Anaruk, chłopiec z Grenlandii
Wśród gromady dzieci eskimoskich, bawiących
się między namiotami na brzegu morza, rej wodził Anaruk. Słuchali
go nie tylko rówieśnicy, ale i starsi chłopcy. Nawet psy chętnie
poddawały się jego rozkazom.
Anaruk miał dwanaście lat - był jednak tak silny,
zręczny i odważny, że ojciec jego, Tugto, często zabierał syna ze
sobą na polowanie. Anaruk był z tego niezmiernie dumny.
Zaprzyjaźniłem się z nim bardzo prędko. Pozwoliłem
mu obejrzeć moją broń i podarowałem nóż stalowy, który
wzbudził w nim zachwyt. Następnego dnia Anaruk przyprowadził ze
sobą swego brata, pięcioletniego Nukuna, żeby i on obejrzał te
cuda. Musiałem wszystko pokazywać jeszcze raz i objaśniać, co do
czego służy.
Ze zdumieniem dotykali mięciutkiego wełnianego
swetra.
- Jak wygląda zwierzę, które ma takie futro? -
zapytał Anaruk.
Z trudem wytłumaczyłem mu, jak się robi
materiał. Nie przypuszczał, że można nosić ubranie z czegoś
innego niż skóra. Kazał obracać się Nukunowi na wszystkie
strony i pokazywał mi, jak uszyte są jego spodnie z futra białego
niedźwiedzia, bluza ze skóry foki i buty z miękkiej skóry młodego
rena.
Tak ubiera się Eskimos w lecie. Ale lato trwa tutaj
tylko trzy miesiące i jest zaledwie tak ciepłe, jak nasza wczesna
wiosna. Jesieni nie ma właściwie wcale - od razu zjawiają się zimne
wiatry, śnieżyce i wielkie mrozy, dochodzące do pięćdziesięciu
stopni. I tak bez przerwy przez długie miesiące.
Wtedy mieszkańcy Grenlandii, a jest ich kilkadziesiąt
tysięcy na wybrzeżach tej największej wyspy świata, chodzą
otuleni w futra. Ledwie nosy widać. Nawet niemowlęta zawija się
w skóry. Matki nie noszą dzieci na rękach, lecz w dużej kieszeni,
naszytej w ubraniu na plecach. W ten sposób mają swobodne obie ręce
do pracy. A pracy nie brak kobiecie eskimoskiej.
Grenlandia liczy ponad dwa miliony kilometrów
kwadratowych, a więc jest prawie siedem razy większa od całej
Polski. Gdyby północny skraj wyspy umieścić w Szczecinie, południowy
kraniec sięgnąłby daleko w głąb pustyni Sahary w Afryce. Prawie
cała Grenlandia skuta jest lodem. W samym środku wyspy grubość
lodowej pokrywy dochodzi do trzech kilometrów i naturalnie nigdy
nie taje.
Śniegi topnieją tylko na południowo-zachodnich
brzegach i tam na poletkach ziemi wyrastają trawy i mchy, a wśród
nich małe, ale barwne kwiatki.
Lato jest tak krótkie, że niektóre rośliny nie
zdążą w ciągu jego trwania przekwitnąć i owocować. Zaczynają
kwitnąć jednego lata, zimują pod śniegiem i owoce mają dopiero na
następną wiosnę.
Podczas lata rodzina Anaruka mieszka na brzegu morza
w namiotach zrobionych ze skór fok i renów. Obok stoją namioty ich
krewnych i przyjaciół.
Najtrudniej jest zdobyć drewno na pale do
namiotów. Lasów na Grenlandii nie ma - czasami zdarzają się tylko
niskie krzaki. Większe kawałki drewna można wyłowić jedynie...
z morza. Fale morskie rokrocznie wyrzucają tu na brzeg szczątki
rozbitych statków lub kłody drzew, przyniesione przez prądy morskie
z dalekich brzegów Syberii.
Drzewo to skarb prawdziwy: można zeń zrobić pal
do namiotu, części do sań lub szkielet kajaka, ale ludzie Dalekiej
Północy umieją sobie jakoś poradzić i bez drzewa: skóry namiotu
rozpinają na żebrach wielorybów.
Namiot taki wcale nie jest szczelny - deszcz
przedostaje się do środka. Anaruk nie martwił się jednak, że
woda kapie mu na głowę, dziwił się nawet bardzo, że my w Europie
nawet w lecie mieszkamy w kamiennych domach. Gdy pokazałem mu
fotografię ulic Warszawy, śmiał się początkowo, później zapytał
z niedowierzaniem:
- Chyba żartujesz! Ci wszyscy ludzie nie
mogą przecież mieszkać razem - skąd wzięliby tyle mięsa do
jedzenia?
Tłumaczyłem mu, jak mogłem, ale nie wiem, czy udało
mi się go przekonać.
Zdobycie pożywienia to sprawa życia i śmierci
dla mieszkańców Grenlandii. Polowanie na zwierzęta morskie, tak jak
to robią Eskimosi w dalekich zakątkach Grenlandii, nie jest rzeczą
łatwą ani bezpieczną. Latem wypływają na morze w kajakach. Nic
a nic niepodobnych do naszych. Szkielet buduje się przeważnie z żeber
zwierzęcych powiązanych rzemieniami; obciąga się go skórami,
pozszywanymi jak można najszczelniej. Otwór, w którym siedzi
myśliwy, jest bardzo ściśle dopasowany do jego wymiarów. Jeśli
łódka przedziurawi się w czasie polowania, myśliwy nie może
wydostać się z niej i tonie.
Na wyprawę Eskimos ubiera się w specjalny skórzany
kaftan, związany wokół kostek na rękach, pod brodą i dookoła
otworu kajaka. W ten sposób tworzy on z myśliwym jedną wodoszczelną
całość. Każdy uczy się tu polować z kajaka już od małego
dziecka. Gdy tylko umie dobrze chodzić, dostaje swój pierwszy kajak;
potem, w miarę jak podrasta, coraz to większy, aż wreszcie chłopak
sam musi sobie zrobić łódkę na swoją miarę.
Przeraziłem się ogromnie, gdy zobaczyłem kiedyś
z brzegu, że kajak Anaruka przewrócił się do góry dnem. Już
chciałem pospieszyć mu na pomoc, gdy raptem roześmiana twarz chłopca
ukazała się nad wodą i po chwili łódka płynęła normalnie.
Przypomniałem sobie wtedy, że myśliwi lubią
popisywać się swoją zręcznością, która nierzadko ratuje im
życie. Nieraz burza spotka ich na morzu, a fala wywróci kajak, wtedy
jednym silnym ruchem wiosła lub ramienia umieją przywrócić go do
zwykłej pozycji. Zdarza się jednak, że po dłuższej walce z falami,
gdy siły myśliwego wyczerpią się, ginie w lodowatej wodzie.
Tugto umiał przekoziołkować z kajakiem kilkanaście
razy i nic mu się nigdy złego nie stało.
Razu pewnego, wczesnym rankiem, gdy morze
było zupełnie spokojne, wybraliśmy się sześcioma kajakami na
polowanie. Każdy z nas zabrał harpun, dzidy i strzały. Musiałem
wiosłować z całych sił, żeby nadążyć za moimi
towarzyszami.
Zatrzymaliśmy się między skalistymi wysepkami,
często podobno odwiedzanymi przez foki. Na razie nie mogłem dostrzec ani
jednej, jednak Tugto kazał nam siedzieć w kajakach zupełnie bez ruchu,
żeby nie spłoszyć zwierzyny. Długo tak czekaliśmy i myślałem,
że już nic nie będzie z polowania, aż tu nagle, w odległości
kilkudziesięciu metrów, na powierzchni morza ukazała się mała,
okrągła głowa z długimi wąsami.
Kajaki Eskimosów bez plusku ruszyły w tym
kierunku. Zostałem na miejscu, bo wiedziałem z góry, że nie będę
umiał wiosłować tak cicho jak oni.
Podejrzliwa foka schowała się pod wodą, zanim moi
towarzysze zdołali do niej podpłynąć, i znów musieliśmy długo
czekać w ciszy, wstrzymując oddech.
Dopiero za trzecim razem myśliwym udało się
podpłynąć do foki na odległość rzutu harpunem. Foka trafiona
znikła w morzu, ale w tym miejscu na powierzchni wody utrzymywał
się pęcherz skórzany napełniony powietrzem i przywiązany rzemieniem
do harpuna.
Jest to bardzo dowcipne urządzenie: w ten sposób
Eskimos widzi, gdzie zatonął jego łup, a jeśli nawet chybi celu
- może zawsze wyłowić swą broń.
Ostrze harpuna zrobione jest z twardej kości
i osadzone na drewnianej rękojeści. Bywają także harpuny innego
rodzaju: po wbiciu ostrza w ciało zwierzęcia drzewce odłącza się
i pozostaje w ręku myśliwego.
Pod koniec dnia upolowaliśmy pięć wielkich,
tłustych fok. Z zainteresowaniem oglądałem te zwierzęta, które
dostarczają Eskimosom mięsa, tłuszczu i skór. Dwumetrowe prawie,
walcowate ich ciała zakończone były dwiema przednimi płetwami
i jedną tylną. Lśniąca, ciemnoszara sierść o krótkim, dość
sztywnym włosie w niczym nie przypominała puszystego czarnego futra,
jakie chętnie noszą kobiety u nas.
Cała osada wybiegła na brzeg na nasze
spotkanie. Ludzie krzyczeli, psy szczekały - wszyscy cieszyli się
na myśl o uczcie.
Wyciągnęliśmy na brzeg upolowane foki. Za pomocą
długich noży - żaden myśliwy nigdzie nie rusza się bez takiego
noża - zabraliśmy się do ściągania skór i ćwiartowania
mięsa. Eskimosi kilkoma zręcznymi ruchami odcinali skórę, którą
oddawali kobietom, i szybko dzielili zdobycz. Gromadka dzieci otoczyła
ich ze wszystkich stron, wiedziały one doskonale, że dostaną ulubiony
przysmak - delikatny, o słodkawym smaku tłuszcz znajdujący się
tuż pod skórą.
Zrobiło się straszne zamieszanie i hałas. Każdy
chciał schwytać jak najwięcej. Wszystko jednak odbywało się
na wesoło, ze śmiechem i żartami, bo dzieci eskimoskie, tak samo
zresztą jak i ich rodzice, nie kłócą się nigdy ani nie biją.
W razie sprzeczki Eskimosi stają naprzeciwko
siebie przed całą ludnością osady i jeden na drugiego
układają złośliwe piosenki. Wszyscy się śmieją i cieszą
z udanych żartów, a zwycięzcą zostaje ten, którego piosenki są
dowcipniejsze. Ośmieszony przeciwnik nie zacznie na pewno tak prędko
nowej kłótni.
Opowiadano mi zabawną historyjkę o dwóch
podróżnikach, którzy zamieszkali wśród Eskimosów. Pewnego razu,
naradzając się nad dalszą podróżą, wpadli w taki zapał, że
przekrzykiwali jeden drugiego. Eskimosi, usłyszawszy podniesione głosy,
zbiegli się całą gromadą, prosząc, żeby się podróżnicy prędzej
pogodzili. Uspokoili się dopiero, gdy im wytłumaczono, że to była
tylko przyjacielska pogawędka.
Złodziejstwo jest tu również nieznane. Tugto nie
mógł w żaden sposób zrozumieć, gdy pytałem, czemu nie zamyka swych
rzeczy. "Mogą ci je przecież ukraść" - chciałem powiedzieć,
ale w języku eskimoskim nie ma słowa "kraść". Nikt nie chowa
skór, jedzenia, nikt nie zamyka namiotu, bo i po co? Każdemu wolno
pożyczyć sobie ten przedmiot, jakiego mu potrzeba, nawet w czasie
nieobecności właściciela. Nigdy się jednak nie zdarza, aby
wypożyczona rzecz nie została oddana w jak najlepszym porządku.
Ta ufność i gościnność są, niestety, wielokrotnie
nadużywane przez kupców i handlarzy, którzy przypływają tu
na statkach, niegodziwie wykorzystując naiwnych i łatwowiernych
Eskimosów.
Wiele innych zalet odkryłem w tych ludziach w czasie
mego pobytu na Dalekiej Północy: są bardzo skromni, nie przechwalają
się, nie kłamią i nie obmawiają wzajemnie. Gdy myśliwy upoluje
zwierzę - często nawet z narażeniem życia - nie opowiada
wszystkim naokoło, jaki to z niego zuch, ale mówi skromnie, że mu
się udało, i zaprasza wszystkich do podziału zdobyczy.
Zmarznięty i głodny wędrowiec, który zawita
do osady, będzie przyjęty jak najlepszy przyjaciel, dostanie zawsze
najsmaczniejsze kęsy jedzenia i najlepsze miejsce do spania.
Czasami zdarzyć się jednak może, że myśliwy
popełni jakiś czyn krzywdzący innych. Wtedy zbiera się na sąd cała
osada i winowajca musi przyznać się do wszystkiego. To samo jest
już dostateczną karą. W przyszłości będzie się z pewnością
wystrzegał podobnego postępowania.
Bywają jednak takie wypadki, co prawda bardzo rzadko,
że ktoś postępowaniem swoim oburzy całą osadę. Wtedy zbierają się
wszyscy i każą winowajcy odjechać. Siada on do kajaka, zabiera broń,
trochę żywności i płynie "dokąd go oczy poniosą". Jeżeli
dotrze do innej osady, przyjmują go tam gościnnie. Może zamieszkać
w niej na stałe, pod warunkiem, oczywiście, że nie popełni znów
jakiejś niegodziwości. Przeważnie jednak kara ta jest zupełnie
wystarczająca.
W lecie Eskimosi polują także na dzikie reny. Po
raz pierwszy zobaczyłem, jak olbrzymim stadem przepływały
jeziorko. Ponad wodą widać było tylko łby i las ogromnych,
krzaczastych rogów.
Na brzegu przystanęły na chwilę, otrząsając
się z wody. Są one bardzo podobne do naszych jeleni, znacznie
jednak większe, o grubszych nogach i dużej głowie. Rogi mają
mocniejsze, lecz mniej rozgałęzione. Sierść jasnokawową lub czasami
brązową.
Na zimę sierść rena staje się prawie biała
i niezwykle puszysta. Samce zmieniają co roku rogi. Na początku
zimy tracą stare, a już w marcu zaczynają wyrastać im na głowach
nowe.
Reny żywią się trawą, porostami i pędami
karłowatej wierzby. W zimie umieją wygrzebać pokarm mocnymi kopytami
nawet spod metrowej warstwy śniegu. Z braku pożywienia mogą długo
głodować, jeśli mają dostateczny zapas tłuszczu. Ze skór ich
Eskimosi mieszkający z dala od wybrzeży morskich robią namioty
i ubrania, z kości - broń, ze ścięgien - nici, a mięso jest
smacznym i zdrowym pożywieniem, chociaż nie tak tłustym, jak mięso
foki.
Eskimosi polują na reny za pomocą łuków i dzid. Nie
może to być jednak ta sama broń, jakiej używa się do polowań
na zwierzęta morskie. Myśliwi myślą, że reny obraziłyby się
i uciekły daleko w głąb lądu, gdyby zabijano je tą samą bronią,
co zwierzęta żyjące w wodzie.
Pewnego dnia przybiegli do nas myśliwi
z wiadomością, że o parę kilometrów napotkali stado renów.
Wielki ruch zapanował w osadzie - wszyscy,
poczynając od dzieci, a kończąc na starcach, rzucili się do
przygotowań. Na szlaku zaczęto z wielkim pośpiechem budować
ogrodzenie z kamieni, wytyczając nimi z obu stron coś w rodzaju
drogi szerokiej na początku, a następnie coraz bardziej się
zwężającej. Na ogrodzeniu tym poustawiano w niewielkiej od siebie
odległości okrągłe kamienie wielkości głowy ludzkiej.
Zatrzymałem Anaruka, który na wyścigi z innymi
chłopcami znosił kamienie.
- Co to wszystko znaczy? - zapytałem.
- Widzisz, renom będzie się zdawać, że to głowy
ludzi zaczajonych za ogrodzeniem, nie będą więc próbowały uskoczyć
w bok - odpowiedział, trochę zdziwiony moim pytaniem.
Gdy wszystko było już gotowe, kobiety i dzieci
wyruszyły na spotkanie stada. Szły w milczeniu, żeby nie spłoszyć
zwierząt, które są tak czujne, że trzeba je okrążyć z daleka,
zachowując się przy tym bardzo ostrożnie.
Na skraju pasącego się stada stoją zwykle wartownicy
- reny, które zwracają baczną uwagę na całą okolicę. Jeżeli
tylko dostrzegą lub usłyszą coś podejrzanego, alarmują natychmiast
resztę stada, które rzuca się do ucieczki. Dogonić ich wtedy nie
sposób, bo biegają bardzo szybko.
Anaruk kładł się co kilkanaście metrów
i przyłożywszy ucho do ziemi, nadsłuchiwał tętentu racic. Wreszcie
z rozradowanej jego miny i znaków, jakie dawał, zrozumieliśmy,
że zwierzęta są już blisko.
Po chwili do naszych uszu dobiegł dziwny, suchy trzask,
jakby stukot kawałków drewna. To zwierzęta, biegnąc w ciasnej
gromadzie, zderzały się rogami.
Co prędzej rozdzieliliśmy się na dwie grupy
- musieliśmy okrążyć stado z dwóch stron i wpędzić je
między kamienne ogrodzenie. Szczęśliwie wiatr nam sprzyjał,
a pagórki i wielkie kamienie rozrzucone tu i ówdzie zasłaniały
nas trochę. Wolniutko, w wielkiej ciszy, podpełzaliśmy do stada,
które nie podejrzewając zasadzki, zatrzymało się, żeby poskubać
trochę mchów.
Naraz, na dany znak, podniósł się taki straszliwy
wrzask, jakby sfora wilków ruszyła do ataku. Chłopcy pod wodzą
Anaruka używali, co się zowie: szczekali jak psy, wyli jak wilki.
Stado rzuciło się do ucieczki. Pędzone otaczającym
je dokoła wrzaskiem, wpadło między kamienne płoty prosto na
myśliwych, zaczajonych w najwęższej części zagrody.
W kilkanaście minut polowanie było
skończone. W całej osadzie zawrzała praca. Myśliwi ściągali skóry
z zabitych zwierząt i ćwiartowali mięso. Kobiety przygotowywały
zapasy na zimę, krając wielkie połcie mięsa na cienkie, długie
pasy, i zawieszały je na żerdziach, żeby wyschło dobrze na słońcu
i wietrze. Niezadługo myśliwi ukryją je pod ciężkimi kamieniami,
żeby nie padło pastwą lisów i wilków. Gorzej, jeśli niedźwiedź
natrafi na kryjówkę - odrzucić najcięższe głazy to dla niego
fraszka.
Po ukończeniu pracy zabraliśmy się do
uczty. Największy przysmak - to zupa.
W wielkim kotle gotuje się przez trzy dni i trzy
noce kopyta, kości i czaszki renów. Kości są przedtem dokładnie
potłuczone. Nie radziłbym nikomu próbować takiej zupy. Kopyta są
niemyte, a niektóre kości - poobgryzane już przez psy. Ale Eskimosom
to bardzo smakuje.
Gdy zupa była gotowa, chłopcy rozbiegli się po
namiotach, zwołując wszystkich na ucztę. Niedaleko ogniska, na trawie,
usadowiono się kołem. Pośrodku, na drewnianej tacy, położono dymiące
jeszcze kawałki mięsa. Najdzielniejszy z myśliwych pierwszy dostał
wielką porcję. Schwycił ją zębami i tuż przy samych wargach
odciął kęs nożem, resztę podając sąsiadowi. To samo powtarzało
się wiele, wiele razy, dopóki wszyscy nie najedli się do syta.
Nic dziwnego, że wielu Eskimosów ma pocięte wargi;
noże ich są zawsze bardzo ostre. Ulubionym urozmaiceniem monotonnego
zazwyczaj jedzenia jest mięso i wnętrzności zwierząt w stanie
lekko nadpsutym, o smaku starego sera. Mięso takie przechowuje się
w ciągu długich miesięcy w ciemnych, zimnych skrytkach, tak żeby
nie dochodziły do niego promienie słońca.
Nie bardzo smakowały mi te eskimoskie specjały, ale
musiałem ich nieraz próbować, żeby nie urazić gospodarzy. Wybierali
przecież dla mnie najtłustsze, największe kąski. Na szczęście
nie rozchorowałem się po tym poczęstunku tak, jak jeden ze znanych
podróżników, który życiem przypłacił taką ucztę. Pewnego razu
nie chciałem zjeść dużego kawałka ciepłego jeszcze szpiku świeżo
upolowanej foki, tłumacząc, że u nas w Polsce nie bierzemy do ust
surowego tłuszczu, ale nikt nie chciał mi wierzyć.
Mieszkańcy Grenlandii z wielkim apetytem zjadają
surowe mięso, bo i na czym mają je gotować?
W lecie dzieci zbierają i suszą trawy, mchy
i nawóz ptaków czy renów. W zimie wytapiają lód na wodę do picia
i czasem, bardzo rzadko, podgotowują trochę mięsa nad płomieniem
lampy. Lampą nazywają wydrążony kamień, w który myśliwi nalewają
tłuszczu foki, morsa lub wieloryba i zanurzają w nim knot zrobiony
z wysuszonej trawy. Lampa daje trochę światła, trochę ciepła
i bardzo, bardzo dużo sadzy. Ale tym się nikt nie przejmuje.
Po uczcie rozpoczęły się zabawy. Nim się
spostrzegłem, porwano mnie i zaczęto podrzucać do góry na
zeszytych skórach. Po chwili uwolniono mnie i złapano jednego
z myśliwych. Wtedy dopiero mogłem się przypatrzyć, jak śmiesznie
wygląda człowiek wylatujący w powietrze i wymachujący bezradnie
rękami i nogami. U nas taka zabawa nazywa się "żabką". Na
obozach harcerskich bawiliśmy się często w ten sposób, używając
do tego koców, a nie skór. Nigdy nie spodziewałem się, że podobną
zabawę spotkam pod biegunem północnym.
Inna grupa Eskimosów zaprosiła mnie do zawodów
- kto dalej rzuci dużym, ciężkim kamieniem, a jeszcze inna - do
zabawy w piłkę nożną. Trudno byłoby odgadnąć, z czego zrobili
sobie piłkę! Po prostu... z czaszki morsa, a trzeba ją było tak
zręcznie kopnąć, żeby kłami upadła na ziemię.
Gdy pobiegłem na brzeg morza, by opłukać ręce po
tej zabawie, Anaruk nie mógł mi się nadziwić.
- Po co ty to robisz? - pytał. Wziął do rąk
moje mydło, obejrzał, powąchał i... zaczął zajadać. Rozśmieszyło
mnie to w pierwszej chwili.
- Z czego się śmiejesz?! - zawołał. -
Przecież to bardzo smaczne, tyle w nim tłuszczu!
Zjadł wszystko i nawet nie zachorował, ale gdy
dałem mu kawałek czekolady, myśląc, że zrobię tym chłopcu wielką
przyjemność, powąchał ją tylko i czym prędzej wyrzucił.
- To tak wstrętnie pachnie - powiedział,
skrzywiony, na swoje usprawiedliwienie...
Czasem, dość rzadko, Eskimosi kąpią się w rzekach
lub w morzu, naturalnie tylko w lecie, chociaż woda jest bardzo
zimna. Mając tak mało sposobności do kąpieli, żaden z nich
nie umie pływać. Zimą z trudem udaje się im wytopić tyle wody,
ile potrzeba do picia. Nie myją się więc często ani nie piorą, bo
jakże prać futro? Bielizny nie noszą wcale. Na gołe ciało chętnie
nakładają koszulki z miękkich skórek ptaków, obróconych puchem
do wewnątrz.
Do polowań w kajakach Eskimosi używają ubrań ze
skóry foki gładko wyprawionej. Zazwyczaj noszą kaftan oraz spodnie
z foki lub rena, sięgające do kolan, i buty z cholewami, składające
się z dwóch warstw skór: zewnętrznej - foczej, i wewnętrznej
- z futra psa lub królika. Grubą podeszwę robią ze skóry morsa,
często wkładając jeszcze do buta warstwę suchej trawy, która dobrze
wchłania wilgoć i chroni przed mrozem.
Podczas siarczystych mrozów do łowów na lodzie
myśliwi wkładają skórę białego niedźwiedzia, która mimo
licznych zalet ma jednak wielką wadę: jest bardzo ciężka. Toteż
chętnie używają także ubrań z ciepłych, lekkich skór rena, ale te
zużywają się bardzo szybko, a łamiącą się łatwo sierść można
znaleźć wszędzie: w jedzeniu, w oczach, w ustach, w nosie. Poza
tym brązowy kolor futra zbyt jaskrawo odbija od bieli śniegu i straszy
zwierzęta.
Ubrań takich musi mieć Eskimos co najmniej dwa;
jeżeli popłynie kajakiem, a przewróci go fala, ubranie nasiąka
wodą i trzeba je długo suszyć. Przepocone albo przemoknięte ubranie
wiesza się na specjalnych rusztowaniach nad ogniskiem lub na mrozie,
bo wtedy cała wilgoć zamarza w wielkie kryształy lodu, a te łatwo
wykruszają się z futra.
Najwięcej kłopotu jest zawsze z butami; ostre
kamienie i lód niszczą je bardzo szybko. Matka Anaruka nieraz
skarżyła mi się, że nie może nadążyć z szyciem obuwia dla
swych synów.
W miarę jak dni stawały się krótsze, w osadzie
coraz bardziej spieszono się z robotą. Mężczyźni zajęci byli
polowaniem i rybołówstwem, a kobiety naprawiały i szyły odzież
zimową z grubych, ciepłych skór. Od ilości zgromadzonego mięsa
i ryb zależy, czy osada nie będzie cierpiała głodu w zimie i na
wiosnę.
Noce były już bardzo chłodne, coraz więcej futer
musiałem wciągać na swe posłanie, żeby nie zamarznąć na kość
w nieszczelnym namiocie, do którego mroźny wiatr przedostawał się
ze wszystkich stron.
Dni też nie były ciepłe i dreszcz mnie przejmował,
gdy patrzyłem, jak Eskimosi łowią łososie, stojąc godzinami po
kolana w lodowatej wodzie.
Na rzece zrobili zagrodę z kamieni, długimi kośćmi
morsa uderzali mocno powierzchnię wody, płosząc w ten sposób
i naganiając ryby do zagrody, tam zabijali je dzidami i wyrzucali
na brzeg.
Pewnego dnia mężczyźni zebrali psie zaprzęgi
i wyruszyli na polowanie. Kobiety oprawiały złowione w przerębli
łososie. Inne ostrymi nożykami z kości zeskrobywały resztki tłuszczu
ze skór upolowanych jeszcze w jesieni fok.
- Żeby tylko naszym myśliwym udało się zdobyć
dużo mięsa - westchnęła jedna. - Niedługo stąd odjedziemy,
nie będzie już ani fok, ani morsów.
- Słyszysz? - Anaruk trącił w bok swego
przyjaciela Omialika. - Co byś powiedział, żebyśmy sami spróbowali
zapolować?
Omialika nie trzeba było długo namawiać.
- Zabierz tylko harpun! - przypomniał Anaruk,
przejęty swą rolą przewodnika.
Dwaj chłopcy wymknęli się chyłkiem
z osady. Z początku czuli się bardzo szczęśliwi. Wszystko bawiło
ich i śmieszyło. Nie czuli mroźnych podmuchów wiatru zwiastującego
zbliżanie się burzy, nie słyszeli trzasków pękającej na morzu
kry. Opowiadali sobie, jaka to będzie radość, gdy przywiozą ze sobą
fokę, a może nawet, kto wie, przyciągną białego niedźwiedzia,
tak ciężkiego, że wszystkie psie zaprzęgi z osady nie będą mogły
go udźwignąć.
Szli i szli, rozprawiając. Raz po raz zapadali
się po kolana w rozpadlinach, bo młody lód, którym ścięty
był ocean, pękał tu i ówdzie pod ich krokami. Ale na próżno
wypatrywali zwierzyny. Ani jednej foki na krze, ani śladu białego
niedźwiedzia. Zmęczeni, postanowili zawrócić. Omialik pierwszy
spostrzegł małe stadko wtulonych w śnieg pardw i co sił pobiegł
w ich stronę. Anaruk pozostał sam.
Ciąg dalszy w wersji pełnej