Fikcja polityczna
+5
#32b8f5 - oto błękit jego oczu na palecie RGB. Wyselekcjonowany na
podstawie reprezentatywnego sondażu przeprowadzonego na próbie N=5000
Polaków w wieku 18+. Respondenci oglądali jego podrasowane w Photoshopie
fotografie z różnymi odcieniami błękitu na tęczówkach i oceniali (w skali 1-7), czy zaprezentowana na zdjęciu osoba to:
- polityk godny zaufania,
- prawdziwy mąż stanu,
- polityk, dla którego najważniejsze są sprawy narodu.
Następnie do danych siedli spece od data science i zbudowali model,
opisujący zależność pomiędzy intensywnością błękitu w spojrzeniu a profilem idealnego kandydata na prezydenta. Stąd wiedzieliśmy, że
#32b8f5 to strzał w dziesiątkę, lepszy odcień niebieskiego nie istnieje
i soczewki kontaktowe zaowocują kilkudziesięcioma tysiącami głosów
więcej w dniu wyborów. A te kilkadziesiąt tysięcy mogło mieć decydujące
znaczenie. Przecież szli łeb w łeb.
Do wyborów tylko dziewięć dni. Siedzimy w salce konferencyjnej i czekamy
na niego. Czterdzieści pięć minut temu skończył debatę z kontrkandydatem
i rozdawał uściski dłoni przed studiem telewizyjnym. Potem poszedł coś
zjeść. Teraz się spóźnia. Nerwowa atmosfera ostatnich dni kampanii
udziela się wszystkim. Wreszcie trzaskają drzwi i wchodzi on.
Maurycy Marzec - kandydat na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej,
wystawiony przez Socjaldemokratycznych Reformatorów, ale wspierany
również przez partię Demokratycznego Postępu.
Maurycy uśmiecha się szeroko, odsłaniając równiutką klawiaturę białych
zębów, a ja świetnie znam ten uśmiech z innego badania. Wyborcy
podłączeni byli do elektroencefalogramu. O nic ich nie pytaliśmy; tym
razem nie korzystaliśmy z danych deklaratywnych. Oglądali po prostu
zbiór fotografii Maurycego, na których kandydat składał usta w najróżniejszych grymasach i inaczej napinał mięśnie twarzy. Elektrody na
powierzchni skóry czaszki rejestrowały elektryczną aktywność mózgu: fale
alfa, beta, delta, gamma i theta. Analizując kształty krzywych EEG,
otrzymaliśmy pełną informację, jakie emocje zostają wzbudzone przez
poszczególne miny Maurycego. Na tej podstawie przygotowaliśmy katalog
dwudziestu jeden dozwolonych wyrazów twarzy, które Maurycy stosował
podczas kampanii prezydenckiej, zamierzając wywrzeć na odbiorcach
założony efekt. Zero przypadku. Zero spontaniczności. Sto procent
skuteczności.
Teraz serwuje nam pozycję numer czternaście z katalogu. Pożądany efekt:
pozytywne nastawienie, minimalizacja funkcji poznawczych u odbiorcy,
wzbudzenie zaufania i podświadome przekazanie kontroli (niczym się nie
martw, dbam o trudne sprawy, wszystko będzie dobrze, zdaj się na mnie).
Maurycy luzuje krawat i siada. Ktoś podsuwa mu butelkę wody
niegazowanej. Pije łapczywie - widok zarezerwowany tylko dla jego
najbliższych współpracowników, politycznego zaplecza.
Odrywa butelkę od ust i wodzi po nas spojrzeniem.
- Właśnie widziałem sondaż po debacie - mówi i krzywi się, a tym razem
jego mina nie mieści się w żadnym z dwudziestu jeden dozwolonych
grymasów, przewidzianych przez wytyczne kampanii. W naszym gronie może
sobie pozwolić na takie odstępstwo od reguł. Tylko tutaj i tylko z zaufanymi ludźmi.
- Jak to się mogło stać?
Patrzy w stronę Doroty, głównej koordynatorki kampanii. Dziewczyna
odpowiada:
- Dwa punkty procentowe w dół. Tak, wiem. Dane właśnie spłynęły.
- Ale jak?
Dorota dzielnie znosi jego spojrzenie. Pomiędzy otrzymaniem wyników
sondażu a przybyciem Maurycego minęło trzynaście minut. Musiała w tym
czasie przygotować odpowiedź, mając do dyspozycji sztab statystyków z dostępem do superkomputera. Zdążyła. Jest najlepsza w branży.
- W trakcie debaty użył pan siedmiokrotnie słowa "postęp", obiecując...
- wodzi palcem po ekranie tabletu - ... "skokowy postęp w efektywności
służby zdrowia", "postęp w innowacyjności gospodarki"...
- Doskonale pamiętam, co powiedziałem, nie musi mi pani przypominać. -
Nie odrywa od niej oczu, patrzy stalowym wzrokiem, a kąciki ust drgają
niemal niezauważalnie. Bawię się myślą, że gdyby teraz ktoś cyknął mu
zdjęcie komórką i to zdjęcie wyciekłoby do social mediów i stało się
podstawą memów, kosztowałoby go dobre sześć-siedem punktów poparcia.
- Proszę zatem spojrzeć na to. - Dorota bluetoothem spina tablet z wielkim ekranem plazmowym zawieszonym na ścianie. Wyświetlają się
skomplikowane linie wykresów. - W czasie rzeczywistym analizowaliśmy
strumień tweetów, a algorytm klasyfikował ich wydźwięk emocjonalny,
nieoczywiste przypadki pozostawiając do oceny żywym ludziom;
posadziliśmy do tego większość młodzieżówki, demokraci też pomagali.
Tutaj jest absolutny wolumen tweetów negatywnych, a poniżej ich
procentowy udział we wszystkich tweetach. Proszę spojrzeć tutaj, tutaj i tutaj. - Laserowym wskaźnikiem pokazuje na wykresie trzy ostre piki. -
Dwa z nich pojawiają się w minutowym interwale po tym, jak użył pan
właśnie słowa "postęp".
Maurycy milczy. Wyjaśnienia go nie przekonują, czeka na więcej. Dorota
jest na to przygotowana.
- Dodatkowo na bieżąco monitorowaliśmy publiczność zgromadzoną w studiu
telewizyjnym. Dwanaście kamer łapało każdego widza mniej więcej raz na
dziesięć sekund. Obraz trafiał do ekmanowskiego softu
face-recognition, który automatycznie odczytywał emocje na podstawie
mimiki twarzy. - Palcem wskazującym przełącza aplikacje na tablecie. -
Interesujące, że zniesmaczenie oraz gniew nasilają się w tych samych
momentach co negatywne tweety, które widzieliśmy przed sekundą. Wszystko
skorelowane z "postępem".
Teraz jest lepiej. Dorota wreszcie triumfuje. Do Maurycego trafia to
wyjaśnienie, jednak cały czas stroi miny spoza dozwolonego katalogu.
- Ale przecież mi tak doradzaliście. - Tym razem nieregulaminowe
spojrzenie zawiesza na mnie. Dorota jest szefową kampanii, a ja głównym
doradcą do spraw public relations.
Przełykam ślinę. Na szczęście mam gotową odpowiedź:
- Absolutna zgoda. "Postęp" to świetne słowo. Niestety, nie mogliśmy
przewidzieć, że On - On: tak nazywamy Witolda Skrzypka, konkurenta
Maurycego na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, reprezentanta
Chrześcijańskich Demokratów, wspieranych przez Zjednoczenie Prawego
Skrzydła - będzie się w swoim przemówieniu odwoływał do czasów PRL-u.
Mam analizy semiotyków i psychologów społecznych. On porównał
Socjaldemokratycznych Reformatorów do komunistów i szło to w parze z częstym używaniem słowa "postęp", kojarzącego się z komunistyczną
propagandą. W efekcie prowokowało to negatywne emocje, które
zaprezentowała Dorota.
- Tego nie dało się przewidzieć. - Dziewczyna idzie mi w sukurs. To
bardzo silna kobieta i Maurycy często nie ma wystarczająco dużo
charyzmy, by się jej otwarcie przeciwstawić. Mnie mógłby zniszczyć
jednym ruchem ręki, z Dorotą tak łatwo mu nie pójdzie. - Mamy potężne
moce obliczeniowe i najlepszych fachowców od psychologii i danych, ale
nie przetestujemy a priori każdej kombinacji. Dlatego czasem to jest
nie do przewidzenia. Jak czarny łabędź.
Tym razem mina katalogowa numer osiem: "Potrzebuję waszej pomocy. Razem
zmienimy Polskę". Kryzys został załagodzony.
- Zastanówmy się, co dalej. Finalna debata za cztery dni, a od niej
wszystko zależy. Dziś wieczorem spadłem o dwa punkty. Przewaga się
kurczy. Mam teraz pięćdziesiąt jeden do czterdziestu dziewięciu. Czekam
na pomysły. Kto chce zacząć?
Pierwszy odzywa się Borys, fachowiec od big data i modelowania danych,
prawdziwy jajogłowy w naszym towarzystwie. Maurycy nie przepada za nim,
zwykle nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Borys zbyt szybko grzęźnie
w hermetycznym slangu algorytmów, testów A/B i sieci bayesowskich. Nie
patrzy rozmówcy w oczy, wertuje papiery i sprawdza w nich liczby.
- Przeprowadziliśmy analizę korelacji, która pokazuje siłę zależności
pomiędzy wynikami dziennych sondaży a tematami poruszanymi w wystąpieniach danego dnia. Na tych wynikach zapuściliśmy później model
optymalizacyjny, aby znaleźć kombinację tematów maksymalizującą
poparcie.
- I co wyszło? - Maurycy jest dziś zaskakująco cierpliwy i wyrozumiały.
Tonący brzytwy się chwyta.
- Powinien pan wzmocnić przekaz o liberalizacji ustawy aborcyjnej i wzroście efektywności służby zdrowia, osłabić zaś związki partnerskie,
reindustrializację oraz reformę KRUS-u.
- Ile?
- Obecny mix tematyczny jest już niemal optymalny. To jedynie korekta. O aborcji wystarczy, że wspomni pan podczas spotkania we Wrocławiu i Lubinie, związki partnerskie wykreśli z agendy briefingu w Gorzowie,
reformę...
Maurycy twardo wchodzi mu w słowo. Niektórzy aż podskakują na krzesłach.
- Pytam się, na ile głosów się to przełoży? - Na koniec bezgłośnie
porusza ustami, jakby mielił w nich słowo "idioto".
- Cóż, jak mówiłem, mix jest praktycznie nie do poprawy, jednak model
pokazuje możliwość...
- Ile?
- Siedem do ośmiu tysięcy w skali kraju.
- Siedem do ośmiu tysięcy! - Maurycy zanosi się śmiechem i brzmi wówczas
naprawdę przerażająco. - W tym kraju jest trzydzieści milionów
uprawnionych do głosowania! - wrzeszczy. - Do urn obecnie chce iść
połowa z nich. Jeśli optymalizując kontent, zdobędziesz dla mnie siedem
tysięcy dodatkowych głosów, da mi to może pięć setnych punktu
procentowego. A ja... - zawiesił głos. Tani teatralny chwyt, ale zawsze
zadziwiająco skuteczny. - Ja potrzebuję dwóch-trzech punktów przewagi,
żeby spać spokojnie i mieć wygraną w kieszeni. Nie mówię o cholernych
ośmiu tysiącach w skali kraju, lecz o czterystu! Pół miliona, ty wiesz
człowieku, ile to jest pół miliona?
Borys milczy, wycofuje się, zamyka w sobie. Chciał dobrze, ale tym razem
nie wyszło.
- Według modelu nie ma takiej możliwości - mruczy pod nosem, żeby
całkowicie nie stracić twarzy. - Algorytm rozwiązał zadanie
optymalizacyjne. Pozyskując nowych, będzie pan tracił dotychczasowych.
Maurycy drze się na całego:
- Nie potrzebuję optymalizacji, ale game-changera! Czegoś epickiego,
co odmieni losy tej kampanii i zapisze się w podręcznikach marketingu
politycznego! Czegoś nieoczekiwanego, zaskakującego. Mind-blowing... -
Przykłada dwa palce do skroni i symuluje wystrzał. - Paff... i pozamiatane. Myślcie!
Obracam w głowie pomysł. Zastanawiam się: powiedzieć czy się wstrzymać?
Jakie mogą być konsekwencje? Przecież on mnie rozszarpie. Nic ze mnie
nie zostanie. Piękna kariera przekreślona w trzy minuty. Nie chcę tak
kończyć, jeszcze nie dziś.
Spojrzenie zatrzymuje się na Dorocie. Ta wytrzymuje presję, nie odwraca
głowy, ale milczy. Maurycy odpuszcza i jego wzrok wędruje dalej.
Zaciskam powieki. Nie ja, nie ja, powtarzam uporczywie w myślach. Kiedy
otwieram oczy, zderzam się z jego wzrokiem, jakbym rąbnął rowerem w walec drogowy.
- Słucham. Każdy pomysł jest na wagę złota - cedzi słowo po słowie. Jego
oddech staje się coraz cięższy.
Zaczynam mówić:
- Rozwój technologii i powszechna dostępność wysokiej jakości danych o praktycznie wszystkich obywatelach, ich cyfrowe ślady, które zostawiają
każdego dnia, to wszystko doprowadziło do tego, że możemy poznać
kompletne poglądy i preferencje ludzi na dowolny temat.
Maurycy przełyka nerwowo ślinę, jabłko Adama podskakuje. Niecierpliwi
się. Świetnie, to właśnie chcę osiągnąć - choć przez chwilę panować nad
sytuacją, zarządzać jego emocjami. Jest zaintrygowany.
- Poznać - i w efekcie dostosować do nich swój komunikat. Oczywiście
jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. - Robię
kontrolną pauzę i obserwuję jego reakcję na żart. Nie uśmiecha się.
Niedobrze. - Dlatego nie zdołamy przekonać wszystkich wyborców. Część z nich popiera aborcję, część odrzuca, a my musimy zająć jakieś stanowisko
w tej sprawie i zawsze będziemy mieli część obywateli przeciwko sobie.
Możemy zatem spojrzeć na to jak na rozwiązanie matematycznego zadania
optymalizacyjnego: jak skonstruować optymalny mix tematyczny, żeby
pozyskać przychylność jak największej liczby wyborców.
Borys głośno wzdycha. Tak, wiem, gadam oczywistości, referuję, na czym
polega jego praca. Ale nikt jeszcze nie wie, do czego zmierzam.
- Jeśli cała polityka sprowadza się do rozwiązania zadania
optymalizacyjnego, znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Musimy bowiem
racjonalnie założyć, że nasi przeciwnicy dysponują danymi identycznymi z naszymi. Znają te same algorytmy i pracują na identycznym softwarze.
Rozwiązują to samo zadanie. Jaki dostaną wynik? Identyczny.
Maurycy zaczyna kumać, do czego zmierzam. Kiwa ze zrozumieniem głową.
- A zatem wszyscy wysyłają ten sam komunikat. Nieważne: socjaldemokraci,
liberałowie czy chadecy. Wszyscy dążą do maksymalizacji poparcia. A rozwiązanie równania jest jedno i tylko jedno. Jeśli dostęp do
informacji jest pełny, każdy rynek wyborczy nieuchronnie zmierza do
dystrybucji poparcia fifty-fifty. Skoro kandydaci przestają się od
siebie różnić, wpływ zaczynają mieć czynniki losowe, chwilowe
fluktuacje, wahnięcia w górę i w dół, jak ten nieszczęsny "postęp"
podczas dzisiejszej debaty. To biały szum, którym nigdy nie będziemy
mogli zarządzać. Prawo powrotu do średniej. Dziś pan znalazł się pod
kreską, jutro z równym prawdopodobieństwem może się to przytrafić
rywalowi.
- Co pan zatem proponuje? Jak przeciągnąć - jak pan to nazwał - biały
szum na naszą stronę?
- Nie da się. Zostało to udowodnione w wielu eksperymentach. Matematyka
chaosu, wrażliwość układu na warunki początkowe, wysokie wykładniki
Lapunowa. Kiedy rzucam kostką, nie potrafię obliczyć, ile oczek wyrzucę,
choć jest to proces doskonale deterministyczny. Ułożenie kostki w dłoni,
napięcie mięśni, siła i kierunek rzutu, powierzchnia, po której toczy
się kostka - zmiennych jest zbyt wiele, by dało się je włożyć do modelu
i żeby z tego modelu wyszedł wartościowy wynik. Oba sztaby dysponują
identycznymi informacjami i identycznymi sposobami, jak przetworzyć te
informacje w komunikaty do wyborców. Dlatego o zwycięstwie będą
decydowały czynniki losowe.
- Więc? - Napięcie sięga zenitu. - Wypatruję konstruktywnych
rekomendacji i nie mogę się doczekać.
Serwuje mi nad wyraz nieregulaminowy uśmiech. Uśmiech, który mówi:
"Jeszcze jedno głupie słowo, a zmiażdżę cię jak karalucha".
Teraz, to jest właśnie ten moment. Kupi albo nie. Ozłoci albo wywali na
zbity pysk. Ścieżka kariery wystrzeli pionowo w górę albo skończę pod
mostem.
- Prosił pan o game-changera i to jest właśnie ten game-changer.
Proponuję zapomnieć o wszystkim, czego do tej pory nauczyliśmy się o prowadzeniu kampanii. Zapomnieć o matematyce optymalizacji preferencji,
o dopasowywaniu komunikatu do oczekiwań wyborców i żmudnym ciułaniu
promili poparcia. Proponuję wymyślić się na nowo, przestać słuchać głosu
wyborców.
- Ale przecież... - syczy Dorota, jednak Maurycy podnosi dłoń, uciszając
koordynatorkę kampanii.
Patrzę przelotnie na Borysa, ten przewraca oczami, strojąc dziwne miny,
jakby chciał powiedzieć: "Co ten debil wygaduje?".
Wciąż mam kredyt zaufania, jeszcze przez kilka minut. Mówię coraz
szybciej:
- To jedyne logiczne wyjście, aby wydostać się ze ślepej uliczki
pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, do której prowadzi aktualna strategia.
Mówimy wyborcom to, co chcą od nas usłyszeć. To, co sami od nich
wcześniej usłyszeliśmy i odpowiednio przetworzyliśmy. To, na co wyborcy
są przygotowani. Dlatego nigdy nie dowiemy się, jak by zareagowali,
gdybyśmy powiedzieli im coś zupełnie innego, nowego, świeżego. Coś, na
co przygotowani nie są. Jeśli chcemy wygrać wybory, nie może im pan
mówić tego samego, co mówi Witold Skrzypek. - Dla wzmocnienia efektu
celowo używam jego pełnego imienia i nazwiska. - Inaczej nigdy nie
przerwiemy zaklętego kręgu. W krótkim okresie może się to wiązać ze
spadkiem poparcia.
Dorocie wyrywa się z piersi krótkie, urwane syknięcie, ale posłusznie
nie zabiera głosu, choć widzę, że ciśnienie rozrywa ją od środka. Wierci
się, nie może usiedzieć na krześle, pali się, aby coś powiedzieć.
- Nawet jednak jeśli wyborcy z nową wizją początkowo się nie zgodzą,
musi ich pan przekonać, że to jest dla nich ważne. Wtedy zmienią zdanie
i pójdą za panem. Dopiero wtedy możliwe będzie odróżnienie się od
Skrzypka i zwycięstwo. Nie przypadkowym pół procent, ale zwycięstwo
zauważalne, siedmioma-ośmioma punktami.
Kończę i zamykam oczy. Czekam na gromy, które za moment spadną na moją
głowę.
Wszyscy wokół stołu milczą. Czekają, aż Maurycy pierwszy zabierze głos,
ale jemu się nie śpieszy.
- Dorota? - Wyciąga w jej stronę otwartą dłoń.
- Moim zdaniem ryzyko jest zbyt wielkie i nie możemy sobie pozwolić na
takie działanie. Wszystkie elementy kampanii mamy teraz dokładnie
wyliczone, wiemy, jak na każdą obietnicę zareagują wyborcy i ile
poparcia przyniesie. Rzucanie się na głęboką wodę to... - Szuka słowa, ale
nie potrafi znaleźć. Wszyscy wiedzą, że chce powiedzieć co najmniej
"głupota", ale reguły spotkania jej nie pozwalają. - ... działanie nad
wyraz nieodpowiedzialne.
- Borys?
Jajogłowy tylko kręci głową.
Więc tak kończy się moja kariera - pogardliwymi uśmiechami i milczeniem.
- Mnie się podoba. - Maurycy ponownie sięga po butelkę wody. - Doceniam
myślenie out of the box. Staram się działać racjonalnie. Jeśli jednak
nie zrobię nic, mam w najlepszym razie pięćdziesiąt procent szans na
zwycięstwo. A po dzisiejszej wpadce podczas debaty - nawet mniej. Muszę
postawić na jedną kartę. Zaryzykować.
- Dziewięć dni. Pierdolone dziewięć dni do wyborów - wyrywa się Dorocie.
- Uwzględniając ciszę, to siedem dni efektywnej kampanii. Wymyślić się
na nowo. Przedstawić wizję, którą oni odrzucą, ale potem zostaną do niej
przekonani. Przecież pan wie, ile czasu zajmie opracowanie nowych modeli
i zasilenie ich danymi. Robimy dla pana cuda, ale nie żeby w tydzień
przemodelować całą kampanię. Pracowaliśmy nad nią rok. Nie da się!
- Ależ to nie jest problem - mówi Maurycy, uśmiecha się uśmiechem
katalogowym numer cztery, a ja w tej chwili mam ochotę skoczyć za nim w ogień. Wiem, że z takim człowiekiem zwycięstwo mamy w kieszeni. - Jeśli
dobrze zrozumiałem naszego głównego speca od public relations, tym razem
powinniśmy się obyć bez modeli. Zaufać intuicji. Wybrać coś, w co ja -
ja, a nie moi wyborcy - wierzę naprawdę i tego się trzymać. Uczynić się
bardziej podmiotem kampanii, a nie przedmiotem, jak do tej pory.
Kiwam głową tak mocno, że zaraz pękną mi kręgi.
- Macie noc, aby wymyślić dla mnie ten temat. Ja też przygotuję swoje
propozycje. Widzimy się na burzy mózgów o szóstej trzydzieści rano. To
będzie historyczna kampania i historyczne zwycięstwo.
Wstaje od stołu, w ciszy słychać szum szurającego krzesła i kroki po
parkiecie. Znika za drzwiami i wtedy zaczyna się piekło.
+15
Dziewczyna na oko nie ma jeszcze trzydziestki. Nerwowo spogląda na
zegarek, nawijając na palec pasmo jasnych włosów. Nie robi tego
świadomie. Rozgląda się po pomieszczeniu, ale nie potrafi zawiesić na
niczym wzroku - celowy zabieg projektantów. Zburzyć wszelkie poczucie
komfortu, odcinać bodźce, aby nie dało się zająć myśli czymś innym.
Obserwuję ją zza drugiej strony weneckiego lustra. Jeszcze za wcześnie,
jeszcze dam jej pięć minut. Spokojnie popijam kawę, przegryzam
drożdżówką. Przeglądam dokumenty sprawy, układam w głowie scenariusz
rozmowy, testuję alternatywne warianty konwersacji.
Wreszcie wstaję, biorę akta pod pachę i wchodzę do pokoju. Ona wbija we
mnie spojrzenie, lecz ja celowo unikam kontaktu wzrokowego. Siadam na
krześle, które trzeszczy pod naporem mojego cielska. Otwieram teczkę,
udaję, że czytam papiery, choć wszystko i tak znam na pamięć.
- Imię i nazwisko, wiek - rzucam od niechcenia po obowiązkowych
dziewięćdziesięciu sekundach ciszy.
- Joanna Zielonka, dwadzieścia dziewięć lat - odpowiada od razu. Głos
jej drży, jest przerażona. Nie przypuszczam, żeby były z nią problemy.
- Pracuje gdzieś pani?
- Mam licencję detektywa kauzalnego.
- Detektywa... Jakiego?
- Kauzalnego.
Wzdycham bardzo ciężko, rozkładam ręce i robię minę poczciwca.
- Niech pani zrozumie... Mam prawie dwa razy tyle lat co pani. Nie łapię
nowinek. Czy mogłaby pani...
- Detektyw kauzalny bada przyczynowość zjawisk. - Teraz role się
odwróciły. Ona patrzy na stół, ja zaś próbuję przechwycić jej
spojrzenie, choćby na chwilę. Chcę się upewnić, że zawiązała się między
nami nić sympatii.
- No, niestety, za głupi jestem. Jakby spróbowała pani wytłumaczyć na
przykładzie...
- Proszę sobie wyobrazić: firma, wielki międzynarodowy koncern, jest w poważnych tarapatach. Udziały w rynku lecą na łeb na szyję, tanieją
akcje, zespół jest zdemoralizowany. Co się wówczas robi? Otóż za
naprawdę grube pieniądze zatrudnia się nowego prezesa, który nieraz z takimi wyzwaniami się mierzył i wygrywał. No i teraz nasz cudotwórca,
korporacyjny mesjasz, dostaje zadanie oczyścić z syfu tę stajnię
Augiasza i przywrócić dawne dni chwały. Czasem się prezesowi udaje, a czasem nie.
- Jak w życiu - wchodzę jej w słowo.
Uśmiecha się. Już jest moja.
- Jeśli się nie udaje, sprawa jest prosta. Prezes zawiódł na całej
linii, rada nadzorcza już pisze wypowiedzenie, szukają nowego
zbawiciela. Ale cały dowcip zaczyna się wtedy, kiedy firma rzeczywiście
staje na nogi. Krzywe sprzedaży strzelają w górę, inwestorzy znów patrzą
przychylnym okiem, wszystko jest cacy. Dzięki komu to się wydarzyło?
- To chyba oczywiste. - Jej wywód zaczyna mnie intrygować. Nie potrafię
stwierdzić, do czego zmierza; nie wiem, jakiej puenty oczekiwać.
- Wcale nie oczywiste. Nasze mózgi są tak skonstruowane, aby desperacko
szukać przyczynowości i znajdywać ją, nawet jeśli jej wcale nie ma. Taką
mieliśmy ewolucję i nic nie poradzimy. Chaosu i przypadkowości jest
znacznie więcej, niż nam się wydaje. Szczególnie we współczesnym, ciasno
zglobalizowanym świecie, gdzie wszystko jest jedną wielką siecią
wzajemnych powiązań. Wystarczy delikatnie pociągnąć za jeden koniec, a skutki będą nie do przewidzenia. Na co dzień nie widzimy wszystkich
głębokich, ukrytych powiązań, dlatego zadowalamy się najprostszymi,
zdroworozsądkowymi interpretacjami. Wracając do mojego przykładu: do
firmy przychodzi nowy szef, szumnie ogłasza program naprawczy, mija pół
roku, wyniki finansowe są znacznie lepsze. Zdrowy rozsądek widzi zatem
sprawczość, ścisłą przyczynową zależność pomiędzy decyzjami prezesa a wynikami firmy - bo to najprostsze wytłumaczenie. Tymczasem dla
detektywa kauzalnego nic nie jest oczywiste, a zdrowy rozsądek to
największy wróg.
- Bardzo ciekawe. Proszę mówić dalej.
- Większość moich projektów miała podobny cel. Zwykle zatrudniały mnie
rady nadzorcze, chcąc się upewnić, czy rzeczywiście istnieje przyczynowy
związek pomiędzy działaniami prezesa a zyskiem przedsiębiorstwa i czy
prezes zasługuje na sutą pensję, jaką z reguły dostaje. Musiałam
zgłębiać sieci przyczynowe, zaglądać pod powierzchnię zjawisk, odróżniać
korelację od przyczynowości. A może firma ma się lepiej nie dlatego, że
zatrudniła właśnie nowego prezesa, ale po prostu w tym samym momencie
koniunktura na rynku się poprawiła? Zbankrutował największy konkurent,
zmieniły się regulacje rządowe, spadły ceny surowców, odwróciły się
konsumenckie trendy? Albo po trochu zadziałała kombinacja tych czynników
i prezes równie dobrze mógłby po dziesięć godzin dziennie oglądać
pornole, zamknięty w gabinecie, nie podejmując żadnych decyzji, a wyniki
firmy byłyby takie same. Na tym polega moja praca.
- Ale przecież chcemy porozmawiać o czymś innym - wślizguję się pomiędzy
jej słowa w momencie, kiedy robi pauzę, by zaczerpnąć oddechu. W tej
samej chwili traci rezon, zamyka się w sobie. - Chyba właśnie w takich
okolicznościach poznała pani Maurycego Marca?
Kiwa głową.
- Proszę opowiedzieć.
- To był projekt dla Socjaldemokratycznych Reformatorów. Nic wielkiego,
proste analizy rzeczywistych przyczyn sukcesu akcji fundraisingu, jaką
wdrożyli rok wcześniej. Zajmował się tym właśnie Maurycy.
- Znała go pani wcześniej?
Patrzy na mnie czujnie, wietrzy podstęp.
- Dziesięć lat temu miałam dziewiętnaście lat. Głosowałam wtedy na
niego, uwiódł mnie woltą na finiszu kampanii. Zaproponował coś ważnego,
ale trudnego... Jakby to ująć: przestał być przezroczysty, nie wiem, czy
pan rozumie... Z przedmiotu stał się podmiotem. Niesamowicie wyraźnie
odróżnił się od kontrkandydata. Stał się autentyczny. Ja to kupiłam w całości, choć w pierwszej turze głosowałam na Skrzypka.
Sięgam po długopis i notuję. Cisza staje się niezręczna. Wreszcie unoszę
głowę i patrzę na nią z życzliwością.
- Pani, tak?
Ponownie się uśmiecha.
- Chce pan powiedzieć, że byłam młoda i naiwna?
- Jeśli dobrze pamiętam, jego notowania wzrosły wśród najmłodszych
wyborców. I tylko tam. Jaki był wtedy wynik, pamięta pani? Czterdzieści
do sześćdziesięciu?
- Trzydzieści osiem do sześćdziesięciu dwóch.
- Spektakularne. Zjechał o dziesięć punktów poparcia w tydzień.
- O trzynaście punktów w osiem dni.
- Jak to zniósł?
- Ponoć fatalnie. Wpadł w depresję, wycofał się z polityki, zaczął
pracować w biznesie, ale kilka lat temu wrócił do Socjaldemokratów.
- Przed reformą czy po reformie ordynacji?
- Krótko po.
Wszystko zaczyna się układać w spójną całość. Porażka w wyborach była
zbyt bolesna, aby zrobić come back ot tak, po prostu, z powodu
zwykłego kaprysu. Musiała nadejść historyczna reforma, która wywracała
do góry nogami poprzedni model uprawiania polityki. Wprowadzała
losowanie jako podstawowy mechanizm wyłaniania władzy.
Ponownie zaglądam do papierów, udaję, że coś sprawdzam, marszczę czoło i mruczę pod nosem.
- Ale Maurycy uwiódł panią, że użyję pani własnego słowa - stukam
długopisem w notatki - nie tylko dziesięć lat temu, podczas tamtej
pamiętnej kampanii, kiedy była pani zapewne uroczą, nieśmiałą
nastolatką, on zaś o mały włos został najważniejszą osobą w państwie?
Chyba nie tylko wtedy? Mam rację?
- Nie rozumiem, o czym pan mówi. - Znów nawija na palec blond pasemko.
- Byliście kochankami?
Odrywa palce od włosów i sztywnieje. Zmrużone oczy jak wąskie rany po
niezdecydowanym cięciu żyletką.
- Czy to ma związek ze śledztwem?
- Na razie to ja zadaję pytania.
Milczy, a w ciszy powietrze między nami się gotuje. Ale ja przywykłem do
podobnych sytuacji, to ona się męczy i chce wreszcie wyjść z tego
pokoju, zrzucić ciężar z barków, uciec, zapomnieć. W końcu się poddaje.
- Byliśmy.
- Chyba spora różnica wieku? Nie przeszkadzało to pani?
- Dwadzieścia lat. Maurycy nie miał jeszcze pięćdziesiątki.
- Jaki miał stosunek do reformy? Do demokracji statystycznej?
Nabiera głęboko powietrza, jakby zanosiło się na dłuższą wypowiedź.
- Chce pan zapytać, czy podobała mu się idea wyłaniania prezydenta i parlamentu nie poprzez demokratyczne wybory, tylko losowanie? Cóż, to
chyba jasne, że traktował lottokrację jako szczyt idiotyzmu. Oczywiście
rozumiał wszystkie racjonalne argumenty i przesłanki, które za tym
stały. Coś się popsuło, pękło, i to nawet nie w ostatnich latach, lecz
dużo, dużo wcześniej. Dopóki politycy nie dysponowali precyzyjnymi
narzędziami monitorowania nastrojów społecznych, wszystko działało dość
dobrze. Kierowali się poglądami, które wyznawali i w które szczerze
wierzyli. Naprawdę mogli zmieniać świat, mieli tę siłę, którą później
stracili. Im więcej wiedzieli, tym lepiej rozumieli, że polityka zmienia
się w grę, w której wszyscy za wszelką cenę chcą się utrzymać na
powierzchni. Nikt nie zamierza podejmować trudnych decyzji, bo trudne
decyzje dramatycznie zmniejszają szanse na reelekcję. Wygrywa myślenie
krótkowzroczne, a nie długofalowe plany. W dodatku im więcej precyzyjnej
wiedzy, czego naprawdę pragną wyborcy, tym nieuchronniej kandydaci
upodabniają się do siebie, dawne wizje świata, programy działania,
podział na lewicę, prawicę, stają się przestarzałe. Na tym polega
prawdziwy koniec historii. Nic się już nigdy nie zmieni, bo aby przyszła
zmiana, obywatele muszą jej chcieć. A sami z siebie nie zaczną jej
chcieć, dopóki ktoś im nie pokaże, że inna rzeczywistość jest możliwa.
Błędne koło. Maurycy próbował stawić opór i dlatego skończył marnie.
Przeżył wtedy załamanie nerwowe, ciężką depresję - ponieważ zrozumiał,
że taka sytuacja jest nieuchronna i nikt nie ma siły, aby ją
powstrzymać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki