Anatomia niewinności - Sofia Brodzka

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
Byłam podejrzana o zabójstwo chłopaka, w którym się zakochałam.
W sali panowała cisza. Tylko rytmiczne stukanie długopisu o blat przypominało mi, że ktoś wciąż notuje. Siedziałam naprzeciwko policjanta, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakbym w ten sposób mogła się zasłonić przed całym światem.
- Kogo niby? Scotta? - prychnęłam. - Oczywiście, że go znałam. Nie byliśmy razem w grupie, ale mijaliśmy się na korytarzach. Na tej uczelni nie ma chyba nikogo, kto by go nie kojarzył. Nie wiem, jaki był naprawdę, ale głucha nie jestem. Słyszałam plotki.
- Jakie? - zapytał detektyw spokojnie.
- Codziennie inne. Może dlatego, że intrygował ludzi. Wie pan, jak to jest. Przetrzepywali jego profile w mediach, szukali sensacji. A kiedy dowiedzieli się o jego śmierci... panika. Nikt nie wierzył. Bo jak to ktoś miałby umrzeć na kampusie? Mówią, że kiedyś była tam fabryka trumien. Teraz nikt się nie zapuszcza na tyły. Ciemno tam i dziwnie, ma się wrażenie, że coś zaraz wyskoczy zza rogu. Z okien na tamtym korytarzu widać to miejsce, ale po co patrzeć?
Tylko przypomina, że za uczelnią kryje się coś, o czym lepiej nie myśleć.
- Widziała to pani osobiście, Auroro?
- Nie, znaleźli go studenci. Zebrał się tłum, ktoś zadzwonił po policję. Profesorowie przyszli dopiero, gdy Susan, ta, która trafiła na ciało, zaczęła krzyczeć. Jak zwykle zjawili się na końcu.
- Czyli ktoś ich powiadomił?
- Tak. Gdyby nie to, pewnie dowiedzieliby się od funkcjonariuszy.
Miałam już dość tego przesłuchania. Wiedziałam, że niczego nowego nie powiem, a on i tak mi nie wierzy.
- Niech mi pani nie mówi, że nikt wcześniej niczego nie podejrzewał. Skargi? Plotki?
- Pyta pan, czy wiedzieli o Scotcie? Myślę, że nie. O jego śmierci dowiedzieli się dopiero po wszystkim. Nie miałam pojęcia, że był dręczony. Myślałam, że takie rzeczy kończą się w szkole średniej. A jednak podobno kilka popularnych dziewczyn nastawia innych przeciwko niemu. Nie otwarcie, ale po cichu. Wystarczyło to, by zaczęto go unikać. Po wszystkim uniwersytet ogarnął chaos. Na początku wszyscy myśleli, że to samobójstwo. Nikt nie dopuszczał innej myśli. Ale potem... zaczęto szeptać. I nagle to ja stałam się tą, na którą wszyscy patrzą z ukosa. Bo kto chciałby chodzić na uczelnię, na której doszło do zabójstwa?
Niektórzy przestali przychodzić na zajęcia, inni wpadli w szał nauki, jakby bali się, że jeśli nie zdadzą, duch Scotta przyjdzie po nich. Wszyscy mieli jakąś wersję tej historii, oprócz mnie.
Po minie detektywa widziałam, że nie wierzy w ani jedno moje słowo.
- Proszę powiedzieć coś o nim.
- O Scotcie? - zawahałam się. - Był pełen energii. Mądry, lubiany... przystojny. W liceum częściej rozmawialiśmy, ale od kiedy zaczęliśmy studia, odsunął się ode mnie.
Tu, w pustej sali, łatwiej było się przyznać do rzeczy, których nigdy nie miałam odwagi wypowiedzieć na głos.
Pamiętałam go tak wyraźnie, jakby wciąż stał przede mną... wysoki brunet z oczami w kolorze ziemi po deszczu. Spokojnymi, ciepłymi, a jednak skrywającymi coś, czego nigdy nie potrafiłam nazwać. Był jak ktoś, kogo widzi się tylko przelotem, ale od tego jednego spojrzenia wszystko w środku drżało.
A ja... byłam tylko sobą. Dość niska, szczupła, z włosami w odcieniu jesieni. Moje włosy nigdy nie układały się tak, jak chciałam. Oczy przypominały kolor oceanu, tego lodowatego, islandzkiego, który potrafił uspokoić, ale też wciągnąć człowieka na dno, jeśli patrzył w nie za długo. Czasem myślałam, że właśnie dlatego mnie nie zauważał. A może widział więcej, niż chciałam. Byliśmy jak dwa brzegi fiordu, zawsze blisko, a jednak rozdzieleni przez otchłań, której nie daliśmy rady przeskoczyć. Popękani i skryci pod warstwą szronu, mimo to płonął w nas ogień zdolny spalić cały świat. Nie mogłam uwierzyć, że prawda o nas jest tak piękna, a jednocześnie tak niszczycielska.
ROZDZIAŁ 1
Wpatrywałam się w mecenasa Edwarda Langforda ze znużeniem. Adwokat był zuchwały, walczył z uporem o to, co uważał za słuszne. Był wręcz podręcznikowym przedstawicielem elit. Nigdy w życiu nie doświadczał porażki ani frustracji, dlatego w tym przypadku także zamierzał wzorcowo wybronić swoją klientkę, czyli mnie... Przejrzał dokumenty, zanotował coś w pośpiechu i przywołał na usta szeroki uśmiech.
- No, mamy to. Powtórzmy to sobie raz jeszcze, tak dla pewności. Czyli nie zabiłaś Scotta, zgadza się?
Nie odpowiedziałam, tylko rzuciłam mu poirytowane spojrzenie.
- Przyjaźniłaś się ze Scottem od dziecka, przez całe liceum. Na całym świecie nie było lepszych przyjaciół niż wy dwoje. Będziemy nieustająco kłaść na to nacisk. Nie zapominaj.
Mecenas Edward twierdził, że jeśli będę mówić to, co on mi każe, to bez większych problemów wypuszczą mnie na wolność. Nie polubiłam tego prawnika. Byłam pewna, że mężczyzna dostał od mojego ojca ogromne pieniądze i że zgarnie fortunę za obronę kogoś, kto jest niewinny.
Jestem przekonana, że panu Edwardowi nie mogło się trafić nic łatwiejszego, a tymczasem sprawiał wrażenie, jak gdyby chodziło o niezwykle trudną sprawę. Nie podobało mi się, że zachowywał się niczym bóg. Przypominał wszystkie te bóstwa, które obiecywały człowiekowi nie wiadomo co, jeśli tylko szczerze w nie uwierzy, by koniec końców nie wysłuchać jego modlitw.
- Policja ma twoje odciski palców.
- A, o to chodzi...
W odpowiedzi na moje słowa mecenas zmarszczył lekko brwi.
Scott zmarł tamtego dnia po uderzeniu kamieniem w głowę. Kiedy ujawniono, że wbrew plotkom nie było to samobójstwo, lecz morderstwo, na uniwersytecie nastał chaos. Władze placówki starały się za wszelką cenę zdusić pogłoski w zarodku, wieści niosły się niczym bezkształtny dym, stopniowo przybierający coraz ciemniejszy odcień czerni.
Student zamordowany na terenie placówki.
Wystarczył jeden artykuł, by sprawa wzbudziła gniew całego narodu. A kiedy wyszło na jaw, że główną podejrzaną jest inna studentka uczelni, ludzie wpadli w szał i zaczęli stanowczo domagać się zmiany prawa karnego.
W komentarzach na portalu internetowym z wiadomościami pojawiło się wiele głosów, że taka bestia jak ja powinna zostać natychmiast stracona. Sprawa nabrała rozgłosu i w telewizji wyemitowano reportaż o licealnej przyjaźni między chłopakiem a dziewczyną, która zakończyła się na studiach. Cała sieć huczała od domysłów, że zrobiłam to ze złości, bo Scott nie chciał się ze mną więcej przyjaźnić.
Rozmowa z prawnikiem trwała już za długo... Nagle drzwi się otworzyły - to była moja matka.
- Zrobiłaś to? - zapytała z malującym się na jej twarzy zmęczeniem. - O nic się nie martw. Mama cię ochroni. Nie bój się...
Być może zbyt wiele od niej wymagałam. Znalezienie oparcia w kobiecie, która zamiast pocieszyć, trzęsła się ze strachu o córkę i pytała, czy ta zabiła swojego przyjaciela... byłego, okazało się znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.
- Mówię do ciebie! Zrobiłaś to czy nie?
Nie odpowiedziałam. Zagryzłam wargi, a w oczach matki pojawiły się niechęć i gniew.
- Gdzie, do cholery, popełniłam błąd? Czy coś zrobiliśmy nie tak? Niczego ci przecież nie brakowało, odkąd przyszłaś na świat. Dobrze cię karmiłam, o wszystko dbałam! No więc dlaczego? Co ci nie pasowało? Z czym miałaś problem?!
Nadal milczałam.
- Zabiłaś człowieka? Naprawdę to zrobiłaś? Czy tobie do reszty odbiło? Jak mogłaś...
W odpowiedzi wciąż słyszała ciszę.
- Zadaję ci pytanie! Zabiłaś go czy nie?! Czemu nic nie mówisz? - Jej głos przepełniała bezradność.
Mama wciąż krzyczała, a ojciec nawet nie przyszedł na widzenie. Pewnie obawiał się, że ludzie poznają prawdę. A może zamierzał wykreślić jedyną córkę z rodziny i żyć dalej tak, jakby nigdy jej nie znał? Zamiast udać się na spotkanie ze swoją przerażoną córką, wysłał do mnie najdroższego prawnika z dużym doświadczeniem zawodowym.
W dniu, gdy mama przyjechała na widzenie, by wyciągnąć ode mnie, czy go zabiłam, wyrazić własną niechęć i zganić za to, że bez przerwy milczę, pragnęłam zadać jej jedno tylko pytanie: "A uwierzysz mi, jeśli powiem, że nie?".
Matka gwałtownie wstała, dźwięk szorowania odbił się od ścian pokoju przesłuchań. W jej oczach widziałam współczucie i zmęczenie. Strażnik skinął głową, otwierając ciężkie drzwi.
Dopiero gdy te zatrzasnęły się za nią z głuchym dźwiękiem, mecenas, który do tej pory stał pod oknem nieruchomo z założonymi rękami, odchrząknął znacząco. Przez cały czas trwania tej sceny zachowywał profesjonalny dystans. Podszedł do biurka, odsunął krzesło i zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Słuchasz? - Mecenas Edward postukał długopisem o blat. - Pozwól, że wyjaśnię ci to raz jeszcze. Policja ma dwa dowody. Jednym jest kamień z odciskami twoich palców, a drugim wiadomości na portalu społecznościowym, które wysyłałaś tamtego dnia do Scotta.
Policja uparcie wypytywała, o co mi chodziło. Nie było dla nich wątpliwości, że to ja jestem winna. Ślady tego zapisały się w naszej konwersacji.
Siedziałam naprzeciwko Edwarda Langforda. Pachniał drzewem sandałowym i starym pergaminem, a każde jego słowo było jak chłodne uderzenie w twarz. Nie potrafiłam nawet westchnąć.
Scott, błagam, porozmawiajmy.
Nie mogę tego tak zostawić.
Spotkajmy się tam, gdzie zawsze.
Trzy wiadomości. Głupie, bezbronne, zbyt szczere. Nie odpisał. Ani słowa. Ani jednej kropki, która mogłaby mnie uratować. Langford mówił dalej, spokojnie, jakby czytał raport...
- Twierdzą, że byłaś roztrzęsiona. Że chciałaś z nim porozmawiać, a gdy cię zignorował, straciłaś panowanie nad sobą.
Nie zaprzeczyłam. Nie miałam już siły. Tak wyglądały wiadomości przesłane przeze mnie do Scotta. Przez dłuższy czas je ignorował, by w końcu odpisać.
Przyjdź tam za chwilę.
To była ostatnia wiadomość, jaką Scott wysłał do kogokolwiek. Policja doszła do wniosku, że wspomniane przez chłopaka "tam" odnosi się do opuszczonego terenu. Sądzili, że doszło do naszego spotkania. Według ich złośliwych insynuacji nie spodobała mi się odpowiedź chłopaka i byłam tak zła, że nie potrafiłam przyjąć odrzucenia i w amoku chwyciłam kamień, a następnie go zaatakowałam. Budowali tę narrację z taką pewnością, jakby byli tego świadkami, choć dla mnie brzmiało to jak kiepski scenariusz kryminału, w którym na siłę próbowano obsadzić mnie w roli morderczyni.
Słowa śledczych wprawiły mnie w osłupienie. Policja zastanawiała się, czy to zrobiłam. Czy to ja zabiłam? Tak naprawdę wszystko wyraźnie pamiętałam. To nie ja zabiłam Scotta. Wcale tego nie zrobiłam...
Zaprzeczyłam, ale policja i tak wiedziała swoje. Na narzędziu zbrodni znaleziono moje odciski palców, a moment wysłania przeze mnie wiadomości zbiegał się w czasie z popełnieniem morderstwa. Policjanci twierdzili, że jeśli nie udaję, to pewnie doznałam tak ogromnego szoku, że wyparłam z pamięci całe zajście.
- A wiesz, że na kamieniu znaleziono również odciski innych osób? - Ton głosu pana Edwarda sugerował, że nie ma powodu do zmartwień.
Westchnęłam z ulgą, przypominając sobie ostatnie dni. Kiedy funkcjonariusze przyjechali po mnie jako po podejrzaną o popełnienie morderstwa, wprawiło mnie to w konsternację. Czułam wstyd. Myślałam, że jeśli wszystkiemu zaprzeczę, to zaraz zostanę wypuszczona. Spędziłam jednak w areszcie cały dzień, potem kolejny, a końca tego wszystkiego nie było widać.
- Twoje odciski są, co prawda, wyraźniejsze, ale to nie wystarczy, by zrzucić na ciebie winę. Gdyby mieli niepodważalne dowody, nie trzymaliby cię tak w zawieszeniu. Brakuje im konkretów i snują domysły na podstawie poszlak. Mów tak jak teraz, że nic nie zrobiłaś. Rozumiemy się? Dlatego, nieważne, co będą mówić, idź w zaparte.
Wiedziałam, że nie mogą się dowiedzieć, po co tam naprawdę poszłam. Nie z wściekłości ani z rozpaczy. Poszłam, bo wciąż go kochałam. Chciałam mu powiedzieć, wyznać w końcu, co czuję. Że już nie chcę tego milczenia i dystansu między nami. Pamiętam tamten wieczór idealnie: mokrą ziemię pod stopami, chłód wdzierający się w płuca, drżące dłonie ściskające telefon.
Czekałam. Minuty ciągnęły się jak godziny. Każdy szelest w krzakach wydawał mi się jego krokiem, każdy podmuch wiatru jego oddechem.
Miałam mu powiedzieć: "Nie uciekaj ode mnie, Scott. Chcę cię tylko kochać". Ale on się nie pojawił. Zamiast niego przyjechała policja.
Langford oparł łokcie o biurko i spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek.
- To wszystko nie wystarczy, żeby cię skazać. Gdyby mieli twarde dowody, już dawno by to zrobili. Brakuje im motywu. Więc nie dawaj im go. Rozumiemy się, panno Auroro?
Skinęłam głową. Nie mogli wiedzieć. Nie mogli poznać prawdy o tamtym wieczorze, o tym, jak bardzo chciałam, by mnie usłyszał. Miłość miała być moim wybawieniem. Zamiast tego stała się dowodem winy.
ROZDZIAŁ 2
Z braku twardych dowodów tymczasowo mnie wypuścili. Słowa prokuratora wciąż dźwięczały mi w głowie. "Do czasu, panno Auroro. Do czasu".
Nibywolna, a jednak... Zakaz opuszczania miasta. W praktyce więzienie bez krat. Od tamtej nocy wszystko stało się jakoś nienaturalnie ciche. Ludzie przestali mówić wprost. Na ulicy czuję ich spojrzenia, nibyprzypadkowe, ale na każdej twarzy wymalowane jest pytanie, którego nikt nie zadaje: "Czy to naprawdę ty to zrobiłaś?".
Nie mają dowodów, tylko poszlaki, urywki rozmów i półsłówka. A mimo to czuję, że śledzą każdy mój krok. Ci z policji, sąsiedzi czy nawet dawni znajomi. Wszyscy udają obojętnych, ale wiem, że patrzą. Czasem widziałam samochód zaparkowany za rogiem trochę za długo. Czasem ktoś dzwoni i milczy w słuchawce. Może chcą, żebym się potknęła albo żebym w końcu powiedziała coś, czego nie powinnam. Ale ja nie dam im tej satysfakcji. Nie po tym wszystkim, co już straciłam... a raczej kogo.
Wiedzą, że byłam ostatnią osobą, która widziała Scotta żywego. I tylko ja wiem, co naprawdę się wydarzyło tamtej nocy. Ale ja tak naprawdę nie zdążyłam się z nim spotkać.
Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię... Odwróciłam się.
- Kim pan jest? - zapytałam zdenerwowana.
- Spokojnie, jestem dziennikarzem. Mam na imię James - odpowiedział trochę starszy ode mnie mężczyzna.
- Ja nic nie wiem. Muszę już iść - powiedziałam w pośpiechu.
- Tak mi przykro, że Scotta spotkało coś takiego. - Dziennikarz nie dawał za wygraną.
- Głupio mi o tym mówić. Nie orientuję się za dobrze. I mam wrażenie, że jak zacznę coś mówić, to inni zaraz coś przekręcą...
- Proszę podzielić się tym, co pani wie, Auroro - nalegał.
- Chwila, pan twierdzi, że wystarczy, jeśli podzielę się tylko tym, co wiem, ale ja naprawdę nie mam o niczym pojęcia. Przyjaźniliśmy się od dziecka. Na studiach Scott zakończył nagle naszą przyjaźń. Nie trzymaliśmy się już blisko, a potem urwał nam się kontakt, więc trudno mi coś powiedzieć.
- Trudno? - Dziennikarz uniósł brew, wątpił w każde moje słowo. - Czy raczej wygodnie? Bo wie pani, co mnie zastanawia? Że zawsze ci, którzy nic nie wiedzą, okazują się mieć najwięcej do ukrycia.
- Nie mam nic do ukrycia...
- Naprawdę? - Pochylił się lekko, ton miał ostry, delikatnie obniżony. - A może to właśnie był powód? Za to go pani zabiła. Scott zerwał przyjaźń, zostawił panią w tyle. Odmówił kontaktu. A może... - zawiesił głos, wpatrując się we mnie jak sęp w ofiarę. - Może pani go kochała?
Zrobiło się cicho.
- Niech pan przestanie - wyszeptałam. - Nie ma pan pojęcia, o czym mówi.
- Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że właśnie zaczynam rozumieć.
- Rany, serio? Dlaczego musicie mnie zadręczać tą tragedią? Źle się z tym czuję... Dajcie mi spokój.
Z początku tylko drgnęłam. Ledwie zauważalnie, coś we mnie pękło. Potem łzy same popłynęły, cicho i bez ostrzeżenia. Spływały po policzkach, zostawiając mokre ślady na skórze.
Dziennikarz zamilkł. Przez moment patrzył, sam nie wiedział, co zrobić z ciszą, która nagle zrobiła się ciężka.
- Wystarczy - powiedział w końcu, odchrząkując. - Nie będziemy dziś tego ciągnąć. - Powoli wyłączył dyktafon. Czerwona dioda przestała migać. - Następnym razem dokończymy. - Jego głos nie był już ostry. Teraz było słychać zmęczenie albo skruchę. - Proszę... odpocząć.
Otarłam policzki wierzchem dłoni, ale łzy płynęły dalej, uparte, dopiero teraz znalazły sposobność, by wypłynąć.
- Ja go nie zabiłam - powiedziałam przez ściśnięte gardło. - Nigdy bym...
- Ja pani wierzę - przerwał mi cicho. - Ale inni nie i będą pytać dalej.
Wsunął notatnik do torby, a potem jeszcze raz spojrzał na mnie, bez triumfu i jadu. Człowiek, który zobaczył więcej, niż planował.
Zostałam sama. Tylko cisza i echo jego słów zostały niczym nieproszony gość. Pośpiesznym krokiem ruszyłam w stronę domu.
Kiedy wróciłam do mieszkania, ręce miałam tak zmarznięte, że nie byłam w stanie wyjąć kluczy z torebki. Szyby w oknach pokryła para, światło nad drzwiami mrugało niczym stary neon, chyba świat próbował mi coś powiedzieć, a ja wciąż nie chciałam słuchać.
Zrzuciłam płaszcz, usiadłam na łóżku i wpatrywałam się w ekran telefonu.
Brak nowych wiadomości.
Odświeżałam, myśląc, że mogłabym coś zmienić. W końcu zasnęłam w ubraniu, z telefonem w dłoni, z tą idiotyczną nadzieją, że rano wszystko wróci do normy.
Scott miał gadane. Dobrze się uczył. Nikt nie był w stanie wygrać z nim w koszykówkę. Był miłym chłopakiem, potrafił stanąć w czyjejś obronie. W moich oczach Scott był kimś na miarę Supermana czy innego Iron Mana. W końcu to dzięki niemu w szkole średniej udało mi się nawiązać wiele przyjaźni. Kiedy wyszło na jaw, że byłam wcześniej wyrzutkiem, inne dzieciaki trzymały się z początku na dystans. Wydaje mi się, że za sprawą popularności Scotta stopniowo się do mnie przekonywali, ale na studiach znów stałam się niezauważona...
A on był chłopakiem, z którym każdy chciałby się przyjaźnić. Przystojny brunet, dobrze się uczył, do tego pochodził z bogatej rodziny. Tacy jak on nie muszą nic robić, żeby wokół niego zaczęły się ustawiać kolejki znajomych. W szkole średniej trzymaliśmy się ze Scottem blisko, dlatego ci, którzy pragnęli się do niego zbliżyć, dobrze mnie traktowali. Ja jestem specyficzna. Chyba można powiedzieć, że już na pierwszy rzut oka wyglądam na frajerkę. Dobrze się uczyłam, ale z twarzy wyglądałam raczej przeciętnie. W moim domu byłam samotna. Rodzice tylko pracowali, nie mieli dla mnie czasu. Brakowało mi pewności siebie. Ot, taki typ, z którym człowiek nie ma za bardzo ochoty się spoufalać.
Przy nawiązywaniu przyjaźni wszystko ma znaczenie. Wygląd, oceny czy sytuacja rodzinna. Nikt nie przyznaje punktów i nie prowadzi rankingów, ale w głębi serca każdy chce trzymać z tymi ładnymi, mądrymi i zamożnymi. To wszystko przestaje się liczyć, jeśli ktoś nadrabia osobowością, ale ja chyba nic takiego w sobie nie mam.
Właściwie to w szkole średniej Scott uratował mnie od samotności. Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś taki jak on wziął pod swoje skrzydła kogoś takiego jak ja. Może kierował się poczuciem sprawiedliwości, chęcią niesienia pomocy biednej dziewczynie? Może zwyczajnie mi współczuł? A może też coś do mnie czuł... Chociaż wątpię.
Pamiętam tamten dzień, czas wtedy zatrzymał się w połowie oddechu. Wszystko miało smak niepokoju, jak powietrze przed burzą. Niebo było ciężkie, a świat wokół wydawał się przygaszony, czekał, aż coś pęknie. Ja też czekałam. Od rana chodziłam jak struta, próbując sobie wmówić, że to tylko spotkanie, że nie wydarzy się nic wielkiego. Ale serce wiedziało lepiej, biło zbyt głośno, chciało wyrwać się z klatki i pobiec do niego pierwsze.
Scott. Jego imię miało w sobie coś, co potrafiło mnie rozłożyć na czynniki pierwsze. Niby zwykły chłopak, a jednak w mojej głowie zawsze był kimś więcej. Czasem myślałam o nim jak o świetle, które ogrzewa człowieka, ale jeśli podejdzie za blisko, to parzy.
Bałam się go zobaczyć, ale jeszcze bardziej bałam się, że go nie zobaczę. Wiedziałam, że tego dnia muszę to z siebie wyrzucić. Wszystko. Tyle lat milczenia, tłumionych uczuć, tych wszystkich "co by było, gdyby". Chciałam mu powiedzieć, że nigdy nie przestałam o nim myśleć, że każda wiadomość, na którą nie odpisał, bolała bardziej niż cokolwiek. Że to tak nagle zostawiło we mnie dziurę, której nikt, nawet Alice nie potrafiła załatać.
Alice... To ona mnie wtedy uratowała. Pierwszy rok studiów był piekłem: nowi ludzie, nowe miejsce, a ja wciąż z cieniem Scotta. Gdyby nie ona, chyba bym się rozpadła. Miała w sobie tyle życia, że wystarczyło na nas obie. Kiedy mówiła, świat wydawał się prostszy. Dzięki niej zaczęłam znowu oddychać, ale nawet ona wiedziała, że Scott to nie była zwykła przeszłość. Że to była rana, której czas nie goi, tylko człowiek przyzwyczaja się do bólu.
Tamtego dnia przygotowywałam się, żeby wyznać mu wszystko i dowiedzieć się, dlaczego tak nagle mnie odsunął. Może domyślił się, że coś do niego czuję i nie chciał mieć ze mną nic wspólnego? Nawet wyjęłam z szafy jego ulubiony sweter, ten granatowy, który nosił na szkolne zawody. Dał mi go któregoś dnia... Wiem, jak desperacko to brzmi, ale chciałam, żeby zobaczył, że pamiętam. Nie zdążyłam dotrzeć na plac opuszczonej fabryki... Może gdybym wtedy wyszła wcześniej... Wtedy, idąc na spotkanie, zobaczyłam samochód. Ten sam, który później, już po wszystkim, wydawało mi się, że widzę znowu, zaparkowany za rogiem mojej ulicy. Światła na chwilę mnie oślepiły, a serce podskoczyło. Auto odjechało. Ja zostałam sama do czasu, aż usłyszałam krzyk dziewczyny... z miejsca, w którym miałam spotkać się ze Scottem. Studentka, która go znalazła, umówiła się tam ze swoim chłopakiem. Chwilę później dowiedziałam się, że Scott nie żyje.
Nie pamiętam, jak wróciłam do domu. Nie pamiętam, co mówiła Alice, kiedy próbowała mnie utrzymać przy zdrowych zmysłach. Wiem tylko, że gdy policja zapukała do moich drzwi, nie zdziwiłam się, że przyszli właśnie do mnie. W końcu to ze mną miał się spotkać. Według policji widziałam Scotta jako ostatnia. I do dziś nie wiem, czy faktycznie wtedy coś się wydarzyło przypadkiem, czy ktoś od początku chciał, żebym to ja była winna.