I
I. Ucieczka z Wilna | Przystanek Szczawnica | Dziadkowie Dąbrowscy | Kraków - nasz nowy dom
Ucieczka z Wilna
Przystanek Szczawnica
Dziadkowie Dąbrowscy
Kraków - nasz nowy dom
Ucieczka z Wilna
Był 1944 rok, koniec października. Mieszkaliśmy wtedy w Kolonii
Wileńskiej w dużym drewnianym parterowym domu, otoczonym przez rozległy
stary sad. Mama opowiadała, że obudziła się w nocy (około godziny
trzeciej nad ranem) i przez okno zobaczyła, że jakiś lekko pochylony
mężczyzna przemyka się od drzewa do drzewa, kierując się wyraźnie w naszą stronę. Poznała go dopiero, gdy dobiegł do okna sypialni i zastukał w szybę. To był sąsiad Vitautas. Pokazała mu ręką, żeby
podszedł do drzwi. Obudziła mojego tatę.
- Musiało stać się coś złego, bo przyszedł nasz sąsiad - powiedziała. -
Idę otworzyć drzwi.
Litwin poprosił, żeby mama nie zapalała światła. Rodzice byli
przestraszeni. Nie znali zbyt dobrze Vitautasa. Co prawda był pierwszym
Litwinem, którego spotkali w Kolonii Wileńskiej, gdy kupili tam dom, ale
nie utrzymywali z nim kontaktów.
- Co się stało? - zapytali przybysza.
- Przyszedłem, żeby was ostrzec. Jesteście na liście do wywózki na
Syberię. Widziałem tę listę na własne oczy i widziałem na niej wasze
nazwiska: Halina, Tadeusz i Andrzej Dąbrowscy!
To był cios. Moi rodzice od dawna żyli w strachu, że zostaną wywiezieni
na Syberię. Mieli jednak nadzieję, że ich to ominie. Ludzie opowiadali
przerażające historie o tym, co spotyka Polaków zabieranych z Wilna do
transportu. Mówiono, że wielu nie dociera do celu, że ludzie są
wysadzani z pociągu i pędzeni dalej jak bydło; niektórzy giną bez wieści
albo umierają na Syberii z głodu i wyczerpania.
- Kiedy żołnierze przyjdą po nas? Ile mamy czasu? - pytali sąsiada.
- W każdej chwili możecie być wywiezieni. Ruscy zwykle zabierają ludzi w nocy. Musicie szybko uciekać.
- Czy na liście są także moi rodzice? - zapytał tato.
- Nie, nie widziałem ich nazwisk. - Vitautas z niepokojem rozglądał się
po domu. - Czy jest tu ktoś obcy? - zapytał. - Nikt nie może wiedzieć,
że u was byłem.
- Nikt się nie dowie. Jest tylko nasz pięcioletni synek i jego niania.
Oboje mają mocny sen.
Rodzice dziękowali Vitautasowi, że ich ostrzegł, że dla nich narażał
własne życie. Za pomoc Polakom groziło bowiem Litwinom więzienie albo
zesłanie na Syberię. Byli przerażeni, ale mieli nadzieję, że tej nocy
Rosjanie nie przyjdą po nas. Niedługo miał być świt.
Zaraz po wyjściu sąsiada pobiegli do moich dziadków, którzy także
mieszkali w Kolonii Wileńskiej, niedaleko od naszego domu. Musieli się
wspólnie naradzić, co robić, gdzie uciekać.
Nie miałem nawet półtora roku, gdy 16 września 1939 roku na Wilno spadły
pierwsze niemieckie bomby. Rodzice opowiadali, że już następnego dnia w mieście pojawiło się sowieckie wojsko, a miesiąc później litewskie
oddziały zajęły Wilno. Jeśli ktoś nie znał języka litewskiego, a większość Polaków nie znała, to taka osoba była zaliczana do
obcokrajowców. Litwini wprowadzili zakaz prywatnego handlu. Polaków
wyrzucano z pracy, a na ich miejsce przyjmowano Litwinów. Ich rządy
trwały niecały rok.
W czerwcu 1940 roku, gdy miasto znów zajęły oddziały sowieckie, od razu
zaczęto wywozić Polaków na Syberię. Pojmano i wywieziono wówczas ponad
trzydzieści pięć tysięcy osób, głównie inteligencję. Rok później do
Wilna wkroczyli Niemcy. Zaczął się horror. Niemcy masowo mordowali
Żydów, rozstrzeliwali także Polaków. Na ulicach urządzali łapanki. Do
więzień na Łukiszkach i przy ulicy Ofiarnej trafiło tysiące Polaków.
Wśród nich był także Tadeusz Dąbrowski. W ręce Niemców dostał się
przypadkowo, gdy szedł ulicą Mickiewicza do domu. Niósł torbę ze sporym
kawałkiem mięsa zawiniętym w gazetę. Kupił go od gospodarza spod
wileńskiej wsi. Zaopatrzenie w Wilnie było słabe, więc chętnie korzystał
z takich okazji. W pewnym momencie niemiecki patrol zatrzymał się przy
nim i zainteresował się zawartością jego torby. Nie pomogło tłumaczenie,
że kupił okazyjnie ten kawałek, że idzie do domu, że mieszka na tej
ulicy - nie pomogło nawet to, że mówił dobrze po niemiecku. Patrol
aresztował go i odstawił na posterunek, a stamtąd zawieziono go do
więzienia. Zarzucano mu, że trudni się przemytem.
Mama bała się, że może zostać wywieziony do Trzeciej Rzeszy. Pocztą
pantoflową dowiedziała się, że w Wilnie mieszka Niemiec, który pomaga
Polakom i Żydom. Był to oficer o nazwisku Schönbrunner. Nie wiem, kogo
mama przekupiła, ale udało jej się do niego dotrzeć. Poprosiła go o pomoc - i udało się. Herr Schönbrunner spowodował, że ojca wypuszczono z więzienia, chociaż przesiedział w nim jednak parę miesięcy. Po wojnie
tato nawiązał z tym Niemcem kontakt. Pisali do siebie listy, a w końcu
tato zaprosił go do Polski. I rzeczywiście pan Schönbrunner przyjechał
ze swoją żoną do Krakowa, do moich rodziców. Odwiedził też mnie - w Warszawie.
Pod koniec 1941 roku rodzice Andrzeja przenieśli się do Kolonii
Wileńskiej, miejscowości położonej niedaleko Wilna. Kupili tam całe
gospodarstwo: duży drewniany parterowy dom, wielką stodołę i jeszcze
jakieś inne zabudowania.
Latem 1944 roku do Wilna ponownie zbliżała się armia sowiecka. Po
walkach w pierwszej połowie lipca, w których przeciwko Niemcom wspólnie
walczyły oddziały Armii Krajowej (operacja "Ostra Brama") i Armii
Czerwonej, Niemcy zostali wyparci z miasta. Opanowali je Sowieci i zaczęło się znowu masowe wywożenie Polaków na Syberię.
Rozmowa dziadków z moimi rodzicami była krótka.
- Wy jedziecie natychmiast, a my zostajemy - zadecydował dziadek
Dąbrowski. - Za trzy miesiące ruszymy za wami. Wszyscy pojedziemy do
Szczawnicy.
- Dlaczego do Szczawnicy? - dopytywał tato.
- Dostaliśmy list od Jurka. Twój brat napisał, że z żoną i synem uciekli
z Warszawy i jadą do Szczawnicy. To jest spokojne miasteczko na południu
Polski. Tam podobno nie ma już Niemców.
Dla moich rodziców rozpoczął się wyścig z czasem. O świcie tato pojechał
na stację kolejową w Wilnie, mając nadzieję, że znajomi kolejarze będą
pomocni w zorganizowaniu wagonu. Okazało się, że był tylko jeden do
wynajęcia - i to taki, którym wcześniej przewożono bydło. Lepszy mógł
się pojawić dopiero za parę dni. Ale my musieliśmy uciekać natychmiast,
więc tato wynajął ten, który był. Kupił też duże drewniane skrzynie,
zatrudnił kilku mężczyzn - i zaczęło się pakowanie naszych rzeczy z domu. Załadowano w nie zastawę stołową, pościel, obrazy, rodzinne
albumy, odzież, a nawet przetwory na zimę.
Mama także pojechała do Wilna. Musiała zlikwidować konto w banku i zabrać z niego pieniądze. Przed bankiem stał już tłum ludzi, bo rozeszła
się plotka, że wileński bank będzie zamknięty. Wszyscy chcieli ratować
swoje oszczędności. Po całym dniu stania w kolejce mama wreszcie dotarła
do kasy - na parę minut przed zamknięciem banku.
Tato jeszcze przed powrotem mamy do domu przewiózł na stację kolejową
załadowane skrzynie, potem zakopał w ogrodzie swoją broń. Bał się zabrać
colta, ale miał nadzieję, że kiedyś po niego wróci.
Przed wyjazdem z domu rodzice rozdzielili pomiędzy siebie biżuterię
mamy. Parę złotych bransoletek założyli także na moje nogi. Bali się, że
w podróży ktoś może odebrać im cenne rzeczy. Mieli nadzieję, że
przynajmniej na nogach sześcioletniego chłopca nikt nie będzie szukał
bransoletek.
Pożegnaliśmy się z moimi dziadkami i wyruszyliśmy na stację. Było już
ciemno. Pociąg wyjechał z Wilna zaraz po północy. Udawaliśmy się w nieznane, nie wiedząc, co przyniesie los.
Ucieczka była dla moich rodziców rozpaczliwym krokiem. Zostawili
wielopokojowe mieszkanie w Wilnie przy ulicy Mickiewicza, a w Kolonii
Wileńskiej duży dom z zabudowaniami gospodarczymi i wielkim sadem. Ja
także rozpaczałem, bo musiałem rozstać się z ukochanym psem Reksiem,
który został u naszych sąsiadów.
W tę samą noc, gdy my pociągiem opuszczaliśmy Wilno, rosyjscy żołnierze
otoczyli nasz dom w Kolonii Wileńskiej. Mieli nakaz zabrania nas do
transportu na Syberię. Ale o tym, że stało się to właśnie tej nocy,
dowiedzieliśmy się dopiero od dziadków, gdy już przybyli do nas do
Szczawnicy.
Mieliśmy po prostu wielkie szczęście! Wystarczyło opóźnić wyjazd z Wilna
o jedną dobę i odbywalibyśmy przymusową podróż na Syberię, być może
ginąc gdzieś po drodze. Jestem ciągle pełen podziwu dla moich rodziców,
że potrafili w ciągu jednego dnia zapakować cały swój ruchomy majątek w Wilnie i zorganizować ucieczkę. Mama mówiła, że strach dodawał im sił.
Podróż z Wilna do Szczawnicy była koszmarna. Cały pociąg, którym
jechaliśmy z Wilna, był niemiłosiernie zatłoczony. Nie tylko my
uciekaliśmy. W wagonach byli ludzie, toboły, walizy i różny sprzęt. Nasz
wagon, a czasami i kilka innych, przetaczano na stacjach na boczny tor.
Bywało, że staliśmy tam dwa lub trzy dni, zanim dołączano je do pociągu.
Często zatrzymywaliśmy się w polu - nawet na całą dobę. W wagonie
strasznie śmierdziało.
Pociąg jechał przez tereny dzisiejszej Białorusi i Ukrainy. Na peronach
zawsze stało wojsko z karabinami. Widziałem także żołnierzy, którzy
chodzili wzdłuż nasypów kolejowych. Wiele razy słyszałem strzały w lesie. Trwała jeszcze wojna, ale ja, jako dziecko, nie zdawałem sobie
sprawy z niebezpieczeństwa. Nudziłem się, chciałem się bawić, po prostu
wysiadać i gdzieś pobiegać, a rodzice nie pozwalali mi wyjść z wagonu.
Jedyną rozrywką było wyglądanie przez szparę między deskami. Ciekawiło
mnie, co się dzieje na zewnątrz. Na peronach zawsze pilnował nas jakiś
żołnierz z karabinem. Rodziców chyba w ogóle nie opuszczał strach. Na
każdej stacji kolejowej kazali mi siedzieć cichutko. Dopiero gdy na
peronie cichły wszelkie krzyki, odgłosy biegania, tato wychodził z wagonu, podobnie zresztą jak inni ojcowie. Sądzę, że właśnie wtedy
organizował dla nas wodę i żywność, czyli po prostu przekupywał
żołnierzy i kolejarzy, żeby przynosili, co trzeba. Nie zabraliśmy aż tak
dużo zapasów, by wystarczyło ich na całą podróż.
Tato zawsze umiał sobie radzić w trudnych sytuacjach. Podobnie zresztą
jak mama, która jak mogła najlepiej, stwarzała warunki do jako takiej
egzystencji. Rozkładając pościel na drewnianych skrzyniach, zapewniła
nam posłanie i miejsce do spania. Rozpięta szmata w kącie wagonu, za
którą stały wiadra, wyznaczała część zarezerwowaną dla toalety. A dzięki
zabranej blaszanej wanience mieliśmy się gdzie myć.
Gdy rozpoczęliśmy naszą ucieczkę, była jesień. Mieliśmy płaszcze i koce,
ale i tak dokuczało nam zimno. Jechaliśmy tym wagonem bardzo długo, parę
tygodni. A gdy dotarliśmy wreszcie do Szczawnicy, wszędzie leżał śnieg.
Było bardzo zimno. Wbrew oczekiwaniom dziadków i rodziców w Szczawnicy
byli jeszcze Niemcy.
Przystanek Szczawnica
Nie mieliśmy pojęcia, gdzie szukać brata mojego taty, czyli Jerzego
Dąbrowskiego. Dziadkowie mówili, że w Szczawnicy będzie na nas czekał z żoną i synem. Niestety, nikt nic o nich nie wiedział. Musieliśmy jednak
tam zostać, żeby poczekać na przyjazd dziadków. Rodzicom udało się
wynająć dla nas dom, właściwie zwykłą chałupę, ale dużą, piętrową.
Niestety, stała w odległości zaledwie około dwustu pięćdziesięciu metrów
od niemieckiego posterunku.
W Szczawnicy był duży ośrodek niemieckiego gestapo - Tajnej Policji
Państwowej. Ale działał również silny partyzancki ruch oporu. Nocami w pobliżu niemieckiego posterunku toczyły się walki. Ataki organizowały
oddziały Armii Krajowej, które miały odwracać uwagę Niemców od
partyzanckich kurierów. Przez Szczawnicę prowadził bowiem szlak
przerzutowy z Polski na Węgry.
Każdej nocy słyszeliśmy strzały, serie z karabinów maszynowych. Zawsze,
gdy pociski uderzały w nasz dom, kładliśmy się na podłodze. Ale gdy
zaczynała się jakaś kanonada, to tato kazał mnie i mojej mamie wchodzić
za duży kaflowy piec. Było tam miejsce do leżenia, no i przede wszystkim
tam byliśmy bezpieczni.
Niewielka odległość dzieląca naszą chałupę od niemieckiego posterunku
miała jeszcze jeden minus. W czasie strzelaniny partyzanci zakradali się
do nas i zabierali nam żywność, a nawet wyprowadzili konia, którego
sąsiad trzymał w naszej stajni.
Niemniej wszyscy szczęśliwie dotrwaliśmy do końca wojny.
Szczawnicę wyzwolono dopiero 18 stycznia 1945 roku. Trzeba było znaleźć
się w nowej sytuacji i zacząć organizować w niej życie. Zaraz po
odejściu Niemców ojciec Andrzeja założył linię autobusową Szczawnica -
Kraków. Razem ze wspólnikiem znaleźli stary autobus, wyremontowali go i na zmianę przewozili ludzi, kursując dwa lub trzy razy w tygodniu.
Pewnego dnia na trasie z Krościenka nad Dunajcem do Nowego Targu, na
przełęczy Snozka autobus się zepsuł - zgasł silnik. Kierowcą był wówczas
Tadeusz. Wśród dorosłych pasażerów znalazło się także kilkoro dzieci.
Była zima, śnieg, temperatura poniżej piętnastu stopni Celsjusza. Ojciec
Andrzeja nie chciał w tej sytuacji zostawić ludzi na drodze. Nie widział
innego wyjścia, jak po prostu uruchomić autobus. Usuwanie awarii zajęło
mu parę godzin, a przez ten czas leżał w śniegu pod wozem. Autobus
naprawił, zawiózł pasażerów do Krakowa, a stamtąd kolejnych do
Szczawnicy.
Tato wrócił do domu z wysoką temperaturą. Mama wezwała znanego w Szczawnicy lekarza - doktora Kołączkowskiego. Stwierdził on u ojca silne
zapalenie stawów i uprzedził nas, że to ciężka choroba, często z powikłaniami. Niestety, miał rację. Zaczęły się u taty poważne problemy
z sercem. Bardzo się wtedy o niego bałem. Do tej pory widziałem w nim
bardzo silnego, wesołego mężczyznę, a tu nagle nie mógł się podnieść z łóżka, nawet ręki nie mógł unieść, bo zaraz mdlał. To był dla mnie szok.
Zapalenie stawów leczono wtedy jadem pszczelim. Widziałem, jak
przykładano ojcu pszczoły na ręce, na pierś, czasami na nogi. Miał
mnóstwo użądleń. Nie wiem, jak to wytrzymywał. Lekarz zalecił, żeby też
jadł dużo miodu. Pamiętam, że jadł go dosłownie litrami. Kuracja musiała
być skuteczna, bo wiosną ojciec już wychodził do ogrodu.
Jego spacery wyglądały w ten sposób, że szedł wolniutko ścieżką, krok po
kroku. Ja niosłem za nim krzesło i co chwilę podstawiałem mu, żeby sobie
odpoczął. Obok szła mama i niosła krople na serce. Leczenie ojca trwało
parę miesięcy, ale latem odzyskał zdrowie i potem już nie chorował.
2. Rodzina Dąbrowskich w komplecie. Stoi dziadek Jan; siedzą i leżą (od
lewej): mama Halina, tata Tadeusz i ja, Janusz, jego mama Janina, babcia
Jadwiga i Jerzy, brat taty. Szczawnica, 1946 r.
Lubiłem doktora Kołączkowskiego. Najbardziej chyba za to, że miał białe
bmw 328, które bardzo mi się podobało. Często marzyłem, że kiedyś doktor
zabierze mnie na przejażdżkę. Podobały mi się także ciężarówki wojskowe,
a w Szczawnicy jeździło ich sporo. Mama opowiadała, że biegałem za nimi
i wdychałem czarny, kłębiący się dym z rury wydechowej. Ponoć była to
dla mnie najlepsza zabawa. Sądzę, że tak się zaczęła moja mania
samochodowa.
Wczesną wiosną przyjechali z Wilna dziadkowie Andrzeja - Jadwiga i Jan
Junosza Dąbrowscy. Wprowadzili się do domu, w którym mieszkali już
Halina i Tadeusz z Andrzejem. Przywieźli ze sobą wiadomość, że brat
Tadeusza - Jerzy - zamiast w Szczawnicy zamieszkał ze swoją żoną i synem
w pobliskiej Rabce. Dla rodziny Dąbrowskich największym problemem w zniszczonej wojną Szczawnicy było zaopatrzenie w żywność. Brakowało na
rynku podstawowych produktów, a ponadto kończyły się im pieniądze
przywiezione z Wilna.
Mimo to rodzice musieli sobie jakoś radzić, bo nie pamiętam, żeby w domu
nie było jedzenia. Mama potrafiła zawsze ugotować coś smacznego.
Dziadkowie Dąbrowscy
W moich wspomnieniach i we wspomnieniach mojego stryjecznego brata
Janusza babcia Jadwiga zapisała się jako ktoś, kogo się baliśmy.
Wzbudzała nasz respekt nawet samym swoim wyglądem. Była klasycznym typem
sztywnej damy, zapiętej pod samą szyję. Babcia Jadwiga, zawsze szczupła,
wyprostowana, ściśnięta gorsetem, nosiła długie suknie z rzędami
guziczków z przodu albo na plecach. Była raczej poważną osobą. Nie
pamiętam, żebym się kiedykolwiek z nią bawił. Zwykle siedziała przed
sztalugami w domu albo w ogrodzie i malowała różne obrazy.
Jadwiga Dąbrowska pochodziła ze słynnej malarskiej rodziny Lefflerów.
Jej dziadkami było małżeństwo - Władysław Leffler i Antonina z domu
Tokarska. Mieli sześciu synów: Longina, Nikodema, Leona i Edmunda,
Ferdynanda i Leopolda oraz trzy córki: Marię, Melanię i Domicellę. Nie
wiadomo, jak potoczyły się losy czterech synów, natomiast Ferdynand i Leopold zostali malarzami.
Leopold, który od 1864 roku był członkiem Wiedeńskiej Akademii Sztuk
Pięknych, a w latach 1876-1897 profesorem Krakowskiej Szkoły Sztuk
Pięknych, malował obrazy historyczne. Sławę i uznanie przyniósł mu obraz
przedstawiający śmierć Stefana Czarnieckiego (1860). Jego dziełem są
także obrazy i rysunki o tematyce powstańczej, ponadto inne sceny
rodzajowe, zrękowiny i portrety.
Jedna z córek Lefflerów - Domicella, wyszła za mąż za Jarosława
Grottgera, brata jednego z najwybitniejszych przedstawicieli romantyzmu
w malarstwie polskim - Artura Grottgera.
Najmłodsza z córek - Melania, poślubiła wdowca Jakuba Kajetanowicza. Z ich małżeństwa urodziło się czterech synów: Wilhelm, Otton, Zygmunt i Stanisław oraz trzy córki: Zofia, Maria i Jadwiga - babcia Andrzeja
Dąbrowskiego.
Jadwiga była utalentowana malarką. W dzieciństwie uczyli ją rysunku i malarstwa wybitni artyści malarze. Nie poświęciła się całkowicie sztuce,
ale lubiła malować portrety, pejzaże czy święte obrazy. Jeden z nich,
który przedstawia św. Teresę od Dzieciątka Jezus, podarowała ojcom
dominikanom z Żółkwi, a ci umieścili go w bocznej kaplicy klasztoru.
3. Jadwiga z Kajetanowiczów i Jan Junosza Dąbrowscy, moja babcia i mój
dziadek, rodzice taty
Mnie najbardziej podobał się inny obraz babci. Namalowała na nim psa na
łące. To był wyżeł. Niósł coś w pysku. Wyglądał na tym obrazie jak żywy,
jakby przed chwilą wrócił z polowania. Bardzo mi się ten pies podobał.
Pewnego dnia zrobiłem sobie małą gumową procę, znalazłem jakieś druciane
haczyki i... zacząłem nimi strzelać do psa na obrazie. Niestety,
podziurawiłem go. Dziś już nie pamiętam, co się stało z obrazem babci i jaką karę mi wymierzono...
4. Leopold Leffler, autoportret
Poza malowaniem pięknych obrazów babcia potrafiła także pięknie
haftować, dziergała jakieś koronki z niezwykłymi wzorami i scenami. Moja
mama była zachwycona tym, co tworzy babcia. Sama nigdy nie uczyła się
robótek ręcznych, bo swoje dzieciństwo spędziła na deskach teatralnych.
Poprosiła babcię, żeby ją nauczyła szyć, wyszywać i haftować. Widać,
musiała mieć także talent plastyczny, bo potem sama robiła śliczne
abażury, malowała piękne kwiaty na porcelanie, a nawet szyła ubrania i bieliznę pościelową.
Dziadków Dąbrowskich znałem od urodzenia. Mieszkali w Kolonii
Wileńskiej, w pobliżu domu moich rodziców. Często się odwiedzaliśmy.
Dziadek Dąbrowski budził respekt. Był wysokim i szczupłym mężczyzną,
zawsze nienagannie ubranym. Sprawiał wrażenie wojskowego. Nie pamiętam,
żebym kiedykolwiek się z nim bawił. Wiedziałem jednak, że i dziadek, i babcia kochają mnie. Pamiętam też, że dużo ze mną rozmawiali.
Z dokumentów rodzinnych wynika, że pradziadek Andrzeja Dąbrowskiego,
Franciszek Dąbrowski herbu Junosza, ożenił się z Ludmiłą Nawratil. Z tego małżeństwa 24 kwietnia 1874 roku w Stanisławie Górnym w powiecie
wadowickim w Galicji urodził się ich syn, Jan Junosza Dąbrowski, dziadek
Andrzeja. Nie wiadomo dokładnie, czym zajmowali się Dąbrowscy w poprzednich pokoleniach. Z pewnością byli ludźmi majętnymi,
prawdopodobnie zarządzali własnymi posiadłościami.
Gdy Jan Junosza Dąbrowski ukończył we Lwowie trzyletni kurs nauk w Krajowej Szkole Gospodarstwa Lasowego, ożenił się z Jadwigą
Kajetanowicz. Dziadkowie Andrzeja mieli dwóch synów: Tadeusza (ojca
Andrzeja) i Jerzego.
Cieszyłem się, że po ucieczce z Wilna mieszkaliśmy z dziadkami w jednym
domu w Szczawnicy. Ale to moi rodzice sprawiali, że każdego dnia działo
się u nas coś ciekawego i miłego. Zawsze było dużo radości i dużo
śmiechu, chyba że ja coś narozrabiałem, a niestety, zdarzało mi się w dzieciństwie dość często wpadać w poważne tarapaty.
Nasz dom w Szczawnicy stał nad brzegiem rzeczki o nazwie Grajcarek.
Rodzice codziennie mnie pouczali: nie wolno ci chodzić samemu nad rzekę.
Pewnego dnia, zimą w 1945 roku, wszystkie te przestrogi i zakazy
wyleciały mi z głowy. Bawiłem się przed domem na śniegu i powoli
dotarłem do rzeczki. Woda była zamarznięta - tak mi się wydawało.
Chciałem się poślizgać. Wszedłem więc na lód i nagle jego cieniutka
warstewka załamała się pode mną. Co prawda w tym miejscu było płytko,
więc nie groziło mi utonięcie, niemniej zamoczyłem się aż do pasa. Z trudem wyczołgałem się na brzeg. Nie wiedziałem, co robić. Nie miałem
odwagi, żeby się pokazać rodzicom, bo bałem się ich zdenerwowania. Ponad
godzinę chodziłem wkoło domu. Mróz był tak duży, że wszystko na mnie
zamarzło. Było mi jednak tak strasznie zimno, że mimo strachu poszedłem
do domu. Stanąłem w drzwiach - i w domu rozpętała się burza. Rodzice
byli przerażeni. Mama kazała, żebym natychmiast położył się do łóżka.
Nacierała mi czymś ręce i nogi. Pod pierzynę włożono butelki z gorącą
wodą. Nie wiem, czy to szczęście czy dobre zdrowie, ale nie zachorowałem
wówczas - nawet kataru nie miałem. Uniknąłem także kary.
W 1946 roku zmarła nagle babcia Andrzeja. Pochowano ją na cmentarzu w Szczawnicy. Rodzice Andrzeja zdecydowali wtedy, że przeniosą się ze
Szczawnicy do Krakowa.
Kraków - nasz nowy dom
Dąbrowscy nie mieli w Krakowie własnego domu ani mieszkania. Spodziewali
się, że będą trudności ze znalezieniem jakiegoś lokum. Minął zaledwie
rok od zakończenia wojny i w mieście nie odbudowano jeszcze wielu
kamienic zniszczonych przez Niemców. Poza tym nadal przebywała tu dość
liczna grupa warszawiaków, którzy po upadku Powstania Warszawskiego
uciekli ze swojego miasta i jeszcze nie wrócili do zburzonej stolicy. W tej sytuacji zdobycie mieszkania w Krakowie graniczyło z cudem.
Tadeusz Dąbrowski zgłosił się do pracy w Dyrekcji Lasów Państwowych.
Przemysł drzewny był branżą, w której specjalizował się w Wilnie.
Ponadto znał dobrze język niemiecki, a Dyrekcja potrzebowała eksperta do
kontroli drewna, które sprowadzała z zagranicy.
Nie wiem, czy przydział mieszkania załatwiała Dyrekcja Lasów Państwowych
czy tato, ale dostaliśmy w Krakowie lokum w budynku przy ulicy św.
Teresy 12 w Śródmieściu. Kamienicę nazywano poniemiecką, bo podobno w czasie wojny mieszkali w niej tylko Niemcy.
Zajęliśmy dwa niewielkie pokoje: w jednym była sypialnia rodziców, a w drugim gabinet ojca. W gabinecie stał także mały tapczan i to było moje
miejsce do spania. Nie mieliśmy jadalni ani innych pomieszczeń.
Niestety, musieliśmy dzielić się wspólną kuchnią, łazienką, toaletą i korytarzem z inną rodziną, państwem Bieniów. Plusem mieszkania przy
ulicy św. Teresy była niewielka odległość - najwyżej pięć minut - od
Dyrekcji Lasów, w której tato pracował.
Mama nie mogła przyzwyczaić się do tego, że musi dzielić część
mieszkania z inną rodziną. W naszym domu zawsze był porządek, wszystkie
rzeczy miały swoje miejsce. Państwo Bieniowie mieli, niestety, inny
sposób bycia, którego rodzice nie potrafili zaakceptować. Po trzech
latach wspólnej - trudnej - egzystencji tato rozwiązał przynajmniej
jeden problem. Zaproponował naszym sąsiadom, że urządzi dla nich osobną
kuchnię, jeśli zgodzą się na przebicie ściany do spiżarni. Bieniowie
przyjęli propozycję. To trochę złagodziło stresowe sytuacje w domu. Po
paru latach rodzice zamienili to mieszkanie na inne, a zrobili to
dopiero po moim przeprowadzeniu się do Warszawy. Zamieszkali w kamienicy
przy Rynku Kleparskim. Ich nowe mieszkanie było wprawdzie samodzielne,
ale miało także wspólny korytarz z paroma sąsiadami. Woleli jednak
pogodzić się z takimi warunkami, niż zostać w poprzednim mieszkaniu przy
ulicy św. Teresy. Zawsze się dziwiłem, że mają tak małe wymagania. W Wilnie i Szczawnicy mieliśmy przecież duże mieszkania.
Nigdy później rodzice nie chcieli się przenieść do Warszawy, mimo że
mieliśmy dla nich dobre propozycje lokalowe.
II
II. Dziadkowie Motyczyńscy | Halusia Motyczyńska | Wilno moich rodziców | Niemiecka okupacja Wilna
Dziadkowie Motyczyńscy
Halusia Motyczyńska
Wilno moich rodziców
Niemiecka okupacja Wilna
Dziadkowie Motyczyńscy
W każdej rodzinie przekazywane są z pokolenia na pokolenie różne
opowieści o przodkach - babciach, dziadkach, ciotkach i wujkach, o bohaterach i tak zwanych czarnych owcach. W niektórych rodzinach
przetrwały opowieści sięgające nawet kilku pokoleń wstecz. Wiele rodzin
pieczołowicie pielęgnuje pamięć o swoim pochodzeniu. Tak samo było i w mojej rodzinie, ale ja nigdy nie przywiązywałem do tego zbyt dużej wagi.
Mama często przeglądała stare albumy fotograficzne przywiezione z Wilna
i rodzice opowiadali o różnych wydarzeniach z życia swoich rodzin.
Przyznam się, że słuchałem tego jednym uchem, piąte przez dziesiąte. Nie
zależało mi na odnotowywaniu jakichś chwalebnych albo pikantnych
szczegółów z życia rodziny. Zawsze miałem bardzo dużo innych
zainteresowań. Jeśli chodzi o dziadków, to znacznie więcej wiem o rodzinie Dąbrowskich niż o Motyczyńskich. Nie poznałem dziadków ze
strony mamy, ponieważ zmarli, zanim się urodziłem. Wiem o nich tyle, ile
opowiedziała mi mama, a co uzupełniają rodzinne fotografie i liczne
recenzje na temat gry aktorskiej mojego dziadka - Józefa Motyczyńskiego.
Józef Stanisław Motyczyński urodził się 29 stycznia 1891 roku w Krakowie. Już w wieku osiemnastu lat grywał w teatrze różne małe role.
Na afiszach w Teatrze Miejskim w Krakowie pojawiał się jako Stanisław,
bo właśnie drugiego imienia używał na początku swej kariery. Aktorstwa
uczył się w prywatnej szkole dramatycznej, którą założył Michał
Przybyłowicz, sławny wówczas artysta grający przez wiele lat na polskich
scenach wszystkich trzech zaborów.
W Bibliotece Jagiellońskiej znajdują się fotografie z aktorskich kreacji
Józefa Motyczyńskiego, z jego występów na różnych scenach teatralnych, w tym także w Wiedniu. W zbiorach rodzinnych zachowały się wycinki z ówczesnych recenzji. Po przedstawieniu Mazepy krytyk teatralny napisał:
"Pan Józef Motyczyński wniósł w postać wojewody tyle tragizmu, siły
namiętnej [...]. Rolę swoją, aż do szczegółów tak sprecyzował, iż śmiało
go postawić możemy w rzędzie najlepszych sił aktorskich". Określano go
jako aktora dramatycznego "wybitnie doskonałego w oddawaniu typów o dosadnych i wyrazistych rysach charakterystyki". Recenzenci zachwycali
się, że jest artystą wspaniałym - "artystą dużej miary".
Na portrecie z 1913 roku mój dziadek wygląda na poważnego, dość
przystojnego mężczyznę. Siedzi na krześle w wystudiowanej pozie. Jest to
prawdopodobnie fotografia do jakiegoś teatralnego plakatu.
Józef Motyczyński zmarł 21 maja 1922 roku w Krakowie w wieku zaledwie
trzydziestu jeden lat. Chorował na gruźlicę, czyli - jak mówiono w tamtych czasach - na suchoty. Został pochowany w rodzinnym grobowcu na
Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
6. Bronisława i Józef Motyczyńscy, moja babcia i mój dziadek, rodzice
mamy
Dziadek zmarł bardzo młodo. Może mógł żyć dłużej, ale nie chciał się
leczyć. Nie zgodził się wyjechać nawet do sanatorium do Rabki. Mama
przypuszczała, że jej ojciec wolał nie opuszczać domu, bo był bardzo
zazdrosny o swą żonę. Nie miał żadnych ku temu powodów, ale kontrolował
ją wszelkimi sposobami.
Moja mama zachowała w pamięci piękną cechę swojego ojca: był
człowiekiem, który kochał przyrodę. Wspominała, jak na spacerach na
Błoniach i po lesie zwracał jej uwagę na piękno dziko rosnących kwiatów,
na właściwości ziół, znał nazwy wszystkich roślin. Także w mamie
zaszczepił miłość do kwiatów, lasu, przyrody.
Halusia Motyczyńska
Mama opowiadała mi, że miała pięć lat, gdy po raz pierwszy poszła ze
swoim tatą do teatru. Zaprowadził ją za kulisy i do garderoby. Znała już
wszystkich aktorów, którzy grali w sztukach razem z jej ojcem.
7. Halusia Motyczyńska, czyli moja roztańczona mama
- Czułam się tam jak w domu - wspominała. - Aktorzy nosili mnie na
rękach, byłam dla nich rodzajem maskotki. Nie wiem, kto wpadł na pomysł,
żebym zagrała w wystawianej właśnie bajce.
Taniec i śpiewanie przed publicznością Halusia Motyczyńska traktowała
jak świetną zabawę ze swoimi przyjaciółmi - aktorami. Była śliczną
dziewczynką, zabawną i utalentowaną, toteż szybko podbiła serca
publiczności. Grała potem w krakowskich teatrach niemal we wszystkich
bajkach dla dzieci.
8. Halszka Motyczyńska, młoda i obiecująca aktorka, na pierwszej stronie
miesięcznika "Pegaz" w 1933 r.
Bronisława Motyczyńska, moja babcia, pracowała w sekretariacie
krakowskiej redakcji "Nowości Ilustrowanych". Był to tygodnik
społeczno-kulturalny o literaturze i sztuce, który zamieszczał ponadto
wiadomości z kraju i ze świata. Babcia była tam korektorką, recenzentką
i jednocześnie sekretarką. Mimo tylu obowiązków zarabiała grosze,
podobnie jak inni pracujący w redakcji. I ciągle bała się zwolnienia z pracy. Miała poważne kłopoty ze swoim zdrowiem. Urodziła się z wadą
serca. Wtedy jeszcze nikomu się nawet nie śniło o takich operacjach na
sercu, jakie obecnie przeprowadzają lekarze, albo o sztucznych
zastawkach. Zdarzało się, że mdlała w pracy. Z wiekiem czuła się coraz
gorzej, a mama dorastała w nieustannym strachu o zdrowie swojej
rodzicielki.
Na portrecie Bronisława Motyczyńska jest piękną, elegancką i uśmiechniętą brunetką. Patrząc na jej fotografię, trudno uwierzyć, że
była tak poważnie chora. Po śmierci Józefa Motyczyńskiego aktorzy z teatru chcieli pomóc żonie i córce kolegi. Sami mieli niskie gaże,
starali się więc, by jego córka Halusia coraz częściej występowała w sztukach teatralnych. Była już ulubienicą publiczności, toteż zawsze
znalazła się dla niej jakaś rola. W ten sposób zarabiała, ale były to
niewielkie sumy.
Po śmierci swego ojca moja mama została tylko z babcią Bronisławą. Nie
miały żadnych krewnych. To, co obie zarobiły, wystarczało im jedynie na
opłacanie mieszkania i bardzo biedną egzystencję. Mama opowiadała, że
brak pieniędzy był ich codzienną zmorą. Najtrudniej było im przetrwać
miesiące zimowe. Nie miały za co kupić węgla, żeby ogrzać wynajęte
mieszkanie. W Święta Bożego Narodzenia owijały w celofan kawałeczek
węgla i wieszały go na choince, żeby los przyniósł go więcej. Czasami
brakowało pieniędzy na jedzenie. Po kilku latach mama, już jako
nastolatka, zaczęła dostawać trochę wyższą gażę. Cały czas występowała
na scenie, a jednocześnie chodziła do szkoły i uczyła się aktorstwa.
W 1929 roku w Starym Teatrze w Krakowie bilety na występy
trzynastoletniej Halusi rozchodziły się błyskawicznie. Była już znaną i cenioną tancerką - i nieustannie ulubienicą publiczności. Tańczyła do
utworów Chopina, Straussa, Brzezińskiego, Paderewskiego. Na plakatach
przy jej nazwisku podawano, że jest utalentowaną młodocianą tancerką,
gwiazdą sezonu. Przy fortepianie towarzyszył jej znany muzyk Adam
Rawicz-Kleczewski. Rok później czternastoletnia Halusia Motyczyńska
grała już w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie w komedii
Kiepski szeląg Brunona Winawera. Wcieliła się w postać Steli. Wiele
gazet zamieściło jej zdjęcia z występów i świetne recenzje. W 1933 roku
jej fotografia znalazła się na okładce piątego numeru "Pegaza".
Sytuacja materialna mojej mamy i babci Bronisławy poprawiła się dopiero
po otrzymaniu przez mamę dyplomu Szkoły Dramatycznej. Mama stała się
znaną w Polsce aktorką. Dostawała dobrze płatne angaże, a babcia nie
musiała już pracować w "Nowościach Ilustrowanych". Często powierzano
mamie role, które wymagały umiejętności tańczenia i posiadania pięknego
głosu. Mam w domowym archiwum fotografie ze scen teatralnych i stare,
już wyblakłe, pełne zachwytu recenzje z jej występów.
9. Halina Motyczyńska jako aktorka Teatru Miejskiego w Wilnie w latach
30. XX w.
Dla Haliny zaczął się okres wielkich sukcesów aktorskich. Występowała na
scenach Teatru Starego w Krakowie, Teatru Miejskiego w Bydgoszczy i Teatru Kameralnego w Częstochowie. Pracowała z wybitnymi artystami:
Janem Kurnakowiczem, Aleksandrem Zelwerowiczem, Ludwikiem Sempolińskim i z wieloma innymi aktorami scen polskich. W gazecie pisano o niej: "Do
Teatru Bydgoskiego zaangażowano w tym sezonie nową uzdolnioną artystkę.
Halina Motyczyńska odznacza się nieprzeciętną urodą i dała się już
poznać jako wybitny talent aktorski". W recenzjach chwalono jej
aktorstwo, urodę, wdzięk i piękny uśmiech. Została uznana za jedną z najpiękniejszych kobiet w Polsce.
Aktorstwo, podobnie jak każda dziedzina sztuki, jest zawodem, z którym
wiąże się zwykle jakaś niewiadoma. Przed wojną aktorzy często nie mieli
pewności, co może im przynieść kolejny sezon. Bywało, że musieli
zmieniać teatry i miejsca zamieszkania. Nie zarabiali dużo, a jeszcze do
wielu sztuk musieli sami starać się o kostium dla siebie.
W sezonie 1934/1935 Halina przyjęła angaż do Teatru Miejskiego w Wilnie.
Grała tam rolę Bety w Szesnastolatce, Marysię w Ptaku Jerzego
Szaniawskiego i inne role w sztukach wystawianych w Teatrze na
Pohulance, w których występowali także Józef Węgrzyn, Czesław Wołłejko,
Marcin Bay-Rydzewski, Nina Andrycz.
Wilno moich rodziców
Przed drugą wojną światową wielu Polaków z różnych stron kraju osiedlało
się w Wilnie, ponieważ w całym regionie wileńskim rozwijał się przemysł
i handel, a w mieście działały wyższe uczelnie, rozgłośnia radiowa i teatry, wydawano gazety. Wilno dawało więc przyjezdnym duże możliwości
zrobienia kariery, majątku i stabilizacji życia.
Mój tato, Tadeusz Dąbrowski, który na początku lat trzydziestych
pracował na południu Polski w przemyśle drzewnym i handlował kolejowymi
podkładami, uznał, że w Wilnie, które było centralnym ośrodkiem handlu
drewnem, będzie miał większe szanse w swoim zawodzie. Miał rację, bo
zaraz po przyjeździe dostał tu dobrze płatną pracę w przedsiębiorstwie
handlującym drewnem. Do Wilna przyjechali także jego rodzice, czyli moi
dziadkowie - Jan i Jadwiga. Tato miał wiele zainteresowań. Fascynowały
go samoloty, pisał wiersze, a przede wszystkim potrafił wspaniałe
opowiadać różne historyjki. Znajomi dziennikarze z wileńskiej rozgłośni
zaproponowali mu występy w radiu.
10. Recenzje prasowe o mojej mamie z lat 30. XX w.
Mieściło się ono wówczas przy ulicy Witolda 17. Po kilku występach w wileńskiej kukułce, jak powszechnie nazywano rozgłośnię od jej sygnału,
tato prowadził już własną audycję. Opowiadał w niej o przygodach na
polowaniach, o zwyczajach leśnych zwierząt, o różnych gatunkach drzew i o innych leśnych bogactwach. Przybliżał słuchaczom piękno i wspaniałość
lasów rosnących w okolicach Wilna. Jego barwne opowieści cieszyły się
dużym powodzeniem.
Przed wojną tato latał samolotami jako pilot, ale nie zrobił licencji
zawodowej. Miał duże grono przyjaciół wśród pilotów. Stanisław Pawluć,
pilot z 5. pułku lotnictwa, był moim ojcem chrzestnym. Pewnego dnia inny
jego przyjaciel poprosił ojca o przysługę: o oddanie listu znanej w Wilnie aktorce Halinie Motyczyńskiej. W liście usprawiedliwiał się, że
nie może przyjść na spotkanie z nią, bo musi nagle wyjechać z miasta.
Tato nigdy nie widział tej aktorki, bo chociaż interesował się teatrem,
to w Wilnie nie był jeszcze na żadnej sztuce. W teatrze zwrócił się do
portiera z prośbą, żeby ten powiedział pannie Halinie Motyczyńskiej, że
ma dla niej wiadomość i czeka na nią w holu. Portier odmówił.
Nie trafiło do niego tłumaczenie, że kolega taty zobowiązał go, aby list
oddał osobiście i przekazał aktorce ustną wiadomość. Dopiero wręczenie
drobnej sumki skłoniło portiera do udania się za kulisy i zawiadomienia
aktorki, że ktoś do niej przyszedł. Tato mówił, że zobaczył na schodach
śliczną, szczupłą i niewysoką brunetkę. Zeszła do holu, wysłuchała jego
wyjaśnień, zabrała list, ukłoniła się, powiedziała: "dziękuję panu" i wyprostowana jak struna odeszła.
Dla Tadeusza była to miłość od pierwszego wejrzenia. Aktorka nie chciała
się jednak z nim spotykać. Halina była osobą podziwianą i adorowaną
przez wielu mężczyzn. Do nich zaliczał się między innymi Józef
Cyrankiewicz, późniejszy premier Polski i mąż Niny Andrycz.
Tato - wysoki, przystojny mężczyzna, znany jako pożeracz kobiecych serc
- nie mógł pogodzić się z tą porażką. Zdobycie zainteresowania poznanej
właśnie aktorki mogło być jedynym lekarstwem na jego urażoną męską dumę.
Ale dużo ważniejsze było to, że po raz pierwszy naprawdę się zakochał.
Wysyłał więc aktorce kwiaty do teatru i na jej prywatny adres
(dowiedział się, które kwiaty lubi, i sam wybierał bukiety). Adorował ją
tak wytrwale, że w końcu usunął w cień wszystkich konkurentów.
11. Tadeusz Dąbrowski
Rok później mama podpisała nowy angaż. Wyjechała z Wilna na cały sezon
do Teatru Miejskiego w Bydgoszczy. Tam występowała w trzech sztukach:
grała Betę w Szesnastolatce, Anielę w Ślubach panieńskich oraz Julię
w Małym Lordzie. Tato jeździł na spotkania z mamą do Bydgoszczy raz
albo dwa razy w miesiącu. Listy krążyły między nimi niemal codziennie.
Po zakończeniu sezonu teatralnego Halina wróciła do Wilna i tutaj 10
czerwca 1936 roku wyszła za Tadeusza. W akcie małżeńskim zapisano: "10
czerwca 1936 roku w Wilnie Tadeusz Marian Dąbrowski, urodz. 23 stycznia
1909 roku w Trzebuni, syn Jana Adama Dąbrowskiego i Jadwigi
Kajetanowicz, poślubił Halinę Motyczyńską, urodz. 7 sierpnia 1916 roku w Krakowie, córkę Józefa Motyczyńskiego i Bronisławy Bader-Wawelskiej".
To nie były czasy, w których szlachta, bogata czy biedna, łatwo godziła
się na taki mariaż. Jan i Jadwiga Junosza Dąbrowscy początkowo odnosili
się także z dystansem do małżeństwa syna z aktorką, mimo że ich synowa
cieszyła się nienaganną reputacją, zarówno w swoim środowisku, jak i wśród wileńskiej elity. Mieszkała zawsze ze swoją matką. Nie
uczestniczyła w żadnych towarzyskich przyjęciach i nikt nie mógł o niej
złego słowa powiedzieć.
12. Ślub rodziców
Dopiero osobisty urok mamy zdziałał cuda. Moi dziadkowie nie tylko
zaakceptowali małżeństwo swojego syna, ale wnet po prostu zakochali się
w swojej synowej.
Po ślubie Halina i Tadeusz, a także pani Bronisława zamieszkali wspólnie
w Wilnie przy ulicy Mickiewicza 19/20, głównej arterii Śródmieścia. Dziś
jest to ulica Gedymina. Zajmowali piękny i wielopokojowy apartament,
który po wojnie zajęło Ministerstwo Rolnictwa Litwy.
W Wigilię Bożego Narodzenia 1937 roku mama Haliny nagle zmarła. Tym
samym nie doczekała narodzin wnuka. Halina była wówczas w piątym
miesiącu ciąży. Bronisława Motyczyńska została pochowana na wileńskim
Cmentarzu na Rossie.
Śmierć babci Bronisławy była dla mojej mamy wielkim wstrząsem. Mieszkały
zawsze razem, nigdy się nie rozstawały, razem podróżowały do miast, w których mama występowała na scenie. Razem cierpiały biedę, a teraz,
kiedy już miały dom, pieniądze, dużą rodzinę, włącznie z rodzicami
mojego ojca, nagle babcia Bronisława odeszła. I już do końca jej życia
każda Wigilia przypominała o tej wielkiej stracie.
13. Ja z rodzicami i Janem Kurnakowiczem w Kolonii Wileńskiej w okresie
drugiej wojny światowej
Trzynastego kwietnia 1938 roku państwu Dąbrowskim urodził się syn
Andrzej. Halina nadal występowała w wileńskim teatrze, a Tadeusz
prowadził własne przedsiębiorstwo handlu drewnem. Tak było do wybuchu
drugiej wojny światowej.
Niemiecka okupacja Wilna
W czasie wojny, podczas niemieckiej okupacji w latach 1941-1944, żaden
polski teatr nie mógł w Wilnie działać. Istniały jedynie kabarety i rewiowe teatrzyki. Występowali w nich między innymi Hanka Bielicka,
Ludwik Sempoliński, Kazimierz Brusikiewicz. Wileńskie środowisko
aktorskie było bardzo zżyte ze sobą i wszyscy pomagali sobie w trudnych
sytuacjach. Jeśli pojawiała się gdzieś możliwość zagrania na scenie lub
szansa jakiejś innej, dorywczej pracy, to aktorzy zawsze zawiadamiali
koleżanki i kolegów. Często aktorów zatrudniano jako kelnerów w restauracjach lub kawiarniach. Niektórzy znajdowali zajęcia w innych
zawodach. Rodzina Dąbrowskich zaprzyjaźniła się z wieloma artystami,
między innymi z Mieczysławem Foggiem. Najbliższym przyjacielem rodziny
był wybitny aktor teatralny Jan Kurnakowicz, który po zamknięciu Teatru
Polskiego w Wilnie pracował jako szatniarz w jednej z wileńskich
restauracji. Mama Andrzeja grywała w teatrze tylko dorywczo. Ojciec z trudem znajdował zatrudnienie. Przez pewien czas był kelnerem w jednej z wileńskich kawiarni, do której stale przychodzili artyści, między innymi
wspomniany Fogg oraz muzycy z Chóru Dana. Dowiadywali się tam o możliwości występów lub o innej pracy.
14. Przy motocyklu
Mieszkaliśmy już wtedy w Kolonii Wileńskiej. Po poprzednich
właścicielach gospodarstwa odziedziczyliśmy psa - wilczura Reksia. Tato
codziennie dojeżdżał na motocyklu do pracy w Wilnie. Bywało, że motocykl
zostawiał w domu. Zakradałem się wtedy do garażu i rozkręcałem w nim
kluczami jakieś śrubki. Miałem trzy lata, więc nie wiem, jak mi się to
udawało. Mama mówiła, że nieustannie naśladowałem warkot motoru, a zapach benzyny wprost uwielbiałem. Może zaczynała się moja fascynacja
wszystkim, co ma silnik spalinowy? Pierwsza fotografia, którą zrobiono
mi z motorem, pochodzi z 1943 roku - rozradowany stoję przy motocyklu
ojca. Miałem wtedy pięć lat.
Aktorzy często przyjeżdżali do Kolonii Wileńskiej do Haliny i Tadeusza.
Zawsze mieli tu dobre jedzenie. W ten sposób Dąbrowscy starali się pomóc
bezrobotnym artystom.
Najczęściej w Kolonii Wileńskiej bywał u nas Jan Kurnakowicz. Mama
mówiła, że gdy tylko wchodził do naszego domu, ja biegłem do niego, a on
wyciągał ręce w moją stronę i podnosił mnie wysoko. Bawił się ze mną,
kręcąc jakieś młynki, a potem cały czas nosił mnie na rękach. Chyba
lubił dzieci.
Po przeniesieniu się do Kolonii Wileńskiej mama Andrzeja musiała
poradzić sobie z prowadzeniem dużego domu i gospodarstwa. Było to dla
artystki teatralnej duże wyzwanie, bo nigdy wcześniej nie mieszkała w małym miasteczku ani na wsi. Uczyła się z poradników rolniczych, jak
sadzić i siać rośliny, słuchała rad sąsiadów. Mimo że zatrudniała
kilkoro służących, sama pracowała fizycznie w domu i ogrodzie. Zdobyta
wiedza i wrodzony talent szybko przyniosły efekty. W ogrodzie rosły
wszystkie potrzebne warzywa i zioła, a zagroda należała do kur, kaczek i gęsi. Zaopatrzenie Wilna w żywność było słabe, ale rodzinie Dąbrowskich
nie brakowało w zasadzie niczego.
Dla mnie, wówczas trzylatka, bieganie za uciekającym ptactwem domowym
było świetną zabawą. Naśladowałem ich gdakanie, piszczenie i wszystkie
dźwięki wydawane przez inne zwierzęta. Mama, która miała doskonały słuch
muzyczny, mówiła, że już wtedy idealnie podrabiałem głosy ptaków. Ta
umiejętność została mi do dziś. Potrafię naśladować różne dźwięki i często się tym bawię.
III
III. Lata szkolne - podstawówka | Urok krakowskiej ulicy św. Teresy | Dom w Krynicy Zdroju | "Mistrz świata" w boksie | Najmłodszy myśliwy w Polsce
Lata szkolne - podstawówka
Urok krakowskiej ulicy św. Teresy
Dom w Krynicy Zdroju
"Mistrz świata" w boksie
Najmłodszy myśliwy w Polsce
Lata szkolne - podstawówka
Po ucieczce z Wilna do Szczawnicy, a następnie przeprowadzeniu się całej
rodziny Dąbrowskich do Krakowa i zamieszkaniu przy ulicy św. Teresy,
Andrzej rozpoczął naukę w prywatnej szkole im. Heleny Kaplińskiej, a następnie rodzice przenieśli go do państwowej szkoły podstawowej.
Ówczesny system szkolny przewidywał siedem lat nauki w szkole
podstawowej, a po jej ukończeniu uczeń dostawał świadectwo, które
uprawniało go do nauki w liceum.
Zachowałem pamiętnik z wpisami kolegów z podstawówki. Do pamiętnika
wpisał się Kornel Bosak Hauke-Ligowski. Nie mam z nim, niestety, żadnego
kontaktu. Straciłem kontakt także z innymi kolegami. Ze szkoły
podstawowej, tej państwowej na ulicy Szlak, zapamiętałem nauczyciela,
który wyznaczał nam kary cielesne. Mnie także się taka przytrafiła,
nawet parę razy. Nauczyciel miał cieniutki bambusowy patyczek. Jeśli coś
było źle, to wołał ucznia do katedry. Mówił: "Pozwól, pozwól tutaj i wyciągnij łapkę". Podawało się rękę, a on śmigał tym bambusem po dłoni.
Trochę bolało, ale nikt nie śmiał protestować. Dziś taki profesor
zostałby natychmiast wydalony ze szkoły. To chyba był nauczyciel
matematyki, a ja nie byłem lotny z tego przedmiotu. Z fizyką i matematyką miałem zawsze problemy. Być może nie chciało mi się uczyć,
ale raczej nie interesowały mnie te przedmioty. Prawdę mówiąc, w podstawówce nic mnie nie interesowało. Historia też mnie nie
interesowała. Może tylko chemia i biologia.
16. Moja klasa w moim pamiętniku
Lubiłem profesora od chemii. Potrafił mnie zainteresować eksperymentami,
które przeprowadzał na lekcji. Z chemii miałem zawsze bardzo dobre
oceny. Chodziłem już do ostatniej klasy podstawówki, gdy nauczyciel
pokazywał nam ciekawe doświadczenie, którego efektem był mały, ale
widowiskowy wybuch. Bardzo nam się to podobało - mnie tak bardzo, że aż
nie mogłem o tym eksperymencie zapomnieć. Któregoś dnia tata i mama
wyszli z domu na zakupy, a ja postanowiłem skorzystać z okazji i zrobić
taki eksperyment samodzielnie. Wydobyłem ze schowka składniki, które
podkradałem przez tygodnie w szkolnym laboratorium. Wziąłem z biurka
ojca jego ciężki przycisk do bibuły z dużą mosiężną kulą na górze i zacząłem rozgniatać mieszaninę siarki, chloranu potasu i fosforu. W pewnym momencie nastąpił wybuch. Od podmuchu wyleciały szyby w oknie, a mnie odrzuciło w kąt pokoju. Zaczęła mi się palić skóra na twarzy.
Resztki fosforu parzyły policzki. W oczach widziałem tylko ognisty
blask. Po omacku dotarłem do kuchni. Odkręciłem kran zlewozmywaka.
Okazało się, że akurat woda była w piwnicy zakręcona. Otworzyłem
lodówkę, namacałem jakiś słoik i zacząłem polewać palącą się twarz. To
było kwaśne mleko. Ktoś z sąsiadów zadzwonił po straż pożarną i pogotowie. Mój tato, który akurat robił zakupy w sklepie na ulicy
Krowoderskiej, widząc, że jedzie na sygnale wóz strażacki, powiedział
żartem do sprzedawcy: "Panie, niech się pan pospieszy, bo mi się chałupa
pali". Gdy pod domem rodzice zobaczyli wozy strażackie, milicję i dym z okna swojego mieszkania, zamarli z przerażenia. Mnie zabrało pogotowie
do szpitala. Zawinęli mi całą głowę bandażami nasączonymi jakimś
liliowym płynem. Po kilku tygodniach przeniesiono mnie na okulistykę i tam z moich oczu lekarze i profesor Marian Mądroszkiewicz wyciągali
odłamki, które pochodziły z metalowego pudełka po cygarach, w którym
rozgniatałem swoją mieszankę. Groziła mi utrata wzroku. Milicjanci
spisywali protokół i pytali mnie o jakąś bombę. Miałem szczęście, że nie
urwało mi dłoni. Trudno opisać, co przeżywali rodzice. Okazało się
jednak, że chyba stał się cud, bo nie straciłem wzroku. Przeszedłem
jeszcze kilka operacji, gdyż lekarze musieli wyciągać kolejne opiłki z oczu.
Jedyną korzyścią z tego idiotycznego eksperymentu było to, że w tak
zwanym wieku poborowym lekarz na prośbę rodziców wystawił zaświadczenie,
potwierdzone paroma pieczątkami, że Andrzej Dąbrowski w 1953 roku miał
wypadek, w którego następstwie ujawniło się teraz uszkodzenie prawego
oka, ze znaczącym obniżeniem bystrości wzroku i widzenia, toteż nie
nadaje się on do służby wojskowej. I faktycznie zostałem z niej
zwolniony, ku mojej wielkiej radości otrzymując kategorię E.
Z tej szkoły pamiętam tylko kilku nauczycieli. Jeden z nich, profesor
Spiechowicz, nauczyciel od historii, mieszkał - podobnie jak ja - na
ulicy św. Teresy. Był świetnym pedagogiem, budzącym respekt wśród
uczniów. Nauczyciel od fizyki, pan Sierko, miał nadaną przez nas ksywę
"Żarówa", bo był łysy. Uczył nas także nauczyciel Pawlik, a pamiętam go
dlatego, że czasami na lekcjach dłubał w nosie - a my jak na komendę
wybuchaliśmy całą klasą śmiechem. Naśmiewaliśmy się chyba ze wszystkich
nauczycieli. Cieszyłem się bardzo, kiedy wreszcie skończyłem
podstawówkę. Podobnie jak moi koledzy szkolni, nie miałem wielkich
planów co do swojej przyszłości. Nie przypominam sobie, żebym wtedy miał
jakieś ciekawe marzenia.
Urok krakowskiej ulicy św. Teresy
Ulica św. Teresy w Krakowie znajduje się między ulicami Łobzowską i Krowoderską. Zaraz po wojnie ludzie łatwiej nawiązywali kontakty. Znali
sąsiadów z tej samej kamienicy, a także mieszkańców w sąsiednich
budynkach. Zażyłość między sąsiadami była znacznie głębsza - odwiedzano
się w domach, pomagano w trudnych sytuacjach. Tak było również na ulicy
św. Teresy, przy której stało jedynie kilka budynków. Rodzina
Dąbrowskich znała wszystkich mieszkańców i również ich znali wszyscy
sąsiedzi. Tutaj mieszkało też kilka sławnych później osób. W sąsiednim
domu zajmował lokal Kazimierz Wyka, profesor Uniwersytetu
Jagiellońskiego, historyk i krytyk literatury, a także poseł na sejm
pierwszej kadencji w PRL.
Państwo Wykowie zajmowali lokal pod szesnastką na pierwszym piętrze.
Moja rodzina mieszkała pod numerem dwunastym. Profesor Wyka miał dwie
córki - jednej na imię było Marta, a imienia drugiej nie pamiętam.
Czasem chodziłem do Marty. Była miłą dziewczyną. Pod dziesiątką na
pierwszym piętrze swoje mieszkanie mieli państwo Kurczabowie. Pan Jan
Kurczab także miał dwie córki: Alę i Krysię. Przez długi czas po
sztubacku byłem zauroczony Alą. Któregoś dnia dowiedziałem się, że jest
chora. Odwiedzałem ją i poświęcałem jej dużo czasu, żeby się nie
nudziła. Siedziałem przy jej łóżku, chyba opowiadając jakieś zabawne
historyjki. W późniejszych latach straciłem z nią kontakt. Podobno
mieszka we Włoszech. Siostra Ali, Krysia - obecnie Krystyna
Kurczab-Redlich - jest teraz znaną dziennikarką i pisarką.
Obok naszej kamienicy, również pod szesnastką, mieli mieszkanie bliscy
przyjaciele rodziców - państwo Sędzimirowie. Na tej samej ulicy
zajmowali lokal także nasi kuzyni - rodzina Paschmów z synem Maćkiem.
Dość blisko mieszkały rodziny moich kolegów: Romana Dyląga, Wojciecha
Karolaka i Magdy Bojanowskiej, która bardzo mi się podobała. Karolak
mieszkał na ulicy 18 Stycznia 23.
Dąbrowscy zaprzyjaźnili się niemal ze wszystkimi rodzinami w sąsiedztwie. Byli lubiani i podziwiani. Halina występowała na scenach
krakowskich teatrów, a Tadeusz, chociaż sporadycznie, także otrzymywał
role teatralne. Wcielał się najczęściej w jakieś postacie z bajek i zadziwiał publiczność swoim talentem aktorskim. Wymyślił też i wprowadził zwyczaj "wymiennych obiadów". Do jednej z rodzin przychodziły
w niedzielę na obiad dwie lub trzy inne, zaprzyjaźnione rodziny. W następną niedzielę obiad przygotowywała kolejna rodzina. W ten sposób
sąsiedzi utrzymywali ze sobą stały kontakt.
Jedną z rodzin, u której bywaliśmy na obiadach, byli państwo Korneccy.
Ich mieszkanie znajdowało się blisko parku Jordana. Było pięknie
urządzone w eleganckim krakowskim stylu. Mieli oni córkę oraz syna. Z Andrzejem do dziś utrzymuję kontakt. Mieszka teraz na Florydzie.
Szczerze mówiąc, nie przepadałem za takimi spotkaniami. Musiałem wtedy
zakładać wizytowe ubranie, a najgorsze było to, że po prostu
niemiłosiernie się nudziłem.
Dom w Krynicy Zdroju
Ojciec Andrzeja zaraz po przyjeździe do Krakowa złożył w urzędzie
dokumenty potwierdzające, że rodzina Dąbrowskich pozostawiła w Wilnie
nieruchomości. Jego prośba o odszkodowanie została załatwiona
pozytywnie, jednak odszkodowanie okazało się raczej symboliczne w porównaniu z wartością pozostawionego w Wilnie mienia. W ramach
rekompensaty przydzielono im piętrowy dom na przedmieściach Krynicy
Zdroju, skąd zaraz po wojnie przymusowo wysiedlono Łemków. W urzędzie
nie poinformowano Dąbrowskich, że w przydzielonym im domu na parterze
mieszka liczna, obca dla nich rodzina. Dąbrowscy nie mieli dla nich
mieszkania zastępczego. Pogodzili się z tym, że ta rodzina nie
wyprowadzi się z ich domu. Zajęli więc dla siebie wolne pomieszczenia na
piętrze i do domu w Krynicy Zdroju jeździli wyłącznie na wakacje.
Przez wiele lat - może siedem, osiem - wyjeżdżaliśmy na wakacje i na
zimowe ferie tylko do Krynicy. Jeździliśmy zawsze w to samo miejsce.
Wakacje we własnym domu były dla moich rodziców dobrym rozwiązaniem, bo
nie musieli płacić za wynajmowanie kwatery prywatnej. Ja także nie
narzekałem. W Krynicy nie miałem czasu, żeby się nudzić.
Krynica leży w dolinie potoku Kryniczanka i jego dopływów, jest otoczona
z trzech stron zalesionymi wzgórzami. W bukowych, jodłowych i świerkowych lasach rośnie dużo borówek, czarnych jagód, poziomek, malin,
a także grzybów.
Moja mama uwielbiała las. Lubiła zbierać jagody, a nade wszystko grzyby.
Często bywało, że budziła mnie o trzeciej w nocy, żebym poszedł z nią do
lasu. Bardzo tego nie lubiłem, bo chyba żadne dziecko nie lubi wstawać
tak wcześnie. Ale jak już byłem w lesie, to było fajnie. Zbieraliśmy
grzyby, najczęściej borowiki. Wtedy było ich bardzo dużo. Zbieraliśmy
też jagody, maliny, poziomki. Wszystkie piękne i duże. Po kilku latach
znałem już wszystkie lasy w promieniu ośmiu kilometrów od naszego domu.
Miałem własne sekretne miejsca, gdzie zawsze znajdowałem kolonie
grzybów. W niektórych zagajnikach pokrytych mchem trudno było się
domyślić, że tam mogą jakieś być. Ja jednak wiedziałem, że w mchu kryją
się maleńkie prawdziwki, doskonałe do marynowania. Naciskałem mech i wydobywałem je do koszyka.
Zbieraliśmy tak dużo grzybów i jagód, że przetwory, które mama robiła w Krynicy, wystarczały nam na całą zimę. Były to dziesiątki słoików z marynowanymi grzybami, kompoty, dżemy i konfitury z różnych gatunków
jagód, a także grzyby suszone.
Wyjeżdżaliśmy do Krynicy na całe lato. Po swoim urlopie tato wracał do
Krakowa, a do nas wpadał na soboty i niedziele. W domu w Krynicy zawsze
mieliśmy coś do zrobienia, do naprawienia. Najważniejszym jednak
zadaniem było przygotowanie zapasu drewna na opał, żeby wystarczyło na
zimowe ferie.
Tato nie pozwalał mi w Krynicy na zbyt wiele odpoczynku. Jednego razu
pokazał mi, jak ustawiać pniak i na jakie części rąbać drewno siekierą.
Od tego czasu przygotowywanie opału na zimę było moim stałym
obowiązkiem. Nie protestowałem, bo tato tłumaczył mi, że w ten sposób
mam okazję do wyrabiania sobie mięśni w rękach i ramionach. Rąbałem więc
drewno i nasłuchiwałem, czy nasz znajomy drogomistrz, opiekun dróg w całym powiecie, wyrusza motocyklem do pracy lub wraca nim do domu. Był
on posiadaczem maszyny marki NSU o pojemności 250 cm?. Słychać było, jak
pięknie pracował silnik czterotaktu. Bardzo mi się podobał warkotu tego
motoru.
Dom w Krynicy był obszerny. Parter domu zajmowali sublokatorzy, ale na
piętrze znajdowało się kilka pokoi i rodzice Andrzeja mogli tam
przyjmować gości. Zapraszali na wakacje koleżanki i kolegów swojego
syna, a także ich rodziców. Jeśli dla gości zabrakło miejsca, to Halina
i Tadeusz wynajmowali dla nich pokoje w okolicznych domach. Do Krynicy
przyjeżdżali także kuzyni Dąbrowskich - Ludmiła i Junek Paschmowie z synem Maćkiem, kolegą Andrzeja. W dużej kuchni gotowały wszystkie mamy,
każda była mistrzynią w innym daniu obiadowym i każda gotowała innego
dnia.
Do dziś pamiętam genialne pierogi z jagodami, które robiła ciocia
Ludmiła. Nigdy już nie jadłem lepszych.
Latem któregoś roku nad Krynicą przeszła ogromna burza. Spadł grad
wielkości piłek pingpongowych. Wybiegliśmy na zewnątrz i je zbieraliśmy.
Mama wrzuciła kule do maszynki, żeby zrobić lody. Rodzice przywieźli tę
maszynę z Wilna - była to mała drewniana beczułka, w której środku
wmontowano urządzenie do robienia lodów. Maszynkę kręciło się korbką. To
nudne zajęcie zawsze mi przypadało, ale nagroda była wspaniała - pyszne
lody.
Rodzina Dąbrowskich nie była w stanie odzyskać parteru w krynickim domu.
Ciągle mieszkała tam obca rodzina. Po ośmiu latach ojciec Andrzeja w końcu sprzedał ten dom. Dąbrowscy nadal jeździli do Krynicy na każde
wakacje, ale już do wynajętych lokali w jakimś gospodarstwie albo w leśniczówce koło restauracji Cichy Kącik. Nadal umawiali się w Krynicy
na wakacje z rodzicami kolegów Andrzeja.
Pewnego lata do wynajętego mieszkania w jednym z gospodarstw przyjechała
pani Zosia Karolakowa z moim kolegą Wojtkiem. Przyjechali do Krynicy na
cały miesiąc. To były niezapomniane wakacje. Wygłupialiśmy się obaj tak
strasznie, że aż niebezpiecznie. Jeździliśmy na rowerach gdzieś po
wertepach i po leśnych drogach. Popisywaliśmy się jazdą na jednym kole.
W nocy czekaliśmy na gości, którzy wychodzili z Cichego Kącika, zwykle
po mocno zakrapianej kolacji. Obaj z Wojtkiem owijaliśmy się w białe
prześcieradła, wybiegaliśmy na drogę i straszyliśmy wychodzących z lokalu. Staliśmy na drodze tylko chwilę, żeby nas zobaczyli, a potem się
chowaliśmy. Udawaliśmy duchy. Nie wiedzieliśmy już, co wymyślić i co
zrobić, żeby jeden drugiego zadziwił. Po prostu rozsadzała nas energia.
17. Przed domem w Krynicy Zdroju
Wymyśliłem dla siebie kolejną zabawę, a właściwie sprawdzian, taki
rodzaj rywalizacji z samym sobą. Chodziło o pobicie rekordu jazdy na
rowerze z zamkniętymi oczami. Trenowałem przez kilka kolejnych dni.
Pokonywałem z zamkniętymi oczami coraz dłuższe odcinki. Aż wreszcie
wyznaczyłem sobie trasę i dzień zawodów ze sobą. Miał to być zjazd z góry asfaltową drogą prowadzącą do Krynicy.
Ruszyłem. Oczy miałem zamknięte. Jadę w dół i głośno liczę: jeden, dwa,
trzy... Gdy doliczyłem do czternastu, zacząłem czuć na kierownicy jakieś
nierówności. Otworzyłem oczy i tuż przed sobą dostrzegłem stojący nad
rowem podwójny słup drogowy. Nie miałem czasu na żaden manewr. W dużym
pędzie rąbnąłem w słup. Najpierw była ciemność. Potem ujrzałem wszystkie
gwiazdy. Przez długą chwilę leżałem w rowie. Kiedy oprzytomniałem,
zobaczyłem pochyloną nade mną kobietę. W rękach trzymała bańki na mleko.
Patrzyła na mnie i głośno się modliła. W ustach czułem smak krwi. Po
chwili usiadłem. Rower leżał kilka metrów dalej. Miał przekręconą
kierownicę, uszkodzone koło. To chyba cud, że ten wypadek nie skończył
się dla mnie tragicznie. Po raz drugi w swoim życiu mogłem, z własnej
głupoty, stracić zdrowie, a nawet życie.
"Mistrz świata" w boksie
W szkole podstawowej nie miałem żadnych marzeń o jakimś wielkim wyczynie
ani epokowym odkryciu. Któregoś dnia zobaczyłem, jak trenują bokserzy. I od tego momentu widziałem już jasno swoją przyszłość: chciałem zostać
mistrzem świata w boksie. Chciałem więc ćwiczyć. Zamęczałem rodziców
prośbami o zgodę na treningi. Ojciec był moim stronnikiem w tej sprawie,
przekonał mamę, żeby wyraziła zgodę, i zapisał mnie do sekcji juniorów w bokserskim klubie OWKS w Krakowie. Przez kilka miesięcy regularnie
uczęszczałem do klubu i waliłem pięściami w worki treningowe.
Wreszcie zacząłem swoją bokserską karierę. Widziałem już w mojej
wyobraźni wiwatujące tłumy, gdy sędzia ogłasza moje zwycięstwa. Po paru
miesiącach młócenia w worek mogłem wreszcie powalczyć w bezpośrednim
starciu z kolegą.
Trener decydował o tym, czy młody chłopiec jest już przygotowany, żeby
przejść do etapu sparingu. Wyznaczał dla niego przeciwnika. Zazwyczaj
wokół walczących zbierali się wszyscy chłopcy, którzy trenowali z nim na
sali. Sparingowi przyglądali się także starsi bokserzy. Tak było i tym
razem. Andrzej miał walczyć ze swoim kolegą z grupy.
Miałem wtedy trzynaście lat, a w tym wieku ambicje są znacznie
silniejsze niż u osób dorosłych i chłopcy zawsze chcą popisać się przed
kolegami i trenerem. To była moja pierwsza walka w ringu i tak zwany
pierwszy krok bokserski. Chciałem, żeby potyczka była zacięta. Tymczasem
moje pięści w bokserskich rękawicach młóciły głównie powietrze, choć
czasem docierały także do głowy przeciwnika. Ale w pewnym momencie to
jego prawy prosty dotarł do mojej szczęki. Usiadłem na ringu. Z nosa
polała się krew. Nie był to nokaut. Po prostu siedziałem na tyłku na
środku ringu, a koledzy ryczeli ze śmiechu. Trener przerwał sparing. Po
tej walce zdecydowałem, że kończę karierę bokserską. Przyszedłem do domu
i powiedziałem, że już więcej na trening nie pójdę. Mama śmiała się ze
mnie, że po pierwszym mocnym ciosie odleciała mi miłość do boksu. Nie
miała racji. Treningi faktycznie skończyłem, ale zainteresowanie boksem
pozostało. Lubię ten sport, ciągle fascynują mnie walki na ringu. Dziś
oglądam niemal wszystkie w telewizyjnych transmisjach, nawet o trzeciej
nad ranem. W Krakowie często chodziłem z rodzicami na ligowe mecze. I to
mama wtedy najgłośniej z nas krzyczała do zawodników: "bij go!". To były
piękne walki bokserskie Jerzego Kuleja, Leszka Drogosza, Tadeusza
Walaska czy Janusza Gortata. To były czasy, w których technika, uniki
górowały nad siłą.
Mama czasami zarzucała mi, że zbyt łatwo rezygnuję, gdy coś mi się nie
udaje. Twierdziła, że po pierwszej porażce zniechęcam się do dalszych
działań. Może miała trochę racji. Przeciwności faktycznie powodują moje
zniechęcenie, co nie oznacza, że jeśli mi na czymś lub na kimś naprawdę
zależy, to nie potrafię długo i zawzięcie walczyć, aż wygram.
Najmłodszy myśliwy w Polsce
W dniu jedenastych urodzin Andrzej dostał dubeltówkę, tak zwaną
dwudziestkę. Jego ojciec został myśliwym w bardzo młodym wieku.
Myślistwo było rodzinną tradycją. Pradziadek Andrzeja był myśliwym,
także dziadek i ojciec. Wszyscy mężczyźni w rodzinie Dąbrowskich byli w różny sposób z racji swoich zamiłowań i zawodów związani z lasem.
Tadeusz więc chciał, by i jego syn zainteresował się myślistwem i tak
jak on pokochał las.
Znajomi myśliwi, którzy pracowali z ojcem Andrzeja w Krakowskiej
Dyrekcji Lasów, w każdym tygodniu organizowali wyjazdy na tereny koła
łowieckiego, oddalone jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów od Krakowa.
Jeździli zakładowym samochodem ciężarowym. Tadeusz zaczął zabierać na te
polowania także syna.
18. Mój pierwszy szarak
Wyjeżdżałem razem z ojcem około trzeciej w nocy. Było mi zawsze zimno.
Docieraliśmy na łąkę albo do lasu przed siódmą rano. Zaraz o ósmej
rozpoczynało się polowanie. Spotykałem tam wielu myśliwych. Byli to
przeważnie starsi ludzie, a może tylko mnie się wtedy wydawało, że oni
są starzy. Ruszaliśmy w las. Byłem bardzo podekscytowany polowaniem,
całą jego atmosferą. Chciałem koniecznie coś upolować, popisać się!
Mierzyłem więc swoją dubeltówką do paru zajęcy, aż wreszcie nacisnąłem
spust. Trafiłem! To był mój pierwszy ustrzelony szarak. Byłem
niesamowicie podniecony swoim sukcesem. Potem myśliwi zebrali się przy
ognisku. Ojciec pilnował, żeby odbyły się wszystkie tradycyjne ceremonie
z okazji ustrzelenia mojej pierwszej zwierzyny. W ten sposób w wieku
jedenastu lat zostałem najmłodszym myśliwym w Polsce. Fakt ten został
odnotowany w "Łowcu Polskim", a kiedyś nawet zamieszczono moje zdjęcie
ze strzelbą jako najmłodszego myśliwego w Polsce.
Jesienią polowaliśmy na kuropatwy. Lubiłem jeździć z ojcem, a okazji do
polowań nie brakowało.
19. Piłujemy z Guciem Dylągiem w Krynicy Zdroju... ...wiele, wiele lat
później
Po przeniesieniu się do Warszawy zapisałem się do koła łowieckiego.
Uczestniczyłem wtedy w kilkunastu polowaniach. Moje możliwości wyjazdów
do lasu skończyły się jednak szybko. Była praca, koncerty, tygodniowe
trasy. Opuszczałem organizowane przez koło łowieckie zimowe dokarmiania
zwierzyny i tak zwane odłowy. Przez jakiś czas płaciłem kary, a potem
wypisałem się z organizacji. Przeszła mi chęć wyjazdów na polowania.
IV
IV. Liceum i siła perkusji | W rytmie jazzu | Zmory sąsiadów z ulicy św. Teresy | Szalone pomysły Andrzeja
Liceum i siła perkusji
W rytmie jazzu
Zmory sąsiadów z ulicy św. Teresy
Szalone pomysły Andrzeja
Liceum i siła perkusji
Rodzice Andrzeja zastanawiali się, w którym kierunku kształcić syna.
Skończył właśnie szkołę podstawową i musieli zdecydować, co dalej. Mieli
poważny dylemat, bo ich synowi było wszystko jedno, co będzie robił.
Najpierw myśleli o edukacji w znanym w Krakowie II Liceum
Ogólnokształcącym im. Jana III Sobieskiego. Andrzej oblał jednak egzamin
wstępny z matematyki. Został wpisany na listę rezerwową, ale ta nie
dawała gwarancji, że zostanie przyjęty do wybranej szkoły.
W tym samym czasie w miejscowych gazetach ukazało się ogłoszenie, że w Krakowie powstaje Państwowe Liceum Muzyczne, które rozpoczyna nabór
uczniów. Szkoła poszukiwała i zapraszała na egzaminy wstępne młodych
ludzi, którzy już grali na instrumentach. Dąbrowscy postanowili
wykorzystać tę okazję. To było idealne rozwiązanie, bo Andrzej uczył się
gry na fortepianie. Istniała więc szansa, że zda egzamin i zostanie
przyjęty.
Wcześniej, gdy mieszkaliśmy jeszcze w Szczawnicy, chodziłem na prywatne
lekcje gry na fortepianie do pani profesor Aleksandry Hucherowej, która
przyjaźniła się z moimi rodzicami. Mama widziała we mnie wybitnego
pianistę, artystę na miarę Ignacego Paderewskiego. Może i miałem jakieś
zdolności, ale nie miałem serca do fortepianu ani silnej woli, by
ćwiczyć. Miałem jednak jakieś pojęcie o muzyce i - jak to się dziś mawia
- umiałem coś tam, coś tam... Zgłosiłem się do liceum muzycznego na
egzamin. Zagrałem na fortepianie, potem były jakieś pytania, których nie
pamiętam, a następnie sprawdzian z poczucia rytmu. Należało wystukiwać
to samo, co proponował egzaminujący profesor, czyli pewne trudne do
powtórzenia rytmy. Podobno zrobiłem to bardzo dobrze i zostałem przyjęty
do klasy fortepianu.
Rodzice Andrzeja odetchnęli z ulgą. Jego mama była szczęśliwa, że syn
rozpoczął naukę w kierunku artystycznym. Tymczasem po kilku spokojnych
dniach, jakie upłynęły po rozpoczęciu roku szkolnego, zostali nagle
wezwani do szkoły. Chciał się z nimi spotkać profesor, który egzaminował
ich syna z poczucia rytmu. Nie wiedzieli, czego się spodziewać. Sądzili,
że Andrzej ma jakieś kłopoty w szkole. Na szczęście profesor klasy
perkusji, znakomity muzyk Filharmonii Krakowskiej - Józef Stojko szybko
rozwiał ich obawy. Stwierdził, że ich syn ma wyjątkowe poczucie rytmu,
toteż chciałby przyjąć go do swojej klasy, czyli do klasy perkusji, i zapytał, czy wyrażają na to zgodę. Fortepian byłby wtedy dla Andrzeja
dodatkowym instrumentem. W domu odbyła się narada. Decydujący głos miał
Andrzej, który chętnie zgodził się na przeniesienie do klasy perkusji.
Ucieszyłem się, bo nie pasowały mi ćwiczenia na fortepianie. Niestety -
i tak musiałem nadal grać na tym instrumencie. Pani profesor od
fortepianu, Maria Ogilbianka, nie była zadowolona, że przeniosłem się do
innej klasy. Zachwycała się bowiem moją ręką i mówiła, że mam
pianistyczną dłoń, a więc powinienem grać na fortepianie. W domu było
pianino, ale gra mi zupełnie nie szła. Po prostu nienawidziłem ćwiczeń.
Miałem zadawane sonatiny, sonaty i różne inne ćwiczenia. Ale nie
przygotowywałem się przyzwoicie na kolejne lekcje. Wiedziałem, że nie
zagram dobrze - i czułem się głupio. Były na mnie skargi.
Perkusja natomiast spodobała mi się bardzo. Już jako chłopiec
wystukiwałem rytmy podczas słuchania radia. Na początku mojej nauki na
perkusji ojciec kupił mi jakiś wojskowy werbelek. Wtedy nie było dobrych
instrumentów. Ten, który mi kupił, był koszmarny, ale mogłem
przynajmniej na nim ćwiczyć. W domu kładłem go na łóżku i wystukiwałem
rytmy, które miałem zadane w szkole. Zaczęło mnie to fascynować i cieszyłem się bardzo, że perkusja została moim instrumentem głównym.
W końcu zrezygnowałem z fortepianu i przeniosłem się na akordeon i trąbkę. Na trąbkę chodziłem do profesora Ludwika Lutaka. Trwało to tylko
kilka miesięcy, ale i tak mogę w każdej chwili zagrać Wiśniowy sad
albo free jazz. Pamiętam, jak kiedyś w krakowskich Krzysztoforach
odbywał się po Zaduszkach nocny jam session. Byli tam także Tomek
Stańko, Andrzej Przybielski i inni muzycy. Cały czas grali free jazz i nie można było zagrać nic innego. Wreszcie miałem już tego dosyć, a nawiasem mówiąc, nigdy takiej muzyki nie lubiłem. Poprosiłem Stańkę,
żeby mi na chwilę pożyczył trąbkę. Chciałem muzykom zrobić dowcip i trochę ich zdenerwować. Wyszedłem na scenę i dołączyłem do zespołu.
Zacząłem grać, a właściwie wydobywać z trąbki dziwne dźwięki, które w tym momencie przyszły mi do głowy. Po prostu się wygłupiałem, robiąc
sobie żarty z free jazzu. Muzycy tego nie kupili, byłem więc w szoku,
kiedy nad ranem Przybielski powiedział: "Stary, całkiem dobrze grasz na
tej trąbce".
21. Dedykacja mojego profesora
Ale najważniejsza stała się dla mnie perkusja. Profesor Stojko zachęcał
mnie do grania, prawił mi komplementy, że mam rzekomo jakieś wyjątkowe
poczucie rytmu, a jednocześnie był bardzo wymagającym nauczycielem.
Byłem w klasie perkusji najpierw jedynym uczniem, potem dołączyło kilku
nowych chłopaków, a następnie dwie dziewczyny. Szkoła przygotowywała
nas, perkusistów, do grania w sposób klasyczny w orkiestrze
symfonicznej. Przeszedłem wszystkie etapy nauki gry na innych
instrumentach, w tym na ksylofonie czterorzędowym i wibrafonie. Na
ksylofonie miałem nawet kilka koncertów. Grywałem Czardasza Vittoria
Montiego, a Andrzej Kurylewicz akompaniował mi na fortepianie.
Państwowe Liceum Muzyczne mieściło się wówczas w budynku przy ulicy
Warszawskiej (obecnie cały ten teren należy do Politechniki
Krakowskiej). Zajmowało najwyższe piętro. W sąsiedztwie znajdował się
dworzec kolejowy.
22. Moja klasa. Stoją od lewej: Stanisław Węgrzyn, Ludwik Sowiński,
Stanisław Pajączkowski, Roman Dyląg, Ignacy Wyczyński, Andrzej Piela i Jan Byrczek, siedzą u dołu: Ryszard Ruschil, Jerzy Rieger i Andrzej
Dąbrowski
Niemal na każdej przerwie z okien naszej klasy oglądaliśmy, co się
działo na dworcu. Patrzyliśmy na przetaczanie wagonów, zachwycaliśmy się
lokomotywami parowymi i zdobyliśmy z kolegami dobre rozeznanie w różnych
ich rodzajach. Wiedzieliśmy nawet, co oznaczają na parowozach symbole:
OM2, TY47. To nas rzeczywiście fascynowało.
W drugim roku nauki Andrzeja liceum zostało przeniesione. Zajęło całe
czwarte piętro w budynku na rogu Basztowej i Krowoderskiej. W sąsiednim
budynku, o trzy kondygnacje niżej, znajdowała się aula Państwowej
Wyższej Szkoły Muzycznej (PWSM) i liceum. Po drugiej stronie ulicy
Krowoderskiej, także na czwartym piętrze, mieściło się liceum
plastyczne. W tym czasie uczęszczali do niego wyjątkowo zdolni
uczniowie, którzy później zostali znanymi artystami w Polsce, a niektórzy zdobyli też międzynarodową sławę, jak fotografik Ryszard
Horowitz. Budynki dzieliła wyjątkowo wąska ulica - uczniowie obu liceów
mogli ze sobą rozmawiać przez okna. Nawiązywali kontakty, zawierali
przyjaźnie.
Rodziły się nie tylko przyjaźnie. Był to czas naszego dorastania,
pierwszych fascynacji dziewczynami, najczęściej koleżankami ze szkoły.
Spróbuję opisać moje pierwsze podboje, które z perspektywy czasu
pokazują, jakimi właściwie byliśmy jeszcze naiwnymi chłopcami. W szkole
mówiono, że perkusiści mieli największe powodzenie u dziewcząt. Nie
mogłem narzekać, chociaż Wojtek Karolak miał więcej podbojów. Z naszego
liceum podobała mi się Ewa Demarczyk. Byłem u niej nawet ze dwa razy w domu, ale - jak to się wtedy mówiło - nie chodziłem z nią. Z mojej klasy
wyróżniłbym dwie dziewczyny: Kryśkę Andrejko i Basię Rzemyszkiewicz. W tej pierwszej najwyraźniej podkochiwał się profesor biologii, elegancki,
szczupły, wysoki pan z siwym wąsikiem. Często wywoływał ją do tablicy.
Zapewne po to, by chociaż przez chwilę znajdowała się bliżej niego.
Podobała mi się Magda Bojanowska, która była w klasie starszych
licealistów. Miała świetne nogi o długich udach. Widywałem ją na mszach
w kościele św. Krzyża, gdzie Magda przychodziła ze swoją mamą, a ja z rodzicami. Pewnej niedzieli po mszy rodzice poznali jej mamę, a nawet
później nawiązali bliższą znajomość. Rodzice poznali większość moich
sympatii z tamtych lat.
23. Z Magdą Bojanowską, jedną z moich licealnych sympatii
Elżbieta, moja kolejna sympatia, mieszkała ze swoją sympatyczną mamą na
ulicy Batorego. Spotkania z Elżbietą były bardzo miłe, ale w pewnym
momencie się wystraszyłem, bo nie chciałem się dalej angażować.
Na Karmelickiej mieszkała Zosia. Kiedyś, jadąc samochodem, zobaczyłem ją
na chodniku. Padał deszcz. Jechałem wolno. Stukając w szybę, wołałem:
"Zosiu, Zosiu..." - aż uderzyłem lekko w tył jakiegoś samochodu. Na
szczęście nic się nie stało.
Monika mieszkała na ulicy Mazowieckiej. W tym wypadku mogę powiedzieć,
że z Moniką rzeczywiście chodziłem. Jej ojciec był wędkarzem i starał
się nauczyć mnie łowienia ryb na wędkę. Zorganizował nawet wspólne
wakacje w Słupsku. To była zacna krakowska rodzina. Nasi rodzice
oczywiście się znali. Cóż, łososie w Słupi mogły spać spokojnie, bo
zamiast je łowić z ojcem Moniki, zajmowałem się jego córką. Rozstanie z nią nie było miłe. Wiem, że sprawiłem jej przykrość i zawód...
Kolejna moja sympatia, Majka, mieszkała z siostrą niedaleko - na ulicy
Krowoderskiej. Może to okropne wyznanie, ale kiedy poznawałem nową
sympatię, to zawsze pytałem, gdzie mieszka. Jeśli mieszkała bardzo
daleko, to na ogół rezygnowałem ze spotkań. Nie miałem ochoty na dalekie
wieczorne odprowadzania. Majką interesowali się też inni, przeważnie
starsi ode mnie chłopcy. Była atrakcyjna i miała piękny uśmiech. Po
kilku miesiącach niespodziewanie rzuciła mnie dla bardziej
doświadczonego faceta. Przeżywałem to mocno. Snułem się aleją
Słowackiego i płakałem.
Po tej uczuciowej klęsce zakochałem się w Ewie. Była śliczną dziewczyną
z blond warkoczem. Nie znałem jej. Widziałem ją tylko na ulicy, koło
liceum. Często tędy przechodziła, aż w końcu wyśledziłem, że chodzi na
tańce do Domu Kultury. Zacząłem wyczekiwać po drugiej stronie ulicy, aż
wyjdzie. Potem szedłem za nią. Chciałem zagadać, ale nie miałem odwagi.
Gdy ktoś mi się już bardzo podobał, całkowicie traciłem śmiałość. To mi
pozostało do dziś.
I tak toczyło się moje życie "seksualne", jakże odmienne od dzisiejszych
zwyczajów.
W rytmie jazzu
Do Państwowego Liceum Muzycznego uczęszczali w tamtych latach uczniowie,
których nazwiska usłyszał później każdy, kto choć trochę interesuje się
muzyką. Kolegami Andrzeja z tej samej klasy byli: Roman Dyląg, z czasem
jeden z najlepszych kontrabasistów w Europie, Jan Byrczek -
kontrabasista i założyciel Europejskiej Federacji Jazzowej, Andrzej
Piela - puzonista grający w wielu zespołach muzycznych, Ryszard Ruschil
- klarnecista i dyrygent. Wśród starszych kolegów był między innymi
Zygmunt Konieczny. O jeden zaś rocznik niżej uczył się Wojciech Karolak,
dziś mistrz gry na organach Hammonda, kompozytor i aranżer. W niższych
klasach byli także: Zbigniew Namysłowski - sławny saksofonista jazzowy,
Katarzyna Gärtner, Ewa Demarczyk oraz perkusista i również uczeń
profesora Stojki - Janusz Stefański.
Wszystkich nas interesował jazz. W naszej klasie było najwięcej jazzmanów. Na przerwach, tych dwudziestominutowych, przychodzili do nas
uczniowie z innych klas, koledzy, dziewczyny, a my urządzaliśmy dla nich
koncerty. Granie jazzu było dla nas najlepszą zabawą. Profesorowie nie
mieli do nas pretensji o to, że hałasujemy na przerwach, ani nawet o to,
że nasza muzyka jest bardzo głośna. Ja waliłem pałeczkami i wybijałem
rytm na stołkach, krzesłach, a na fortepianie zawsze grał Karolak.
Bardzo często wykonywał Błękitną rapsodię George'a Gershwina.
Dziewczyny patrzyły na niego z zachwytem. Wojtuś był codziennie pięknie
ubrany, zawsze miał na sobie jakieś amerykańskie ciuchy - kupował je na
tak zwanej krakowskiej tandecie. Uchodził za modnego i nowoczesnego
chłopaka. Dziewczyny najbardziej podkochiwały się jednak w pianiście
Adamie Harasiewiczu (absolwencie PWSM). Po prostu go uwielbiały, był
bardzo przystojny. Trudno opisać, co się działo, jaki był ścisk, gdy
przychodził do nas na wykład, żeby zagrać. Byli wśród nas również
uczniowie, którzy nie grali jazzu, bo woleli muzykę klasyczną. W naszym
liceum było wielu oboistów, klarnecistów. Dziewczęta grały głównie na
fortepianie, choć były też chyba dwie akordeonistki. Jedna z nich to
Teresa Galas. Moją koleżanką z klasy perkusji była natomiast Anna Batko.
Zdaje się, że nadal gra w Orkiestrze Symfonicznej Filharmonii
Podkarpackiej w Rzeszowie.
W artykułach i książkach od lat zauważa się, że tak wielu uczniów z tamtych lat z jednego liceum muzycznego i z jednego liceum plastycznego
w Krakowie wspięło się na szczyty kariery w swoich zawodach i stało się
niekwestionowanymi gwiazdami. Pojawiają się pytania i jednocześnie
rozważania, co sprawiło, że tak się stało.
Zastanawiałem się czasami, czy byliśmy wyjątkowo zdolną młodzieżą, czy
może kształcili nas wyjątkowi nauczyciele. Doszedłem do wniosku, że
musiały zadziałać oba te czynniki. Mieliśmy rzeczywiście wspaniałych
nauczycieli. Lubiliśmy ich, a przede wszystkim szanowaliśmy, bo oni nas
rozumieli i z każdego ucznia potrafili wydobyć to, co było w nim
najlepsze, to, co go najbardziej interesowało. Byli chyba świetnymi
pedagogami. Uważam, że zdolna młodzież była nie tylko w tych latach, w których my pobieraliśmy naukę. Teraz także w Polsce mamy jej bardzo dużo
i to nie tylko w świecie muzyki. Mam nadzieję, że trafiają na równie
dobrych nauczycieli, podobnych do tych, którzy nas uczyli.
W liceum muzycznym nauka - poza dodatkowymi lekcjami związanymi z muzyką
- niczym nie różniła się od programu kształcenia młodzieży w liceum
ogólnokształcącym. Były takie same przedmioty i na tym samym poziomie,
również uczniowie liceum muzycznego musieli zdawać matematykę na
egzaminie maturalnym.
Nie powiem, żeby chciało mi się uczyć. To mama przejmowała się moją
edukacją, nie ja. Musiałem się jednak kształcić, bo nie miałem wyboru.
Nie chciało mi się nawet ćwiczyć na instrumentach. Mama się denerwowała,
a tato ze stoickim spokojem mówił wtedy, że z nauki nie ma chleba, tylko
z mąki... Mimo że tak żartował, to wiedziałem, że muszę w szkole uzyskać
przynajmniej minimum dobrych ocen. Najbardziej nie lubiłem matematyki.
Piekielnie bałem się tego egzaminu na maturze. Przez trzy tygodnie przed
maturą razem z Romanem Dylągiem siedzieliśmy nad książkami. Moje myśli
często, niestety, wędrowały w bok - w stronę samochodów, jazzu albo
fotografii. Były to jednak dni straszliwego kucia, powtarzania materiału
szkolnego. Coś nam z tego w głowach zostało, mimo że podczas naszych
spotkań także się bawiliśmy. Na przykład siedząc na kanapie przy
książkach, rozpoznawaliśmy tylko po dźwięku silników, jakie samochody i jakich marek jadą akurat ulicą Łobzowską.
24. Z nauczycielką języka niemieckiego, zwaną przez nas "Ich-Mich-Euch".
Obok niej ja i Gucio Dyląg
Mogę się uczciwie przyznać, że jeśli chodzi o egzamin z matematyki, to
zdałem go dzięki pani profesor, mojej nauczycielce, która uczyła nas
tego przedmiotu. Podczas pisemnej matury przechodziła obok mojego
stolika i delikatnym głosem sugerowała, w którym kierunku powinienem
rozwiązywać zadania. Myślę, że mnie lubiła, a przede wszystkim
wiedziała, że nie zostanę matematycznym geniuszem.
W szkole byłem lubiany przez nauczycieli i przez kolegów. Może dlatego,
że często stroiłem różne żarty. Wszyscy rozrabialiśmy, głównie były to
zabawy związane z graniem muzyki, choć nie tylko. Nikt w tamtych
komunistycznych czasach nie chciał się uczyć języka rosyjskiego. Uczyła
nas niewysoka, nawet miła pani w średnim wieku - nazywaliśmy ją Ptica.
Przed jej wejściem do klasy specjalnie robiliśmy zamieszanie, i to
strasznie głośne. Pani od rosyjskiego otwierała drzwi do klasy i czekała
w nich, aż wszyscy zajmą swoje miejsca i nastanie cisza. A cała klasa,
udając, że nauczycielki nie widzi, rozrabiała dalej. Po kilku minutach
jej twarz robiła się czerwona. Za chwilę zaczynała płakać i w takim
rozpaczliwym stanie biegła do dyrektora na skargę. My natychmiast
wracaliśmy na swoje miejsca, by w ciszy i spokoju czekać na ponowne
wejście Pticy. Ta oczywiście wracała, czasem z dyrektorem, ale nie miała
żadnego argumentu ani dowodu na nasze okropne zachowanie. Skargi na
naszą klasę nie ustawały. Doszło do tego, że komitet rodzicielski
postanowił delegować jednego z rodziców, by naocznie sprawdził, jaka
jest prawda. W końcu trafiło na mojego tatę. Przesiedział na lekcji
schowany za długim wieszakiem, a kiedy lekcja się skończyła, ukłonił się
wychodzącej Pticy. Walnął przy tym niestety mocno głową o wieszak i spontanicznie mruknął pod nosem, że uprzejmość nie popłaca...
W liceum muzycznym graliśmy jazz chyba raczej dla przekory. Wtedy była
to muzyka źle widziana, można powiedzieć - wyklęta. A wiadomo, że
młodzież jest przekorna. Graliśmy więc jazz, gdzie tylko to było
możliwe. Tworzyliśmy paczkę jazzmanów w składzie: Wojtek Karolak, Roman
Dyląg, Jasiu Byrczek, Zbyszek Namysłowski, Kaśka Gärtner, Andrzej Piela,
Rysiek Ruschil oraz Krzeczek (nie pamiętam jego imienia), no i oczywiście ja. Na dużych przerwach w naszej klasie królował dixieland.
Graliśmy go na szkolnym fortepianie i innych szkolnych instrumentach,
gdy któryś akurat był wolny. Zaczynało się na przerwie - i nagle klasa
pełna była koleżanek i kolegów, a niektórzy stali nawet w korytarzu. To
była zabawa!
Początek nauki Andrzeja w krakowskim Państwowym Liceum Muzycznym
przypadł akurat na lata stalinizmu. Szkoły były wówczas miejscem, w którym różni polityczni aktywiści mieli zadanie "kształtowania umysłów
młodzieży w ideologicznie prawidłowym kierunku". W klasach wisiały
portrety Stalina, działały organizacje Związku Młodzieży Polskiej (ZMP).
Któregoś dnia przewodniczący szkolnego ZMP zauważył, że noszę na szyi
łańcuszek, a na nim medalik z Matką Boską. Zawsze go nosiłem na szyi.
Zetempowiec podszedł do mnie i kazał mi medalik zdjąć. Nie zrobiłem
tego. O całym zdarzeniu opowiedziałem tacie. Strasznie się wkurzył.
Następnego dnia przyszedł do mojej szkoły i zrobił karczemną awanturę
zetempowskiemu aktywiście. Omal go wtedy nie pobił. Ja oczywiście miałem
z tego powodu problemy.
W niezwykle trudnej sytuacji znaleźli się nauczyciele. Ci, którzy nie
zgadzali się z ówczesną linią ideologiczną i wyrażali to głośno,
najczęściej trafiali do więzienia. Niektórzy musieli pożegnać się z zawodem. A jeszcze inni ukrywali po prostu swoją niechęć do
stalinowskiej propagandy. Często chronili przy tym uczniów przed wpływem
młodzieżowych aktywistów.
W szkole działacze ZMP przeprowadzali z nami rozmowy, pytając, dlaczego
nie należymy do ich organizacji. Stawiali uczniów niemal pod ścianą,
wymuszając odpowiedź. Niektórzy uczniowie załamywali się, nie potrafiąc
się wymigać. Mnie się udało. Nigdy nie należałem do ZMP. Nic mi się nie
podobało w tej organizacji, a już zwłaszcza panujący w niej przymus albo
noszenie czerwonych krawatów. To nie było dla mnie. Ale atmosfera w szkole była z tego powodu nieprzyjemna. Cała nasz grupka szkolnych
jazzmanów nie należała do żadnej organizacji. Uciekaliśmy od tego.
Inna szkolna afera, która szczęśliwie mnie nie dotyczyła, zdarzyła się
tuż po niespodziewanej śmierci Stalina w marcu 1953 roku. Kolega z wyższej klasy, oboista Marian Jajko, zdjął ze ściany portret
generalissimusa. Został za to wyrzucony ze szkoły.
Zmory sąsiadów z ulicy św. Teresy
Z nauką w liceum muzycznym wiązała się konieczność ciągłych ćwiczeń na
instrumentach - nie tylko w szkole, ale i w domu. Trzypiętrowa
kamienica, w której mieszkałem z rodzicami, miała drewniane stropy,
wsparte na drewnianych belkach. Głośne granie na perkusji mogło
doprowadzać sąsiadów do obłędu.
Podłogi na środku pokoju naszego mieszkania były lekko wklęsłe. Gdy
puściłem kulkę z rogu pokoju, ta staczała się na jego środek. Przy
podskokach trzęsły się wszystkie meble. Dźwięk niósł się daleko, po
całej kamienicy, a perkusja, jak wiadomo, nie jest cichutkim
instrumentem. Na moje ćwiczenia najbardziej narzekali państwo
Kurczabowie.
Sąsiedzi z ulicy św. Teresy mieli rzeczywiście ze mną ciężki żywot. Ale
nie tylko ze mną. Na pierwszym bowiem piętrze lokal zajmowała znana
solistka operowa i profesor PWSM - Aniela Szlemińska, która prowadziła w swoim mieszkaniu szkołę wokalistyki. Śpiew przyszłych - nieustannie
ćwiczących - solistek operowych docierał do wszystkich mieszkań.
Aaaaaaaaa, ooooooooo, potem znowu pół tonu wyżej eeeeeeeee... - i tak
przez całą oktawę. Wyobrażam sobie jednak, jak wkurzające było słuchanie
także moich ćwiczeń na werbelku... No, może nie tak głośne, jak strzały w piwnicy. Otóż nasz dozorca, który prawdopodobnie był także milicjantem,
urządził sobie w piwnicy strzelnicę. Strzelał, co prawda, tylko od czasu
do czasu, niemniej drzwi były podziurawione. Ale oczywiście nikt nie
odważył się zwrócić mu uwagi.
Szalone pomysły Andrzeja
Duża przerwa między lekcjami oznaczała dla nauczycieli dwadzieścia minut
na odpoczynek. Zimą zwykle nikt z nich nie wychodził na zewnątrz szkoły.
W swoim pokoju rozmawiali, jedli kanapki, przygotowywali się do kolejnej
lekcji. Pewnego dnia, gdy dzwonek oznajmił koniec przerwy, jeden z profesorów chciał szybko udać się do klasy, ale okazało się, że drzwi
pokoju nauczycielskiego są zamknięte. Nauczyciele przypuszczali, że
zaciął się zamek. Stukali z nadzieją, że uczniowie je otworzą i ich
wypuszczą, co jednak nie następowało...
To ja zamknąłem w pokoju nauczycielskim wszystkich profesorów. Klucz,
który zauważyłem pozostawiony w zamku od strony korytarza, wyrzuciłem za
okno. Zrobiło się zamieszanie i wybuchła straszna afera. Profesorowie
stukali, walili w drzwi pięściami. Przez godzinę nie było lekcji, a potem przyszedł fachowiec, uwolnił profesorskie grono i zaczęło się
śledztwo. Kto to zrobił? Nauczyciele mówili, że wiedzą kto i jeśli ten
ktoś się przyzna, to będą dla niego łagodni. Nie znaleźli jednak
winnego. Dlaczego ich zamknąłem? Dla zgrywu. Przecież to fajny dowcip.
Po co mieć lekcje, jeśli można ich nie mieć? - tak wtedy myślałem i była
to dla mnie fajna zabawa. Dziś trudno mi uwierzyć, że robiłem takie
głupstwa. A żeby tylko takie...
Na korytarzu szkolnym stał piecyk, tak zwana koza. Nie ogrzewał
pomieszczenia, bo nie miał nawet podłączonej rury do komina. Mimo to
nauczyciele nie zadbali o to, żeby usunąć sprzęt z korytarza. Uczniowie
wykorzystywali go jako kosz na śmieci, wrzucając do niego papierki od
cukierków i otłuszczone opakowania z kanapek. Zawsze korciło mnie, żeby
te śmieci podpalić. No i pewnego dnia, na koniec przerwy podpaliłem
jakiś papierek w piecyku. Po czym wszedłem do klasy jako ostatni.
Zaczęła się lekcja. Mijał czas, ale nic się nie działo. Po dziesięciu, a może piętnastu minutach zacząłem się martwić, że dowcip mi się nie udał.
Już byłem pewny, że ogień zgasł, że nie zajęły się nim śmiecie w kozie.
A to oznaczało, że zabawy ani afery nie będzie. W pewnym momencie
jednak, chyba po dwudziestu minutach, ktoś na korytarzu zaczął głośno
krzyczeć: "pali się!". Ktoś inny nagle otworzył drzwi do klasy i z korytarza buchnął gęsty dym.
Okna w klasie mieliśmy otwarte, ale z powodu dymu nic nie było widać,
nawet z odległości jednego metra. Dym i smród był koszmarny. Biegaliśmy
w różnych kierunkach. Początkowo nikt nie wiedział, skąd dym się
wydostaje. Kiedy nauczyciele się zorientowali, że z piecyka, zaczęli
organizować akcję gaszenia pożaru.
Wojtek Karolak przybiegł z wiadrem wody. Udawał, że nie wie, gdzie leje
- i chlusnął wodą na matematyka. Miał z nim swoje rozrachunki.
Skorzystał z tego, że zrobiło się takie zamieszanie, iż mógł się z tego
łatwo wytłumaczyć: chciał wodę wylać na piecyk, a że się stało trochę
inaczej... Nikt nie mógł Wojtusiowi zarzucić, że zrobił to specjalnie.
Afera była straszna. Przyjechała nawet straż pożarna. Ale nikt się nie
domyślił, że to ja byłem sprawcą pożaru. Przecież gdy wreszcie zaczęło
się palić, ja siedziałem już od dwudziestu minut na lekcji. A wcześniej
nikomu nie powiedziałem, co mam zamiar zrobić. Zdawałem sobie sprawę, że
jeśli przeprowadzę to sprytnie i sam, to nikt się nie zorientuje, kto
jest sprawcą. Tak też się stało...
Nauczyciele nie odkryli winowajcy. Poza zamieszaniem i odwołaniem
wszystkich lekcji szkody były niewielkie. Usunięto piecyk, a korytarz
posprzątano.
Czytając różne pamiętniki z tamtych lat, można odnieść wrażenie, że
ówczesna młodzież wprost szalała. W klasach rzucano z tylnych ławek
śliwkami, pomidorami, a nawet jajkami w uczniów, którzy siedzieli z przodu. Zdarzało się, że te pociski trafiały w tablicę. Profesorowie
karcili uczniów, straszyli wyrzuceniem ze szkoły, ale w pokoju
nauczycielskim uzgadniali, że jeszcze raz przymkną oko na wybryki.
W większości była to kadra nauczycielska, która kształciła się przed
wojną - pedagodzy świadomi, czym grozi "stalinowski porządek" w Polsce.
Wiedzieli, że wyrzucenie zdolnego ucznia ze szkoły może skutkować
złamaniem mu kariery, zaważyć na jego całym życiu. Rozumieli, że zwykle
w wieku dojrzewania energia pobudza młodzież do najprzeróżniejszych
działań, często do nieprzemyślanych żartów, aranżowania dowcipów...
Kiedyś Ryszard Ruschil przyniósł do klasy śmierdzące jajko. Chciał nim
rzucić we mnie. Ja się uchyliłem i jajko rozbiło się na drzwiach. Znowu
zrobiła się afera, było śledztwo, ale nikt nic nie powiedział.
W tamtym czasie na ławkach stały kałamarze. Pewnego dnia podczas zabawy
ktoś przez otwarte okno wyrzucił kałamarz z atramentem na ulicę
Basztową. Pech chciał, że przechodziła akurat żona dygnitarza
partyjnego. Kałamarz rozbił się na chodniku tuż obok niej i ochlapał jej
płaszcz. I to już była afera polityczna. Oczywiście wszczęto śledztwo,
ale nikt się nie przyznał ani nikt z nas nie pisnął słowa, kto to
zrobił. Byliśmy solidarni w kryciu siebie nawzajem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki