Amore, amore! - Maria Carmen

Reflow text when sidebars are open.
To przygoda, myślę. Z okna samolotu spoglądam na Włochy, które leżą pode mną spokojne i ciche niczym śpiące zwierzę. W jasnym świetle słońca widzę domy z dachami krytymi dachówką, pinie i cyprysy, a po prawej stronie Elbę, otoczoną szmaragdowozielonymi wodami. Powietrze jest tak czyste i klarowne, że dostrzegam migoczące fale.
Głos pilota budzi mnie jednak niebawem ze śródziemnomorskiego letniego snu - we Włoszech jest zimno, temperatura wynosi około sześciu stopni. Odwracam się i zerkam przez szparę między fotelami. Siedząca za mną starsza pani wzdycha rozczarowana:
- Włochy zdecydowanie nie są tak ładne, jak wszyscy twierdzą. - Potem mówi do męża, zajętego rozwiązywaniem krzyżówki: - Mówiłam ci przecież, żebyśmy polecieli na Lanzarote. - Kolejne westchnienie. - Poza tym włoskie hotele są słabo ogrzewane. Dzięki Bogu, wzięłam ze sobą koc elektryczny!
Teraz to ja wzdycham. Nie dlatego, że zostawiłam termofor w Hamburgu. Nie, nie w tym problem. Lecę na południe sama, ponieważ znowu jestem singielką. To znaczy osobą samotną, niezwiązaną, porzuconą. Przed sześcioma tygodniami Christian spakował manatki i u boku pewnej brunetki radośnie opuścił na zawsze moje życie.
- Ciesz się - jednogłośnie skomentowały koleżanki nasze rozstanie. - Lepszy bolesny koniec niż boleść bez końca.
Za mało pocieszające uznałam natomiast komentarze w rodzaju: I tak był z niego nieuleczalny podrywacz.
Życia z Christianem wcale nie uważałam za niekończącą się boleść, nawet jeśli czasami podejrzewałam, że może go coś łączyć z którąś z moich znajomych.
Gdy dwa tygodnie po rozstaniu nadal byłam w stanie przełknąć co najwyżej parę jabłek i paczkę chrupkiego pieczywa, rodzina i przyjaciele stwierdzili, że należy natychmiast coś przedsięwziąć. Mama, z pochodzenia Włoszka, dzwoniła codziennie, by dowiedzieć się, czy wreszcie coś zjadłam.
- Czy mam przysłać do ciebie twojego brata Antona z miską lasagne? - pytała zatroskana.
Z kolei najlepsza przyjaciółka usiłowała zaciągnąć mnie do dyskoteki i starała się rozweselić tekstami w stylu:
- Kolejny, proszę!
W biurze koleżanka określiła cienie pod moimi oczami jako "tak wielkie jak pasy na autostradzie" i podarowała mi krem przeciwzmarszczkowy, który miał zdziałać "prawdziwe cuda". Gdy tak się to wszystko toczyło, a ja w rekordowym tempie zużywałam całe opakowania chusteczek, ktoś w niebie ulitował się nad moim nieszczęsnym losem, ponieważ w tym samym czasie co mój zawód miłosny, nastąpił olbrzymi kryzys śmieciowy we Włoszech.
- Co ma wspólnego jedno z drugim? - spytała mnie zdumiona szefowa, gdy przedstawiłam jej stan rzeczy.
- Nie ma tu co prawda relacji przyczynowej, ale pewien związek jednak jest - odparłam, przyznaję, w dość mało przekonujący sposób.
- Chce pani wziąć urlop? - dopytywała się, spoglądając na mnie znad okularów. - Żeby pojechać do Włoch? I co chce tam pani robić? Uprawiać cytryny i pomidory, by zapomnieć o wielkiej miłości?
Podłe, prawda? Spróbowałam się uśmiechnąć.
- Tak. Pojadę do krewnych... Potrzebują mojej pomocy - wyjaśniłam. Potem wyjąkałam jeszcze parę słów o katastrofie śmieciowej, małej liczbie turystów, załamaniu gospodarczym i swojej włoskiej rodzinie. W trakcie mówienia zaczęłam mocno pocić się pod lewą pachą.
Prawdziwe błędne koło - im bardziej się pociłam, w tym większe popadałam zakłopotanie. Zerknęłam na koszulkę - wilgotna plama wciąż rosła. Im bardziej się wstydziłam, tym więcej potu wydzielała lewa pacha.
Czy szefowa to zauważyła? W każdym razie coś nagle musiało złagodzić jej nastawienie, ponieważ ona również spróbowała zamarkować uśmiech. Podsumowała moje nieskładne wyjaśnienia:
- Brat pani matki prowadzi pensjonat w południowych Włoszech, który z powodu tej afery z wywozem śmieci został zamknięty, ponieważ przestali przyjeżdżać turyści. Wujowi i ciotce tuż przed emeryturą grozi bankructwo, dlatego chcą szybko sprzedać hotel i bardzo panią proszą o pomoc w załatwieniu formalności i przeprowadzce?
Potaknęłam z wdzięcznością. Nastała chwila ciszy. Aby przełamać zakłopotanie, opowiedziałam jej o swoim dzieciństwie, o wakacjach nad morzem spędzanych u dziadków i krewnych, o hotelu La Villa Blu i licznych zagranicznych gościach.
Ponieważ szefowa nie próbowała mi przerywać, a nawet patrzyła na mnie z uwagą, mówiłam dalej. Dawniej dom był siedzibą proboszcza, brata dziadka mojej babki. Musiało to być mniej więcej w połowie dziewiętnastego wieku, gdy legendarny dowódca Giuseppe Garibaldi zjednoczył całe Włochy od północy po południe. Paplałam dalej, że nawet po stu pięćdziesięciu latach ludzie na południu nie otworzyli serc przed Włochami z północy. I dalej, w niekończącym się słowotoku, o białych ścianach domu, w ciągu dnia chroniących przed upałem, i o kolacjach pod pergolą, po której pięła się bugenwilla.
- Proszę pani, a teraz na poważnie: jak sobie to pani wyobraża? - przerwała mi szorstko redaktor naczelna. - Nie chce mi pani chyba powiedzieć, że opuszcza nas z powodu jakiejś przeprowadzki i wyjeżdża na roczny urlop nad Morze Śródziemne? - Odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się rozdrażniona. - Sama bym tak chciała. Podobnie jak pani stu dwudziestu zestresowanych kolegów! - Wskazała na teczki i albumy zdjęć piętrzące się na jej biurku. - Jesteśmy zawaleni robotą! - rzuciła pospiesznie. - Trzeba pilnie przygotować czerwcowe wydanie z letnią modą, a w redakcji działu podróży jedna z koleżanek jest na urlopie macierzyńskim. Jak mamy sobie radzić? Reklam nieustannie ubywa, zarząd stawia redaktorów pod ogromną presją.
Opadłam na krzesło i spojrzałam przez okno na miejski park, przed którym stał na placu autobus. Mżyło. W szybie zobaczyłam swoją przestraszoną twarz i pomyślałam, że ta ponura pogoda pasuje do mojej szarej cery.
Wciąż zastanawiałam się, co mam odpowiedzieć, gdy szefowa dokończyła:
- Nie mogę się bez pani obejść. To absolutnie wykluczone!
Westchnęłam.
- Chociaż... - mruknęła - chociaż... moglibyśmy... byłoby... - Pauza. Zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem, obróciła się do okna, a potem znowu w moją stronę. - Tak sobie teraz głośno myślę: gdy będzie pani we Włoszech, czy mogłaby pani od czasu do czasu podesłać nam artykuł?
Uniosłam głowę zdumiona.
- Hm...
Kontynuowała już teraz płynnie:
- Z południowych Włoch nie jest daleko do Rzymu. Musiałaby pani tylko pojechać kilka razy do Rzymu i Mediolanu, obejrzeć jakiś pokaz mody lub wybrać się na targi sztuki, utrzymywać kontakt z fotografami...
Vecchia volpe - chytra lisica, powiedziałaby moja babka, świeć, Panie, nad jej duszą. Mistrzyni strategii znowu mnie zaskoczyła. Mój wniosek urlopowy został zatem zatwierdzony, ale pod warunkiem, że będę dalej pisać dla magazynu. Dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ można było w ten sposób zaoszczędzić na kosztownym stanowisku korespondentki w Mediolanie w tym annus horribiliskryzysu finansowego. Jednocześnie szefowa zyskiwała w redakcji opinię wyrozumiałej przełożonej i powiernicy, która pomogła podwładnej w wyjątkowej potrzebie.
W wyjątkowej potrzebie - tak to ujęła i zaraz dodała:
- Na pewno znalazłaby pani jeszcze nieco czasu dla redakcji działu podróży, prawda? - Nie czekając na moją odpowiedź, wstała i wyjęła z regału teczkę podpisaną ENIT. - Może mogłaby pani wybadać teren i nawiązać kontakt z włoskim biurem turystyki we Frankfurcie nad Menem?
Spojrzałam na nią oszołomiona. Czy powinnam jeszcze raz podkreślić, że do osiemnastego roku życia każde lato spędzałam we Włoszech?
- Zgodnie z tą informacją prasową z Międzynarodowych Targów Turystycznych - wyjęła z teczki kartkę - Włochy to ulubiony cel młodych par w podróży poślubnej! - Podała mi teczkę. - Kiedy dokładnie pani wyjeżdża? Za dwa tygodnie? To proszę napisać od trzech do czterech tysięcy znaków o włoskich pomysłach na stylowe wesele. - Przesunęła dłonią w powietrzu z lewej do prawej, jakby już widziała przed sobą artykuł: - Najważniejsza uroczystość w życiu zorganizowana na plaży, przy blasku księżyca, na łodzi... opis, jak świętują Włosi: Wenecja, Portofino, Rzym. - Usiadła z westchnieniem: - Zazdroszczę pani!
Skinęłam głową i wstałam, by się pożegnać.
Podała mi rękę.
- Kto wie? Może odda pani serce jakiemuś gorącokrwistemu Włochowi! Pani to ma dobrze!
Ktoś chwyta mnie za ramię, a gdy unoszę głowę, steward podsuwa mi wiklinowy koszyczek. Mrugam, a potem chrząkam zakłopotana - sobowtór Luki Toniego oferuje mi owinięte w czerwoną folię praliny w kształcie serc. Buon San Valentino! - widnieje na opakowaniu. Linie lotnicze życzą mi zatem szczęśliwego dnia świętego Walentego. Steward niecierpliwie podtyka koszyczek w moją stronę. Zaraz będziemy lądować, a on musi obsłużyć jeszcze dwadzieścia rzędów. Wybieram czekoladkę.
Na małym wysuwanym ekranie umieszczonym pod sufitem śledzę trasę lotu. Czerwona linia ciągnie się od północnych Niemiec przez Alpy i wzdłuż włoskiego buta prawie do Afryki. Być może uśmiecham się z rozmarzeniem, bo gdy unoszę wzrok, natrafiam na spojrzenie mężczyzny, który siedzi w tym samym rzędzie po przeciwnej stronie przejścia.
- La prima volta in Italia? Pierwszy raz we Włoszech? - pyta i uśmiecha się.
- Tak - odpowiadam sucho.
- Che bello, to pięknie! Zatem dziewicza podróż. Ma pani szczęście. Dziś wieje mistral, jest zimno, ale za to pogodnie. Urlop czy praca?
Ponownie kłamię:
- Odwiedzam znajomych.
Nie pytając o zgodę, mężczyzna wstaje i siada na wolnym miejscu obok mnie.
- Jest pani nauczycielką? Czy może studentką?
Uff. W myślach przewracam oczami. Pierwszy włoski Don Juan podczas mojej wyprawy. Jeszcze dla mnie za wcześnie na męskie znajomości, więc odpowiadam monosillabi: "Tak, nie, nie wiem".
Czaruś ignoruje moje pełne rezerwy zachowanie i zaczyna opowiadać o swoim pobycie w Hamburgu. Mówi także o pracy i nieśmiało wypytuje o mnie i moją rodzinę. Gdy samolot dotyka ziemi, wyjmuje z kieszeni marynarki srebrne etui i podaje mi wizytówkę. "Gaetano Letizia, Capri", czytam. Z tyłu Błękitna Grota, stary obrazek z czasów Goethego. Podziwiam wypielęgnowane paznokcie i wyprostowaną sylwetkę mężczyzny. Nie wygląda jak typowy południowo-włoski macho - przyjemna postać, ciemne włosy poprzetykane cienkimi srebrnymi nitkami. Na pięknym nosie okulary w metalowych oprawkach. Gdy podaję mu swoją wizytówkę, uśmiecha się w nieco zmanierowany sposób i wyciąga wyprostowaną rękę. Jego dłoń porusza się przy tym tam i z powrotem niczym delikatny kwiat.
Może jest gejem?, przemyka mi przez głowę.
- Giornalista!- wyjaśnia Gaetano. - Najlepiej podam pani mój numer komórkowy. Gdyby miała pani pytania albo potrzebowała informacji, może pani dzwonić do mnie o każdej porze. - Jego głos brzmi jak łagodny, monotonny śpiew.
Nie ma wątpliwości, jest gejem, stwierdzam. W końcu Capri od stuleci stanowi mekkę homoseksualistów. Oskar Wilde i spółka!
Z jednej strony odczuwam ulgę, a z drugiej jestem rozczarowana. Jego pogodny sposób bycia zaczyna mi się podobać. Przyciągam beznadziejne przypadki jak magnes, myślę sobie. Czyż nie zakochałam się w Christianie, chociaż katastrofa była z góry zaprogramowana? Od początku wiedziałam, że jest nieuleczalnym kobieciarzem. Mimo to nasz związek, pełen wzlotów i upadków, przetrwał sześć lat. A pierwszy mężczyzna, którego teraz spotykam, oczywiście jest gejem. Znowu bello e impossibile!
Piękny i niemożliwy wyciąga z kieszeni marynarki pióro i zapisuje na błękitnej wizytówce swój numer komórkowy, po czym oddaje mi kartonik.
- Grazie - mówię i wsuwam go do kieszeni.
Gdy wysiadam z samolotu, czuję powiew mroźnego wiatru. Niebo wciąż jest co prawda lazurowe, ale na horyzoncie zaczynają gromadzić się potężne burzowe chmury.
- Czy to nasze Włochy? - jęczy siwa dama, która podróżuje z elektrycznym kocem w walizce.
W busie włoscy pasażerowie rozmawiają przez komórki. "Mamma!" albo "Pasquale! Antonio! Maria!" i "Adesso adesso, właśnie przyleciałem, czekam na bagaż. Tak, tak, la valigia, potem zaraz do ciebie przyjadę! Tak, lot minął dobrze. Do zobaczenia! Ciao, ciao".
Rozglądam się na wszystkie strony. Gaetano jakby się zapadł pod ziemię, pewnie wsiadł do drugiego busa. Aby się czymś zająć, również włączam telefon. "Wind vi augura Buon San Valentino!". Najwyraźniej walentynki muszą być dla Włochów świętem narodowym, prawie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, skoro nawet operator telefonii komórkowej życzy klientom przez esemes szczęśliwego święta miłości. Dostaję elektroniczne serce z poradą: "Wybierz numer 4545 i sprawdź ofertę abonamentową z premią dla zakochanych".
To ci dopiero - przylecieć do Włoch w święto zakochanych, gdy jest się świeżo po rozstaniu, myślę. Czy naprawdę dobrze zrobiłam? Komórka raz jeszcze odwraca moją uwagę. Drugi esemes: "Cara V., sono in straritardo, jestem megaspóźniona, sorry! Spotkajmy się od razu w restauracji Antica Trattoria, Via Caracciolo 4. Do zobaczenia. Baci. Twoja C. PS Bardzo się cieszę na spotkanie!".
Chiara, moja nieodpowiedzialna przyjaciółka, znowu wystawiła mnie do wiatru. Jeszcze wczoraj wieczorem rozmawiałyśmy przez telefon i upierała się, że odbierze mnie z lotniska, a teraz nagle to odwołuje.
Czy będę niesprawiedliwa, jeśli powiem, że tego się spodziewałam? Umawianie się z Włochami to przedsięwzięcie, które wymaga przebiegłości Odyseusza, czaru syreny, a przede wszystkim spokoju Buddy. Przed wylotem zadzwoniłam do kilku znajomych z moich letnich wakacji z czasów dzieciństwa. "Sentiamoci, zdzwonimy się, gdy przylecisz", brzmiały niekonkretne odpowiedzi, albo: "Vediamo, zobaczymy".
- Łatwiej umówić się na spotkanie z rzeźnikiem niż z Włochem - brzmiał komentarz wuja, gdy opowiedziałam mu przez telefon o swoich odczuciach. - Włochy to paese del pressappoco,kraj w przybliżeniu - próbował mnie pocieszyć. - Jeśli, na przykład, spytasz konduktora na Sycylii, o której odjeżdża pociąg, odpowie pi? o meno, mniej więcej
0 piątej. Wszystkie plany są luźne. W poniedziałek co najwyżej bardzo ogólnie wiadomo, jak będzie wyglądał tydzień, pewne są jedynie imieniny matki. No, może jeszcze ustala się termin wizyty u dentysty, kiedy boli ząb. Wszystko inne jest jak rozpływający się we mgle krajobraz doliny padańskiej - twierdzi wuj Gianni. - Przekaz brzmi: bardzo chętnie się z tobą zobaczę, ale jeśli coś mi wypadnie, wtedy będę zmuszony odmówić. Albo: spotkamy się, jeżeli nie będę mieć innych planów.
- Ale to oportunizm! - prawie krzyknęłam do słuchawki. - Jestem dla nich kołem zapasowym czy co?
- Calma, spokojnie, moja kochana, tak nie jest. Neapol to nie miasto, do którego przyjedziesz, walniesz pięścią w stół i powiesz: "Nie chcę!". Znasz sytuację - korki na ulicach, strajki i zwolnienia. Dzwoni do ciebie koleżanka w potrzebie albo spotykasz na ulicy przyjaciela i idziesz z nim wypić aperitif. Nagle następuje imprezisto,nieprzewidziana okoliczność, która miesza ci plany. Dlatego lepiej niczego nie obiecywać i mieć otwarte różne możliwości. Pamiętasz jeszcze powiedzenie twojej babki?
- Tak - odparłam. - A santi e criature non promettere. - Znaczy to mniej więcej: nie obiecuj nic świętym i dzieciom.
- Brava!- pochwalił mnie wuj Gianni. - Zdradzę ci moją wersję: nie obiecuj nic kobietom i dzieciom - dodał żartobliwym tonem. Wuj cieszy się opinią niepoprawnego casanovy, w dodatku nielubiącego dzieci.
- No dobrze. Ale odbierzesz mnie później, tak? - spytałam zatroskana.
- S?, s?,jak ustaliliśmy, w dniu przylotu zostaniesz u przyjaciółki w Neapolu, a następnego dnia przypłyniesz do nas na wyspę promem. Będę czekał na ciebie w porcie. D'accordo, zgoda?
- Tak, ciao.
- Ciao, buon viaggio, ciao, ciao.
Czy Chiara nie stawiła się z powodu innych planów?, zastanawiam się, maszerując z tłumem rozgadanych włoskich pasażerów w kierunku punktu wydawania bagażu. Jak dobrze! Moja walizka już czeka na taśmie. Włoski cud! Niestety radość trwa krótko, ponieważ chwytam walizkę tak niezręcznie, że wypada mi z ręki i uchwyt całkiem się odrywa. Mannaggia,co za pech, powiedziałby teraz neapolitańczyk. Czy to zły znak? Na szczęście nie jestem przesądna jak moja matka, która w najdrobniejszych niepowodzeniach widzi zapowiedź tragicznych wydarzeń. Gdy odwiedziłam ją wczoraj wieczorem, by pożegnać się z nią i z papa, podarowała mi z tej okazji mały róg z koralu.
Południowi Włosi wierzą, że taki róg strzeże człowieka przed złymi mocami i zazdrością. Dla mnie to ludowy przesąd, sięgający początków starożytności. Już Wergiliusz mówił o tym z najgłębszym przekonaniem. Dlaczego jednak moja matka, która przecież studiowała w Niemczech fizykę, bierze legendę za dobrą monetę?
- Nie, nie - pokręciła głową i wcisnęła mi amulet w dłoń. - Nie wierzę w malocchio,złe spojrzenie, jedynie w moc czerwonego koralu. Przynosi szczęście, symbolizuje miłość, oddanie i namiętność. - Potem objęła mnie. - Kto wie, może zakochasz się w jakimś Włochu...
Z koralowym amuletem czy bez niego, jestem bardziej podenerwowana niż zwykle. Z ponurą miną mijam kilka uśmiechniętych kobiet, które obejmują mężów lub kochanków wracających z Hamburga, Londynu czy Paryża. Chiara znowu wystawiła mnie do wiatru!, rozbrzmiewa mantra w mojej głowie.
Gdy wsiadam do taksówki, jestem tak zirytowana, że najchętniej wróciłabym najbliższym lotem do Hamburga.
- Subito, natychmiast! - mówi kierowca z zapałem, gdy bąkam adres restauracji, w której mam zjeść obiad z Chiarą.
Kręcę głową. Czy to naprawdę była dobra decyzja, by tu przyjechać? A co jeśli Christian będzie próbował dodzwonić się do mnie do domu? "Numer nie odpowiada", usłyszy, a wtedy...?
Otwieram okno. Mijamy parkingi i brzydkie nowe osiedla. Po lewej stronie na tle zamglonego nieba wznosi się bladofioletowy Wezuwiusz, wielki i dostojny.
- Scusi...- Po kilku minutach, co dla południowego Włocha oznacza całe wieki, kierowca przerywa milczenie. - Przepraszam, ale taka piękna kobieta nie powinna być w walentynki w złym humorze! - Jego czarne oczy pobłyskują we wstecznym lusterku.
Nie potrafię powstrzymać śmiechu.
- No, nareszcie, teraz pięknie pani wygląda! Czy coś się stało? Dlaczego pani taka smutna?
- Nic, nic - staram się uniknąć pytań. - Zepsuła mi się walizka. Zastanawiałam się...
- Nie ma problemu, najmniejszego problemu - przerywa. - Mój kuzyn jest szewcem. Proszę, to jego wizytówka. Ma zakład w centrum. Niech pani do niego zatelefonuje i powie, że dzwoni a nome diGigino. Gigino to ja - precyzuje, pokazując palcem na swoją pierś. - Na pewno da pani mały rabat. Nie jest pani stąd, prawda? Mediolan, Turyn? Ma no?! Z Niemiec, di Amburgo? Dobrze pani mówi po włosku.
- Tak? Bardzo dziękuję. Moja matka pochodzi z Neapolu - odpowiadam.
- I mieszka w Niemczech? Papa też?
- Tak, ojciec jest Niemcem - wyjaśniam i jednocześnie dziwię się, że rozmawiam o mojej rodzinie z zupełnie obcą osobą.
W zeszłym tygodniu ojciec, podobnie zresztą jak wszyscy krewni, poczuł się w obowiązku udzielić mi kilku porad na pierwsze ekscytujące chwile w Neapolu. Ostrzegł mnie przede wszystkim, że włoscy taksówkarze to szczególny gatunek.
- Oprócz takich, co to sprzedaliby własną matkę, jest wielu wykształconych i sympatycznych. Niektórzy należą do typu anglo-napoletani.Pod względem uprzejmości i dokładności przewyższają nawet angielską policję. Bez pytania wystawiają pasażerowi pokwitowanie i wydają resztę z dokładnością do jednego centa. Nawet o północy, gdy ulice są zupełnie puste, zatrzymują się na czerwonym świetle, a jeżeli mimo wszystko przejeżdżają, to tylko dlatego, że trąbi na nich jakiś niecierpliwy kierowca. Odwracają się wtedy i mówią do pasażera: "Scusate, dott?, przepraszam, ale jeśli nie ruszę, ten z tyłu na mnie najedzie!". No i są też chiacchieroni,spragnieni pogawędki. Nie tylko paplają na wszelkie możliwe tematy, jak rodzina, dzieci i polityka oraz, oczywiście, Włochy i ich miasto, z którego są bardzo dumni, lecz także zadają mnóstwo osobistych pytań. To po prostu należy do rozmowy. W południowych Włoszech taki panuje obyczaj.
Taksówkarz wcale nie zauważa mojego zdumienia.
- Pani matka poślubiła Niemca? Come mai, dlaczego? - pyta z zaciekawieniem.
- A dlaczego nie? - odpowiadam dotknięta. Najwyraźniej w trakcie swojego pobytu będę musiała przyzwyczaić się do tego pytania. Włosi po prostu nie potrafią sobie wyobrazić, żeby ich rodaczka mogła poślubić Niemca z północy, a nie jednego z nich.
- Jak by to powiedzieć... Z całym szacunkiem - przeprasza zakłopotany. - Po tamtej stronie Alp panują inne tradycje i obyczaje niż tu. Ludzie są chłodni. Niech Bóg broni, pani na pewno nie. Od razu widać, że z pani una brava persona,fajna babka. Ale... to dlatego, że... pogoda na północy jest taka szara. I tacy są też ludzie, zdystansowani i zamknięci w sobie.
Po zaledwie dwudziestu minutach spędzonych na włoskiej ziemi już zderzam się z najgłębiej zakorzenionym stereotypem. Co jest takiego we włoskich facetach, że wydaje im się, iż mają prawo do tytułu jedynych na świecie ludzi potrafiących kochać całym sercem?
- Zwykle to niemieckie kobiety wychodzą za naszych mężczyzn - stwierdza taksówkarz z pewną próżnością. - Sorrento, Capri, przepiękne wybrzeże Amalfi. Kobiety przyjeżdżają nie tylko z Niemiec, ale także z Austrii i Skandynawii, są urzeczone pięknym krajobrazem, a potem... Da cosa nasce cosa, od miłości do krajobrazu już tylko mały krok do miłości do mężczyzny.
- To nie do końca prawda - odpowiadam. - Po pierwsze, w Niemczech także mamy przepiękne miejsca, na przykład Alpy i Bałtyk. Poza tym tutaj, właśnie w paese do'sole, w kraju słońca, jest teraz dość brzydka pogoda. A gdy trzy godziny temu wylatywałam z Hamburga, świeciło słońce.
- Veramente, naprawdę? I nie było śniegu? Dlaczego? - Teraz to on jest zdziwiony.
Włoch z południa nie odróżnia Niemiec od Islandii czy Syberii. Patrzy na kalendarz i stwierdza: jest luty, więc we wszystkich krajach po drugiej stronie Alp leży śnieg. Nie ma co do tego wątpliwości.
Taksówka skręca tymczasem na nadbrzeżną promenadę. Morze przybrało mętny kolor gołębich skrzydeł, ale pomimo brzydkiej pogody Neapol stanowi urzekający widok. Spienione fale rozbijają się na falochronie, a Castel dell'Ovo tkwi samotnie na skale, podczas gdy jachty czekają na ładniejszy, słoneczny dzień.
- Jesteśmy na miejscu - mówi taksówkarz. - Niestety, musi dziś pani usiąść w środku. Troppo freddo, za zimno!
Przed restauracjami i barami krzesła ustawiono w piramidy i przypięto łańcuchami do muru. Kierowca wysiada i zanosi moją walizkę pod drzwi lokalu, a potem podaje mi rękę z uśmiechem.
- Niech pani nie zapomni, dziś walentynki!
Jak mogłabym o tym zapomnieć? Już po drodze widziałam dziesiątki wystaw z walentynkowymi dekoracjami. Również w witrynie cukierni położonej obok trattorii przyklejono gigantyczne serce, obok literę "I", a poniżej wyraz "love". Najwyraźniej jest to kreatywne dzieło. Ogromne "I" składa się z niezliczonych zdjęć znanych par filmowych uwiecznionych w najbardziej romantycznych scenach. Marcello Mastroianni całuje Sophię Loren, Cary Grant i Ingrid Bergman z Osławionej w najdłuższym pocałunku w historii filmu, Kate Winslet i Leonardo di Caprio na dziobie kolosalnego pechowego transatlantyku.
Obok wisi również zdjęcie Nicolasa Sarkozy'ego i Carli Bruni, którzy co prawda nie są parą filmową, ale była modelka to wielka duma Włoch. Udało się jej przecież zostać primadonną we Francji. Wiadomo, że między Włochami a grande nationpanuje ogromna konkurencja, przede wszystkim w sprawach miłości. Francuzi roszczą sobie prawo do miana pogromców serc i mistrzów uwodzenia, a Włochów traktują jak mniejszych, nieudanych braci. Włosi uważają z kolei, że to tylko zazdrość, i wyliczają włoskich playboyów, którzy zapisali się w historii, od Marcella Mastroianniego po Flavia Briatorego, magnata Formuły 1. Poza tym, mawiają złośliwie, pewną wstydliwą chorobę nazywa się czasem mal francese...
Ale wróćmy do cukierni. Na półkach leżą pudełka czekoladek o najróżniejszych kształtach: okrągłe, prostokątne i serca. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, bo można wybierać między misiami a sztucznymi kwiatami. Pluszowy zwierzaczek rozsuwa łapki i pokazuje czerwony napis na piersi: "Ti amo" albo "TVTTB", co znaczy: "Ti voglio tanto tanto bene", uwielbiam cię ogromnie. Dla poważniejszych osób producent czekoladek przygotował czerwone róże lub polne kwiaty, wszystko z prawdziwego plastiku made in Taiwan.
Zakochani i małżonkowie obdarowują się 14 lutego także baci, pralinami z nadzieniem z ciemnej czekolady, nugatu i orzechów laskowych. Dillo con un bacio,wyraź to pocałunkiem, sugeruje znana cukiernia z siedzibą w Perugii. Pod srebrną folią, ozdobioną niebiesko-różowymi gwiazdkami, znajduje się cienki pasek bibułki z nadrukowaną sentencją o miłości. Bacipowstały w odległym 1922 roku. Aby nie wzbudzić zazdrości męża, pomysłowa Luisa Spagnoli wysyłała młodemu kochankowi gorące wiadomości na paskach papieru, którymi owijała praliny. Dziś "pocałunki" można kupić wszędzie - w sklepach z tytoniem, w przydrożnych barach i na lotnisku. Skrzydlate słowa pozostały te same, to cytaty od Szekspira po Goethego, czasem nawet w tłumaczeniu na cztery języki.
Również mój pierwszy i jedyny włoski wakacyjny chłopak spytał mnie pewnego razu:
- Chcesz pocałunek?
Oboje mieliśmy po szesnaście lat i widywaliśmy się codziennie na plaży, gdzie siedzieliśmy także tamtego wieczoru. Słońce zaszło i już zapadał zmrok.
- A chcesz w twarz? - rzuciłam zaskoczona jego tupetem.
- Dlaczego? - odparł na to. - Przecież chciałem ci tylko podarować cioccolattiono.
To tania sztuczka początkujących, oświecił mnie wuj, gdy później opowiedziałam mu o tym zdarzeniu. Wtedy ta sztuczka i tak zupełnie zawiodła, ponieważ niemieckie tłumaczenie poetyckiego włoskiego zdania zawierało osobliwy błąd. Nie pamiętam już jaki, w każdym razie roześmiałam się na całe gardło, a mój młody adorator ulotnił się zmieszany.
W restauracji ani śladu mojej przyjaciółki. Zawsze to samo, wzdycham. Ile już razy kazała mi na siebie czekać, myślę zirytowana. Znamy się od dwudziestu pięciu lat. Rodzice Chiary zatrzymywali się co roku w sierpniu w hotelu mojej babci i gdy nasze matki gawędziły pod parasolem, my, bambine,bawiłyśmy się w wodzie. Już tego dnia, gdy się poznałyśmy, zrozumiałam, że będę się musiała uzbroić w cierpliwość. Umówiłyśmy się wczesnym popołudniem na lody, a ona nie przyszła. Dlaczego? Było za gorąco, poza tym zaspała w czasie sjesty, wyjaśniła mi wieczorem całkiem spokojnie i niemal zaskoczona, że w ogóle pytam.
Innym razem, miałyśmy wtedy po dwanaście lat, chciałyśmy popływać rowerem wodnym. Gdy punktualnie zjawiłam się na brzegu, zobaczyłam, jak Chiara wypływa w łódce na otwarte lśniące morze z jakimś czarnowłosym ragazzo.Był taki słodki, że nie potrafiła się oprzeć, powiedziała mi później, gdy zezłoszczona czyniłam jej wyrzuty. I tak dalej, i tak dalej.
Pomimo wielu rozczarowań nasza przyjaźń przetrwała przez te wszystkie lata. Kiedy przeprowadziłam się do swojego pierwszego studenckiego mieszkania, Chiara kilka razy mnie odwiedziła. Później odbywałam staż w redakcji pewnego czasopisma i dzwoniłam do niej zawsze, gdy miałam pytania na temat Włoch. Ona zaś często wysyłała mi włoskie magazyny mody, w których przyklejała żółte karteczki z zabawnymi komentarzami. W ten sposób jako pierwsza spośród koleżanek z pracy wiedziałam nie tylko o najnowszych trendach w modzie, od Armaniego po Valentino, ale także o upodobaniach i awersjach włoskich kobiet.
Starsza pani podchodzi do mnie żwawo zza kasy.