Amulet Jaśminy - Adrianna Trzepiota

Reflow text when sidebars are open.
Spotkałam go w ośnieżonym lesie.
Po tym, jak zobaczyłam mojego męża z inną kobietą w naszej sypialni, nie mogłam zostać dłużej we własnym domu. Jechałam jakby po omacku, śnieg bił o szybę auta, a mnie i tak było wszystko jedno. Już dawno przeczuwałam, że kiedyś ten dzień nastąpi. Byłam zmęczona. Przygniatała mnie wizja przyszłości - odpowiedzialność za samotne wychowanie dziecka. Dały się we znaki kilometry, które pokonałam, wracając od Szeptuchy. Widziała nad płomieniami paleniska twarz mojego męża, splunęła trzy razy w ogień i kazała wracać na Mazury.
Uderzyłam w drzewo, straciłam przytomność i może bym zamarzła, ale z lasu wyłonił się Bojan. Leśniczy mieszkający nieopodal odholował mnie do swojej leśniczówki. Nie chciałam jechać ani do szpitala, ani do hotelu. Szczytno - miasteczko, w którego pobliżu znajduje się mój dom, liczy około trzydziestu tysięcy mieszkańców. Wszyscy się znają. Bałam się, że Joachim, mój mąż, będzie mnie szukał... Nie chciałam wyjaśniać całej tej sytuacji (nasze małżeństwo już od dawna nie należało do udanych), chciałam zaszyć się gdzieś na dłużej. Najlepiej wrócić do Janowa Podlaskiego i Szeptuchy. Potrzebowałam ciszy, chciałam wreszcie usłyszeć własne myśli, a nie dobre rady innych. Przecież nikt nie przeżyje mojego życia za mnie.
Bojan jest taki sam jak jego suka, którą znalazł w lesie. Luna wygląda trochę jak wilk, a trochę jak pies rasy husky. Nikt z nas nie wie, czy należy do świata dzikich czy udomowionych zwierząt. Potrafi na kilka dni uciec do lasu i później wrócić z podkulonym ogonem. Skrywa w sobie jakąś tajemnicę, podobnie jak leśniczy. Jego czarne niczym węgiel oczy początkowo nie chciały zdradzić historii swojego życia. Gdy go poznałam, zachowywał się jak rozwścieczony niedźwiedź. Był agresywny, krzyczał, mało mnie nie uderzył, a sukę bił chyba regularnie. Nie potrafił jej wychować; mówił, że jeśli nie nawiążą jakiejś nici porozumienia, to odda ją do schroniska albo wygna z powrotem do lasu. Początkowo bałam się tej znajomości, ale dopiero kiedy poznałam jego sekret, bardzo chciałam mu pomóc.
Wyobrażałam sobie, że w jego długiej, ciemnej brodzie ptaki uwiły gniazda, a oczy są jak studnia bez dna. Byli bardzo do siebie podobni. On i ten pies. Oboje potrzebowali pomocy. A może tylko miłości?
Leśniczy podobnie jak ja kochał wilki. Potrafił wytropić w lesie ich nory, pisał na ich temat artykuły, liczył populację drapieżników w mazurskich lasach. Nawet jego praca inżynierska dotyczyła ich życia. Chyba właśnie dzięki wspólnym zainteresowaniom udało nam się nawiązać pewną nić porozumienia. Uświadomił sobie, że ma problem z alkoholem, dopiero kiedy zemdlał przy rąbaniu drewna. Uratowała go Luna. Przybiegła pod mój dom w mazurskiej wsi Wałpusz i ujadała tak długo, aż w końcu zabrałam ją do samochodu i pojechałyśmy do Leśnictwa Wykno. Bojan leżał za szopą w kałuży krwi, która wyglądała jak czerwona mandala na śniegu. Rozlała się wokoło niego, tworząc meandrujące wzory. Tym razem to ja mu pomogłam. Dług wdzięczności wyrównałam bardzo szybko. Na całe szczęście skończyło się tylko na rozciętym palcu, ale i w jego sercu coś pękło. Uświadomił sobie, że dalej tak nie można żyć, bo albo się zapije, albo zdziczeje jak Luna.
Zaufał mi i powoli zaczął wprowadzać do swojego świata. A najpiękniejsza przygoda mojego życia wydarzyła się w ciemną zimową noc, kiedy wspólnie z innymi leśniczymi wypuszczaliśmy małego wilczka do lasu (Bojan znalazł go w lesie, podobnie jak Lunę). Lobo cierpiał na chorobę odkleszczową, więc trzeba było go wyleczyć. Dopiero po kuracji mógł wrócić do rodziny. Wilki szukają zagubionych szczeniąt, ale gdy przychodzi czas, by ruszyć dalej, wspólnie podejmują decyzję i opuszczają teren. Nie chcieliśmy, żeby Lobo został sierotą. Dla wilka nie ma nic gorszego niż samotność. Gdy nadszedł ten dzień, pojechaliśmy do lasu i zaczęliśmy nawoływać... Jeżeli wilki odpowiedzą, to znak, że może odnajdą zgubę i znów przyjmą szczenię do watahy. Jeśli nie, to będzie musiało radzić sobie samo. Przygarnięcie wilka nie wchodzi w grę. Próbowali już to zrobić naukowcy z Zakładu Badania Ssaków w Białowieży*, ale gdy Kazan przestał być miłym szczenięciem i w końcu stał się dorosłym basiorem, nie potrafił się przystosować do życia w klatce i całej sytuacji, aż w końcu zmarł. Dlatego my za wszelką cenę chcieliśmy odnaleźć watahę naszego malucha. Dostał obrożę, dzięki, której można śledzić jego każdy ruch, i otrzymał największy dar, czyli wolność.
Kiedy zwijaliśmy ręce w trąbkę i nawoływaliśmy watahę, coś się we mnie poruszyło. Wyłam razem z wilkami pośród ciemnej nocy, a na tle granatowego nieba majaczyły gwiazdy. Wtedy odezwało się we mnie coś, czego się nie widzi, a co jedynie można poczuć, co jest w każdej ludzkiej duszy od kolebki. To była duża porcja ZAUFANIA do życia. Może dosięgła mnie niewidzialna ręka Stwórcy? Nie wiedziałam, jak nazwać to uczucie: jednością, Bogiem, absolutem, darem z nieba? Poczułam, że muszę zaufać temu, co przyniosło mi życie, i dzielnie, jak mały Lobo, dalej iść ze swoją watahą. Poczułam, że muszę przestać martwić się na zapas, a bardziej ufać sobie i światu. Przecież nic się nie dzieje przez przypadek. Na końcu tej drogi wszystkie puzzle i tak układają się w kompletny obraz. Dlatego postanowiłam odseparować się od Joachima, a kiedy już wyprowadził się do pokoju nad garażem, odczułam ulgę. Jednak nie na długo. Później życie przybrało bardziej gorzkawy smak. On nie chciał opuścić domu, zaczął palić papierosy w mieszkaniu, znowu się upijać. Wszystko odbijało się na mnie i kilkuletniej Marysi. Miałam tego dosyć. Byłam zmęczona wiecznymi utarczkami. Nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę od życia, dlatego postanowiłam wziąć rok urlopu zdrowotnego. Jako nauczycielce z pewnym stażem pracy przysługiwała mi taka możliwość. Wyprowadziłam się do Zośki - przyjaciółki mieszkającej w Warszawie. Nie mogłam się odnaleźć w zatłoczonej stolicy, ale nie miałam wyjścia.
Poza tym wydarzyło się dużo dobrego. Zanim postanowiłam rozejść się z mężem, poznałam Władka, który stał się moim przyjacielem i kochankiem na jedną noc. Nasze drogi w końcu się rozeszły, ale nie żałuję tej decyzji i nigdy nie będę. Wygrałam również konkurs literacki i podpisałam umowę z wydawnictwem. Moja debiutancka książka (romans) miała niebawem pojawić się w księgarniach. Znalazłam też bardzo szczególną ofertę pracy w Warszawie.
Pewnego dnia ze zdziwieniem odebrałam telefon od mojego męża, Joachima. Poinformował mnie, że wyjeżdża do Anglii i przenosi tam warsztat samochodowy, który do tej pory zapewniał nam utrzymanie.
Mogłam spokojnie wrócić na moje ukochane Mazury, wyjechać z tego zatłoczonego miasta, a Marysia mogła wrócić do przedszkola. Nie chciałam jednak tak nagle rezygnować z niezwykłej przygody, jaką mogłaby być nowa posada.
* A. Wajrak, Wilki, Warszawa 2015, s. 20.
Zaprowadziła mnie do niewielkiego pokoju i kazała poczekać przy stole nakrytym czerwoną chustą. Stała na nim lampa solna, roztaczała przyjemne pomarańczowe światło. Czytałam w jakiejś gazecie artykuł na temat właściwości jonizacyjnych takich lamp, które podobno mają działanie lecznicze, dobrze oczyszczają powietrze. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Ale chyba nic nie powinno mnie dziwić w takim miejscu jak to. Czekałam na kobietę, która miała przeprowadzić ze mną rozmowę rekrutacyjną. Aplikowałam na stanowisko, które miało dość dziwną nazwę: "doradca duchowy na wizji TV". Co tak naprawdę kryło się pod tym określeniem, mogłam się jedynie domyślać. Małgorzata Gryzipiórek z firmy Maga TV zjawiła się szybciej, niż myślałam.
- Dzień dobry, pani Jaśmino! Przepraszam, ale musiałam wyjść na chwilę, już jestem, już zaczynamy. Bardzo zainteresował mnie pani list motywacyjny. Czy pani naprawdę wierzy w to, co robimy?
Zupełnie nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Oczywiście, że nie wierzyłam, ale były mi na gwałt potrzebne pieniądze.
- Jeżeli dzięki tej wiedzy rzeczywiście można pomóc ludziom, a nie tylko naciąga się ich na wydawanie pieniędzy, to tak, wierzę w to.
- A czy praktykowała pani taką formę leczenia na odległość?
- Tak - skłamałam bez mrugnięcia okiem. Wprawdzie kiedyś zafascynowały mnie karty tarota. Ale teraz przede wszystkim pilnie potrzebowałam pieniędzy, niech w końcu przejdzie do sedna.
- I jak to pani wychodziło? Proszę coś opowiedzieć. - Oparła dłonie na kolanach. Wyglądała zupełnie zwyczajnie, jak tysiące ludzi na ulicach.
- Wie pani, ja mam nieodparte wrażenie, że ludzie sami sobie wyjaśniają kwestie, które ich dręczą. Ja tylko zadaję pytania i znam uniwersalne znaczenie poszczególnych symboli widniejących na kartach. Mogę ich nakierować, ale to oni muszą podjąć decyzję. Staram się nikogo nie krzywdzić. - Postanowiłam być dyplomatyczna.
- Tak, tak zgadza się, ja też tak uważam. Proszę kontynuować.
- Nie znam się na astrologii, ale chętnie się nauczę. Jeżeli Księżyc ma wpływ na przypływy i odpływy oceanów, jeżeli dzięki niemu żółwie przemierzają tysiące mil, aby powrócić do miejsca, gdzie każdego roku składają jaja, to dlaczego nie miałby mieć wpływu na ludzkie życie, prawda? - Bacznie obserwowałam jej ruchy. Teraz wzięła długopis i zapisała w swoim notesie: "szkolenie z astrologii u Zenka - pilne!" - Spojrzała na mnie, chcąc jeszcze coś usłyszeć, ale już nie mogłam wytrzymać i powiedziałam:
- No dobrze, ale niech mi pani w końcu powie, na czym ma polegać moja praca oraz jakie są warunki finansowe?
- Pani Jaśmino, to jest najzwyklejsza w świecie praca wróżki w telewizji. Praca w godzinach nocnych. Trzysta złotych brutto za godzinę transmisji. Jeżeli ludzie będą dzwonić, stawkę podwyższymy dwukrotnie, ale to oczywiście zależy od pani talentu. Aha, jeszcze jedno. Żadna umowa nie wchodzi w grę. To jest praca na czarno, proszę to zachować dla siebie, a po każdej nocy dostanie pani pieniądze do ręki.
Byłam coraz bardziej zdumiona. Teraz to już chciałam stąd uciec. Jednak trzysta złotych za godzinę to nie byle co.
- A ile godzin miałabym pracować?
- Takie programy robimy co kilka dni. Na początek dwie godziny. Zobaczymy, jak przyjmą cię widzowie, jeżeli się sprawdzisz i dasz radę, to można przeciągnąć taki program do czterech godzin. Na początek proponuję pracę dwa razy w tygodniu po dwie godziny, a potem się zobaczy.
Od razu przeszła na "ty", dziwne. Wszystko przeliczyłam w myślach. Wyszło na to, że w ciągu tygodnia zarobię tysiąc dwieście złotych! A w ciągu całego miesiąca cztery tysiące osiemset złotych! To istna żyła złota! Fakt, brutto, ale to i tak zostaje sporo pieniędzy! Moja córka przecież będzie w tym czasie spała, pozostając pod opieką Zośki, u której teraz mieszkam.
- Ale ja tylko umiem stawiać tarota, nic więcej - od razu dałam do zrozumienia mojej rozmówczyni.
- Nic nie szkodzi, najważniejsze, żeby pani umiała odpowiednio dobierać słowa. Dobrze, w takim razie, proszę wyciągnąć karty i mi powróżyć. - Szybko zaczęłam grzebać w torebce, w ręce wpadły mi tylko amulety, które dostałam od Szeptuchy. Wilcze kły. Ścisnęłam je w dłoni, myśląc: pomóżcie! I wyciągnęłam karty. Nie wróżyłam już chyba od roku, ale podobno tego się nie zapomina, to tak jak z jazdą na rowerze. Prawą ręką wyrównałam czerwony obrusik i spróbowałam wróżyć. Wyciągnęłam Głupca i Cesarza i już przestawało mi się to podobać, bo znałam ich symbolikę, ale przecież sama w to nie wierzę, prawda? Mam być tylko wiarygodna, takie pieniądze! Muszę dostać tę pracę!
- Ma pani naturalną predyspozycję do nadużywania swojej władzy i związanej z tym energii. Musi pani zacząć to kontrolować, bo widzę problemy z sercem. Nie chodzi mi o życie uczuciowe, tylko o ciśnienie w żyłach. Niech pani na siebie uważa, może potrzebny jest urlop? - zapytałam, a moja rozmówczyni pobladła. Chyba za dużo jej powiedziałam, ale przecież taka jest właśnie symbolika tych kart. Przecież nie skłamałam. Miałam powiedzieć prawdę, to powiedziałam. Jeżeli choć trochę zna się na tej sztuce, to od razu wyczułaby, gdybym zaczęła blefować.
Nie utrzymam się w Warszawie tylko z tego, co zostaje z mojej nauczycielskiej pensji. Po opłaceniu wszystkich rachunków za mazurski dom i za opiekę nad moimi zwierzętami, którą podczas mojej nieobecności sprawuje sąsiad Mietek, w portfelu mam dosłownie kilkaset złotych. Muszę dostać tę pracę! Joachim ma przelewać jakieś pieniądze na Marysię, ale każdy, kto mierzył się z takimi problemami, wie, jak to wygląda w rzeczywistości, więc, żeby złagodzić wymowę moich wróżb od razu dodałam:
- Ale ja jeszcze tu widzę, że wyjdzie pani ze swoich kłopotów. Tylko potrzebny jest czas, a ten czas to chyba właśnie urlop. Jeżeli jest pani chora, to na pewno wyzdrowieje, tylko potrzeba czasu i spokoju - zakończyłam.
Teraz czekałam na jej reakcję. Nie trwało to długo, rozpłakała się, mówiąc przez łzy:
- Pani Jaśmino, ja wiem, ja to wszystko wiem. - Chlipała coraz głośniej. - Tylko ja nie umiem się w tym życiowym pędzie zatrzymać.
Podałam jej chusteczkę.
- Ma pani już tę pracę. Pierwsze wejście na wizję będzie za dwa dni. Zaczniemy o północy, wtedy jest największa oglądalność. Ach, jeszcze jedno. Chce pani być ucharakteryzowana czy pozostać naturalna? Wszystkie wróżki się przebierają, żeby nikt nie mógł ich rozpoznać na ulicy. Niech pani pomyśli i do mnie zadzwoni. Zaczynamy ze środy na czwartek. Proszę przyjść wcześniej. - Wycierając czerwony od płaczu nos, odprowadziła mnie do drzwi.
Kiedy opuściłam budynek znajdujący się na ulicy Magnificenta, nie mogłam otrząsnąć się z szoku i niedowierzania. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że w końcu zarobię, ale z drugiej sama posada wydawała mi się dziwaczna. Joachim już się wyprowadził, mój ukochany dom stał pusty. W każdej chwili mogę tam wrócić, ale z czego będę żyć? Trudno, spróbuję z tą dziwną pracą. Umalują mnie, założę jakąś chustę na głowę, pogadam jak nawiedzona, zgarnę pieniądze i będę żyć.
Kiedy weszłam do trzypokojowego mieszkania Zośki na dziewiątym piętrze szarego bloku, już od progu przywitała mnie gromada kotów. W wigilijną noc przygarnęłam ciężarną kotkę, którą nazwałam Bezową Maryjką*. Joachim chciał ją wyrzucić, ale zdecydowanie się temu sprzeciwiłam i została. Nie miałam wyjścia, musiałam ją zabrać ze sobą do Warszawy. Urodziła trzy cudowne, puchate kotki. Ledwo widzą, ale już nauczyły się sikać w każdym kącie i zajmować nam czas zabawą i sprzątaniem.
Zośka pośpiesznie wręczyła mi jakiś list i biegiem uciekła do pracy. Nawet nie zdążyłam jej opowiedzieć o moim dzisiejszym spotkaniu. W lewym górnym rogu koperty widniała pieczątka nadawcy: "Sąd Okręgowy w Olsztynie Wydział Cywilny". Zośka trzasnęła drzwiami, Maryśka bawiła się moim telefonem, a ja usiadłam na krześle i zbladłam. Wiedziałam, co jest w środku. Nie chciałam otwierać tego listu, miałam wrażenie, że koperta parzy mnie w ręce. Położyłam ją na czystym, szydełkowym obrusie i ze łzami w oczach patrzyłam na ciemny atrament stempla. Czy mam wrócić do panieńskiego nazwiska? A moja Marysia? Będziemy miały różne nazwiska? Pewnie dzieci w przedszkolu będą się z niej śmiały, nie chcę o tym myśleć, jeszcze nie teraz. I tak wiedziałam, że nadejdzie ten moment, tylko nie przeczuwałam, że aż tak szybko. Widać Joachimowi się spieszy z uzyskaniem wolnego stanu. Chciałam uspokoić rozedrgane ręce i poszłam zaparzyć kawę. Zapach kardamonu i goździków pobudził zmysły i choć na chwilę przyćmił zdenerwowanie.
Wykonywanie władzy rodzicielskiej nad naszą kilkuletnią córką oddał mnie. Zdziwiłam się, że przyszło mu to z taką łatwością. Nie zadzwonił do mnie w tej sprawie ani razu. Z drugiej strony dzięki temu zaoszczędzę Marysi i sobie wielu przykrości. Gdybym miała jeszcze teraz o nią walczyć, użerać się z nim. Nie wyobrażam sobie życia bez córki... W dokumencie pozwu zaznaczył rozwód bez orzekania o winie. Gdyby nie było winy, bylibyśmy małżeństwem, czyż nie mam racji? Oboje byliśmy winni, może gdybym pewnego letniego popołudnia nie spotkała Władka, to dalej przymykałabym oko na bezczelne zachowanie Joachima? Może bym się nie obudziła i nie zaczęła walczyć o siebie.
Coraz trudniej było mi przemycać do szarej rzeczywistości małżeńskiej strzępy własnego, twórczego życia. Codziennie oszukiwałam samą siebie. Ograniczałam się jedynie do milczącej uległości wobec męża. Nie podnosił mnie na duchu, kiedy upadałam. Na zewnątrz byłam zrównoważona i spokojna, ale kiedy moje serce zaczynało być obojętne nawet na własne potrzeby, coś w środku zawyło, zaczęło uwierać i pewnego dnia wierzgnęło jak dzikie zwierzę. Kiedy poczułam, że zostałam złapana w sidła jak wilk, chciałam zrobić wszystko, żeby się uwolnić. Nie chciałam być upokarzana, nie chciałam, żeby ktoś ograniczał mój instynkt, moją seksualność i kobiecość. Chciałam żyć!
Jest coś w każdej kobiecej duszy, co nie pozwala na zwykłą wegetację. Wielokrotnie wstrzymywałam oddech tylko po to, żeby nie wszczynać awantur, żeby w domu było spokojnie i miło, ale w końcu zabrakło mi powietrza i myślałam, że się uduszę. Wypuściłam z siebie wszystko, co do tej pory trzymałam w zamknięciu. Kiedy wzięłam pierwszy oddech świeżego powietrza, odnalazłam siłę, która bezczelnie żądała wstępu do prawdziwego, a nie udawanego życia. Za sprawą jakiej siły kobiety kulą się ze strachu, płaszczą, udają i proszą o życie, które i tak do nich należy?
Miałam stawić się w sądzie dokładnie za miesiąc. Już nie było odwrotu. Potrzebowałam pieniędzy i spokoju. Mleko się wylało. Teraz trzeba było posprzątać.
Musiałam czymś zająć ręce. Usiadłam do komputera, żeby przygotować ulotki. Musiałam jak najszybciej poinformować ludzi, że mieszkają w tym bloku piękne małe kocięta, które szukają nowego domu. Cały czas w myślach widziałam pozew rozwodowy. Nie mogłam się od niego uwolnić.
Zośka wyśmiała mnie i moją nową pracę tak, że mało szyby w oknach nie popękały. Chłopcy po powrocie ze szkoły patrzyli na swoją ciotkę w zupełnym osłupieniu, a ja tak naprawdę byłam z siebie bardzo dumna, tylko zupełnie nie wiedziałam, co mnie czeka.
Wieczorami wróżyłam wszystkim. Musiałam przecież ćwiczyć, żeby nie dać plamy w pracy. Każdy program jest przecież emitowany na żywo. Nie miałam pojęcia, jak to będzie wyglądało i czy w ogóle mi zapłacą. Często słyszałam, że takie stacje telewizyjne tylko naciągają ludzi, którzy potrzebują pomocy psychologa czy terapeuty. Nie miałam czasu zastanawiać się nad tym, potrzebowałam pieniędzy. Musiałam szybko zająć się czymś, żeby nie zwariować, żeby przestać myśleć o Joachimie i nie wynajdywać nowych problemów.
Rozwiesiłam informację o kotkach na klatce schodowej i przed wejściem do budynku. W powietrzu czuło się zapach wczesnej wiosny. Zgniłe liście, jeszcze twarda ziemia i ten charakterystyczny powiew zapowiadający roztopy. Przy samych drzwiach zaczepiła mnie sąsiadka z pierwszego piętra. Chciała zobaczyć kotki. Zaprowadziłam ją do mieszkania i specjalnie położyłam wszystkie zwierzątka na jej kolanach. Musiałam kuć żelazo, póki gorące. Nie mogła oprzeć się pokusie głaskania i całowania tych małych puchatych kuleczek, aż do momentu, kiedy ta najbardziej ruda zsiusiała się wprost na jej spodnie. Byłam pewna, że sąsiadka się strasznie obrazi, ale ona tylko ucałowała Rudą w pyszczek i powiedziała, że jak ją odchowamy, to zabiera kotkę do siebie... Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że to wszystko stało się tak szybko! Myślałam, że szukanie nowych domów dla zwierzaków będzie trwało miesiącami, a tu wystarczyła dosłownie jedna wizyta!
Sąsiadka nie mogła przestać przytulać Rudej. Kiedy już podziękowała za gościnę i wyszła, poczułam, jak rozlewa się we mnie fala ciepła. Przez pół dnia byłam pogrążona w smutku i rozpaczy, a teraz w jednej chwili wypełniła mnie radość. To było niesamowite. Miałam w sobie niezwykłe pragnienie spokoju. Pośród tych wszystkich burz i nawałnic chciałam harmonii. Dała ją bezinteresowna pomoc tym biednym kociakom. Dobro powraca, dobro się czyni, to pomaga żyć.
* Historię Bezowej Maryjki można przeczytać w książce Sekretna zima Jaśminy, Białystok 2016.
Za oknem panował mrok. Kobieta prowadziła mnie długim korytarzem, aż w końcu weszłyśmy do pomieszczenia wyglądającego jak garderoba teatralna. Nie było tu nikogo, a na wysokich półkach nad oświetlonymi lustrami stały maski. Jedne miały zapadnięte policzki, inne nienaturalnie wyciągnięte uszy. Zauważyłam też starannie posegregowane w pudełeczkach szkła kontaktowe zmieniające kolor oczu. W lewym rogu piętrzyły się peruki i chusty.
- Cześć! - wykrzyknęła radośnie jakaś dziewczyna, aż podskoczyłam zdumiona - ty jesteś ta nowa? Nie bój się, nie gryziemy. - Usiadła przed lustrem i zaczęła robić sobie ciężki i mroczny makijaż. Wszystkie jej ruchy były wyćwiczone. Ręka nie drżała, prowadząc ciemną kreskę na powiekach. - Jestem Jaga. Pracuję tu już od ponad pięciu lat, nie martw się, płacą! A coś ty taka przerażona? Nie bój się, przecież nie rzucę na ciebie uroku! - Zachichotała, rozczesując długie czarne włosy.
- Jaśmina - powiedziałam, z niechęcią rozglądając się dookoła.
- To twój pseudonim artystyczny? - Znowu zaczęła się pokładać ze śmiechu. - Czy ty naprawdę tak masz na imię?
- Tak. - Byłam potwornie zdegustowana.
- Ach, to przepraszam, a wybrałaś już sobie jakiś pseudonim?
- Nie.
- No to się pośpiesz. Dobrze, że przyszłaś wcześniej, to zobaczysz, jak ja pracuję. Ci wszyscy ludzie, co tu dzwonią, najzwyczajniej w świecie potrzebują pomocy. Chcą pogadać, nie radzą sobie ze swoimi problemami. Są też fanatycy, ale takich od razu się rozpoznaje i możesz się rozłączyć. A co ty się tak na mnie gapisz, jakbyś ducha zobaczyła? Czy ty myślisz, że w naszych czasach wróżki i wiedźmy siedzą w lesie nad ogniskami? One szarżują na forach internetowych i infoliniach... Są tu takie, co to lepiej się trzymać od nich z daleka, ale są również zupełnie fajne dziewczyny, na przykład takie jak ja - sprzedała szelmowski uśmiech - które naprawdę widzą więcej - dokończyła zupełnie poważnie. - Teraz już uciekam, a ty patrz i się ucz.
Pobiegła i zniknęła za niebieską kotarą. Został po niej tylko zapach perfum, a może raczej kadzideł? Sama chciałabym tak pachnieć. To był dość dziwny bukiet, coś jakby dym z ogniska połączony z zapachem rozmokłej ziemi, ostrej papryki i piżma. Zakręciło mi się w głowie od nadmiaru wrażeń, więc przyciągnęłam niewielkie krzesełko i zaczęłam obserwować Jagę przez szparę w zasłonie.
Była naprawdę dobra. Ludzie cały czas do niej dzwonili. Miała karty tak stare, że obrazki były na nich powycierane. Zostały tylko kontury, gdzieniegdzie kolory i drobne symbole. Oczywiście po głębszej analizie można było zidentyfikować, co przedstawiają, ale mnie zajęłoby to z pewnością sporo czasu. Szła jak burza, tłumaczyła wszystko prędzej, niż odwracała karty, była niesamowita. Nosiła perukę z jasnych włosów. Miała dość jasną karnację i zielone oczy, pasował do niej ten zmyślony wizerunek. Przypominała bardziej anioła niż wróżkę na telefon. Co chwilę odgarniała włosy, pokazując linię żuchwy i szyi. Była ponętna i zmysłowa. Czuła się jak ryba w wodzie. Czasami przenosiła dłonie na szklaną kulę, ale podczas wcześniejszej rozmowy powiedziała, że strasznie tego nie lubi. Była pewna, że ten trik przyciągnie więcej odbiorców. Co jakiś czas wtrącała łacińskie nazwy drzew, roślin, zwierząt. Na antenie piła drobnymi łyczkami herbatę z czystkiem. Była niesamowita i taka przekonująca. Na początku zrobiła na mnie fatalne wrażenie, ale teraz, gdy zaczęła mówić tym swoim niskim głosem, robiła to z takim wdziękiem, że aż chciało się jej słuchać. To nie wyglądało jak wróżenie z fusów. Ona naprawdę pomagała tym ludziom. Miałam wrażenie, że wcale nie udaje, że sama wierzy, że jest wróżką, wiedźmą, czarownicą! Jak nazwać ten zawód, a może raczej to kłamstwo? Jaga, schodząc z anteny, wbiła we mnie wzrok, jakby dobrze wiedziała, o czym przed chwilą pomyślałam.
Teraz przyszła kolej na mnie... Do wejścia na antenę miałam dosłownie piętnaście minut. Jaga energicznie chwyciła perukę z rudych kręconych włosów, wcisnęła mi ją na głowę, obwiązała czoło kolorową chustą, zrobiła profesjonalny makijaż i wypchnęła za kotarę.
Miałam patrzeć tylko do kamery, ale mój wzrok tępo uciekał w poszukiwaniu pomocy, aż nagle usłyszałam słowa pierwszego słuchacza:
- Agnes, zupełnie nie wiem, co robić, mam problem...
Jaka Agnes, do jasnej cholery?! Co tu się wyprawia?
Kątem oka w niewielkim telewizorku stojącym po prawej stronie mojego biurka (służył wróżkom do podglądania samych siebie) zobaczyłam, że obok mojego wizerunku na pasku komunikacyjnym było napisane: "Wróżka Agnes, zadzwoń teraz, koszt połączenia tylko 6,99 zł". Przecież nie podałam im swojego pseudonimu, to znaczy, że ktoś zrobił to za mnie! Myślałam tylko, żeby się skupić i nie dać plamy, w studiu było strasznie gorąco, czułam, jak strużka potu spływa mi po plecach, a to był przecież dopiero początek, wybiła północ.
- Halo, halo, pani Agnes, czy pani mnie słyszy...?
- Tak, proszę mówić, miałam przed chwilą widzenie - skłamałam, udając, że ta pauza była zamierzona. Co ja mam im, do cholery, mówić?
- Agnes, dostałem od mojej przyjaciółki lusterko, takie niewielkie, mieszczące się w kieszeni. Ale przecież lusterko to zły znak. Nie chcę go ze sobą nosić, ale nie chcę też zranić mojej koleżanki. Czuję, jakby ktoś na mnie cały czas patrzył zza tego lusterka, nie mogę się od tego uwolnić.
Przeszło mi przez myśl, że to się nie dzieje naprawdę, szybko odpowiedziałam:
- Ależ to żaden problem. Karty nie chcą teraz dać odpowiedzi, czy to był zamierzony zabieg ze strony ofiarodawczyni, ale możesz umyć prezent święconą wodą, na pewno nie zaszkodzi.
- Tak, tak, droga Agnes, dziękuję, tak właśnie zrobię! - Rozłączył się.
Zanim złapałam oddech, usłyszałam kolejny głos, tym razem to była kobieta. Nie radziła sobie z mężem, nie wiedziała, czy zostać w związku, czy się rozstać. Akurat na ten temat miałam sporo do powiedzenia, więc rozłożyłam karty i dałam jej wiele porad z własnego doświadczenia. Była zachwycona, rozłączyła się z radością w głosie, nie była już tak załamana, jak jeszcze przed chwilą. Rozmawiałam z nią około trzydziestu minut. Potem zaczęli dzwonić kolejni słuchacze, a ja mówiłam i mówiłam, od czasu do czasu zaglądając w karty, i nie było to wcale takie trudne. Zaczęło mi się nawet podobać. Co miałam do stracenia? Schowałam dumę i ambicję do kieszeni i na tych kilka godzin stałam się doradcą duchowym z telewizji.
Po zejściu z anteny rozbolała mnie głowa. Padłam na krzesło w garderobie. Wskazówki zegarka pokazywały drugą w nocy. Za cztery godziny Marysia już będzie na nogach, zanim dojadę do domu, będzie trzecia, na sen pozostaną mi dosłownie trzy godziny. Czułam się, jakby ktoś wyssał całą moją energię. Wtem podeszła do mnie ta sama kobieta, która przyjmowała do pracy. Wręczyła mi trzysta złotych, chwaląc mój pierwszy występ. Kiedy już wychodziła, krzyknęłam, że miało być brutto, na co odpowiedziała, że to na zachętę. Znowu opadłam na krzesło. Zmęczona zaczęłam zmywać z siebie mocny makijaż i spoglądając na swoje odbicie w lusterku, stwierdziłam, że nawet pasują mi te rude loki.
To było tak dziwne doświadczenie, że nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. Nie czułam, żebym wróżyła profesjonalnie, ale dawało mi to sporo satysfakcji. Kim są ci, którzy tu dzwonią? Czy oni naprawdę myślą, że ja mam jakieś parapsychologiczne zdolności?
Czasami zdarzały się w moim życiu bardzo dziwne zbiegi okoliczności, często miałam prorocze sny. Oczywiście wierzyłam w moc ludzkiego umysłu i w to, że można leczyć energią czy nawet samą myślą, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości, ale do całej tej instytucji wróżenia na telefon byłam nastawiona bardzo sceptycznie.
Po powrocie do domu Zośka mi pogratulowała. Podobno byłam bardzo przekonująca. Wszystko nagrała, więc będę mogła sama sprawdzić. Wycieńczona padłam na materac. I spałabym snem kamiennym, gdyby nie poranny chichot córki. Miałam wrażenie, że zanim zdążyłam zamknąć powieki, trzeba już było je otworzyć. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że taki system pracy da mi się we znaki, ale kiedy zajrzałam do portfela, od razu przestałam narzekać.
Dni mijały w zawrotnym tempie. Nocami robiłam za wróżkę, nawet kilka razy mogłam wziąć zastępstwo za Jagę, dzięki czemu więcej zarobiłam, ale w ciągu dnia byłam wykończona. Próbowałam pomagać sobie dużymi ilościami kawy, ale to nic nie dawało. Pewnego razu przyśniło mi się, że zasnęłam, leżąc na mokrym mchu w środku lasu. Bardzo dobrze wiedziałam, jak to zinterpretować. Potwornie tęskniłam za swoim prawdziwym domem, za skrzypiącą drewnianą podłogą, ciepłem palonego drewna, szumem lasu i dźwiękiem fal bijących o brzeg. Tęskniłam do dawnego życia. Tu nie miałam żadnych przyjaciół oprócz Zośki i Władka, który od czasu do czasu wpadał, żeby porozmawiać. Nie miałam nikogo, z kim mogłabym dzielić swoje radości i smutki. W ciągu dnia udawałam, że jestem wypoczęta, a nocami pracowałam. Tasowałam karty, prowadziłam dyskusje, uczyłam się technik wróżbiarskich od Jagi i tak naprawdę nie potrafiłam ocenić, czy to, co robię, jest moralne. Kiedy wybijała północ, stawałam po stronie księżyca i magii, a wracając nocnym autobusem do domu, byłam wycieńczoną matką Polką. Postanowiłam, że odłożę większość z tego, co zarobię. Słupki w banku z dnia na dzień stawały się wyższe, a ja czułam się coraz bardziej zmęczona. Kiedy organizm przestał reagować na wspomagacze zawarte w napojach pobudzających, postanowiłam pójść do lekarza po receptę na lek, który umożliwiłby mi przetrwanie w tych warunkach.
Już po podstawowych oględzinach doktor stwierdził, że jestem przepracowana i albo pomoże mi zdrowe odżywianie i duża dawka snu, albo nabawiłam się anemii. Zmierzył ciśnienie, pobrał krew i mocz, wypisał receptę. Nawet nie sprawdziłam, co zostało na niej napisane, od razu poszłam do apteki, marząc tylko o tym, żeby położyć się do łóżka. Kiedy podałam pani w okienku białą karteczkę, oddała mi ją z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy. Na świstku papieru napisano: "Tu nie jest potrzebny lekarz, tylko urlop".
Zamurowało mnie z wrażenia, pierwszy raz w życiu spotkałam się z taką diagnozą postawioną przez prawdziwego, dyplomowanego lekarza. Stałam na środku apteki, resztki śniegu spływały z butów na brudne linoleum, tworząc coś na kształt kałuży. Kilka razy przeczytałam zdanie z recepty, myśląc, że mam jakieś przywidzenia. To był znak z nieba. W domu sprawdziłam, na kiedy sąd wyznaczył rozprawę. Został tydzień. Zadzwoniłam do Jagi, zgodziła się wziąć zastępstwo już od kolejnego programu. Szefowa po tym, jak się sprawdziłam, nie powinna mieć żadnych obiekcji. Zauważyłam, że dziewczyny z agencji, pracujące ze mną, co jakiś czas korzystają z wolnych dni.
Bałam się tego spotkania z ukochanymi Mazurami, które porzuciłam na jakiś czas, a może na zawsze? Nie wiedziałam, czy las i wrzosowiska znowu przyjmą mnie do siebie. Bałam się też o zwierzęta, znowu wezmę je do naszego domu na kilka dni, a potem co? Porzucę pod bramą Mietka? Całkowicie zgłupieją od tych zmian. Tęskniłam do rozmokłej ziemi, do błota na podwórku, do zapachu zgniłych liści, a nade wszystko do pielęgnowania ogródka. Tak dawno nie wkładałam rąk w glebę, nie czułam bliskości ziemi, która przecież daje nam tlen, pokarm, kwiaty. Po prostu tęskniłam całą duszą.
Kotkę z małymi zostawiłam pod opieką kochanej Zosi. Spakowałam torbę, lekarstwa, nocnik, pieluchy, zatankowałam samochód, włączyłam płytę Stinga i pojechałam do domu. Tylko gdzie teraz był mój prawdziwy dom? Na pewno tam, gdzie moje serce.