Wstęp. Odważ się marzyć
Wstęp.
Odważ się marzyć
Moskwa, początek lat dziewięćdziesiątych. Na jednej z ulic młodzi
chłopcy kopią starszego mężczyznę. Brudny, zaniedbany, głodny, sprawia
wrażenie bezdomnego.
- Dawaj, Kola! Przywal mu jeszcze mocniej. Może już nie wstanie! Dawaj,
bladź! - słychać głosy podekscytowanych chłopaków.
Nikt nie staje w jego obronie, młodzi są agresywni. Krew bryzga, w powietrzu czuć podniecenie młodych ludzi, którzy dają upust swoim
najgorszym instynktom. Ciało kopanego ze wszystkich stron człowieka
podskakuje bezwładnie od każdego uderzenia. Kopnięcia są precyzyjne -
głowa, nerki, wątroba, klatka piersiowa. Tylko spod zakrwawionych powiek
widać jeszcze błyszczące ciągle oczy. Po kilku minutach zmasakrowane
ciało mężczyzny leżące w kałuży krwi przestaje się ruszać.
Podekscytowani przemocą chłopcy powoli przestają kopać.
- Zobacz, czy jeszcze żyje - pada z ust jednego z napastników.
- Zostawmy go, niech zdycha - mówi drugi.
Nagle ciało mężczyzny, jakby tchnięte niewidzialną siłą, powoli się
podnosi. Nastolatkowie zamierają w bezruchu, a przed nimi staje, jak
trup powstały z grobu, zalany krwią mężczyzna. Prostuje obolałe nogi,
otrzepuje resztki piasku i błota z rękawów przetartej wojskowej kurtki.
W tym samym momencie jego ciało nabiera mocy, a oczy ciemnieją. Staje
przed nimi wyprostowany, gotowy do walki.
- Nu wot maja para - mówi spokojnym, ale bardzo stanowczym głosem,
wypluwając z ust resztki krwi.
Pod jego zimnym spojrzeniem w jednej sekundzie cała grupa napastników
rozpływa się w powietrzu. Uciekają w popłochu, wystraszeni na śmierć,
jakby zobaczyli postać rodem z piekła.
Spojrzeli w oczy wojownika. Co w nich zobaczyli? Determinację, walkę,
cierpienie, ale przede wszystkim siłę, która w nim tkwiła. Jeśli
chciałby użyć jej przeciwko nim, nie mieliby szans. Okazało się, że ten
mężczyzna to były żołnierz Specnazu, weteran wojny w Afganistanie,
wojownik, który nieraz stoczył z wrogiem walkę na śmierć i życie.
Tę historię opowiedział mi wiele lat temu mój przyjaciel, śp. Darek
Michałowski "Moskwa", oficer Biura Ochrony Rządu (BOR), który zginął w katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku. Obaj uczyliśmy się w szkole wojskowej w Poznaniu na kierunku działania specjalne. Jako
nastolatek mieszkał z rodzicami w Moskwie i widział to na własne oczy.
Dlaczego przytaczam tę brutalną scenę? Żeby pokazać, że kto raz stał się
wojownikiem, pozostaje nim na zawsze. Kim jest wojownik? W kolejnych
rozdziałach przyjrzymy się mu, rozłożymy na części, bo tym właśnie jest
anatomia: żeby zobaczyć i zrozumieć. I - być może - zainspirować się.
Nie ma w tej książce recepty, jak stać się żołnierzem czy żołnierką. Bo
wojownicy i wojowniczki są nie tylko w służbach, na wojnach czy w sytuacjach ekstremalnych. Są wszędzie. Z tej książki dowiesz się nie
tylko tego, co sprawdziło się mnie i moim kolegom podczas służby w siłach specjalnych, lecz także, jak to przełożyć na cywilne życie.
***
Najpierw był komandos. Biegł przez tor przeszkód, skupiony na swoim
zadaniu, choć wokół się paliło. Dla nastoletniego mnie to właśnie był
prawdziwy wojownik. Wpatrywałem się w zdjęcie w "Żołnierzu Polskim" i dokładnie kimś takim jak ten komandos chciałem się stać. To zdjęcie i ten impuls, "chcę być taki jak on". To była iskra, początek. W mojej
głowie pojawił się obraz komandosa, którym chciałem zostać. Jak mógł do
tego dojść chłopak z końca świata?
Zbójno, w którym się wychowałem, wylosowało piękne położenie wśród
jezior, gwarantuje kontakt z naturą i przestrzeń, ale nie oferuje
miejskich rozrywek i udogodnień ani łatwego startu do wielkiej kariery.
Leży raczej na uboczu. W latach osiemdziesiątych XX wieku było stamtąd
jeszcze dalej do "wielkiego świata" niż dziś. Zacząłem marzyć o czymś
wykraczającym poza znaną mi powszedniość - tę samą drogę do szkoły i z powrotem, te same widoki i przewidywalne dni.
Co się stanie, kiedy odważysz się marzyć?
Miałem marzenie, które mogłoby pozostać tylko marzeniem, gdybym nie
zaczął go realizować. Nie było łatwo. Koniec lat osiemdziesiątych i początek dziewięćdziesiątych był ciekawy, owszem, ale bywał też trudny.
Mogę powiedzieć, że w naszym domu się nie przelewało, nawet na garnitur
na moją studniówkę trzeba było pożyczyć pieniądze. I właśnie ciężka
codzienna praca przysłaniała czasem odległe plany. Ale miałem szczęście,
bo w moim życiu był pewien charyzmatyczny facet: mój dziadek Janek. Ktoś
zupełnie nietypowy jak na swoje czasy i miejsce - pogodny mimo ciężkich
doświadczeń życiowych. Odważnie śmigał na Jawie 350 (to był ścigacz
końca lat osiemdziesiątych). Silny, dociekliwy, inteligentny. Wychowany
we Francji, czytać i pisać po polsku nauczył się sam dopiero po wojnie.
Przyjechał do mnie pogratulować zdania do szkoły średniej. Szliśmy razem
alejką między drzewami na naszej posesji, rozmawiając jak dwóch
dorosłych facetów. Od niego usłyszałem: "Będziesz jeździł po całym
świecie, będziesz robił niezwykłe rzeczy" - te słowa zadziałały jak
paliwo, które podsycało moje marzenia.
"Będziesz robił niezwykłe rzeczy" - usłyszałem, gdy jeszcze nic nie było pewne
Nie wiem, skąd to wiedział. Czy rozumiał, czym jest potrzeba wyrwania
się w świat, skoro sam miał taką szansę? Nie wiem, wtedy ważne było dla
mnie, że ktoś traktuje mnie poważnie i trzyma za mnie kciuki. Teraz
wiem, że słowa dziadka się spełniły - jeździłem po świecie, pomagałem w misjach humanitarnych, walczyłem z międzynarodowym terroryzmem i, co
najważniejsze, ratowałem ludzkie życie. Wtedy jednak nic nie było
oczywiste i nie miałem wiele poza swoim uporem. Nic z tego, co
osiągnąłem, nie stało się samo, nie można powiedzieć, że mi się to
"udało". Osiągnąłem to, bo byłem zdeterminowany, żeby zrealizować
marzenia.
"Będziesz jeździł po całym świecie" - te słowa też się sprawdziły
Jednak prawdziwym wojownikiem był dla mnie mój drugi dziadek - Adam. To
on, mając zaledwie dwanaście lat, potrafił przeciwstawić się
nauczycielowi, który bił go linijką po rękach za to, że spóźnił się
kilka minut na lekcję matematyki. Dlaczego się spóźnił? Bo na przerwie
poszedł nakarmić konie, żeby zjadły, zanim kilka godzin później wróci ze
szkoły i zaprzęgnie je do pracy. Kiedy linijka pękła na jego ręku, a nauczyciel schylił się po następną, dziadek naskoczył na niego i powalił
go na ziemię, nie pozwalając na dalsze bicie. Jako dwudziestoletni
mężczyzna na rozkaz niemieckiego podoficera w zimie wkładał zboże do
młockarni. Widział, że jego ręce z każdą chwilą są coraz bardziej
przemarznięte i dalsza praca może się dla niego skończyć ich amputacją.
Odmówił jej wykonywania, chociaż wiedział, że może zginąć, a mimo to się
postawił. Przez następne pół roku leczył odmrożone dłonie okładami z kapusty. Pamiętam, że już na zawsze zostały sine. Kiedy po wojnie
nastała w Polsce władza ludowa, jako kułak, czyli właściciel dużego
gospodarstwa rolnego, trafił do lokalnego aresztu śledczego za to, że
nie dostarczył na czas zboża w obowiązkowym kontyngencie, mimo że
jeszcze było niedojrzałe. Został aresztowany, a kiedy do celi weszło
dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, strzelił im pod nogi ze
swojego pistoletu. Tymczasowo był komendantem Milicji Obywatelskiej,
stąd miał broń - i to prawdopodobnie uratowało go przed ciężkim
pobiciem, ale też przed konsekwencjami jego czynu. Wyciągnął pistolet,
bo wiedział, że wielu innych aresztowanych nie wróciło już do domu, a ci, którym się udało, mieli ciężkie obrażenia. Na pamiątkę tych wydarzeń
przechowywał jeden nabój.
Ze Zbójna na misje w Afganistanie
Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo wpłynęły na mnie: postawa
dziadków, rozmowy, osobisty przykład, odwaga i konsekwencja w podążaniu
do celu. Czy to jedyni wojownicy, jakich spotkałem na swojej drodze?
Oczywiście, że nie. Wiem też, że każdy trafia na swoich. Dla kogoś mogła
to być nauczycielka walcząca wbrew całej szkole o ucznia, któremu nikt
inny nie dawał szansy. Widzę też, że dla młodych ludzi wojownikami
bywają też różnego rodzaju aktywiści, którzy nie są obojętni na dobro
innych i naszej planety.
Surowy krajobraz potrafił zachwycać
Przytoczyłem przykłady, w których liczyły się bezpośrednie starcie, siła
czy przewaga. Jednak wojownik czy wojowniczka ma przede wszystkim siłę
psychiczną. To, co łączy takie osoby, to: odwaga, niezależne myślenie i konsekwencja w dążeniu do tego, co uważają za ważne. Mogą być jak
drogowskazy, takimi dla mnie byli moi dziadkowie. Wiem też, że każdy
może stać się wojownikiem czy wojowniczką w swoim świecie i dla siebie.
***
Gdzie Zbójno, a gdzie misje w Afganistanie czy szkolenia w elitarnych
ośrodkach na różnych kontynentach? Jak do tego doszło? Wnioskując z mojego doświadczenia, mogę powiedzieć, że na początek warto nazwać swoje
marzenie. Głośno i wyraźnie je wyartykułować, a potem powtarzać. W ten
sposób oswaja się je i nadaje mu realny kształt, bo to, co nazwane, jest
bardziej rzeczywiste. Czasem wymaga to odwagi, bo marzenie jest śmiałe.
Mówiąc głośno o swoich pragnieniach, nieraz narażamy się na krytykę czy
na wyśmianie - można sobie wyobrazić, co w Zbójnie będą gadać o chłopaku, który mówi, że będzie komandosem. Tym bardziej jednak trzeba o nich mówić, bo wtedy inni oswajają się z najbardziej nawet odważnymi
planami.
Trzeba mówić o swoich marzeniach także bliskim i znajomym. Gdy mówisz o tym, do czego dążysz, ludzie mogą ci w tym pomóc. Może znają kogoś, kto
przybliży cię do celu, może wiedzą coś, co ci pomoże. Ktoś cię podwiezie
na szkolenie, ktoś inny podpowie ci, jak coś zrobić, albo zna kogoś, kto
będzie w stanie ci pomóc. Nic takiego nie ma szansy się wydarzyć, kiedy
trzymasz marzenie w sekrecie.
Podobno liczba marzeń maleje wraz z wiekiem. Może jest tak, że sami je
cenzurujemy i odrzucamy te najbardziej fantastyczne? A przecież bez
czyichś marzeń o lataniu nie byłoby samolotów. Nie wiem, czy każdy ma
swoje "zdjęcie komandosa", czyli impuls, który uruchamia cały proces.
Może czasem je ignorujemy? Pewnie zdarza się, że odkładamy do szuflady
jako nierealne. Ale czy chcesz patrzeć, jak twoje marzenia więdną albo
jak realizuje je ktoś inny? Stań się wojownikiem dla siebie, dla świata
- w tej książce znajdziesz wszystko, co mnie ukształtowało, abym stał
się tym, kim jestem. Pamiętaj, że jeśli konsekwentnie podążasz swoją
ścieżką, to nawet jeśli zdarzy ci się z niej zboczyć, szybko wrócisz na
właściwe tory.
Czy liczy się tylko wynik i osiągnięty cel?
Czy liczy się tylko wynik i osiągnięty cel?
Psy bojowe w siłach specjalnych to poważna sprawa. Przekonałem się o tym, gdy zaczynałem tworzyć Grupę Przewodników Psów Bojowych w JW GROM.
Byłem już wtedy doświadczonym żołnierzem, operatorem GROM-u, ale pracę z psami zaczynałem od zera. Trafiłem do światowych specjalistów, guru w tej dziedzinie, uczniów samego Boba Baileya, dyrektora programu
szkolenia zwierząt Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Pojechałem
do nich na farmę, która była zarazem centrum szkoleniowym. Gospodarze i jednocześnie nauczyciele okazali się bardzo sympatycznymi i gościnnymi
ludźmi, spędziliśmy miły wieczór przy kolacji. Nie mogłem jednak
doczekać się rozpoczęcia nauki, zastanawiałem się, z jaką rasą będę
pracował. Może border collie, które słyną ze świetnej współpracy z człowiekiem? Może któryś z owczarków? Już widziałem te mądre zwierzęta u swojego boku. Moi nauczyciele nie zdradzali jednak niczego. W końcu
ruszyliśmy do wybiegów. Mijamy malinoisy, owczarki niemieckie, psy
mniejszych ras, ale wciąż nie ma moich uczniów. Idziemy dalej i dalej, a moje zaciekawienie rośnie. Szkoleniowcy mają poważne miny i nie
pozwalają sobie na zbędne komentarze. W końcu stajemy przed jakąś klatką
przykrytą płachtą. "To są twoi uczniowie na najbliższe dwa tygodnie",
usłyszałem i płachta podjechała w górę.
Przede mną stało stadko kur.
Jak się szkoli kury? Szybko.
Żeby nauczyć kurę czegokolwiek, trzeba bardzo szybko wydawać jej nagrodę
za dobrze wykonane ćwiczenie, dużo szybciej niż psu. Czy wytrenowałem
kury? Oczywiście. Czy kury nauczyły czegoś mnie? Tak: skupienia i szybkości.
To była bardzo dobra szkoła. Każdego dnia szedłem do moich pierzastych
podopiecznych i ruszaliśmy z treningiem. Polegał on na tym, że kura
miała dziobnąć w sam środek specjalnego kółka. Nie obok, nie w brzeg,
ale dokładnie w ciemną kropkę na środku. Miała to zrobić w konkretnej
sekwencji, dziobiąc w środki kilku kolejnych kółek rozłożonych na ziemi,
od najdalszego ode mnie do najbliższego, na długości około półtora
metra. Nie brzmi jak wyzwanie? Polecam spróbować. Najpierw musiałem
nauczyć kury, że dziobnięcie w kółko oznacza dla nich przysmak, ziarno,
gdy jest dziobnięte tam, gdzie trzeba. Za dziobanie po tekturowym brzegu
dostawały po jednym ziarenku nagrody (w wariancie zaawansowanym - w ogóle), a za trafienie w sam środek - więcej. Kury, tak się składa,
łatwo się irytują. Kiedy dostawały mniej ziarna, niż oczekiwały, stawały
się rozdrażnione i patrzyły na mnie z wyraźną złością. Ale daliśmy radę
- i kury, i ja. Ostatecznie przechodziły od kółka do kółka dokładnie tak
jak trzeba.
To był jeden z pierwszych etapów na drodze do stworzenia Grupy
Przewodników Psów Bojowych. Bez kur nie byłoby malinoisów. Co jednak nie
oznacza, że wprost z zagrody dla kurcząt trafiłem na wybieg dla
dorosłych psów. Nie. Po drodze był jeszcze wybieg dla szczeniąt. Bystre,
śliczne maluchy - urocze. Co może pójść nie tak?
A jednak był pewien haczyk. Szczenię ma mnóstwo energii, do tego
malinoisy od małego są uparte i niesamowicie aktywne. Mają zęby ostre
jak igły i nie wahają się ich używać. Zabawa z pieskami miała polegać
tylko na szarpaniu się niewielką szmatką. Poza mną i psiakiem w betonowym pomieszczeniu nie było nic, co mogłoby odciągnąć jego uwagę.
Jeden szczeniak i jeden człowiek - to nie brzmi groźnie. Ale jeden
człowiek i co kilka minut kolejny świeży, niezmęczony szczeniak bez
przerwy przez kilka godzin - to już robi różnicę. Ich był legion, a ja
jeden. Po kilku godzinach popadłem w rodzaj transu. Cały czas tkwiłem w niewygodnej, pochylonej pozycji, miałem dłonie pokłute zębami ostrymi
jak szpilki, krwawiące z dziesiątek bolesnych ranek. To wszystko
przypominało chińską torturę.
Pies w śmigłowcu? To efekt długiej pracy (fot. Michał Niwicz)
Każdego kolejnego dnia było gorzej, bo dłonie były coraz bardziej
poranione i opuchnięte, wdawały się zakażenia. Byłem obolały i znużony
już na starcie, a do pomieszczenia, w którym przebywałem, co chwilę
trafiał następny aktywny szczeniak, z niespożytą energią i uporem. Tak
upłynęło kilka bardzo długich i bardzo wyczerpujących dni. Ale dopiero
po tym etapie, który wymagał cierpliwości, pomysłowości i fizycznej
wytrzymałości, po tym swoistym teście na niezłomność mogłem ruszyć dalej
- do pracy ze starszymi psami. Gdybym był nastawiony tylko na ostateczny
cel, czyli stworzenie Grupy Przewodników Psów Bojowych, te nużące etapy
pośrednie byłyby czystym koszmarem. Jednak wiedząc, że to część procesu,
mogłem każdemu z nich poświęcić pełną uwagę i skupienie, z pożytkiem dla
tego, co finalnie chciałem osiągnąć.
To powtarzało się nie tylko na każdym etapie szkolenia mnie jako
przewodnika psów, ale też w samym treningu psów. Żeby nauczyć psa
pożądanych zachowań, potrzebny jest proces, sekwencja, w której
poszczególne elementy są niezbędne. Weźmy jako przykład nauczenie psa
wsiadania bez obaw do śmigłowca, z czym czasem i ludzie mają problem.
Nic dziwnego, bo ta maszyna budzi respekt. Można od razu zaciągnąć psa
siłą do śmigłowca z wirującymi ciężko łopatami, ale oczywiście nie
przyniesie to niczego dobrego. Należy naukę rozłożyć na etapy. Od
kuchni, czyli jak ćwiczyliśmy w najlepszej jednostce tego typu na
świecie, o której jeszcze napiszę więcej, wygląda to mniej więcej tak.
1. Zaczynamy od zabawy - pies musi kojarzyć miejsce z czymś przyjemnym.
Bawimy się z nim piłeczką tenisową w okolicy WYŁĄCZONEGO śmigłowca.
Czyli jest fajnie, nic szczególnego się nie dzieje, choć sama
maszyna może budzić w psie pewien niepokój.
2. Pierwsze wejście: wchodzimy do śmigłowca, wykonujemy w nim proste
ćwiczenia. Wychodzimy. Co ważne, pies zawsze ma kaganiec, co jest
dla niego dodatkowo stresujące. Kaganiec jest obowiązkowy - gdyby
pies z jakiegokolwiek powodu ugryzł pilota, oznaczałoby to
katastrofę dla wszystkich.
I tu mała dygresja. Wyjątkiem od tej reguły był owczarek belgijski Diego
- niesamowity pies szefa K91 z jednostki, w której byliśmy gośćmi.
On jako jedyny latał bez kagańca, a podczas lotu jak rasowy żołnierz
patrzył w dół i wypatrywał miejsca lądowania.
3. Włączamy rotory na wolnych obrotach i powtarzamy wejście do
śmigłowca i proste ćwiczenia. Brzmi niewinnie, ale czy wiecie, co
się dzieje, kiedy śmigłowiec odpala? To przede wszystkim hałas,
warkot i wizg, nieprzyjemny nie tylko dla naszych uszu. Dla psa
sytuacja jest jeszcze bardziej stresująca, a przecież dźwięki to nie
wszystko. To są potężne maszyny i gdy łopaty zaczynają się kręcić, z ziemi podrywają się tumany piachu i kurzu, które wirują wokół. W tym
wszystkim pies musi pozostać skupiony na opiekunie i na swoim
zadaniu. To trudne.
4. Kolejne wejście: śmigłowiec przyspiesza pracę łopat - wirują
szybciej. Jeszcze więcej wszystkiego: hałasu, ruchu i tym samym
psich emocji. Dlatego po każdym etapie szkolenia przychodzi czas na
zabawę z psem, rzucanie mu konga. To go odstresowuje i uczy, że po
zadaniu czeka nagroda.
Ale nie zawsze ten stres musi być aż tak silny. Pamiętam, że kiedy
pierwszy raz włączyliśmy wirniki z jednym z naszych psów na pokładzie,
ten nie tyle się bardzo zestresował, ile raczej zainteresował nową
sytuacją, i rozglądał się po pokładzie.
5. Wreszcie krótki lot, a potem kolejne i kolejne, czasem do znudzenia
i psa, i przewodnika. Ale dzięki temu pies się przyzwyczaja do
sytuacji.
6. Co jeszcze? Dokładamy kolejne elementy, czyli wyjście ze śmigłowca,
wejście do budynku. Następnie zjazdy na linach, tak zwanych
szybkich. To nie jest proste nawet bez psa - dochodzą podmuchy
wiatru spod rotorów, lina się kołysze, są emocje. Miejscowi
instruktorzy pokazali nam niezły sposób zjazdu bez grubych rękawic,
za to z wykorzystaniem cieńszych i wygodniejszych rękawic
taktycznych. Dzięki temu zjazdy na linach, które i tak bardzo
lubiłem, stały się jeszcze lepsze.
7. Ćwiczymy wejście do budynku po raz kolejny i kolejny, aż cała
sekwencja: podejście, lot, wyjście/zjazd, wejście do budynku, stanie
się psu znana.
8. Po każdej takiej najtrudniejszej dla psa sesji jest też najlepsza
nagroda. Po wyjściu ze śmigłowca na psa czeka pozorant, na którym
zwierzę może wyładować swoje emocje. Pozorant to osoba ubrana w specjalny kombinezon, który umożliwia psu gryzienie, a jednocześnie
chroni samego pozoranta. Po takich wymagających sesjach ważny jest
też spacer z opiekunem.
Naturalnie każdy z kroków powtarzany jest wielokrotnie. W pracy z psami
trzeba przejść kolejne etapy mozolnej nauki. Niczego tu nie
przyspieszymy. Nie da się pójść na skróty. Jedyna możliwość to robić to,
co w danym czasie jest do zrobienia.
Przygotowanie do pracy z psami, potem działanie z nimi to przykład, lecz
to samo mogę powiedzieć o całej mojej drodze. Chciałem zostać
komandosem. Ale przecież nie mogłem zgłosić się od razu do elitarnej
jednostki i złożyć podania o przyjęcie. Nie wykonałem od razu skoku
przez najwyżej ustawioną poprzeczkę - to był proces. Zaczął się od
marzenia, ale potem musiały pojawić się konkretne kroki do jego
realizacji. Na początek pomyślałem, że powinienem zadbać o kondycję i siłę, ale też chciałem uczyć się sztuki walki (i to nie na pięści za
szkołą, to miałem na wyciągnięcie ręki). Łatwo się domyślić, że w Zbójnie i jego okolicach nie było wielkiego wyboru klubów sportowych -
mogłem zapisać się do lokalnej sekcji karate, albo... karate. Wybrałem
więc karate tsunami, czyli "powracająca fala", styl walki opracowany w Polsce przez prawnika Ryszarda Murata pod koniec lat siedemdziesiątych.
Zajęcia odbywały się w Lipnie, miasteczku, w którym chodziłem do szkoły
średniej, oddalonym od Zbójna o dwadzieścia kilometrów. Mogłem się na
nie zapisać jedynie teoretycznie, bo rodzice nie widzieli potrzeby, żeby
płacić za takie fanaberie. Na szczęście dziadek Adam chętnie wspierał
wnuka. On też nie bardzo rozumiał, po co mi to całe "karatowanie", ale
widział, że mi zależy. Niemal w konspiracji, z boku i bez zbędnego
afiszowania się z tym przed rodzicami dawał mi pieniądze na zajęcia.
Dzięki temu mogłem zrobić pierwszy krok i zacząć ćwiczyć. Treningi
odbywały się w sali gimnastycznej liceum ogólnokształcącego w Lipnie.
Wyglądało to tak, że po szkole wracałem autobusem do domu około
czterdziestu pięciu minut, następnie szybko coś jadłem i biegłem do
autobusu, żeby dojechać na trening, po czym ostatnim autobusem wracałem
do domu około dziewiątej wieczorem. Ci, którzy pamiętają koniec lat
osiemdziesiątych i początek lat dziewięćdziesiątych, wiedzą, że to był
czas popularności filmów z Bruce'em Lee i o wojownikach ninja. Kto nie
chciał walczyć jak mistrz z klasztoru Szaolin? Ja chciałem.
Tymczasem godziny żmudnych ćwiczeń były mało porywające, zamiast
ekscytujących technik walki - powtarzalne sekwencje ruchów ćwiczonych
raz za razem. Choć była to ważna lekcja szacunku wobec przeciwnika i zasad, to karate nie dawało mi satysfakcji. Żmudne ćwiczenia, stałe
sekwencje, nienaturalne ruchy, osobowość trenera - to wszystko mnie
zniechęcało, więc jak tylko nadarzyła się okazja, zmieniłem zajęcia na
viet vo dao. Viet vo dao to starożytna sztuka walki pochodząca z Wietnamu, która wykorzystuje techniki takie jak: uderzenia, kopnięcia,
dźwignie, rzuty, podcięcia, duszenia i techniki zapaśnicze, czyli
wszytko to, co jest istotne w realnej walce. Na filozofię viet vo dao
składają się elementy z trzech systemów filozoficznych: konfucjanizmu,
buddyzmu, a także taoizmu. Trenujący tę sztukę walki kierują się dewizą:
"Być silnym, aby być pożytecznym". I właśnie tego potrzebowałem w tamtym
czasie.
Kończąc szkołę średnią, zdobyłem już pierwsze szlify w sztuce walki,
odebrałem też lekcję systematyczności dzięki regularnym treningom.
Dzięki temu, kiedy robiłem drugi ważny krok na wybranej drodze, czyli
zdawałem do szkoły wojskowej, byłem już trochę do przodu. Szkoła
oznaczała całkiem nowe wyzwania i masę nowych rzeczy do ogarnięcia.
Teoria i praktyka, mnóstwo wysiłku fizycznego, dużo wiedzy i sporo
nowych umiejętności - bardzo konkretnych umiejętności, więc w dalszej
kolejności przyszedł czas na siły specjalne. To już było coś - jednostka
elitarna, a po pewnym czasie możliwość wyjazdu na międzynarodowe
operacje popularnie nazywane misjami. Byłem w miejscu, o którym
marzyłem. To był kamień milowy na mojej drodze, dotarłem do niego i czułem ogromną satysfakcję. Ale też byłem świetnie przygotowany, żeby
ruszyć dalej. Nie umiałem jeszcze tego dobrze nazwać, jednak podobał mi
się tryb, w którym byłem: poszerzanie swoich możliwości, stałe parcie
naprzód. W tym momencie wiedziałem już, że każdy z etapów dawał mi
kompetencje, które mogłem wykorzystać w kolejnym. Dzięki temu
przeszedłem morderczą selekcję do JW GROM. Czy da się wejść na K2 bez
treningów i aklimatyzacji? Można próbować. Może nawet się uda. Ale taki
wyczyn pozostanie... jednorazowy. Będą dyplom na ścianie i chwała, która
szybko przebrzmi, jeśli nie będzie kolejnego potwierdzenia tego, że jest
się świetnym wspinaczem, podejmującym nowe wyzwania. Dlatego stawiam na
proces, coś, co dzieje się stale. Szczyty osiągamy od czasu do czasu, a żyjemy każdego dnia i przecież nie chodzi o to, żeby ignorować
codzienność i przeskakiwać od celu do celu. Jak w górach - nie idziesz
na szczyt tylko po to, by zobaczyć widok z wierzchołka, ale ważne jest,
co się widzi i czuje po drodze. Trzeba też dać sobie czas, by odpocząć i nacieszyć się każdym sukcesem, nawet drobnym, bo to one nas budują i dają napęd do dalszego działania.
Szkolenie psów bojowych uczy cierpliwości, za to efekty są spektakularne
Droga - to na niej zdobywa się doświadczenia i to podczas jej
pokonywania zachodzi najważniejsza zmiana.
Firma Ideo jest jedną z najbardziej innowacyjnych na świecie, to w niej
pojawił się na przykład pomysł na myszkę komputerową. O jej sile stanowi
stawianie na proces dochodzenia do nowatorskich rozwiązań (w tym
przyzwolenie na okazjonalne porażki). Działanie firmy to jeden z bardzo
dobrych przykładów korzyści wynikających ze świadomego nastawienia na
proces. W pewnej szkole średniej w Chicago zrobiono eksperyment.
Uczniowie musieli ukończyć pewną liczbę kursów. Gdy nie zaliczali,
zamiast komunikatu: "Niezaliczone" dostawali komunikat: "Jeszcze nie".
Czyli zamiast być ocenianymi za (negatywny) wynik ("Nie dałem rady"),
dostawali informację: "Jestem na drodze do celu, ale muszę jeszcze
popracować". Coraz więcej osób zajmujących się edukacją widzi, że to
jest sposób na skupienie się na procesie uczenia się, a nie sztywno
ocenianych rezultatach. "Jeszcze nie" daje większą pewność siebie i umacnia wytrwałość.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki