Anegdoty i fraszki - Placyd Jankowski

-
Proszę czekać

[Anegdoty i fraszki]

1

Na poczerniałym, niegdyś różnobarwnym oknie jednej gotyckiej świątyni, dotąd jeszcze daje się czytać następujący napis:

"Ofiara i pamiątka urodzonego Antoniego Grzymałły, rotmistrza kawalerii narodowej, Tutora i opiekuna małoletniego jaśniepana Ignacego Zaremby, stolnikowicza województwa b., uczyniona łącznie z jaśniepanem Ignacym Zarembą, sumptem zaś rzeczonego małoletniego stolnikowicza".

Dla ocalenia napisu, który z każdym dniem staje się mniej czytelny i dla niejakiego podobieństwa pracy, jaką sobie zadaliśmy do heroicznej ofiary doktora Antoniego Grzymałły: niech nam będzie wolno użyć lego napisu za wstęp do naszej zbieranej drużyny.

2

Skromny śpiewak mówił o sobie: - Już to do dobrego śpiewu to może mi i daleko, ale czuję, że mam mocne piersi i śpiewam nieźle.

- A ja, Adasiu - rzekł mu brat starszy - muszę mieć bardzo słabe piersi, bo zawsze mi się źle robi od twojego śpiewu.

3

- Panie Majstrze! - zawołał żałośnie czeladniczek - wszakże to ja oślepłem! Nie widzę ani odrobiny masła na moim chlebie!

Majster ofuknął gospodynią za zbytnią oszczędność i kazał, aby dodała chłopcu porcję sera.

- Panie Majstrze! - dało się słyszeć znowu.

- Cóż tam jeszcze?

- Już widzę, panie majstrze! Widzę tak dobrze, że mógłbym przez ser przeczytać najdrobniejsze pismo.

4

- Patrzcie tylko państwo jak pilnie Azorek przypatruje się swojemu cieniowi! Co też się to mu zdaje?

- A co Pan rozumie! - rzekł jeden z obecnych. - I psy nie są bez wyobraźni! Ja sam miałem pudla, który raz przez cały tydzień wyobrażał sobie, że jest szpicem!

5

- Ta sentymentalność w pudlu bynajmniej mnie nie dziwi! - odrzekł Pan H. - Jest to zwierzę niepoliczonych zalet. Pudel zna nawet najpiękniejszą z cnót naszych, ludzkość, chociażbym to w nim raczej ośmielił się nazwać psiością, jeślibyście mi państwo dali słowo, że nie wydacie mię przed Panem K. nim ukończy druk swojej najpoprawniejszej Gramatyki. Ale gramatyka na stronę, a rzecz tak się miała. Przed dwoma laty mieszkałem na jednym piętrze i w ościennym sąsiedztwie ze sławnym naszym chirurgiem panem *. Wchodzę raz do niego i zastaję zwijającego się błyskawicznie, jak zwykle, nad operacją. Chciałem wyjść natychmiast, by mu nie zawadzać, ale Pan * dostrzegł mnie i zawołał: "Wróć się, bo musiałeś, jak uważam nie dojrzeć pacjenta". W rzeczy samej, nie miałem tym razem serca rzucić nawet okiem na smutne poręczowe krzesło, które nazywałem zawsze prokustowem. Jakież było moje zadziwienie, gdym ujrzał najspokojniej siedzącego na krześle białego pudla, któremu nasz doktor zawijał i zamykał w leszczotki złamaną nogę. "Zastałeś mnie nad praktyką zupełnie miłosierną!" - mówił śmiejąc się Pan * - "biedny ten pudel bez niczyjego polecenia, spotkał się ze mną i musiał zapewne upatrzyć w mojej osobie coś niepospolicie doktorskiego, bo na zawołanie przy kulał za mną aż tu na piętro. Musiałem mu oddać moją bolesną usługę, przez samą wdzięczność za okazaną mi ufność. A ty zły człowieku, co tyle wygadujesz na medycynę, powinieneś mi teraz przyrzec, że przynajmniej cały tydzień powstrzymasz się od bluźnienia przeciw naszej archandrii!". - A jak mi to zaszkodzi? - spytałem tonem pacjentalnym. "To gadaj zdrów sobie, nim kiedyś nie dostaniesz się w moce nasze. Ale podziel się ze mną dobrym uczynkiem i weź tego psa na czas kuracji do siebie. Dobre to też zwierzę i warto, aby się do nas przy wiązało, ale gdzież znów taki jak ja włóczęga przyswoi i zobowiąże sobie choć pudla". - Rekomendowałem panu zawsze i teraz rekomenduje tyle świetnych... poczekaj, bo doktorze!

Ale chirurg mój już był na ulicy i zaturkotał z Bogiem. Pacjent został przy mnie. Przeegzaminowałem go trochę: osobliwość! Jeśli mu czego brakło, to chyba może jednej tylko łaciny. Gdy go jednak nazwałem prudensem i to przyjął. Zresztą podać i odnieść co tylko kazałem, zawołać chłopca, zbudzić mnie, kiedy zasnąłem nie zgasiwszy świecy - słowem całą pokojową służbę umiał na pamięć. Od pierwszych dni polubiłem go bardzo. Z tym wszystkim, jeżeli mi on z oczu wypatrywał myśli i potrafił wkrótce na podziałce mojego humoru czytać tak, że zdawał się zgadywać jak też mi którego wieczora dopisał referans, to nawzajem mogę sobie oddać świadectwo, że także zajrzałem trochę w głąb tej tajemniczej istoty. Widywałem go nieraz w takim jakimś smutnym i melancholijnym usposobieniu, jak gdyby miał wielkie zgryzoty. Zresztą, myślałem sobie, może też to jest i skutek kuracji, która szła swoją drogą.

Po czterech tygodniach Pan odjął leszczotki, obejrzał chorą nogę zdumiał się nad szybkim procesem zrośnięcia się kości, i powiedziawszy coś z tego powodu na pochwałę natury zwierzęcej, oddał pacjentowi czwartą nogę - do wiadomego użycia. Co też to było skoków, susów, krzyku i radosnego skomlenia! Obtańcowawszy nas obu, prudens w półotwarte drzwi wybiegł na schody i w oka mgnieniu wypadł na ulicę.

- Popędził do Redakcji - rzekłem mojemu doktorowi - aby ci wygotować na piątek uroczyste podziękowanie. Szkoda że nie udał się do któregoś z młodych gojniczych (jak was przepolszczył Przybylski), bo ci mają gotowe już na ten cel aryngi, drukujące się czasem bez wiedzy pacjentów, a niekiedy nawet w imieniu takich osób, których familie od dwóch wieków w naszym kraju wygasły. Z tym wszystkim minął dzień, jeden, drugi: pudla nie ma. Nadszedł wreszcie uprzywilejowany piątek, za nim środa: oboje z Panem wertowaliśmy pilnie dodatki do kuriera, żeby choć słowo o podziękowaniu!

Aż dziesiątego dnia, o godzinie dziewiątej z rana, kiedy razem z Panem * piliśmy herbatę, słyszymy na schodach i wnet pod samymi naszymi drzwiami taką wrzawę, jak gdyby z całej ulicy szewczyki na naszych schodach gotowali się do czubów. Otwieram drzwi niecierpliwie - i cóż Państwo powiecie? Na czele wbiega nasz niewdzięczny prudens, a za nim sztyki, sztyki, ośmiu psów kulawych, ślepych, skoszlawionych, zbolałych - i wszystko to nam do nóg!

- Osiem psów! Co Pan dobrodziej powiadasz! - zawołał młody malarz, mimowolnie powstawszy. -A to wyborny byłby obraz!

- A zapewne! - odpowiedział Pan H. z krwią najzimniejszą.

6

- Dlaczego to w dni radosnych dla kraju obchodów, strzelają z dział sto i jeden raz - a nie sto równo?

- Zda mi się, dlatego - ktoś odpowiedział - że po stu wystrzałach, nic już nie znaczy artylerzystom wystrzelić raz jeszcze, na wiwat!

7

Doktor K. lękał się otyłości. Przeciwnie Pan B., chociaż dobrego był zdrowia, zawsze o coś siebie oskarżał i każdej dobrej tuszy ledwie, że niewidocznie zazdrościł.

Raz, przy obiedzie, doktor K. dał się słyszeć, że wcale nie rad jest z siebie i że chętnie zamieniłby swą kompleksją z Panem B.

- Słuchaj B. - zawołał Kapitan G. do siedzącego nieco opodal Pana B. - Winszuje ci! Wszakże to nasz Doktor chce pozamieniać się z tobą na kompleksję!

I nielitościwy dodał:

- Tak mu już widać obrzydło życie!