Amerykański książę. Nowy Camelot. Tom 2 - Sierra Simone

Reflow text when sidebars are open.
Embry
przed
Króla poznałem, mając dwadzieścia jeden lat.
Ale opowiadanie o tym byłoby wybieganiem w przyszłość.
Zacznijmy ode mnie, Embry'ego Moore'a, syna budzącej ogólny strach gubernator Vivienne Moore. W oczach świata musiałem jawić się jako książątko. Dorastałem, galopując na własnym koniu i żeglując jachtem po należącym do nas pieprzonym jeziorze, uczyłem się w najlepszych szkołach, wcześnie zakończyłem naukę w college'u i pojechałem na wojnę, wyobrażając sobie, że wojaczka to niezła zabawa.
I tak było, zanim wojna zaczęła się naprawdę, gdy jeszcze ludziom wydawało się, że karpatiańscy separatyści uspokoją się, jak to dotąd zwykle z nimi było. Z początku zatem wyglądało to na wspaniałą przygodę: pobawić się w żołnierza wśród malowniczych gór, a zarazem zbierać punkty do cefałki przydatnej w dalszej, nieuchronnie czekającej mnie karierze politycznej.
Tak to jest z książętami.
Łatwizna.
I rzeczywiście było łatwo... przez pierwszy miesiąc.
Pewnego wieczora zachciało mi się papierosa. Przegapiłem przez to początek bójki. W różowym zmierzchu przestała mnie razić nawet brzydota przysadzistych budynków bazy i pamiętam, że gdy zabrałem z łóżka srebrną papierośnicę i wracałem z nią truchtem przez dziedziniec, myślałem o tym, że świat nie mógłby być piękniejszy, niż był w tamtej chwili. Smugi oranżu, czerwieni i purpury na zachodzie, ciemny zarys górskich grani na wschodzie, rześkie, czyste powietrze i obietnica gwiazd migocących ponad moją głową. Co mogłoby być wspanialszego? Co innego mogłoby zatrzymać bieg moich myśli i zaprzeć dech w piersi, pozostawiając jedynie najgłębszy podziw i wdzięczność przeplatającą się z niedowierzaniem?
To pokazuje, jak odmiennie wtedy myślałem, pytając, co zamiast kto.
Biegłem przez dziedziniec, wyciągając papierosa, żeby go zapalić, gdy niewyraźny szaro-brązowo-zielony kształt przemknął obok mnie i wpadł na drugą sylwetkę w tych samych zgaszonych barwach. Odskoczyłem, papieros wytrącony z mojej ręki został zdeptany, a mnie samego omal nie wciągnęło tornado pięści i butów, wokół którego szybko tworzyło się zbiegowisko.
- To był mój ostatni papieros, dupku - rzuciłem w powietrze.
Duży gość, na którego wołaliśmy Dag - nikt już nie pamiętał, jak naprawdę się nazywał - przypatrywał się bójce z założonymi rękami i wyrazem obrzydzenia na twarzy.
- Idioci.
Mruknąłem potakująco. W kantynie przestano ostatnio sprzedawać papierosy w ramach kolejnej inicjatywy prozdrowotnej, a ja naprawdę, naprawdę nie miałem ochoty maszerować półtora kilometra do położonej w dole ukraińskiej wioski po paczkę fajek na wieczór. Teraz jednak wyglądało na to, że spacer mnie nie minie.
- Zamierzasz coś z tym zrobić? - spytał Dag, wskazując ruchem głowy kłębowisko ciał.
- Po tym, jak zdeptali mi papierosa? Zasługują na podbite oczy - zażartowałem, ale Daga mój żart nie rozśmieszył. - Zresztą to nie moi ludzie.
To była bardzo wielka pierdolona baza. Nie zamierzałem marnować sił na dwóch idiotów bijących się o Bóg wie co.
- Ale jesteś tu jedynym oficerem - zauważył Dag.
- Jakby to miało jakieś znaczenie. - Rozejrzałem się i stwierdziłem, że faktycznie byłem w tym zbiegowisku najstarszy rangą.
Westchnąłem ciężko na użytek Daga i wymamrotawszy pod nosem coś w tym sensie, że nie jestem żadną pieprzoną babysitterką, ruszyłem z miejsca, by rozdzielić chłopaków i uświadomić im, że jeden z nich wisi mi papierosa.
Jednak ktoś mnie uprzedził.
Barczysty mężczyzna wkroczył w sam środek bójki tak spokojnie, jakby spacerował po plaży, chwycił jednego z żołnierzy za koszulę na karku i odciągnął go od przeciwnika. Natychmiast potem obezwładnił drugiego, a uczynił to wszystko tak szybko, że ledwie zarejestrowałem wzrokiem drobne szczegóły jego sylwetki. Błyszczące oczy. Pełne usta. Ciemne włosy. Oliwkowa karnacja tego rodzaju, z jaką człowiek przychodzi na świat, tego rodzaju, co przez całą zimę zachowuje ciepły odcień brązu. Włoch, a może Grek.
- Ja pierdolę - powiedział Dag z uznaniem. Albo i bez. Czasem trudno było go rozszyfrować.
Z baraku mieszczącego koszary wyszedł Percival Wu, jeden z naszych tłumaczy, i przystanął za nami.
- To Colchester - odezwał się ściszonym głosem. - Przyjechał wczoraj.
W tamtej chwili nie obchodziło mnie, kto to taki. Ulżyło mi, że nie muszę wdawać się w kretyńską awanturę, i tyle. Szczerze mówiąc, zaledwie przed kilku miesiącami opuściłem mury szkoły oficerskiej i wciąż jeszcze odczuwałem komenderowanie podwładnymi jako coś krępującego.
Wychowałem się w kręgu władzy, pośród ludzi, którym wydawanie rozkazów przychodziło bez wysiłku, jednak sam na ogół unikałem brania na siebie odpowiedzialności za cokolwiek. Konsekwencje to było coś, od czego się wymigiwałem, a ludzie obchodzili mnie o tyle, o ile zapewniali mi dobrą zabawę. Nie miałem żadnego doświadczenia w troszczeniu się o innych... Sam ledwie unikałem pakowania się w tarapaty.
Zresztą prawdę mówiąc, nie bardzo się o to starałem. Po co miałbym to robić, skoro na ogół wynikała z nich wyłącznie dobra zabawa?
Zdaję sobie sprawę, że mówiąc to, wychodzę na egocentryka i egoistę, bo też taki właśnie byłem. Byłem złym, samolubnym dzieckiem, które wyrosło na złego, samolubnego dorosłego... Jednak należy pamiętać, że egoizm nie jest równoznaczny z byciem niepomnym swoich występków. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo byłem zły. Wiedziałem, jak strasznie grzeszyłem, choć mówiłem sobie, że nie wierzę w grzech. Późną nocą, po pijatyce, pierdoleniu lub bójce, zależnie od okoliczności, leżałem w łóżku i patrzyłem w gwiazdy kręcące się nade mną na nocnym niebie i wiedziałem - po prostu wiedziałem - że jest we mnie coś sprzecznego z naturą. Byłem świadom tego, że niektórzy ludzie przychodzą na świat niedobrzy, spaczeni, naznaczeni wewnętrzną pustką, i wiedziałem, że urodziłem się bez tego czegoś, co czyni ludzi odważnymi, czystymi lub dobrymi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że urodziłem się bez sumienia, czy może bez serca lub bez duszy. Rozmyślałem nad tym, aż w końcu zwijałem się pod kołdrą w kłębek i wciskałem twarz w poduszkę. A kiedy uchodziło ze mnie powietrze, wspominałem okropności popełnione tamtego dnia. Rozpamiętywałem okropności popełnione w ciągu całego życia. I nienawidziłem siebie za to całe zło. Nienawidziłem siebie za swój egoizm, za swój bezmyślny egocentryzm i obojętność. Zdawałem sobie sprawę, że nie powinienem poddawać się impulsom gniewu, żądzy czy pragnienia ucieczki od rzeczywistości aż po ich nieunikniony krwawy, lepki bądź pogrążony w odurzeniu finał, a jednak to czyniłem.
Za. Każdym. Razem.
Lecz wówczas był dopiero wczesny wieczór, jeszcze nie zapadła noc wraz z nieodłącznym poczuciem odrazy do samego siebie. W tamtej chwili czułem wyłącznie ulgę i niejasną wdzięczność, a także chętkę na papierosa.
- No i po widowisku - powiedziałem do Daga i odwróciłem się, by ruszyć w drogę do wioski. I wówczas zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną stanął. I nie był to ani smukły Wu, ani zwalisty Dag. Znieruchomiałem, ale nie odwróciłem się.
Nie od razu.
- Zechcesz mi wyjaśnić, dlaczego papieros jest dla ciebie ważniejszy od twoich ludzi, poruczniku?
To był głos tego rodzaju, który każe ci przystanąć. Głęboki, owszem, i w ciekawy sposób jednocześnie ochrypły i dźwięczny, jak melodia, której nuty zostały opalone wzdłuż krawędzi.
Jednak to nie brzmienie głosu wstrzymywało moje kroki... to jego czystość. Siła. Nie buńczuczność bez pokrycia, jakiej pozorem często chełpią się młodzi mężczyźni, lecz autentyczna siła.
Spokojna, czysta, rzetelna.
Jednoznaczna.
To był głos człowieka, który nocami nie zwija się w łóżku, myśląc, że wolałby się nigdy nie narodzić.
Odwróciłem się, wytrącony z równowagi już przez sam ten głos, ale na widok twarzy poczułem się znokautowany. Ciemne brwi nad oczami o tak złożonym odcieniu zieleni, że nie potrafiłem orzec, czy tak naprawdę były jasne, czy ciemne. Usta nieskłonne do śmiechu, wydatne kości policzkowe, a do tego kwadratowa szczęka porośnięta ciemną szczeciną. Wziąwszy pod uwagę superregulaminową fryzurę i połysk butów, stojący za mną mężczyzna nie wyglądał na niechluja zaniedbującego poranne golenie. Po prostu Colchester należał do tych facetów, których twarz nie pozostaje gładka dłużej niż przez kilka godzin.
Jednak nie tylko rysy miał uderzające. Przede wszystkim wyraz twarzy, spojrzenie. Wydawał się w moim wieku, a mimo to w jego obliczu było coś takiego, co czyniło go ponad wiek dojrzałym. Jak tak teraz o tym myślę, to nawet nie była kwestia wieku. Raczej kwestia czasu. Wyglądał jak człowiek z innej epoki, który powinien jechać konno przez gęstwinę lasu, ratować damy w tarapatach i uśmiercać smoki.
Szlachetnie.
Heroicznie.
Królewsko.
Wszystko to przebiegło mi przez myśl w mgnieniu oka. I już w następnym momencie ogarnęło mnie niespodziewane, krępujące uczucie, jakby on właśnie zobaczył dość, żeby przeniknąć mnie na wylot, żeby przejrzeć na wskroś mój egoizm, pustą zmysłowość i leniwą rozwiązłość. Jakby widział czy przeczuwał wszystkie te noce, kiedy wciskałem twarz w poduszkę i żałowałem, że nie starcza mi odwagi, by raz na zawsze zakończyć swoją marną egzystencję.
Naraz zrobiło mi się wstyd. Zawstydziłem się tego, że jestem sobą. Tego, że jestem Embrym Moore'em - pieprzonym, gówno wartym podporucznikiem Embrym Moore'em. I to mnie wkurzyło. Bo kim niby był ten pieprzony przystojniak, żeby mnie zawstydzać? Tylko ja sam mogłem wzbudzać w sobie to uczucie.
Zbliżyłem się do niego na dwadzieścia centymetrów, prężąc pierś w bojowej postawie. Nie bez satysfakcji odnotowałem, że góruję nad nim wzrostem o ponad dwa centymetry, on z kolei miał co najmniej dziesięć kilogramów muskulatury więcej ode mnie. Jednak jeszcze większą satysfakcję sprawiło mi odkrycie, że nosi na mundurze złotą belkę. Podporucznik jak ja.
Odzyskałem głos.
- To nie moi ludzie, poruczniku.
- I dlatego pozwoliłbyś im się nawzajem zmasakrować?
Wywróciłem oczami.
- To duzi chłopcy. Potrafią o siebie zadbać.
Twarz Colchestera zachowała swój surowy wyraz.
- To nasze zadanie: dbać o nich.
- Ja pierdolę, nawet nie wiem, co to za jedni.
- I taką postawę zachowasz, kiedy przyjdzie nam walczyć w górach z Karpatiańczykami? Będziesz myślał wyłącznie o swoich bezpośrednich podkomendnych?
- Och, uwierzcie mi, poruczniku Colchester, nigdy nie spuszczam z oczu moich ludzi. Ani rąk.
Dag i Wu zaśmiali się, a ja wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, lecz naraz w mgnieniu oka zostałem przyparty do metalowej ściany baraku, a ciepłe przedramię Colchestera dociskało moją szyję.
- Dla ciebie to wszystko żarty? - zapytał cicho, tak cicho, że inni nas nie słyszeli. - A te góry wokół nas to teatralna dekoracja? A naboje w twojej giwerze to ślepaki? Bo dla Karpatiańczyków to nie są żarty. Oni nie strzelają ślepą amunicją, poruczniku Moore. A ładunki wybuchowe, którymi minują drogi, to nie fajerwerki. Poprowadzisz tych ludzi do boju, nawet jeśli będą w ciebie wątpić, nawet jeśli sam w siebie zwątpisz, więc uwierz, że warto się o nich troszczyć. Tu, tam, czy gdziekolwiek cię diabli zaniosą. A jeśli nie czujesz się na siłach, to lepiej zamelduj się u kapitana i poproś, żeby odesłał cię do domu.
- Pierdol się - warknąłem.
Mocniej docisnął przedramieniem moją tętnicę szyjną, odcinając - choć nie całkowicie - dopływ krwi do mózgu, przesunął oczami po mojej twarzy, a potem powędrował wzrokiem w dół po moim ciele, które przypierał własnym do ściany. W cieniu jego oczy zdawały się ciemne, jak mroczne głębie jeziora, lecz poza tym nie było w nim nic z chłodu. Czułem ciepło jego ciała, widziałem pulsowanie tętnicy na jego szyi. Na moment rozchylił usta, a długie rzęsy zatrzepotały, jakby chciał zamknąć oczy, ale zapomniał, jak to się robi.
- Pierdol się - powtórzyłem, ale słabiej, z powodu niedotlenienia i czegoś, nad czym w tamtej chwili jeszcze się nie zastanawiałem.
Przysunął usta do mego ucha i szepnął:
- Osobiście wolałbym wypierdolić ciebie.
Cofnął się i opuścił rękę. Wciągnąłem powietrze do płuc i od świeżej porcji tlenu moja krew ścięła się lodem.
Kiedy przejaśniło mi się przed oczami, porucznika Colchestera już nie było.
Embry
po
Moje życie składa się z dwóch części.
Wtedy i teraz. Przed i po.
Teraz jestem mężczyzną żyjącym w stanie małżeńskim, w pewnym sensie. W groteskowym, szalonym, przecudnie popieprzonym sensie, którego nie uznałoby żadne państwo ani żaden kościół. To jednak nie czyni mego małżeństwa ani trochę mniej realnym. Tamta chwila, gdy Greer, Ash i ja ujęliśmy się za ręce i zaprzysięgliśmy sobie - wówczas nawet nie pojmowaliśmy w pełni, co takiego sobie przysięgamy, lecz uczyniliśmy to, bo uświadomiliśmy sobie, że nie zdołamy dłużej z tym walczyć - była chwilą mego ślubu. Wszystko to był mój ślub, ściśle rzecz biorąc, tamto i to, co nastąpiło potem: pot i łzy, i rozpryśnięte nasienie, jakiś rodzaj tajemniczego starożytnego obrzędu, który odprawiliśmy, podążając za głosem instynktu, taniec, który potrafiliśmy odtańczyć, choć nigdyśmy się go nie uczyli.
Spodziewałem się, że ten dzień będzie dla mnie dniem wiecznego potępienia. Dniem kary za bycie złym, samolubnym człowiekiem, człowiekiem, przez którego cierpiał Ash, cierpiała Greer, cierpiało tak wielu innych ludzi w ciągu trzydziestu pięciu lat mego życia. Szedłem nawą, prowadząc pod ramię Abilene, kuzynkę Greer, i myślałem wyłącznie o tym, jak straciłem szansę na to, by to był mój własny ślub. Ash byłby gotów wyrzec się swego ukochanego Kościoła katolickiego, swojej kariery i swojej przyszłości, bylebym tylko to ja nadchodził do niego wzdłuż nawy, byleby mógł wsunąć obrączkę na mój palec, ale ja mu odmówiłem.
Dwukrotnie.
Więc to była moja pokuta. To, że nadszedłszy nawą, zamiast stanąć przed nim, miałem stanąć obok niego, wciąż nosząc na szyi ślady jego zębów, wciąż czując w ustach smak soków jego żony, i miałem patrzeć, jak się uśmiechają, jak płaczą, jak się całują. Miałem nie dostać ani ukochanego mężczyzny, ani ukochanej kobiety. To oni mieli odtąd mieć siebie nawzajem, podczas gdy ja miałem zostać z niczym.
To było to, co musiałem znieść. To było to, co musiałem zaakceptować.
Tyle tylko... że tego nie uczyniłem. Jakimś sposobem moja pokuta została odprawiona, a brzemię grzechów zdjęte. Pragnął mnie Ash. Pragnęła mnie Greer. I mnie, niedoskonałego, okropnego mnie chcieli dopuścić do swojego dopiero co zawartego małżeństwa. Powinienem odmówić. Dla ich dobra, dla dobra mojej własnej duszy. Ale nie mogłem. Po prostu pragnąłem tego - pragnąłem ich - zbyt mocno.
Chciałem wierzyć, że to się powiedzie. Że jakimś cudem my troje zdołamy tego dokazać. Ponieważ piętnaście lat znajomości z Ashem i pięć lat znajomości z Greer nauczyło mnie, że nigdy się od tego nie uwolnię... od tego świerzbienia, od tego palącego pożądania ich obojga. Nie byłem w stanie pokochać nikogo innego. Przypiszcie to, czemu chcecie - losowi, pechowi, genetycznemu dopasowaniu czy psychicznej traumie - cokolwiek to było, związało mnie z nimi jak rdza wiąże się z metalem. To zderzenie cząsteczek i sił nieodwracalnie zmieniło nas troje. Nie było od tego odwrotu.
Takie myśli kołatały mi się po głowie, gdy mrugałem oczami w ciemności. W moim życiu zdarzały się chwile, gdy budziłem się w nieoczekiwanych okolicznościach, zdezorientowany i przerażony, oczekując gradu karpatiańskich kul, jednak tym razem obudziłem się w cieple błogiego spokoju. Słodkiego podniecenia. Powracającego pożądania.
Tu nie ma kul.
Jest ciepła dłoń na moim brzuchu, duża i trochę szorstka, uczucie znajome i nieznajome naraz. Otwieram oczy szeroko i w blasku światła z łazienki widzę obok siebie muskularne ciało śpiącego prezydenta. Prześcieradło częściowo okrywa jego smukłe biodra, jednak jest zsunięte dość nisko, by widoczna była ciemna linia zarostu biegnąca od pępka w dół, i dość cienkie, by rysowała się pod nim masywna krzywizna członka. Śpi z leciutko rozchylonymi ustami, jego długie rzęsy opadają na policzki i nie ma w nim surowej powagi, która zwykle maluje się w kącikach jego ust i w oczach. Wygląda młodziej niż zwykle, niemal jak tamten gniewny chłopak, który przyparł mnie własnym ciałem do ściany koszar w Karpatach. Wygląda młodziej i bardziej bezbronnie.
Ściska mnie w sercu. Bo go kocham, bo jest piękny i ponieważ nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałem go naprawdę pogrążonego we śnie. Zdarzały się drzemki na pokładzie samolotu, przysypianie w limuzynie, ale prawdziwy sen z głębokim oddechem, rozluźnionymi, bezwładnie rozrzuconymi członkami... nie widziałem tego od czasu naszej wspólnej służby w Karpatach. Greer dobrze mu robi.
Staram się nie być o to zazdrosny.
A skoro mowa o Greer, to uświadamiam sobie, że nie ma jej już w łóżku między nami, nie leży także u boku żadnego z nas. Przeciągam się i mrużę oczy, wpatrując się w światło dobiegające ze szczeliny pod drzwiami do łazienki. Ash i ja ujeżdżaliśmy ją w nocy na całego... Nie jestem pewny, co takiego robią kobiety po uprawianiu seksu, ale Ash dostatecznie wiele razy wykorzystywał seksualnie moje chętne ciało, żebym potrafił to sobie wyobrazić. Decyduję się nie zakłócać jej prywatności, choć dziwnie czuję się w łóżku bez niej. Tak znakomicie dobraliśmy się we trójkę, tak świetnie dopasowaliśmy się, tak zgodnie chwytaliśmy każdy oddech... Wystarczyło kilka godzin, by jej nieobecność sprawiła, że powietrze dotkliwie ciąży na mej skórze, a łóżko zdaje się zimne i puste.
Poruszywszy się, zakłócam sen Asha, który przeciąga się, zsuwając prześcieradło i odsłaniając biodro oraz górną część muskularnego uda. Jego dłoń porusza się na moim brzuchu i odczuwam szokującą intymność tego gestu, jednocześnie nową i świetnie znajomą. Pomimo wszystkich rund, jakie zaliczyliśmy tej nocy - lub ściślej rzecz ujmując, ubiegłej nocy, jak należy sądzić po błękitnym świetle poranka sączącym się spoza zasłon - mój fiut budzi się pod jego dotknięciem, sztywnieje i twardnieje, i nie potrzeba mu do tego nic więcej poza lekkim ruchem dłoni Asha przesuwającej się po moim podbrzuszu.
Unosi powieki i obdarza mnie sennym uśmiechem. Jego twarz stanowi tak niezwykły widok, zarówno przez swoją otwartość, jak i przez swój błogi wyraz, że wpatruję się w nią i chłonę, jak człowiek umierający z pragnienia. Po Karpatii, po Morganie, po mnie, po Jenny nigdy bym nie uwierzył, że ujrzę Asha oddychającego i uśmiechającego się bez całej tej dławiącej go udręki. Widzieć go takim, choćby przez chwilę, to dar, niezasłużone błogosławieństwo. Wyciągam dłoń i przesuwam po jego szczęce, jak można się tego spodziewać, już porośniętej szorstką szczeciną, a potem przeciągam opuszkami palców po ustach ułożonych w senny uśmiech.
- To już rano? - pyta, a mój fiut znów się pręży, tym razem na dźwięk jego głosu, zawsze trochę szorstkiego, jakby ktoś przeciągał po jego słowach papierem ściernym, ale teraz, gdy ledwo co ocknął się ze snu, brzmiącego jak przesypywany żwir.
- Prawie.
- Gdzie ona jest?
Ona.
Nasza Greer.
Znów powraca dojmujące odczucie pustki w miejscu, gdzie powinna leżeć, i przez moment ogarniają mnie rozbawienie i strach naraz, bo skoro nie jestem w stanie znieść rozstania przez krótką chwilę, którą Greer spędza w łazience, to jakim cudem przeżyjemy najbliższe dwa i pół roku? Albo, cholera, sześć i pół, w przypadku reelekcji Asha?
- Jest w łazience - odpowiadam, usiłując stłumić świeżą obawę przed oczekującymi nas trudnościami. - Sam dopiero co się obudziłem.
Ash odchrząkuje, a jego dłoń ponownie przesuwa się po moim brzuchu. Wędruje w dół, mijając pępek. Mój fiut jest teraz sztywny i twardy, pulsuje w chłodnym powietrzu.
- Uwielbiam cię w chwili tuż po przebudzeniu. - W głosie Asha już nie pobrzmiewa senność, wciąż jednak brzmi szorstko i twardo. - Masz rozszerzone źrenice, od tego twoje oczy wydają się ciemniejsze, policzki masz zarumienione od snu, a twoje ciało... - Złośliwa dłoń muska żołądź, nabrzmiałą i ciemnosiną w półmroku panującym w pokoju. - Twoje ciało wygląda na chętne do spełniania moich zachcianek.
Zaciska dłoń na trzonie penisa, a ja jęczę.
- Takie chętne - mruczy, a ja tylko czekam, aż obróci mnie na brzuch i wedrze się we mnie, lecz on tego bynajmniej nie robi. Wypuszcza mego członka i układa swoje ciężkie, twarde ciało na moim w taki sposób, że stykamy się piersiami, a nasze wzwiedzione fiuty zostają ściśnięte między jego i moim podbrzuszem. Muska wargami moje wargi raz i drugi, i uśmiecha się, gdy wysuwam usta do prawdziwego pocałunku.
Prowokuje mnie jeszcze raz czy dwa, wydobywając skądś z głębi mego ciała jęk frustracji, po czym kładzie kres naszemu obopólnemu cierpieniu, opuszczając głowę, rozchylając mi wargi i wdzierając się językiem głęboko w moje usta. Jego pocałunek jest nieśpieszny, ale zaborczy, to on narzuca tempo i głębokość penetracji. Ledwie mogę złapać oddech, tak bardzo się wdziera, ale nie dbam o to. Nie chcę, nie potrzebuję innego powietrza niż to, którym obdarza mnie Ash. Trwa to kilka minut, po których odrywa się ode mnie i opiera swoje czoło o moje.
- Och, Embry - mówi łamiącym się głosem. - Tak mi ciebie brakowało.
Serce mi krwawi, gdy to słyszę.
- Czy ty mi to kiedykolwiek wybaczysz?
- Co?
Tak trudno przychodzi mi to wymówić, nawet w półmroku.
- Że za ciebie nie wyszedłem.
Ash wstrzymuje oddech.
- Embry...
- Możesz być ze mną szczery. - Pragnę być jego dzielnym, małym księciem. Chociaż raz. - Zasługuję na odpowiedź.
Ujmuje moją twarz w dłonie i odsuwa głowę, by spojrzeć mi w oczy.
- To wspomnienie zawsze będzie mnie bolało, Embry. Nie będę udawać, że jest inaczej. Ale do tej pory z pewnością sam się już zorientowałeś, zresztą mówiłem ci to wprost... zaakceptuję cię w każdej formie, w jakiej zechcesz mi się oddać. Jeśli wszystko, co będziesz mógł mi ofiarować, to kilka skradzionych nocy, przystanę na to.
Na widok jego czułej miny dławi mnie wzruszenie i mrugam, żeby powstrzymać łzy. Nie mogę tego znieść. Nie mogę ścierpieć tego wszystkiego, co przed nim ukrywam. Tak kompletnie nie rozumie, kto tu naprawdę cierpi i przez kogo, kto przeżywa prawdziwą udrękę wyrzeczenia się swoich pragnień, że omal nie wygaduję się ze wszystkim. Niewiele brakuje, abym opowiedział mu o tym, co wydarzyło się wtedy przed laty, o Merlinie, o prawdziwych powodach, dla których nie mogłem za niego wyjść. Jednak słowa więzną mi w gardle. Zbyt długo kłamałem, żeby teraz móc ot tak wyznać prawdę.
Ash odbiera moje milczenie jako potwierdzenie swoich słów.
- I Embry, jeśli obaj kochamy Greer, to być może tak właśnie miało być. Może to los zrządził, że zeszliśmy się we troje w taki, a nie inny sposób. Gdybyśmy wtedy, przed laty, wzięli ślub, nie zdobylibyśmy jej.
Wiem, że stara się mnie pocieszyć, i to jest tak popieprzone, tak cholernie popieprzone, bo to ja wydłubałem mu dziurę w sercu, a teraz on usiłuje podnieść na duchu mnie. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wiele okrutnej niesprawiedliwości go spotkało - jego, który w najmniejszej mierze sobie na to nie zasłużył.
- Daj spokój - szepcze, opuszcza głowę i chwyta mnie zębami za płatek ucha. - Przestań się chlastać. - Zaciska szczęki, a mój fiut na przekór bólowi pręży się i ociera o jego twardy brzuch.
- Pozwól, że sam cię ukarzę - powiada, a ja na to mówię w duchu: "och, tak, Boże, tak, proszę". Wyłącznie u stóp Asha miewam poczucie, że odpokutowałem za całe zło, jakiego się dopuściłem. Wyłącznie pod jego bezlitosną dłonią mogę znaleźć ulgę od wyrzutów sumienia.
Kąsa mnie i palący szlak jego zębów zmierza od ucha do żuchwy, od żuchwy do gardła, a potem dalej w dół, przez pierś i brzuch. Jego oczy błyszczą w półmroku.
- Chcesz, żeby Greer to zobaczyła? - pyta między jednym ugryzieniem a drugim. - Skręcam się pod jego ustami, czuję, że z czubka mego fiuta wycieka preejakulat. - Chcesz, żeby zobaczyła, jak wyglądasz na kolanach?
- Tak - jęczę i prężę się, usiłując go dotknąć. Okrutna ręka przygważdża mnie do łóżka.
Zmagam się z nią.
Walczę. Prawdę mówiąc, zawsze walczę. Aż wreszcie, na sam koniec, kiedy już zostanę pokonany, wreszcie to czuję. Spokój. Błogi spokój. Przestrzeń, którą wyrzeźbił dla mnie, przestrzeń bez winy, bez nienawiści do samego siebie, bez udręki. Tylko spokój i miłość, jego dłoń na moim karku i łzy zasychające na mojej twarzy.
Greer, doskonale uległa, stworzona do tego, by przewodzić poza sypialnią i służyć w sypialni... Czy zrozumiałaby, gdyby zobaczyła, jacy jesteśmy, Ash i ja, we dwóch? Ona podporządkowuje się, bo dzięki temu czuje się bezpieczna, bo do tego się urodziła, ja natomiast podporządkowuję się dlatego, że jestem stworzony do cierpienia. Bo lubię cierpieć.
Bo lubię walkę i klęskę, którą się ta walka kończy.
- Tak - powtarzam, gdy Ash unieruchamia moje biodra chwytem potężnych, twardych dłoni. - Proszę.
- Patrzcie go, jaki chętny. - Kąsa delikatne ciało tuż obok członka, a ja krzyczę. - Zwykle muszę się trochę namęczyć, żebyś zechciał. - Kolejne ukąszenie. Kolejny jęk wyrywa się z moich ust. - Pójdę po nią.
Materac ugina się, gdy Ash przenosi ciężar ciała na jedno kolano, wstaje i odchodzi. Ciemne cienie znaczą wypukłości mięśni grzbietu. Porusza się, jakby się skradał. Nawet kompletnie nagi wygląda władczo. Groźnie.
Czekając na ich wspólny powrót, nie masturbuję się, chociaż jestem tak twardy, że w całym moim ciele poza członkiem nie została chyba ani kropla krwi. Jestem gotów do tego, żeby pierdolić i być pierdolonym, jestem tak napalony, że nie mogę się doczekać...
- Nie ma jej tu.
Ash mówi spokojnym głosem, ale ja już znam ten spokój. Takim kamiennym spokojem tchnie, gdy szef sztabu nachyla się, by szeptem przekazać mu złe wiadomości. Tak samo spokojny był wówczas, gdy lekarze ostatecznie zdiagnozowali raka u Jenny. To ten spokój okazywał w lasach Karpatii, gdy wśród drzew zaczynały świstać kule.
Natychmiast zrywam się na nogi i pędzę do łazienki, by się przekonać na własne oczy. Jasne, jest tak, jak powiedział, a kiedy wracam, ma nisko na biodrach luźno zawiązane lniane spodnie od piżamy i telefon w dłoni.
- Nie ma jej telefonu, a zasuwka w drzwiach jest odsunięta - mówi, wciąż tym opanowanym głosem. - Idę pogadać z Lukiem. Może wybrała się na siłownię albo na basen.
Wątpię, by tak było. Greer ma wiele zalet, ale na pewno nie jest rannym ptaszkiem. Wszystkie te poranki, gdy musiała wymykać się z Białego Domu o niewyraźnej porze przed świtem... za każdym razem, kiedy wkraczałem z kawą i gazetą, zastawałem ją przycupniętą na kanapie, opatuloną w ogromny szlafrok Asha, a gdy zapalałem światło, mrugała oczami jak sowa. Ash powiedział mi kiedyś, że rankami najczęściej musiał ją dosłownie brać na ręce i nieść z sypialni do salonu, żeby nie usnęła na powrót. Jest w tym obrazie coś do bólu słodkiego. Nie mogłem się doczekać, aż ujrzę ich poranny rytuał na własne oczy, a może nawet dostąpię zaszczytu wzięcia jej ciepłego, sennego ciała we własne ręce i kołysania go, póki się nie obudzi.
Jednak teraz nawet o tym nie wspominam. Podnoszę zmięte spodnie od smokingu z podłogi, gdzie rzuciłem je wczoraj, i wciągam. Ledwie zdążyłem zapiąć rozporek, rozlega się pukanie do drzwi. Jestem bliżej, więc otwieram z nadzieją, że ujrzę w nich Greer. Już niemal czuję ulgę, że wszystko kończy się dobrze, jednak w progu stoi nie ona, lecz Merlin. Jak na siebie wydaje się dziwnie zmęczony i rozbity.
- Greer została porwana - mówi cicho.
Dwadzieścia minut później siedzimy ubrani w salonie, wokół stolika do kawy wraz z Merlinem i agentem służb specjalnych imieniem Bors. Kay, córka ludzi, którzy adoptowali Asha, i zarazem szefowa jego sztabu, chodzi w tę i z powrotem przed oknami apartamentu, naradzając się z kimś przez telefon. Belvedere, osobisty asystent prezydenta, stoi z boku i także rozmawia przez telefon, otoczony wianuszkiem tajnych agentów o zaciętych twarzach.
- Ani Luc, ani Lamar nie zameldowali się o właściwej porze - wyjaśnia Bors - więc zszedłem z posterunku na schodach, żeby sprawdzić, co się z nimi dzieje. Obaj leżeli nieprzytomni i skrępowani na końcu korytarza, za rogiem.
Ash pociera twarz dłońmi.
- Ilu agentów w sumie zaatakowano?
- Licząc z Lukiem i Lamarem pięciu, wyłącznie tych, których obezwładnienie było absolutnie konieczne. Ludzie, którzy porwali panią Colchester, działali z chirurgiczną precyzją. Wycięli szybę na pierwszym piętrze i wygląda na to, że zwiali uliczką. Tam właśnie znaleźliśmy ciało faceta imieniem Daryl, pracownika hotelu.
Nie mogę dłużej usiedzieć w miejscu. Podnoszę się i zaczynam nerwowo chodzić w tę i z powrotem za kanapą, na której siedzi Ash, jak lustrzane odbicie Kay.
- To Melwas. Wiesz, że to jego sprawka, Ash.
- Wiem - odpowiada poważnym tonem. - Wiem.
- Myślałem, że przygotowaliśmy się na to! Różne hotele, zmiany dokonane w ostatniej chwili!
- To za mało - przyznaje Merlin. - Nie doceniliśmy go. Ja go nie doceniłem. Tak mi przykro, Maxen. To moja wina, mój błąd. Powinienem był to przewidzieć.
Teraz Ash także wstaje, kładzie dłoń na ramieniu Merlina. Jakim, kurwa, cudem znajduje w sobie w tej chwili tyle spokoju?
- Nie winię cię, stary druhu - mówi do swego doradcy. - Wszyscy powinniśmy byli mieć się na baczności, ale mimo wszystko nie wydaje mi się, żebyśmy mogli to przewidzieć.
Merlin wzdycha, a po jego minie widać, że jest mocno strapiony.
- Powinienem był to przewidzieć - powtarza.
Choć dawniej zdarzało nam się poróżnić, udaje mi się wznieść ponad obawę i gniew i współczuć jego udręce. Bo sam także powinienem był się lepiej spisać. Gdybym nie usnął albo chociażby spał lżej, gdybym poprosił Greer, żeby obudziła mnie, zanim dokądkolwiek wyjdzie, krótko mówiąc, gdybym zrobił cokolwiek innego po naszym trójstronnym pieprzeniu, niż usnął jak nastolatek, zapewne byłaby z nami cała i zdrowa.
Z obwiniania samego siebie nic nie wynika, a jednak poczucie winy jest jak stary znajomy płaszcz. Narzucam go na ramiona i czuję się pewniej, bardziej sprawczo. Mówię sobie, że to moja wina, i świat na powrót nabiera sensu.
Zawsze moja wina.
Ash rozgląda się wokół ze spokojem i namysłem. Gdybym nie znał go tak dobrze, gdybym nie był przy nim wówczas w górach, gdy eksplozje urywały żołnierzom głowy, w mroźne noce, gdyśmy nie mieli niczego do jedzenia i została nam ledwie odrobina wody, pomyślałbym, że nic go to wszystko nie obeszło. Pomyślałbym, że w chwili namysłu potrafi wyłączyć emocje lub może zupełnie nie martwi się losem Greer. Jednak ja go znam. Dostrzegam napięcie wokół oczu, widzę, jak pociera czoło kciukiem. We wszystkie linie jego ciała wpisany jest ukryty niepokój.
- Musimy założyć, że udadzą się w kierunku morza - mówi, opuszczając rękę i zwracając się do obecnych. - Ogłosiliśmy już alert na wszystkich lotniskach, od największych międzynarodowych portów lotniczych po lokalne lądowiska. Zdają sobie sprawę z tego, jak dokładnie kontrolujemy przestrzeń powietrzną. Jednak jeśli uda im się wyrwać na otwarte wody, wówczas szanse powodzenia ich planów natychmiast wzrosną. Zmobilizujcie Straż Przybrzeżną, polećcie wszelkim jednostkom policyjnym patrolowanie przystani i portów. Bors, jak myślisz, ile mają nad nami przewagi?
- Więcej niż godzinę i mniej niż trzy.
- W takim razie nie zostało nam wiele czasu. Kiedy wypłyną w morze, nie da się przewidzieć, jaki kurs obiorą. Ani jak długo pozostaną. Embry, Merlin, Kay, czy mogę porozmawiać z wami na osobności?
Kay kończy rozmowę i wszyscy troje udajemy się za Ashem do sąsiedniego pomieszczenia.
- Nie sądzę, żeby Melwas zażądał okupu - powiada Ash, gdy zostajemy sami. - Myślę, że zrobi wszystko, aby tylko nie sposób było udowodnić, że porwał Greer. Żądanie okupu dowodziłoby jednoznacznie jego udziału w uprowadzeniu. Natomiast milczenie? Cały świat będzie podejrzewał, że sfingowaliśmy porwanie, żeby mieć pretekst do podjęcia działań zbrojnych.
- Świat nam uwierzy - deklaruję zapalczywie. - Wszyscy wiedzą, co z niego za nikczemnik. Pewnie nawet nam pomogą!
- Nie chcę pomocy z zewnątrz ani nie chcę użycia siły - replikuje stanowczo Ash. - O ile tylko uda się tego uniknąć. To Melwas dąży do wojny, Embry. Chce, żeby znów rozgorzała, ale zawarty traktat wiąże mu ręce. Nie może podjąć działań zbrojnych, dopóki nie zostanie zaatakowany, więc usiłuje sprowokować nas do napaści. Nie ulegnę jego szantażowi.
- A zatem co zamierzasz zrobić? - dopytuję. - Poprosić go uprzejmie, żeby oddał Greer?
- Nie, ponieważ drugi powód, dla którego to zrobił, jest taki, że on... jej... pragnie.
Słowa więzną mu w gardle. Wiem, że to z niesmaku. Wiem, że podobnie jak ja pamięta przyjęcie dyplomatyczne w Genewie, podczas którego Melwas tańczył z Greer. Jego spojrzenie było jednoznaczne. Pożądliwe.
- No to co zrobimy? - pytam.
- Odnajdę ją.
Kay, Merlin i ja patrzymy na Asha osłupiali.
A on doprecyzowuje.
- Wszyscy się spodziewają, że w ciągu najbliższego tygodnia będę spędzał z żoną miesiąc miodowy, co znaczy, że znajdę się poza zasięgiem mediów. I nie ma powodu, dla którego nie miałbym wykorzystać tego czasu, żeby odnaleźć Greer.
- Czy sugerujesz - pyta Kay - że ty, prezydent Stanów Zjednoczonych, masz zamiar osobiście wybrać się na poszukiwanie żony?
Ash odpowiada na jej niedowierzający wzrok spojrzeniem pełnym niewzruszonej stanowczości.
- Tak, właśnie o tym mówię.
Kay wyrzuca ręce w powietrze teatralnym gestem i odwraca się, by zaraz na powrót stanąć przodem do Asha.
- Mowy nie ma.
Merlin chrząka i wygłasza swoje zdanie:
- Jest mnóstwo powodów, żeby tego nie robić - mówi pojednawczym tonem. - Twój autorytet i bezpieczeństwo nie mogą zostać narażone na szwank, bo to zagraża bezpieczeństwu kraju. Musisz zostać tutaj, musisz dbać o bezpieczeństwo państwa.
- Kto w takim razie zadba o bezpieczeństwo Greer? - Nie sposób nie dosłyszeć w jego głosie tłumionego gniewu. - To moje zadanie, Merlinie. Moja żona.
Moja żona. Z jakiegoś powodu odczuwam te słowa jak lekkie ukłucie. A może wcale nie lekkie. Boli mnie, że jesteśmy wśród ludzi, którzy nie wiedzą, co działo się tu między nami minionej nocy, którzy nie mają pojęcia o obietnicach przypieczętowanych naszymi westchnieniami i potem. Boli mnie to, że Ash będzie mógł zawsze, zawsze dawać publicznie wyraz swojej trosce o Greer, a ja nie. Boli mnie również to, że nie mogę okazywać przy ludziach tego, jak bardzo zależy mi na Ashu. To, że nie mogę paść przed nim na kolana i błagać go, by pozwolił sobie pomóc, by pozwolił mi wyruszyć na ratunek naszej Greer.
- Wyślij mnie - mówię impulsywnie. Wszyscy odwracają głowy i patrzą na mnie, ale ja nie odrywam wzroku od Asha. Pragnę, żeby przejrzał na wylot moje myśli, przeniknął mój umysł. - Ty sam nie możesz, bo jeśli zostaniesz schwytany, jeśli Melwas cię dorwie, konsekwencje będą zbyt poważne.
Podchodzi do mnie, kładzie mi dłoń na karku i przyciąga do siebie, aż nasze czoła stykają się ze sobą. Jakby nic go nie obchodziło, co myślą ludzie siedzący wraz z nami w tym pomieszczeniu.
- Wydaje ci się, że ty mniej dla mnie znaczysz? Myślisz, że gdyby schwytali ciebie, to nie pośpieszyłbym ci na pomoc?
- Ja... nie wiem - szepczę. - Ale to muszę być ja.
- Nie. Nie zamierzam cię narażać, bo jeśli o mnie chodzi, to oboje, ty i Greer, w równej mierze należycie do mnie. Jestem odpowiedzialny za twoje bezpieczeństwo tak samo jak za twoje przyjemności i ból. - Ostatnie słowa wypowiada tak cicho, że nikt poza mną ich nie słyszy. - Nie byłbym wart obietnic, które złożyłem w sypialni obok, nie byłbym wart tego, co od was wziąłem, gdybym nie potrafił was chronić.
- Właśnie dlatego, że jesteś taki, jaki jesteś, nie możemy cię puścić - odpowiadam. - Ale ja... Nikt nie będzie mnie żałował. Jeśli dostanę się do niewoli, to nie wywoła wojny... Nie przerywaj mi, wiesz, że tak jest. Wziąć do niewoli wiceprezydenta to nie to samo, co wziąć do niewoli prezydenta. Proste. A jeśli mnie to spotka, to po prostu mnie zostawisz, bo tak będzie lepiej.
- Nigdy nie opuszczam swoich żołnierzy - odpowiada Ash, a jego głos brzmi nisko jak pomruk lwa.
- Teraz jesteś odpowiedzialny za coś więcej niż tylko za swoich żołnierzy - przypominam mu. - To cena, jaką płacisz za swoje stanowisko. To muszę być ja, a zresztą komu możesz ufać bardziej niż mnie, że odnajdzie ją i sprowadzi z powrotem? Czy ktokolwiek w tym pokoju, w CIA, w Wydziale Ochrony Prezydenckiej albo w wojsku kocha tę kobietę bardziej niż ja? Czy ktokolwiek będzie gotów zaryzykować więcej niż ja, żeby ją uratować?
Nasze czoła wciąż się stykają, nasze głosy nadal są zbyt ściszone, by ktokolwiek poza nami mógł usłyszeć, co mówimy.
- Zawsze było w tobie pragnienie śmierci, Embry. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo się tego boję.
- Bardziej niż tego, że Greer pozostanie w łapach Melwasa? Bardziej niż tego, że zostanie zgwałcona, skrzywdzona, zamordowana?
Palce Asha wpijają się w moje ciało i przez chwilę odczuwam w pełni wściekłość i strach, które w sobie skrywa.
- Boże, wybacz mi - mamrocze.
- To powinien być on - odzywa się Merlin, podchodząc do nas. - Sprawa nadal pozostaje trudna, ale Embry także miał mieć ten tydzień wolny od spraw wagi państwowej. I choć z jego udziałem całe to przedsięwzięcie pozostaje równie ryzykowne i nie mniej kontrowersyjne, nie ma realnego powodu, żeby go nie podjąć. Porwanie pańskiej żony, panie prezydencie, stwarza nową sytuację, a nowe sytuacje wymagają nowych rozwiązań.
Ash z ociąganiem zdejmuje dłoń z mojej szyi.
- Zostając tu i pozwalając, żeby ktokolwiek inny ryzykował głowę, czuję się jak tchórz - narzeka gorzko.
- Ryzykanci czynią to z własnej woli - zauważa Merlin. - A nawet wielki Maxen Colchester nie może pozbawić ludzi prawa do kierowania się wolną wolą.
Kay również staje obok nas, kładzie bratu dłoń na ramieniu. I Ash odrobinę się odpręża.
- Uwolnimy ją, Ash - powiada Kay. - Utrzymamy porwanie w tajemnicy przed mediami dość długo, żeby Melwas doszedł do wniosku, że nie podjęliśmy żadnych kroków, co być może postawi go w tak trudnej sytuacji, że popełni jakiś błąd. Tymczasem w sekrecie wyślemy najlepszych agentów CIA i sił specjalnych oraz Embry'ego. W ten sposób pokrzyżujemy plany, jakie Melwas mógłby knuć w związku z Greer, i zapewnimy jej bezpieczeństwo.
Ash zamyka oczy i przełyka ślinę.
- Nie cierpię tego. Nie cierpię.
Serce mi krwawi i niewiele myśląc, obejmuję go. Opiera głowę na moim ramieniu - dokładnie na odwrót niż staliśmy w tym pokoju wczorajszej nocy, tuż przed tym, gdy ściskał mego fiuta i brandzlował mnie, aż spuściłem się na jego dłoń. Teraz to ja jestem tym silnym, to ja ofiaruję mu pociechę i ulgę.
Przytulam go mocniej.
- Sprowadzę ją z powrotem - obiecuję.
- Powinienem zrobić to sam - upiera się, mrucząc w moje ramię.
- Ale nie możesz.
- Musicie do mnie wrócić. Oboje. Gdybym stracił również ciebie... - naraz głos mu się załamuje. - Mój mały książę. Proszę, wróć.
Cofam się o krok, wzdragając się lekko, gdy szczecina Asha drapie mnie w policzek.
- Wrócę - obiecuję. - I twoja żona także.
Ostatecznie gdyby nie Greer wówczas przed laty, nigdy bym nie uwierzył, że jestem jeszcze zdolny do miłości. Gdyby nie ona, nie odzyskałbym Asha. Gdyby nie ostatnia noc, gdyby nie rzeczy, które ślubowaliśmy sobie nawzajem, i obietnice przypieczętowane własnym ciałem, nie byłbym panem własnej duszy.
Muszę ją uratować.
Bo ona już uratowała mnie.