Anabella - Katarzyna Demańska

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział dziewięćdziesiąty ósmy

"Niby nie jego wina" - myślała Iza, z bijącym sercem pokonując schodki przy wejściu do szpitala, pod którym zostawił ją Robert. - "On też jest ofiarą sytuacji, okej, niech będzie. Ale jednak Robi ma rację, bo gdyby nie sprowadził do Korytkowa tych idiotów, Adze i Pepusiowi nic by się nie stało! Boże, ja chyba zwariuję! Spokój, Iza, na razie spokój i opanowanie. Potem o tym pomyślimy, teraz trzeba ogarnąć się i działać!"

Drogę do Radzynia pokonali z Robertem bardzo szybko, czas potrzebny na dojazd do szpitala minął jej jak krótki sen, z którego obecnie już niewiele pamiętała. Kiedy wjeżdżali na szpitalny parking, Robert dostrzegł na jednym z miejsc przy ogrodzeniu granatowe renault Piotrka. Sprawiło im to niemałą ulgę, oznaczało bowiem, że ów bezpiecznie dojechał na miejsce, jednak stan jego nerwów i umysłu nadal pozostawał pod znakiem zapytania.

Znalazłszy się w budynku, Iza rozejrzała się po wielkim holu, czy nie dostrzeże gdzieś Piotrka, a nie widząc go nigdzie w zasięgu wzroku, skierowała się w stronę recepcji, by zapytać o nowych pacjentów przywiezionych z wypadku w Korytkowie.

- Tak, są... przyjęci na osobne oddziały - odparła służbowym tonem recepcjonistka, sprawdziwszy dane w komputerze. - Dziecko na intensywnej terapii, ma robione badania, wstęp wzbroniony. Matka na traumatologii, też na razie nie wolno odwiedzać.

- Rozumiem - westchnęła Iza. - A później?

- Proszę poczekać - odpowiedziała sucho kobieta, wskazując jej rząd siedzeń w głębi holu. - Jak będzie wolno, to będzie wolno, na razie lekarz zabronił.

- Dobrze, poczekam - zgodziła się pokornie Iza, kierując się we wskazaną stronę.

"Pepcio na intensywnej terapii" - pomyślała ze ściśniętym sercem. - "Boże, pomóż... żeby tylko udało się go uratować!"

- Ach, to pani! - usłyszała nagle tuż przed sobą obcy, a jakby skądś znany głos. - Poznaję!

Podniosła szybko głowę i ujrzała przed sobą mężczyznę w czerwonym stroju ratownika z naszytym na piersi napisem Lekarz. Po krótkiej chwili zawahania rozpoznała w nim lekarza pogotowia, który niecałą godzinę wcześniej w Korytkowie udzielał pomocy Pepusiowi.

- Nie poznaje mnie pani? - uśmiechnął się lekko. - Wracam ze zmiany w karetce pogotowia, to ja przejąłem po pani reanimację niemowlęcia po wypadku.

- Ależ tak... poznaję, panie doktorze - odpowiedziała blado Iza.

- Nie zaczepiałbym pani - zaznaczył - gdyby nie to, że jako członek zespołu ratowniczego czuję się w obowiązku pogratulować pani przytomności umysłu. Zachowała się pani prawidłowo... ba! wręcz modelowo jak na świadka wypadku. Gdyby zawsze ktoś taki trafiał się na miejscu zdarzenia, wielu ciężej poszkodowanych dostawałoby szansę na życie. Podtrzymanie krążenia jest kluczowe, pierwsze minuty po uderzeniu zawsze grożą zatrzymaniem akcji serca, u tego dziecka to mogło być decydujące. Dlatego gratuluję pani opanowania i dziękuję za efektywną pomoc - dodał, wyciągając ku niej rękę.

Iza ze zmieszaniem podała mu swoją, wciąż mocno drżącą ze zdenerwowania, i pozwoliła krótko ją uścisnąć.

- Dziękuję - szepnęła, po czym, tknięta nagłą myślą, podniosła na niego błagalny wzrok. - Panie doktorze... czy pan wie o nich coś więcej? Co im się stało? Jakie są rokowania?

Lekarz przyglądał jej się przez chwilę, jakby wahając się, czy może udzielić jej tak wrażliwych informacji.

- Pani jest z rodziny? - zapytał.

- Z takiej stricte rodziny to nie - pokręciła głową. - Ale jestem matką chrzestną małego, a jego mama jest moją bliską przyjaciółką.

Już po raz drugi słowa przyjaciółka w odniesieniu do Agnieszki użyła z pełnym przekonaniem, czystym i płynącym z głębi serca.

- Nooo... dobrze - odparł z zastanowieniem lekarz, nadal przyglądając jej się uważnie. - Powiedzmy, że ufam pani. A więc, jeśli chodzi o dziecko, sprawa wygląda dość poważnie. Nie wiem wprawdzie, co tam wyjdzie w badaniach obrazowych, tu już musiałaby się wypowiedzieć koleżanka prowadząca, ale wstępna diagnoza wskazuje niestety na uraz głowy skutkujący postępującym obrzękiem mózgu.

- O Boże! - wyszeptała wystraszona groźnie brzmiącymi terminami Iza. - Czy to jest niebezpieczne?

Lekarz spojrzał na nią z nutą pełnego sympatii politowania.

- Proszę pani, każdy uraz, który dotyczy mózgu, jest z zasady niebezpieczny. Tak jak powiedziałem, zobaczymy, co wyjdzie w badaniach, miejmy nadzieję, że uda się to zatrzymać i jakoś kontrolować, ale zagrożenie życia jest i pewnie nadal będzie. Na razie dziecko jest w narkozie, niewykluczone, że będzie potrzebna operacja. A co dalej? Jak to się mówi, jeden Pan Bóg raczy wiedzieć. Na pewno nie zaszkodzi się pomodlić - poradził jej z powagą.

- Boże drogi... - szepnęła zdruzgotana Iza.

- Natomiast jeśli chodzi o matkę - ciągnął lekarz, przyglądając jej się z coraz większym zainteresowaniem - to sytuacja jest o wiele lepsza, powinna wyjść z tego bez szwanku. Ma uraz biodra, koledzy ustalą, na ile poważny, odrapaną skórę na udzie... no i jest w ciężkim szoku.

- Odzyskała przytomność?

- Tak, chociaż dopiero na izbie przyjęć. Ciężko było nawiązać z nią racjonalny kontakt, no ale co się dziwić... Na razie ma podane silne leki uspokajające, więc pewnie będzie długo po tym spała, a koledzy w tym czasie zdiagnozują i opatrzą jej to biodro.

- A czy ja... panie doktorze, czy ja bym mogła w jakiś sposób być przy dziecku? - zapytała nieśmiało Iza. - Skoro jego mama nie może...

- Jest już przy nim ojciec - zapewnił ją spokojnie lekarz, na co Iza aż zachłysnęła się powietrzem ze zdumienia, wytrzeszczając na niego oczy. - Pani, jako osoba spoza kręgu najbliższych, nie może wejść na OIOM, zresztą on też w czasie badań musi poczekać na korytarzu. Swoją drogą, to i jemu podaliśmy mały zastrzyk na uspokojenie, bo... Co się stało? Coś jest nie tak? - przerwał sam sobie, zdziwiony jej zszokowaną miną.

Na szczęście w tym samym ułamku sekundy Iza skojarzyła wreszcie, kim był człowiek, o którym mówił lekarz, i czym prędzej skomponowała twarz, by niechcący nie zdekonspirować szalonego nadużycia Piotrka, a przez to nie narazić go na jakieś przykre konsekwencje.

- Nie, nie... dziękuję - odparła szybko. - Jestem panu bardzo wdzięczna za te wszystkie informacje, panie doktorze. Zwłaszcza że w świetle prawa na pewno nie jestem do nich upoważniona.

- Nie ma sprawy - uśmiechnął się ciepło. - Pomogła mi pani ratować malucha, więc coś się pani za to należy, prawda? No, ale dobrze - dodał, zwracając się w kierunku wejścia w przeciwległy korytarz. - Ja już schodzę ze zmiany i jadę do domu, więc wybaczy pani... Proszę się trzymać i być dobrej myśli, miejmy nadzieję, że jutro będą już dla was jakieś lepsze wiadomości.

- Dziękuję... jeszcze raz dziękuję, panie doktorze - odparła z wdzięcznością Iza.

Kiedy tylko lekarz zniknął za rogiem korytarza, zawróciła na pięcie i podbiegła do śniany, na której wisiał poglądowy plan szpitala wraz z wykazem oddziałów i ich lokalizacją.

"Wariat... no wariat po prostu!" - myślała pod adresem Piotrka, wciąż oszołomiona jego szalonym pomysłem. - "Podał się za ojca, żeby móc wejść na oddział... a niech go! Przecież to jest jawne poświadczenie nieprawdy! Jeśli to się wyda i ktoś się przyczepi, może mieć cholerne kłopoty. Ech, zwariować można! Ale co tam... oby tylko Pepcio żył... teraz tylko to się liczy!"

Po przeczytaniu instrukcji, która głosiła, że każdy wchodzący na oddział musi nałożyć jednorazowy fartuch i ochraniacze na buty, zaopatrzyła się we wspomniane środki ochronne w automacie stojącym przy ścianie, po czym znów skupiła się na planie budynku. Bez trudu zlokalizowała na nim oddział intensywnej terapii, który mieścił się na parterze, w korytarzu, z którego, jak się domyśliła, wyszedł wcześniej lekarz z karetki pogotowia, po czym skierowała się w tamtą stronę, starając się nie zwracać na siebie uwagi recepcjonistki. Ta na szczęście była akurat zajęta rozmową z dwojgiem ludzi, którzy pokazywali jej jakieś dokumenty, w związku z czym Iza zdołała przemknąć obok niezauważona, a ponieważ korytarz był niemal całkowicie pusty, udało jej się dojść bez przeszkód aż do jego załomu po drugiej stronie budynku.

Tam, w istocie, po prawej stronie niewielkiego holu, na którym stały tylko dwie donice z palmami i dwie miękkie kanapy dla oczekujących pacjentów, znajdował się oddział intensywnej terapii. Niestety, jak szybko się przekonała, o wejściu do środka mogła z góry zapomnieć, gdyż był to oddział zamknięty, który od ogólnego korytarza oddzielały podwójne, przeszklone drzwi zabezpieczone elektronicznym kodem.

"No i kicha" - pomyślała z żalem, odchodząc w stronę holu. - "Nieupoważnionym wstęp wzbroniony. Zresztą racja, bo niby po co miałabym się im tam plątać? Ciekawe tylko, czy Piotrkowi udało się wejść."

W tym momencie, jakby w odpowiedzi na tę myśl, szklane drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich sylwetka Piotrka ubranego w zielony fartuch jednorazowy, niemal na siłę wypychanego z oddziału przez starszą pielęgniarkę.