Ameryczka - Piotr Marecki

Kup ebooka

34.00 zł
28.90 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nowy Jork

Lą­du­jemy na JFK i jak za­wsze czeka mnie upo­ka­rza­jące sta­nie w ko­lej­kach, wy­peł­nia­nie de­kla­ra­cji, że nie wwożę tu bomby, za­tru­tej żyw­no­ści etc. Tym ra­zem, wy­jąt­kowo, ofi­cer ro­biący kon­trolę na lot­ni­sku nie po­biera ode mnie wszyst­kich od­ci­sków pal­ców. Pa­trzy tylko na moje wizy w pasz­por­tach i z uzna­niem mówi, że mia­łem J-1, po czym każe mi przy­ło­żyć tylko je­den pa­lec, a nie cztery. Na py­ta­nie jaki jest cel mo­jej wi­zyty od­po­wia­dam, że je­stem na­ukow­cem i zo­sta­łem za­pro­szony na wy­kłady o kom­pu­te­rach ZX Spec­trum na uni­wer­sy­te­tach, a przy oka­zji chcę prze­je­chać Ame­rykę lo­kal­nymi dro­gami. Kon­tro­ler ży­czy po­wo­dze­nia.

Kiedy do­staję się do mia­sta, mu­szę zła­pać L, żeby do­je­chać na Bro­oklyn, gdzie wy­na­ją­łem airbnb. Moja karta na me­tro na­dal jest ak­tywna, więc mu­szę ją je­dy­nie do­ła­do­wać. Już przy ma­szy­nie za­czyna się Nowy Jork. Ktoś śpiewa operę, ktoś pró­buje wy­cią­gnąć ode mnie resztę. Po prze­kro­cze­niu bra­mek za­uwa­żam ulu­biony ban­ko­mat Bank of Ame­rica. Na­tych­miast w gło­wie po­ja­wiają mi się wszyst­kie wspo­mnie­nia zwią­zane z tą in­sty­tu­cją. Konto za­ło­ży­łem tam trzy lata temu. Ile­kroć pró­buję pła­cić kartą i je­stem poza Sta­nami, bank ją blo­kuje. Robi to niby po to, żeby chro­nić klien­tów. Czy­tam też cza­sem o tym banku w in­ter­ne­cie - że zda­rza im się blo­ko­wać kartę na przy­kład przy pró­bie ku­pie­nia snic­kersa czy gum do żu­cia. Po to, żeby chro­nić klien­tów. Jesz­cze śmiesz­niej­sze jest to, że aby od­blo­ko­wać kartę, trzeba do nich dzwo­nić, co zaj­muje cza­sem czter­dzie­ści mi­nut, a cza­sem na­wet go­dzinę. Przed uży­ciem karty Bank of Ame­rica za­wsze więc się za­sta­na­wiam, czy tym ra­zem znów będę miał pro­blemy. Ale na szczę­ście na te­re­nie Sta­nów rzadko się to zda­rza.

Przy ban­ko­ma­cie zdej­muję ho­odie, które mia­łem w sa­mo­lo­cie, bo w me­trze po pro­stu się w nim za­raz ugo­tuję. "New Yor­ker" wła­śnie wy­pu­ścił nu­mer z okładką, na któ­rej ogień bu­cha z me­tra. Jesz­cze przed wy­ję­ciem bank­no­tów je­stem spo­cony. Cho­wam do­lary i ru­szam na mia­sto. Go­spo­da­rza z airbnb z No­wego Jorku wpi­sa­łem so­bie rano do te­le­fonu jako "Hip­ster New York". Nie pa­mię­tam jego imie­nia. Wy­bra­łem to airbnb dla­tego, że jest bli­sko Gre­en­po­intu, gdzie na pewno pójdę na śnia­da­nie do Pe­ter Pan, a poza tym było naj­tań­sze i z naj­bar­dziej po­krę­co­nym opi­sem. Wła­ści­ciel ze zdję­cia wy­glą­dał na stu­pro­cen­to­wego hip­stera: pod­krę­cony wą­sik, wy­cho­dzące spod ko­szuli ta­tu­aże. Za­mie­ścił jedno zdję­cie, przed­sta­wia­jące dziwny me­bel, coś po­mię­dzy krze­słem a ka­napą, w bar­dzo sta­rym fran­cu­skim stylu. Prze­ko­ny­wał, że jego miesz­ka­nie jest bar­dziej pro­jek­tem z me­blami, niż zwy­kłym miej­scem do ży­cia. Pi­sał: "I don't want this to be con­fu­sing, I have more than one be­droom ava­ila­ble, the first room I fi­ni­shed is the Pa­ris room you can see the li­sting, if you look at the pic­tu­res it's like a mo­vie set. It has a feel and mood. All my bed ro­oms will have this but with a dif­fe­rent ti­tle".

Ese­me­suję do niego z dołu. Cze­kam chwilę na od­po­wiedź, więc spraw­dzam, czy jest tu do­stępne wi-fi. Rzuca mi się w oczy sieć o na­zwie "who want a taco". Po­dej­rze­wam, że to sieć hip­stera. Do­staję od­po­wiedź, że go­spo­darz za mo­ment zej­dzie. Drzwi otwiera dość ni­ski młody męż­czy­zna z wą­si­kiem ze zdję­cia, cały w ta­tu­ażach. Ofe­ruje, że po­nie­sie mi wa­lizkę po stro­mych scho­dach. Od­ma­wiam i wlokę ją sam. Char­les prze­pra­sza, twier­dzi, że dzi­siaj wy­jąt­kowo ma dzień me­blowy, dużo ich ostat­nio ku­pił i wszyst­kie na ra­zie stoją w ko­ry­ta­rzu. Prze­ci­skam się z wa­lizką mię­dzy ob­ra­zami, starą umy­walką, dziw­nymi lam­pami. Całe miesz­ka­nie jest jakby stwo­rzone do prze­ci­ska­nia, wą­skie, bar­dzo wą­skie, i jesz­cze wszę­dzie te me­ble. Wcho­dzę do kuchni, jest ciem­nawo, wi­dzę, że przy stole ktoś sie­dzi, więc chcę się przy­wi­tać. Już pra­wie mó­wię "How are you", ale orien­tuję się, że to ma­ne­kin. Idę da­lej i cią­gnę wa­lizkę, a ką­tem oka wi­dzę, że wszę­dzie stoją me­ble, każdy w in­nym stylu. Z boku wielka lampa, a z niej wy­cho­dzi drew­niany koń ka­ru­ze­lowy. Za­uwa­żam, że go­spo­darz ogląda ani­mo­wane bajki o ry­bach. Do­piero kiedy kładę wa­lizkę, roz­glą­dam się po moim po­koju. To ty­powe miej­sce, żeby się prze­wró­cić i spać, bo nie ma na­wet prze­strzeni, żeby po­stać. Na pod­ło­dze w środku po­koju stoi mon­stru­alny wia­trak, który działa na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Obok niego oświe­tla­jąca całe po­miesz­cze­nie lampa z planu fil­mo­wego skie­ro­wana w su­fit. Na pół­kach są ja­kieś sko­ro­szyty z na­pi­sami "Ar­tworks 2013". Bar­dzo grube. Po dru­giej stro­nie stoi me­bel, który znam ze zdję­cia, oraz łóżko. Wszystko jest małe, w po­koju nie ma okien. Char­les chce mi po­ka­zać kuch­nię i ła­zienkę. Kiedy mówi, trzyma rękę przy war­gach i mó­wie­nie spra­wia mu ból. Py­tam, co się dzieje, ale od­po­wiada nie­wy­raź­nie. Wresz­cie oka­zuje się, że wy­czuł, iż może mieć raka, ale nie jest jesz­cze pe­wien. Po­ka­zuje mi ła­zienkę i znowu się tłu­ma­czy, że ostat­nio dzia­łał z płyt­kami i fli­zami i w wan­nie są resztki ma­te­riału. Rze­czy­wi­ście. Mó­wię, żeby się nie przej­mo­wał, nie prze­szka­dza mi to. Po­ka­zuje, gdzie są snacksy, wyj­muje dużą bu­telkę wody z lo­dówki i za­nosi ją do mo­jego po­koju. Sia­dam z nim, żeby po­ga­dać. On ogląda te swoje bajki: ryby roz­ma­wia­jące pod wodą. Ja do­py­tuję, gdzie ku­puje te me­ble, skąd w ogóle po­mysł na miesz­ka­nie jako pro­jekt. Twier­dzi, że pro­jekt jest nowy, ma tylko trzy mie­siące. Te­raz jest strasz­nie cie­pło, więc nie bar­dzo może go roz­wi­jać. Wy­cho­wał się w Hol­ly­wood w Ka­li­for­nii, a do No­wego Jorku przy­je­chał pra­co­wać. Do­wie­dział się też, że za­cho­ro­wała jego mama, która miesz­kała w No­wym Jorku, więc chciał ją od­wie­dzić. A póź­niej, kiedy zmarła, zo­stał tu i za­jął się miesz­ka­niem. Nie wie, co bę­dzie ro­bił da­lej. Może po­je­dzie do Pol­ski. Mówi, że ma pol­skie, bry­tyj­skie i cze­skie ko­rze­nie, wy­mie­nia ja­kieś na­zwi­sko, które brzmi cze­sko. Twier­dzi, że nie pa­so­wał do lu­dzi w Ka­li­for­nii, że za­wsze od­sta­wał. Do­piero - jak mówi - na Gre­en­po­in­cie, po­czuł się jak w domu. Nie bar­dzo chce mó­wić wię­cej, więc na książce Sien­kie­wi­cza ry­suje mi mapkę z knaj­pami, w któ­rych warto coś zjeść i gdzie można wy­pić do­bre piwo. Ob­śmiewa mnie i to mocno, kiedy mó­wię, że chcę iść na Bed­ford. Twier­dzi, że jed­nak jest tam za bar­dzo tłum­nie. "Ta część Bro­oklynu stała się już ko­mer­cyjna - jak wia­domo - przez sklep Ma­cin­to­sha i Whole Food. Nie idź tam". Po­leca, że­bym po­szedł do piz­ze­rii Car­mine's, która jest dwa kroki od niego. Ser­wują au­tor­ską pizzę, grubą, także z mię­sem. Za dwa ka­wałki i sodę za­płacę pięć do­la­rów. Po­leca też lo­kal z bur­ge­rami i miej­scówkę z grami vin­tage. Ko­rzy­sta­jąc z jego mapki, do­cho­dzę do piz­ze­rii i za­ma­wiam dwa ka­wałki o na­zwie "mama vodka pizza". Jest mocno po dzie­sią­tej, w piz­ze­rii pełno lu­dzi, któ­rzy wpa­dają na je­den - dwa ka­wałki. Kon­su­mują na miej­scu, cza­sem za­bie­rają je­dze­nie w pu­deł­kach na ze­wnątrz. Pra­wie każdy za­ma­wia też colę. Po pizzy idę do po­le­co­nych przez Char­lesa Ci­ty­li­ghts, gdzie za­ma­wiam lo­kalne IPA, sia­dam przy ba­rze, wyj­muję Li­sty z Ame­ryki Sien­kie­wi­cza i prze­pi­suję je so­bie w ze­szy­cie. Przy wej­ściu do knajpy nikt nie spraw­dza mi pasz­portu. Więk­szość lu­dzi, któ­rzy tu przy­szli, to zna­jomi bar­manki i bar­mana. Pra­wie wszy­scy mają ta­tu­aże.

Jest już po je­de­na­stej, ale kuch­nia działa do pierw­szej, więc wielu za­ma­wia pełne da­nia, ham­bur­gery, frytki czy onion rings do piwa. Za­uwa­żam, że pra­wie wszy­scy piją ja­kieś piwo, któ­rego nie znam. Kiedy koń­czę, bar­manka pod­cho­dzi i pyta, czy jesz­cze cze­goś nie we­zmę, więc za­ma­wiam to piwo i na­dal so­bie prze­pi­suję Sien­kie­wi­cza. Oni je­dzą, ga­dają i piją. Około wpół do dru­giej za­my­kam za­mó­wie­nie, ti­puję bar­mankę i wra­cam spać do hip­stera. Ten jesz­cze sie­dzi i ogląda ryby w te­le­wi­zji. Wy­łą­czam tylko tę wielką lampę z gniazda, i wia­trak. Mo­men­tal­nie staje się cie­pło i parno. Pocę się w se­kundę i tak za­sy­piam.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki