Wrócił późno do domu.
Siadł przy biurku i bezmyślnie patrzał na olbrzymi bukiet
kwiatów, opleciony szeroką, czerwoną wstążką.
Na jednym końcu wstążki jakieś mistyczne imię kobiece.
Nic więcej.
I znowu doznał tego samego uczucia, które go długim miękkim
dreszczem rozkoszy przebiegło, gdu mu ten bukiet podano na estradę
po koncercie.
A przecież obrzucano go kwiatami, tyle wieńców posypało się
u jego nóg, i dziwna, że tylko ten jeden bukiet, ten jeden z tą
czerwoną wstążką i tem mistycznem imieniem, którego wtedy jeszcze
nie widział...
Co to było?
Jakby jakaś ciepła, drobna ręka chwyciła jego, nie - nie
chwyciła, - wtuliła, wcałowała się pieszczącymi palcami w jego
dłoń.
Może całowała te kwiaty, zanim mu je podano; może wpieściła
swą twarz w miękkie łoże kwiecia, zanim je w bukiet powiązała; może
przytuliła ten pyszny naręcz kwiatów do swego serca; może
wgrzebywała się nagiemi ramionami w całe posłanie z kwiatów...
I kwiecie przesiąkło jej oddechem, przesyciło się lubieżnem
ciepłem stęsknionego ciała; może jeszcze drży cichym, namiętnym
szeptem jej pragnień...
Bo kochała go, znała go dawno, drżała dnie całe, zanim się
odważyła dać mu te kwiaty... wiedział to, wiedział z pewnością...
Wiedział, że go kochała, bo takie kwiaty dają tylko
dziewice, które kochają.
Zamknął oczy i słuchał.
Widział ogromne róże, czarne, pąsowe, białe, chwiejące się
na wysokich prętach; słaniały się i gięły, upojone swoim własnym
przepychem.
Widział tuberozy, jak białe gwiazdy betleemskie na wiotkich
łodygach; widział olbrzymie drzewa białych i czerwonych azalij,
obsypane miękkim puchem kwiecia, strojne i pyszne, jak dziewicze
suknie balowe; widział orchideje z otwartemi usty, ziejące
obezwładniającym czarem i lilie z rozwartymi kielichami, pijące
dyamentową rosę i narcyzy i bijony i begonie - całe powodzie
różnobarwnego kwiecia, upajającej woni spłynęły do jego duszy.
Miękki zapach bzów majowych rozlał się cichą rozkoszą
dalekich fletni pastuszych w nocach wiosennych - cichemi rękami
obejmowały lilije jego serce; lubieżną rozkoszą wdychały się w
niego róże; świetlistym blaskiem okoliła go woń tuberozy -
rozkosznym jadem wssysał się w niego odurzający zapach kwiecia
akacyi, co się deszczem i błyskawicą burzy letniej przepoiły, a
wszystkie te zapachy miękkie i chłodne, jak oczy dziewcząt,
nieświadomych swej płci - gorące i lubieżne, jak ramiona rozpasanej
hetery - jadowite i krzyczące jak oczy zdeptanej żmii: to wszystko
zlewało się w niego, przenikało, syciło go; był odurzony,
obezwładniony; czuł, że ruszyćby się nie mógł, nie odróżniał już
wrażeń, nie widział barw, nie czuł zapachu, wszystko zlało się w
jedno.
Z duszy wykwitł mu daleki obszar ugorów, pusty, szeroki, jak
jęki rozkołysanych dzwonów w pomrokach Wielkiego Czwartku; gdzieś w
dali szklił się biały pasek jeziora, spowitego w senną ciszę upieką
południa; tylko tu i owdzie wystrzelała smukła łodyga dziewanny,
jakby nagle rozerwała upalną ziemię i zwycięską pięścią kwiecia
wytrysnęła w niebo - tylko tu i owdzie parę skarłowaciałych
jałowców, pokurczonych w dziwaczne kształty, jakby je struł jad
pogniłych trupów, co tu kiedyś krwawym pokosem legły - tylko tu i
owdzie po piaszczystych rowach promieniste, błękitne koszyczki
cykoryi, czekające z utęsknieniem chwili zachodu, kiedy kwiatki
stulić mogą i śnić tajemne czary cmentarnie pustych ugorów...
I znowu widział rozstajne drogi wśród torfisk i bagien.
Nadeszła upiorna godzina, pełna tajemnych strachów i lęku. Raz po
raz przebiegnie błędny ognik, chyżym jak myśl lotem; raz po raz
rozleje się ciche, tajemne światło na bagnistych stawach; raz po
raz zaskowyczy pies w pobliskiej wsi, a inny mu odpowiada
przeciągłym wyciem; to znów odezwie się ochrypły ryk rogu stróża -
i znowu cisza, cisza co się wkrąża, wgłębia w przepastne czeluście
i wszystko chłonie i moje dziś i moje jutro, przykuwa do ziemi,
wyodrębnia od całego świata i tak nieskończenie usamotnia.
I w coraz to nowych obrazach przesuwała się przed jego duszą
cała ziemia rodzinna: olbrzymia płachta, postrzępiona i pokrajana w
zielone szmaty jęczmienia, w rozkwiecone białe pola tatarki, złote
łany żyta, krwawe zagony ciężkich jak bicze kłosów pszenicznych -
cała ziemia, umajona, rozkwitła, rozpasana w szale rozrodczym, w
godowym przepychu uroczystej ciszy - cała ziemia aż hen pod górki,
pod parkan białego kościoła...
Lały się świętą łaską szerokie pasy dzwonów na pola; lał się
wokół promieniejącą strugą ogromny śpiew procesyi Bożego Ciała;
migotały wśród czarnych krzewów, okalających kościół, białe
sukienki dziewcząt, sypiących kwiatki przed nogi siwego kapłana;
czerniały sukmany, przewiązane czerwonymi pasami...
Drgnął. Aż wkulił się w siebie z tęsknoty.
I znowu w nieskończonych korowodach: pochód weselny -
szerokie łkanie skrzypiec z kory lipowej, ochrypłe dudnienie basów,
brząkających groszami, które pan młody sypnął do ich wnętrza - i
krzyk co miarowo rwał się ostrym i piskliwym promieniem w górę: Oj
nasza! To znowu wlecze się po roztopionych drogach na podzimku mały
orszak śpiewających ludzi. Parę dziewcząt niesie na paskach białą
trumienkę zmarłego chłopca - to znowu - o, o - bez końca, bez
miary, nieskończonym pasmem...
Zwolna ciemniało mu w oczach - tylko parę niejasnych,
oderwanych obrazów prześlizgło się leniwo przez jego mózg - dusza
się mroczyła, gasła, kołysała się w sen, aż naraz zerwała się w
potężnej pieśni.
I czar i odurzająca woń egzotycznych kwiatów i raje ziemi
rodzinnej, to wszystko zlało się w jego duszy w rycerskie pochody
spiżowych dźwięków, w stal okutych, aż ziemia się uginała pod ich
zwycięskim rozmachem, - dusza jego stopniała w łkających zawodach
matki, co ostatnie dziecko utraciła; rozzieleniła się rutowym
wiankiem w godowych piosenkach; szalała pijanymi podrygami w
przepełnionych karczmach - wystrzeliła dzikim krzykiem w górę, jak
samotna łodyga dziewanny na spiekłym ugorze - cała pieśń lała się w
dzikie łożyska, schła, nawracała znowu się rozlewała...
I chwyciła go jakaś potężna moc w swe ramiona. Szał burzy
okręcił go złowrogim skowytem, porwał go na czarne odmęty
spienionych potopów, wichrzył się w nim, wył, szarpał go, tylko w
przepastnej głębi jasny dźwięk, co nikł i pojawiał się, tonął i
wynurzał się z odmętów, jak odbicie bladej gwiazdy w rozhukanem
rozkipieniu ciemnych fal.
I długo walczył ten jasny promień z wodną rozwieją, burzą
targanych mórz, ale zwolna rozlewał się upiornie w cienkie paski,
skręcał się w wężowych rzutach, podwijał się pod siebie, to znowu
wyciągał się jak struna: - ponad chwiejącą się roztoczą rozpacznych
skowytów, cierpień odmętnych, krzyku i wycia przeskakiwały ciche
tęskne fale światła; coraz szersze, coraz silniejsze fale ukojenia
i cichej rezygnacyi ujęły burzę i szał w świetliste ramiona, tuliły
i kołysały w jakąś nieziemską tęsknotę, w jakieś omdlewające
upojenie...
Drgnął.
Wyłoniła się twarz dziewczęcia: jasny dźwięk, jasne odbicie
bladej gwiazdy w rozkipieniu ciemnych fal, - nie widział jej nigdy,
ale znał ją, znał...
Ocknął się, przetarł oczy - mózg mu się widocznie
rozmajaczył. Był przecież tak wyczerpany...
Zapalił papierosa - chodził po pokoju, ale nie mógł się
pozbyć wizyi tej drobnej twarzy wpół dziecka, wpół kobiety...
Tak, to ona! Ona darowała mu te kwiaty. Zastanowił się, skąd
to wiedział z taką pewnością.
Przecież mu je podawał na estradę służący...
I myślał, myślał...
- Więc była tam, siedziała w pierwszym rzędzie i wświeciła
ciemne gwiazdy swych oczu w moją duszę, odbiła je w odmętach mej
duszy. Wtedy, kiedy cały świat zanikł mi z przed oczu, kiedy
wszystko się zlało w jeden orkan burzy, co z pod mych palców
wypływał, potęga jej tęsknoty odbiła we mnie te oczy - jej oczy...
A ja sam dopełniłem jej twarz, bo tylko taka twarz płomieni tem
światłem, co się wokół tych oczu rozlewa...
A światło to ogarniało go całego, wsiąkło w krew jego,
poczęło okrążać żyły; przeszedł go dreszcz od góry do dołu; drżał w
nieznanem upojeniu.
- Bo przed chwilą odkupienia dzieją się dziwne znaki -
szeptał cicho do siebie - cała ziemia się we mnie rozbudziła; całe
życie prześlizgło się błyskawicą przez moją duszę; cała rozpacz i
rozkosz mego życia roztoczyła swe skrzydła przed mojemi oczami...
Stanął i patrzał długo na bukiet kwiatów i na czerwoną
wstążkę z tem tajemniczem imieniem...
Tak, - ona gibka i wiotka jak łodyga tuberozy, a oczy jej
czyste, jak te dwie białe gwiazdy na słaniającej się sennie
tuberozie.
Znowu zastanawiał się nad swoją wizyą...
To tajemna chwila, kiedy słońce się budzi - pomyślał...
Patrzał długo przez okno na śnieżne pola pozamieścia - w
pierwszym brzasku błękitniał śnieg; rozlewający się pasek jasnych
tonów wił się w wężowych liniach na krańcach nieba...
Odtąd już nie mógł się pozbyć wizyi tej drobnej twarzy z
ciemnemi gwiazdami, co swem światłem krążyły w jego żyłach - przed
oczyma miał ustawicznie jej gibką postać wpół dziecka, wpół
kobiety, wkształt smukłej tuberozy z dwoma białymi kwiatami...
Całemi godzinami myślał i marzył.
I wciąż i ustawicznie te same zjawy przesuwały się przed
jego oczyma. W głębi jego duszy splotły się nierozerwalnie widzenia
ziemi jego, korowody tonów i pieśni, zapachy kwiatów, ciemna burza
i odbicie bladych gwiazd w rozkipieniu fal morskich.
Nie rozumiał całego związku - zdawało mu się czasem, że ona
- to jego ziemia w całej swej wiosennej tęsknocie - kwiaty, które
mu dała, to strój, wiecznie odmienny, a wiecznie ten sam kształt
jej duszy - oczy jej, to...
Przerywał natłok myśli, chwytał kwiaty, zasypywał się nimi,
tarzał się w nich, odurzał się i marzył i śnił o niej...
Już ją miał w swoich ramionach, podrzucał w namiętnym
uścisku na swe piersi i całował - całował...
A naraz zrywał się w gwałtownem postanowieniu: musiał ją
odszukać - musiał!
Byle tylko pochwycić jeden promień jej oczu - byle tylko
jeden przebłysk, jedno okamgnienie jej spojrzenia, a pozna ją -
niezawodnie pozna ją...
I błądził całymi dniami po ulicach miasta, całemi godzinami
siadywał w alejach, co miasto opasywały - tysiące ludzi przesuwało
się przed jego oczyma, w każdej twarzy dziewczęcej dopatrywał się
jej, każde spojrzenie zdawało się wświecać w jego żyły tę samą
rozkosz, jaką jej oczy mu serce aż do dna przepaliły - ale wciąż to
samo rozczarowanie: to nie ona!
A jednak czasami słyszał w wieczornym zmroku tuż po za sobą
odgłos kroków, gdyby łopot niespokojnych skrzydeł, co lada chwilę
do lotu zerwać się miały - czasami widział błyskawiczny przebłysk
jakichś ciemnych oczu, co z nieznanych dali, czy też pobliży w
duszę mu się wgryzały - raz uczuł jej miękką, pieszczącą dłoń w
swojej, gdy stanął w ciemnym kącie kościoła i chłonął smutną zadumę
wieczornych modeł, ale gdy się odwrócił, gdy oczyma wżerał się w
mrok, by go w świetliste szmaty rostrzępić, widzenie pierzchało;
pozostał tylko cichy przebłysk oczu, ciepły oddech ręki, a wzdłuż
nerwów spłynął kształt wiotkiej, gibkiej tuberozy z dwiema białemi
gwiazdami.
Śnił, był królem...
O bolesna rozkoszy bezsennych nocy, kiedy leżał na tarasie
swego pałacu i patrzał na gwiazdami obsiane niebo.
Wokół pięły się podzwrotnikowe bluszcze; z ciemnych krzewów
wyrastały złote kiście czarownego kwiecia; pięły się kwiaty, jakich
jeszcze oko ludzkie nie widziało: kwiaty z olbrzymimi kielichami,
gdyby dzwonki mosiężne, kwiaty z liściem, połyskującym barwą
roztopionej miedzi, kwiaty wkształt łona rozkwitających dziewic,
kwiaty, które, zda się, żywemi oczyma patrzały, oczyma śnieżnych
mew i albatrosów... to znowu łodygi, jak lilije z zamarłych serc
wyrastające, to znowu płomienne języki wykwitłe z bulw, co
wyglądały jak potworne czaszki ludzkie - cale nieprzerwalne gąszcze
najdziwaczniejszych kwiatów. Wokół, jak daleko oko sięgało,
olbrzymie ciemne lasy, porosłe paprociami, storczykami, ananasami -
a wszystkie te latorośla pięły się po palmach, kokosach, drzewach
chlebowych, wiły się wokół nich, splatały i wiązały drzewa,
przechodziły z gałęzi jednego pnącza na drugi, a z tarasu
królewskiego pałacu wyglądał las owity powojami i lianami, gdyby
jedno olbrzymie, potwornie splecione wężowisko.
I w gwiazdami olśnionej, błękitnej nocy, w całym tym odmęcie
zapachów, kształtów, barw, śnił on - król - o niej jedynej - tarzał
się w gorączce tęsknoty i pragnień, wił się po miękkich kobiercach,
wgryzał się palcami w ziemię, odurzał się jadowitą wonią
najpotworniejszych kwiatów, krzyczał za nią - napróżno...
Aż wreszcie:
Kazał zwołać najpiękniejsze dziewice swego kraju, ustawić w
bezmiernej sali w dwa rzędy, - ciągnące się od stóp tronu, aż w
głąb pałacowych ogrodów.
I ubrany w bisior i purpurę siedział długo na swym tronie,
wpił się twarzą w obie dłonie, patrzał w długie szeregi, drżących
oczekiwaniem i przeczuciem dziewic, z których każda z rozkoszą
stałaby się jego niewolnicą - patrzał i myślał...
Która?
Jakżeż ją odszuka w tym czarownym lesie jasnych, czarnych,
czerwonych główek?
A serce jego wyczuje ten jeden promień tych jednych oczu
wśród tych drżących, nieśmiałych, wstydliwych, to znowu palących i
wyzywających spojrzeń, co w jego oczy spłyną?
Która?
Ta, której oczy płomienią gdyby grono wilczo-jagody, co na
dzikich porębach wyrosła?
Ta, z której łagodnych oczu raz po raz wytryśnie krwiożerczy
płomień ułaskawionego tygrysa?
Ta, po której czole przeleci błyskawica, co z serca wyrasta
i cichym smutkiem na twarzy się rozlewa?
Ta, której ręce opadły, gdyby zwiędłe lilije, czy ta, co
jagody swych piersi w kuszące dłonie ujęła, czy ta z kształtami
lśniącego węża, czy ta, co z promieni gwiazd, zda się, wykwitła?
Silniej jeszcze wpił twarz w swe rozpalone dłonin, bo czuł,
że jej nie odnajdzie - szereg spływających się ze sobą kształtów,
twarzy, oczu, zamącił duszę królewską...
Zstąpił zwolna z tronu - a szereg dziewic słaniał się jak
świeży las białych brzózek, gdy wiatr przez niego przewieje.
Gdyby pszeniczne kłosy w parne południe, gdy się nagle
zerwie gorący powiew, skłoniły się główki: cała sala zdawała się
dyszyć zapartym oddechem.
I trzy razy przeszedł szereg najpiękniejszych dziewic swego
kraju, wolno, coraz wolniej, aż wreszcie siadł na tronie, skinął
ręką - pozostał sam.
Ciemniało w mrocznej sali, a król pogrążony w dzikiej
rozpaczy siedział jeszcze na tronie, wsparł twarz na zaciśniętych
pięściach i patrzał bezmyślnie w dal.
Naraz czuł, jak się ktoś skrada wzdłuż lasu kolumn, co
wspierały sufit sali - ślizga się ostrożnie gdyby wąż, a w ślad za
nim spływa jaśń, gdyby odbłysk nagiego ciała.
Król podrzucił dumnie głowę, bo nikt z śmiertelnych nie
powinien widzieć mocarza w rozpaczy.
Klasnął w dłonie, a niezmierna sala rozbłysła metalowem
jaśnieniem; i w tym mrocznym półzmroku widział, jak się do stóp
tronu czołga kupiec syryjski, wlokąc za sobą nagą dziewicę.
Ramiona jej oplotły złote węże, złotymi wężami opasane były
kostki, a wokół biódr złoty pas, spięty miast sprzączki kwieciem
lotosu, wysadzonem kosztownem kamieniem.
Król porwał się i patrzał zdziwiony...
Nie widział jej twarzy, bo zasłoniła ją ramionami, widział
tylko jej postać, widział gibkie a wiotkie kształty tuberozy z
dwiema białemi gwiazdami, które zasłoniła liliami serca.
Z zapartym oddechem patrzał król na dziwne czary niewolnicy,
drżał jak w trwodze śmiertelnej; widział, jak się słaniała, jak
zdała się stać w ogniu ze wstydu i lęku; włosy jej spłynęły ciemną
falą po białych liliach - naraz klękła, wyciągnęła dłonie i
spojrzała na niego.
To ona!
Chwycił się oburącz poręczy tronu i z lękiem i przerażeniem
wyszeptał:
Tyś mi dała kwiaty?
Skinęła głową...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.