Owego lata, kiedy pan Robertson wyjechał
z miasta, było potwornie gorąco i rzeka przez długi czas wydawała
się martwa. Przypominała zdechłego brązowego węża rozciągniętego
przez samo centrum, z brudną żółtą pianą wzdłuż brzegów. Ludzie,
którzy przejeżdżali autostradą, zamykali szyby, czując ten duszący
siarkowy odór, i zastanawiali się, jak ktokolwiek może żyć z takim
smrodem bijącym od rzeki i fabryki. Jednakże mieszkańcy Shirley
Falls przywykli do niego i nawet w czasie wielkich upałów czuli go
tylko zaraz po przebudzeniu. Właściwie im nie przeszkadzał.
Przeszkadzało im natomiast, że owego lata niebo
nigdy nie było błękitne, że zdawało się, jakby miasto spowijał
brudny bandaż, wypierając wszelkie światło słoneczne, jakie mogłoby
się tutaj przesączyć, i zatrzymując wszystko, co nadawało rzeczom
ich barwy, tak że w powietrzu unosiła się nijakość - oto, co
dotarło do ludzi tamtego lata i co po jakimś czasie wywołało u nich
niepokój. Były też inne rzeczy: w górze rzeki odnotowano kiepskie
plony - fasola tyczna wysychała, marchew przestała rosnąć, gdy
osiągnęła rozmiary palca małego dziecka - a na północy stanu
dwukrotnie widziano UFO. Krążyły nawet pogłoski, że rząd wysłał
ludzi do zbadania tej sprawy.
W biurze fabryki, gdzie garstka pracownic całymi
dniami segregowała faktury, archiwizowała kopie i naklejała znaczki
na koperty, uderzając w nie pięścią, przez pewien czas toczono
niespokojne rozmowy. Niektóre sądziły, że może się zbliżać
koniec świata, a te, które nie miały tak daleko wysuniętych
obaw, musiały przyznać, że wysyłanie człowieka w Kosmos nie
jest dobrym pomysłem, że naprawdę nie mamy żadnego interesu
w tym, by spacerować po Księżycu. Lecz upał był nieznośny,
ustawione w oknach wiatraki nic nie dawały i w końcu kobietom
zabrakło pary - siedziały przy wielkich drewnianych biurkach,
lekko rozstawiając nogi, i odgarniały włosy z karków. "Dacie
wiarę?" - to było wszystko, co po jakimś czasie mówiły.
Któregoś dnia ich szef, Avery Clark, wysłał je
wcześniej do domu, jednak w następnych dniach, jeszcze gorętszych,
nie padła już wzmianka o wcześniejszym wyjściu, więc najwyraźniej
nie miało się to powtórzyć. Najwidoczniej miały tu siedzieć
i cierpieć, co też robiły; w pomieszczeniu panowała duchota. To
był duży pokój, wysoki, z drewnianą skrzypiącą podłogą. Biurka
ciągnęły się parami naprzeciwko siebie, w dwóch rzędach przez
całą długość sali. Pod ścianami ciągnęły się metalowe szafki
na akta, na jednej z nich stał filodendron z pnączami podwiązanymi
i zawiniętymi na kształt glinianego dzbanka ulepionego przez dziecko,
choć niektóre pnącza się wymknęły i zwisały prawie do ziemi. Była
to tutaj jedyna zielona rzecz. Kilka begonii i trzykrotek pozostawionych
na parapetach zbrązowiało. Od czasu do czasu gorące powietrze poruszane
przez wiatrak zrzucało martwy liść na podłogę.
W tej ospałej scenerii wyróżniała się jedna
kobieta. Siedziała sama. Nazywała się Isabelle Goodrow, a że była
sekretarką Avery'ego Clarka, jej biurko stało oddzielnie. Stało
przodem do przeszklonego gabinetu Avery'ego Clarka, gabinetu,
który był osobliwą konstrukcją z boazerii i dużych tafli
szkła (rzekomo po to, by szef mógł mieć pracownice na oku, choć
rzadko kiedy odrywał wzrok od biurka) i powszechnie mówiono o nim
"akwarium". Bycie sekretarką szefa nadawało Isabelle Goodrow
inny status, chociaż i tak różniła się od reszty pracujących tu
kobiet. Na przykład ubierała się nienagannie; nawet w taki upał
miała na nogach rajstopy. Na pierwszy rzut oka można by ją uznać za
ładną, ale jeśli człowiek przyjrzał się jej uważniej, widział,
że ta uroda jest nie taka wielka i raczej pospolita. Włosy Isabelle
Goodrow miała zdecydowanie nijakie - cienkie i ciemnobrązowe,
upięte w kok albo splecione w warkocz. Przez taki sposób czesania
się wyglądała starzej i trochę staroświecko, a jej ciemne małe
oczy wydawały się zawsze patrzeć ze zdziwieniem.
Podczas gdy inne kobiety wciąż wzdychały ciężko lub
wędrowały co jakiś czas do urządzenia z wodą sodową, narzekając
na ból w plecach i opuchnięte nogi i ostrzegając się nawzajem
przed zdejmowaniem butów, bo przecież nigdy, nawet za sto lat,
nie zdołałyby ich z powrotem włożyć, Isabelle Goodrow prawie
się nie ruszała. Po prostu siedziała przy biurku, ze złączonymi
kolanami i ściągniętymi łopatkami, w jednostajnym tempie pisząc
na maszynie. Miała dziwaczną szyję. Przesadnie długą jak na niską
kobietę - wyrastała z barków jak szyja łabędzia widzianego
tego lata na wymarłej rzece, pływającego idealnie sztywno wzdłuż
obwiedzionych pianą brzegów.
Przynajmniej tak postrzegała ją córka Amy,
szesnastolatka, która nabrała wstrętu do wyglądu szyi swojej matki (do
wyglądu swojej matki w ogóle) i która ani trochę nie przejmowała
się łabędziem. Pod wieloma względami nie była podobna do matki. Tamta
miała włosy matowe i cienkie, a włosy Amy były gęste, w różnych
odcieniach blond. Nawet krótko obcięte, jak teraz, do linii brody,
wyglądały na zdrowe i mocne. Poza tym Amy była wysoka. Dłonie
miała duże, stopy długie. Jednakże w jej oczach, większych niż
u matki, często pojawiał się ten sam wyraz nieśmiałego zaskoczenia;
to zdziwione spojrzenie mogłoby krępować osobę, na którą Amy
patrzyłaby przez dłuższą chwilę. Tyle że Amy była nieśmiała
i rzadko kiedy jej wzrok spoczywał na kimś dłużej. Raczej zerkała na
ludzi przelotnie, a potem odwracała głowę. Nie wiedziała zresztą,
jakie wrażenie wywiera na innych, chociaż dawniej, na osobności,
uważnie się sobie przyglądała w każdym dostępnym lustrze.
Tego lata Amy nie patrzyła w żadne lustro. Unikała
luster. Chętnie unikałaby także matki, ale to nie było możliwe -
pracowały w jednym biurze. Zostało to ustalone wiele miesięcy
wcześniej, przez jej matkę i Avery'ego Clarka, i chociaż Amy
słyszała, że powinna być wdzięczna za tę pracę, nie czuła
wdzięczności. Praca okazała się nudna. Polegała na dodawaniu na
sumatorze ostatnich kolumn liczb z pomarańczowych faktur piętrzących
się na biurku i jedyną jej zaletą było to, że czasami umysł Amy
mógł jakby zasnąć.
Prawdziwy problem tkwił rzecz jasna w tym, że ona
i jej matka spędzały razem całe dnie. Amy odnosiła wrażenie,
że łączy je czarna linia, być może nie grubsza od nakreślonej
ołówkiem, ale zawsze obecna. Nawet gdy któraś z nich wychodziła
z pomieszczenia biurowego, na przykład szła do toalety czy na korytarz
albo do fontanny z wodą pitną, nic się nie zmieniało - linia
przebijała się przez ścianę i nadal je łączyła. Robiły co
mogły. Przynajmniej ich biurka stały daleko i nie były zwrócone do
siebie przodem.
Amy siedziała w odległym rogu naprzeciwko
Grubej Bev. Przedtem to miejsce zajmowała Dottie Brown, ale teraz
była w domu - po tym, jak przeszła histerektomię. Każdego
ranka Amy przyglądała się, jak Gruba Bev odmierza porcję
sproszkowanej babki płesznik i wsypuje ją do kartonika z sokiem
pomarańczowym. "Szczęściara - mówiła do niej Gruba Bev. -
Jesteś młoda, zdrowa i w ogóle. Na pewno nie myślisz o swoich
jelitach". Zażenowana Amy odwracała głowę.
Zaraz po przyrządzeniu sobie soku Gruba Bev wypalała
papierosa. Wiele lat później zostanie wydane prawo zabraniające
palenia w miejscu pracy - do tego czasu Bev przytyje jeszcze pięć
kilogramów i przejdzie na emeryturę - ale na razie mogła się
głęboko zaciągać i powoli wydmuchiwać dym, by na koniec zgasić
papierosa w szklanej popielniczce i powiedzieć do Amy:
- To mi pomogło. Silnik zaskoczył. - Puściła
do Amy oko, podniosła się ciężko i przetoczyła swoje wielkie ciało
do toalety.
Było to naprawdę interesujące. Amy nie wiedziała,
że papierosy mogą kogoś pogonić do toalety. Nic takiego się nie
działo, kiedy ona i Stacy Burrows paliły w lesie za szkołą. I nie
wiedziała, że dorosła kobieta może z taką swobodą rozmawiać
o swoich jelitach. To w szczególności uzmysłowiło jej, jak odmiennie
od innych ludzi żyły ona i jej matka.
Gruba Bev wróciła z toalety, z westchnieniem usiadła
i zdjęła drobne pyłki z przodu wielkiej bluzki bez rękawów.
- Cóż - powiedziała i sięgnęła po telefon;
na bladoniebieskim materiale bluzki pod pachami widniały półksiężyce
wilgoci. - Chyba zadzwonię do starej Dottie.
Gruba Bev dzwoniła do Dottie Brown co rano. Teraz
wybrała numer ołówkiem i wsunęła słuchawkę między ucho
a ramię.
- Nadal krwawisz? - zapytała, postukując
o biurko paznokciami, różowymi dyskami osadzonymi w ciele. Malowała
je arbuzowym różem; pokazała kiedyś buteleczkę lakieru Amy. -
Chcesz pobić jakiś rekord czy co? Nieważne, nie spiesz się. Nikt tu
za tobą nie tęskni. - Chwyciła katalog Avonu i zaczęła się nim
wachlować. Krzesło pod nią zaskrzypiało, kiedy odchyliła się do
tyłu. - Poważnie, Dot. Dużo przyjemniej jest patrzeć na słodką
buzię Amy Goodrow, niż wysłuchiwać twoich gadek o skurczach. -
Znów mrugnęła do Amy.
Amy odwróciła wzrok i wybrała cyfry na sumatorze. To
miłe, że Gruba Bev tak mówiła, ale przecież nie była to
prawda. Gruba Bev bardzo tęskniła za Dottie. Bo dlaczego miałaby
nie tęsknić? Przyjaźniły się od zawsze i przesiedziały w tym
pokoju więcej lat, niż Amy chodziła po świecie, co nie mieściło
się dziewczynie w głowie. Poza tym należało pamiętać, jak bardzo
Gruba Bev uwielbia mówić. Mruknęła kiedyś pod nosem: "Nie wysiedzę
cicho pięciu minut", a Amy, patrząc pewnego dnia na zegar, odkryła,
że to prawda. "Muszę mówić - wyjaśniła jej Gruba Bev. -
Czuję fizyczny przymus". I chyba tak było. Wydawało się, że
jej potrzeba rozmowy jest równie silna jak potrzeba jedzenia dropsów
i palenia papierosów, i Amy, która uwielbiała Grubą Bev, było
przykro, że swoją małomównością sprawia jej zawód. Choć nie
do końca to przemyślała, zrzuciła całą winę na matkę. Też nie
była zbyt rozmowną osobą. Wystarczyło popatrzeć, jak pisała całymi
dniami na maszynie, a przechodząc przez salę, nigdy nie zatrzymywała
się przy niczyim biurku, żeby zapytać o samopoczucie lub ponarzekać
na upał. Musiała wiedzieć, że uważają ją za snobkę. A że Amy
była jej córką, o niej pewnie też tak myślały.
Gruba Bev nie wydawała się jednak ani trochę
zawiedziona tym, że dzieli swój zakątek z Amy. Odłożyła
słuchawkę i pochyliła się do przodu, by ściszonym, poufnym
tonem oznajmić, że teściowa Dottie Brown to najbardziej egoistyczna
kobieta w mieście. Dottie miała ochotę na sałatkę ziemniaczaną,
co stanowiło bardzo dobry znak, a kiedy wspomniała o tym swojej
teściowej, która przecież robiła najlepszą sałatkę ziemniaczaną
w okolicy, Bea Brown powiedziała, żeby Dottie wstała z łóżka
i obrała ziemniaki.
- To okropne - przyznała szczerze Amy.
- Też tak myślę. - Gruba Bev wyprostowała się
i ziewnęła, poklepując się po mięsistej szyi, a oczy zaszły jej
łzami. - Kochaniutka - dodała, kiwając głową - wyjdź za
mężczyznę, którego matka nie żyje.
Stołówka w fabryce była brudnym, zapuszczonym
miejscem. Wzdłuż jednej ze ścian stały automaty, a na drugiej
ciągnęło się lustro; kobiety wedle własnego uznania łączyły
i rozsuwały stoły o blatach pokrytych łuszczącą się ceratą,
wykładały na nie torebki z drugim śniadaniem, stawiały puszki
z napojami i popielniczki i odwijały kanapki zapakowane w woskowany
papier. Amy usiadła, tak jak co dzień, z dala od pękniętego
lustra.
Isabelle siedziała przy tym samym stole i kręciła
głową, słysząc historię o bezczelnych słowach Bei Brown
skierowanych do Dottie. Arlene Tucker stwierdziła, że to pewnie
przez hormony, że jeżeli przyjrzeć się uważniej brodzie Bei Brown,
to widać na niej włoski, a według Arlene tego typu kobiety mają
skłonność do paskudnych zachowań. Rosie Tanguay powiedziała, że
problem z Beą Brown polega na tym, że nie przepracowała w życiu ani
jednego dnia. Potem rozmowy zaczęły się toczyć w małych grupkach
i chaotyczne głosy nakładały się na siebie. Jednej opowieści
towarzyszyły krótkie salwy śmiechu, innej poważne cmokanie.
Amy podobało się to. Interesowało ją wszystko,
co słyszała, nawet historia zepsutej lodówki: dwa litry lodów
czekoladowych rozpuściły się w zlewie, skwaśniały i śmierdziały
rano jak diabli. Głosy były przyjemne i pokrzepiające; Amy milczała
i przenosiła spojrzenie z twarzy na twarz. Nie wykluczono jej z tego
wszystkiego, ale kobiety miały dość przyzwoitości - lub brakowało
im chęci - żeby nie wciągać jej do swoich rozmów. To odrywało
umysł Amy od innych rzeczy. Oczywiście podobałoby jej się bardziej,
gdyby nie było tu matki, ale panujący wokół cichy gwar pozwalał im
odetchnąć od siebie, mimo że czarna linia nadal je łączyła.
Gruba Bev wcisnęła guzik w automacie i puszka
z napojem Tab głośno wylądowała w podajniku. Kobieta pochyliła
swoje duże ciało, żeby ją wyjąć.
- Jeszcze trzy tygodnie i Dottie będzie mogła
uprawiać seks - powiedziała. Czarna linia między Amy a Isabelle
napięła się. - Żałuje, że to nie trzy miesiące. - Tym
słowom towarzyszył dźwięk otwieranej puszki. - Jestem pewna, że
Wally zaczyna się irytować. Już przestępuje z nogi na nogę.
Amy przełknęła skórkę kanapki.
- Niech mu powie, żeby sam się sobą zajął -
rzuciła któraś, po czym nastąpił wybuch śmiechu.
Serce Amy przyspieszyło, pot zrosił jej górną
wargę.
- Po usunięciu macicy robisz się sucha -
wtrąciła Arlene Tucker i pokiwała znacząco głową.
- Ja się nie zrobiłam.
- Bo nie miałaś usuniętych jajników. -
Arlene znów pokiwała głową. To była kobieta, która wiedziała,
co mówi. - Z Dot wyrwali wszystko.
- A mojej matce odbijało z powodu uderzeń
gorąca - odezwała się któraś i Amy z ulgą poczuła, że serce
jej zwalnia i twarz nie pali już tak bardzo.
Poirytowany Wally został odsunięty w cień i kobiety
zaczęły rozmawiać o uderzeniach gorąca i napadach płaczu.
Isabelle zawinęła resztkę kanapki i schowała do
torebki śniadaniowej.
- Jest naprawdę za gorąco, żeby jeść -
mruknęła do Grubej Bev.
To był pierwszy raz, kiedy Amy słyszała, żeby matka
napomknęła coś o upale.
- Jezu, ale by było miło. - Bev zachichotała,
aż zafalowały jej duże piersi. - Dla mnie nigdy nie jest za gorąco
na jedzenie.
Isabelle uśmiechnęła się i wyjęła z torebki
szminkę.
Amy ziewnęła. Nagle poczuła się wyczerpana; mogłaby
położyć głowę na stole i zasnąć.
- Kochaniutka, jestem ciekawa... - odezwała się
Gruba Bev. Właśnie przypaliła papierosa i przez dym patrzyła na
Amy. Wyciągnęła drobinkę tytoniu spomiędzy zębów, przyjrzała się
jej i rzuciła ją na podłogę. - Co cię skłoniło do obcięcia
włosów?
Czarna linia zawibrowała i zaszumiała. Mimo woli
Amy zerknęła na matkę. Isabelle malowała usta, trzymając w dłoni
lusterko i odchylając lekko głowę do tyłu. Dłoń ze szminką
zamarła.
- Wyglądasz uroczo - dodała Bev. - Bardziej
uroczo się nie da. Byłam po prostu ciekawa, to wszystko. Masz taką
burzę włosów.
Amy odwróciła twarz w stronę okna i dotknęła
czubka ucha. Kobiety wyrzucały torebki po drugim śniadaniu do śmieci,
strzepywały okruszki z ubrań, wstawały i ziewały, zasłaniając
usta dłońmi zwiniętymi w pięści.
- Pewnie jest ci chłodniej - podsunęła Gruba
Bev.
- Owszem. Dużo chłodniej. - Amy spojrzała na Bev,
po czym odwróciła wzrok.
Gruba Bev westchnęła głośno.
- No dobra, Isabelle - powiedziała. -
Chodźmy. Pora wracać do kopalni soli.
Isabelle zacisnęła usta i zatrzasnęła
torebkę.
- Zgadza się - rzuciła, nie patrząc na Amy. -
Nie ma wytchnienia dla zmęczonych.
Isabelle miała jednak swoją historię. Wiele lat
wcześniej, kiedy pojawiła się w tym mieście, wynajęła stary
dom Crane'ów przy drodze numer 22 i zainstalowała się tam
ze swoimi rzeczami oraz małym dzieckiem (poważnie wyglądającą
dziewczynką z jasnymi lokami), wzbudziła zainteresowanie wśród
kongregacjonalistów, a także kobiet, do których dołączyła w biurze
fabryki.
Ale młoda Isabelle Goodrow nie była wylewna. Pytana,
odpowiadała po prostu, że jej mąż nie żyje, podobnie jak rodzice,
i że przeniosła się do Shirley Falls, żeby mieć większe szanse
zarobienia na życie. Rzeczywiście nikt nie wiedział o niej nic
więcej. Chociaż kilka osób zauważyło, że gdy przyjechała do miasta,
miała na palcu obrączkę, której potem już nie nosiła.
Raczej się nie zaprzyjaźniała. Nie robiła sobie
również wrogów, a że była sumiennym pracownikiem, kilkakrotnie
awansowała. Zawsze wywoływało to w biurze pomruk, zwłaszcza ostatnim
razem, kiedy to znacznie się wybiła, zostając osobistą sekretarką
Avery'ego Clarka, lecz nikt nie życzył jej źle. Żartowano,
czyniono uwagi, niekiedy za jej plecami, że przydałoby się ją dobrze
wyturlać w sianie, żeby się rozluźniła, ale z upływem lat to
przycichło. Obecnie była już weteranką. Obawy Amy, że jej matkę
uważano za snobkę, nie miały podstaw. Co prawda kobiety plotkowały
o sobie nawzajem, ale Amy była zbyt młoda, żeby rozumieć, że
łączące je poczucie wspólnoty obejmowało także Isabelle.
Niemniej nikt by nie powiedział, że zna
Isabelle. W szczególności nikt by się nie domyślił, że biedna
kobieta przeżywa właśnie piekło. Może wydawała się szczuplejsza
niż zwykle i trochę bledsza, ale przecież było upiornie gorąco. Tak
gorąco, że nawet teraz, pod koniec dnia, rozgrzane powietrze unosiło
się nad asfaltem, kiedy Amy i Isabelle szły przez parking.
- Miłego wieczoru - zawołała za nimi Gruba Bev,
gramoląc się do swojego samochodu.
Pelargonie na parapecie nad zlewem miały
jaskrawoczerwone kwiaty wielkości piłek do softballu, ale zżółkły
dwa kolejne liście. Isabelle rzuciła kluczyki na stół i od razu
to zauważyła, poszła więc je oberwać. Gdyby wiedziała, że lato
będzie takie okropne, nie kupowałaby pelargonii. Nie wypełniłaby
skrzynek od frontu lawendowymi petuniami ani nie zasadziłaby pomidorów,
aksamitek i niecierpków za domem. Teraz miała poczucie katastrofy
za każdym razem, gdy więdły. Dotknęła palcami ziemi w doniczce
i stwierdziła, że jest zbyt mokra: pelargonie potrzebują ostrego
słońca, a nie wilgotnego upału. Wrzuciła liście do śmietnika pod
zlewem i cofnęła się, żeby przepuścić Amy.
To ona przyrządzała dla nich kolacje
wieczorami. W dawnych czasach (tak Isabelle określała w myślach ich
życie sprzed tego lata) robiły to na zmianę, ale teraz zajmowała się
tym wyłącznie Amy. Stało za tym milczące porozumienie: przynajmniej
tyle Amy mogła zrobić - otworzyć puszkę z buraczkami i usmażyć
hamburgery. Stała teraz, otwierając powoli szafki i wbijając palec
w mielone mięso.
- Umyj ręce - rzuciła Isabelle, minęła ją
i weszła na schody.
W tej samej chwili zadzwonił telefon, ustawiony
równo w rogu na blacie, i zarówno Isabelle, jak i Amy poczuły
niepokój. A także pełną zaskoczenia nadzieję. Zdarzało się,
że telefon milczał przez wiele dni z rzędu.
- Halo? - odezwała się Amy, a Isabelle
znieruchomiała z nogą na stopniu. - Och, cześć. -
Amy zasłoniła dłonią słuchawkę i nie patrząc na matkę,
powiedziała: - To do mnie.
Isabelle wolno ruszyła po schodach.
- Tak - usłyszała głos Amy. Po chwili dziewczyna
dodała ciszej: - Jak się czuje twój pies?
Isabelle niespiesznie weszła na górę. Kto ze znajomych
Amy może mieć psa? W sypialni na poddaszu panowała duchota, ale
Isabelle zamknęła drzwi, i to głośno, żeby na pewno dobiegło to
uszu Amy. "Widzisz, jak dbam o twoją prywatność?".
Amy, nawijająca przewód telefonu na rękę, usłyszała
trzask drzwi i zrozumiała go, ale wiedziała też, że matka tylko
korzysta z chwili, aby w prosty sposób zdobyć u niej punkt albo
dwa.
- Nie mogę - powiedziała do telefonu, naciskając
dłonią mielone mięso. A potem dodała: - Nie, jeszcze jej nie
mówiłam.
Isabelle, która przywarła do drzwi sypialni, wcale nie
uważała, że podsłuchuje. Była raczej zbyt poruszona, by myśleć
o umyciu twarzy czy przebraniu się, gdy Amy nadal rozmawiała przez
telefon. Mówiła jednak niewiele i parę chwil później Isabelle
usłyszała, jak córka odkłada słuchawkę. Potem rozległ się
brzęk garnków i patelni, Isabelle poszła więc do łazienki
wziąć prysznic. Później się pomodli, a następnie zejdzie na
kolację.
Tak naprawdę Isabelle coraz bardziej zniechęcała
się do tej całej modlitwy. Wiedziała, że Chrystus, będąc w jej
wieku, poszedł dzielnie na krzyż i wisiał na nim cierpliwie, kiedy
podawano mu gąbkę nasączoną octem - zdobył odwagę wcześniej,
gdy wędrował przez gaje oliwne. Ale ona, żyjąca tu, w Shirley
Falls (mimo że też doznała zdrady ze strony swojej judaszowatej
córki, myślała, posypując sobie piersi zasypką dla niemowląt),
nie miała żadnych gajów oliwnych, przez które mogłaby przejść,
ani odwagi. Możliwe, że brakowało jej nawet wiary. Wątpiła ostatnio,
by Bóg przejmował się jej niedolą. Był dość nieuchwytnym gościem,
bez względu na to, co mówili inni.
W "Reader's Digest" twierdzono, że jeżeli ktoś
stale się modli, jego umiejętności w tej materii rosną, jednak
Isabelle zastanawiała się, czy to pismo nie ma przypadkiem tendencji
do upraszczania. Czytała z przyjemnością artykuły Jestem
twoim mózgiem i Jestem twoją wątrobą,
ale ten pod tytułem Modlitwa: praktyka czyni mistrza
był trochę naciągany, jeśli mu się dokładniej przyjrzeć.
Przecież próbowała. Przez lata próbowała się
modlić i teraz znowu spróbuje: leżąc na białej pościeli, ze
skórą wilgotną po prysznicu, z zamkniętymi oczami, skierowanymi
w stronę niskiego białego sufitu, będzie się modliła o Jego
miłość. Proście, a będzie wam dane. To
nie była prosta sprawa. Przecież nikt nie chce prosić o coś
niewłaściwego, gonić za niesłusznym celem. Nikt nie chce, żeby Bóg
uznał go za samolubnego, bo prosi o rzeczy materialne, jak robią to
katolicy. Mąż Arlene Tucker poszedł na mszę po to, by modlić się
o nowy samochód, co zbulwersowało Isabelle. Gdyby ona miała prosić
o jakieś konkrety, nie dopuściłaby się czegoś tak wulgarnego jak
proszenie o samochód - modliłaby się o męża albo o lepszą
córkę. Ale oczywiście tego nie zrobi. ("Boże, proszę, ześlij mi
męża lub przynajmniej córkę, którą będę mogła znieść"). Nie,
ona będzie leżała na pościeli i modliła się do Boga o miłość
i pomoc, postara się Mu przekazać, że jest gotowa je przyjąć,
jeżeli tylko On zechce jej dać jakikolwiek znak. Niestety, nic nie
czuła, z wyjątkiem perełek potu, które znów pojawiły się nad
górną wargą i pod pachami. Była zmęczona. Bóg prawdopodobnie też
był zmęczony. Usiadła, owinęła się szlafrokiem i zeszła do kuchni,
by zjeść z córką kolację.
To było trudne.
Najczęściej unikały swoich spojrzeń, a Amy wyraźnie
nie uważała, że to ona powinna wziąć na siebie odpowiedzialność
za rozmowę. "Ta obca osoba, moja córka". Tak mógłby brzmieć
tytuł w miesięczniku "Reader's Digest", jeżeli jeszcze
czegoś takiego nie napisano, a może napisano, bo brzmiało tak
znajomo. Isabelle nie zamierzała dłużej o tym myśleć, nie mogła
wręcz znieść myślenia. Wskazała dzbanuszek do mleka, z porcelany
firmy Belleek, stojący na stole przed nią, delikatny, cieniutki,
połyskujący dzbanuszek, który należał niegdyś do jej matki. Amy
postawiła go dla Isabelle, ponieważ ta lubiła przy jedzeniu popijać
herbatę, gdy było gorąco.
Nie mogąc powstrzymać ciekawości i powtarzając
sobie, że ma wszelkie prawo znać odpowiedź, Isabelle zapytała
w końcu:
- Z kim rozmawiałaś przez telefon?
- Ze Stacy Burrows - padła beznamiętna odpowiedź,
tuż przed tym, jak kęs hamburgera wylądował w ustach Amy.
Isabelle odkroiła kawałek buraka z puszki, usiłując
przypomnieć sobie twarz owej Stacy.
- Niebieskie oczy?
- Słucham?
- Czy to ta dziewczyna z dużymi niebieskimi oczami
i rudymi włosami?
- Chyba tak. - Amy ściągnęła lekko brwi.
Rozdrażnił ją sposób, w jaki matka przekrzywiła
głowę na długiej szyi, niczym jakiś wąż pończosznik. I nie
znosiła zapachu zasypki dla niemowląt.
- Chyba?
- To znaczy tak, to ona.
Słychać było cichutki brzęk sztućców muskających
talerze. Obie przeżuwały tak powoli, że ich usta ledwie się
poruszały.
- Jak zarabia na życie jej ojciec? - zapytała
w końcu Isabelle. - Jest związany z college'em? - Wiedziała
ponad wszelką wątpliwość, że nie pracuje w fabryce.
Amy wzruszyła ramionami. Miała usta pełne
jedzenia.
- Mmm-wiem.
- Na pewno masz jakieś pojęcie, co robi ten
człowiek.
Amy upiła łyk mleka i otarła usta dłonią.
- Proszę. - Isabelle z niesmakiem spuściła
wzrok, więc dziewczyna wytarła usta serwetką.
- Chyba tam wykłada - przyznała.
- A co?
- Psychologię. Tak sądzę.
Cóż Isabelle mogła na to powiedzieć? Jeżeli
było to prawdą, dla niej oznaczało tyle, że ten mężczyzna był
szaleńcem. Nie rozumiała, dlaczego Amy musi się przyjaźnić z córką
szaleńca. Wyobraziła sobie człowieka z brodą, a potem przypomniała
sobie, że ten potwór, pan Robertson, też miał brodę, i serce
zaczęło bić jej tak szybko, że prawie zabrakło jej tchu. Woń
zasypki dla niemowląt unosiła się nad jej klatką piersiową.
- O co chodzi? - zapytała Amy, podnosząc wzrok,
jednocześnie nadal pochylając się nad talerzem z rozmiękłym,
nasączonym krwią z mięsa kawałkiem tostu, który zamierzała wsunąć
do ust.
Isabelle pokręciła głową i spojrzała za
plecy Amy, na lekko wydymającą się białą zasłonkę w oknie. To
przypomina wypadek samochodowy, pomyślała. Taki, po którym powtarzasz
sobie: "Gdyby ta ciężarówka minęła skrzyżowanie, zanim na nie
wjechałam". Gdyby pan Robertson pojawił się w mieście, zanim Amy
poszła do liceum. Ale wsiadasz do samochodu z głową zaprzątniętą
innymi sprawami, a ciężarówka zjeżdża z autostrady, kierując
się do miasta, i ty też kierujesz się do miasta. A potem jest po
wszystkim i twoje życie już nigdy nie będzie takie samo.
Isabelle strzepnęła okruszki z czubków palców. Nie
potrafiła sobie przypomnieć, jak wyglądało ich życie przed tym
latem. Były różne zmartwienia - to pamiętała dobrze. Wiecznie
brakowało pieniędzy i chyba ciągle miała oczko w rajstopach
(nigdy nie wkładała rajstop z oczkiem, chyba że zamierzała
skłamać i powiedzieć, że właśnie je zaciągnęła), a Amy
musiała zrobić do szkoły jakąś pracę, na przykład głupią
mapę z glinki i gumy piankowej, albo coś uszyć - na to
też potrzebne były pieniądze. Ale teraz, kiedy jadła hamburgera
i tosta, siedząc naprzeciwko córki (tej obcej), a mgliste promienie
późnopopołudniowego słońca padały na kuchenkę i podłogę,
Isabelle tęskniła za tamtymi dniami, za przywilejem martwienia się
o zwykłe rzeczy.
- Ta Bev naprawdę pali za dużo. I za dużo
je - odezwała się, bo cisza przy jedzeniu działała na nią
przytłaczająco, a także dlatego, że nie śmiała wrócić do tematu
Stacy.
- Wiem - powiedziała Amy.
- Użyj serwetki, proszę.
Nie mogła nic na to poradzić. Widok Amy zlizującej
keczup z palców doprowadzał ją prawie do szału.
Gniew niepostrzeżenie podnosił swój łeb
i napełniał głos Isabelle chłodem. Szczerze mówiąc, mogło to
być coś więcej niż chłód. A mówiąc zupełnie otwarcie, można
było usłyszeć w jej głosie coś bliskiego nienawiści. Teraz więc
Isabelle nienawidziła także siebie. Gdyby mogła, cofnęłaby tę
uwagę, ale było na to za późno, i dziobiąc widelcem kawałek buraka,
patrzyła, jak Amy zwija papierową serwetkę dłonią i kładzie ją
na talerzu.
- Ale jest miła - dodała Amy. - Uważam,
że Gruba Bev jest miła.
- Nikt nie twierdzi, że nie jest.
Wieczór ciągnął się między nimi bez końca,
mgliste, przytłumione światło prawie nie przesuwało się po
podłodze. Amy siedziała z dłońmi ułożonymi na kolanach i szyją
wychyloną do przodu, jak u tych głupich maskotek piesków, które
widuje się na półkach pod tylnymi szybami samochodów i którym
główki podskakują w górę i w dół. "Usiądź prosto",
chciałaby powiedzieć Isabelle, ale zamiast tego rzekła znużonym
głosem:
- Możesz odejść od stołu. Dzisiaj ja
pozmywam.
Amy zdawała się wahać.
W dawnych czasach nie wstawały od stołu, dopóki
druga nie skończyła jeść. Ten zwyczaj, owa uprzejmość, wywodził
się z okresu, gdy Amy była małym dzieckiem i zawsze jadła powoli,
pochylając się nad dwoma katalogami Searsa rozłożonymi na krzesełku
i machając nogami. "Mamusiu - mówiła lękliwie, kiedy widziała,
że Isabelle już zjadła - posiedzisz ze mną?". Isabelle
zawsze zostawała przy stole. Często była wieczorami zmęczona
i podenerwowana i prawdę mówiąc, wolałaby przejrzeć jakieś
czasopismo, żeby się zrelaksować, lub przynajmniej wstać i zacząć
zmywać naczynia. Ale nie kazała córce się spieszyć, nie chciała
zaburzać pracy dziecięcego układu pokarmowego. To był ich wspólny
czas. Siedziała.
W tamtym okresie, gdy Isabelle szła do pracy,
Amy przebywała w domu Esther Hatch. To było okropne miejsce ten
dom Hatchów - walący się budynek na obrzeżach miasta, pełen
dzieciaków, kotów i zapachu kociego moczu. Jednak tylko na takie
rozwiązanie Isabelle mogła sobie pozwolić. Co miała robić? Nie
chciała zostawiać tam Amy, nienawidziła tego, że Amy nigdy się
z nią nie żegnała, tylko od razu podchodziła do okna i wdrapywała
się na kanapę, by patrzeć za odjeżdżającą matką. Czasami Isabelle
machała do niej, ruszając tyłem spod domu, ale nie spoglądała
w jej stronę, bo nie mogła znieść tego widoku. Gdy widziała Amy
przy oknie, jej bladą, pozbawioną uśmiechu buzię, miała wrażenie,
że ktoś wciska jej coś do gardła. Esther Hatch twierdziła, że Amy
nigdy nie płacze.
Przez pewien czas Amy nie robiła nic innego, tylko
siedziała na krześle, i Esther Hatch utyskiwała, że przez to aż
przechodzą ją ciarki, a także oznajmiła, że jeżeli Amy nie
zacznie wstawać i biegać jak normalne dziecko, nie jest pewna,
czy będzie mogła się nią dalej opiekować. Isabelle wpadła
w panikę. U Wollwortha kupiła Amy plastikową lalkę z szorstkimi
platynowymi loczkami. Głowa natychmiast odpadła, ale Amy była
zachwycona. Nie tyle lalką, ile jej głową. Chodziła z nią wszędzie
i malowała plastikowe usta na czerwono. Najwyraźniej skończyła
też z przesiadywaniem na krześle w domu Esther Hatch, bo kobieta
już nigdy nie wspomniała o tym Isabelle.
Jednak wtedy było jasne, dlaczego Isabelle co wieczór
siedziała z dziewczynką przy kuchennym stole. "Zaśpiewasz
mi kołysankę?", prosiła słodko Amy, ściskając w drobnych
paluszkach fasolę limeńską. A Isabelle - co było okropne -
odmawiała. Mówiła, że nie, że jest zbyt zmęczona. Ale Amy
była taka urocza, tak się cieszyła, że matka siedzi tuż obok,
na wyciągnięcie ręki. Machała nogami ze szczęścia, jej małe
wilgotne usteczka otwierały się w uśmiechu, odsłaniając ząbki,
niczym bielutkie kamyczki osadzone w różowych dziąsłach.
Isabelle zamknęła oczy i poczuła znajomy ból
rozchodzący się od środka mostka. Przecież siedziała tam,
prawda? Robiła to.
- Proszę - powiedziała, otwierając oczy. -
Możesz odejść od stołu.
Amy wstała i wyszła z kuchni.
Zasłonka znowu się poruszyła. To był dobry znak,
gdyby tylko Isabelle potrafiła o tym w ten sposób pomyśleć:
wieczorne powietrze drgnęło na tyle, by poruszyć tkaniną, powiał
na tyle silny wiaterek, by zasłonka lekko zafalowała, oderwała się
na moment od parapetu i wydęła, jak sukienka ciężarnej kobiety,
a potem równie szybko opadła cicho na miejsce, muskając kilkoma
fałdkami siatkę przeciwko owadom. Isabelle jednak przyszłoby to
na myśl dopiero w przypadku wichury. Teraz więc pomyślała tylko,
że zasłonki trzeba wyprać i że należało to zrobić już jakiś
czas temu.
Powiodła wzrokiem po kuchni i stwierdziła
z zadowoleniem, że przynajmniej krany lśnią, a na blatach nie ma smug
zaschniętego płynu do czyszczenia, jak to się czasem zdarzało. No
i był jeszcze dzbanuszek z porcelany Belleek, należący do jej
matki, delikatny, cieniutki, połyskujący przedmiot. To Amy wyjęła go
z szafki przed kilkoma miesiącami i zaproponowała, żeby korzystały
z niego na co dzień. "Należał do twojej matki - zauważyła
Amy - i tak bardzo ci się podoba". Isabelle się zgodziła. Teraz
jednak nagle wydał się jej zagrożony: tak łatwo go było potrącić
rękawem czy gołą ręką i rozbić w drobny mak na podłodze.
Wstała, zawinęła resztę hamburgera w woskowany
papier i włożyła do lodówki. Umyła talerze - strugi
wody, zabarwionej na czerwono od buraków, spływały do białego
zlewu. Dopiero po sprzątnięciu i schowaniu wszystkich naczyń wzięła
dzbanuszek. Umyła go ostrożnie i postawiła w głębi szafki, gdzie
nie było go widać.
Usłyszała, jak Amy wychodzi ze swojego pokoju
i zatrzymuje się na szczycie schodów. Gdy Isabelle miała właśnie
powiedzieć, że nie chce dłużej używać dzbanuszka z porcelany,
bo jest zbyt wyjątkowy i łatwo może się stłuc, Amy zawołała
z góry:
- Mamo, Stacy jest
w ciąży. Chciałam tylko, żebyś wiedziała.