIX wieku uważano, że kandydaci na prezydenta nie powinni głosować na
siebie. W czasie wyborów 1860 roku przyjaciele namawiali Lincolna, aby
pojawił się w punkcie wyborczym i w ten sposób zachęcił swoich
zwolenników do wzięcia udziału w głosowaniu. Lincoln przybył do punktu
wyborczego w Springfield w stanie Illinois, co zdziwiło zebranych tam
wyborców, ale demonstracyjnie podarł kartkę wyborczą z nazwiskami
kandydatów na prezydenta, by udowodnić, że nie głosuje na siebie.
Kilka tygodni po zwycięskich wyborach, kiedy Lincoln zastanawiał się w Springfield nad sformowaniem gabinetu, miejscowy bankier John W. Bunn
zjawił się w jego domu i zastał wychodzącego właśnie senatora Salmona P.
Chase'a. "Mam nadzieję, że nie zamierza pan mianować go członkiem swego
gabinetu" - powiedział bankier. "Dlaczego nie?" - zapytał Lincoln. "Pan
wie, że Chase uważa siebie za większego człowieka od pana" - rzekł Bunn.
"Czy zna pan innych ludzi, którzy uważają się za większych ode mnie?"
"Nie, nie znam. Ale dlaczego pan o to pyta?" - zainteresował się
bankier. "Ponieważ chciałbym ich wszystkich powołać do mego rządu" -
odrzekł prezydent-elekt.
Lincoln miał dziwne sny i wizje, przepowiadające mu nagłą śmierć. W dniu, kiedy otrzymał nominację Partii Republikańskiej na kandydata do
urzędu prezydenta, zobaczył dziwne dwa odbicia swej twarzy w lustrze.
Kiedy opuszczał biuro prawnicze w Springfield przed udaniem się do
Waszyngtonu, powiedział kolegom, że nigdy już żywy do Springfield nie
powróci. I tak rzeczywiście było. Po zamachu specjalny pociąg przywiózł
tam jego zwłoki.
Kiedy Lincoln obejmował urząd prezydenta, nie należał do ludzi bogatych.
Jego majątek szacowano wówczas na około 10 tysięcy dolarów. Nie
przywiązywał on, w przeciwieństwie do żony, zbytniej wagi do pieniędzy i robienia majątku. "Bogactwo - mawiał - jest nadwyżką tego, czego nie
potrzebujemy".
4 marca 1861 roku Abraham Lincoln został zaprzysiężony jako szesnasty
prezydent Stanów Zjednoczonych. Miał wówczas 52 lata i 20 dni. W związku
z niebezpieczeństwem zamachu w czasie uroczystości zaprzysiężenia
towarzyszyła prezydentowi eskorta wojskowa, która nie pełniła jak dotąd
funkcji honorowo-ceremonialnych, ale strzegła bezpieczeństwa.
Kiedy Lincoln pojawił się na platformie przed Kapitolem, gdzie miała się
odbyć uroczystość, miał w ręku tekst przemówienia, laskę oraz swój
wysoki, jedwabny cylinder. Laskę położył pod stołem, lecz nie wiedział,
co ma zrobić z kapeluszem. W tym momencie podszedł do niego senator
Stephen A. Douglas, jego rywal w walce o prezydenturę, wziął od niego
kapelusz i powrócił na swoje miejsce. "Jeśli nie mogę być prezydentem,
to niech przynajmniej mam przyjemność potrzymania prezydenckiego
kapelusza" - powiedział do pani Lincoln.
Po śmierci syna Williego osłodą życia Lincolna pozostał najmłodszy syn
Tad. Ponieważ był on chorowity, rodzice szczególnie się nim opiekowali.
Tad potrafił wejść do gabinetu ojca i usiąść mu na kolanach w czasie
ważnych narad polityczno-strategicznych członków gabinetu. Często
przenosił się do łóżka ojca i spał z nim.
Jak przystało na dziecko wychowujące się w atmosferze wojennej, Tad
pewnego razu skazał swą ulubioną zabawkę "Jacka" na karę śmierci za brak
subordynacji. Powiedział o tym ojcu. Ojciec wziął kartkę i napisał:
"Lalce Jackowi udziela się aktu łaski z rozkazu prezydenta. A. Lincoln".
Innym razem Tad wprowadził w osłupienie gości, sprowadzając do salonu w czasie przyjęcia dwie kozy. Chłopak strasznie psocił. Tłukł lustra,
porcelanę, niszczył meble, brudził ściany w Białym Domu. Kiedyś o mało
nie spowodował rewolty w Waszyngtonie. Mianowicie rozłożył przed domem
na trawniku olbrzymią flagę konfederacką, a następnie odpalił z działa z okna na piętrze. Często też wybiegał z Białego Domu na ulicę, zbierał
gromadę łobuziaków i ku przerażeniu personelu rezydencji przyprowadzał
ich do kuchni, aby sobie dobrze pojedli.
Przed Dniem Dziękczynienia prezydent otrzymał w prezencie dużego i pięknego indyka. Tad zaprzyjaźnił się wkrótce z ptakiem, który chodził
za nim krok w krok. W miarę zbliżania się święta Tad zaczął się martwić
o głowę indyka. Kiedyś wszedł do gabinetu Lincolna, przerwał mu ważne
posiedzenie i poprosił o darowanie życia indykowi. Ojciec nie miał
wyboru. Napisał więc na kartce odpowiednią decyzję dla kucharza, którą
Tad z wielką radością zaniósł do kuchni. Indyk jeszcze długo był
ulubieńcem chłopca. Tad był prawdziwym postrachem służby w Białym Domu,
według niej był niczym małe półdiablę. Lincoln był jednak bardzo
wyrozumiały wobec psotnego syna.
W lutym 1864 roku Lincoln rozpłakał się w Białym Domu na wiadomość, że
spaliły się stajnie w pobliżu rezydencji. W wyniku pożaru zginęły konie
oraz kucyki należące do jego syna Tada.
Pewnego razu wpływowy polityk przedstawił prezydentowi młodą, ładną
kobietę z Wirginii, chcącą odwiedzić brata, jeńca przetrzymywanego na
Północy. Zanim doszło do spotkania z Lincolnem, polityk ów doradzał
damie, aby nie ujawniała swych prokonfederackich sympatii. Kiedy
prezydent powiedział: "Pani jest oczywiście lojalna", dziewczyna
odpowiedziała: "Oczywiście, całym sercem wobec Wirginii". Nic nie
mówiąc, Lincoln napisał kilka słów na kartce papieru i wręczył kobiecie.
Gdy dziewczyna opuściła Biały Dom, towarzyszący jej polityk wybuchnął:
"Mówiłem, aby pani zachowała ostrożność. Może mieć pani teraz pretensje
tylko do samej siebie". Kobieta rozwinęła kartkę, na której Lincoln
odręcznie napisał: "Proszę przepuścić Pannę... Jest ona uczciwą i godną
zaufania osobą. A. Lincoln".
"Mam jedną wadę - powiedział kiedyś Lincoln - nie potrafię powiedzieć
"nie". Na szczęście Bóg nie uczynił mnie kobietą. Gdyby stworzył mnie
kobietą, musiałby mnie stworzyć tak brzydkim, jakim mnie właśnie
stworzył, aby nikt nie dybał na moją cnotę".
Był litościwym prezydentem. Uratował wielu żołnierzy skazanych za różne
przewinienia w czasie wojny. Nie lubił piątków, ponieważ w tym dniu
wykonywano wyroki sądów wojskowych. Nazywał piątek "dniem rzeźnika".
Warto przypomnieć, że Lincoln zamordowany został w piątek, i do tego w Wielki Piątek.
Wielu przestępców skazanych za ciężkie przewinienia zwracało się do
prezydenta o akt łaski. Każdy z nich zapewniał, że jest skazany
niewinnie. Lincoln na ogół korzystał z prawa łaski i opowiadał
historyjkę o gubernatorze jednego ze stanów, który odwiedził więzienie i wszyscy więźniowie prosili go o łaskę, przekonując, że są absolutnie
niewinni. W końcu zjawił się przed gubernatorem pewien skazaniec, który
stwierdził, że jest winny i że otrzymał sprawiedliwy wyrok. "Muszę panu
darować winę - powiedział gubernator - nie mogę bowiem pozwolić na to,
aby przebywał pan tu i demoralizował tylu niewinnych ludzi".
W Białym Domu zjawił się adwokat pewnego lekarza wojskowego, prosząc
prezydenta o łaskę dla swego klienta skazanego przez sąd wojskowy.
Lincoln przejrzał papiery skazanego i stwierdził, że został on oskarżony
o pijaństwo. "To źle" - oświadczył prezydent. Czytając dalej, zauważył,
że lekarz został oskarżony także o obrażenie pewnej damy. "To bardzo
źle, oficer nigdy nie powinien obrażać dam" - skomentował. Wgłębiając
się w dokumenty, Lincoln znalazł trzecie oskarżenie o usiłowanie
pocałowania kobiety. To zdziwiło prezydenta. "Widzę - powiedział - że ów
doktor został oskarżony o usiłowanie pocałowania kobiety. Może obraza
polegała na tym, że nie udało mu się jej pocałować. Nie wiem, czy
powinienem bronić mężczyzny, który usiłuje pocałować kobietę i nie udaje
mu się tego osiągnąć".
Pewnego dnia Lincolna zanudzał pewien petent, prosząc o posadę
państwową. W tym momencie do gabinetu wszedł lekarz prezydenta. Lincoln,
pokazując mu plamy na skórze, zapytał lekarza, co to może być: "To mogą
być objawy łagodnej ospy" - odrzekł lekarz. "Plamy te mam na całym
ciele, czy są one zaraźliwe?" "Bardzo zaraźliwe" - odpowiedział lekarz.
Słysząc te słowa, natrętny petent szybko wstał i pośpiesznie, ale z daleka pożegnał prezydenta. Kiedy wyszedł, Lincoln powiedział:
"Nareszcie mam coś, co mogę udzielić każdemu".
Pewna delegacja przyszła do Lincolna, prosząc o mianowanie ich człowieka
komisarzem na wyspach Sandwich Islands. "Nasz człowiek jest nie tylko
kompetentny - tłumaczono prezydentowi - ale jest chorowity i klimat wysp
wyjdzie mu na zdrowie". "Panowie - odpowiedział Lincoln - niezmiernie mi
przykro, ale jest ośmiu innych kandydatów na to stanowisko i każdy z nich jest bardziej chory aniżeli wasz kandydat".
Kiedyś Lincoln był zirytowany ostrą walką między dwoma kandydatami
walczącymi o posadę na poczcie w Ohio. Jego współpracownicy nie
potrafili podjąć decyzji w tej sprawie. On zaś poprosił o wagę. Kazał
zważyć listy popierające obu kandydatów i rzekł: "Proszę mianować tego,
którego poczta jest cięższa".
Innym razem pewna kobieta nalegała, aby Lincoln powołał jej syna w stopniu pułkownika do wojska. "Mój dziadek walczył pod Lexington -
mówiła - ojciec pod Nowym Orleanem, a mój mąż zginął pod Monterey".
Kiedy skończyła, Lincoln delikatnie powiedział: "Moim zdaniem pani
rodzina uczyniła dostatecznie dużo dla kraju. Nadszedł teraz czas, by
dać szansę innym".
Prezydent kiedyś odrzucił podanie pewnego mężczyzny, który ubiegał się o posadę państwową. Kiedy współpracownicy zapytali o powód, Lincoln
odrzekł: "Nie podoba mi się jego twarz". Jeden z ministrów nieśmiało
stwierdził, że nie wydaje mu się to wystarczającym powodem do odrzucenia
kandydatury. Lincoln nie zgodził się z tą opinią i powiedział: "Każdy
mężczyzna po czterdziestce jest odpowiedzialny za swoją twarz".
Pewien pretendent do posady państwowej zrobił kiedyś na Lincolnie duże
wrażenie. Oświadczył po prostu, że chce pracować. Lincoln odesłał go ze
swoim odręcznym pismem: "Człowiek ten szuka pracy - rzecz tak niezwykła,
iż należy mu ją znaleźć".
W czasie wojny secesyjnej - 1 stycznia 1863 roku - Lincoln podpisał
jeden z najważniejszych dokumentów w historii USA, akt zniesienia
niewolnictwa. Z powodu dużych kontrowersji, jakie decyzja ta wywołała w kraju, wiedział, że jego podpis powinien być zdecydowany. Przyszło mu to
jednak niezbyt łatwo, gdyż dzień wcześniej na noworocznym przyjęciu w Białym Domu musiał uścisnąć dłonie kilkuset gościom. Po takim wysiłku
rękę miał zmęczoną i sztywną. Zanim podpisał ów dokument, dwukrotnie
chwytał za pióro i odkładał je. Stojącemu obok sekretarzowi stanu
tłumaczył: "Od rana, od godziny dziewiątej witałem się z wieloma ludźmi
i ręka trochę mi zesztywniała. Jeśli nazwisko moje kiedykolwiek
przejdzie do historii, to z powodu tego aktu, w co włożyłem całą moją
duszę. Ręka mi się trzęsie, kiedy podpisuję tę proklamację. Wszyscy,
którzy będą kiedyś badać ten dokument, zapewne stwierdzą: "On się
wahał"". Mówiąc te słowa, wziął ponownie pióro i powoli, ale
zdecydowanie podpisał dokument: "Abraham Lincoln".
12 lipca 1864 roku, w czasie wojny 80-dniowej, Lincoln odwiedził Fort
Stevens, położony z północnej strony Waszyngtonu, w czasie ataku ze
strony wojsk konfederackich. W momencie kiedy stanął za barierą obronną,
by przyjrzeć się nieprzyjacielowi, z okopów konfederackich oddano serię
strzałów w jego stronę. Kapitan Oliver Wendell Holmes jr., który
towarzyszył prezydentowi, ściągnął go siłą w dół, krzycząc: "Kryj się,
głupcze". Po chwili uświadomił sobie, że mówił do prezydenta, i skruszony oczekiwał ostrej reprymendy. Lincoln jednak wyciągnął do niego
rękę na pożegnanie ze słowami: "Do widzenia, kapitanie Holmes. Cieszę
się, że pan wie, jak rozmawiać z cywilami".
26-letni aktor John Wilkes Booth oddaje strzał do prezydenta Abrahama
Lincolna
Lincoln osobiście angażował się w planowanie strategii wojennej i we
wszystkie ważniejsze posunięcia na polu walki. Dopiero pod koniec wojny
znalazł generała, któremu spokojnie mógł powierzyć dowództwo. Chodzi
oczywiście o generała Ulyssesa Granta. Wielu polityków skarżyło się
prezydentowi, że generał Grant nie informuje ich o swych posunięciach.
Odpowiadając na kolejną skargę, Lincoln odrzekł: "Muszę panom
powiedzieć, że mnie on również nie informuje".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych
urodził się 22 lutego 1732 roku w Pope's Creek w Wirginii. Był
pochodzenia angielskiego, należał do Kościoła episkopalnego. Hodował
tytoń, zajmował się polityką i wiódł życie żołnierza. Niewiele zachowało
się dokumentów z jego dzieciństwa i młodości. Nie wiadomo, czy w ogóle
uczęszczał do szkoły. W wieku jedenastu lat stracił ojca. Opiekował się
nim odtąd starszy brat przyrodni, Lawrence, w którego towarzystwie w 1751 roku George odbył jedyną w swoim życiu podróż poza kontynentalne
granice Stanów Zjednoczonych - na wyspę Barbados.
6 stycznia 1759 roku George Washington ożenił się z najbogatszą wdową
Wirginii Marthą Dandridge Custis. Miał wówczas 26 lat i przeżył z nią 40
lat i 342 dni.
W 1774 roku zasiadał w I Kongresie Kontynentalnym, a w 1775 roku w II
Kongresie Kontynentalnym jako jeden z delegatów Wirginii. 15 czerwca
1775 roku Washington został wybrany na dowódcę Armii Kontynentalnej. 3
lipca tegoż roku formalnie przyjął dowództwo w Cambridge w kolonii
Massachusetts, a 4 lipca 1776 roku Kongres w Filadelfii przyjął
Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych.
Po zwycięskiej wojnie o niepodległość (1776-1783) Washington wycofał się
do swej posiadłości w Mount Vernon w Wirginii. W 1787 roku przewodniczył
konwencji, która opracowała Konstytucję Stanów Zjednoczonych
wprowadzającą urząd prezydenta kraju. W latach 1789-1797 przez dwie
kadencje był prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jest jedynym prezydentem
USA, który nie mieszkał w Białym Domu, ponieważ to on budował stolicę
Waszyngton i Biały Dom.
Zmarł 14 grudnia 1799 roku w Mount Vernon, gdzie został pochowany.
* * *
Wokół postaci Washingtona narosło wiele legend. Młoda republika w celu
utrwalenia swej tożsamości gwałtownie potrzebowała panteonu z własnymi
bohaterami, z własnymi świętymi. Washington-człowiek stawał się coraz
bardziej Washingtonem-pomnikiem.
Mały chłopiec zapytany w czasie lekcji w szkółce niedzielnej, kto był
pierwszym człowiekiem, bez wahania odpowiedział: "George Washington".
Kiedy nauczycielka go poprawiła, mówiąc, że pierwszym człowiekiem był
Adam, chłopiec wykrzyknął: "Jeśli uwzględnić cudzoziemców, to być może".
Wilhelm Tell i Isaac Newton mają swoje jabłko, Krzysztof Kolumb jajko, a George Washington ma swoje drzewko wiśniowe. Jak chce legenda, której
uczyły się w przeszłości i uczą się nadal wszystkie dzieci amerykańskie,
przyszły prezydent był psotnym, ale prawdomównym chłopcem. Kiedyś wziął
siekierę i ściął drzewko wiśniowe, rosnące przed domem. Kiedy ojciec
wrócił do domu i zobaczył świeży pień po ściętym drzewie, wpadł we
wściekłość. Krzyczał na syna i pytał, kto ściął drzewko. "Ojcze -
powiedział George - nie mogę skłamać. To ja ściąłem drzewko". Ojca tak
rozbroiła uczciwość syna, że darował mu karę. Ta moralizatorska
historyjka ma świadczyć o wrodzonej integralności charakteru i uczciwości George'a Washingtona. Faktem jest, że polityczni przeciwnicy
Washingtona nigdy nie kwestionowali jego uczciwości. Faktem jest również
to, że przez całe życie Washington poświęcał drzewom wiele uwagi. Nie
tylko posadził osobiście wiele drzew, lecz także szczegółowo je
opisywał. W swoich zapiskach drzewom poświęcił ponad 10 000 słów.
Dziś George'a Washingtona wciąż stawia się dzieciom amerykańskim za wzór
i przykład prawdomówności.
- Mamo - pyta mały John - czy ludzie, którzy kłamią, nigdy nie idą do
nieba?
- Oczywiście, synku - odpowiada matka.
- To musi być smutno w niebie. Jest tam tylko Bóg i George Washington.
Syn pyta ojca: "Dlaczego George Washington nigdy nie skłamał, tato?".
"Ponieważ nikt go nie pytał, kiedy zakończy się recesja gospodarcza" -
odpowiedział ojciec.
"Ojcze - powiedział George - nie mogę skłamać. To ja ściąłem drzewko"
Jeszcze inna historyjka opowiada o tym, jak to pewnego dnia Washington,
jako młody mierniczy zatrudniony przez lorda Fairfaxa przy pomiarach
gruntów, wszedł do tawerny i zamówił whisky. Kiedy przyszło zapłacić,
okazało się, że nie ma przy sobie pieniędzy, za to nosi w torbie cenioną
wówczas skórę szopa. Właściciel tawerny przyjął ją jako zapłatę i wydał
klientowi resztę w postaci 158 skór króliczych. Washingtona tak
zadowolił drink i wypłacona reszta, że zaczął stawiać kolejki obecnym
przy barze gościom - aż do ostatniej króliczej skórki.
W 1754 roku pułkownik Washington stacjonował ze swym oddziałem w Alexandrii w Wirginii. W tym czasie odbywały się tam wybory do
legislatury Wirginii. Jeden z miejscowych obywateli, William Payne, był
przeciwny kandydatowi, za którym opowiadał się Washington. W pewnym
momencie doszło do ostrego sporu między mężczyznami. Washington w ferworze dyskusji użył jakiegoś obraźliwego słowa, a urażony Payne
mocnym ciosem powalił go na ziemię. Natychmiast zaczęli nadbiegać
żołnierze, by stanąć w obronie swojego dowódcy, ale on nakazał im wrócić
do kwater.
George jako rozjemca w sporze między kolegami
Następnego dnia Payne otrzymał liścik zapraszający go do sąsiedniej
tawerny. Przyszedł tam przekonany, że czeka go pojedynek. Ku swemu
zaskoczeniu Washington zaprosił go na wino, przepraszając za swoje
zachowanie poprzedniego dnia słowami: "Pan uzyskał swoją satysfakcję już
wczoraj, jeśli to panu wystarczy - oto moja ręka, bądźmy przyjaciółmi".
Od tego czasu Payne został zwolennikiem George'a Washingtona.
Początek kariery politycznej przyszłego prezydenta nie był udany.
Kandydował do legislatury Wirginii, House of Burgesses, ale bez
powodzenia. Kolejne wybory również przegrał. Dopiero przy trzecim
podejściu, w 1758 roku, nauczył się korzystać z techniki wyborczej. Na
swą kampanię przeznaczył około 40 galonów ponczu rumowego, 28 galonów
wina, 26 galonów rumu, 46 galonów piwa, 6 galonów madery i 3,5 galona
brandy. Ta metoda okazała się skuteczna. Uzyskał 310 głosów, a jego
rywal tylko 45. Od tego czasu Washington już nie przegrywał wyborów.
* * *
Wielką miłością jego życia była Sally Cary Fairfax, żona przyjaciela i sąsiada - George'a Williama Fairfaxa, córka plantatora, człowieka
wykształconego. Uchodziła za bardzo piękną i wykształconą kobietę.
Flirtowała z Washingtonem, ale nie wiadomo, czy poważnie traktowała jego
uczucie. To ona nauczyła go czytać Szekspira.
Wiele lat po jego śmierci znaleziono kilka wyblakłych listów
Washingtona, m.in. z czasów, gdy walczył on z Indianami i Francuzami na
pograniczu i był już zaręczony z Marthą. Listy nie pozostawiają żadnej
wątpliwości, że Washington żywił uczucie gorącej sympatii, a właściwie
miłości do Sally Fairfax. Historycy i biografowie są zgodni, że miłość
ta nigdy nie została skonsumowana.
Po ślubie George'a z Marthą Sally Fairfax wraz z mężem odwiedzała często
Mount Vernon, podobnie jak Washingtonowie bawili niejednokrotnie w ich
domu. Tuż przed śmiercią, już jako wiekowy mężczyzna, Washington napisał
ostatni list do Sally, w którym stwierdził: "Najszczęśliwszych chwil
mego życia, które spędziłem w pani towarzystwie, nie wymazał z mojej
pamięci czas".
* * *
Jak w każdej armii, zwłaszcza złożonej z ludzi, którzy trafili do niej z różnych pobudek, i szlachetnych, i bardzo prozaicznych, poziom moralny
żołnierzy pozostawiał wiele do życzenia. 3 sierpnia 1776 roku generał
Washington wydał ze swej kwatery w Nowym Jorku rozkaz ograniczenia
używania przekleństw i obraźliwych słów. Apelował on do oficerów, aby
zniechęcali żołnierzy do używania przekleństw. "W przeciwnym razie -
głosił rozkaz - nie możemy mieć nadziei na błogosławieństwo Niebios dla
naszej armii".
Po jednej z bitew George Washington miał powiedzieć: "Słyszałem świst
kul i wierzcie mi, jest w tym dźwięku coś czarującego". Kiedy
przytoczono te słowa królowi Anglii Jerzemu II, ten rzekł złośliwie:
"Washington nie powiedziałby tego, gdyby zdarzyło mu się częściej
słyszeć świst kul".
George Washington pomaga w gaszeniu pożaru
Pewnego razu w czasie wojny o niepodległość pewien oficer w cywilnym
ubraniu przejeżdżał obok grupy żołnierzy budujących redutę. Ich dowódca
głośno pokrzykiwał, wymyślał im, ale nic nie czynił, by im pomóc.
Zagadnięty przez oficera, dlaczego nie pomaga swym żołnierzom, odrzekł:
"Jestem kapralem, panie". Oficer zsiadł z konia i pomógł żołnierzom
dokończyć redutę. Dosiadając konia, powiedział: "Panie kapralu,
następnym razem, kiedy pan będzie miał problemy z wykonaniem zadania,
proszę się zwrócić do Naczelnego Wodza, to ponownie przyjadę i pomogę
panu". Dopiero wówczas, ku swemu zdumieniu, kapral rozpoznał George'a Washingtona.
W lipcu 1778 roku wojska amerykańskie spotkały się z Anglikami w okolicach Monmouth. Washington rozkazał generałowi Charlesowi Lee
zaatakować wojska angielskie. Lee wydał wojskom kilka sprzecznych
rozkazów, a sam szybko wycofał się z pola bitwy. Washington,
zobaczywszy, co się dzieje, pogalopował na swym ulubionym koniu o imieniu Nelson do generała Lee i żądał wyjaśnień. Z odpowiedzi Lee
wynikało, że nie wierzy w zwycięstwo nad Anglikami. Wściekły Washington
zbeształ tchórzliwego generała. Markiz de Lafayette, bliski
Washingtonowi w czasie wojny o niepodległość, twierdził później, że był
to jedyny raz, kiedy słyszał go przeklinającego.
Washington zdołał wówczas powstrzymać uciekających żołnierzy
amerykańskich, ale szansa zwycięstwa została zmarnowana. Charlesa Lee
zawieszono na rok w czynnościach dowódcy, później dostał się on do
niewoli brytyjskiej i dopuścił się zdrady, ujawniając Anglikom ważne
informacje wojskowe.
Armia angielska skapitulowała 18 października 1781 roku pod Yorktown bez
jednego wystrzału. Dowódca wojsk angielskich Charles Cornwallis, widząc
przygniatającą przewagę Amerykanów i Francuzów, poddał się.
George Washington modli się w Valley Forge
Istnieją różne wersje kapitulacji pod Yorktown. Jedni historycy
twierdzą, że lord Cornwallis złożył swoją szpadę osobiście
Washingtonowi, inni, że w tym czasie Cornwallis był chory i nie mógł
tego zrobić. Pewne jest natomiast, iż Washington odmówił przyjęcia
szpady lorda Cornwallisa i nakazał jej przyjęcie generałowi Benjaminowi
Lincolnowi, którego w 1780 roku Anglicy zmusili w Charleston do
kapitulacji i oddania szpady. W ten sposób stworzył generałowi
Lincolnowi szansę uzyskania osobistej satysfakcji. Kiedy wojska
angielskie pod Yorktown kapitulowały, ich orkiestra grała melodię Świat
wywrócił się do góry nogami.
Po podpisaniu aktu kapitulacji Washington zaprosił Cornwallisa i jego
oficerów na kolację. Dowódca wojsk francuskich generał Rochambeau
wzniósł toast: "Za Stany Zjednoczone". "Za króla Francji" - zrewanżował
się Washington. "Za króla" - zaproponował toast lord Cornwallis. "Anglii
- dodał w tym momencie Washington. - Ograniczmy go do Anglii, a wypiję
pełny kielich".
George Washington przekracza rzekę Delaware. Obraz Emanuela Leutzego
Tuż po zwycięstwie pod Yorktown Benjamin Franklin jako poseł amerykański
uczestniczył w Paryżu w przyjęciu dyplomatycznym. Francuski minister
spraw zagranicznych wzniósł toast: "Za Jego Królewską Mość Ludwika XVI,
który jak Księżyc pokrywa ziemię delikatną, przyjemną łuną". Ambasador
brytyjski zrewanżował się ponoć toastem: "Za Jerzego III, który jak
Słońce w ciągu dnia daje światło światu". Benjamin Franklin zareagował
na to okrzykiem: "Nie mogę wam dać Słońca ani Księżyca, ale mogę wam dać
George'a Washingtona, generała armii Stanów Zjednoczonych, on jak Jozue
wstrzymał Słońce i Księżyc, które go posłuchały".
Rok 1782 w Stanach Zjednoczonych charakteryzują chaos i anarchia.
Wybuchał bunt za buntem, przeciw podatkom lub posunięciom gospodarczym
władz. Zdemobilizowani żołnierze domagali się wypłaty zaległego żołdu.
Zwolennicy rządów silnej ręki i silnej władzy wykonawczej proponowali,
aby Washington koronował się na króla amerykańskiego. Z propozycją taką
wystąpił do niego powszechnie szanowany mieszkaniec Filadelfii pułkownik
Lewis Nicola. Przyszły prezydent odrzucił jednak propozycję
przekształcenia republiki w monarchię. "Pomysł taki - pisał z Newburgha
w stanie Nowy York - uważam za odrażający i stanowczo go potępiam".
Powiadomił pułkownika, że sprawę tę traktuje jako poufną. Jeżeli jednak
pułkownik będzie prowadził publiczną kampanię na rzecz koronacji, poda
do wiadomości publicznej swoje stanowisko w tej sprawie.
Washington i Lafayette w obozie Valley Forge w 1777 roku
Niepokoje jednak trwały. 10 marca 1783 roku w kwaterze oficerskiej w Newburghu doszło do otwartego buntu. Washington spotkał się ze
zbuntowanymi oficerami. Prosił o cierpliwość, obiecywał, że Kongres
zadośćuczyni wszystkim roszczeniom oficerów i żołnierzy, ale nie
przekonał ich. W pewnym momencie przypomniał sobie, że ma w kieszeni
list od jednego z członków Kongresu, w którym przyrzeka on, że Kongres
spełni wszystkie żądania wojska. Mając trudności z odczytaniem tekstu,
zaczął szukać okularów. Przeprosił zebranych za przerwę i dodał: "Już
posiwiałem w służbie ojczyzny. Teraz zaczynam ślepnąć". Słowa te tak
poruszyły zebranych, że posłuchali rady Washingtona i w spokoju się
rozeszli. "Nigdy w czasie wojny Wasza Ekscelencja nie osiągnął większego
zwycięstwa niż w tym momencie" - powiedział do Washingtona generał
Philip Schuyler, świadek tego wydarzenia.
George Washington wjeżdża do Nowego Jorku
Przy opracowywaniu konstytucji Stanów Zjednoczonych w czasie dyskusji na
temat sił zbrojnych jeden z delegatów proponował ustalenie maksymalnego
pułapu sił zbrojnych na pięć tysięcy żołnierzy. Washington, jako
przewodniczący, nie mógł zgłaszać wniosków, ale szepnął do sąsiada:
"Byłoby o wiele lepiej, gdyby zgłoszono poprawkę do wniosku, że obce
siły zbrojne dokonujące inwazji Stanów Zjednoczonych nie powinny liczyć
więcej niż trzy tysiące żołnierzy".
Washington przybywa do Nowego Jorku, pierwszej stolicy Stanów
Zjednoczonych
Kiedy Washington został wybrany na prezydenta w 1789 roku, zastanawiano
się, jak należy się do niego zwracać, jak go tytułować, aby brzmiało to
dostojnie, godnie i prestiżowo, a równocześnie nie było powtórzeniem
dworskiej etykiety, potępianej przez wielu republikanów. W Kongresie
odbyła się nawet debata na ten temat. Zgłaszano różne propozycje: "Jego
Wyborcza Mość", "Jego Wyborcza Wysokość", "Jego Wysokość Prezydent
Stanów Zjednoczonych i Protektor Ich Praw", "Wasza Wielkość", "Jego
Wysokość Prezydent-Generał", "Jego Wysokość". Proponowano również, by
zwracać się do prezydenta, używając takich zwrotów, jak: "Ekscelencja",
"Czcigodność" czy też po prostu "Pan". Tę ostatnią propozycję zgłaszał
Thomas Jefferson.
W końcu zdecydowano się na prostą i obowiązującą do dzisiaj formułę:
"Prezydent Stanów Zjednoczonych" (President of the United States).
George Washington bardzo dbał, aby nie zrobić jakiegoś nieostrożnego
kroku, mogącego zaszkodzić autorytetowi urzędu, jaki reprezentował. W czasie gdy przebywał z wizytą w stanie Massachusetts, został zaproszony
do złożenia wizyty gubernatorowi tego stanu Johnowi Hancockowi, który
sam aktywnie walczył o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Washington
odpisał gubernatorowi uprzejmie, ale stanowczo: "Prezydent Stanów
Zjednoczonych przesyła wyrazy szacunku Gubernatorowi i ma zaszczyt
poinformować Go, że będzie przebywał w swym domu do godziny drugiej".
Bardzo interesował się ideą zbudowania nowego miasta federalnego jako
stolicy Stanów Zjednoczonych. Kiedyś odwiedził nawet Davisa Burnsa,
skąpego i nieustępliwego Szkota, właściciela farmy tytoniowej,
mieszkającego dokładnie w miejscu, gdzie dziś znajduje się Biały Dom i plac Lafayette'a.
Kiedy opracowywano plan zabudowy miasta, Szkot nie chciał oddać swojej
ziemi. Washington odwiedził go i zachęcał, by ofiarował ziemię na budowę
stolicy państwa. "Gdyby nie zaplanowano tu budowy federalnego miasta -
powiedział mu Washington - pan dokonałby tu żywota jako biedny
właściciel farmy tytoniowej". Burns zripostował natychmiast: "To prawda.
Ale gdyby nie wdowa Custis i jej czarnuchy, pan nadal byłby biednym
mierniczym".
Washington pełnił funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych 7 lat i 308
dni. Ostatniego dnia prezydentury zaprosił gości do swej rezydencji,
napełnił kieliszki winem i powiedział: "Po raz ostatni piję wasze
zdrowie jako osoba publiczna". Po opuszczeniu fotela prezydenckiego 3
marca 1797 roku powrócił do swej posiadłości w Mount Vernon.
Washington chętnie podejmował gości. Sprawiało mu to prawdziwą
przyjemność. W jego domu w Mount Vernon prawie zawsze przebywali
znajomi. Washington czuł się dobrze i swobodnie wśród przyjaciół. Pił,
grał w karty, żartował. Jego niepozbawione ironii poczucie humoru
ilustruje opinia o milicji ochotniczej, z którą miał sporo kłopotów w czasie wojny o niepodległość. "Milicja zjawia się nie wiadomo jak,
opuszcza cię, nie wiadomo kiedy. Kiedy skonsumuje całe twoje zapasy,
wówczas opuści cię w najbardziej krytycznym momencie" - zwykł mawiać.
Kapitulacja wojsk angielskich pod Yorktown w październiku 1781 roku
Washington lubił polować, zwłaszcza na kaczki, grać w bilard (często
uderzał grubym końcem kija), na wyścigach konnych i w karty na niedużą
stawkę (zapisywał skrupulatnie wszystkie wygrane i przegrane). Jeżeli
tylko miał sposobność, tańczył i chodził do teatru i na koncerty.
Pił alkohol w sposób umiarkowany. Uwielbiał wino madera. Sam produkował
alkohol w Mount Vernon, a nawet go sprzedawał. Do jego ulubionych zajęć
należały także: udział w loteriach fantowych, polowanie na lisa,
wędkarstwo, walki kogutów, hodowla psów myśliwskich oraz pieczenie mięsa
na powietrzu.
Uczestnicząc kiedyś w balu w miejscowości Alexandria w stanie Wirginia,
gdzie nie podano alkoholu, Washington ironicznie określił go jako
"chlebowo-maślany bal". Lubił też tańczyć. Mając 50 lat, cztery godziny
bez przerwy tańczył z żoną generała Nathaniela Greene'a.
W Mount Vernon pasjonował się także polowaniem na lisy ze swymi
ulubionymi psami myśliwskimi. Markiz Lafayette przesłał Washingtonowi w darze z Francji psy wyspecjalizowane w polowaniu na dziki. Kiedyś psy
wpadły do kuchni pani Washington i pożarły leżącą tam szynkę.
Washington wybiera miejsce pod budowę przyszłej stolicy Stanów
Zjednoczonych nazwanej jego imieniem
Washington był człowiekiem bardzo punktualnym. Tego samego wymagał
również od swych gości. Spóźnialskich powitał raz słowami: "Panowie, w tym domu przestrzega się punktualności. Mój kucharz nigdy nie pyta, czy
goście już przybyli, lecz czy nadeszła godzina posiłku".
Innym razem Washington był umówiony z handlarzem na godzinę 17.15, by
obejrzeć konie do powozu. Ponieważ kupiec spóźnił się, musiał czekać
cały tydzień, zanim Washington umówił się z nim na rozmowę o transakcji.
Latem 1797 roku rewolucjonista francuski Constantin Volney odwiedził
George'a Washingtona w Mount Vernon przed rozpoczęciem swych podróży po
Stanach Zjednoczonych. Opuszczając posiadłość, poprosił byłego
prezydenta o list polecający do społeczeństwa amerykańskiego.
Washington, wiedząc, że Volney jest znanym wolnomyślicielem, i chcąc
uniknąć w związku z tym jakichkolwiek kontrowersji, napisał na papierze
następujące zdanie: "C. Volney nie potrzebuje żadnych listów
polecających od G. Washingtona".
Washington zdawał sobie sprawę z braków w swym wykształceniu. Dlatego
też w okresie, gdy zajmował eksponowane stanowiska, unikał
intelektualnych dyskusji, nie wdawał się w abstrakcyjne dysputy. Jeżeli
musiał zabrać głos, wypowiadał się na piśmie. Nie znał żadnego obcego
języka. Nigdy nie był w Europie. Odrzucił zaproszenie do złożenia wizyty
we Francji, gdyż uważał, że porozumiewanie się z gospodarzami przez
tłumacza skompromituje go. W chwili śmierci posiadał w swej prywatnej
bibliotece 884 książki, co było pokaźną liczbą na owe czasy.
Od wczesnej młodości aż do śmierci Washington miał kłopoty z zębami.
Jego osobiste notatki zawierają wiele wzmianek na ten temat. W wieku 57
lat stracił wszystkie zęby. Tuż przed zakończeniem wojny o niepodległość
poznał francuskiego dentystę, który osiedlił się w Nowym Jorku. Dentysta
ten odwiedził go w Mount Vernon i po kilku próbach wykonał sztuczną
szczękę z kła nosorożca. Tuż przed śmiercią Washington miał kilka takich
szczęk, ale nie był z nich zadowolony. Zbyt ciężkie, niewygodne,
sprawiały mu wiele kłopotu. Dlatego też, choć przywiązywał ogromną wagę
do bezpośrednich kontaktów z ludźmi, unikał publicznych przemówień.
Rzadko się też uśmiechał w obawie, by szczęka mu nie wypadła.
Jedna ze sztucznych szczęk prezydenta została przedstawiona jako
eksponat na Wystawie Światowej w Chicago w 1933 roku.
* * *
Czy wiecie, że George Washington był:
- jedynym prezydentem, którego uroczystość inauguracji i zaprzysiężenia
odbyła się w dwóch miastach (Nowy Jork, 30 kwietnia 1789 roku, i Filadelfia, 4 marca 1793 roku);
- jedynym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który nie mieszkał w Waszyngtonie;
- jedynym prezydentem, który wybrany został jednogłośnie przez kolegium
elektorskie (głosowało na niego 69 elektorów);
- prezydentem, który odmówił kandydowania na trzecią kadencję;
- pierwszym prezydentem uhonorowanym sylwetką na znaczku pocztowym.
Dziesięciocentowy czarny znaczek z podobizną Washingtona został
wprowadzony do obiegu 1 lipca 1847 roku;
- jednym z dwóch, obok Jamesa Madisona, przyszłych prezydentów Stanów
Zjednoczonych, którzy podpisali konstytucję Stanów Zjednoczonych;
- prezydentem, który mianował najwyższą liczbę (dziesięciu) sędziów Sądu
Najwyższego.
W pobliżu miasteczka uniwersyteckiego
Charlottesville w Wirginii znajduje się piękna posiadłość Monticello,
gdzie mieszkał, zmarł i został pochowany trzeci prezydent Stanów
Zjednoczonych Thomas Jefferson. Dom w stylu klasycystycznym został
zbudowany według planów architektonicznych Jeffersona. Z drogi
prowadzącej na wzgórze Monticello widać bramę cmentarza, na którym stoi
granitowy obelisk z napisem: "Tu spoczywa Thomas Jefferson, autor
Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, Statutu Wirginii na
rzecz Wolności Religii i ojciec Uniwersytetu Wirginii".
To epitafium, napisane osobiście przez Jeffersona, jest wyjątkowo
skromne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że przedstawia ono zmarłego, który
był posłem amerykańskim we Francji, gubernatorem Wirginii, pierwszym w historii Stanów Zjednoczonych sekretarzem stanu, drugim w historii kraju
wiceprezydentem i przez dwie kadencje jednym z najwybitniejszych
prezydentów. Charakterystyczne, że w epitafium Jefferson nie wymienił
zarówno funkcji prezydenta, jak i żadnej innej.
Thomas Jefferson urodził się 13 kwietnia 1743 roku w Wirginii. Funkcję
prezydenta sprawował w latach 1801-1809. Po jej zakończeniu powrócił do
swej posiadłości Monticello, gdzie zmarł 4 lipca 1826 roku, dokładnie w 50. rocznicę proklamowania Deklaracji Niepodległości, której był
autorem.
* * *
Jako chłopiec Thomas Jefferson miał powolnego kucyka. Kolega, który miał
szybkiego konia, często kpił sobie z niego. Thomas rzucił więc koledze
wyzwanie, aby urządzili wyścigi na koniach. Zakpił ze złośliwego kolegi,
wyznaczając datę wyścigów na... 30 lutego.
Independence Hall w Filadelfii, gdzie 4 lipca 1776 roku przyjęto
Deklarację Niepodległości, której współautorem był Thomas Jefferson
W lutym 1770 roku Thomas wraz z matką (zmarła w 1776 roku) byli w odwiedzinach u sąsiada. Nagle przybiegł jeden z niewolników z wiadomością, że spaliła się ich posiadłość. "Nie uratowaliście żadnej z moich książek!" - wykrzyknął przerażony Jefferson. "Nie, panie -
odpowiedział sługa - uratowaliśmy tylko skrzypce". Thomas lubił grać na
skrzypcach i według relacji współczesnych robił to podobno dobrze.
Jefferson ożenił się, mając lat 28, z młodszą od siebie o pięć lat wdową
Marthą Wayles Skelton.
Młoda, piękna i bogata wdowa miała wielu starających się o jej rękę.
Istnieją liczne opowieści o tym, w jaki sposób doszło do małżeństwa z Jeffersonem. Niektórzy biografowie prezydenta twierdzą, że trzech
najpoważniejszych konkurentów postanowiło losować, w jakiej kolejności
oświadczą się wdowie. Jefferson miał szczęście, wyciągnął los numer
jeden. Kiedy poszedł się oświadczyć, dwaj pozostali czatowali przy
płocie, czekając w napięciu na wynik wizyty. Wkrótce usłyszeli muzykę
przerywaną wesołym śpiewem. Zrozumieli, że stracili już szansę, i ze
smutkiem odeszli, zostawiając zwycięskiego i szczęśliwego Jeffersona.
Jako członek stanowej legislatury w Wirginii Jefferson sprzeciwiał się
przyjęciu ustawy upoważniającej najstarszego syna do dziedziczenia
całego majątku. Kiedy inny członek legislatury wystąpił z kompromisową
formułą, aby najstarszy syn otrzymywał podwójną część majątku,
odpowiedział: "Jeśli najstarszy syn mógłby jeść dwukrotnie więcej,
pracować dwa razy więcej, mogłoby to być naturalnym świadectwem jego
prawa do dziedziczenia podwójnej części majątku".
Biografowie Jeffersona zgodnie podkreślają, że ten wykształcony i mądry
człowiek był kiepskim mówcą. Także ton jego głosu, z powodu defektu
gardła i strun głosowych suchy i nieprzyjemny, nie zachęcał do
słuchania. Mówienie sprawiało Jeffersonowi trudności, a nawet ból. W związku z tym unikał publicznych przemówień, wolał w samotności pisać i spod jego pióra wychodziły znakomite teksty. W pewnym sensie jego
przeciwieństwem był znany orator Patrick Henry (1736-1799), którego
Jefferson w roku 1779 zastąpił na stanowisku gubernatora Wirginii. Henry
porywał ludzi swymi znakomitymi przemówieniami, natomiast kiepsko pisał.
Jefferson, jak już wiemy, twórca projektu tekstu Deklaracji
Niepodległości, był dumny z tego do końca życia, jednocześnie potrafił z właściwym sobie poczuciem humoru mówić o tym tak istotnym w historii
dokumencie. Kiedy na przykład zastanawiano się, jak to się stało, że
Deklarację Niepodległości podpisano tak szybko, odpowiedział: "Kiedy
sprawa proklamowania niepodległości stanęła przed Kongresem, jego obrady
odbywały się w pobliżu stajni wynajmującej konie. Członkowie Kongresu
nosili krótkie bryczesy, jedwabne pończochy i trzymali w ręku
chusteczki, za pomocą których opędzali się od much obsiadających im
nogi. Było to tak dokuczliwe, że zniecierpliwieni członkowie Kongresu
śpieszyli się. Zmusiło ich to do szybkiego złożenia podpisów pod tym
wielkim dokumentem". Deklarację Niepodległości Thomas Jefferson
opracował w ciągu osiemnastu dni.
W maju 1785 roku Jefferson został posłem amerykańskim w Paryżu. Gdy
przedstawił się szefowi francuskiej dyplomacji, ten zapytał go:
- A więc to pan zastępuje monsieur Franklina?
- Nie. Ja jestem jego następcą. Nikt nie jest w stanie go zastąpić -
odpowiedział Jefferson, wiedząc, jak wielkim szacunkiem w kołach
politycznych Paryża cieszy się Franklin.
Kiedy prawie 80-letni minister pełnomocny Benjamin Franklin opuszczał
Francję, żegnały go tłumy ludzi, w tym wiele pań. Każda chciała go
pocałować na pożegnanie. Jefferson, który przyglądał się tym uściskom i pocałunkom, zaproponował, aby ten przywilej przypadł również jemu jako
następcy Franklina. "Jesteś na to zbyt młody" - odpowiedział Franklin
42-letniemu Jeffersonowi.
Wkrótce w Paryżu Jefferson zakochał się platonicznie w pięknej mężatce
Marii Cosway. Miłość ta jednak szybko minęła.
Portret Thomasa Jeffersona pędzla Tadeusza Kościuszki
"Młodemu człowiekowi - pisał w stolicy Francji - trudno jest wstrzymać
się od pokusy na widok pięknych dziewczyn zapraszających na każdej
ulicy".
Na temat związków Jeffersona z kobietami zachowało się wiele sprośnych
historii. Adwersarze polityczni rozpuszczali na przykład plotki, że żyje
z niewolnicą murzyńską Sally Hemings. W 1802 roku gazeta "Recorder",
ukazująca się w Richmond w Wirginii, wydrukowała m.in. słowa: "Jest
sprawą szeroko znaną, że powszechnie szanowany przez ludzi człowiek od
wielu lat utrzymuje jako swoją konkubinę jedną ze swych niewolnic. Ma
ona na imię Sally. Jej najstarszy syn ma na imię Tom. Bardzo podobny
jest on do prezydenta... Sally podróżowała do Francji tym samym statkiem
co Jefferson i jego córki. Delikatność tej sytuacji musi uderzać każdego
rozsądnego człowieka".
Fakty historyczne nie potwierdzają tych plotek, choć niektórzy
biografowie nie wykluczają istnienia w nich ziarna prawdy. Prawdą jest,
że Sally była ładną kobietą. Natomiast zwolennicy Jeffersona uważali, że
sprawiedliwości stało się zadość, kiedy autor cytowanego artykułu James
Thomas Callender rok później po pijanemu utopił się w płytkiej, zaledwie
na metr głębokiej rzece James.
Ostatnio naukowcy stwierdzili, że Jefferson miał jednak przynajmniej
jednego syna z młodszą od siebie o 28 lat Sally. Oboje byli razem przez
36 lat. Przeprowadzone jesienią 1998 roku badania kodu DNA potwierdziły,
że ojcem jednego z synów Sally mógł być Thomas Jefferson, ale absolutnej
pewności nie ma.
W okresie prezydentury Johna Adamsa Jefferson był wiceprezydentem.
Pewnego razu zatrzymał się w Baltimore i wstąpił do głównego hotelu w mieście. Zsiadł z konia, zakurzony, z batem w ręku wszedł do recepcji,
by zapytać właściciela o pokój. Właściciel krytycznie spojrzał na niego
i ocenił, że ma do czynienia z jakimś farmerem: "Nie mamy dla pana
pokoju" - odpowiedział. Jefferson nie dosłyszał i ponownie zapytał o pokój. Usłyszał tę samą odpowiedź. Wyszedł więc, dosiadł konia i odjechał. W tym momencie do hotelu wszedł jeden z bogatszych gości i oświadczył, że mężczyzna, który właśnie opuścił hotel, to Thomas
Jefferson, wice-prezydent Stanów Zjednoczonych. "Wielkie nieba, co ja
zrobiłem!" - wykrzyknął właściciel hotelu, polecając służącym, by
odnaleźli Jeffersona i zaproponowali mu najelegantszy apartament. Słudzy
odnaleźli Jeffersona w sąsiednim hotelu, wyjaśnili przyczynę
nieporozumienia i przedstawili zaproszenie. "Przekażcie swemu panu -
usłyszeli - że wysoko cenię jego intencje, lecz skoro nie ma on miejsca
w hotelu dla brudnego farmera, nie powinien mieć miejsca dla
wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych".
Rękopis listu Jeffersona
W wyborach prezydenckich w 1800 roku obie główne partie polityczne -
demokratyczni republikanie i federaliści - zgłosiły po dwóch kandydatów.
Pierwsi - Thomasa Jeffersona i Aarona Burra, drudzy - urzędującego
prezydenta Johna Adamsa oraz Charlesa Pinckneya.
Federaliści stosowali wszelkie chwyty, by zdyskredytować Jeffersona,
słusznie uchodzącego za najgroźniejszego przeciwnika. Alexsander
Hamilton oskarżał Jeffersona o "ateizm w religii i fanatyzm w polityce".
Federalistyczne pismo "U.S. Gazette" nazywało Jeffersona "pijakiem",
"ojcem licznych Mulatów", "ateistą". "Connecticut Courent" przewidywał,
że jeżeli Jefferson zostanie prezydentem, dojdzie do wojny domowej, a w kraju "będą praktykowane i upowszechniane: morderstwa, gwałty, zdrada i kazirodztwo". Pastor Timothy Dwight, rektor znakomitej uczelni Yale,
ostrzegał, że wybór Jeffersona na prezydenta będzie katastrofą narodową.
Przewidywał palenie na ulicach Biblii i książek religijnych, w kościołach śpiewanie Marsylianki. Dziennik "Columbian Continel" grzmiał:
"Drżyjcie na wypadek wyboru Jeffersona... Ruina wasza jest w zasięgu
ręki".
Uważali go za podejrzanego intelektualistę, "filozofa", przy czym
określenia tego używali w sensie pejoratywnym. Mówili, że człowiek,
który zajmuje się systemem miar i wag, jest wynalazcą krzesła
obrotowego, interesuje się botaniką i astronomią, może być profesorem
college'u, ale nie powinien zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Pewna dama, federalistka z Connecticut, uwierzyła propagandzie, że
jeżeli Jefferson zostanie wybrany prezydentem, wszystkie Biblie zostaną
zniszczone. Chcąc uratować rodzinną Biblię, poszła do pewnego znajomego,
zwolennika Jeffersona, prosząc go o jej przechowanie. Ów znajomy
bezskutecznie przekonywał ją, że oskarżenia pod adresem Jeffersona są
bezpodstawne. Mimo to owa dama nalegała na przechowanie. "Jeżeli
wszystkie Biblie mają być zniszczone - powiedział w końcu ów znajomy -
to jaki sens, abym u siebie przechował pani Biblię?" "U pana moja Biblia
będzie bezpieczna. Oni nie będą przeszukiwać pańskiego domu".
Dla bigotów, hipokrytów, rasistów, nacjonalistów, prowincjuszy
amerykańskich Jefferson, mądry, rozsądny, tolerancyjny, był
niebezpiecznym przeciwnikiem. Ten, jak to się dziś w Ameryce określa
intelektualistów, jajogłowy, chyba i obecnie byłby traktowany
podejrzliwie.
Jefferson nie pozostawał dłużny przeciwnikom, choć nigdy nie stosował
ich metod postępowania. Gdy federaliści kiedyś wyrazili się z aprobatą o jego decyzji, powiedział: "Kiedy dowiedziałem się, że zaaprobowali ją,
przyznaję, że zacząłem się martwić, iż uczyniłem coś niewłaściwego, i zacytowałem jeden z psalmów: "Boże, cóż ja takiego uczyniłem, że
niegodziwcy chwalą mnie"".
Podkreślał on, że federaliści stanowiący zaledwie 4 procent
społeczeństwa sprawują kontrolę nad 75 procent całej prasy
amerykańskiej. Podkreślał jednak, że prasa federalistyczna pełni
pożyteczną funkcję. "Podobnie jak kominy w naszych mieszkaniach,
wypuszcza z partii dym, który w przeciwnym razie mógłby zadusić naród".
W odpowiedzi na ostre i kłamliwe ataki prasy federalistycznej Jefferson
zaproponował, aby redaktorzy dzielili gazety na cztery części, w których
będą drukować wiadomości: w pierwszej - prawdziwe, w drugiej -
prawdopodobne, w trzeciej - możliwe, w czwartej - kłamliwe. Dwie
ostatnie kolumny trzeba przeznaczyć dla tych czytelników - mówił -
którzy za swoje pieniądze wolą otrzymać kłamstwa niż puste kolumny.
O zacietrzewieniu i zawziętości kampanii wyborczej roku 1800 świadczy
wypowiedź pewnego nowojorskiego kongresmena, który wspominając te
wybory, powiedział: "To było miłe żyć w tych starych dobrych czasach,
kiedy federalista mógł na ulicy powalić ciosem w szczękę demokratycznego
republikanina i nikt nie miał do niego o to pretensji".
Kiedy Jefferson wprowadził się do Białego Domu, nie był on jeszcze
wykończony. Prezydent mówił, że jest to "wielki murowany dom,
dostatecznie wielki, by pomieścić dwóch cesarzy, jednego papieża i Wielkiego Lamę".
Jefferson wprowadził wiele nowych obyczajów. Szowinistów amerykańskich
szokowało to, że prezydent Stanów Zjednoczonych serwuje w swej
rezydencji dania francuskie i na stanowisku szefa kuchni zatrudnił
Francuza. Patrick Henry, patriota amerykański, na wieść o tym
wykrzyknął: "Tom Jefferson wyrzekł się swych narodowych dań". Warto
podkreślić, że Jefferson przedkładał dania jarskie nad mięsne. Lubił
także wina. Zapewne była to pozostałość po pobycie we Francji. Rachunek
za wina podawane w Białym Domu w okresie jego dwu kadencji wynosił ponad
10 tysięcy dolarów, suma jak na owe czasy duża. Smakosz Jefferson lubił
dobrze zjeść i właściwie podjąć gości. W czasach gdy duży indyk
kosztował 75 centów, a za 3 dolary kupowało się prosiaka, on potrafił
wydawać dziennie na żywność ponad 50 dolarów. Zwolenników obyczajów
dworskiej dyplomacji raziła prostota zwyczajów, jaką wprowadził w Białym
Domu. Kontrastowała ona z tytułomanią i dworskością podtrzymywaną przez
pierwszych dwóch prezydentów. Anthony Merry, brytyjski minister w Waszyngtonie w 1804 roku, ironicznie wyrażał się, że Jefferson nosi
"zgrzebne pończochy i łapcie", co "bardzo upodabnia go do wysokiego,
kościstego farmera". Zaszokował go widok osoby, która - jak wspominał
później - przedstawiła mu się jako prezydent Stanów Zjednoczonych.
Jefferson - według Merry'ego - był ubrany tak niedbale, że ambasador
przyjął to jako obrazę nie tyle swojej osoby, ile jako obrazę majestatu
królewskiego, który reprezentował. Jeffersonowi musiał sprawiać radość
widok pompatycznego, oburzonego, obrażonego ambasadora Merry'ego, wbrew
nazwisku (merry znaczy wesoły) wyróżniającego się w waszyngtońskim
korpusie dyplomatycznym brakiem poczucia humoru.
Jefferson nie lubił protokołu i nie przestrzegał go w czasie przyjęć.
Goście siadali przy stole, gdzie mieli życzenie. By uniknąć kłopotliwej
sytuacji, kto ma siedzieć na honorowym miejscu, Jefferson zmienił stół
na okrągły. Zaproszenia z Białego Domu wysyłał jako Mr Jefferson, a nie
jako prezydent Jefferson. Nie lubił i nie używał żadnych tytułów.
Jefferson był pierwszym prezydentem, który witał gości w Białym Domu
podaniem ręki, zamiast tradycyjnym ukłonem. 4 lipca 1801 roku wydał
przyjęcie w Błękitnym Salonie dla około stu gości, wszystkich witał
uściskiem ręki.
Mimo zasług i osiągnięć pozostał człowiekiem skromnym i nieśmiałym.
Kiedy jego przyjaciele i zwolennicy chcieli zorganizować publiczne
obchody jego urodzin, powiedział: "Jedyną rocznicą, którą obchodzę, jest
rocznica naszej niepodległości, 4 lipca".
Pewnego razu znalazł się w bardzo kłopotliwej sytuacji. W czasie
audiencji, jakiej udzielał nowemu ambasadorowi Turcji, został zaskoczony
nieoczekiwanym żądaniem. Ambasador domagał się, aby rząd Stanów
Zjednoczonych na swój koszt finansował mu harem odpowiedni do jego
statusu. Jefferson musiał użyć całego kunsztu dyplomatycznego, by nie
obrazić ambasadora Turcji, a równocześnie przekonać go o niemożności
finansowania i organizowania takich usług przez rząd amerykański.
W dniu Nowego Roku 1802 prezydentowi przywieziono do Białego Domu
niezwykłych rozmiarów prezent, olbrzymi ser ważący 1600 funtów. Zrobiony
w miejscowości Cheshire w stanie Massachusetts, ser przyjechał na
saniach ciągniętych przez sześć koni. Prezent miał załączoną dedykację:
"Największy ser w Ameryce dla największego człowieka w Ameryce". Z inicjatywą zrobienia takiego prezentu wystąpił John Lelend, pastor
Kościoła baptystów w Cheshire. Zaapelował on, aby każdy właściciel krowy
oddał pewną ilość mleka na zrobienie olbrzymiego sera. Sam transport
sera do Waszyngtonu trwał trzy tygodnie. Jefferson przyjął prezent,
podziękował, następnie wyciął kawał i odesłał jego wytwórcom do
spróbowania. Świadkowie tej uroczystości mogli go do woli próbować. Ser
był tak olbrzymi, że podobno jeszcze w 1805 roku podawano go w Białym
Domu.
W owych czasach sprawy wagi państwowej załatwiano bez pośpiechu. Służba
dyplomatyczna również działała powoli. Ilustruje to wypowiedź
Jeffersona, który pewnego dnia powiedział o pośle Stanów Zjednoczonych w Hiszpanii: "Od dwóch lat nie mam wiadomości od niego. Jeśli nie odezwie
się on w ciągu następnego roku, napiszę do niego list".
Na tym podręcznym, przenośnym biurku zaprojektowanym przez siebie
Jefferson napisał projekt tekstu Deklaracji Niepodległości
Po zakończeniu swej drugiej kadencji prezydenckiej Jefferson zdecydował
nie ubiegać się o następną. Konstytucja amerykańska nie ograniczała
wówczas liczby kadencji. Jednak Jeffersona, człowieka wrażliwego,
liberała, intelektualistę, zmęczył sprawowany urząd. Miał już 66 lat i wolał spędzić resztę życia w ulubionej posiadłości. - Prezydentura -
mawiał Jefferson - jest "świetnym nieszczęściem", przynoszącym
"nieustanną harówkę i codzienną utratę przyjaciół". Urząd wiceprezydenta
natomiast Jefferson uznał za "zaszczytny i łatwy".
Po opuszczeniu Białego Domu Jefferson mógł oddać się zajęciom
sprawiającym mu przyjemność, kontemplacjom i pisaniu. Pozostawił po
sobie 25 tysięcy listów. Sam pisał je własnoręcznie, choć wynalazł
urządzenie umożliwiające mu pisanie kilku egzemplarzy tekstu. Dość
bogata jest m.in. korespondencja między Thomasem Jeffersonem a Tadeuszem
Kościuszką.
Thomas Jefferson, jak każdy zaangażowany człowiek o zdecydowanych
poglądach, miał zarówno wielbicieli, jak i zajadłych wrogów. Jedni
widzieli w nim wielkiego orędownika swobód obywatelskich, klasycznego
liberała, "apostoła amerykanizmu". Drudzy ostro go atakowali, nazywając
"agentem Napoleona", "wyjącym ateistą", "bezbożnikiem", "wielbicielem
sławetnej prostytutki pod nazwą Bogini Rozumu". Alexander Hamilton
szydził z jego "niewieściego przywiązania do Francji". Twierdził, że
republikanizm i demokratyzm Jeffersona jest tylko osłoną jego
bezwzględnego dążenia do władzy.
Prezydent John F. Kennedy zaprosił kiedyś na przyjęcie do Białego Domu
wszystkich żyjących amerykańskich laureatów Nagrody Nobla. Witając ich,
powiedział m.in., że jest to "największe zgromadzenie talentów, jakie
kiedykolwiek miało miejsce w Białym Domu, z wyjątkiem być może momentów,
kiedy Thomas Jefferson samotnie jadł tu kolację".
O Jeffersonie można powiedzieć, nie popełniając większego błędu, że był
filozofem, antropologiem, bibliofilem, prawnikiem, klasycystą,
wychowawcą, ekonomistą, socjologiem, historykiem, leksykografem,
geografem, matematykiem, botanikiem, etnologiem, numizmatykiem,
paleontologiem, meteorologiem, fizykiem, lingwistą, archeologiem,
politologiem, astronomem. Mając na uwadze jego praktyczne zajęcia i osiągnięcia, można powiedzieć, że był także farmerem, architektem,
muzykiem, wynalazcą, inżynierem, pisarzem, dyplomatą, a nade wszystko
politykiem i mężem stanu. Interesował się wszystkim: od przyczyn
powstawania tęczy do czynników wpływających na zachowanie się dzikich
indyków, od badania skamieniałych szczątków zwierząt do fizyki Newtona i całek, od gramatyki języka staroangielskiego do warunków życia Murzynów
na San Domingo.
Pisał książki na bardzo różnorodne tematy: moralności, botaniki,
procedury legislacyjnej, literatury porównawczej, filozofii, małżeństwa.
Eksperymentował z nowymi gatunkami ryżu. Nasiona przeszmuglował z Włoch.
Upowszechnił produkcję ryżu w Stanach Zjednoczonych. Zbierał kości
prehistorycznych zwierząt. Był nie tylko pierwszym prezydentem, ale w ogóle pierwszą osobą, która w Ameryce Północnej hodowała pomidory, gdyż
w tym czasie powszechnie uważano je za trujące.
Thomas Jefferson napisał kiedyś słowa, które można uznać za jego dewizę:
"Zdecydowany jestem nigdy nie być bezczynnym. Jest to cudowne, ile można
dokonać, jeśli ciągle się coś robi".
Jefferson powiedział kiedyś: "Mała rebelia tu i ówdzie jest rzeczą
dobrą".
To właśnie jemu, miłośnikowi win francuskich, przypisuje się słowa,
które należałoby zastosować u nas: "Społeczeństwa, gdzie wina są tanie,
nie są pijane. Społeczeństwa nie są trzeźwe tam, gdzie drogie wina są
zastępowane wysokoprocentowymi alkoholami jako powszechnym trunkiem".
Jesienią 1987 roku sprzedano na aukcji za sumę 180 tysięcy franków (30
tysięcy dolarów) butelkę wina należącą do Thomasa Jeffersona. Butelka
château margoux pochodziła z 1784 roku1, zakupił ją Marvin Sharken
- wydawca czasopisma amerykańskiego specjalizującego się w tematyce win.
Kiedy Jefferson udawał się w podróż, krótszą lub dłuższą, zawsze miał
przy sobie notatnik. Opisywał faunę i florę. Niezwykle uważnie potrafił
obserwować otaczający go świat.
Lubił książki i zgromadził wspaniałą bibliotekę w Monticello. Do dziś
robi ona ogromne wrażenie na każdym zwiedzającym. "Książki - mawiał
Jefferson - są najwspanialszą ze wszystkich rozrywek". Czytał Cycerona
po łacinie, Platona po grecku, Monteskiusza po francusku, Cervantesa po
hiszpańsku. Znał ponadto włoski i niemiecki. Pracował nad słownikiem
narzeczy indiańskich.
Kiedy w czasie wojny amerykańsko-brytyjskiej Anglicy spalili Bibliotekę
Kongresu, Jefferson oświadczył, że gotów jest odsprzedać swe zbiory
rządowi. Biblioteka Kongresu, do której powstania Jefferson przyczynił
się osobiście, liczyła wówczas około trzech tysięcy tomów; 6487 swoich
książek Jefferson sprzedał za sumę 23 950 dolarów. Była to mniej niż
połowa faktycznej wartości tych książek. Sześć wozów przewiozło przez
góry książki do Waszyngtonu. Wiele z nich miało odręczne oznaczenia
Jeffersona, świadczące, że stanowią jego własność. Dziś znajdują się one
w dziale druków rzadkich Biblioteki Kongresu. Kolekcja Jeffersona
posłużyła za podstawę do odbudowy spalonych zbiorów Library of Congress.
Książki Jeffersona były m.in. w języku łacińskim, greckim, francuskim,
hiszpańskim i włoskim. Opracował własny system katalogowania książek -
nie w oparciu o alfabet, ale o działy nauki.
Przeciwnicy Jeffersona w Kongresie przeciwstawiali się kupowaniu od
niego książek. Jeden z nich oświadczył nawet, że za tę sumę lepiej
zakupić karabiny dla 2 tysięcy żołnierzy. Inni nie chcieli, gdyż - jak
twierdzili - do Biblioteki Kongresu nie nadają się książki napisane w językach obcych. Rufus King, jeden z ówczesnych polityków amerykańskich,
zaproponował, aby powołać komisję, która dokona selekcji dzieł
zakupionych od Jeffersona - eliminując te, które zostaną uznane za
"niemoralne" lub "bezużyteczne". Inni proponowali, by książki te po
dokonaniu selekcji po prostu spalić.
Jak wspomniałem wcześniej, Jefferson był również architektem. Rozwinął
pewien styl w architekturze amerykańskiej, będący połączeniem wzorów
rzymskich z tanim amerykańskim tworzywem budowlanym. Opracował plany
architektoniczne posiadłości w Monticello, budynków University of
Virginia, a także nowej stolicy Wirginii Richmond. Zaprojektował również
oryginalny system centralnego ogrzewania.
Jefferson pracował także fizycznie przy budowie domu w Monticello.
Ścinał drzewo na budulec, wypalał cegły, robił nawet gwoździe.
Rezydencja powstawała trzydzieści dwa lata. Ten potężny dom miał
trzydzieści trzy pokoje, w tym dwanaście sypialni, i dziesięć
pomieszczeń w piwnicy.
W latach 1796-1815 Jefferson przewodniczył Amerykańskiemu Towarzystwu
Filozoficznemu. Na jednym z posiedzeń towarzystwa zaprezentował pług
własnego pomysłu. W Monticello, gdzie jest obecnie muzeum Jeffersona,
znajduje się m.in. skonstruowane przez niego urządzenie do równoczesnego
pisania kilku listów. Działało ono na zasadzie sprzęgnięcia kilku piór.
Piszący trzymał jedno, ale poruszały się równocześnie trzy inne pióra.
Karykatura z kampanii wyborczej z roku 1800 przedstawiająca Jeffersona
jako zagrożenie dla Konstytucji Stanów Zjednoczonych
Były prezydent opracował także model krzesła obrotowego, składanego,
składaną drabinę, automatycznie zamykające się drzwi, urządzenie do
mierzenia dystansu przebytego pieszo, urządzenie do pomiarów siły i kierunku wiatru, zainstalowane na tarasie jego posiadłości, z którego
odczytywano dane zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz domu, a także
maszynę do obróbki konopi. Kiedy skończył 80 lat, zainstalował u siebie
jeden z pierwszych teleskopów astronomicznych w Stanach Zjednoczonych.
W swej posiadłości Jefferson zgromadził jedną z najwspanialszych w Ameryce kolekcji rzeźb i obrazów.
To prawda, że był jednym z największych posiadaczy niewolników w Wirginii. Równocześnie jednak był przeciwnikiem niewolnictwa. Jedna z jego pierwszych propozycji w legislaturze stanowej Wirginii dotyczyła
właśnie zniesienia niewolnictwa. Nie została ona przyjęta. Gdyby
przeszła, Stany Zjednoczone uniknęłyby negatywnych skutków podziału na
niewolnicze i wolne od niewolnictwa stany i niezwykle niszczycielskiej
wojny domowej. Potępił również niewolnictwo w napisanym przez siebie
projekcie tekstu Deklaracji Niepodległości w 1776 roku, ale fragment ten
został usunięty przez Kongres.
Istnieją dowody na to, że bardzo dobrze traktował swych niewolników i był przez nich lubiany i szanowany. Kiedy wracając z Francji, zbliżał
się do Monticello, niewolnicy wyprzęgli konie i sami zaciągnęli powóz do
posiadłości. Witając go, mieli łzy radości w oczach.
Pewnego razu Jefferson jechał ze swoim wnukiem Thomasem i w pobliżu
Monticello spotkali na drodze obcego niewolnika, który na ich widok
zdjął kapelusz i ukłonił się. Jefferson odkłonił się uchyleniem
kapelusza, wnuk natomiast nie zareagował. Jefferson zawstydził chłopca
pytaniem: "Thomas, dlaczego pozwalasz, aby niewolnik był bardziej
dżentelmeński od ciebie?".
Nie miał dobrej opinii o lekarzach ani zaufania do ich wiedzy i umiejętności medycznych do tego stopnia, że nawet w potrzebie odmówił
korzystania z ich usług. Kiedy złamał rękę, sam ją złożył. Nie wyszło mu
to zresztą na dobre, gdyż przegub ręki źle się zrósł, co do końca życia
utrudniało mu pisanie. Potrafił również złożyć złamaną nogę jednego z niewolników.
Rok przed śmiercią, kiedy Jefferson miał 82 lata, zgłosił się do niego w Monticello rzeźbiarz John H.I. Bowere, aby zrobić maskę byłego
prezydenta. Bowere nie przygotował się dobrze do tego przedsięwzięcia, w związku z czym trwało to długo i było ogromną męczarnią dla wiekowego
już Jeffersona. Później opisał to zdarzenie w następujących słowach:
"Zostałem przekonany przez pana Bowere, że cała ta operacja potrwa 20
minut... Poddałem się jej bez pytania. Lecz okazało się, że z jego strony
był to ryzykowny eksperyment dla zdrowia osiemdziesięcioletniego,
zniszczonego chorobą i wiekiem człowieka. Kolejne warstwy rzadkiej masy
nakładane na moją gołą głowę i trzymane przez godzinę byłyby ciężką
próbą nawet dla młodego i zdrowego człowieka. Nałożona masa tak
stwardniała, że oddzielenie jej od twarzy stało się trudne i nawet
niebezpieczne. Zmusiło go to do użycia młotka i dłuta w celu rozbicia
maski i zdejmowania kolejnych jej kawałków. Uderzenia młotka
przypominały uderzenia pałką... Później pojawiło się dopiero prawdziwe
niebezpieczeństwo, że uszy moje szybciej oderwą się od głowy aniżeli od
maski. Od tej chwili żegnam się na zawsze z wszystkimi popiersiami, a nawet z portretami".
Maska Jeffersona przetrwała do dnia dzisiejszego i jest uważana za jedną
z najbardziej autentycznych podobizn autora Deklaracji Niepodległości.
Wieczorem 3 lipca 1826 roku Jefferson leżał ciężko chory w Monticello.
"Czy to już czwarty lipca?" - zapytał przyjaciela czuwającego przy jego
łóżku. Przyjaciel początkowo nie odpowiedział, ale kiedy Jefferson
powtórzył pytanie, skinął twierdząco głową. Na twarzy Jeffersona pojawił
się uśmiech zadowolenia. Odetchnął głęboko i zapadł w ciężki sen. Zmarł
następnego dnia tuż przed godziną trzynastą, dokładnie pół wieku po
proklamowaniu Deklaracji Niepodległości. Dziwnym zrządzeniem losu tego
samego dnia zmarł John Adams, poprzednik Jeffersona na stanowisku
prezydenta. Kiedy jeden z mieszkańców Wirginii, pogrążony w żałobie po
śmierci Jeffersona, dowiedział się, że tego dnia zmarł również Adams,
pomny sporów między obu byłymi prezydentami, wykrzyknął: "Jest to
jeszcze jeden z trików tych przeklętych Jankesów".
Jefferson miał 83 lata i 82 dni, kiedy zmarł. Od pewnego czasu chorował.
Był w malignie. 3 lipca, dzień przed śmiercią, majaczył. Udzielał
mianowicie instrukcji obecnym przy łożu, aby niezwłocznie ostrzegli
Komisję Bezpieczeństwa Wirginii o zbliżaniu się wojsk angielskich.
* * *
Czy wiecie, że Thomas Jefferson był:
- drugim prezydentem urodzonym w Wirginii;
- drugim prezydentem, który ożenił się z wdową;
- pierwszym wdowcem, który został zaprzysiężony jako prezydent;
- pierwszym prezydentem zaprzysiężonym w Waszyngtonie;
- pierwszym prezydentem, który wcześniej był gubernatorem stanu;
- pierwszym prezydentem, który był poprzednio członkiem gabinetu;
- pierwszym prezydentem, którego rodzice mieli bliźnięta;
- pierwszym prezydentem, który został wybrany przez Izbę Reprezentantów;
- pierwszym prezydentem, który był poprzednio sekretarzem stanu;
- prezydentem, który stracił matkę w tym samym roku, w którym
proklamowano Deklarację Niepodległości.