Rozdział 1
w którym świat we mgle wygląda zupełnie inaczej niż normalnie, a do Zamku wprowadza się ktoś bardzo podejrzany
Nie wiadomo, skąd pojawił się ten obcy stwór. Nigdy wcześniej go nie
widziałam. To niepokojące, ale i ekscytujące. Nie wiem, kim jest ani
czego chce. Na razie będę go dyskretnie obserwować, a jak nadarzy się
okazja, to wtedy... Aż czuję miły dreszcz na samą myśl co wtedy. Ale
jeszcze nie teraz. Teraz tylko będę go obserwować. Przecież jestem
cierpliwa. Jestem bardzo cierpliwa.
* * *
Za oknem kłębiła się gęsta mgła, a Mi lepiła psa z plasteliny. Mi miała
dopiero sześć lat i była bardzo niecierpliwa. To pewnie dlatego
plastelinowy pies nie bardzo przypominał takiego prawdziwego. Jednak Mi
to nie przeszkadzało. W jej wyobraźni pokraczny, wielokolorowy stwór był
idealny. Prawie.
- Szkoda, że nie umiesz się ruszać - westchnęła.
I wtedy plastelinowy pies się poruszył!
Mi otworzyła szerzej oczy i prawie spadła z krzesła. Plastelinowy pies
usiadł! A potem się położył!
Dopiero po chwili dziewczynka zrozumiała, co tak naprawdę się stało.
Plastelinowe łapy okazały się zbyt miękkie i ugięły się pod ciężarem
reszty plastelinowego psiego ciała.
- A niech to dunder1 świśnie... - mruknęła Mi pod nosem.
Nie wiedziała, co to jest ten dunder ani co miałby świsnąć. Kiedyś
spodobało jej się to powiedzenie i powtarzała je przy takich okazjach.
Mi nie mogła mieć prawdziwego psa. Gdy tylko pogłaskała jakieś milusie
zwierzątko: psa, kotka lub królika, zaczynała kichać, a potem cała
robiła się czerwona. Miała alergię i nic na nią nie pomagało. Jednak Mi
bardzo kochała wszelkie stworzenia. Na regale w jej pokoju mieszkały
pajęczyca Tekla, legwan Franek i kilka innych "maleństw". Kiedyś miała
też mrówki, ale uciekły podczas przeprowadzki.
Mi przemknęło jeszcze przez myśl, że powinna w końcu zapisać tego dundra
w swoim zeszycie "Bardzo Trudne Słowa", w którym zapisywała nowo poznane
słówka, żeby ich nie zapomnieć, ale właśnie przyszedł jej do głowy
kolejny pomysł, a Mi musiała realizować swoje pomysły natychmiast.
* * *
W sąsiednim pokoju Kuba, starszy brat Mi, ślęczał nad angielskim. Mgła
zamieniała widok za oknem w mleko, a Kuba leżał na łóżku i z niechęcią
patrzył na kolejne zadanie w zeszycie ćwiczeń.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Wpadła przez nie Mi, wskoczyła na łóżko
i usiadła obok Kuby.
- Nie umiesz pukać? - mruknął.
Mi zgiętym palcem zapukała w czoło brata.
- Halo, jest tam kto? - zapytała. - Sprawę mam.
Kuba w pierwszym momencie chciał ją wyrzucić za drzwi. Jednak po chwili
uznał, że nawet głupie pomysły siostry są ciekawsze od nauki.
- Jedziesz - powiedział.
Mi chwyciła go za rękę i poprowadziła do swojego pokoju. Dramatycznym
gestem wskazała biurko.
- Pies mi nie działa - wyjaśniła.
Kuba popatrzył na plastelinowe coś, które trochę przypominało
awangardową rzeźbę, a trochę psią kupę. Ale na pewno nie psa. Nie chciał
jednak zostawiać siostry samej z problemem.
- Nie wiem, może ulep charta - poradził.
- Co...? - Mi uniosła brwi.
- Chart to taki chudy pies wyścigowy. Jeśli ulepisz chudego psa, to
będzie lżejszy i nogi się nie ugną.
I wyszedł, zostawiając siostrę z tematem do przemyślenia. W przedpokoju
spotkał zmokniętego tatę, który akurat wszedł do mieszkania. Tata
przygładził włosy, przy okazji rozchlapując na podłogę wodę.
- Córcia, mam! - zawołał od progu. - W trzecim sklepie plastycznym
dostałem.
Mi wypadła ze swojego pokoju, wskoczyła wprost w ramiona taty i wycałowała go. Na niej również mokre ubranie nie robiło wrażenia.
Upuszczona przez tatę torba pacnęła miękko o podłogę. Mi zeskoczyła i zajrzała do środka.
- Plastelina! - wykrzyknęła. - Mnóstwo plasteliny! Dzięki! - Zerknęła
jeszcze na Kubę. - Chart, tak?
Nie czekając na odpowiedź, czmychnęła do swojego pokoju.
Tata nie zamknął za sobą drzwi i dopiero teraz stało się jasne dlaczego.
Wciągnął z korytarza wózek towarowy z ładunkiem przykrytym mokrą folią.
Ostrożnie zsunął folię, tak, żeby nie zamoczyć tego, co było pod spodem.
Na podłodze pojawiła się kałuża.
Kuba spojrzał, zaciekawiony. Na wózku stało kilka pudeł z grzejnikami
elektrycznymi.
- Po co nam tyle piecyków? - zapytał. - Jest lato.
- Ale noce są już chłodne - odparł tata poważnie, po czym roześmiał się.
- Spokojnie, to nie dla nas. Na jutro jestem umówiony z fotografem.
Będziemy robić zdjęcia do reklamy. Zdjęcia grzejników i pudełek. Czyli
nie można ich pobrudzić, zamoczyć ani pognieść.
- Tato... - Kuba podrapał się w kark, bo nie wiedział, jak powiedzieć to,
co chciał powiedzieć. - Mam jutro test z angielskiego.
- Bywa. - Tata powiesił mokrą kurtkę na wieszaku i zaczął ściągać
wilgotne buty.
- To ma być taki turbotest - ciągnął Kuba. - Ma być sto zadań z gramatyki. STO ZADAŃ. Od dwóch dni mama każe mi się uczyć. To lekka
przesada.
- Doskonale cię rozumiem. - Tata poklepał syna po ramieniu. - Wkuwanie
gramatyki było dobre sto lat temu. To najgorszy sposób nauki języka.
Marnowanie czasu.
- STO LAT temu? Więc po co mam wkuwać tę gramatykę DZIŚ?
- Bo JUTRO masz test. On też będzie taki... stuletni. Rozmawialiśmy o tym
nieraz.
- Przecież to jest bez sensu.
Tata spojrzał gdzieś w przestrzeń i westchnął.
- Jak spora część życia - mruknął. - Przyzwyczajaj się.
- Marchewkę kupiłeś? - Z salonu dobiegł głos mamy.
Tata przymknął oczy i przygarbił się, po czym zaczął wolno wkładać
wilgotne buty i przemoczoną kurtkę.
* * *
Kilka mieszkań dalej, w tym samym budynku, Amelia, koleżanka Kuby z klasy, leżała na łóżku i czytała książkę. I żałowała, że ją czyta. Kiedy
zaczynała po południu, świeciło słońce i świat wydawał się przyjemnym
miejscem. Teraz przez tę mgłę nawet w łóżku, na ulubionej poduszce i pod
ulubionym kocykiem Amelia nie czuła się bezpiecznie. Być może powodem
nie była pogoda, lecz książka. Opowiadała historię stwora ulepionego z gliny. Nazywał się Golem, a ta opowieść była naprawdę straszna.
Siedzący na latarni zziębnięty kruk zatrzepotał skrzydłami. Dziewczynka
aż się wzdrygnęła i podciągnęła koc wyżej pod szyję, choć wcale przecież
nie było zimno.
Niedojedzona . resztka pizzy na talerzu całkiem już wystygła. Zresztą
Amelii i tak nie smakowała. Pizza miała być z oliwkami i szynką, a była
tam sama szynka.
Leżący w nogach łóżka Imbir, mały biały terrier, wpatrywał się w pizzę.
Ślina z małego pyszczka skapywała na koc. Amelia nie zganiała psiska, bo
dzięki niemu czuła się choć odrobinę raźniej.
Kruk na latarni zakrakał. A może to wrona? Amelia nie znała się na
ptakach. Jedyne, czego była pewna, to że przez to krakanie zrobiło się
teraz jeszcze straszniej.
Imbir zawarczał na ptaka, ale zaraz znów skupił uwagę na pizzy.
Amelia włożyła między kartki zakładkę w kwiatki i zamknęła książkę.
Prawie usłyszała echo. Cisza z zewnątrz zdawała się wpływać do pokoju.
Dlaczego podczas mgły zawsze jest tak cicho?
Amelia musiała odpocząć od czytania tego horroru. Wstała z łóżka, choć
najchętniej zwinęłaby się w kłębek i nakryła kocykiem na głowę.
Wiedziała jednak, że to nic nie pomoże. Jeżeli chce zapomnieć o glinianym potworze, musi się zająć czymś innym.
Pokój był obwieszony rysunkami i akwarelami, a na biurku stały pudełka z farbami i kubki z pędzlami. Amelia uwielbiała rysować i malować. Tata
mówił, że córka ma artystyczną duszę i jest bardzo wrażliwa. Pewnie
dlatego teraz tak przestraszyła się historii Golema.
Amelia nie przepadała bowiem za horrorami. Zaczęła czytać tę książkę, bo
od jakiegoś czasu szukała inspiracji. Wcześniej tylko rysowała i malowała, ale pomyślała, że mogłaby nauczyć się czegoś nowego. Na
przykład rzeźbienia. Dopiero w trakcie czytania okazało się, że bohater
tej powieści nie tylko rzeźbi, ale również swoją rzeźbę... ożywia! Czyli
tego Golema. Amelia nie zamierzała niczego ożywiać, a przez tę straszną
historię ochota na rzeźbienie już jej przeszła. Postanowiła się zająć
czymś innym.
Może zaprojektuje i uszyje jakieś ubrania?
Jej spojrzenie padło na wiszącą na krześle sukienkę w kolorze nijakim.
Właśnie tak Amelia określała ten kolor - nijaki. Po chwili była już
absolutnie pewna - musi zmienić ten kolor. I musi to zrobić teraz, już,
byle zapomnieć o tym strasznym Golemie. Chwyciła sukienkę i pobiegła do
łazienki, żeby ją przefarbować2.
* * *
Kuba wyglądał przez okno. Nawet gapienie się we mgłę było ciekawsze od
powtarzania gramatyki. Nie chodziło o to, że nie znał angielskiego.
Znał, a przynajmniej tak sądził, nie widział jednak sensu w ciągłym
uczeniu się gramatyki.
Za oknem mgła trochę zrzedła, ale i tak wiszące nisko chmury sprawiły,
że zrobiło się ciemno. Wydawało się, że to już wieczór. Samochody
przejeżdżały ulicą ciszej niż zwykle. Może dlatego, że jechały znacznie
wolniej. Kuba wyobrażał sobie, że to statki, a ulica to kanał.
Ciężarówki w jego wyobraźni stały się kontenerowcami, a autobusy -
promami przewożącymi pasażerów. Nadpłynął nawet parowiec, czyli buldożer
z pobliskiej budowy. A to z powodu wysokiego komina.
- Co to za pudła? - Głos mamy z przedpokoju wyrwał Kubę z zamyślenia.
- Grzejniki elektryczne - odkrzyknął.
- Po co? Przecież jest lato.
- Ale noce są już chodne. - Kuba wychylił się z pokoju i powtórzył słowa
taty. - Zaraz będzie jesień i ludzie zaczną marznąć. Będą potrzebowali
grzejników.
- Co? Jacy ludzie?
- Tata będzie robił reklamę.
- I to ma tutaj tak stać do jesieni? - Mama pokręciła głową. - Zwieź to
do piwnicy. Nie możemy żyć w takim magazynie.
- Tata mówił, że nie mogą się uszkodzić.
- A co im się może stać w piwnicy?
Kuba nie dyskutował - nawet wyprawa do piwnicy była przecież ciekawsza
od nauki do testu. Wziął klucze, wypchnął wózek na korytarz, a pudła
nakrył folią. Wprawdzie w piwnicy nigdy nie padał deszcz, ale Kuba nie
miał lepszego pomysłu, co z tą folią zrobić.
Zjechał windą na najniższy poziom. Do garażu wjeżdżała właśnie
furgonetka.
- To może być ciekawe - mruknął Kuba sam do siebie.
Pod sufitem garażu biegła rura, o którą czasem przycierały wysokie
samochody. Kubę zaciekawiło, czy tak się stanie i tym razem, bo
furgonetka była wysoka. Okazało się, że jest wręcz ciekawiej. Furgonetka
nie tylko przytarła o rurę, ale i w nią uderzyła. A rura pękła i z donośnym szumem trysnęła z niej woda. I to wprost na wózek z pudłami,
które miały nie zamoknąć!
Kuba szybko pociągnął wózek. Jakie to szczęście, że wcześniej przykrył
ładunek folią! Dotarł do ich piwnicy, choć właściwie to nie była
piwnica, raczej rodzaj komórki, zakratowany schowek pod ścianą garażu,
jeden z wielu podobnych. Cała rodzina Rytlów z przyzwyczajenia nazywała
ją jednak piwnicą. Jeszcze niedawno mieszkali w starym bloku, w którym
były prawdziwe piwnice - dużo bardziej tajemnicze i straszne od
tutejszych schowków.
Zostawił pudła na wózku, tak na wszelki wypadek, gdyby potop dotarł aż
tutaj. Zamknął "piwnicę" i wrócił do miejsca katastrofy. Kałuża na
podłodze szybko się powiększała. Furgonetka stała po przeciwnej stronie
parkingu, za kilkoma innymi samochodami. Kuba dopiero teraz przeczytał
napis na burcie i... nic z niego nie zrozumiał. To wyglądało, jakby ktoś
ponaklejał literki w losowej kolejności. Kierowca, obcy chudy mężczyzna
z dredami3, rozmawiał z panem Zenkiem. Z powodu szumu wody Kuba
nie słyszał ani słowa. Domyślał się tylko, że pan Zenek ma pretensję o uszkodzoną rurę.
Wreszcie pan Zenek podszedł do skrzynki na ścianie i jednym z kluczy,
które zawsze nosił przy pasku, otworzył drzwiczki. Zakręcił zawór, a woda przestała zalewać garaż.
- Chyba ktoś dziś nie będzie miał wody - mruknął pod nosem Kuba.
Uznał, że więcej nic ciekawego się nie wydarzy. Jednak nie chciało mu
się wracać do domu. Wszystko było przecież lepsze od nauki. Stał więc w cieniu, ukryty za zaparkowanymi samochodami i dyskretnie obserwował
sytuację.
Pan Zenek odszedł, a mężczyzna z dredami otworzył drzwi z tyłu
furgonetki. Wyglądał jakoś dziwnie, coś w nim wydawało się Kubie bardzo
niepokojące. Może to szerokie spodnie z niskim krokiem, może glany i koraliki na nadgarstkach? Kuba nie potrafił tego nazwać, ale to coś
sprawiało, że wcale nie miał ochoty wychodzić z ukrycia.
Mężczyzna znieruchomiał i obejrzał się, jakby poczuł na sobie spojrzenie
Kuby. Chłopiec schylił się jeszcze bardziej, choć przecież mężczyzna nie
mógł go dostrzec.
Przez chwilę nic się nie działo, po czym mężczyzna sięgnął do wnętrza
furgonetki i z trudem wyciągnął z niej worek. Worek musiał być bardzo
ciężki, bo mężczyzna aż się zgiął pod jego ciężarem. Wreszcie pacnął nim
o zalaną podłogę i pociągnął do windy.
Kuba odczekał, aż winda odjedzie, i dopiero wtedy zbliżył się do
furgonetki marki Dodge4. Była poobijana i nadrdzewiała.
Od samochodu do windy prowadziły ślady mokrych butów i brązowe,
wpadające w czerwień chlapy czegoś, co wylało się z namokniętego worka.
Dziwne, pomyślał Kuba.
Nagle w ciszy usłyszał dobiegające gdzieś z oddali osobliwe odgłosy.
Stuk, szur... stuk, szur... Kuba wzdrygnął się. Dźwięki brzmiały
niepokojąco, jakby coś ciężkiego wolno się przemieszczało.
Nie mógł jednak zastanawiać się nad tym zbyt długo. Drzwi trzeciej
klatki schodowej otworzyły się i wbiegła przez nie Amelia.
Kuba zamarł. Dłonie Amelii ociekały krwią!
- Co się stało? - krzyknął.
- Nic strasznego, to tylko farba - wyjaśniła zdenerwowana Amelia. - Ale
muszę ją szybko zmyć! A w kranie nie ma wody... Widziałeś gdzieś pana
Zenka?
- To on zakręcił zawór. - Kuba wskazał pękniętą rurę. - Awaria.
Amelia przykucnęła i umoczyła dłonie w kałuży. Farba trochę się
rozpuściła, ale nie zmyła całkiem.
- Bez mydła nic z tego - stwierdził Kuba.
- Tu jesteście, huncwoty sakramenckie! - dobiegło zza ich pleców.
Amelia i Kuba obejrzeli się, zaskoczeni. To była Pani Kożuszek. Nigdy
nie schodziła do garażu, nie miała przecież samochodu.
- W tej chwili mówcie, gdzie jest Gomułka! - Staruszka groźnie uniosła
laskę.
- Nie wiemy. - Kuba wzruszył ramionami. - Nie widziałem jej od... dawna.
- Ani ja - dodała Amelia.
Pani Kożuszek przyglądała im się chwilę, podejrzliwie mrużąc oczy. Potem
przeniosła spojrzenia na podłogę.
- To pewnie też wasza sprawka - powiedziała. - Niczego nie uszanujecie,
psuje nieznośne!
Amelia spojrzała na swoje dłonie, potem na brudne ślady na betonie.
- To nie ja... - powiedziała cicho.
- Chodź. - Kuba pociągnął Amelię w stronę swojej klatki. - Umyjesz ręce
u nas.
Oddalili się szybko. Pani Kożuszek, niezadowolona, że nie ma kogo
besztać, odeszła w przeciwną stronę.
- Ta dzisiejsza młodzież... - mamrotała pod nosem. - Żadnych wartości,
pusto we łbach...
Chudym palcem wcisnęła przycisk windy. Miała zamiar dalej mamrotać, ale
zamarła, gdy tylko drzwi windy otworzyły się.
- Co to...? - szepnęła. Zachwiała się z wrażenia i cofnęła. Pewnie by się
przewróciła, gdyby nie laska. - Co to jest...?
* * *
- Wow, ale czad! - zawołała Mi, gdy tylko zobaczyła dłonie Amelii. -
Kogo zamordowałaś?
- Farbowałam sukienkę - wyjaśniła Amelia. - Chyba powinnam przedtem
założyć rękawiczki lateksowe.
- Szkoda... - westchnęła Mi. - A już miałam nadzieję, że będzie jakaś
afera.
Kuba zaprowadził przyjaciółkę do łazienki. Amelia namydliła dłonie i zaczęła je myć. Coś jednak nie dawało jej spokoju, nad czymś się
zastanawiała.
- Dlaczego wy macie wodę, a my nie? - zapytała wreszcie.
- Wy mieszkacie w innej klatce - odparł Kuba. - Nowy sąsiad zawadził
samochodem pewnie o tę rurę, która doprowadza wodę do was.
- A to oferma! - Mi stała w drzwiach łazienki. - Przeprosił chociaż?
- Nie wiem. - Kuba podsunął Amelii mydło, którego tata używał do zadań
specjalnych. - Widziałem za to, że przywiózł ciężki worek. Tak ciężki,
że nie miał siły go nieść i musiał go za sobą ciągnąć.
- Myślę, że jest seryjnym mordercą - oceniła poważnie Mi. - A w tym
worku przywiózł jakiegoś denata5. W sensie ciało swojej ofiary.
I tę rurę to rozwalił celowo, żeby zatrzeć ślady. Mordercy tak robią,
żeby nie iść do więzienia.
Kuba ani trochę nie wierzył w to, co paplała siostra. Jednak i jego
samego zżerała ciekawość, co było w tamtym worku.
Amelia szorowała dłonie coraz mocniej. Farba schodziła, za to na
czerwono zabarwiła się umywalka.
- Super! - wykrzyknęła Mi. - Mama padnie.
Kuba podał Amelii ręcznik. Szybko okazało się, że to nie był dobry
pomysł. Na białym materiale zostały czerwone ślady.
- Oj, przepraszam... - szepnęła Amelia.
- Zawał murowany. - Mi pokiwała głową.
Kuba popatrzył na umywalkę i na ręcznik.
- Potem coś się z tym zrobi - zadecydował, bo jego myśli krążyły już
wokół czegoś innego. - Nikt normalny nie pakuje do worka tyle, żeby
potem nie móc go unieść.
- Rety, przywiózł trupa - rozmarzyła się Mi - żeby go poćwiartować w kuchni.
- Nie mów tak - poprosiła Amelia. - Ciarki mnie przechodzą.
- A to dopiero początek. - Mi wyszła z łazienki i na odchodne rzuciła
zza drzwi - zobaczycie, zaraz zaczną znikać mieszkańcy.
Poszła do swojego pokoju.
- O nie! - dobiegło zza drzwi. - Stało się!
Kuba zajrzał do pokoju siostry.
- Co się stało? - zapytał. - Już ktoś zniknął?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dunder to staropolskie określenie pioruna. [wróć]
Sukienkę, nie łazienkę. [wróć]
Dredy to włosy skręcone w sfilcowane pęki, wyglądają trochę jak fryzura z lin. [wróć]
Mam nadzieję, że wiecie, iż to się czyta "dodż". To dobry moment, żeby wspomnieć, że ze względu na miłość autora do motoryzacji w tej książce nazwy samochodów są pisane wielką literą. [wróć]
Denat - tak bardziej poważnie nazywa się trup. [wróć]