Anegdoty niepoświęcone - Ks. Jan Kracik
8.49 zł

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Wstęp
Prokop z Cezarei, doradca dowódcy wojsk Justyniana Wielkiego, był także dziejopisem tego cesarza. Jego panowanie przedstawił w typowym dla swej funkcji, czyli panegirycznym stylu. Władca ten, dobry i mądry, broni wiary, troszczy się o poddanych, wznosi akwedukty, odbudowuje zniszczoną przez trzęsienie ziemi świątynię Hagia Sofia.
Ale Prokop, który wiedział więcej niż wolno mu było napisać, tworzył po kryjomu drugą wersję tej samej historii. Znalazły się w niej mniej bezecne działania cesarza, jego żony i dworskich dostojników. Swój tajny utwór nazwał Anegdota, to znaczy "rzeczy nie wydane". Zaginione to dziełko z 562 r. odnaleziono i wydano w wieku XVII. Wersja polska, zatytułowana Historia sekretna, ukazała się w 1969 roku.
I tak oto rozdwojonej duszy Prokopa (w wieku XX pod reżimową cenzurą różnych dyktatur egzystowało mnóstwo istot prokopopodobnych) zawdzięczamy nazwę krótkiej opowieści o zdarzeniu czy powiedzeniu, jakie przypisano nieoficjalnie wybitnej postaci historycznej. Nie w poważnym zapisie źródłowym, lecz w przekazie żartobliwym.
Wprowadzanie sławnych person w krainę humoru wystawiało tę niekontrolowaną przez biografów anegdotyczną tkankę ich żywotów na swobodne uzupełnienia, przeróbki czy przenoszenie na inne osobistości. Ich ranga wzmaga krotochwilną puentę opowiastki.
Bowiem "jednym z najważniejszych elementów większości śmieszących nas kawałów i anegdot jest owo nagłe obrócenie wniwecz naszego oczekiwania" - pisał sam Immanuel Kant. Co już dwa wieki wcześniej zauważył autor Dworzanina polskiego (1566), Łukasz Górnicki: "A we wszytkiej trefności żadna rzecz trefniejsza nie jest jako kto onego słucha, inną rzecz usłyszał niż ta, której z myślą swą czekał".
Platon uważał, że "bez poznania śmieszności nie można realnie rozumieć powagi, a w konsekwencji nie osiąga się pełnego poznania, jeśli nie wychwyci się kontrastu obydwóch elementów". Bowiem żart i powaga są rodzeństwem. W XX w. podobnie sądził Hugo Rahner: "Nie tylko powaga umie sięgnąć do rdzenia istoty, o wiele łatwiej i częściej sięgają aż do głębi żart, radość, dowcip, poczucie humoru".
Powiedzą niektórzy, "że nie można żartować z religii. A jednak tak. Także w Kościele istnieje wiele sytuacji, z których można się śmiać. Wystarczy, że zachowuje się umiar" - wyznaje Alessandro Pronzato.
Brakowało i brakuje tego umiaru w każdej epoce szydercom, którzy pomiatając cudzą religią, nie okazują się szerzycielami radości ani apostołami własnej wiary, lecz uwłaczającymi i jej zasadom gruboskórnymi ponurakami. Było ich wielu zarówno wśród pogan, jak i chrześcijan pierwszych wieków, gdy wyśmiewali wzajem cudze świętości. Było ich także mnóstwo w epoce reformacji i kontrreformacji, czego świadectwem są niezliczone polemiki, satyry, karykatury i kazania, jakie pozostały po katolikach i protestantach tego czasu. Inwektywy, drwiny i obelgi - międzywyznaniowe, międzyreligijne czy ateistyczne - są żałosną namiastką komizmu, gdy ten służy krzewieniu pogardy.
Jednocześnie poszczególne wspólnoty religijne od wieków tolerują, a nawet akceptują niektóre rodzaje komizmu dotykającego bogów, Boga, niektórych prawd swej wiary. Nie każdy żart tego rodzaju jest bluźnierstwem czy atakiem wrogim religii. Granica stosowności i jej braku zależy od typu wrażliwości wyznawców, a ta w ciągu wieków ulegała zmianom, jakich nie można utożsamiać z temperaturą religijności.
Od późnego średniowiecza poprzez renesans i barok w inscenizacjach, parodiach czy pieśniach traktujących o wydarzeniach z Biblii pojawiają się i takie żartobliwe wątki, jakie w dzisiejszym odczuciu przekraczałyby granice dopuszczalności, czasem aż po bluźnierstwo, za jakie ongiś nie uchodziły.
Sfera obrzędów religijnych, sprawowanych w rocznym cyklu kalendarzowym, miała także nie tylko zróżnicowaną aurę emocjonalną, z pulsującym rytmem powagi i radości, ale i z ludycznymi przystawkami żartów i zabawnych wątków, jakie do dziś rozbrzmiewają choćby w pastorałkach. Święta Rodzina czy św. Piotr nie przestają być czczeni religijnie, choć występują w tylu dowcipach. Dopuszczalny w katolicyzmie stopień przeplatania religijności i komizmu obcy jest kulturowej tradycji prawosławia.
Dzień powszedni każdej instytucji i społeczności, także religijnej i kościelnej, kreuje sporo komicznych postaci i sytuacji. Sprzyja to powstawaniu kawałów i anegdot, których bohaterami są przeważnie duchowni jako ludzie, w których działaniu świat sakralny zderza się z ludzkimi przywarami i śmiesznostkami. Komiczne tematy pojawiające się na styku takich dwu sfer są "od wieków eksploatowane zarówno w samym środowisku duchownych, jak i wokół niego, wśród pomocników, obserwatorów czy wreszcie samych wiernych" (Kazimierz Żygulski). Jest to komizm łagodny i życzliwy lub antyklerykalny i agresywny, naznaczony stereotypami i uprzedzeniami.
Kontrast między ideałem człowieka religijnego i jego realizacją przez wiernych tworzy następne żyzne poletko uprawne żartobliwości, w tym i anegdot niepoświęconych.
I. Z górnych pięter kościelnych
I. Z górnych pięter kościelnych
Święty Albert Wielki, dominikanin i biskup Ratyzbony żyjący w XIII w., był filozofem i teologiem. Pewnemu księciu, który chełpił się, że ufundował wiele klasztorów i kościołów, powiedział, że nawet gdyby ktoś między Kolonią a Rzymem przy każdym słupie milowym zbudował katedrę ze złota, a z każdej z tych świątyń płynęły śpiewy i modlitwy aż do dnia Sądu Ostatecznego, to więcej od takiego fundatora czyni ten, kto pomaga bliźniemu w jego niedoli.
Tak przypomniał ewangeliczną logikę celów, priorytetów i motywów chrześcijańskiej hojności odczytanych według miary, jakiej Chrystus obiecał użyć w końcowym rozliczeniu ludzkich biografii - "wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili" (Mt 25,40). A wszystkim przyszłym ofiarodawcom na cele religijne zostawił pod rozwagę swą pochwałę ubogiej wdowy, której grosz wrzucony do świątynnej skarbony ma w Jego oczach większą wartość moralną niż wielkie sumy wkładane tam przez bogatych z tego, co im zbywało (Mk 12,43).
Uśmiech tej wdowy niechże nam towarzyszy w dalszej lekturze.
Św. Bernard z Clairvaux, wpływowy opat cystersów zwany przez współczesnych mu (XII w.) kolumną Kościoła, był zwolennikiem ograniczania kościelnych okazałości. Pisał: "Kapłanie, co w sanktuarium robi złoto? Sam bowiem widok tych kosztownych próżności pobudza ludzi bardziej do dawania datków niż do modlitwy. I tak bogactwa pociągają za sobą bogactwa, i tak pieniądz przynosi pieniądz. Nie wiem bowiem, jak to się dzieje, że gdziekolwiek widzi się więcej skarbów, tam szczodrzej płyną ofiary. Oczy poją się relikwiami oprawnymi w złoto, a sakiewki otwierają się. Wystawia się na pokaz bardzo piękny obraz jakiegoś świętego; biegną ludzie i całują, wzywa się ich do składania darów. I bardziej podziwiają piękno, niż czczą świętość. Ściany kościoła błyszczą złotem, a biedacy w nim gołym ciałem. Kościół kamienie przyobleka złotem, a synów swych porzuca nagich. Bogacza oko syci się tym, co biedakom zabrane".
A gdzież w tych ironicznych pouczeniach Alberta czy Bernarda jaśniejsza nuta humoru towarzysząca zwykle anegdocie? Znaleźć ją można choćby w łatwej do przewidzenia reakcji nieproszonych obrońców eklezjalnej wystawności, sakralizowanych precjozów, niepohamowanej pomnikomanii. Otóż gdyby przytoczone opinie świętych mężów powtórzył jako własne współczesny śmiertelnik, zostałby przez wspomnianych rzeczników zasiedziałości posiekany w plasterki i ugotowany we wrzątku ich oburzenia. Przed takim samym losem chroni Doktorów Kościoła aureola, a ich wypowiedzi są wyrazem wielkich cnót. Słuszność uzależniona nie od racji, lecz od statusu i rangi tego, kto ją głosi!
W otoczeniu papieża Eugeniusza IV (1431-1447) pojawił się dziesięciolatek Anelotto, który na rozmaite pytania jednego z kardynałów dawał całkiem mądre odpowiedzi. Gdy purpurat rzekł do współobecnych, że tak bystre dzieci zwykle tracą z wiekiem swe umiejętności i stają się w starości głupcami, malec odpowiedział: - Zatem wasza dostojność musiał być kiedyś najmądrzejszym dzieckiem.
Gdy Michał Anioł malował Sąd Ostateczny, jeden z kardynałów stwierdził, że artysta umieścił go wśród potępionych. Prosił więc Leona X o interwencję u malarza. Na co papież, zgodnie z teologią, powiedział: - Gdyby Michelangelo przedstawił cię w czyśćcu, mógłbym coś dla ciebie zrobić. Ale do piekła władza moja już nie sięga.
Pius IV, który w 1563 r. zakończył sobór trydencki trwający 18 lat (z tego trzy czwarte to dwie wielkie przerwy w obradach toczących się w sumie tylko cztery i pół roku), miał rzec w rozmowie z arcybiskupem Pragi, przechwalając się stanem posiadania Stolicy Apostolskiej: - Minęły czasy, kiedy pierwszy papież musiał powiedzieć: "Nie mam srebra ani złota". Arcybiskup, pomnąc na dalszy ciąg odezwania się św. Piotra do chromego żebraka (Dz 3,6), dodał: - Ale też nie jest w stanie dziś skutecznie powiedzieć: "Wstań i chodź".
Pius V, papież w latach 1566-1572, powtarzał, że gdy był prostym dominikaninem, był pewny swego zbawienia, ale zaczął tracić tę pewność, gdy został kardynałem, a jako papież jest niemal pewny, że do nieba się nie dostanie.
Wyraz poczucia rosnącej wraz z awansami odpowiedzialności u człowieka, który całe życie pozostał surowym ascetą? Jako zakonnik był wykładowcą, jako kardynał szefem inkwizycji, jako papież zatwierdzał chętnie jej wyroki. Realizował trydenckie reformy, wspierał krwawe prześladowania heretyków we Francji i Niderlandach, bezwzględnie traktował Żydów. A oskarżał siebie ciągle o nadmiar łagodności. Kościół uznał jego zbawienie, kanonizując go w 1712 r.
Ugo Boncampagni, bolończyk, był doktorem prawa przez osiem lat. Licząc około 40 lat, został księdzem, a gdy miał lat 70 - papieżem (1572) jako Grzegorz XIII. Jeden z kardynałów powiedział mu później, że gdyby podczas konklawe wiedział o jego swobodnej młodości, głosowałby na innego kandydata. Na to papież odradził mu martwienie się oddanym kiedyś nań głosem: - Duch Święty znał dokładnie dawne życie przyszłego papieża, a przecież natchnął Waszą Eminencję do takiego głosowania.
W XVI w. czterech poprzedników Sykstusa V, czyli Paweł IV, Pius IV, Pius V i Grzegorz XIII, zostało papieżami w wieku 79, 60, 62 i 70 lat. Nic więc dziwnego, że powtarzano, iż kardynałowie dlatego głosują na tak dojrzałych kandydatów, by inni mogli doczekać następnego konklawe. Średnia długość życia była wszak wówczas mniejsza niż obecnie.
Wybranemu w 1585 r. Sykstusowi V przypisano więc taką oto autopromocję. Przed konklawe, słabowity i zgarbiony, mówił o swej bliskiej śmierci. Zostawszy papieżem, wyprostował się i wyzdrowiał, rządząc energicznie Kościołem przez pięć lat. Zdziwionym taką metamorfozą tłumaczył: - Przed objęciem papieskiego tronu chodziliśmy pochyleni, ponieważ szukaliśmy na ziemi Piotrowych kluczy. Znalazłszy je, trzymamy się prosto jak należy. [...]
DALSZY CIĄG DOSTĘPNY W WERSJI PEŁNEJ