Amerykański wampir - J. R. Rain

Reflow text when sidebars are open.
Zamiast wrócić do siebie, odwiedziłam pewne dobrze mi znane miejsce: hotel Embassy Suites w Brea, który jeszcze do niedawna był moim domem.
Zaparkowałam furgonetkę tam, gdzie zawsze, weszłam do holu i rzuciłam zdawkowe powitanie Justinowi, recepcjoniście na nocnej zmianie. Uśmiechnął się i skinął mi głową; najwidoczniej zapomniał, że wymeldowałam się już jakiś czas temu. Poza tym nie dalej niż w zeszłym tygodniu, gdy śledziłam swojego męża (i znalazłam na niego haka, bo okazało się, że prowadzi nielegalny klub z tańcem erotycznym w Colton), wyszłam raz z hotelu w przebraniu, czyli służbowym stroju striptizerki. Nie jestem wysoka, ale wszystkie krągłości mam na swoim miejscu; od tej pory Justin patrzył na mnie już zupełnie inaczej.
Skierowałam się do wind, cały czas czując na sobie jego wzrok. Wysiadłam na dziewiątym piętrze i stanęłam przed drzwiami dla personelu, obok których przechodziłam wiele, wiele razy. I na które musiałam zwrócić uwagę. Dlaczego? Dlatego że wisiała na nich tabliczka z napisem: "Wyjście na dach. Wstęp tylko dla personelu konserwatorskiego".
Rozejrzałam się po korytarzu, a potem chwyciłam za gałkę i przekręciłam ją powoli. Po chwili mechanizm zamka ustąpił, a gałka została mi w dłoni.
Co tu dużo gadać: jestem po prostu wybrykiem natury.
Popchnęłam skrzydło drzwi. Gałkę cisnęłam na schody, pamiętałam, żeby wytrzeć ją rąbkiem koszuli. Potem wystarczyło tylko pokonać niską furtkę i już byłam na metalowych schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz. Poruszałam się szybko, moje silne nogi same mnie niosły. Drzwi u szczytu schodów też były zamknięte na klucz, ale ustąpiły równie szybko jak te na dole.
Odrzuciłam ukręconą gałkę i wyszłam na dach hotelu.
Natychmiast smagnął mnie potężny podmuch wiatru. Sierp malejącego księżyca tym razem stał wyżej. Przebijał się bez trudu przez cienkie, żałosne stratusy. Było ich zresztą mało, dostrzegłam nawet jedną czy drugą gwiazdę.
Jeszcze stojąc w drzwiach, szybko zdjęłam ubranie i naga jak w dniu narodzin wyszłam na brudny dach. Po drodze musiałam ominąć stłuczoną butelkę po piwie. W takim miejscu? No, kto by pomyślał?
Ktoś tutaj musiał ostro imprezować.
Stanęłam na skraju dachu, spojrzałam na światła Brea, jasne niczym przepyszna konstelacja, jakiej próżno szukać na całym niebie. A w każdym razie na tym jego skrawku, który widać z południowej Kalifornii. Tysiące migotliwych punkcików lśniły i mrugały wesoło. Niektóre, na przykład latarnie, były jaśniejsze, inne ledwie błyszczały - nocne lampki i monitory tabletów. Albo czytników do e-booków.
Nie miałam zielonego pojęcia, cokolwiek by to znaczyło.
Na skraju dachu wiatr był silniejszy, aż mną kołysało. Nie bałam się jednak, że spadnę. Moje włosy, szarpane podmuchami, wiły się niczym kłębowisko dzikich węży. Meduza wpadłaby w zachwyt. Albo w zazdrość. Oddychałam powoli, głęboko. Każdy wdech niósł posmak spalin, smoły i szałwii rosnącej na zboczach pobliskich wzgórz.
U moich stóp leżał cały świat. Normalny świat, w którym ludzie modlą się do Boga, do Jezusa i martwią się o to, żeby ich dzieci były zdrowe, lub też ewentualnie o to, żeby Charlie Sheen nie zaprzepaścił kariery. W takim świecie życie płynie stałym rytmem i zawsze wiadomo, czego się można spodziewać.
Mnie jednak spotkało coś zupełnie niespodziewanego. Moje życie w pewnym momencie nagle odbiło ostro w prawo, na ścieżkę wiodącą do zakazanego lasu, gdzie grasuje najprawdziwszy jeździec bez głowy, w ciemności czają się wilkołaki, a matkę dwojga dzieci można zmienić na zawsze w przerażającego potwora.
Odetchnęłam jeszcze głębiej, uniosłam twarz ku niebu. Od dachu, skąpanego za dnia w słońcu, biło utajone ciepło, rozgrzewało moje wiecznie zimne pośladki. Słyszałam brzęczące klaksony i pisk opon. Nagle dobiegł mnie chrupoczący łoskot. Stłuczka.
Ojej.
W powietrzu było słychać różne odgłosy: płacz dziecka w którymś z hotelowych pokojów, miarowe buczenie setki klimatyzatorów mozolnie mielących ciepłe nocne powietrze. Budynek, na który się wspięłam, był jak żywy: wibrował i kołysał się lekko. A może to była tylko moja wyobraźnia.
Stałam na skraju dachu jeszcze przez chwilę.
A potem rozłożyłam szeroko ręce i skoczyłam.
Skok z dachu tego hotelu zawsze był nieco ryzykowny, chociaż wysokość dawała mi odrobinę dodatkowej przestrzeni do manewru. Niezbyt wiele.
Moje ciało zakreśliło łuk w powietrzu, a krawędź dachu pozostała za mną, w dole. Zdawało się, że na jedną krótką chwilę zawisłam w najwyższym punkcie trajektorii. Na Birch Street mignęły światła oddalającej się karetki, ale do moich uszu nie dotarł żaden odgłos. Nie usłyszałam ani sygnału karetki, ani klaksonów. Nic. W takich chwilach czas i dźwięk kompletnie zamierały.
To były cudowne, oszałamiające chwile.
Obróciłam się i zawisłam głową w dół, nadal z szeroko rozpostartymi ramionami. Spadający odwrócony krzyż.
Pikowałam, nabierając prędkości.
Moje włosy trzepotały jak popsuty spadochron. Wiatr huczał mi nad głową. Piętra hotelu zamazywały się w oczach.
Na jednym z balkonów jakiś człowiek palił papierosa. Nie zauważył mnie - albo tylko jego świadomość nie odnotowała faktu, że z góry ktoś spada. Gdy położy się spać, być może przyśni mu się kobieta o czarnych włosach, która przelatuje tuż obok jego balkonu z rozłożonymi szeroko rękami, naga jak ją Bóg stworzył.
Ziemia zbliżała się błyskawicznie.
W moich myślach pojawił się pojedynczy, samotny płomień. Gorzał jasno na środku mojego czoła, w miejscu, gdzie duchowi mistrzowie ruchu New Age umiejscawiają tak zwane trzecie oko. Otaczał skrzydlatego potwora, tak straszliwego, że nie ma chyba na świecie człowieka, który nie przeżywałby koszmarów, gdyby go zobaczył.
Ale ten potwór - to byłam ja.
To był mój upiorny towarzysz, moje makabryczne alter ego. Wyglądał... niesamowicie.
To byłam ja.
Czekał, otulony płomieniem, ze złożonymi skrzydłami. Wydłużony łeb przekrzywił lekko na bok. Czekał na mnie, tak jak zawsze, gotów na każde wezwanie. Mój własny latający demon.
Tyle że ten demon - to byłam ja.
Mijałam kolejne piętra, a chodnik zbliżał się z wielką prędkością. Poczułam, że coś mnie przyciąga do tego stwora, jakaś potężna, nadprzyrodzona, fantastyczna siła.
Przemiana trwała jedno mgnienie oka.
Płomień zniknął w oślepiającym rozbłysku światła, a kiedy otworzyłam oczy, miałam już u boków olbrzymie skórzaste skrzydła - sięgały od nadgarstków aż poniżej kolan. Te wielkie błony wypełniły się powietrzem jak żagle i wyhamowały mnie w locie. Przeciążenie było niesamowite, ale to nowe ciało zdawało się do tego stworzone. Moje ramiona z łatwością wytrzymały opór.
Zmieniłam ułożenie rąk i wystrzeliłam przed siebie: poderwałam się najwyżej trzy metry ponad ziemią i o centymetry minęłam znak informujący o miejscu parkingowym dla niepełnosprawnych. Blaszana tablica zawarczała gniewnie za moimi plecami.
Machnęłam skrzydłami. Tak, wiem. To brzmi jak bredzenie wariatki. Ale żyjemy w wariackich czasach.
Może nie wszyscy, ale ja - na pewno.
Machnęłam więc skrzydłami i szybko wzbiłam się wyżej. Latanie nie sprawiało mi większych trudności. Ręce miałam bardzo silne. Grube skórzaste błony chwytały wiatr i wpychały go pode mnie. Łopot pracujących skrzydeł dobiegał moich uszu ze wszystkich stron. Każdy by go usłyszał. Usłyszałby, uniósł głowę i... zobaczył coś, czego długo nie mógłby zapomnieć.
Ciało w tej postaci było idealnie aerodynamiczne i z największą łatwością przebijało powietrze.
Wzniosłam się wysoko ponad migoczące światła Brea. Temperatura mocno spadła, ale byłam doskonale przystosowana do takich warunków. Miałam grubą skórę, która stanowiła idealną izolację.
Doskonale przystosowana? A może tak właśnie zostałam stworzona?
Tego nie wiedziałam. I w ogóle mnie to nie obchodziło.
Leciałam coraz wyżej. Nieważkość jest tak porywającym przeżyciem, że żadne myśli nie trzymają się głowy. Wiatr szeptał dookoła i rozstępował się przede mną, ukazując rzeczy, których nikt nie widział albo też prawie nikt.
Wciąż leciałam coraz wyżej.
Temperatura powietrza spadała w postępie geometrycznym. Zanurkowałam w chmury, wpadłam w skłębiony cumulus. Na chwilę cały świat zniknął. Otoczyła mnie zamieć lodowych kryształów, tchnąca wielkim spokojem, a jednocześnie lekko mącąca zmysły. Potrząsnęłam wielkim łbem, aby go uwolnić z nagromadzonego lodu. Kryształki pokruszyły się i opadły.
Wyskoczyłam z chmury, leciałam ponad nią, raz wyżej, raz niżej, tak jak mi kazała jej bezkształtna topografia. Podobnie latają myśliwce nad pustynią. Skrzydłami poruszałam tylko nieznacznie, nie czując tego nawet. Blade lico chmury żywo odbijało blask księżyca zaglądającego mi przez ramię. Cień dotrzymywał mi kroku, mknął falistym ruchem po nierównej powierzchni: czarna sylwetka potwora obrysowana księżycowym blaskiem. Szeroko rozpostarte skrzydła pracowały powoli, niemalże leniwie. Pod tą postacią byłam prawdziwą olbrzymką.
Nade mną rozciągało się bezchmurne niebo, usiane miliardami roziskrzonych gwiazd. Wybrałam spośród nich jedną i wzięłam na nią kurs. Co by się stało, gdybym tak leciała prosto przed siebie? Najprawdopodobniej kosmiczna próżnia położyłaby kres lataniu. Bez powietrza, które daje oparcie skrzydłom, dryfowałabym bez celu, w nieskończoność.
Zadrżałam na samą myśl o tym.
Chmura rozwiała się wreszcie. Pode mną, na zboczu rozległego wzgórza, migotały jasne światła domów. Pomyślałam o Kle, który, jak się okazało, był zabójcą. Co do tego nie mogło być żadnych wątpliwości. Był też zbiegiem, a ja, dawno temu, złożyłam przysięgę, że będę ścigać zbiegłych więźniów, aby postawić ich przed wymiarem sprawiedliwości.
Ale to było kiedyś...
...a teraz wiele się zmieniło. Teraz sama miałam kilka brzydkich sekretów. Odebrałam życie człowiekowi, a drugi sam złożył swoje życie w moje ręce. I przyjęłam tę odpowiedzialność.
Ofiary okoliczności, tak powiedział o nas Kieł. Byłam skłonna się z nim zgodzić, ale tylko do pewnego stopnia. Ten, kto jest ofiarą, nie może bezkarnie krzywdzić innych.
Poruszałam nieznacznie skrzydłami; niósł mnie potężny prąd powietrza, dzięki któremu sunęłam przed siebie z olbrzymią prędkością i bez najmniejszego wysiłku. Myślałam o tym, że Kieł, czyli Aaron Parker albo Eli Roberts, jest niezwykle przystojnym mężczyzną. Nie bez powodu moja siostra tak się na niego napaliła.
Zachciało mi się śmiać na myśl, że to skrzydlate nie wiadomo co naprawdę mogłoby mieć jakąś siostrę. A jeszcze bardziej rozśmieszyła mnie inna myśl: że to skrzydlate nie wiadomo co mogłoby się roześmiać.
Dziwne jest życie...
Chmury pode mną rozsunęły się na boki. Zobaczyłam nieduży warkoczący samolot, który pełzł przed siebie z wielkim mozołem, gdy tymczasem ja szybowałam sobie swobodnie, bez trudu i bez hałasu. Zgodnie z przepisami ruchu powietrznego na jego skrzydłach i kadłubie migotały światła pozycyjne. Gigantycznych latających potworów nie obejmowały żadne przepisy. Byłam poza prawem, a zresztą mogłam mieć w głębokim poważaniu wszelkie prawa.
Ale tylko do pewnego stopnia.
Bo w końcu musiałam jakoś żyć, miałam też dzieci do wychowania i wykarmienia. Musiałam, z czystej konieczności, szanować reguły, które ustanowili śmiertelnicy.
O tak, Kieł był pięknym mężczyzną. I moim najbliższym przyjacielem. Ale dziś wszystko się zmieniło. Przestał być anonimowym znajomym z internetu, któremu mogłam się ze wszystkiego zwierzyć. Teraz był kimś. Miał własną twarz i własną przeszłość. Trudną przeszłość.
Był też, oczywiście, mistrzem szpiegowania.
Oraz mordercą.
Cholera.
Daleko w dole dostrzegłam napis "Hollywood". Był maleńki, zbyt mały, abym mogła go odczytać. A jednak mogłam. Gigantyczne wampiry-nietoperze mają prawdziwie sokoli wzrok.
Złożyłam jedno skrzydło, powoli, szerokim łukiem skręciłam w prawo. Nawrót zajął mi pełną minutę. Niebo było dla mnie jak plac zabaw, a chmury - jak drabinki gimnastyczne.
Zakończyłam zwrot i ruszyłam z powrotem, zupełnie odruchowo ustawiając się na prostym kursie, który zaprowadzi mnie do domu. Mój wewnętrzny system naprowadzania był tak instynktowny, że nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby kwestionować jego instrukcje.
Czasami mam naprawdę dobrze, pomyślałam.
I z tą myślą ruszyłam z powrotem do Embassy Suites.
Siedziałam z laptopem i odpisywałam na maile, a w telewizji sędzia Judy kastrowała werbalnie jakiegoś tatusia nieroba. Nagle zadzwoniła moja komórka. Podniosłam ją ze stolika. Na wyświetlaczu widniał komunikat: "Numer nieznany".
Mało brakowało, a nie odebrałabym. Z natury nie przepadam za telefonami z nieznanych numerów. Co może mieć do ukrycia człowiek, który do mnie dzwoni?
Drugi dzwonek. Tym razem coś poczułam; jakby przebiegł mi prąd wzdłuż kręgosłupa. Jakby duch przesunął bezcielesnym palcem po plecach.
Zadrżałam, bo wiedziałam dobrze, że powinnam zwracać uwagę na takie niespodziewane sensacje. To był bardzo wyraźny znak, że dzieje się coś ważnego.
Telefon zadzwonił po raz trzeci. Tak, zadzwonił, bo zawsze ustawiam sobie normalny, staromodny dzwonek, nawet w komórce. Telefon ma dzwonić, do cholery, a nie przypominać, jak Christina Aguilera skopała hymn narodowy.
Sędzia Judy znów się rozkręciła, dawała facetowi popalić, i to solidnie. Przypomniała mu, że jest ojcem i że ponosi odpowiedzialność za swoje dziecko. Wygarnęła mu też szczerze, co o nim myśli. A nie miała wysokiego zdania na jego temat, o nie. Cudownie było tego słuchać.
Czwarty dzwonek, przedostatni; po piątym automatycznie włączy się poczta głosowa. Sensacje nie ustawały: wciąż miałam ciarki na plecach, a cieniutkie włoski na przedramionach stanęły na baczność.
Stało się coś złego, pomyślałam.
Zapomniałam o niedokończonym e-mailu. Sędzia Judy dalej ciskała gromy z ekranu telewizora. Spojrzałam na zegarek w komórce. Za chwilę przyjdzie pora, żeby pojechać po dzieci do szkoły. W normalnych okolicznościach nie odebrałabym tego telefonu; niech włączy się poczta głosowa.
W normalnych okolicznościach.
"Odbierz".
To jedno słowo zabrzmiało nagle gdzieś za moimi plecami. Tylko że akurat siedziałam tuż pod samą ścianą. Wrzasnęłam i zeskoczyłam z kanapy, zachłystując się powietrzem. Ten głos, cichy szept, wystraszył mnie na śmierć.
Odebrałam telefon, rozglądając się po pokoju oczami szeroko otwartymi z przerażenia. Kto to był? Kto się do mnie odezwał?
- Halo - powiedziałam do słuchawki. Serce biło mi gdzieś tuż pod samym gardłem. W domu nie było nikogo, byłam tego absolutnie pewna. Gdyby ktoś wszedł, usłyszałabym go. Wyczułabym, gdyby tylko postawił nogę za progiem.
Nikt nie odpowiedział na moje "Halo". Wyszłam z pokoju na korytarz. Rozejrzałam się uważnie. Nikogo. I wtedy usłyszałam w słuchawce cichutki oddech. Zajrzałam do innych pokojów, potem do łazienki.
- Halo - powtórzyłam, ale dopiero gdy stanęłam z powrotem na progu mojego pokoju, w słuchawce zabrzmiał w końcu ludzki głos.
A właściwie - głosik. Najcichszy głosik, jaki w życiu słyszałam.
- Dzień dobly.
Dziewczynka. Pięć lat. Albo nawet jeszcze mniej.
Szybko przerzuciłam w pamięci listę wszystkich dzieci z najbliższej rodziny. Miałam braci i siostry, lecz niestety, nie utrzymywałam z nimi tak bliskich stosunków, jak bym chciała, a rozmowa przez telefon z ich dziećmi - to już była wielka rzadkość. Ale tak czy inaczej w rodzinie nie było już aż takich małych dziewczynek.
- Dzień dobry - odpowiedziałam. - A kto to mówi? - zapytałam głosem nieco wyższym niż normalnie, gdyż chciałam, żeby zabrzmiał bardziej przyjaźnie. Zajrzałam do swojego pokoju. Pusto. W całym domu nie było żywej duszy.
Więc kto w takim razie odezwał się do mnie?
Nie umiałam znaleźć odpowiedzi na to pytanie, ale przestałam się nad tym zastanawiać, bo uznałam, że to skutek stresu. Kilka ostatnich tygodni to był dla mnie trudny czas. A dzisiaj w nocy...
No właśnie.
Wciąż nie mogłam dojść do siebie po tym, co się stało dzisiaj w nocy. Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? Naprawdę spotkałam się w cztery oczy z Kłem?
Tak. O tak.
W słuchawce ponownie zabrzmiał cichutki głosik:
- Jestem Maddie.
- Cześć, Maddie - powiedziałam i skupiłam uwagę na dziewczynce. Nie było już chyba ani jednego włosa na moim ciele, który nie stałby na baczność.
Działo się coś złego.
- Gdzie twoja mama, Maddie? - zapytałam. Budzik obok mojego łóżka pokazywał dokładnie trzecią po południu. Musiałam wyjść w tej chwili i jechać po dzieci. Tęskniłam za nimi od rana, a dokładniej - od kilku godzin, bo dopiero wtedy się obudziłam. Czułam nieodpartą potrzebę, żeby je zobaczyć, przytulić do siebie, chronić przed wszelkim złem. To uczucie było wyjątkowo przejmujące i odrobinę irracjonalne. Zaczęłam się jednak zastanawiać, czy przypadkiem w grę nie wchodzi tutaj jeszcze coś innego. Może to mój szósty zmysł zasygnalizował mi z wyprzedzeniem telefon od małej Maddie?
- Zabił mimamę.
Mimamę?
Serce zamarło mi w piersi. Mamę. Zabił mi mamę. Subtelne podszepty szóstego zmysłu w jednej chwili zagłuszył nagły wybuch potężnej i kompletnie racjonalnej paniki. To włączył się instynkt macierzyński, od razu na pełnych obrotach.
- Gdzie teraz jesteś, Maddie? - zapytałam.
- U tego złego pana.
- A gdzie jest twój tatuś, kochanie?
- Nie mam tatusia.
- Kto to jest ten zły pan?
Dziewczynka zniżyła głos jeszcze bardziej. Szepnęła tak cichutko, że poczułam, jak pęka mi serce:
- On jest baldzo, baldzo zły - powiedziała. - I zlobił mi ksywdę.
Krążyłam po pokoju. Łzy napłynęły mi do oczu. Jezu, co tam się dzieje?
- Maddie, proszę cię, powiedz mi... gdzie jesteś?
- Nie wiem. - Znów ten sam cichutki szept. - Ciemno tu. I zimno.
Zakryłam twarz dłońmi. To nie było udawane. Mój alarm wewnętrzny dzwonił jak szalony. To wszystko działo się naprawdę. To nie był żaden dowcip.
Informacje, upomniałam się w myśli. Musisz dowiedzieć się jak najwięcej.
- Maddie, kochanie, jak się nazywa ten zły pan?
- On zabił mi mamę. Zascelił ją. Zascelił na śmielć.
- Kotku, gdzie jesteś?
- Bojam siem.
- Wszystko będzie dobrze, Maddie. Proszę cię, pomyśl, gdzie możesz teraz...
Dziewczynka odezwała się znowu, ale musiała chyba z całej siły przycisnąć usta do słuchawki, bo jej szept był już ledwie zrozumiały:
- Idzie tu! - Coś zaszurało, a potem usłyszałam jej zdławione kwilenie: - On tutaj idzie. Bojam siem. Baldzo siem bojam.
- Maddie...
W słuchawce zapadła cisza.
Stałam i wpatrywałam się w telefon, kompletnie rozdygotana. W uszach, raz po raz, jak zacięta płyta, brzmiał mi cichutki szept dziewczynki: "Bojam siem. Baldzo siem bojam".
Mój iPhone szybko przeszedł w stan uśpienia, a potem wyłączył się całkowicie. Odetchnęłam głęboko. Po policzkach ciekły mi łzy. Rozluźniłam zaciśnięte na obudowie telefonu palce. Jeszcze trochę i pękłaby mi w dłoni. Ta krótka rozmowa chwyciła mnie za serce. Każda matka poczułaby to samo co ja. Każdy, kto ma w sobie choćby odrobinę człowieczeństwa, poczułby to samo.
Otarłam łzy z oczu i twarzy.
Ktoś zabił mamę małej Maddie, a ją samą zamknął w jakimś ciemnym i zimnym miejscu. Zły pan. Zły człowiek, który ją skrzywdził.
Odetchnęłam głęboko. Byłam totalnie roztrzęsiona. Ten telefon zupełnie mnie zaskoczył, zresztą kogo nie zaskoczyłby taki telefon? Po raz pierwszy od bardzo dawna nie miałam zielonego pojęcia, co właściwie powinnam teraz zrobić.
Maddie bardzo się bała. Słyszałam strach w jej spłoszonym głosie, kiedy po dziecięcemu starała się mówić jak najciszej.
Kim była ta dziewczynka? I kim była jej matka?
Jeszcze większą zagadkę stanowiło jednak coś innego: skąd Maddie miała mój numer telefonu?
To właśnie musiałam ustalić. Wzięłam się do roboty.
Choć wiedziałam, że ryzykuję niezadowolenie dyrektora szkoły, do której chodziły moje dzieci (a miał on już kilka powodów, żeby za mną nie przepadać), postanowiłam, że przyjadę dziś po nie trochę później, i zamiast wyjść jak najszybciej z domu, zadzwoniłam do Chada Hellinga, dawnego kolegi z pracy. Byłam kiedyś zatrudniona w agencji federalnej, ale w wyniku okoliczności prawie całkiem niezależnych ode mnie musiałam rozpocząć prywatną działalność.
Chad odebrał po czwartym dzwonku.
- Od kiedy to odbierasz moje telefony dopiero po czterech dzwonkach? - zapytałam.
- Ciesz się, bo to i tak było szybko. Śledczy federalny ma mnóstwo rzeczy na głowie.
- Aha, a co teraz robisz?
- Stoję w kolejce do kasy w Starbucksie.
- I odbierasz dopiero po czwartym dzwonku?
- Bo tyle czasu tłumaczyłem mamie, że muszę się rozłączyć i odebrać telefon na drugiej linii.
- Rozłączyłeś się z mamą, kiedy zobaczyłeś mój numer?
- Tak. Więc lepiej, żeby to było coś konkretnego.
Opowiedziałam mu o rozmowie z małą Maddie, a właściwie powtórzyłam ją niemalże słowo w słowo; byłam pewna, że nie zapomnę jej do końca życia.
Chad milczał, zastanawiając się nad tym, co usłyszał.
- Dzielna dziewczynka - powiedział wreszcie. - I rozgarnięta.
- Odwaga i rozum to za mało - zauważyłam. - Ona jest w rękach potwora w ludzkiej skórze.
Chad nabrał powietrza w płuca, po czym wypuścił je ze świstem.
- Sprawdzę najnowsze doniesienia o zabójstwach. Może trafię na jakąś informację o zaginionym dziecku zamordowanej kobiety.
- Mama tej Maddie zginęła niedawno. Mogli jej jeszcze nie znaleźć. Mogą jej nigdy nie znaleźć.
- Czyli - porwanie?
- Tak. Poszukaj zaginionej matki z dzieckiem. Nie będzie zgłoszenia o morderstwie. Przynajmniej na razie.
- A skąd ty właściwie to wiesz?
- Powiedzmy, że mam przeczucie.
- Dobra. - Chad milczał przez chwilę. - Słuchaj, a może ta mała chciała zrobić ci głupi kawał?
- Nie ma takiej możliwości.
- Śmiało, Sam. Mów, co naprawdę myślisz.
- Cwaniaczku...
- Chodzi mi o to - ciągnął dalej Chad - skąd wzięła twój numer?
Też mnie to zastanowiło. Przygryzłam wargę. Spojrzałam na zegarek. Cholera, spóźnię się, i to mocno.
- Trudno powiedzieć - odparłam - ale domyślam się, że był w pamięci telefonu, z którego do mnie zadzwoniła.
- To był telefon jej mamy czy jej mordercy?
- Oto jest pytanie. Za milion dolarów.
- A może nacisnęła ponowne wybieranie? Kto ostatnio do ciebie dzwonił?
Najchętniej walnęłabym się w czoło. Poprosiłam, żeby poczekał, i szybko przejrzałam pamięć iPhone'a.
- Wierzyciel - odpowiedziałam po chwili.
- Szukaj dalej.
Przewinęłam listę połączeń.
- Bez rewelacji. Żadnych nietypowych telefonów.
- Poszukaj jeszcze - poradził Chad. - Może to była twoja dawna klientka.
- Nic nie ma - westchnęłam. - Ale przejrzę to wszystko jeszcze raz, kiedy nie będę się spieszyć.
- Kiedy nie będziesz się spieszyć? A ja właśnie chciałem napić się kawy na rozruch...
- Znajdź mi, co tylko się da - poprosiłam. - I przeproś mamę ode mnie.
Obiecał, że się postara, a zanim się rozłączył, usłyszałam, jak zamawia dużą mrożoną waniliową latte. Aż mi ślinka pociekła.
Potwornie brakowało mi kawy.
Wciąż jeszcze byłam rozdygotana, ale z wyjściem uwinęłam się szybko, wystarczyło włożyć kapelusz od słońca i złapać torebkę. Już wcześniej grubo wysmarowałam twarz i ręce kremem przeciwsłonecznym z najmocniejszym filtrem, chociaż po wyjściu na zewnątrz jak zwykle okazało się, że taka osłona nie na wiele się przydaje; parzyło jak diabli. Wybiegłam z domu, przecięłam trawiaste podwórko, za którym stał garaż. Ależ ja zazdrościłam ludziom, którzy mają domy z dobudowanym garażem!
Dotarłam do mojej furgonetki cała zdyszana; biegnąc, myślałam, że musi być jakiś prostszy patent na odbieranie dzieci ze szkoły. Być może jednak w chwili obecnej nikt nie mógł mnie w tym wyręczyć.
Kiedy rozpalona i podrażniona skóra przestała mnie parzyć, włączyłam silnik i klimatyzację, po czym wyjechałam na ulicę, kierując się prosto do szkoły dzieci.
Mam wyjątkowo męczące dzieci.
Anthony wdał się w bójkę, i to z dziewczyną. Tylko że ta dziewczyna spuściła mu niezłe manto. Czy to bardzo źle, że mnie to rozbawiło? Oczywiście nic po sobie nie pokazałam, za to Tammy, jego starsza siostra, nabijała się z niego przez całą drogę do Burger Kinga, dokąd pojechaliśmy prosto ze szkoły. Musiałam jej zagrozić, że jeśli nie przestanie, to będzie miała szlaban przez cały tydzień.
Pomyślałam o Jackym, moim trenerze boksu. Chyba w lecie zgłosi się do niego nowy klient. Ktoś musi nauczyć mojego syna, jak się bić, a na jego niewydarzonego tatusia w tym względzie z całą pewnością nie ma co liczyć. Rzecz jasna nie pochwalam bójek, a tym bardziej bójek z dziewczynami, lecz która matka chciałaby usłyszeć, że jej syna ktoś pobił w szkole.
- Ale mamo - pisnęła Tammy - żebyś widziała, jak ona na nim usiadła...
Zasłoniłam usta ręką, by ukryć uśmiech. Anthony, który wyniósł z tego zajścia spuchniętą wargę, siedział na przednim siedzeniu. Łypnął na mnie z ukosa. Na szczęście udało mi się jakoś opanować i powiedziałam:
- To jest twój młodszy brat. Powinnaś go bronić i nie pozwalać, żeby jakieś dziewczyny na nim siadały.
- A myślisz, że kto ją z niego ściągnął? - odcięła się Tammy. - Długo sobie na nim nie posiedziała ta małpa. Tylko trochę - uściśliła i rozchichotała się znowu, a ja musiałam z całej siły się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Zajechaliśmy pod Burger Kinga. Dla Anthony'ego zamówiłam hamburgera w suchej bułce, bez żadnych dodatków; dla pewności powtórzyłam to dwa razy, bo wiedziałam dobrze, że nie tknie jedzenia, jeśli będzie w nim choćby kropla keczupu, musztardy czy czegoś w tym rodzaju. Odebraliśmy torby z zamówieniem i pojechaliśmy do domu; dzieci zjadły i zabrały się do lekcji, a ja wzięłam gorący prysznic, żeby, po pierwsze, zmyć z siebie grubą warstwę kremu z filtrem, a po drugie...
Ciągnęło mnie do ciepła. Moje ciało było jak sopel lodu. W dzień i w nocy przeszywał mnie nieustający chłód, więc chłonęłam pożądliwie każdą odrobinę błogosławionego ciepła. Pod prysznicem było miło, ale, oczywiście, nic nie mogło przebić gorącego ciała mężczyzny leżącego tuż obok; odkąd mój były mąż zaczął mnie unikać, niezwykle rzadko miałam okazję rozkoszować się tym doznaniem.
Owszem, ostatnio nadarzyła mi się taka okazja. Nie dalej niż tydzień temu znalazłam się w ramionach mężczyzny i nie był nim mój mąż, lecz dawny klient. Miał mroczny sekret i potężnie zbudowane ciało, które emitowało niespotykaną wręcz ilość ciepła.
Przebiegł mnie dreszcz, bardzo przyjemny, tym przyjemniejszy, że dodatkowo przypomniałam sobie, jak dłonie Kingsleya, wielkie niczym łopaty, wędrowały po moim ciele. Dotykał mnie z wprawą godną największych mistrzów i budził potężne fale rozkoszy, którą odczuwałam na wiele różnych sposobów.
Ale gdy tak stałam pod prysznicem i czekałam, aż ukrop przełamie wieczne zimno mojej skóry, nagle pomyślałam o innym mężczyźnie.
O Aaronie Parkerze, którego znałam pod pseudonimem Kieł.
Ciepło bliskiej wrzenia wody wniknęło głęboko pod moją lodowatą skórę. Nie wystawiając nawet czubka nosa spod mocnego strumienia, sięgnęłam ręką za plecy i jeszcze mocniej odkręciłam kran z gorącą wodą. Kto inny wrzasnąłby z bólu i wyskoczył z kabiny, która dla niego byłaby jak kocioł na buzującym ogniu.
Mnie tymczasem było tak przyjemnie, że aż mruczałam.
Kiedy nasze kieliszki były już puste, Aaron odprowadził mnie do mojej furgonetki. Zapadła niezręczna, pełna skrępowania cisza. Czułam, że chce mnie pocałować. I nie tylko: marzyło mu się dużo, dużo więcej. W jego myślach dało się czytać jak w książce, a zresztą telepatia była rzeczą zbędną, bo jego ciało mówiło samo za siebie, każdy głupi by się połapał. Przypomniałam mu więc, że tej nocy zupełnie nieoczekiwanie dostałam całą masę spraw do przemyślenia. I że on poznawał mnie już od jakiegoś czasu. Do mnie to wszystko miało dopiero dotrzeć. Musiałam pozbierać myśli, uporządkować emocje...
A wtedy Kieł chwycił mnie w ramiona i pocałował.
Całował mnie długo i mocno. Mało brakowało, a bym go odepchnęła - do diabła, naprawdę miał szczęście, że nie poleciał jak z procy prosto na najbliższe drzewo - ale nagle uświadomiłam sobie, że smakuje mi ten pocałunek. Czuć w nim było jakiś obłąkany głód.
Albo po prostu całowałam się z wariatem.
Moje wargi zniknęły pod jego wargami. Wiedziałam, że chce ugryźć, lekko, żebym tylko poczuła jego zęby. Skubnąć, skaleczyć. Żeby poleciała krew. Ale gdy się zrobił zbyt agresywny, cofnęłam się szybko, a on przeprosił i... znów zaczął obcałowywać moją twarz. Otwartymi ustami, praktycznie ją przeżuwał.
Jeszcze nikt i nigdy mnie tak nie całował.
Nigdy. I coś mi mówiło, że to jest pierwszy i ostatni raz.
Strumień gorącej wody... Co za przyjemność. To była wręcz przesada, ile przyjemności dawał mi ten prysznic. Mogłam stać pod nim cały dzień. Przychodziło mi zresztą do głowy też kilka innych rzeczy, które mogłabym tam robić. Koniec końców, oto przecież właśnie odkryłam, że mogę przeżywać bardzo, ale to bardzo miłe doznania. A już mi się wydawało, że przestałam być do tego zdolna.
Na samą myśl o tym przeszył mnie dreszcz.
Odepchnęłam ją od siebie i zakręciłam wodę. Miałam zadanie do wykonania. Samotna i przerażona dziewczynka była w łapach sadysty.
Wspomnienie o Kle pożegnało się ze mną czułym szeptem. Ubrałam się i ruszyłam w głąb domu, gdzie mieścił się mój gabinet.
Gdy przeczesywałam internet w poszukiwaniu tropów i przebiegałam wzrokiem kolejne wzruszające do łez artykuły, nagle odezwała się moja komórka. Dzwonił Chad.
- Hej, słońce - przywitał się ze mną.
- Nigdy ci się to nie znudzi, co? - odparowałam.
To miał być, oczywiście, żart z mojej domniemanej choroby, bo oficjalnie miałam tak zwaną skórę pergaminowatą. Przy tym schorzeniu nie można wychodzić na słońce.
Przecież nie ogłoszę wszem wobec, że jestem wampirem.
- Raczej nigdy - przyznał Chad. - A poza tym jestem twoim kolegą z pracy, więc mogę się z ciebie ponabijać. Kolega z pracy to tak jakby starszy brat.
- Starszy i głupszy - uściśliłam.
- Cięta riposta. No dobra, dowiedziałem się czegoś o tej Maddie.
Natychmiast usiadłam prosto.
- Mów.
- Trzy miesiące temu zaginęła niejaka Lauren Monk i jej córka Madison.
- Dalej. - Wypuściłam wstrzymywane powietrze, mocniej zacisnęłam palce na słuchawce.
- Lauren Monk, znana policji, była narkomanką, prostytutką i raczej nie najlepszą matką. Jej córka miała gówniane życie. Mama często znikała z kochankami i dilerami. Zabierała małą ze sobą. Tu się działo coś mocno podejrzanego, Sam. Przez wiele tygodni nikt nie zgłosił zaginięcia, a ona zadawała się z tyloma szemranymi typami, że trudno w ogóle ustalić, gdzie mieszkała i kto ostatni ją widział.
- Ktoś na pewno to wie... - Zamyśliłam się.
- Pewnie, ale to jest środowisko najgorszych mętów, Sam. Takich, co nie wytrzymają godziny, żeby nie złamać prawa. I nikt nie chce gadać.
- Kto prowadzi śledztwo?
- Komenda w Fullerton, wydział osób zaginionych.
- A konkretnie kto?
Chad podał mi nazwisko, a ja zapisałam je na kartce i powiedziałam:
- Zdaje się, że to już nie jest zaginięcie, tylko morderstwo i porwanie.
- Nie będę się spierał.
- Dzięki, Chad.
- To jest poważna sprawa, ale pomogę ci, jeśli tylko będę mógł.
- Wiem i dziękuję. Co tam u Moniki?
Niedawno, kilka tygodni temu, Monica była moją klientką. Nie można było zostawiać jej samej, więc prosiłam czasem Chada, żeby z nią posiedział, kiedy musiałam wyjść; zakochał się od pierwszego wejrzenia.
- Monica jest cudowna, jak zawsze - odparł. - Kocham ją.
- Tylko nie zagłaszcz jej na śmierć. Niech ma trochę luzu, na miłość boską.
- Nie odmawiam jej niczego.
- O bracie... - jęknęłam tylko.
Rozłączyliśmy się. Rozważyłam szybko, co właś- ciwie mogę teraz zrobić. W zasadzie nic, ponieważ nie dysponowałam aktami śledztwa. Postanowiłam, że następnego dnia zajrzę na komendę w Fullerton, a na razie mogłam tylko przejrzeć własne dokumenty i notatki, żeby sprawdzić, czy gdzieś nie pojawi się przypadkiem nazwisko Lauren Monk. Nie pojawiło się, ale to nie oznaczało wcale, że nigdy się z nią nie spotkałam; po prostu nie figurowała w moich papierach i tyle.
A jednak skądś miała mój numer, pomyślałam.
Mogła go, rzecz jasna, od kogoś dostać.
Opadłam na oparcie fotela, wspominając małą Maddie i jej cichy głosik. Nagle wyczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się; to był Anthony. Miał bardzo nieszczęśliwą minę.
- Co się stało, bączku? - Wyciągnęłam do niego ręce.
- Mamusiu, źle się czuję.
- Nie musisz symulować. Za tę dzisiejszą bójkę zawiesili cię w prawach ucznia na cały dzień.
Wiedziałam jednak, że to nie jest udawanie. Naprawdę wyglądał słabo i czułam, jak falami bije od niego gorączka.
- Nie symuluję, mamusiu. Przysięgam.
Położyłam mu dłoń na czole. Było rozpalone. Malec aż się zatrząsł od mojego lodowatego dotknięcia. Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Różnica temperatur musiała być dla niego przerażająca.
Wdrapał mi się na kolana i oparł skroń na moim ramieniu, po czym przytulił twarz do szyi. A wtedy w głowie rozdzwoniły się sygnały alarmowe. Wszystkie naraz, głośno i wyraźnie.
Coś się stało, pomyślałam ze strachem. Coś bardzo niedobrego.
Na tym samym parkingu całkiem niedawno zginęła młoda kobieta. To morderstwo miało związek ze sprawą, którą prowadziłam. A także z Kingsleyem Fulcrumem.
Samochodów nie było tu wiele, nic zresztą dziwnego - w środku nocy z niedzieli na poniedziałek? Wybrałam sobie miejsce, skąd doskonale widziałam wjazd na parking.
To się dzieje naprawdę, pomyślałam.
Do umówionej godziny pozostało jeszcze kilka minut. Po prawej stronie biegła alejka, która prowadziła na tyły restauracji, czysta, choć słabo oświetlona; wychodziły na nią drzwi na zaplecza sklepów przy Harbor Boulevard. Przy tylnym wejściu do restauracji stały rośliny w ozdobnych donicach, a schody przeciwpożarowe na pobliskiej ścianie wyglądały na świeżo malowane. Alejka była brukowana, niczym w jakiejś angielskiej wiosce. Pamiętałam dobrze, jak krew tamtej umierającej młodej kobiety szybko płynęła zygzakiem pomiędzy brukowcami, aby na końcu wsiąknąć w ziemię.
Księżyc świecił jasno, chociaż nie był w pełni. Roziskrzone - przynajmniej w moich oczach - niebo tu i ówdzie kryło się za rzadkimi chmurami. Przez uchylone okno samochodu dmuchał słaby wietrzyk. Nie panując nad drżeniem dłoni, zacisnęłam je mocno na kierownicy, aż pobielały mi kłykcie.
Na Chapman Avenue pojawił się samochód, który skręcił w lewo i powoli wjeżdżał na parking. Dwa snopy światła podskoczyły na krótkim podjeździe.
To naprawdę za chwilę się stanie.
Nie spodziewałam się aż takich nerwów. Kieł wiedział o mnie wszystko. Znał najmroczniejsze moje sekrety. A ja - co o nim wiedziałam? Kobieciarz. Fascynują go wampiry. Jest śmiertelny.
I właściwie nic więcej.
Na swój sposób kochałam tego człowieka. Zawsze mogłam na niego liczyć, kiedy go potrzebowałam. Pocieszał mnie w najtrudniejszych chwilach. Podnosił na duchu, przypominał, że nie jestem potworem. Otwierałam przed nim serce, a on patrzył w nie z wrażliwością i współczuciem. Był mężczyzną doskonałym. Najlepszym powiernikiem, jakiego można sobie wyobrazić.
Nie chciałam stracić tego, co mi dawał.
Samochód powoli przecinał parking. Słyszałam chrzęst opon. Był to podrasowany stary wóz. Cudo, nie maszyna. Chociaż niezbyt wymuskana, to jednak było widać, że właściciel o nią dba. Silnik warkotał chrapliwie, głosem całkiem podobnym do głosu wilkołaka, którego niedawno spotkałam.
Nie chciałam go stracić, tego człowieka, który podpisywał się "Kieł". Nasza relacja była cudowna. Łączyło nas coś niepowtarzalnego, cennego, czułego i czarującego. Coś, co dla mnie było ogromnie ważne.
Nie mogę tego stracić.
Palce prawej dłoni zacisnęłam kurczowo na wiszących w stacyjce kluczykach.
To nie był dobry pomysł. Niepotrzebnie się zgodziłam na to spotkanie.
- Co ja robię? - szepnęłam, czując, jak ogarnia mnie autentyczna panika, być może po raz pierwszy od długiego czasu. To uczucie było po stokroć silniejsze od przerażenia na widok trzymetrowego wilkołaka w moim pokoju hotelowym.
A jeśli Kieł nie jest tym, za kogo się podaje? Jeśli to zupełnie inny człowiek? Niegodny zaufania?
A jeśli będę musiała go uciszyć?
Zaczęłam się kołysać za kierownicą. Gardłowy warkot podrasowanego silnika niósł się echem po całym parkingu, odbijał od ścian pobliskich budynków. Samochód zatrzymał się powoli, dwa miejsca parkingowe ode mnie.
Staliśmy przodem do siebie. Jego szyba była mocno przyciemniona, nawet mój wzrok z trudem ją przebijał. Widziałam jednak, że w środku siedzi jeden człowiek. Mężczyzna.
Silnik zgasł i na parkingu znów zapadła cisza. Chwilę później reflektory błysnęły raz, potem drugi.
Serce załomotało mi w piersi. Prawą dłonią wciąż ściskałam kluczyki. Mogłam włączyć silnik, odjechać i zapomnieć o tym wieczorze. Wciąż jeszcze mogliśmy powrócić do dawnej relacji.
Ale nie zrobiłam tego, chociaż mogłam.
Sięgnęłam dłonią w dół i odpowiedziałam dwoma błyśnięciami świateł. Wtedy otworzyły się drzwi tamtego samochodu i wysunęła się zza nich obuta stopa.
Mój oddech tak przyspieszył, że byłam bliska hiperwentylacji. Sięgnęłam do klamki, ale coś zatrzymało mnie w miejscu. Cholera, zapomniałam o pasie bezpieczeństwa. Szybko go odpięłam i otworzyłam drzwi.
To naprawdę za chwilę się stanie.
Wysiadłam. Kierowca tamtego samochodu zrobił to samo. Owiało mnie chłodne nocne powietrze. Od strony restauracji niosły się różne dźwięki: śmiech, muzyka, stłumiony szmer pomieszanych rozmów.
Stanęłam przed swoją furgonetką. Mężczyzna także postąpił do przodu, swobodnie oparł się biodrem o karoserię. I wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Zachłysnęłam się powietrzem i zamarłam, zakrywając dłońmi usta.
Kieł uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Witaj, Luna.
Noc była chłodna.
Sierp malejącego księżyca wisiał tuż nad dachami domów starego śródmieścia, a jego srebrzysty blask przesiąknął żółtym światłem latarni parkingowych. Wysoki mężczyzna, który stał przede mną, był w tym podwójnym oświetleniu doskonale widoczny, chociaż ja dostrzegłabym go, nawet gdyby panowała całkowita ciemność: w powietrzu wirowały fosforyzujące, rozżarzone smugi, widoczne, jak się zdawało, wyłącznie dla mnie. I może dla innych podobnych mi istot.
Łagodny wiatr szumiał w gałęziach stojącego nieopodal drzewa. Jego grube liście lśniły jak nawoskowane i odbijały światło latarń oraz blask księżyca. Ten gatunek nie pochodził raczej z południowej Kalifornii. Drzewa, które występują tutaj naturalnie, są z reguły karłowate i wyglądają żałośnie. Słabe podmuchy bez wielkiego przekonania przerzucały się plastikową torebką na zakupy, targając ją po całym parkingu. Kiedy przeleciała pomiędzy nami, nie zwróciliśmy na nią najmniejszej uwagi.
- Nic nie powiesz? - zapytał Kieł, uśmiechając się swobodnie. Głos miał głęboki i wesoły, ale brzmiało w nim coś jeszcze. Niepewność. Za tym rozbawieniem krył się cień niepewności. Wiedziałam, skąd się wzięła, bo sama czułam coś podobnego. Kieł, tak jak i ja, nie był wcale przekonany, że powinniśmy się spotkać oko w oko. Domyśliłam się szybko dlaczego.
On też miał tajemnicę. Wielką tajemnicę.
Skąd to wiedziałam? Trudno powiedzieć. Mógł to być przebłysk jasnowidzenia. Tak czy inaczej nagle nabrałam pewności, że Kieł ma wiele do stracenia i bardzo ryzykuje tym spotkaniem ze mną. Odkąd pokazał mi swoją twarz, jego przeszłość - cokolwiek się w niej kryło - nie mogła już pozostać sekretem.
Każdy ma swoje tajemnice, przemknęło mi przez głowę.
Opuściłam wreszcie dłonie i nabrałam powietrza głęboko w płuca. Na ogół nie potrzebuję go aż tyle, a w zasadzie jestem prawie pewna, że mogłabym się całkiem obyć bez tlenu, jednakże głębokie wdechy działają uspokajająco, a ponieważ moje płuca wciąż funkcjonowały, od czasu do czasu zdarzało mi się ich używać.
Rozejrzałam się też dookoła, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie padłam ofiarą jakiegoś wyrafinowanego dowcipu albo czegoś znacznie gorszego, kiedy słowo "ofiara" jest zdecydowanie bardziej na miejscu. To mogła być pułapka. Nie wyczułam jednak zagrożenia, a ze strony Kła - żadnych złych zamiarów. Rzecz jasna mój szósty zmysł nie jest narzędziem niezawodnym, ale w takiej sytuacji z całą pewnością dałby znać o sobie. Zwłaszcza że ostatnio moje zdolności pozazmysłowe rozwijały się coraz silniej.
- Spokojnie, Luna - powiedział Kieł, odchodząc od samochodu, o który się opierał, by stanąć przede mną. - Jesteśmy sami.
Jeszcze nie odezwałam się ani słowem. Pobliski bar tętnił muzyką. W pewnej chwili rozległ się ostry trzask zderzenia kul bilardowych - tak przynajmniej zabrzmiało to w moich uszach. Bo jeśli to nie były bile, to chyba komuś pękła rzepka. W powietrzu nios- ła się ulotna woń piwa... i wymiocin. Te dwa zapachy często idą w parze, zwłaszcza o tak późnej porze, a do tego w alejce na tyłach baru.
Przestałam się rozglądać, skupiłam uwagę na mężczyźnie, który stał przede mną. Teraz, gdy minął już pierwszy szok, odezwała się moja druga natura, czyli prywatny detektyw. Otóż byłam właściwie całkiem pewna, że ten człowiek mnie śledził. Na tę myśl odezwał się wreszcie mój alarm wewnętrzny, chociaż prawdę mówiąc, mogłam się spodziewać, że wcześniej czy później do tego dojdzie. Kieł pasjonował się wampirami i nigdy się nie wypierał tych fascynacji. Mogłam się domyślić, że wykorzysta każdą wskazówkę, jaką uda mu się wyłowić z naszej kilkuletniej internetowej korespondencji, aby mnie odnaleźć.
Być może tego właśnie chciałaś, Sam, pomyślałam.
Być może.
Oczywiście po cichu miałam nadzieję, że pod sieciowym pseudonimem "Kieł" ukrywa się Kingsley Fulcrum, ale Kingsley to był zupełnie inny gatunek nocnego stwora. Wiedziałam, że to płonna nadzieja.
Za nic w świecie nie spodziewałabym się jednak, że stanie przede mną ten właśnie człowiek.
I z tą myślą odezwałam się wreszcie:
- Wcześnie puścili cię z pracy. - Poszłam w jego ślady, zrobiłam krok do przodu.
- Powiedziałem, że to nagła i bardzo pilna sprawa - odparł ze swobodą w głosie, po czym przestąpił nad pokruszonym betonowym krawężnikiem, straszącym wystającymi, zardzewiałymi drutami zbrojeniowymi.
- Naprawdę jest taka pilna? - spytałam.
Kieł pojaśniał na twarzy.
- Wręcz niecierpiąca zwłoki.
Ruszył w moją stronę. Dwa olbrzymie zęby rekina zawieszone na rzemieniu, który opasywał jego szyję, kołysały się w rytm kroków. Tylko że... Nagle zaczęło mi się wydawać, że te zęby wcale nie należały do rekina.
Kieł, powtórzyłam w myśli. Musiał mieć powód, żeby wybrać sobie takie imię.
Kolejne głębokie wdechy. Kusiło mnie, żeby odejść dalej od furgonetki, ale nie mogłam poruszyć nogami, które ni z tego, ni z owego zrobiły się miękkie jak galareta, a do tego ciężkie jak z ołowiu i w ogóle jakby nie moje.
Aby utrzymać równowagę, oparłam dłoń na ciepłej masce samochodu.
Kieł był wysokim mężczyzną i stawiał długie kroki. Odległość pomiędzy nami szybko zmalała. Gdy był już na wyciągnięcie ręki albo na dwa, niespodziewanie zatrzymał się w miejscu. Pierś falowała mu ciężko.
- Nie wiem, jak się nazywasz - powiedziałam, bo poczułam nagłe skrępowanie i zakłopotanie. Stałam pod ostrzałem jego błyskawicznych spojrzeń. Z drugiej strony, byłam już do nich przyzwyczajona; nieraz przyłapałam go, kiedy na mnie patrzył.
- Nigdy mnie o to nie zapytałaś - odparł.
- Mężatki nie pytają barmanów o imię.
- Nie jesteś już mężatką.
- Formalnie rzecz biorąc, jestem w separacji. Mój adwokat przygotowuje dokumenty rozwodowe.
- Strasznie dużo gadasz - zauważył barman z dobrze mi znanej knajpy Hero's. I znów się do mnie uśmiechnął. Białe zęby zalśniły, podobnie jak potwornej długości zębiska dyndające na jego szyi. - Ale dalej o nic nie pytasz.
- W porządku - powiedziałam. Serce przestało galopować. W końcu rozmawiałam przecież z Kłem, moim najlepszym przyjacielem i powiernikiem, człowiekiem, który wiedział o mnie wszystko, znał moje najskrytsze sekrety i lęki. Co do jednego. - Jak się nazywasz?
- Możesz mówić do mnie Eli Roberts - odparł - ale naprawdę nazywam się... - zawiesił na chwilę głos - ...Aaron Parker.
Zamrugałam mocno oczami i chyba też cicho westchnęłam.
Aaron Parker. To nazwisko było mi znane, tak jak każdemu pracownikowi dowolnej instytucji porządku publicznego. Spojrzałam jeszcze raz na stojącego przede mną mężczyznę... i na parę kłów wiszących na jego piersi. O nie, to nie były zęby rekina.
- Amerykański Wampir - powiedziałam. - To ty nim jesteś.
Uśmiechnął się i roześmiał beztrosko.
- Możesz to powtórzyć, Luna? - poprosił. - Tylko trochę głośniej?
Restaurację Downtown Bar & Grill otwarto niedawno w pewnym bardzo starym budynku. Są tam mury z cegły, a lakierowany na czarno bar jest wręcz monumentalny. Sięga od ściany do ściany, a człowiek może sobie tylko wyobrażać, ile drinków przesunęło się po jego gładkiej, pokiereszowanej powierzchni.
Aaron Parker, znany mi jako Kieł, wyszukał dla nas stolik w najciemniejszym kącie. W pobliżu stała kolumna głośnikowa i dudniła muzyką. Nie ma na świecie takiej istoty, która dałaby radę nas podsłuchać. Z mroku, niczym duch, wychynęła kelnerka, by przyjąć zamówienie. Aaron poprosił o białe wino dla mnie, a dla siebie - o jacka daniel'sa z coca-colą.
- Zapamiętałeś, co piję - zauważyłam. Byłam nieufna, czułam się bezbronna i zdemaskowana. Musiałam też nieustannie walczyć z bardzo silnym instynktem, który kazał mi brać nogi za pas. Gdybym jednak teraz uciekła, nie poznałabym odpowiedzi na wiele dręczących mnie pytań.
Gdybym uciekła, to wszystko bym spieprzyła, a tego nie chciałam.
Aaron zgarbił się lekko, wbił we mnie skupione spojrzenie. Nie przepadam za takimi spojrzeniami. A on przecież o tym wiedział. Co ciekawe, identyczne spojrzenia posyłał mi wielokrotnie zza baru w knajpie Hero's, do której często zaglądałam razem ze swoją siostrą. A ja, głupia, myślałam, że ten badawczy wzrok oznacza zupełnie inny rodzaj zainteresowania. Teraz wiedziałam już, że się myliłam. Szpiegował mnie. Od samego początku wiedział, kim jestem.
Instynktownie odwróciłam oczy, bo czułam się jak dziwoląg, którego się pokazuje na jakimś jarmarku: Do nas, do nas! Zobaczcie na własne oczy prawdziwą krwiożerczą bestię!
Teraz, kiedy siedział przede mną i nie miał w każdej chwili nawału klientów do obsłużenia, mogłam mu się porządnie przyjrzeć. Zawsze mi się podobał, jestem zresztą pewna, że był tego świadom. Wpadł też w oko mojej siostrze, i to jak! Jej mąż na pewno miałby powód do niepokoju, gdyby tylko się o tym dowiedział. Aaron Parker był wysokim mężczyzną, jednym z najwyższych, jakich w życiu widziałam. Wydawało mi się, że uprawia jakiś sport, ale oparłam się pokusie, aby go zapytać, czy nie gra czasem w koszykówkę. Miał pełne wargi, które przyciągały łakome spojrzenia kobiet. Miał też smutne oczy szczeniaka, brązowe i lśniące jak wypolerowane drewno wiśni, jednakże to właśnie usta zaciekawiły mnie najbardziej. Były przepiękne, a można było odnieść wrażenie, że on nie wie, co z nimi zrobić. To krzywił je niby we wściekłym grymasie, to wsuwał dolną wargę pod górną, a często też poruszał nimi tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale rzadko wychodziły zza nich jakieś słowa. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś miał taki dziwny tik.
Wreszcie jednak doczekałam się, że coś powiedział. Mówił cicho; gdyby nie mój nieprzeciętnie ostry słuch, nie zrozumiałabym go wcale.
- Pamiętam wszystko, co mi mówisz, Samantho.
- Tylko że akurat nigdy ci nie powiedziałam, jak mam na imię.
Teraz to on odwrócił wzrok z zakłopotaną miną. I słusznie, powinien się zawstydzić. Tak bezczelnie mnie szpiegować!
- Owszem - przyznał się po chwili milczenia - znam twoje imię i nazwisko już od jakiegoś czasu.
- Nieładnie jest szpiegować ludzi - zauważyłam. - A zwłaszcza takich, którzy mogą cię zamordować i wrzucić ciało do morza w takim miejscu, gdzie roi się od rekinów i gdzie nikt nigdy go nie znajdzie.
Oczy Aarona Parkera błysnęły rozbawieniem.
- Musiałem podjąć to ryzyko.
Kelnerka przyniosła nasze drinki. O tak późnej porze, w nocy z niedzieli na poniedziałek, bar zaczynał już pustoszeć. Przy stolikach zostali tylko najbardziej zaprawieni w bojach pijacy... i może kilka nocnych stworzeń. Kiedy tak sobie siedzieliśmy, wznosząc toasty za zdrowie i długie życie (nie mogłam się przy tym nie uśmiechnąć), nagle poczułam, że ktoś nas obserwuje. Byłam tego absolutnie pewna. Zerknęłam Kłowi przez ramię, aby poszukać czegoś, co mogło wywołać to poczucie, ale za jego plecami były tylko puste schody wiodące Bóg wie dokąd. A jednak - elektryczne pole widoczne tylko dla mnie, kłębowisko rozjarzonych świetlnych smug, dzięki którym widziałam wyraźnie nawet w najciemniejszą noc, wydawało się bardziej aktywne niż zazwyczaj. Świetliste nici wirowały w powietrzu z nową energią, jakby pobudziło je coś, czego nie mogłam dostrzec.
Coś nadchodzi, pomyślałam ni stąd, ni zowąd, nie wiedziałam jednak, czym by miało być owo "coś".
Spojrzałam z powrotem na Kła.
- A więc jak mnie odnalazłeś? - zapytałam, chociaż odpowiedzi na to pytanie domyśliłam się już sama. To było jasne. Dałam mu wystarczająco wiele wskazówek na temat mojego życia, a w szczególności spraw, które prowadziłam. Musiał w końcu trafić po nitce do kłębka. Nawet jeśli ta nitka była długa na dobre kilka lat.
Potwierdził moje domysły i zaczął się tłumaczyć. Trzeba mu przyznać: wyglądał na autentycznie zmieszanego. Zdradziło mnie jedno z większych śledztw, które prowadziłam przed czterema miesiącami. Sprawa zyskała rozgłos ogólnokrajowy: młoda dziewczyna uciekła z domu, od ojca o morderczych zapędach. Chociaż nie szczędziłam wysiłków, aby zachować anonimowość, moje nazwisko pojawiło się raz czy dwa w gazetach. Oczywiście musiałam powiedzieć Kłowi, że prowadzę dochodzenie w sprawie zaginionej osoby. Nasza znajomość trwała już kilka lat, więc zdążyłam mu pewnie wyjawić dość szczegółów dotyczących mojego miejsca zamieszkania, żeby mnie namierzył, przynajmniej ogólnie. A kiedy wiedział już, w jakiej części kraju mnie szukać, wystarczyło przejrzeć lokalne gazety i sprawdzić, gdzie ostatnio pisali o zaginionych ludziach.
- Więc wszystko, co ci powiedziałam... - przerwałam mu tyradę.
- Robiłem notatki - wyjaśnił. - Zapisywałem nasze rozmowy na czacie. A potem ślęczałem nad nimi, aby wyłowić wszelkie wskazówki na twój temat. Wszystko, co mogło mnie do ciebie doprowadzić. Z początku nie było tego dużo, ale z biegiem lat język nieco ci się rozwiązał.
Zupełnie nie byłam pewna swoich odczuć w tej sytuacji. Z jednej strony trudno zamknąć oczy na fakt, że ktoś zrobił mi świństwo, lecz mogłam zrozumieć, że taka już jest natura ludzka. A w każdym razie bardzo się starałam to zrozumieć. Jasne, że Kieł był mnie ciekawy. Kto by nie był ciekawy kobiety, która twierdzi, że jest czymś znacznie więcej niż tylko kobietą? Ja zresztą też byłam zainteresowana poznanym w internecie człowiekiem, ale nigdy nie próbowałam do niego dotrzeć. Miałam wtedy jeszcze męża i wkładałam wiele pracy w to, żeby nasze życie zachowało pozory szczęścia i normalności.
Zbyt wiele.
Zbyt wiele, bo małżeństwo - to nie powinna być ciężka praca. Miłość nie musi dławić duszy. Związek z drugim człowiekiem ma wzbogacać życie, nie może go niczego pozbawiać. Dopiero teraz zaczynałam to rozumieć.
Trudno mi jednak było się gniewać na Kła... czy też Aarona. Była w nim jakaś łagodność, delikatność, której kompletnie się nie spodziewałam. Błyskawiczne odpowiedzi na moje wiadomości tworzyły wokół niego aurę pewności siebie. Teraz jednak nie dostrzegłam w nim tego. Widziałam tylko człowieka około trzydziestki albo tuż po trzydziestych urodzinach, który miał wszystko oprócz pewności siebie. Czegoś mi tutaj brakowało, lecz nie mogłam określić, co to takiego.
Przyjrzałam się jeszcze raz zębom wiszącym na jego szyi. Były długie i szerokie, lecz nie aż tak szerokie jak u rekina. Najbardziej przypominały psie kły. Duże psie kły. Uniosłam nieco wzrok i zobaczyłam, że mój rozmówca ściąga górną wargę, jakby chciał...
Jakby chciał zasłonić dwa okazałe, wyrośnięte kły. Nienaturalnie długie jak na człowieka.
- Te zęby... - wskazałam jego pierś - są twoje, prawda?
- No proszę, Luna. - Kieł się uśmiechnął, a ja od razu poczułam cały jego dawny urok. - Znakomity z ciebie detektyw.
Amerykański Wampir? Pewnie, że o nim słyszałam.
W skrócie sprawa przedstawiała się następująco: nastolatek obdarzony niezwykle długimi kłami wyssał krew z żył swojej dziewczyny do ostatniej krop- li. Jego proces stał się sensacją jakich mało: nikt nie zapomniał wstrząsających zdjęć, na których oskarżony otwiera usta, żeby zademonstrować przed całym światem te dwa niesamowite zębiska.
A teraz zobaczyłam go na własne oczy. We własnej osobie. Siedział naprzeciwko mnie przy stoliku w restauracji. Młody mężczyzna skazany za morderstwo. I ogłoszony niepoczytalnym przestępcą. Niewielu znalazłoby się takich, którzy mogliby temu zaprzeczyć.
I pomyśleć, że to właśnie był Kieł. Czysty obłęd.
Kiedy przyjrzałam mu się uważnie, dostrzegłam pewne podobieństwo, ale prawdę mówiąc, ten facet przede mną absolutnie w niczym nie przypominał udręczonego młodego człowieka, którego twarz swojego czasu królowała w telewizji, serwisach informacyjnych i wczesnym internecie. Teraz zapuścił gęstą brodę, a ona niemal całkowicie uniemożliwiała rozpoznanie rysów, i byłam prawie pewna, że chirurgicznie zmienił sobie nos. Zauważyłam też, że nosi brązowe soczewki kontaktowe, bo oczy, o ile pamięć mnie nie myliła, miał niebieskie. Jednakże największą różnicę stanowił jego imponujący wzrost. Osiemnastoletni Aaron Parker był znacznie niższy, chociaż w zasadzie trudno było to ocenić, bo najczęściej pokazywano go, jak naburmuszony siedział za stołem na sali sądowej, u boku swoich adwokatów. Mimo to powiedziałabym, że tak na oko urósł mniej więcej trzynaście centymetrów. Być może to właśnie dzięki temu udało mu się umknąć przed pościgiem policji i tak skutecznie zatrzeć za sobą ślady.
Bo należało pamiętać, że ten człowiek był zbiegłym przestępcą, któremu oprócz zabójstwa partnerki zarzucono jeszcze dwa kolejne: strażnika w zakładzie karnym dla osób niepoczytalnych oraz właściciela paskudnego muzeum osobliwości w Hollywood, który zakupił zęby słynnego Aarona Parkera w charakterze eksponatu na jakąś podejrzaną wystawę.
To była naprawdę ohydna wystawa. Oczywiście podniosły się protesty.
I szybko ucichły, bo kilka miesięcy po jej otwarciu policja znalazła zwłoki właściciela muzeum, a zęby ktoś ukradł.
Były to te same dwa zęby, które teraz wisiały na szyi Kła.
Te same dwa kły.
- Jesteś mordercą - powiedziałam.
- Ty też, Samantho - odparł, po czym wyprostował się i popił ze szklanki. Sądząc po zapachu, był tam alkohol tak mocny, że można by w nim zakonserwować dziką świnię z Afryki. - Oboje jesteśmy ofiarami okoliczności. Nigdy o tym nie zapomnij.
Jego sztucznie brązowe oczy wciąż błądziły po mojej twarzy. Widziałam w nich zachwyt. Czułam, jak wielkim respektem i podziwem darzy mnie ten człowiek. Jego myśli były dla mnie tak samo klarowne i czytelne jak moje własne. Cóż, w końcu łączyła nas głęboka więź; nigdy się nie spodziewałam, że dwoje ludzi może być aż tak mocno ze sobą związanych. I choć człowiek, który siedział przede mną, był mi w dużej mierze obcy, to spotkanie sam na sam tylko wzmocniło naszą więź.
Kieł zamknął oczy, odetchnął płytko.
- Czuję cię, Luna.
Mrugnęłam z niedowierzaniem oczami.
- Jak to: czujesz?
- Jesteś w mojej głowie. W moich myślach. Nieco na uboczu. Przysłuchujesz się. Podchwytujesz słowa, tu jedno, tam drugie.
Przekrzywił głowę jak pies, który wsłuchuje się w odgłosy niesione przez wiatr. Teraz to ja przyjrzałam mu się uważnie. Był niesamowicie przystojny. Niezaprzeczalnie. W końcu moja siostra nie bez powodu robiła z siebie bełkoczącą kretynkę za każdym razem, kiedy podawał nam drinka. Brązowe włosy opadały w beztroskim nieładzie lub też po prostu potargane wiatrem. Moją uwagę najbardziej przykuwały jednak jego pełne wargi, a zwłaszcza dolna. Dostrzegłam na niej kropelkę napoju, którym raczył się mój towarzysz, i od tej pory myślałam wyłącznie o tym, żeby ją stamtąd zlizać. Posmakować, tylko w tym jednym, niesamowicie seksownym miejscu.
Nagle jego powieki zadrżały, a spomiędzy nich błysnął biały blask; zrozumiałam, że oczy uciekły mu w głąb czaszki.
- O tak - mruknął. - Jesteś tam.
Milczałam. Knajpa dudniła muzyką. Jakiś facet, kompletnie pijany i bardzo mocno posunięty już w latach, zsunął się ze stołka przy barze i zaczął tańczyć solo. Obrócił się powoli, raz, potem drugi, zatoczył się i już się wydawało, że runie, ale na szczęście wpadł na bar i przytrzymał się kontuaru. Nikt oprócz mnie nie zwrócił na niego uwagi.
I wtedy w mojej głowie zabrzmiał bardzo cichy, ale zupełnie wyraźny szept:
"Witaj, Luna".
Kieł otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie.
- No, dobrze - przyznałam. - Tego jeszcze nie było.
- Powszechnie wiadomo, że wampiry umieją sterować innymi za pomocą umysłu - powiedział Kieł.
- Ale ja nie próbuję tobą sterować - sprzeciwiłam się.
- Na razie nie - przytaknął - ale jeśli ni z tego, ni z owego zacznę ci robić pedikiur, to podejrzenie być może padnie na ciebie. - Mrugnął do mnie okiem.
- Możesz mi wierzyć - uniosłam dłoń - że takim paznokciom nie poradzi żaden pilnik.
- Mogę je obejrzeć?
- Nie.
- Proszę.
Westchnęłam i wyciągnęłam ręce ponad blatem stolika. Kieł delikatnie ujął moje dłonie. Nie wzdrygnął się, jak większość ludzi, kiedy poczuł przeraźliwe zimno bijące od mojej skóry. Zadrżał tylko, przeniknięty chłodem, i uśmiechnął się; najwidoczniej taki lodowaty dotyk sprawiał mu ogromną przyjemność. Potem stuknął w czubek mojego palca wskazującego. Czułam się jak koń na targu.
- Takimi pazurami mogłabyś wypatroszyć nosorożca - zauważył.
- Albo barmana, który nie potrafi trzymać języka za zębami.
Jeszcze raz się uśmiechnął.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka zadziorna, Luna.
- Bo teraz bardzo wiele ryzykujemy.
- Każde z nas ma swój sekret, równie niebezpieczny. Ja też ci zaufałem. Nie chciałbym, żebyś zdradziła moją tajemnicę.
- Jesteś zbiegłym więźniem, zostałeś skazany za morderstwo.
- A ty jesteś krwiożerczą bestią.
Spojrzałam na niego uważnie. Uśmiechnął się nieznacznie, kącikiem ust, lekko poruszył przy tym brodą.
- W porządku - powiedziałam i rozsiadłam się swobodniej na krześle. - To o co chodzi z tym sterowaniem za pomocą umysłu?
Kieł dokończył whisky i skinął na kelnerkę. Jeśli chodzi o mnie, to ledwie umoczyłam usta w winie. Kiedy kelnerka odeszła od naszego stolika, pochylił się i oparł kościste łokcie na blacie.
- Mówiłaś mi, że masz szósty zmysł - przypomniał. - Podobno nawet ostatnio robi się coraz silniejszy.
Przytaknęłam skinieniem głowy; to była prawda.
- No cóż, można powiedzieć, że twój szósty zmysł jest nieco bardziej uniwersalny, niż ci się wydawało - ciągnął dalej Kieł. - Tak przynajmniej wynika z tego, co ja wiem.
- Uniwersalny? Jak bardzo?
- Możesz używać telepatii. Hipnotyzować. Możesz być medium.
- Nie wszystko naraz - przerwałam mu. - Hipnotyzować?
- Widziałaś Draculę, prawda?
- Może i widziałam.
- A czytałaś książkę?
- Nie.
- Co to za wampir, który nie czytał Draculi?
- Miałam dzieci do wychowania i męża do dopieszczenia. Przynajmniej nie zeszłam poniżej przeciętnej.
Kieł uśmiechnął się smutno.
- Przykro mi, że mąż tak cię skrzywdził.
- Mnie też.
- Chcesz zmienić temat?
Przytaknęłam.
- Wróćmy więc do sterowania za pomocą umysłu. Dracula potrafi hipnotyzować ludzi samym wzrokiem. Nie wiesz, jak to się robi? Może spróbuj to rozgryźć?
- No dobrze. - Potrząsnęłam głową w odpowiedzi na ten niedorzeczny kalambur. - A co z tym medium?
- Medium spirytystyczne potrafi rozmawiać ze zmarłymi, zarówno z tymi, którzy naprawdę odeszli, jak i z tymi, którzy jeszcze trzymają się tego świata.
- Trzymają się tego świata? - powtórzyłam.
- To są duchy, Luna. Potrafisz zobaczyć ducha.
Powiodłam wzrokiem dookoła. Powietrze było jak naładowane elektrycznością; świetlne smugi, prędkie jak zawsze, tutaj kłębiły się wyjątkowo intensywnie, wywijając przed moimi oczami zwariowane zygzaki i czasem łącząc się w większe kształty. Kiedy się rozglądałam, Kieł mówił dalej:
- Jesteś istotą nadprzyrodzoną, Luna, ale żyjesz pomiędzy śmiertelnikami, w ich świecie. Potrafisz zobaczyć rzeczy, o których mnie nigdy się nawet nie śniło.
Świetlne punkciki wirowały jak stutysięczny rój podelektryzowanych robaczków świętojańskich, na moich oczach oblepiały pobliskie schody. Ich stopnie wiodły prosto w ciemność. Migotliwe plamki zaczęły gromadzić się w jednym miejscu, przyciągając kolejne. Widziałam już takie rzeczy, ale nigdy nie zwracałam na nie większej uwagi. To były przecież tylko jakieś dziwne światełka, nic więcej.
- Nocne stwory przyciągają się nawzajem, Samantho, świadomie albo też bezwiednie - powiedział Kieł. - A czasami też... wbrew własnej woli. To nie był przypadek, że spotkałaś na swojej drodze wilkołaka. Sądzę, że niedługo pojawią się inni twojego rodzaju.
- Mojego rodzaju?
- Wampiry, Luna. Nie ostaniesz się długo jako samotna wyspa. Nie w tym świecie, pełnym fantastycznych stworzeń.
Wciąż nie odrywałam wzroku od lśniącego obiektu u podnóża schodów. Otoczył go jeszcze gęstszy rój rozjarzonych iskier. Wytężyłam wzrok: w migotliwej zamieci pojawiły się zarysy ramion, bioder oraz głowy. Był tam nawet szkicowy rysunek przydługich włosów. A potem - niesamowite - istota stworzona ze świateł odwróciła się w moją stronę. Nie widziałam jej twarzy, ale czułam jej ból, wielki ból. Wreszcie okiem duszy złowiłam błysk noża, w moich uszach zabrzmiał zduszony okrzyk, potem płacz... I zapadła cisza.
- Widzę ducha - powiedziałam. - Stoi obok schodów.
Kątem oka dostrzegłam, jak Aaron odwraca się w tamtym kierunku.
- Ja niczego nie widzę - odparł - ale nie dziwi mnie to wcale. W całym Fullerton nie ma chyba drugiego tak nawiedzonego domu.
I wtedy lśniący, na poły ludzki kształt rozsypał się na tysiąc migoczących świetlnych drobinek.
Kurka wodna, warknęłam w myśli, cytując ulubione przekleństwo mojego synka.
Po chwili Aaron Parker odwrócił wzrok i spojrzał na mnie.
- Powiedz mi, Luna - zapytał - czy czujesz się dziwnie, kiedy widzisz mnie w końcu na własne oczy?
- I tak, i nie. Z jednej strony chciałabym stąd uciec, wrócić do domu i dalej rozmawiać z tobą przez komputer. Tam czułam się bezpiecznie. Czułam, że mogę się otworzyć. Być sobą.
- A teraz tego nie czujesz?
- Teraz, jeśli mam być szczera, sama już nie wiem, co czuję.
- Wydaje ci się, że rozmawiasz z obcym człowiekiem? - zapytał.
Skinęłam głową. Pod powiekami zapiekły łzy.
- Tak - szepnęłam.
- Z obcym człowiekiem, który zna wszystkie twoje największe i najmroczniejsze tajemnice.
Przytaknęłam bez słowa, nie mogłam dobyć głosu z gardła.
- Żałujesz, że się spotkaliśmy? - zapytał Kieł.
Przez długą chwilę siedziałam bez najmniejszego ruchu. Potem wyciągnęłam ręce, aby podał mi swoje ciepłe dłonie, a on zacisnął długie palce na moich palcach.
- Nie wiem - wyszeptałam. To były chyba najtrudniejsze dwa słowa w moim życiu.
Nie wypuścił moich dłoni ze swoich. Zaczął pocierać wystające kostki kciukiem. Skórę miał szorstką i zgrubiałą. Automaniak, domyśliłam się, nie ma mowy o pomyłce. Nocami stoi za barem, a w ciągu dnia dłubie przy swoim podrasowanym aucie.
Kieł przekrzywił lekko głowę.
- "Podrasowany" to nie jest politycznie poprawne określenie - zwrócił mi uwagę. - U nas się mówi: "Sprawdź moją odpicowaną brykę".
- Brzmi jak tekst ze słabego pornosa - prychnęłam.
- Nie ma słabych pornosów - sprzeciwił się.
- A w ogóle to zajrzałeś mi do głowy, fuuj... - Wzdrygnęłam się, choć trochę poniewczasie.
- Owszem - przytaknął - coś tam wyłapałem.
- Jak to możliwe, że czytasz w moich myślach?
- Nie wiem. Nie jestem wszystkowiedzący.
- Więc spróbuj zgadnąć, mądralo.
Długo wpatrywał się we mnie skupionym wzrokiem, przesuwając językiem po dolnej wardze, jakby szukał tam czegoś, czego nie było. Bił od niego ogromny żal po jakiejś stracie. Czułam to wyraźnie i coś mi mówiło, że wiem, czego tak bardzo mu brakuje.
Wreszcie się odezwał:
- Jesteśmy w kontakcie, Luna. A konkretniej: to ty sama dałaś mi dostęp do swoich myśli.
- Więc mogę je też przed tobą zamknąć?
- Sądzę, że bez trudności - odparł. - A tak za pamięci: masz rację. Brakuje mi ich. Nawet nie wiesz jak bardzo. Codziennie o nich myślę.
Mówił, oczywiście, o swoich zębach.