Rozdział 1
Rozdarcie (Fuentealbilla)
Mamo, wiecznie jesteś na drugim planie. Wydaje się, że nigdy Cię nie ma, ale kiedy tego potrzebuję, zawsze mogę na Ciebie liczyć. Teraz, gdy jestem ojcem pięciorga dzieci, potrafię zrozumieć ból, jaki musieliście odczuwać Ty, tata i Maribel, kiedy zostawiliście mnie samego w Barcelonie. W żadnym momencie nie dałaś po sobie poznać, że jesteś smutna. Zawsze mnie chroniłaś. Później się dowiedziałem, co powiedziałaś tacie tamtej nocy w barcelońskim hotelu Rallye, bardzo blisko ówczesnej La Masii i Camp Nou: "Jeśli tu zostanie i nie odniesienie sukcesu, stracę go na sześć albo siedem lat. Jeśli zostanie i odniesie sukces, też stracę go na sześć albo siedem lat. Więc tak czy tak, jestem stratna". Ostatecznie wspólnie to osiągnęliśmy, choć ta trauma związana z rodzinnym rozstaniem żyła przez wiele lat. Naprawdę wiele!
***
Opuszczenie rodzinnego domu, miasteczka, emocji, które były fundamentem twojego życia, jest trudne dla każdego, a co dopiero dla dziecka. Miejsce, do którego trafiasz, jest zupełnie inne niż to, do którego byłeś przyzwyczajony, inny jest klimat, język, panują inne zwyczaje. Dodatkowym ciężarem jest konieczność przystosowania się do nowego otoczenia, bo nie możesz rozpoznać współrzędnych, które do tej pory formowały twoje życie. Czujesz dezorientację, bo zmieniły się punkty odniesienia. Musisz poszukać nowych, a jednocześnie starać się zachować niektóre z tych, które miałeś w miejscu swego pochodzenia, żeby nie stracić własnej tożsamości.
Wyjazd wiąże się z wysiłkiem emocjonalnym, który trzeba wziąć pod uwagę. To tak, jakby mieć większe serce, które pomieści dwa miejsca: pochodzenia i to, które cię przyjęło. Przy czym oba te miejsca mocno ciągną w przeciwnych kierunkach: w stronę niezapominania, bo to przynosi ukojenie, i w stronę zapominania, gdyż stojąc w obliczu tylu nowych rzeczy, potrzebujesz mnóstwa energii i nie wolno ci się rozpraszać. Po wyjeździe cierpi nie tylko ten, kto wyjeżdża, lecz także ci, którzy zostają.
Wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane, kiedy rodzinny dom opuszcza dziecko, ponieważ odbija się to mocno na reszcie rodziny. Mały człowiek znajduje się w trudnej sytuacji i jest to bolesne dla jego bliskich. Rodzice widzą, jak opuszcza ich potomek, który jeszcze się rozwija, i wywołuje to w nich bardzo głębokie, niejednoznaczne doznanie - zarówno poczucie spełnionego obowiązku, jak i winę. Mają wątpliwości, czy postąpili słusznie, ponieważ odpowiedzialność spoczywa na nich, a nie na dziecku.
W przypadku Andrésa, tak jak w wielu podobnych sytuacjach, to on chce wyjechać. W dodatku do Barcelony. Sam o to prosi, choć jest niepełnoletni i nie powinien o czymś takim decydować - to należy do rodziców. Mogą odmówić, ale wtedy już zawsze towarzyszyłaby im myśl, że być może odbierają dziecku szansę na rozwój. Mogą również pomyśleć, całkiem trafnie, że jeśli się zgodzą na wyjazd, możliwe, że je skrzywdzą, bo wyrwą je ze znanego otoczenia i być może skażą na porażkę, jeśli jego piłkarski projekt się nie uda. Takie wątpliwości na ogół sprawiają, że rodzice mierzą się z wyjątkowo trudnym dla siebie wyzwaniem. Trudnym także dla dziecka. Wszyscy wchodzą na nieznany grunt. Absolutnie niepewny.
INMA
***
Bez wątpienia jest to złożona sytuacja. Złożona pod względem emocjonalnym dla każdego z nas, jeśli pomyśleć o tym na chłodno. I to jak bardzo złożona! Poza tym niebywale bolesna i trudna do zaakceptowania. Choć oczywiście musiałbyś się znaleźć w takim położeniu, żeby je lepiej, a przede wszystkim bardziej szczegółowo, przeanalizować. Z jednej strony jest to coś dobrego, bo chce cię taki klub jak Barça, ale z drugiej strony to coś okropnego, gdyż oznacza rozstanie z rodziną, przy niewiedzy, co może się zdarzyć w następnych miesiącach. Nikt niczego ci nie zagwarantuje. Ani tobie, ani twoim rodzicom. Jest to sytuacja pełna wątpliwości i niewiadomych, bo nie wszystko zależy wyłącznie od ciebie. Dlatego musisz się przystosowywać do biegu wydarzeń na bieżąco.
Trudno zaakceptować opuszczenie rodziny. Czy ja zgodziłbym się na coś takiego w przypadku moich dzieci? Nie wiem. Musiałbym się znaleźć w takiej sytuacji. Ale wiem, co wtedy się stało. Moi rodzice, z powodów osobistych, finansowych i zawodowych, początkowo nie mogli towarzyszyć mi w Barcelonie, chociaż później się tam przeprowadzili i dzięki temu było mi znacznie łatwiej. Mnie, im, mojej siostrze... Wszystkim.
Myślę, że gdyby dziś któreś z moich dzieci stało przed takim wyborem, przeżywałbym to inaczej, ponieważ jesteśmy dużą rodziną. W każdym razie musielibyśmy to dokładnie przemyśleć i ocenić konsekwencje (nie tylko te natychmiastowe, lecz także w dalszej perspektywie) decyzji, którą podejmiemy.
Tak czy inaczej, oznacza to głębokie rozdarcie emocjonalne. W moim przypadku dotknęło ono nie tylko mnie, lecz także rodziców, siostrę, babcie i dziadków... Myślę, że wszyscy cierpieliśmy, kiedy klamka zapadła. Wydaje mi się, że to, co wtedy przeżywaliśmy, należałoby przekształcić w pytanie do psychologa: do jakiego stopnia tego typu decyzja wpływa na psychikę osób, których ona dotyka, a zwłaszcza dzieci?
Nigdy nie zapomnę kluczowej roli, jaką odegrali moja mama Mari, mój tata José Antonio i moja siostra Maribel. Każde z nich ma swoją opinię na ten temat, ale życie, jak zawsze powtarzam, składa się z momentów.
***
To był bardzo trudny czas, zwłaszcza dla niego. Dla nas, oczywiście, też. Wkraczaliśmy na teren, gdzie nie mieliśmy żadnych punktów odniesienia. Andrés był bardzo mały. Miał dopiero 12 lat, a my zostawiliśmy go 500 kilometrów od domu. Samego. Owszem, w La Masii znalazł się pod bardzo dobrą opieką, wiedzieliśmy o tym, ale nie ma to jak własny dom.
MARI
***
Pamiętam, że było ciężko. Panował wielki smutek i żal, ale taką decyzję podjęto. Byłam malutka. Miałam zaledwie dziewięć lat, kiedy on wyjechał do Barcelony i już tam został.
MARIBEL
***
Są takie chwile i decyzje, które zmieniają twój los. I nie tylko twój, lecz także twoich najbliższych, których kochasz całym sercem. Czasami są to trafne postanowienia, ale zdarzają się też takie nie do końca słuszne. Nie istnieje żaden idealny wzór matematyczny, który określałby, co jest całkowicie dobre albo złe. Jest mnóstwo niuansów.
Wiem, że istnieją liczne teorie, które mogą ci wskazać odpowiednią drogę. Znam nawet modele podejmowania decyzji, które podpowiadają, jak najwłaściwiej postąpić. Jednak później, w prawdziwym życiu, musisz to zrobić w sposób, który nie został nigdzie opisany. Być może potem go opiszą. Ale nie w tej konkretnej chwili.
Niektóre okoliczności pomagają bardziej, sprzyjają, inne zaś mogą ci zaszkodzić w zależności od tego, co ostatecznie zrobisz, jednak nie posiadamy żadnego niezawodnego wzoru. I nie ma też - a przynajmniej ja o tym nie wiem - niczego, co zagwarantuje, że wszystko ułoży się po twojej myśli. Ale właśnie takie jest życie: podejmujesz decyzje i idziesz naprzód. Raz jest trudniej, raz łatwiej... Możesz się sparzyć mocniej lub słabiej... To prawda, że obecnie mamy do dyspozycji więcej mechanizmów pozwalających pomóc ludziom, którzy muszą się rozstać ze swoimi rodzinami. Dawniej, niestety, nie było tylu tego rodzaju narzędzi, dlatego też decydowanie było znacznie trudniejsze, człowiek miał mniejsze pole manewru.
Takie sytuacje, jak ta, której doświadczył Andrés, towarzyszą przez całe życie. Nie miałeś, jeśli mogę tak powiedzieć, normalnego dzieciństwa. I wcześniej czy później to się na tobie odbija. Wcale nie trzeba być ekspertem, by zrozumieć, że ten problem nawarstwia się w tobie całymi latami. Andrés był sam od 12. do 18. roku życia. Mam na myśli to, że nie miał przy sobie rodziny. A musimy wziąć pod uwagę to, czym dla niego jest rodzina, jak bardzo jest ważna i jak mocno czuł się z nią związany. Wciąż tak jest. We Fuentealbilli, jego miasteczku, mieli wszystko. I nagle ta więź się zrywa, ponieważ rodzice Andrésa zostają, a on wyjeżdża do Barcelony. Każdego by to dotknęło. Każdy na swój sposób radzi sobie z podobnymi zdarzeniami, nie wszyscy reagujemy identycznie w takiej samej sytuacji. Dla niego i dla jego rodziny to był szok. Dla każdego byłby to szok. Myślę, że Andrés zawsze czuł się odpowiedzialny za swoją rodzinę - i, oczywiście, vice versa. Dlatego zależało mu na tym, żeby nigdy ich nie zawieść. Po podjęciu tej decyzji każde z nich zdobyło się na ogromne poświęcenie.
ANNA
***
Pewnie, że można sobie poradzić z tym lepiej niż ja wtedy, ale natychmiastowa konsekwencja (rozdarcie rodziny) nie znika. Znowu się zastanawiam, czy postąpiłbym tak samo wobec moich dzieci, i znowu odpowiadam tak samo: musiałbym się znaleźć w takim położeniu (każda sytuacja rodzinna, osobista jest zupełnie inna), omówić to z Anną, wszystko dokładnie przeanalizować i na końcu podjąć decyzję. Kiedy już coś postanowisz, zawsze robisz to z myślą, że wybrałeś optymalnie. "To jest najlepsze dla Andrésa" - moi rodzice na pewno tak wtedy sądzili, chociaż nie było to najbardziej komfortowe ani dla nich, ani dla mojej siostry. Od tego momentu człowiek idzie naprzód i dalej się rozwija.
Nie mogę zapominać o tym, że był to niebywale trudny krok. Nie twierdzę, że mi on zaszkodził, ale wraz z upływem czasu ujawniła się jego cena. I nie mam na myśli tylko biegu lat, lecz także wymagania, jakie mi stawiano i jakie sam sobie stawiałem, oraz konieczność spełniania oczekiwań innych. To coś, czego nie widać z zewnątrz, ale stale istnieje w środku, ponieważ musisz wziąć odpowiedzialność za to, gdzie jesteś i kim jesteś, biorąc pod uwagę oczekiwania, jakie się wokół ciebie rodzą. Wszystko ma swoją dobrą, ale i złą stronę, której nie dostrzeżemy z zewnątrz. Nawet nie chcemy, żeby była widoczna, ale ona jest. Bez wątpienia trzeba tę cenę, że tak powiem, "zapłacić". Wiem o tym, pewnie, że wiem. I odbije się to na tobie być może wtedy, kiedy już się tego nie spodziewasz. Czasami ta zła strona wychodzi na powierzchnię i musisz przeżywać sytuacje, których nigdy sobie nie wyobrażałeś.
***
Kiedy opuszczasz dom i rodzinę, tracisz swoje dotychczasowe punkty odniesienia. Nie zostaje ci nic. Musisz rozpocząć od zera: zobaczyć, kto będzie twoim przewodnikiem, komu możesz zaufać, gdzie ulokujesz to wszystko, co niewygodne, nieprzyjemne... Jasne, człowiek trafia w nowe miejsce, jednak nie jest tam sam. Będzie rywalizował z innymi, którzy są w identycznej sytuacji. A to poczucie niepewności staje się bardziej dojmujące w przypadku dziecka, na dodatek w kontekście tego, co najbardziej lubi robić, czyli grać w piłkę.
Wielokrotnie miałam do czynienia z takimi sytuacjami w La Masii, gdzie trafiali najlepsi ze swoich miejscowości. Kiedy żyjesz w bezpiecznym otoczeniu, gdzie cieszysz się statusem najlepszego, masz określoną tożsamość, która zapewnia ci stałość, bezpieczeństwo, względny spokój. Ale kiedy trafiasz do miejsca, gdzie są najlepsi zawodnicy lokalnych klubów, możliwe, że zdasz sobie sprawę, iż wcale nie jesteś taki wyjątkowy, więc musisz też na nowo zdefiniować swoją bezpieczną przestrzeń.
Towarzyszy ci również dodatkowa niepewność: w futbolu, nawet jeśli jesteś bardzo dobry, nie masz pewności, czy będziesz się wyróżniał. Nagle widzisz, że jest mnóstwo zawodników lepszych od ciebie, i to jest bardzo trudna sytuacja. Żeby przetrwać, musisz wymyślić siebie na nowo. A mówimy tu o 12-, 13-, 14-letnich chłopcach... Nie wolno o tym zapominać.
INMA
***
Nie powiedzieliśmy mu, jak bardzo cierpieliśmy. Co więcej, nie dowiedział się też, co się wydarzyło tamtej nocy w ówczesnym hotelu Rallye w Barcelonie. Byliśmy bardzo blisko niego, jakieś 500 metrów od La Masii. To była jego pierwsza noc w akademii. I nasza pierwsza noc bez niego. Kiedy go tam zostawiliśmy, cała nasza trójka (mój mąż José Antonio, jego dziadek, a mój ojciec, Andrés, i ja) poszła do pokoi. Ale nie mogliśmy zasnąć. Pamiętam, że José Antonio zszedł do holu i zastał tam dziadka.
- Pójdę tam i zabiorę małego - powiedział teściowi.
Dziadek oczywiście go poparł. Ale kiedy mąż przyszedł do pokoju, powiedziałam:
- Zostaw go, zostaw go, zostaw go! Skoro już tutaj przyjechaliśmy, to przynajmniej daj mu szansę.
W tym momencie José Antonio dopadł atak paniki, a ja mu powtarzałam, żeby pozwolił synowi się przekonać, czy da sobie radę, czy nie. Dlatego postawiłam sprawę jasno:
- Jeśli go stąd zabierzesz, będziesz egoistą, bo myślisz o sobie, tylko o sobie. I o nas, rzecz jasna. Ale musisz myśleć o nim. Daj mu chociaż szansę spróbować. Skoro tu przyjechaliśmy, nie możemy się teraz wycofać i pozwolić, żeby zawładnął nami strach, co? Musimy być odważni i silni!
I mąż mnie posłuchał. Nie zabrał małego.
MARI
***
Nie wiedziałem o tym, co się wydarzyło tamtej pierwszej nocy w Barcelonie. Wtedy mi o tym nie powiedzieli, jednak nie musieli tego robić, bo potrafiłem sobie wyobrazić, jak bardzo cierpieli. Myślę, że dopóki sam nie zostałem ojcem, nie do końca rozumiałem, co to dla nich naprawdę oznaczało.
Dopiero po latach dowiedziałem się, co się stało w tamtym hotelu. Kiedy jestem w Barcelonie i mijam dawny Rallye, przypomina mi się wszystko, co przeżywaliśmy we wrześniu 1996 roku. Poza tym wydarzyło się to tak szybko, iż człowiek nie miał nawet czasu, aby to przetworzyć w głowie. Dlaczego? Bo jeszcze tamtego lata było dla mnie jasne, że nie przejdę do Barçy, chociaż wiele razy dzwonili z klubu do mojego taty. Byłem szczęśliwy w moim miasteczku, w moim domu i z moimi bliskimi. Nie potrzebowałem niczego więcej. Chciałem jedynie grać w piłkę.
Aż nagle, już we wrześniu, poprosiłem tatę: "Zadzwoń, zobaczymy, czy Barça wciąż mnie chce". Był to chyba jakiś przebłysk intuicji w ostatniej chwili, bo przecież w tym okresie składy wszystkich drużyn są już zamknięte. Ale pomyślałem: "Dlaczego by nie?". To było przeczucie, siedziało w mojej podświadomości, i jednocześnie byłem przekonany, że powinienem wykonać ten krok. Jeśli chciałem zostać prawdziwym piłkarzem, musiałem to zrobić. Dla siebie i dla mojego taty. To było połączenie wielu czynników, ale koniec końców wiedziałem, że to odpowiedni moment. Po pierwsze dlatego, że jego to bardzo cieszyło, a po drugie czułem, choć wiem, że trudno to wyjaśnić i jeszcze trudniej zrozumieć, iż to było najlepsze wyjście dla mnie. Chciałem się rozwijać i musiałem podjąć to wyzwanie. Nigdy się nie dowiem, co by się ze mną stało, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy, w ostatnim momencie, nie poprosił taty, żeby zadzwonił do klubu. Jednak byłem pewien, i teraz tak to właśnie pamiętam, że postawienie tego kroku przyniesie mi dużo dobrego.
Zawsze szanowałem to, co wpoili mi rodzice; te wartości są częścią mojego życia. Jednak wątpię, czy bez tego przeczucia bym to zrobił. Przy czym trzeba też pamiętać, że podjęcie decyzji to jedna sprawa, a druga, zupełnie inna, to zmierzenie się z tym wszystkim, co ona za sobą pociąga, i z tym, co zastajesz w Barcelonie. Bo nie ogarniasz rozmiarów tego wszystkiego. Ani nawet trudności, jakie się z tym wiążą. Skąd miałem to wiedzieć?! Miałem tylko 12 lat! No ale cóż, takie jest życie, podejmujesz decyzje i idziesz dalej.
To oczywiste, że gdybym kierował się tylko tym, co "normalne" czy tradycyjne, być może nie wyjechałbym do Barcelony w tak młodym wieku. To zdarzyło się prawie 30 lat temu. A to, że 12-latek robi coś takiego, nie jest normalne. Być może nie jest nawet dobre. Jednak w życiu nie wszystko jest proste, a jeden plus jeden nie zawsze równa się dwa. Człowiek podejmuje decyzje i musi iść dalej, nie ma innego wyjścia. Jak? Ucząc się, odkrywając różne rzeczy, zdobywając odpowiednie narzędzia, żeby nie stać w miejscu. To była jedyna droga, jaka stała przede mną.
***
Zostajesz w Barcelonie, a twoi rodzice wracają do Fuentealbilli. Dzieci są świadome smutku, jaki odczuwa rodzina, a oprócz tego muszą sobie radzić z dodatkowym ciężarem: "Jeśli nie odniosę sukcesu, wszyscy w miasteczku już do końca życia będą się śmiać z mamy i taty". Wielu sąsiadów patrzy na takich rodziców krzywo, jakby chcieli powiedzieć: "Jak mogliście zostawić tam syna samego? Ja swojego nigdy bym nie zostawił". Często się słyszy taki wyrzut, chociaż w większych miastach rozpływa się on w anonimowości.
Takie sytuacje wiążą się z bardzo dużą presją, wręcz ogromną, i nikt nie jest na to gotowy, tym bardziej w tak młodym wieku. Nie jesteśmy na to przygotowani ani jako 15-latkowie, ani nawet jako 20-latkowie... No więc wyobraź sobie, co czuje 12-latek! Ten balast zawsze towarzyszył Andrésowi. Grał w piłkę dla siebie i dla swojego ojca, który, co ciekawe, jak wynika z tego, co oni opowiadali, okazał się najsłabszym ogniwem całego łańcucha.
Ostatecznie wszystko cementowały upór i wola Mari. To niesamowita kobieta. Niebywale silna. W środku i na zewnątrz. Andrés ma z nią bardzo dużo wspólnego. Oboje są milczący, nieśmiali, pełni szacunku, ale odznaczają się imponującą energią i witalnością. Mają w sobie też niezbędny element buntu.
INMA
***
Nie wiem, czy można sobie z tym ostatecznie poradzić, ponieważ to, co przeżywałem całymi dniami, tygodniami i miesiącami, siedzi głęboko w mojej głowie. Ból spowodowany rozstaniem sprawiał zarazem, nawet jeśli wydaje się to sprzecznością, że miałem wobec siebie jeszcze większe wymagania. "Nie przyjechałem tu tracić czasu!", myślałem przez te pierwsze dni w La Masii. To były trudne chwile, bardzo trudne, rozdzierające, ale dobrze wiedziałem, co chcę robić. "Skoro tu przyjechałem, i biorąc pod uwagę, z czym się to wiązało dla mojej rodziny, nie będę robił głupot. Nie będę się rozpraszał bezsensownymi rzeczami".
Skupiałem się na futbolu. Na futbolu i nauce. Nic więcej nie istniało. Skoro wszyscy, oni i ja, cierpieliśmy z powodu rozłąki, nie mogłem zmarnować tej szansy. Nie miałem "normalnego" dzieciństwa, ale ani teraz, ani wtedy nie postrzegałem tego jako problemu.
Uwielbiałem swoje dzieciństwo, ponieważ robiłem to, co najbardziej lubiłem: grałem w piłkę. I dbałem o siebie tylko z myślą o tym. Być może moje nastoletnie lata nie wyglądały tak jak u innych dzieciaków, które miały wolne weekendy, mogły wychodzić i spotykać się ze znajomymi. Nigdy mi tego nie brakowało, ponieważ znalazłem się w najlepszym miejscu, żeby osiągnąć to, czego pragnąłem. Byłem w Barcelonie, czułem się uprzywilejowany, wybrany. Że nie zaznałem takiej swobody jak inni chłopcy czy dziewczyny? Miałem to gdzieś. Nie obchodziło mnie to zbytnio.
Wiązało się to też z dodatkową korzyścią: jako że byłem jednym z najmłodszych w La Masii, ciągle mnie rozpieszczano. Wszyscy zawsze się o mnie troszczyli, nie zostawiali mnie samego nawet na chwilkę, żebym tylko nie czuł się opuszczony.
Dni mijały bardzo szybko: śniadanie, szkoła, powrót, trening, spanie... i nadchodził weekend. Kiedy mieli przyjechać rodzice, całymi godzinami czekałem na nich przed La Masią. Spędzali ze mną bardzo mało czasu, więc gdy musieli wracać, następował prawdziwy dramat. Przeżywaliśmy to jak zbiorowe poświęcenie: nie miałem swoich rodziców, oni nie mieli swojego syna; nie miałem mojej siostry Maribel, ona też nie miała mnie; moi dziadkowie nie mieli wnuka, ja też nie miałem ich... To był ogromny balast, o którym nigdy nie mogłem zapomnieć. Bez przerwy powtarzałem sobie: "Nie mogę ich zawieść, nie mogę ich zawieść", a jednocześnie: "Nie mogę zawieść siebie, nie mogę zawieść siebie!".
***
Nigdy nie przyszło nam do głowy, że nie możesz nas zawieść. Skądże! Było dokładnie na odwrót. Ty dałeś nam znacznie więcej, niż my daliśmy tobie, bez wątpienia.
MARI
***
To prawda, zawsze czułem, że mi się powiedzie. Strach przed porażką? Nie, dlaczego? Nigdy się nie bałem, bo podszedłem do tego naturalnie i z przekonaniem, że będę przechodził przez kolejne etapy. To było moje zobowiązanie, wiedziałem, że wkładamy w to ogromny wysiłek. W głowie miałem tylko jeden cel: "Uda mi się, mogę to osiągnąć!".
Co ciekawe, nie odczuwałem presji, bo grając w piłkę, byłem taki szczęśliwy, że miałem wrażenie, iż mogę wszystko. Nie przytłaczało mnie to, co się działo wokół mnie, ponieważ rozumiałem, że nie ma lepszego miejsca do osiągnięcia mojego celu. Byłem w Barcelonie, grałem dobrze, sprawiało mi to radość, ludzie darzyli mnie wielką sympatią. La Masia była moją drugą rodziną, kochali mnie tam, rozpieszczali... Czułem, że wszyscy patrzą na mnie inaczej i że po drodze napotkam znacznie więcej powodów do radości i spokoju. Nie miałem w plecaku kamieni, które nie pozwalałyby mi iść naprzód.
Chyba potraktowałem to wszystko bardzo naturalnie, tymczasem było to coś naprawdę wyjątkowego. Sam nie wiem. Ale taki już jestem i tak to odczuwam. Być może właśnie dzięki mojemu charakterowi udało mi się pokonać wszelkie widoczne z zewnątrz przeszkody, podczas gdy ja nawet ich nie dostrzegałem, ponieważ na boisku byłem taki szczęśliwy. Albo w ten sposób starałem się, żeby to wszystko, co działo się wokół, nie miało na mnie wpływu, tak chciałem się chronić. Nie wiem, prawdę mówiąc.
Mogę natomiast zapewnić, że zawsze czułem się kimś uprzywilejowanym, bo dostałem wspaniałą szansę gry w Barcelonie. Ilu chłopców albo ile dziewczyn chciałoby się znaleźć na moim miejscu? No, ilu? Byłem wielkim szczęściarzem. Futbol był, jest i będzie moją pasją. Nie posiadałem się ze szczęścia każdego dnia, gdy szliśmy z kolegami trenować na boisku z ubitej ziemi albo na sztucznej murawie, a później spacerem zmierzaliśmy z Mini Estadi do La Masii.
Czasami wracałem sam i przechodziłem obok Camp Nou. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mogłoby mi się nie udać. Skupiałem się na treningach, nauce i ciężkiej pracy, żeby któregoś dnia móc zagrać na tym ogromnym stadionie, który widzieliśmy każdego dnia.
Może tak. Może to, co dla mnie jest czymś naturalnym, dla innych jest wyjątkowe. Ale gdy grałem w piłkę, byłem szczęśliwy. I dzięki temu poradziłem sobie z całą resztą. Albo prawie całą.