3
- A.J., to jest zajebiste.
Siedzimy z Zekiem na dachu garażu. Przegląda moje najnowsze rysunki i co jakiś czas podsuwa mi iPada, pokazując te, które podobają mu się najbardziej. Przytulamy się pod narzutami, żeby się ogrzać.
Rozkminiłom, jak wyjąć moskitierę z okna, jakieś pięć lat temu. Za pomocą odrobiny srebrnej taśmy przykleiłom ją do spodu drewnianej ramy łóżka, żeby Mami i Pa jej nie znaleźli i niczego nie podejrzewali, co z pewnością można nazwać przejawem geniuszu. Przecież moskitiery nie mają żadnego sensu. Nikt nie będzie za nią tęsknić.
A pozbywszy się jej, znalazłom idealne miejsce do siedzenia. Na dachu, nad garażem. Najlepiej późnymi wieczorami, kiedy ulice jeszcze nie śpią, ale są cichsze.
W lecie, kiedy słońce dłużej wisi na niebie, lubię przychodzić tu, żeby malować. Bez różnicy, czy w Procreate, czy na bloku, prawdziwymi pędzlami. Czasem nawet przyklejam płachty brązowego papieru i maluję farbami w spreju, starając się, jak mogę, by nie pomalować dachu. Ścigam się ze słońcem, usiłując wycisnąć z siebie tyle kreatywności, ile to tylko możliwe, zanim widoczność pójdzie się gonić.
Kilka miesięcy po tym, jak ja, Zeke i Mo się zakumplowaliśmy, pokazałom im to miejsce po raz pierwszy. I od tego czasu jest to nasze miejsce do siedzenia. To tu powiedziałom im, że jestem homoseksualne i niebinarne. To tu Zeke zdradził nam najpierw, że jest "nie do końca hetero", a potem, że jest biseksualny. I to tu Mo powiedział nam, że jest gejem i szarym asem. Nie gdzie indziej, a tu skitraliśmy się z ukradzionymi tacie piwami i pierwszy raz spróbowaliśmy alkoholu. I tu pierwszy raz paliliśmy trawkę. Tu też odbyliśmy niezliczone rozmowy o życiu, strachu, niepewności i przyszłości.
- Ten jest dla Mo - mówię, kiedy widzę, jak Zeke śmieje się z jednego z obrazków. Żyrafy na czerwonym, pustynnym krajobrazie, bo tak w mojej wyobraźni wygląda Jowisz, a do tego znak drogowy z napisem: "SATURN - 400 milionów mil" i niżej "ZIEMIA - również bardzo daleko".
- Kurde, to było takie śmieszne. Był totalnie zjarany tego wieczoru. Nawijał w kółko: "Ej, ale wiecie, że żyrafy to obcy, nie?".
No więc tak. Niektóre z tych rozmów nie były aż tak filozoficzne. Zwykle nie rozkminiamy, jak powołać nowy socjalistyczny rząd, albo innych podobnych bzdur. Poza Mo. Ten ma w głowie tylko takie rzeczy i żyrafy. Ale po całej nocy wygłupów i odwalania durnych akcji typu bieganie po wszystkich alejkach w H-E-B albo po imprezach, kiedy wracaliśmy tu, żeby siedzieć do trzeciej albo czwartej, odpuszczaliśmy sobie inteligenckie debaty.
A tak na serio to żyrafy są cholernie dziwne.
Śmieję się razem z Zekiem, wspominając kumpla, który zostawił nas dla Denton. Tego samego, który chce zostać senatorem, któremu za wygaszacz ekranu służy jego zdjęcie z Berniem Sandersem i który przy każdej okazji przechwala się, że Alexandra Ocasio-Cortez followuje go na Twitterze, ale który jednocześnie naprawdę wierzy, że żyrafy to istoty pozaziemskie.
- Pamiętasz, jak pytał: "No, ale widzieliście kiedyś jakąś na żywo? Spojrzeliście żyrafie prosto w oczy, kiedy przeżuwała jakąś trawę czy co one tam, do cholery, żrą?". I upierał się, że tymi różkami na głowach odbierają telepatyczne sygnały od innych żyraf na ich matczynej planecie.
- Pinche baboso*. Mówię ci, stary, tęsknię za tym pajacem.
- Ja też.
- Będę... - zaczyna Zeke. - Nieważne. - Dopija resztkę coli, żeby zamknąć sobie usta, podchodzi do okna mojej sypialni, stawia butelkę na biurku i wraca.
Żadne z nas przez chwilę się nie odzywa. Wiem, że chciał powiedzieć coś w stylu, że będzie za mną tęsknił, kiedy wyjadę. Będzie tęsknił za naszą trójką.
Ale zmusiłom go, żeby obiecał, że w nowym roku nie będzie o tym wspominał. Nie chcę o tym myśleć ani poświęcać temu za dużo uwagi. Mo - choć będzie naszym przyjacielem tak długo, jak długo pozwoli nam tak do siebie mówić - ma teraz nowych przyjaciół i nowe życie. Zwykła kolej rzeczy, kiedy ludzie wyjeżdżają. Nie jestem gotowe zmierzyć się z myślą, że niechybnie i mnie to czeka.
Zapada między nami cisza, pośród której słyszę ROSALÍĘ z głośników laptopa leżącego na moim biurku obok otwartego okna. Ruszający samochód gdzieś w pobliżu. Chachi i jej kumpli, którzy wciąż nie śpią, grają w gry wideo i wydzierają się w jej sypialni. Gdybym obróciło głowę, zobaczyłobym poświatę telewizora w jej oknie. Czuję zapach palącego się drewna - to któryś z meksykańskich sąsiadów przygotowuje wołowinę, będzie siedzieć do rana ze skrzynkami bud lighta, podczas gdy mięso będzie powoli dochodzić nad ogniem. Czuję dotyk ramienia i nogi Zeke'a, który próbuje się ogrzać.
- Czy zjedliśmy już cały pan dulce* od Rosie?
- Nie - odpowiadam, ziewając. - A co? Znowu jesteś głodny?
- Taak. Przegryzłbym coś. Nie wiesz może, czy zostało jeszcze trochę pan de polvo*?
- Myślę, że tak.
- Zajebiście - jęczy Zeke, skacząc na równe nogi. Łapie równowagę, gdy stopy uderzają o dach. Ostatnim, czego nam potrzeba, jest to, żeby spadł. Znowu. - Dawaj, idziemy do kuchni.
Idę za nim niechętnie. Marudzę, jak mi było w końcu ciepło i wygodnie i jak to on teraz wszystko zniszczył. Zeke ignoruje każde moje słowo, ponieważ nic, co mówię, nie ma w tej chwili takiego znaczenia jak obietnica pan de polvo.
Gdy docieramy do kuchni, zapala światło i rusza od razu w stronę dużego białego pojemnika na szafce. Wydaje z siebie chrapliwe, pełne ekscytacji, niemalże zmysłowe "taaaaak", łapiąc zawiniątko z folii spożywczej, w którym skrywają się okrągłe, oprószone cynamonem i cukrem ciasteczka.
- Co chcesz?
- Weź mi kilka marranitos* - odpowiadam, wyciągając z lodówki na wpół wypite mleko i łapiąc dwa kubki ze zmywarki.
Siadamy obok siebie na kanapie. Jedna z nóg Zeke'a spada na moją, a dłoń z dwoma ciastkami w kształcie świnek, przypominających twory Frankensteina z resztek, które nie sprzedały się poprzedniego dnia, opada na moją pierś. Wymieniam świnki za kubek mleka.
Oboje oddajemy się bezgłośnemu cyklowi: ugryźć, przeżuć, popić mlekiem. Spokojna późnowieczorna egzystencja w przygaszonym salonowym świetle i przy kuchennej jarzeniówce, którą zapomniał wyłączyć Zeke.
- A tak w ogóle to moja prawa ręka kazała mi dziś sprawdzić, co u moich mniej wymagających przyjaciół - zaczyna Zeke. - Zatem jeśli to jeden z tych dni, kiedy twój stan psychiczny i ego, a także zdecydowanie nad wyraz zdrowa pewność siebie mają się gorzej, chcę, żebyś wiedziało, że jestem obok. Wierzę w ciebie, jesteś najbardziej utalentowaną osobą na świecie i wyciśniesz to życie jak cienką szmatę.
- Wow - mówię, próbując zachować powagę, gdy spoglądam mu w oczy i na tyle, na ile jestem w stanie się zmusić, staram się brzmieć, jakbym było wzruszone i przejęte. Czuję drobne drgnięcie w kąciku ust. - Następnym razem możesz po prostu powiedzieć, że mnie kochasz, Zeke. Zaraz się okaże, że znów próbujesz wykorzystać "słowa uznania", żeby dostać się do moich majtek.
- Właśnie dlatego masz tylko dwóch przyjaciół.
- Mam mnóstwo przyjaciół.
- Jasne. Ale przykro mi, romantyczne i/lub cielesne uniesienia nie będą nam już nigdy pisane.
- Tylko nie mów mojej mamie. Wiesz, że teraz, kiedy Mo wyjechał i nie może już być moją pierwszą opcją, tym bardziej ma nadzieję, że się zejdziemy.
- No tak, skoro nie było jej dane mądre dziecko, może jedynie liczyć na mądrego zięcia.
- To bolało. Miałeś sprawdzać, jak moje samopoczucie psychiczne, a nie mnie dręczyć. Cholerny.
- Wszystko jedno. - Zeke spogląda na mnie spode łba, ale po chwili najpierw się uśmiecha, potem cicho śmieje, a w końcu wraca do swoich ciastek.
- Dzięki - mówię. Właściwie bąkam. Ktoś, kto mnie nie zna, mógłby pomyśleć, że to nie było szczere, ale te słowa płyną prosto serca. Zeke wie, że lepiej nie oczekiwać, że powiem coś takiego na głos. - Ale, yyy, ostatnio trochę męczy mnie głowa.
- To co zwykle?
- Taa.
Wiem, że to bez sensu, ale pod tą moją pewnością siebie i otwartą gadką o własnym talencie skrywam kupę strachu. To dziwny stan: jestem świadome, że znalazłom coś, w czym jestem bardzo dobre, ale wciąż potwornie się boję, że mi się nie uda. Maluję, tworzę trwałą sztukę, a mimo to stale przeraża mnie myśl, że zrobię coś źle, do tego stopnia, że rozważam porzucenie swojego marzenia. A konkretnie studiów.
Powiedziałom o tym Zeke'owi, tylko on wie. Nie sądzę, by moi rodzice zrozumieli. Bo niby jak? Żadne z nich nie spędziło więcej niż kilka tygodni z dala od San Antonio, nie mówiąc już o Santos Vista. Nie znają tego strachu przed zrobieniem tak dużego kroku, gdy w dodatku nie ma się przy sobie rodziny, na której można by się oprzeć. Nigdy nie byłom samo. Nigdy nie opuszczałom mojej strefy komfortu na dłużej. I spora część mnie nie chce tego robić.
Spora część mnie jest przekonana, że nie potrzebuję iść na SAIC. I spędza ona dużo czasu na przekonywaniu reszty mnie, że nie potrzebuję iść na SAIC. Że wszystko, czego kiedykolwiek chciałom, mogę osiągnąć tutaj. Jest tylu wielkich artystów, którzy nie musieli kończyć studiów, żeby stać się ikonami.
W mojej głowie bez ustanku trwa dyskusja: dlaczego porzucać okolicę i miasto, które inspirują mnie bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce na świecie? Gdzie abuelas* gromadzą się przed kościołem świętych Piotra i Andrzeja, by poplotkować, a na ulicach zawsze znajdą się jacyś czający się tu i ówdzie agenci służb migracyjnych. Okolicę, która cały grudzień pachnie jak tamales*, gdzie w czerwcu chodniki znaczą plamy paletas* i syropu, którym polewane są raspas*. To jest dom.
- Bardzo się rozwinęłom, odkąd zaczęłom współpracę z Beautify. Co, jeśli to wszystko pójdzie na marne? Co, jeśli pojadę tam i cała dotychczasowa inspiracja wyparuje?
- Pamiętasz wieczór przed rozpoczęciem programu? - zaczyna Zeke. - Siedzieliśmy na dachu i wyrzuciłoś z siebie wszystkie swoje lęki: "Co, jeśli okaże się, że przez tę przerwę będę rok do tyłu? Co, jeśli mogę wykorzystać pełnię swojego potencjału, tylko chodząc na te jedne zajęcia w tym konkretnym semestrze, i właśnie skazuję się na niepowodzenie?".
- Taa... - jęczę, bo wiem, że zaraz będę musiało przyznać mu rację.
- Ostatecznie posłuchałoś intuicji. Ponieważ wiesz, że w życiu chodzi o to, by nie przepuszczać okazji. A do tej pory każdy skok w nieznane, każdy zjazd z urwiska w ciemno kończył się dla ciebie lądowaniem na miękkiej chmurce. Nie przekonuję cię, żebyś poszło na studia, od tego masz rodziców, a ja osobiście zgadzam się z tym, że studia nie są dla wszystkich, ale tak jak nie mogłoś odpuścić Beautify, tak teraz nie możesz odpuścić SAIC.
- A co, jeśli pojadę tam i okaże się, że jestem tym jednym wyrzutkiem, dziwakiem?
- W szkole artystycznej? Nieee. Wątpliwe.
- Albo co, jeśli okaże się, że na to, co robię, jest ograniczona przestrzeń? Że już nie ma dla mnie miejsca przy stole, bo wszystkie zajęli Keith Haring, Banksy i Takashi Murakami?
- Pieprzyć to. Kiedy świat zobaczy, co wyczynia Ander Martinez, znajdzie się miejsce. Zaufaj mi.
Wiem, że Zeke ma rację, choć nie chcę przyznawać tego przed tym pendejo*. Wiem też, że robię z tego większy problem, niż jest w rzeczywistości. Ale sama myśl o tym, jak odnaleźć się na jednej z najlepszych uczelni artystycznych na świecie, będąc dzieckiem imigrantów - w dodatku wychowanym w Teksasie i przyzwyczajonym do przytłaczająco latynoskiego środowiska, i to z akcentem prosto z zachodniego San Antonio - które maluje po ścianach opuszczonych wagonów kolejowych albo właściwie czymkolwiek, na czym ktoś pozwoli mi się artystycznie wyżyć, efekty nazywając sztuką, jest przerażająca. A jeszcze może okazać się, że nie jestem wcale tak świetne.
Ale choć przeraźliwie się boję, w życiu trzeba próbować. Trzeba starać się z całych sił nie rozmyślać: "Co będzie, jeśli mi się nie powiedzie?", a zamiast tego rozkminiać: "Co, jeżeli odniosę sukces? Co, jeśli jestem świetne?".
Wciąż nie doszłom do końca tej drogi, ale zmierzam tam.
* Różnego rodzaju słodkie wypieki, m.in. wspomniane już conchas.
* Meksykański rodzaj kruchych ciasteczek.
* Meksykańskie ciasteczka z melasą w kształcie świnek.
* Danie kuchni meksykańskiej, ciasto z mąki kukurydzianej owinięte w liść kukurydzy i ugotowane na parze.
* Meksykańskie lody, zazwyczaj ze świeżych owoców, ale także z czekolady lub pasty pistacjowej.
* Deser lodowy z kruszonego lodu polanego syropem smakowym, czasem z innymi dodatkami: piklami lub przyprawami.