Gucio, córka Edwina
Minął czas połogu, córka rosła, a prababka uparcie zwracała się do niej formami w rodzaju męskim. Na nic zdały się czułe gesty ze strony męża. On też miał swoje powody, by oczekiwać potomka, więc podejrzewając, że przez dziwaczne zachowanie połowicy objawia się poczucie winy za sprawiony mu zawód, na wszelkie sposoby próbował dowieść, że nie żywi urazy z powodu narodzin córki. Obarczanie odpowiedzialnością żony za zdarzenia od niej niezależne czy pretensje do dziecka, że zamiast chłopca okazało się dziewczynką, tego typu irracjonalne zachowania nie pasowały zupełnie do charakteru twardo stąpającego po ziemi człowieka, jakim - według opowieści babki - był jej ojciec. Owszem, Edwin Bakalarz, mój pradziadek, jako absolwent uniwersytetu i przedstawiciel poważanej w mieście rodziny przedsiębiorców, liczył, że przynajmniej z drugą żoną doczeka się męskiego potomka, ale nie marzył o synu z powodu partykularnych ambicji. Chodziło mu głównie o przyszłość Bractwa, dyskretnie podtrzymującego od kilkuset lat nie tylko strop zacnego, jedynego w swoim rodzaju grodu, ale również, jak twierdzili ci, którym dane było należeć do organizacji, sklepienie cesarsko-królewskiej monarchii, a zapewne i całego świata. Wśród honorowych członków towarzystwa można było znaleźć nazwiska prezydentów, premierów, prezesów najpotężniejszych przedsiębiorstw, zasłużonych artystów, a nawet papieży. Wielu z nich odkrywało z niejakim zaskoczeniem, że od dawna należą do Bractwa, nawet o tym nie wiedząc; przyjmowali więc dla świętego spokoju, że jakiś gapowaty asystent przeoczył w powodzi korespondencji dyskretnie oznakowaną kopertę bądź niewłaściwie ocenił rangę skrytego w niej zaproszenia. Starszyzna Bractwa - poważni mężczyźni, ojcowie rodzin, profesorowie i doktorzy, właściciele składów win, spółek budowlanych, przedsiębiorstw galanteryjnych i sklepów kolonialnych - spotykała się regularnie we własnym gronie, by oddawać się uświęconym tradycją rozrywkom. Najważniejszą spośród nich były zawody w strzelaniu do srebrnego kura, którego na zakończenie rywalizacji obnoszono w honorowej procesji po mieście. Skromniejsze podobizny tego ptaka, symbolu Bractwa, eksponowano podczas rozlicznych uroczystości na dumnie wypiętych piersiach członków organizacji obleczonych w jedwabne żupany i atłasowe kontusze. Jedną z wielu tradycji kultywowanych od wieków przez towarzystwo, w którym Edwin o przydomku Zaradny pełnił posługę jako podstarszy, było wprowadzanie w szeregi synów najbardziej zasłużonych braci. Zyskiwano tym samym pewność, że niezależnie od dziejowych wypadków brackie więzi, o których istnieniu wiedzieli tylko sami zainteresowani, będą łączyć wyższą warstwę mieszkańców Krakowa jak nici niewidocznej pajęczyny. Chłopców wdrażano do przyszłych obowiązków stopniowo, od lat wczesnoszkolnych. Bractwo patronowało trzem szkołom o najlepszej renomie w mieście, jego członkowie odwiedzali uczniów z okazji świąt, organizowali konkursy i turnieje, podczas których młodzi adepci, wbici w skrojone na miarę kontusiki, popisywali się umiejętnościami, które miały rozstrzygnąć o przyjęciu ich w poczet wtajemniczonych, gdy tylko dojdą do pełnoletności. Córki z tej perspektywy mogłyby w ogóle nie istnieć. "Kobiety wstąpią do Bractwa po tym, jak kobieta zostanie papieżem" - mawiano w brackich szeregach i ku przestrodze przywoływano historię braci z Wielkopolski, którzy w dobrej wierze zgodzili się na dopuszczenie słabej płci do obrządku i jak należało się spodziewać, pół wieku później słuch po nich zaginął. Kobiety pojawiały się wyłącznie podczas rokrocznie organizowanych przez Bractwo jubileuszy, otwartych dla wszystkich mieszkańców. Wówczas wręcz wypadało pochwalić się obecnością żeńskich członków rodziny.
Mimo to pradziadek, jak już wspomniałem, pogodził się z rzeczywistością. Z właściwym sobie spokojem uznał, że skoro jest, jak jest, należy czerpać z tego jak najwięcej korzyści. Niestety, jego żonie nijak nie można było przemówić do rozsądku. Uparcie zwracała się nadal do dziecka jak do chłopca, ubierała i strzygła je po męsku. Nic nie mogło sprawić jej większej radości niż gaworzenie małej, która nauczyła się mówić do dorosłych umyślnie pogrubionym głosem, a na pytania, jak się nazywa, oznajmiała ku zaskoczeniu wszystkich, że Gucio. Ciekawe, skąd wytrzasnęła tego Gucia, przecież prababka, za nic mając powagę kościelnego urzędu, chciała dać córce na chrzcie imię Filemon. Przebrała tym jednak miarę i na kategoryczny wniosek pana domu, wystarczająco już pobłażliwego dla dziwactw małżonki, stanęło na Filomenie, notabene patronce ludzi przedsiębiorczych. Imię wpisano do ksiąg, ale gdy matka chciała wezwać dziewczynkę, nie wołała Filomeny ani Filemona, lecz po dawnemu Gucia.
- Dajże pani spokój! - załamywała ręce wierna Pelasia, służąca zatrudniona w rodzinie jeszcze za czasów poprzedniej pani, nieboszczki. - Strach myśleć, co potem z dzieciaka wyrośnie.
Gdy po kilku takich odzywkach prababka wypowiedziała Pelasi, wszyscy zaczęli nazywać Filomenę Guciem i tylko kucharka szeptała z koleżankami na schodach, że pani poprzewracało się w głowie. W domu i tak wiedziano, że Filusia to Filusia, nie żaden Gucio. W reżyserowanej przez gospodynię komedii uczestniczono tylko z obawy przed jej gniewem, z czego musiała zdawać sobie sprawę, dlatego też, ilekroć spotykane w parku obce panie, niewtajemniczone w rodzinne sekrety, szczerze komplementowały wygląd chłopczyka, na usta matki wypływał triumfalny uśmiech. Nie prostowała omyłki. Filomena istotnie wyglądała uroczo w uszytym specjalnie dla niej granatowym chłopięcym wdzianku z gabardyny, dopóki jej ciałem nie zawładnęły hormony. Jak na złość, pracowały intensywnie, więc mundurek wkrótce nie mógł pomieścić rozrośniętych kształtów, których żadną miarą nie dałoby się już określić jako chłopięce. Ubrania, dostosowane do wąskich bioder i torsów niczym deska, jedno za drugim pękały w szwach, bo natura, jakby na przekór ludzkim planom, szykowała dla Filomeny wybitnie bujne kształty. Biedaczka nie tylko nie rozumiała, co się z nią dzieje, ale jeszcze nie mogła liczyć na wsparcie matki, dla której taka metamorfoza równała się najkoszmarniejszemu ze snów, śnionemu na jawie. Nie wspierał jej również ojciec, który uznał, że właściwym sposobem na oszczędzenie Filomenie dalszych mąk będzie szybkie zamążpójście, i za punkt honoru postawił sobie odpowiednie przygotowanie córki do przyszłych zadań. Jako człowiek przedsiębiorczy upatrywał w tym rozwiązaniu szansę dla siebie, gdyż przy okazji doszłoby do połączenia dwóch zasłużonych brackich rodów, jak to sobie zawczasu wykoncypował. Od dawna zresztą, nie przejmując się szaleństwem małżonki, próbował wychować dziecko na przyzwoitą panienkę, godną jej właściwego imienia. Nie trzeba chyba dodawać, że obarczony obowiązkami, zaangażowany w sprawy Bractwa, był w tych wysiłkach na straconej pozycji. Jego żona od początku robiła wszystko, by rozbudzić w córce zainteresowania przeciwne jej płci. Filomena, wciąż nazywana Guciem, zaczynała dopiero raczkować, gdy mama rozłożyła na podłodze zawartość paczki ze sklepu z zabawkami i usiadła przy łóżku, czekając na jej reakcję. Kiedy czerwone wagoniki ruszyły z terkotem przed siebie, by rozpełznąć się po szynach jak rój biedronek, buzia dziecka rozdziawiła się w zachwycie. Ruszyło ku tym cudom, przebierając z rozkoszy paluszkami u stóp, które uskrzydlone chęcią zbliżenia się do ruchliwego źródła kolorów i dźwięków poniosły samodzielnie swoją właścicielkę po raz pierwszy w życiu. Odtąd ponad lalki, pajace i misie, które zbierały kurz po kątach, Filomena-Gucio przedkładała zestawy torów, miniatury kolejek i tramwajów, modele samolotów i okrętów przeznaczonych do samodzielnego składania, aż zgromadziła ich tyle, że na widok jej zbiorów każdy rówieśnik płci męskiej zzieleniałby z zazdrości. Szkoda, że do mojego dzieciństwa nie dotrwał ani jeden z tych eksponatów.
Rywalizacja o duszę babki kwitła również na gruncie czytelniczym. Podczas gdy pani domu nie miała nic przeciw temu, by córka napawała się przygodami spod znaku płaszcza i szpady, a nawet dyskretnie podsuwała jej dzieła takich autorów jak Dumas, jej mąż dbał, by w panieńskim pokoiku nie zabrakło pism krzewiących umiejętności praktyczne, najnowszych wydań powieści dla dorastających dziewcząt oraz literatury religijnej. Oboje siali tym coraz większy zamęt w skołatanej łepetynie, przykrytej mało twarzową fryzurą na pazia, która teraz, po wejściu dziewczynki w okres dojrzewania, uwydatniała tylko kłopotliwe krągłości figury. Był jeszcze jeden szkopuł. O ile patrząc na piersi, biodra, uda i rysy twarzy Filomeny, każdy absztyfikant byłby przekonany, że ma przed sobą kobietę, jego pewność stopniałaby wraz z pierwszym otwarciem przez nią ust. Więzadła głosowe mojej przyszłej babki, od maleńkości ćwiczone w wydawaniu dźwięków o niskiej, matowej tonacji, nijak nie chciały teraz dostroić się do reszty wstrząsanego przemianami organizmu. Znajomy doktor, ceniony w mieście profesor Persewicz, poproszony przez pana domu o zbadanie narządu mowy Filomeny, uznał jej przypadek za nietypowy. Anatomia była w porządku, z pewnością nie chodziło więc o wadę wrodzoną. Zasugerował, że dziewczyna powinna poświęcać kilka godzin dziennie na wydawanie piskliwych dźwięków, gdyż anomalii można pozbyć się tylko sposobem, w jaki się jej nabyło. Celem inspiracji zalecał częste wizyty w operze, na podtrzymanie efektu ćwiczeń zaś spożywanie surowych jaj i chłodne kąpiele. By rozchmurzyć gospodarza, nieusatysfakcjonowanego werdyktem, posunął się do żartobliwej sugestii, że w radio, gdzie trwa nabór na spikerów, będą zachwyceni takim tembrem głosu, więc pacjentka ma już zabezpieczoną przyszłość. Udzielając dobrych rad, lekarz chciał przykryć wrażenie niekompetencji i podtrzymać przychylność wpływowego klienta. Jednak ojciec Filomeny, nie w ciemię bity, uciął te dywagacje stwierdzeniem, że córka sama wybierze sobie zajęcie. Rozstali się bez obietnicy rychłego spotkania, sama Filomena zaś po wizycie doktora nabrała przykrego przekonania, że zalicza się do dziwolągów, które w tamtych czasach ciągle jeszcze zabawiały gawiedź na jarmarkach. Przez to w towarzystwie zyskała opinię nieinteresującej. Nie pociągała jej sztuka konwersacji podczas wizyt w mieszczańskich salonach, a gdy ojciec zapraszał pod swój dach druhów z Bractwa razem z dorastającymi synami, zamiast zabawiać się w udawanie miłej i dobrze wychowanej panienki, kryła się w swoim pokoju i uruchamiała swe skarby. Dźwięk poruszających się po szynach pojazdów najskuteczniej koił jej nerwy. Czerwone wagoniki, terkocząc jak dawniej, mknęły w stronę odległych stacji, podczas gdy ich właścicielka, marszcząc w skupieniu brwi, studiowała karty atlasów geograficznych. Jej los zdawał się przesądzony: poślubi pierwszego ochotnika, który uzna jej małomówność za cnotę przeważającą sumę dziwactw i wad, umocni zamążpójściem pozycję dwóch zacnych rodzin i jak Bóg da, wyda na świat przyszłego członka Bractwa.
Na szczęście nad miasto nadciągnęła wojna. Na szczęście, bo dla Filomeny, dochodzącej właśnie do pełnoletności, okres zamętu i pomieszania ról okazał się czasem wybawienia. Wojna zabrała jej oboje rodziców, przerwała fatalną dla przyszłości dziewczyny rywalizację i zmusiła do dokonania samodzielnych wyborów. Ojciec poszedł na front, matka zaś w dniu wymarszu jego kompanii oznajmiła, że nie opuści wspólnej sypialni, dopóki małżonek nie wróci. Z właściwym sobie uporem przesiadywała całymi dniami w półmroku, zawinięta w brudny szlafrok, coś do siebie mamrocząc, dopóki któregoś ranka kucharka nie znalazła jej na podłodze w agonii po lekkomyślnym zażyciu zbyt dużej dawki laudanum. Z zamkniętego sekretarzyka, z którego Filomena wyłamała zamek, spodziewając się znaleźć jakieś oszczędności, wysypały się opróżnione fiolki po lekach.
- Czy mama coś mówiła? - zwróciła się z resztkami nadziei do kucharki.
- Tak. Majaczyła. Zdawało się jej, że pani tu jest, brała mnie nawet za panią.
- Jakie były jej ostatnie słowa?
- To całkiem bez sensu, proszę pani - wykrztusiła służąca.
- Co takiego? Mów, Teresko! - nakazała babka z groźną miną.
- Kiedy...
- Tereso! Teraz ja jestem twoją panią. Mów, jak było.
- Coś jak gdyby: odepchnij tatusia - wydukała zakłopotana.
Babka posmutniała jeszcze bardziej.
- No tak. Biedna... Nawet na koniec życia nie mogła mu darować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki