Amerykanin - Henry James

Kup ebooka

49.90 zł
42.91 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

W sło­neczny dzień ma­jowy 1868 roku, na owal­nej ka­na­pie sto­ją­cej po­środku czwo­ro­bocz­nego sa­lonu w mu­zeum Luwru w Pa­ryżu roz­pie­rał się wy­god­nie ja­kiś pan. Ku nie­ma­łemu ubo­le­wa­niu sła­bo­no­gich czci­cieli sztuki tę wy­godną ka­napkę uprząt­nięto już od owych cza­sów. Wtedy jed­nak wspo­mniany wy­żej pan wziął w po­sia­da­nie naj­wy­god­niej­szy jej kąt i z głową od­rzu­coną, wspartą o po­ręcz, z wy­cią­gnię­tymi no­gami, w peł­nym za­do­wo­le­niu ze swego po­ło­że­nia, lu­bo­wał się uważ­nym wpa­try­wa­niem w piękną, es­te­tyczną Ma­donnę Mu­rilla. Zdjął ka­pe­lusz, a czer­wono oprawny ba­gaż po­dróżny wraz z lor­netką po­ło­żył obok sie­bie.

Dzień był go­rący, on zaś zgrzany dłu­gim cho­dze­niem, bo kil­ka­krot­nie ocie­rał chustką czoło i, jak się wy­da­wało, mu­siał być nieco zmę­czony. A prze­cież nie był to czło­wiek, który ła­two ule­gałby zmę­cze­niu; wy­soki, chudy i ży­la­sty, przy­wo­dził na myśl ową siłę, którą po­wszech­nie na­zy­wamy "gib­ko­ścią". W tym dniu wszakże zu­żył wy­jąt­kowo wiele sił i nie­je­den znacz­nie więk­szy trud fi­zyczny w prze­szło­ści mniej go zmę­czył niż owa spo­kojna prze­chadzka po sa­lach Luwru. Przyj­rzał się wszyst­kim tym ob­ra­zom, które ozna­czone były gwiazdką w prze­ra­ża­jąco drobno za­dru­ko­wa­nym be­de­ke­rze - mu­siał mieć przez ten cały czas wy­tę­żoną uwagę, oczy do­zna­wały olśnie­nia i usiadł tu z iście es­te­tycz­nym bó­lem głowy. Obej­rzał nie tylko wszyst­kie te ob­razy, ale i wszyst­kie ko­pie, które wo­koło nich two­rzą rącz­kami nie­zli­czone młode panny o nie­po­szla­ko­wa­nej ele­gan­cji, ama­torki, które we Fran­cji od­dają się tak ener­gicz­nie re­pro­du­ko­wa­niu ar­cy­dzieł; i je­śli mamy po­wie­dzieć prawdę, dużo czę­ściej po­dzi­wiał on ko­pię niż ory­gi­nał. Jego fi­zjo­no­mia do­sta­tecz­nie świad­czyła, że był to czło­wiek by­stry, prze­bie­gły i zdolny; w rze­czy sa­mej nie­jedną noc spę­dził nad po­rząd­nym sto­sem ra­chun­ków i do­cze­kał się pia­nia ko­gu­tów, nie ziew­nąw­szy nad nimi ani razu. Ra­fael wszakże i Ty­cjan byli dla niego cał­kiem no­wym ro­dza­jem aryt­me­tyki i po raz pierw­szy w ży­ciu dali oni po­czuć na­szemu wę­drow­cowi nie­okre­ślone uczu­cie ja­kiejś nie­uf­no­ści we wła­sne siły.

Ob­ser­wa­tor z jako tako roz­wi­nię­tym zmy­słem roz­po­zna­wa­nia na­ro­do­wych ty­pów bez trudu po­znałby po­cho­dze­nie tego nie­wy­kształ­co­nego znawcy sztuki i do­znałby pew­nego ro­dzaju za­do­wo­le­nia na wi­dok tej nie­mal ide­al­nej do­sko­na­ło­ści, któ­rego ów pan był przed­sta­wi­cie­lem. Sie­dzący bo­wiem na ka­na­pie wę­drow­nik był ist­nym mo­de­lem Ame­ry­ka­nina. Ale nie tylko był on pięk­nym Ame­ry­ka­ni­nem, ale fi­zycz­nie rzecz bio­rąc, był pięk­nym męż­czy­zną.

Jak się zdaje, po­sia­dał on ów ro­dzaj zdro­wia i siły, który czyni naj­więk­sze wra­że­nie: ka­pi­tał fi­zyczny, do któ­rego utrzy­ma­nia wła­ści­ciel zu­peł­nie nic nie po­trze­buje czy­nić. Kim był fi­zycz­nie i etycz­nie, był nim bez­wied­nie. Gdy było trzeba iść do od­le­głej miej­sco­wo­ści, szedł tam, ni­gdy wszakże ze wzglę­dów hi­gie­nicz­nych; nie miał naj­mniej­szego zda­nia o teo­rii za­ży­wa­nia zim­nych ką­pieli; nie umiał ani wio­sło­wać, ani strze­lać do celu lub fech­to­wać, ni­gdy nie miał czasu na po­dobne roz­rywki i nie prze­czu­wał na­wet, że konną jazdę za­le­cają le­ka­rze jako an­ti­do­tum na nie­pra­wi­dłowe tra­wie­nie.

Z upodo­ba­nia, z wła­snej skłon­no­ści był czło­wie­kiem umiar­ko­wa­nym; wszakże w wie­czór po­prze­dza­jący od­wie­dziny w Luw­rze był na ko­la­cji w "Café An­gla­ise", ktoś mu to po­le­cił jako próbę nie­odzowną, i mimo to całą noc cie­szył się "snem spra­wie­dli­wego". Jego po­stawa i obej­ście były za­zwy­czaj nie­wy­mu­szone, swo­bodne, może nieco nie­dbałe; ale gdy pod wpły­wem ja­kie­goś szcze­gól­nego wra­że­nia wy­pro­sto­wy­wał się na­gle, wy­prę­żał, wów­czas przy­po­mi­nał gre­na­diera na pa­ra­dzie.

Nie pa­lił ni­gdy. Za­pew­niano go - prze­różne ta­kie twier­dze­nia krążą wśród lu­dzi - że cy­gara by­naj­mniej nie są szko­dliwe dla zdro­wia, a on na­le­żał do ta­kich wła­śnie, co ła­two wie­rzą po­dob­nym twier­dze­niom - ale rów­nie mało ob­cho­dził go ty­toń jak ho­me­opa­tia.

Głowę miał do­brze ukształ­to­waną, z do­sko­nale za­cho­waną rów­no­wagą czoła i tyl­nej czę­ści czaszki, włosy gę­ste, nieco su­che, ciem­no­kasz­ta­no­wate. Cerę miał ciemną i nos zgrabny, ze śmiało za­kre­ślo­nym, wy­ra­zi­stym na­gię­ciem. Oko było ja­sno­szare, zimne, twarz cała sta­ran­nie wy­go­lona, prócz dość gę­stego, ciem­nego wąsa. Miał pła­ską szczękę i ży­la­stą szyję, tak czę­stą w ty­pie ame­ry­kań­skim; znaki wszakże na­ro­do­wego po­cho­dze­nia leżą ra­czej w wy­ra­zie niż w ukła­dzie twa­rzy i z tego to głów­nie względu twarz owego pana w naj­wyż­szym stop­niu była wy­mowna. Baczny ob­ser­wa­tor byłby w sta­nie w ca­łej roz­cią­gło­ści zmie­rzyć bo­gac­two tego wy­razu, ale nie mógłby żadną miarą go okre­ślić, miał on bo­wiem ową ty­pową nie­ugię­tość, tak cha­rak­te­ry­styczną w ame­ry­kań­skich twa­rzach, która spra­wia, że czło­wiek wy­daje się ni­czym nie­skrę­po­wany, ni­czym prze­waż­nie nie­za­jęty w szcze­gól­no­ści, ale z ja­kimś wspa­nia­ło­myśl­nym spo­ko­jem wy­cze­ku­jący wszel­kich zmian ży­cio­wych, wszel­kich zwro­tów losu. Wzrok Ame­ry­ka­nina był jed­nak po­nad wszystko wy­mowny, jego istoty stresz­cze­niem - oko, w któ­rym dziw­nie mie­szały się nie­win­ność i do­świad­cze­nie. Naj­sprzecz­niej­sze rze­czy mo­głeś z niego wy­czy­tać, a jak­kol­wiek była to ogni­sta źre­nica bo­ha­tera ro­mansu, prze­cież bez trudu do­czy­tać się w niej było można róż­nych rze­czy, któ­rych da­rem­nie szu­kamy we wzroku wielu lu­dzi. Chłodne, zimne nie­mal, a za­ra­zem przy­ja­zne, po­zy­tywne i scep­tyczne rów­no­cze­śnie, pełne uf­no­ści w sie­bie, a prze­cież trwożne, niby nie­śmiałe, nie­zwy­kle in­te­li­gentne, a mimo to nie­zwy­kle do­bro­duszne, miało ono w tych swo­ich ob­ja­wach coś wy­zy­wa­ją­cego, a w swej ostroż­no­ści coś za­spo­ka­ja­ją­cego. Przy­cię­cie wąsa, wraz z dwiema przed­wcze­snymi zmarszcz­kami, które po­nad nim bruź­dziły twarz, spo­sób ubra­nia, w któ­rym sze­roko wy­ło­żona ko­szula i błę­kitny kra­wat, aż na­zbyt rzu­ca­jący się w oczy, uzu­peł­niały cha­rak­te­ry­stykę tej po­staci.

Może w nie­zbyt szczę­śliwą zbli­ży­li­śmy się dla niego porę, bo on tu by­naj­mniej nie po­zuje do por­tretu. Bądź co bądź wszakże, choć tak obo­jęt­nie, zda się, leży tu roz­party, dość bez­bronny wo­bec oręża es­te­tyki i wi­nien ele­men­tar­nego błędu, o który oskar­ży­li­śmy go przed chwilą, błędu mie­sza­nia za­sług ar­ty­sty z za­słu­gami jego dzieła, (ot, te­raz na przy­kład po­dzi­wia ze­zo­watą Ma­donnę, po­nie­waż jej twór­czyni, ele­gancka młoda osóbka, z krótko, po chło­pię­cemu przy­cię­tymi wło­sami wpa­dła mu w oko), jest on za­wsze wielce obie­cu­jącą zna­jo­mo­ścią. Sta­now­czość, zdro­wie, by­strość, do­bro­byt, w pełni są mu dane; nie­myl­nie jest to czło­wiek prak­tyczny... ale ja­kie kształty za­kre­śliła w nim idea? Co po­cią­gało wy­obraź­nię i przy­na­glało ją do po­szu­ki­wań?

Młoda ma­larka, ko­piu­jąca Ma­donnę Mu­rilla, pra­co­wała da­lej nad jej ukoń­cze­niem, od czasu do czasu prze­sy­ła­jąc swemu nie­memu wiel­bi­cie­lowi niby w od­po­wie­dzi spoj­rze­nie. Uprawa sztuki w jej po­ję­ciu wy­ma­gała nie­zli­czo­nej ilo­ści drob­nych ma­new­rów jak np. od­stę­po­wa­nia od szta­lug i przy­pa­try­wa­nia się z dala ze skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach rę­kami i głową po­chy­loną ko­lejno to na prawo, to na lewo swej pracy, pod­pie­ra­nia opa­trzo­nego roz­kosz­nym do­łecz­kiem pod­bródka na pięk­nej, bia­łej, peł­nej rączce, wzdy­cha­nia i zsu­wa­nia brwi, i tu­pa­nia nóżką, wi­chrze­nia i tak już zwi­chrzo­nych wło­sów, szu­ka­nia wśród lo­ków ja­kiejś za­błą­ka­nej szpilki i tym po­dobne. Nie­mniej tej grze to­wa­rzy­szyło nie­spo­kojne, bez­ce­lowe roz­glą­da­nie się do­koła, przy czym jej oko dłu­żej niż na in­nych przed­mio­tach za­trzy­my­wało się na opi­sa­nym po­wy­żej męż­czyź­nie. W końcu ten ostatni wstał szybko, wło­żył ka­pe­lusz i zbli­żył się do mło­dej dy­le­tantki. Sta­nął przed jej ob­ra­zem i przy­glą­dał mu się przez chwilę, przez którą ona zda­wała się tego prze­glądu by­naj­mniej nie prze­czu­wać. Na­stęp­nie za­gad­nął ją je­dy­nym sło­wem, sta­no­wią­cym u niego cały skarb­nik fran­cu­skiej mowy:

- Com­bien? - spy­tał bez wstę­pów.

Młoda ar­tystka po­pa­trzyła nań przez chwilę, lekko wy­dęła wargi, wzru­szyła ra­mio­nami, odło­żyła pę­dzel i pa­letę i stała przed nim wy­pro­sto­wana, za­cie­ra­jąc ręce.

- Ile? - spy­tał nasz zna­jomy po an­giel­sku. - Com­bien?

- Mon­sieur ży­czy so­bie na­być ten ob­raz? - w od­po­wie­dzi rze­kła po fran­cu­sku dama.

- Bar­dzo ładny! Splen­dide! Com­bien? - po­wtó­rzył Ame­ry­ka­nin.

- Mój ob­raz spodo­bał się więc panu?

- Ma­donna? Tak, ja nie je­stem ka­to­li­kiem, ale ku­pił­bym go. Com­bien? Na­pisz to pani tu­taj!

Wy­jął z kie­szeni ołó­wek i wska­zał na czy­stą kartkę wpra­wioną do pod­ręcz­nika po­dróż­nego.

Stała przed nim i lekko po­cie­rała pod­bró­dek ołów­kiem.

- Czyżby nie był na sprze­daż? - spy­tał.

I gdy wciąż jesz­cze stała przed nim za­my­ślona, pa­trząc okiem, które na prze­kór jej ży­cze­niu, by to py­ta­nie o cenę uwa­żać za rzecz jak naj­zwy­klej­szą - zdra­dzało wi­doczne nie­do­wie­rza­nie, prze­ląkł się, czy jej cza­sem nie ob­ra­ził. Ona zaś si­liła się po pro­stu, by się wy­dać obo­jętna i roz­wa­żała, jak da­leko może zajść.

- Prze­cież nie ob­ra­zi­łem pani? Pas in­sulté? Nie? - py­tał da­lej Ame­ry­ka­nin. - Nie ro­zu­mie pani choć tro­chę po an­giel­sku?

Zręcz­ność mło­dej ko­biety w od­gry­wa­niu za­im­pro­wi­zo­wa­nej roli była praw­dzi­wie nie­zwy­kła. Po­pa­trzyła na niego swymi oży­wio­nymi, peł­nymi sa­mo­wie­dzy oczami i spy­tała, czy nie mówi po fran­cu­sku.

- Don­nez! - wy­mó­wiła na­stęp­nie krótko, wzięła z jego rąk otwarty pod­ręcz­nik i w rogu czy­stej karty pięk­nym, drob­nym pi­smem wy­pi­sała liczbę, po­tem zwró­ciła mu ołó­wek wraz z książką i z po­wro­tem za­brała się do pa­lety.

Nasz nie­zna­jomy prze­czy­tał liczbę: 2000 fran­ków; przez chwilę nie wy­ra­żał swego zda­nia, tylko spo­koj­nie przy­glą­dał się ob­ra­zowi; tym­cza­sem ma­larka pil­nie za­jęła się roz­ra­bia­niem farb.

- Czy to nie za wiele jak na ko­pię? Pas be­au­coup? - spy­tał wresz­cie.

Młoda osóbka pod­nio­sła wolno oczy od pa­lety, zmie­rzyła go od stóp do głowy i z nie­sły­chaną by­stro­ścią wpa­dła na wła­ściwą od­po­wiedź.

- Tak, to dość dużo, ale moja ko­pia ma nie­jaką nad in­nymi wyż­szość, nie jest mniej warta.

Nasz Ame­ry­ka­nin wpraw­dzie nie umiał po fran­cu­sku, ale był in­te­li­gentny, jak to już wy­żej wspo­mnie­li­śmy, i tu jest wła­śnie naj­lep­sza spo­sob­ność do­wie­dze­nia tego. Mocą wro­dzo­nego in­stynktu po­jął zna­cze­nie fra­zesu wy­po­wie­dzia­nego przez młodą ma­larkę i ucie­szył się, że była tak prawa. Pięk­ność, ta­lent, mło­dość - łą­czyła wszystko.

- Ale musi go pani wy­koń­czyć... fi­nish, wie pani! - wy­mó­wił, wska­zu­jąc na nie­do­koń­czoną rękę po­staci.

- O, bę­dzie wy­koń­czony jak naj­do­kład­niej! - za­wo­łała ma­de­mo­iselle i by po­przeć dane przy­rze­cze­nie, mocno czer­woną plamą przy­ozdo­biła po­li­czek Ma­donny.

Ale Ame­ry­ka­nin się zmarsz­czył.

- Ach, za czer­wone, za czer­wone! - za­wo­łał i wska­zał na Mu­rilla. - Tu ciało ma da­leko de­li­kat­niej­szy ko­lo­ryt.

- De­li­katny? O, bę­dzie de­li­katny, mon­sieur, tak de­li­katny jak bi­scuit de Se­vres. Ja to za­raz zmo­du­luję; znam wszyst­kie ta­jem­nice sztuki. I po­zwól pan, że spy­tam, gdzie to mamy go panu ode­słać? Pań­ski ad­res?

- Mój ad­res? A, tak! - I Ame­ry­ka­nin wy­jął z port­fela kartkę, pi­sał coś na niej, na chwilę jed­nak prze­rwał pi­sa­nie i wy­mó­wił:

- Je­śli nie bę­dzie mi się po­do­bał wów­czas, gdy bę­dzie wy­koń­czony, w ta­kim ra­zie, roz­waż to pani, nie będę się czuł zo­bo­wią­zany go na­być!

Młoda pani zaś rów­nie do­brze umiała wnio­sko­wać jak on.

- O, je­stem prze­ko­nana, że mon­sieur nie jest ka­pry­śny - od­parła z fi­lu­ter­nym uśmie­chem.

- Ka­pry­śny? - po­wtó­rzył i sam się ro­ze­śmiał. - Ze mnie jest bar­dzo sta­teczny, bar­dzo stały czło­wiek. Com­pre­nez?

- Mon­sieur jest stały, ro­zu­miem. Rzadka to cnota... i w na­grodę za nią przy­rze­kam, że swój ob­raz otrzyma pan w jak naj­krót­szym cza­sie... w przy­szłym ty­go­dniu... jak tylko wy­schnie. Pro­szę o pań­ski bi­let.

Wzięła go i prze­czy­tała na­zwi­sko: "Chri­sto­pher New­man", po­tem pró­bo­wała po­wtó­rzyć je gło­śno i ro­ze­śmiała się pierw­sza ze swego złego ak­centu.

- A, te an­giel­skie na­zwi­ska są ta­kie za­bawne! - za­wo­łała.

- Za­bawne? - po­wtó­rzył pan New­man i za­śmiał się rów­nież. - Czy pani sły­szała kie­dyś o Krzysz­to­fie Ko­lum­bie?

- Bien sur! To on od­krył Ame­rykę - wielki czło­wiek! Czy to on jest pań­skim pa­tro­nem?

- Moim pa­tro­nem?

- No tak, pań­skim pa­tro­nem; pań­skim świę­tym w ka­len­da­rzu?

- Na­tu­ral­nie! Moi ro­dzice tym imie­niem ka­zali mnie ochrzcić na jego pa­miątkę.

- Mon­sieur jest Ame­ry­ka­ni­nem?

- Czy pani tego nie wi­dzi? - spy­tał "mon­sieur".

- I pan za­mie­rza mój ob­ra­zek za­brać ze sobą? - rze­kła, wska­zu­jąc ręką na ma­lo­wi­dło.

- O, ja mam za­miar za­ku­pić jesz­cze bar­dzo dużo ob­ra­zów, be­au­coup, be­au­coup - od­po­wie­dział Chri­sto­pher New­man.

- Za­szczyt dla mnie jesz­cze więk­szy, bo je­stem prze­ko­nana, że mon­sieur ma wiele gu­stu - od­parła młoda osóbka.

- Ale musi mi pani dać swoją wi­zy­tówkę! - oświad­czył New­man. - Wi­zy­tówkę, ro­zu­mie pani?

Młoda osoba po­waż­nie po­pa­trzyła przez chwilę, a po­tem ode­zwała się:

- Mój oj­ciec złoży panu swoje usza­no­wa­nie.

Ale tym ra­zem pana New­mana opu­ściła wła­ściwa mu do­myśl­ność.

- Pani wi­zy­tówkę, pani ad­res! - po­wtó­rzył.

- Mój ad­res? - Ko­bieta wzru­szyła lekko ra­mio­nami. - To pań­skie szczę­ście, że jest pan Ame­ry­ka­ni­nem! Pierw­szy raz w ży­ciu daję swoją wi­zy­tówkę męż­czyź­nie.

Wy­jęła z kie­szeni dość za­tłusz­czoną port­mo­netkę i bio­rąc z niej małą, błysz­czącą kartę wi­zy­tową, po­dała ją swemu pro­tek­to­rowi. Na bi­le­cie tym, wśród wielu wy­krę­ta­sów, wy­pi­sane były ołów­kiem: "Ma­de­mo­iselle No­émie Nio­che". Ale pan New­man nie za­śmiał się, jak po­przed­nio jego in­ter­lo­ku­torka, lecz prze­czy­tał na­zwi­sko z naj­zu­peł­niej po­ważną miną; jemu wszyst­kie na­zwi­ska wy­da­wały się tak samo śmieszne.

- Jak to się szczę­śli­wie składa: mój oj­ciec wła­śnie nad­cho­dzi, by mnie od­pro­wa­dzić do domu! - rze­kła panna No­émie. - Mój oj­ciec mówi po an­giel­sku, bę­dzie więc mógł się z pa­nem po­ro­zu­mieć!

I od­wró­ciła się, wi­ta­jąc ni­skiego, sta­rego je­go­mo­ścia, który drep­cząc, zbli­żał się ku niej, przy­glą­da­jąc się spo­nad szkieł oku­la­rów panu New­ma­nowi.

Pan Nio­che no­sił za­tłusz­czoną pe­rukę ja­kie­goś nie­na­tu­ral­nego ko­loru, zwie­sza­jącą się po­nad jego małą, po­korną, białą i dziw­nie pu­stą twa­rzyczką, któ­rej do­da­wała tyle wy­ra­zi­sto­ści, ile jej mie­wają drew­niane po­stu­menty, na ja­kich ta­kie pe­ruki wy­wie­szają fry­zje­rzy w oknach swych skle­pów. Był to istot­nie wy­bo­rowy okaz zu­bo­ża­łego czło­wieka. Krótki, źle zro­biony, do prze­ra­ża­ją­cej czy­sto­ści wy­szczot­ko­wany sur­dut, po­ła­tane rę­ka­wiczki, świe­cące, sta­ran­nie wy­czer­nione buty, wy­bla­kły i nie­fo­remny ka­pe­lusz, wszystko to zda­wało się opo­wia­dać hi­sto­rię czło­wieka, który prze­był "cięż­kie klę­ski", ale prze­cież cią­gle jesz­cze wiele przy­wią­zy­wał wagi do do­brego to­wa­rzy­stwa i utrzy­ma­nia choćby po­zo­rów daw­nego do­bro­bytu, cho­ciaż ten już uciekł mu bez na­dziei po­wrotu i starł się z ca­łej po­staci. Mię­dzy wielu in­nymi rze­czami pan Nio­che po­stra­dał i od­wagę. Wrogi los nie tylko go zruj­no­wał, lecz i prze­ra­ził; i od­tąd prze­su­wał się przez resztę ży­cia po ci­chu, na pal­cach, z obawy, by nie zbu­dzić tego swego nie­przy­ja­ciela. Je­śliby ów nie­znany mu pan za­nadto chciał się po­ufa­lić z jego córką, pan Nio­che byłby go po­pro­sił grzecz­nie i ją­ka­jąc się, jak o nad­zwy­czajną ja­kąś ła­skę, aby ze­chciał za­nie­chać swego po­stę­po­wa­nia, ale rów­no­cze­śnie byłby prze­ko­nany, że pro­sić o po­dobną grzecz­ność jest z jego strony nie lada śmia­ło­ścią.

- Ten pan ku­pił mój ob­raz - prze­mó­wiła panna No­émie - skoro go wy­koń­czę, ze­chcesz mu go tatku od­wieźć fia­krem.

- Fia­krem? - za­wo­łał pan Nio­che i wpa­trzył się z lek­kim zdu­mie­niem w córkę, jakby na­gle zo­ba­czył wschód słońca o pół­nocy.

- Pan jest oj­cem tej pani? - spy­tał New­man. - Je­śli się nie mylę, córka pań­ska wspo­mniała, że pan mówi po an­giel­sku?

- Czy mó­wię po an­giel­sku? A tak - od­parł stary, wolno za­cie­ra­jąc ręce - przy­wiozę go panu fia­krem.

- Po­wiedz coś - szep­nęła pół­gło­sem córka - po­dzię­kuj mu, tylko nie za­nadto.

- Tro­chę, moje dziecko, tro­chę tylko, nie­wiele - od­po­wie­dział pan Nio­che zmie­szany. - A za jaką sumę?

- Dwa ty­siące - szep­nęła mu panna No­émie. - Tylko się nie dziw, bo jesz­cze go­tów cof­nąć swoje słowo.

- Dwa ty­siące! - wy­krzyk­nął pan Nio­che prze­ra­żony i po­czął szu­kać po kie­sze­niach ta­ba­kierki, przy tym ko­lejno mie­rzył od stóp do głów New­mana i spo­glą­dał na ob­raz.

- Uwa­żaj tylko, byś wszyst­kiego nie po­psuła! - prze­mó­wił po­tem do córki nie­mal z prze­stra­chem.

- Mu­simy już iść do domu - rze­kła panna No­émie i po­częła zbie­rać swe ma­lar­skie przy­rządy.

- Jak mam panu po­dzię­ko­wać! - za­wo­łał pan Nio­che. - Na to nie wy­star­czy cała moja an­gielsz­czy­zna!

- Ży­czył­bym so­bie tak do­brze mó­wić po fran­cu­sku, jak pan mówi po an­giel­sku - od­parł do­bro­dusz­nie New­man. - Pań­ska córka jest bar­dzo zręczną ko­pistką!

- O, mój pa­nie! - za­wo­łał pan Nio­che i po­nad oku­la­rami wzniósł swe za­łza­wione oczy ku niebu z nie­wy­sło­wio­nym smut­kiem. - Otrzy­mała wy­borne wy­cho­wa­nie, tr?s su­per­ieure. Ni­czego się nie szczę­dziło. Lek­cje pa­ste­lo­wego ma­lar­stwa po dzie­sięć fran­ków go­dzina, olej­nego po dwa­na­ście! Wów­czas nie po­trze­bo­wa­łem oglą­dać się na pie­nią­dze. Ona jest ar­tystką - une ar­ti­ste, ah!

- Czy chce mi pan przez to po­wie­dzieć, że do­zna­łeś zmiany losu? - spy­tał New­man.

- Zmiany losu? Ach! mój pa­nie, nie­szczęść... strasz­li­wych!

- Nie­po­wo­dze­nie w in­te­re­sach?

- Strasz­li­wych nie­po­wo­dzeń, okrop­nych, mój pa­nie!

- O, to nic; tylko od­wagi! Znów pan sta­niesz na nogi - od­parł New­man we­soło.

Sta­ru­szek prze­chy­lił głowę i po­pa­trzył z ta­kim bo­le­snym wy­ra­zem na New­mana, jakby jego słowa uwa­żał za okrutny żart.

- Co on mó­wił? - py­tała panna No­émie.

Pan Nio­che za­żył szczyptę ta­baki.

- Po­wiada, że mogę znów dojść do ma­jątku.

- Może ci w tym po­może. I co wię­cej?

- Po­wiada, że z cie­bie bar­dzo zręczna ko­pistka.

- To bar­dzo moż­liwe. Ty, papo, my­ślisz to samo?

- Czy ja tak my­ślę, moje dziecko? Te­raz, po tym do­wo­dzie!

I stary po­now­nie z po­dzi­wem spoj­rzał na szta­lugi, z któ­rych ja­śniało ar­cy­dzieło pędzla jego córki.

- Spy­taj go te­raz, papo, czy nie ze­chciałby się uczyć fran­cu­skiego?

- Uczyć fran­cu­skiego?

- No, tak, brać lek­cje.

- Brać lek­cje, moje dziecko? Od cie­bie?

- Nie, od cie­bie.

- Ode mnie, moje dziecko? Jak ja mógł­bym udzie­lać lek­cji?

- Pas de ra­isons![1] Za­py­taj go za­raz! - wy­mó­wiła panna No­émie z ła­god­nym na­ci­skiem.

Pan Nio­che stał jak ska­mie­niały. Pod wpły­wem jed­nak wzroku córki ze­brał całą swą przy­tom­ność umy­słu, całą siłą przy­wo­łał na usta uprzejmy uśmiech i przy­stą­pił do wy­ko­na­nia jej roz­kazu.

- Czy nie ży­czyłby pan so­bie uczyć się na­szego pięk­nego ję­zyka? - za­py­tał z drże­niem w gło­sie, od­wo­łu­ją­cym się do względ­no­ści słu­cha­cza.

- Uczyć się po fran­cu­sku? - po­wtó­rzył New­man, przy­glą­da­jąc mu się nie­ru­chomo.

Pan Nio­che skrzy­żo­wał ręce i wzniósł ra­miona.

- Może tak, tro­chę kon­wer­sa­cji!

- Kon­wer­sa­cji... otóż to! - pod­chwy­ciła panna No­émie. - Kon­ser­wa­cji wy­bo­ro­wej.

- Na­sza fran­cu­ska kon­wer­sa­cja sły­nie w ca­łym świe­cie, jak pan wie - rzekł ośmie­lony pan Nio­che, cią­gnąc swą sprawę da­lej. - Nie­mała to ko­rzyść ją zgłę­bić...

- Ale czy nie jest ona strasz­li­wie trudna? - za­py­tał New­man z całą na­iw­no­ścią.

- Pour un homme d'esprit[2], jak pan, dla wiel­bi­ciela piękna pod każdą jego po­sta­cią, by­naj­mniej - od­parł pan Nio­che i rzu­cił wzrok pe­łen zna­cze­nia na Ma­donnę córki.

- Nie mogę so­bie do­prawdy wy­obra­zić mo­jego wła­snego ja, szcze­bio­cą­cego po fran­cu­sku - za­śmiał się New­man. - A prze­cież są­dzę, że im wię­cej czło­wiek umie, tym le­piej.

- Mon­sieur wy­raża się nad­zwy­czaj szczę­śli­wie w tym przed­mio­cie.

- Przy­pusz­czam, że w mo­ich wę­drów­kach po pa­ry­skim bruku zna­jo­mość fran­cu­skiego nie­raz mi się może przy­dać.

- A prze­cież wiele rze­czy bę­dzie pan po­trze­bo­wał nie­raz po­wie­dzieć... i to rze­czy trud­nych!

- Wszystko, co­kol­wiek chciał­bym po­wie­dzieć, bę­dzie trudne. Pan więc daje lek­cje?

Biedny pan Nio­che był za­kło­po­tany i uśmie­chał się z co­raz więk­szym przy­mu­sem.

- Wła­ści­wie mó­wiąc, nie je­stem pro­fe­so­rem z po­wo­ła­nia - od­wa­żył się wy­po­wie­dzieć w końcu i zwró­cił się do córki: - Prze­cież nie mogę mu po­wie­dzieć, że je­stem pro­fe­so­rem.

- Po­wiedz mu, że to jest dla niego nie­zwy­kła spo­sob­ność - od­parła panna No­émie - un homme du monde[3], czło­wiek wy­kształ­cony, który ra­czy roz­ma­wiać z in­nym! Po­myśl, kim je­steś, kim by­łeś!...

- W żad­nym ra­zie nie na­uczy­cie­lem ję­zy­ków! Daw­niej kimś znacz­nie wię­cej, dziś znacz­nie mniej! A skoro mnie spyta o cenę lek­cji?

- On nie spyta - za­uwa­żyła panna No­émie.

- Mogę prze­cież po­wie­dzieć, że jemu po­zo­sta­wiam wy­zna­cze­nie za­płaty.

- Broń Boże! Nie wy­pada...

- Ale je­żeli spyta?

Panna No­émie wło­żyła ka­pe­lu­sik i za­wią­zy­wała wstążki, wy­cią­gnęła je i wy­su­nęła na­przód drobny pod­bró­dek.

- Dzie­sięć fran­ków - oświad­czyła szybko.

- O, moja ko­chana, ni­gdy się na to nie od­ważę!

- Do­brze więc, te­raz nic nie mów. Nie­za­wod­nie do­piero przy końcu lek­cji spyta o cenę, a wów­czas ja mu już zro­bię ra­chu­nek.

Pan Nio­che zwró­cił się znów do cu­dzo­ziemca i za­tarł ręce z miną czło­wieka prze­świad­czo­nego, że po­peł­nia prze­stęp­stwo. New­ma­nowi nie przy­szło na myśl spy­tać go o dy­plom; przy­pusz­czał na­tu­ral­nie, że pan Nio­che zna do­brze oj­czy­sty swój ję­zyk, a jego po­korne, przy­gnę­bione obej­ście było naj­zu­peł­niej­szym do­peł­nie­niem tego, co Ame­ry­ka­nin, nie wia­domo dla­czego, uważa za ko­nieczną ce­chę na­uczy­cieli w Eu­ro­pie.

- Ja­kim spo­so­bem na­uczył się pan po an­giel­sku? - spy­tał star­szego pana.

- W mło­dych la­tach, jesz­cze przed mymi nie­po­wo­dze­niami. O, wów­czas wszystko mnie zaj­mo­wało. Mój oj­ciec był bo­ga­tym com­mer­cant[4], od­dał mnie na rok do pew­nego domu han­dlo­wego w An­glii. Co­kol­wiek mi jesz­cze z tego zo­stało... ale za­po­mnia­łem już wiele.

- Czy mogę się na­uczyć tro­chę po fran­cu­sku w ciągu jed­nego mie­siąca?

- Co on mówi? - za­gad­nęła znów panna No­émie. Oj­ciec prze­tłu­ma­czył.

- Bę­dzie mó­wił comme un ange[5] - za­pew­niała córka.

Jed­nak wro­dzona uczci­wość, która grała nie­małą rolę w nie­po­wo­dze­niach han­dlo­wych pana Nio­che, ode­zwała się znowu.

- Mais, Mon­sieur, wszyst­kiego się pan na­uczy, czego ja mogę na­uczyć! - od­po­wie­dział, ale na znak córki do­dał szybko: - Złożę panu w ho­telu moje usza­no­wa­nie.

- O tak, chciał­bym się bar­dzo na­uczyć po fran­cu­sku - mó­wił New­man z de­mo­kra­tyczną po­ufa­ło­ścią. - Niech mnie po­wie­szą, je­śli o tym kie­dy­kol­wiek po­my­śla­łem! Po­go­dzi­łem się już z tym, że to nie­moż­liwe. Ale skoro pan na­uczy­łeś się mego oj­czy­stego ję­zyka, czemu ja nie miał­bym na­uczyć się pań­skiego? - do­dał, a jego przy­ja­ciel­ski śmiech, otwarty, od­jął temu żar­towi wszystko, co w nim było ob­ra­ża­ją­cego. - Skoro jed­nak mamy już ze sobą roz­ma­wiać, w ta­kim ra­zie trzeba bę­dzie za­wsze wy­naj­dy­wać we­sołe przed­mioty.

- Pan jest bar­dzo ła­skaw! Pro­szę mi wie­rzyć, je­stem wzru­szony do głębi! - mó­wił pan Nio­che. - Ma pan hu­moru i szczę­ścia za dwóch!

- Nie, nie! - koń­czył New­man po­waż­niej. - Mu­sisz pan być we­soły i oży­wiony, to kładę za wa­ru­nek ko­nieczny!

- Je­stem na pań­skie roz­kazy.

- A więc przy­jedź i przy­wieź mi ob­raz; ja wów­czas za­płacę i bę­dziemy o nim roz­ma­wiać, a to prze­cież bę­dzie we­soły przed­miot roz­mowy!

Panna No­émie ze­brała tym­cza­sem swe przy­bory, a dro­go­cenną Ma­donnę od­dała w opiekę ojcu: ten, wy­cią­gnąw­szy ręce przed sie­bie, niósł ją, że­gna­jąc nie­zli­czo­nymi ukło­nami swego no­wego pro­tek­tora, do­póki ten nie znikł mu z oczu. Młoda osoba owi­nęła się sza­lem z całą zręcz­no­ścią praw­dzi­wej pa­ry­żanki i uśmie­chem też pa­ry­żanki po­że­gnała New­mana.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki