Rozdział 1
w którym do Zamku sprowadza się królewicz, Amelia się odrobinę kompromituje, a młodsze rodzeństwo dyskutuje o "Rycerzach i insektach".
Amelia Domeyko miała jedenaście lat, czarne włosy i lubiła marzyć.
Teraz wyobrażała sobie, że siedzi na dziedzińcu średniowiecznego zamku.
Dom przy ulicy Dębowej przypominał bowiem trochę zamek. Kwadratowe
podwórko wyglądało jak dziedziniec otoczony ze wszystkich stron murami
sześciopiętrowego budynku. Na ten dziedziniec można się było dostać
przez bramę, która stanowiła tunel wycięty w parterze budynku, a dostępu
do wnętrza broniła solidna krata umieszczona w połowie tego tunelu. Tak,
ten dom zdecydowanie przypominał zamek. I tak właśnie w rozmowach między
sobą nazywali go mieszkańcy.
Na środku podwórka, no może odrobinę z boku, rosło wielkie drzewo. Był
to stuletni, albo i starszy, dąb. Pamiętał czasy, gdy w tym miejscu rósł
jeszcze las. To już historia. Teraz okoliczne tereny zdobywało miasto.
Wokół, zamiast drzew, wyrastały nowe budynki. Żeby zobaczyć las, trzeba
by się wybrać na długi spacer. Ale komu by się chciało w taki upał iść
tak daleko.
Amelia siedziała w cieniu, na najniższej gałęzi dębu ze swoim
szkicownikiem na kolanach. Gałąź była na tyle gruba, że siedziało się na
niej jak na ławce. Mimo że wisiała dwa metry nad ziemią, dawało się na
nią wejść dzięki małemu pagórkowi, który usypali chyba budowniczowie
Zamku.
Amelia uwielbiała rysować, i była w tym naprawdę dobra. Często na papier
przenosiła swoje marzenia. Dziś jeszcze nie zdecydowała, kim chce być na
swoim rysunku. Czy królową, która rządzi całym imperium? Nie, na to była
zbyt nieśmiała. Lepiej uwięzioną na Zamku królewną, którą ma uwolnić
piękny królewicz na białym koniu. Czy może królewną, która schroniła się
przed pościgiem złego czarnoksiężnika. Albo rozbójnika, herszta okrutnej
bandy.
Obok siedział Albert, dziewięcioletni brat Amelii. Chudy okularnik nie
był takim całkiem zwyczajnym dzieckiem. Teraz na tablecie grał w Rycerzy i insekty i nie zwracał uwagi na otoczenie. Wiele osób uważało
go za niezbyt rozgarniętego, bo prawie się nie odzywał, nawet jeśli
zadawano mu pytanie. Ale ludzie mylili się, Albert po prostu nie widział
potrzeby odpowiadać na pytania zbyt oczywiste albo nieciekawe.
Amelia nie miała pomysłu, jak umieścić brata w swoim marzeniu. Lubiła
czuć jego obecność i to jej wystarczało. Skupiła się więc na rysowaniu
całej reszty. Naszkicowała zamek, który trochę przypominał
apartamentowiec przy Dębowej, i królewicza na białym koniu. Tak,
królewicz zdecydowanie stwarzał ciekawsze możliwości niż rozbójnik.
Oderwała od gałęzi spory obruszany kawałek kory, który pewnie i tak
zaraz sam by odpadł, i przyjrzała mu się ze wszystkich stron. Oto
magiczny amulet, który sprawi, że królewicz odnajdzie drogę do jej
serca. Tylko jak to pokazać na rysunku?
Amelia wygładziła różową sukienkę i zastanowiła się, jak w taką pogodę
musiało być gorąco królewnom, dawno temu. Długie suknie, te wszystkie
gorsety, halki i pończochy. I brak pryszniców z ciepłą wodą. Brrr,
okropieństwo! Jej sukienka, mimo że dość długa - Amelia nie lubiła
bowiem mini - była całkiem przewiewna. Wyszperała ją na przecenie, a ciuszek kosztował grosze. Okazała się jej ulubionym strojem tego lata.
Amelia uwielbiała ten brudny odcień różu tak inny od cukierkowych
odcieni, w których gustowały jej koleżanki. Zwykle zakładała do niej
trampki, dziś w ten upał wyjątkowo założyła klapki.
Z zamyślenia wyrwał ją szczęk metalu. Pan Zenek, strażnik osiedlowy,
otwierał bramę. To zdarzało się rzadko. Samochody mieszkańców nie
wjeżdżały na podwórko, lecz specjalnym zjazdem - wprost na podziemny
parking. Wyjątkiem był Bardzo Ważny Dyrektor, który parkował tu swoją
limuzynę. Albert wyrecytował mu kiedyś fragment kodeksu drogowego,
zabraniający parkowania samochodu na placu zabaw. Od tego czasu Dyrektor
patrzył na niego z ukosa.
Strażnik pomachał przyjaźnie do dzieci. Amelia w odpowiedzi uśmiechnęła
się do niego. Bardzo lubiła pana Zenka. Pod pozorem surowości skrywał
dobre serce.
- Nowi - oznajmił Albert, nie unosząc wzroku znad tabletu.
Rzeczywiście na podwórko wtoczyła się ciężarówka z napisem
"Przeprowadzki". Dom został niedawno wybudowany i większość mieszkań
była jeszcze pusta. Rodzina Amelii sprowadziła się na samym początku.
Ciężarówka zatrzymała się przed piaskownicą. Z placu zabaw nikt nie
korzystał, bo pod koniec wakacji Amelia i Albert byli jednymi z nielicznych dzieci w całym apartamentowcu. Amelia uważała się za zbyt
dorosłą, by się choć zbliżyć do huśtawek. No, był jeszcze syn Bardzo
Ważnego Dyrektora, ale on nigdy nie wychodził na podwórko, a co za tym
idzie, nie zapoznał się z rodzeństwem Domeyków.
Amelia uzupełniła szybko swój rysunek o machinę oblężniczą, która zbliża
się do Zamku. Machina trochę przypominała ciężarówkę do przeprowadzek.
Nie skończyła jej rysować, za ciężarówką wjechał bowiem biały pick-up, z którego wysiadły cztery osoby. Jedną z nich był jasnowłosy chłopak.
Amelii spadły klapki. Dosłownie. Na widok chłopaka nerwowo zamachała
nogami i klapki spadły na trawę pół metra niżej, na pagórek pod dębem. A niech to!
Szybko wzięła się w garść i przestała na niego gapić. Wróciła do
rysunku. Rzecz jasna co chwila zerkała w tamtą stronę, ale udawała, że
nie zerka. Nowo przybyła rodzina i kilku mężczyzn od przeprowadzek
kręciło się wokół ciężarówki.
- Powinniśmy iść na obiad. - Albert klikał w klawiaturę, wydając
polecenia podległej mu armii. - Już pora.
- Akurat teraz? - zapytała Amelia.
- Mama mówiła, że obiad będzie za półtorej godziny. Właśnie mija
półtorej godziny.
- Nie możesz wszystkiego brać tak dosłownie.
- Półtorej godziny to dziewięćdziesiąt minut.
Amelia pokręciła głową.
- Nie musimy być tak precyzyjni. Ludzie to nie maszyny. Jeżeli ktoś mówi
"półtorej godziny", czasem może to oznaczać godzinę, a czasem dwie
godziny.
- Czy biały pick-up liczy się jako biały koń? - zapytał Albert.
- Co? - Amelia uniosła brwi.
W odpowiedzi Albert popukał palcem w jej szkicownik, a dokładniej w królewicza na białym koniu. Amelia dopiero po chwili zrozumiała, co brat
ma na myśli.
- Kurczaki, on tu idzie... - szepnęła, widząc, jak królewicz, to znaczy
nieznajomy chłopak, zbliża się do niej. Poczuła, że się czerwieni, bo,
owszem, chciała mu się przyjrzeć, ale tak raczej z ukrycia. Rzuciła
szybkie spojrzenie i pomyślała, że z bliska jest nawet przystojniejszy...
- Cześć, jestem Kuba - powiedział chłopak, uśmiechając się. - A ty?
- A ja nie. - Amelia usłyszała słowa, które sama wypowiedziała, jakby
wbrew własnej woli, i od razu zdała sobie sprawę z tego, co palnęła. Aby
pokryć zmieszanie, zeskoczyła z drzewa, wyrzuciła amulet, czyli kawałek
kory, wsunęła klapki i pobiegła w stronę swojej klatki schodowej.
Kuba odprowadził ją zaskoczonym spojrzeniem.
- Albert - przedstawił się brat Amelii. - Tak samo jak Einstein. Mam
zespół Aspergera i interesuję się badaniami naukowymi.
- Kogo masz? - zapytał odruchowo Kuba.
- To taka choroba1 polegająca na zaburzeniach umiejętności
społecznych.
Kuba zamarł, zaskoczony. Nigdy jeszcze nie spotkał kogoś takiego jak
Albert.
Do drzewa podeszła sześciolatka z kasztanowymi włosami spiętymi w kitkę
na czubku głowy. Wyglądała nieco ekscentrycznie2, ubrana
w czarną sukienkę, przez pierś przewiesiła zaś wojskowy chlebak, cały
porysowany długopisem. Rysunki przedstawiały różne dziwne zwierzęta,
głównie mrówki.
- Jestem Milena, ale wszyscy mówią na mnie Mi. Grasz rycerzami czy
mrówkami? - Dziewczynka wgramoliła się na gałąź obok Alberta i zerknęła
na ekran tabletu. - Przegrasz, jak nie będziesz nic robił. Tu trzeba
cały czas parować ciosy i atakować. - Zamachała wirtualnym mieczem.
- Gram generałem - odparł niechętnie Albert. - Widzę bitwę z góry. Można
grać szeregowym żołnierzem, dowódcą oddziału albo generałem.
- Czyli wysyłasz armię i potem przez pół godziny czekasz, kto wygra?
Nudy!
- No co ty! Przygotowywałem strategię tej bitwy przez kilka godzin.
Teraz przekonam się, jak działa.
Albert zeskoczył z gałęzi i bez słowa pożegnania odszedł w ślad za swoją
siostrą. Naprawdę musiał już iść na obiad. Był spóźniony dwie minuty, a przecież bardzo nie lubił się spóźniać.
Obszedł ciężarówkę i prawie otarł się o zaparkowaną kawałek dalej
limuzynę.
- Uważaj, mały, bo zarysujesz lakier - powiedział stojący obok Bardzo
Ważny Dyrektor. - Twoi rodzice będą musieli zapłacić, a na pewno ich nie
stać.
Albert zatrzymał się i spojrzał na Dyrektora jak na zepsuty automat z batonami. Dyrektor z kolei patrzył na niego z góry jak na niesfornego
szczeniaka. Łysiał solidnie, miał czterdzieści lat i tyle samo
kilogramów nadwagi. Elegancki szary garnitur ledwo opinał te kilogramy.
- Kodeks drogowy mówi wyraźnie, że nie wolno parkować na placu zabaw -
powiedział Albert. - Łamie pan prawo.
- Coś z tym trzeba będzie zrobić. - Dyrektor pokiwał głową, a jego dwa
podbródki zatrzęsły się. - Najlepiej zlikwidować ten plac zabaw. No, ile
tam jeszcze? - To ostatnie pytanie skierowane było do robotników,
których ciężarówka blokowała wyjazd.
Albert miał w zanadrzu wiele argumentów i chętnie by ich wszystkich
użył, doprowadzając tym niechcący Bardzo Ważnego Dyrektora do szewskiej
pasji, ale musiał już iść. Był spóźniony trzy minuty.
* * *
Na obiad była zupa pomidorowa, którą lubiła cała rodzina. Albert,
podobnie jak jego tata, miał długą listę potraw, których nienawidził.
Amelia za to od kilku tygodni próbowała się odchudzać, choć, jak mówili
wszyscy, nie miała z czego. Nie jadła więc niczego, co było tłuste lub
zbyt słodkie. Mama wciąż zastanawiała się, jak przygotować obiad, który
smakowałby wszystkim. Czasem, gdy miała dużo pracy, gotował tata. Ale
wtedy było jeszcze gorzej, bo on w ogóle nie przejmował się wymaganiami
reszty. Robił to, na co miał pomysł. Potem rodzina Domeyków wpatrywała
się smutno w talerze, a tata się zajadał. Wszystkożerny był natomiast
Imbir, ich pies rasy west highland white terrier, mały, biały i kudłaty.
Imbir w swym krótkim życiu pożarł nie tylko zupę pomidorową,
siedemnaście niepilnowanych surowych kotletów mielonych (za jednym
razem) i ogromny tort urodzinowy z bitą śmietaną, lecz również kilka
butów, ostatnich dwadzieścia stron bardzo grubej książki oraz krem do
rąk. Razem z opakowaniem.
Tak, Domeykowie byli rodziną skomplikowaną pod względem kulinarnym, ale
zupa pomidorowa to było coś, co ich łączyło.
- Do dziewiątej klatki wprowadzają się nowi - oznajmiła mama, gdy
skończyła jeść.
Mama pracowała jako redaktorka, czyli poprawiała książki, nim te
trafiały do druku.
- Zauważyłem - odparł tata. - Zostało jeszcze dużo pustych mieszkań.
- Przez najbliższy rok wszyscy będą kuć i wiercić w ścianach -
westchnęła mama. - A ja przecież pracuję w domu.
- Mnie się to też często zdarza. Nic na to nie poradzimy.
Kuchnia połączona była z jadalnią, a jadalnia z salonem. Tata Amelii i Alberta był architektem, więc dobrze wiedział, jak trzeba zaprojektować
jadalnię, by była wygodna. W tym domu nikt nie uderzał w ścianę
odsuwanym krzesłem ani nie potykał się o szafkę, idąc do lodówki.
Wszystko było na swoim miejscu i jednocześnie pod ręką.
Amelia pochłaniała zupę w przyspieszonym tempie, bo chciała jak
najszybciej zaszyć się w swoim pokoju. Czuła się fatalnie po tym, co
zrobiła na podwórku. To było idiotyczne! Wciąż nie mogła uwierzyć, że
powiedziała coś tak głupiego, no i że uciekła.
Odniosła pusty talerz do zlewu i pobiegła do siebie. Usiadła na
parapecie i zapatrzyła się w zamieszanie na dole. Tragarze wnosili
kolejne pudła i meble. Serce zabiło jej szybciej, gdy przy samochodzie
pojawił się Kuba. Wziął jedną z paczek i znikł w wejściu na klatkę.
Wrócił za chwilę po następny przedmiot.
- Jaki on silny... - szepnęła.
- Pomaga nosić te klamoty, bo wie, że się na niego gapisz - zauważył
trzeźwo Albert.
Amelia gwałtownie zeskoczyła z parapetu. Brat stał w uchylonych
drzwiach.
- A skąd ty to niby wiesz? - zapytała.
Albert tylko wzruszył ramionami i odszedł. Dziewczyna wiedziała, że nic
więcej z niego nie wyciągnie. Wiedziała też, że brat ma rację, choć
bardzo nie chciała tego przyznać. Albert był tak bardzo
racjonalny3, że zwykle złościła się na niego dwa razy. Raz,
kiedy mówił jej coś nieprzyjemnego, a drugi - gdy okazywało się, że miał
rację. Wtedy najchętniej by go udusiła.
Przysunęła się do okna tak, by nie było jej widać z podwórka. Kuba
przeniósł jeszcze kilka wielkich paczek i nie sprawiał wrażenia, aby
robił to z wysiłkiem. Pewnie coś trenuje, pomyślała Amelia.
Na huśtawce bujała się sześcioletnia na oko dziewczynka. Amelii
spodobała się jej czarna sukienka i zielone wielkie buty sportowe.
Bujała się jak szalona, tak że ramię huśtawki unosiło się niemal do
poziomu, a popiskiwanie zawiasów słychać było aż tutaj. Amelia czekała
jeszcze z kwadrans, ale Kuba więcej nie wyszedł.
Pojawił się za to pan Zenek. Zaczekał, aż siostrze Kuby znudzi się
huśtanie. Gdy tylko zeskoczyła z huśtawki i weszła do domu, podszedł do
małej kratki wentylacyjnej obok okienka piwnicznego dziewiątej klatki.
Kratka była obruszana. Amelia pamiętała, jak się bujała przy silniejszym
wietrze. Co ciekawe, nie wyglądało to, jakby strażnik chciał ją
naprawić. On raczej upewniał się, że kratkę daje się swobodnie uchylać.
W innej sytuacji byłoby to intrygujące, ale Amelia nie miała nastroju,
żeby się nad tym teraz zastanawiać. Położyła się na łóżku i zmartwiona
wydarzeniami popołudnia, wtuliła twarz w mięciutką i bielutką sierść
Imbira. Pies, szczęśliwy, że nikt nie przegania go z zakazanego
terytorium, delektował się swoim psim szczęściem.
* * *
Mama stała przed lustrem, robiła dziwne miny i naciągała sobie skórę na
twarzy. Amelia zauważyła to przez otwarte drzwi.
- Co ty robisz? - zapytała ze zdziwieniem.
- Zmarszczki - odparła mama, dziwnie wysuwając szczękę.
- Robisz zmarszczki?
- Nie no, oglądam, jak się robią. Robią się od tego gapienia się w komputer.
Amelia nie znała się na zmarszczkach, ale wiedziała dobrze, jak się je
leczy.
- Idź do kosmetyczki.
Do łazienki zajrzał też tata. Objął mamę i pocałował w szyję.
- Pięknie wyglądasz, kochanie - powiedział. - Nie potrzebujesz żadnej
kosmetyczki.
Tata, pracując cały czas przy komputerze i unikając ruchu, wyhodował
sobie lekki brzuszek. Nieco za długie (zdaniem mamy) włosy
prawdopodobnie wyhodował sobie, żeby wyglądać bardziej artystycznie.
Mama za to była szczupła i drobna, nosiła długie spódnice i rozpuszczone, kręcone ciemne włosy. Takie same, jak Amelia.
- Kupię sobie krem - zadecydowała mama, a gdy tata wyszedł, dodała
szeptem do Amelii - tata ma wstrzymane wynagrodzenie, bo developer ma
kłopoty finansowe. Jakieś problemy z nowym osiedlem. Na razie nie za
bardzo mogę sobie pozwolić na kosmetyczkę.
* * *
W nocy Amelia długo leżała w łóżku, wpatrując się w ciemność. Wprowadził
się wreszcie ktoś, z kim mogłaby porozmawiać, może nawet zaprzyjaźnić
się. W dodatku przystojny. A ona, jak ostatnia kretynka, rzuciła ten
głupi tekst i uciekła. Jak to się mogło stać? Ale w sumie... to ten cały
Kuba mógł się przecież inaczej zachować. Jakoś... inaczej. Mógł zrobić
cokolwiek, żeby Amelia... Tak, to jego wina, i tyle. Amelia, uspokojona
trochę tym wytłumaczeniem, wreszcie zasnęła.
* * *
Pan Zenek przewrócił kolejną stronę książki i pociągnął łyk zimnej kawy.
Przebiegł wzrokiem po kilku monitorach wewnątrz stróżówki. Nic się na
nich nie działo. Odkąd rozpoczął tu pracę, czyli trzy miesiące temu,
jeszcze nigdy nie wydarzyło się nic niespodziewanego. Dlatego pozwalał
sobie na czytanie. Trzymał książkę w taki sposób, by tuż nad nią widzieć
monitory. Przy początku każdego akapitu4 unosił wzrok, po czym
czytał dalej.
Była już noc i w apartamentowcu Oak Residence5, której to
nazwy nikt nie używał, nie działo się nic. To się oczywiście zmieni, gdy
reszta mieszkań zostanie zasiedlona. Teraz jednak naprawdę nic się nie
działo. Obraz na monitorach pozostawał nieruchomy. Ze swojego fotela pan
Zenek widział przez okno ceglaną ścianę i kawałek podwórka. Tam również
panował niczym niezmącony spokój.
Gdy przewrócił kolejną kartkę, ponownie zerknął na monitory. Już miał
czytać dalej, ale kątem oka coś zobaczył. Odłożył książkę i przyjrzał
się bliżej jednemu z monitorów. Na parkingu ktoś był! Parking Zamku miał
dwa poziomy i ktoś się właśnie przechadzał po poziomie minus dwa. I to w tej części, w której nikt jeszcze nie parkował.
Strażnik nachylił się do monitora. Nie potrafił rozpoznać intruza.
Postać była niewyraźna i półprzezroczysta. Pewnie problem z kamerą.
Pan Zenek wstał i wziął latarkę. Trzeba to sprawdzić. Schodami zszedł na
najniższy poziom parkingu i zapalił latarkę. Na suficie paliły się
lampy, ale po kątach czaił się półmrok.
- Jest tu kto? - rzucił w przestrzeń.
Odpowiedziało mu tylko echo. Ruszył dalej, by obejść cały parking. Stało
tu ledwie kilka samochodów, a wszystkie blisko wjazdu. Za pierwszym
zakrętem już nikt nie parkował. Mimo że był tu już wiele razy, poczuł
pewien niepokój. Być może dlatego, że postać z monitora nie przypominała
nikogo z mieszkańców. A może dlatego, że była tak niewyraźna.
Tknięty nagłym przeczuciem, odwrócił się. Pusto. Bardzo nie chciał
sprawdzać całego wymarłego parkingu, ale na tym przecież polegała jego
praca. Westchnął więc ciężko i ruszył dalej.
Wtedy zupełnie bezszelestnie ktoś przeszedł za jego plecami. Ten ktoś
był niewyraźny i półprzezroczysty.
Według niektórych badaczy zespołu Aspergera nie powinno się nazywać
chorobą. Prawdopodobnie miało go wielu genialnych naukowców i artystów. [wróć]
Ekscentryczny - oryginalny, odbiegający od ogólnie przyjętych zasad
i norm. [wróć]
Racjonalny - logiczny i rozsądny. [wróć]
Dłuższy tekst dla lepszej czytelności dzieli się na fragmenty,
zwane akapitami. W tej książce każdy akapit zaczyna się od małego
wcięcia przed pierwszą literą. [wróć]
Oak Residence (ang.) - Dębowa Rezydencja. [wróć]
Rozdział 2
w którym Albert uświadamia Amelii coś ważnego, Kuba ją rozczarowuje, a rodzina Domeyków obserwuje dziwne rzeczy na balkonie nowych sąsiadów.
Do rana złość jej trochę przeszła. Amelia była nawet skłonna przyznać,
że wczorajsze wydarzenia z podwórka nie stanowiły wyłącznie winy Kuby.
Może i ona też zachowała się troszkę nieodpowiednio. Ale tylko troszkę.
Odrobinkę.
Gdy myła zęby, była już pewna, że to tylko jej wina. Cóż miał zrobić
Kuba? Gonić ją, gdy uciekała?
Po śniadaniu usadowiła się na łóżku i zajęła poprawianiem rysunku.
Królewicz otrzymał twarz Kuby, a machina oblężnicza zniknęła pod
nerwowymi pociągnięciami gumki. Tu nie było miejsca na żadne oblężenie,
królewicz przybywał w pokoju. A królewna Amelia miała go zaprosić do
zamku i ugościć wystawną ucztą.
- Zależy ci na nim. - Albert zajrzał przez drzwi.
- Skąd ten pomysł, panie psychologu?! Przecież ty się nie znasz na
ludziach.
- Ale myślę logicznie i analizuję ich reakcje specjalnym systemem badań.
Zobacz, najstaranniej narysowałaś królewicza. - Albert wskazał rysunek.
- Każda linia jest pociągnięta kilka razy, a reszta obrazka wygląda jak
szkic. Nie możesz zmienić rzeczywistości, więc tworzysz jej model na
papierze.
Amelia przyjrzała się rysunkowi. Nie sposób zaprzeczyć, że w postać
królewicza włożyła najwięcej pracy. Wielokrotnie poprawiała linię
pleców, zarys mięśni pod koszulą i w ogóle całą sylwetkę. Z tego powodu
stał się wyraźniejszy i wychodził z tła. Zrobiła to zupełnie
nieświadomie.
Zamknęła szkicownik.
- Dokończę rysunek na podwórku. Chodź.
- Mnie tu dobrze. Nie chcę nigdzie iść.
- Chcesz! - Podniosła ze stołu książkę Alberta i wetknęła mu w dłoń. -
Poczytasz sobie na świeżym powietrzu, dotlenisz się.
O dziwo, Albert nie protestował dłużej, tylko posłusznie ruszył w stronę
drzwi. Amelia szybko chwyciła szkicownik i piórnik, by wyjść, zanim brat
się rozmyśli. Nie chciała teraz siedzieć na podwórku sama. A brat, nawet
tak niezwykły jak Albert, dodawał jej pewności siebie. Usiądą na drzewie
i będą udawać, że siedzą sobie ot tak, po prostu. A potem przyjdzie
Kuba. Przyjdzie, bo czemu miałby siedzieć w domu. Nie miała nic
przeciwko temu, by królewicz... znaczy Kuba, podszedł do niej, przeprosił
za to, co zrobił wczoraj, chociaż... nic złego nie zrobił. No ale to
zawsze miło, jeśli przeprosi. A potem on zapyta, czy może usiąść obok.
Wtedy Amelia zgodzi się łaskawie, bo gałąź jest przecież długa i zmieszczą się na niej swobodnie. Potem ona będzie rysowała, a on -
podziwiał. I zaczną rozmawiać...
- Zawiesiłaś się?
Pytanie brata wyrwało ją z zamyślenia. Stała wciąż w wejściu do ich
mieszkania.
- Idę, idę. Imbir śpi, nie budźmy go. - Zamknęła za sobą drzwi. Albert
wcisnął guzik wzywania windy. - Z trzeciego piętra windą? - zapytała.
- Nigdy nie ma nieodpowiedniego momentu na skorzystanie z zaawansowanej
technologii.
Amelia westchnęła.
- Nigdy nie mów nigdy - odparła, ale zaczekała na windę.
Zjechali na parter. Po drodze Amelia układała sobie w głowie kolejne
wersje zaproszenia Kuby, aby usiadł na gałęzi obok niej. On przeprosi,
ona się zdziwi i powie, że przecież nic się nie stało, przesunie się
bliżej pnia i zostawi mu miejsce po swojej lewej stronie. Skoro rysuje
prawą ręką, to z lewej będzie mu łatwiej obserwować. A potem on zaprosi
ją na lody albo zrobi coś podobnego.
Wyszli na podwórko i natychmiast cały plan legł w gruzach. Kuba siedział
bowiem na gałęzi. Na JEJ gałęzi. Cały pomysł z zapraszaniem go, by
usiadł, nie miał już sensu, skoro on już tam siedział. Leżał właściwie.
- To nasza gałąź! - powiedziała z pretensją w głosie Amelia.
Chłopak usiadł i spojrzał na nią.
- Nie była podpisana. - Przesunął się kawałek. - Siadaj obok. Gałąź jest
długa.
Co za bezczelność! No i miał siedzieć po jej lewej stronie, a nie
prawej.
- Pomyślę! - Amelia zacisnęła usta. - Nie zamierzasz przeprosić?
Kuba uniósł brwi.
- Za co? Dopiero co wyszedłem z domu...
I jeszcze udaje, że nic nie rozumie! Zepsuć taki piękny plan! A ta jego
dziwaczna siostra rozwija cukierki z papierków i rzuca je w trawę. Co za
rodzina! Po co oni się tu wprowadzili?!
- Albercik, idziemy. - Amelia odwróciła się na pięcie.
- Przecież chciałaś wyjść na dwór - przypomniał brat, który uważnie
obserwował Mi, zastanawiając się, jaki może być powód jej zachowania.
- Wcale nie chciałam! - Pchnęła brata w stronę drzwi.
Weszli na górę, Amelia właściwie wbiegła i otworzyła z rozmachem drzwi
do mieszkania. Pomaszerowała do swojego pokoju.
- Chciałam się z nim zaprzyjaźnić - powiedziała z żalem w głosie. -
Chciałam go zaprosić, żeby usiadł na mojej... naszej gałęzi. A on tam
usiadł wcześniej! Zrobił to na pewno złośliwie!
- Zachowujesz się nieracjonalnie - zauważył Albert. - On nie zna twoich
myśli.
- Teraz już daj mi spokój - warknęła. - Muszę pobyć sama.
Zamknęła mu przed nosem drzwi. Usiadła przy biurku i zapatrzyła się w rysunek. Zdjęła skuwkę z ołówka i dorysowała królewiczowi wąsy, ale nie
takie zwykłe, tylko złośliwie podkręcone.
A potem było już tylko gorzej.
Rysowałaby dalej, gdyby nie Imbir, który coraz wyraźniej dawał znać, że
musi wyjść. Amelia westchnęła, odłożyła ołówek, wzięła z przedpokoju
smycz i torebkę na wszelki psi wypadek.
Na klatce Imbir skręcił w stronę schodów. Nie miał cierpliwości czekać
na windę. To tylko trzecie piętro.
Na parterze pies wystrzelił na zewnątrz, aż mu powiewały uszy.
Przebierając małymi łapkami, pognał na ukos do dziewiątej klatki, jak
rzucony kłębek poplątanej białej wełny.
Imbir od jakiegoś czasu interesował się kratką piwniczną - tą samą,
którą poprzedniego dnia obluzowywał pan Zenek. Tym razem nie tylko ją
obwąchiwał, ale i szczekał.
- Imbir! - zawołała Amelia.
Pies oczywiście nie zwrócił na to uwagi i szczekał dalej. Pan Zenek
akurat wyszedł ze stróżówki i podszedł do dziewczyny.
- Dzień dobry - przywitała go z uśmiechem. - Imbir! Cicho bądź!
- Dzień dobry, Amelio.
Strażnika bardziej jednak interesował pies. Zagwizdał, by odwrócić jego
uwagę od kratki. Najeżony Imbir nie dawał za wygraną.
- Może w piwnicy zalęgły się szczury. - Amelia wzdrygnęła się na samą
myśl. - Powiem tacie, żeby sprawdził.
- Nie, nie! - zaoponował szybko strażnik. - Sprawdzałem. Żadnych
szczurów tam nie ma.
- Coś tam jednak musi być. On się tak zachowuje, jak wyczuje jakieś
zwierzę. Lepiej tam zajrzeć.
Pan Zenek westchnął.
- Umiesz dochować tajemnicy? - zapytał poważnie.
Zdziwiona Amelia przytaknęła. Strażnik rozejrzał się podejrzliwie i głową dał jej znak, by szła za nim.
- Tylko Imbira zostaw tutaj.
Pan Zenek otworzył drzwi i oboje zeszli do piwnicy. Zatrzymali się przed
napisem "Węzeł ciepłowniczy". Strażnik rozejrzał się jeszcze raz i kluczem otworzył zamek. Weszli do pomieszczenia pełnego rur, wskaźników
i zaworów. Było tu zdecydowanie cieplej niż na zewnątrz. Panował tu
dziwny zapach, który dziewczynie kojarzył się z...
- Oj... jakie śliczne! - wykrzyknęła, kucając.
Zza rur wybiegło kilka czarnych, szarych, rudych i biało-czarnych kociąt
i zaczęły się ocierać o jej łydki. Głaskała miękkie futerka i zachwycała
się, jakie są przesłodkie. Tymczasem pan Zenek z butelki nalał wody do
ukrytej pod grubą rurą miski. Do drugiej miski nasypał kociej karmy.
Kotka podbiegła tam i zaczęła łapczywie jeść.
- To taka moja mała tajemnica. - Strażnik mrugnął porozumiewawczo do
dziewczyny.
- Teraz już nasza wspólna. - Amelia nie mogła się opędzić od kociąt.
- Musimy już iść. Nie możemy wzbudzać podejrzeń, Administrator by
kociaki wyrzucił, a mnie zwolnił z pracy.
Amelia niechętnie zostawiła kotki i wyszła na korytarz.
- Przy okazji zrobię obchód garażu - powiedział strażnik i skręcił w szerszy korytarz. - Pamiętaj, ani mru-mru.
- Jasne!
Teraz jeszcze bardziej lubiła pana Zenka. Wybiegła na parter i na
podwórko. Imbir czekał na nią przed drzwiami klatki i oczywiście
szczekał. Obwąchał ją podejrzliwie.
- Jak to dobrze, że ty nie możesz niczego wypaplać. - Amelia pogłaskała
kosmaty psi łeb.
* * *
Rysunek Amelii był ciemny od poprawek. Teraz przed zamkiem na czarnym
koniu siedział zezowaty, czarnowłosy, brodaty i wąsaty rycerz z wielkim
brzuchem. I zamierzał zdobyć zamek. Na blankach stali rycerze w białych
płaszczach. Mieli bronić zamku. Amelii trochę przeszkadzało, że trudno
jej wymyślić ich odpowiedników w rzeczywistości. Zastanawiała się, czy
nie dorysować im twarzy Alberta, ale w końcu wydało jej się to zupełnie
bez sensu. Pan Zenek bardziej by pasował, jednak jakoś nie chciała go
mieszać do tej bajki.
Cały rysunek był bez sensu.
Chwilę później wylądował więc w szafie na stercie, na którą trafiły
poprzednie rysunki. Amelii szkoda było je niszczyć. Robiła to tylko
wtedy, gdy była naprawdę zła. A teraz złościła się raczej na siebie.
Albert oczywiście znów miał rację - przecież Kuba nie mógł znać jej
myśli. Nie wiedział, że chce go zaprosić, żeby usiadł na tej gałęzi obok
niej. Skąd miałby to wiedzieć?
- Możesz mi pomóc? - zawołała.
Amelia niechętnie poszła do łazienki, gdzie zastała mamę z szarobrązową
saszetką w dłoni. Mama próbowała raz w okularach, raz bez nich
przeczytać coś na opakowaniu.
- Ci geniusze umieścili na ciemnobrązowym tle napisy w kolorze
jasnobrązowym. - Podała córce saszetkę. - Spróbuj to rozczytać.
Amelia podeszła do lampki obok lustra i z trudem odcyfrowała:
- "Maseczka błotna na zmarszczki. Rozrobić z niewielką ilością ciepłej
wody i zostawić na pół godziny".
Przyniosła z kuchni płaskie pudełko do przechowywania żywności i widelec. Włożyła je do umywalki. Mama odkręciła lekko ciepłą wodę.
- Niewielka ilość to znaczy ile? - zapytała retorycznie1. -
Specjaliści, ech...
Amelia rozerwała saszetkę i wysypała zawartość do pudełka. Rozmieszała
widelcem, aż otrzymała coś o konsystencji błota. Pachniało jak bagno. A dokładniej jak coś podejrzanego, co przeleżało w tym bagnie całkiem
długo.
- Wygląda i pachnie jak coś... - zastanowiła się - jak coś, czego na pewno
nie nałożyłabym sobie na twarz.
- Piękność wymaga wyrzeczeń - westchnęła mama. - Nie wiesz, gdzie ja
położyłam telefon? - Rozejrzała się. - No nic, zadzwoni, to się
znajdzie. Tam jest napisane pół godziny?
Amelia przytaknęła i też się rozejrzała w poszukiwaniu miejsca, gdzie
mogłaby odstawić pudełko. Wreszcie postawiła je pod umywalką.
* * *
Albert w swoim pokoju na wielkim biurku, tymczasowo zamienionym w stół
warsztatowy, konstruował Uniwersalny Przyrząd Badawczy, w skrócie UPB. W zamyśle miało to być połączenie kamery, noktowizora2 i kilku innych urządzeń, którymi sterował przymocowany na zawiasie
smartfon. Obudowa była wykonana ze starej wiertarki pozbawionej ciężkich
mechanizmów z wnętrza. Nie wiedział, do czego może się przydać UPB.
Jednak zawsze lepiej mieć coś takiego pod ręką, gdyby trzeba było
wykonać jakieś specjalistyczne badania. Wszak Albert był fanem
rozumowego poznawania świata.
W kuchni pan Domeyko w ekspresie ciśnieniowym przygotowywał kawę, a pani
Domeyko intensywnie przeszukiwała salon.
- Nie widziałeś mojego telefonu? - zapytała. - Leżał tu gdzieś jeszcze
pół godziny temu. Zdawało mi się, że przed chwilą słyszałam dzwonek.
Taki krótki, urwany.
Siedząca na kanapie Amelia przeglądała album o prerafaelitach3. W zamyśleniu pokręciła przecząco głową.
- Zadzwoń do siebie, to go znajdziesz - odparł w zamyśleniu tata.
- Jak mam zadzwonić, skoro nie mogę znaleźć telefonu. Ty do mnie
zadzwoń.
Tata wybrał numer mamy. Dzwonek rozległ się z pokoju Alberta.
- Oho, mam złe przeczucia - mruknęła mama.
Poszli do pokoju syna. Albert pochylał się nad smartfonem przymocowanym
do UPB i próbował palcem w rękawicy roboczej wcisnąć ikonę czerwonej
słuchawki, żeby odrzucić połączenie.
- Mój telefon - zauważyła oczywistość mama. - Wziąłeś go bez pytania.
- Ma odpowiednią wersję systemu. - Albertowi udało się w końcu trafić w czerwoną słuchawkę. - Tylko trochę nawala.
Mama popatrzyła bezradnie na tatę. Tata wzruszył ramionami.
- Kupisz sobie nowy - stwierdził. - Może będzie promocja.
- Ale ja czekam właśnie na ważny telefon z wydawnictwa...
- Oto przyczyna nawalania. - Albert wyjął i podał jej kartę SIM. -
Ciągle ktoś dzwonił i przeszkadzał mi w konfigurowaniu systemu.
- Ciągle ktoś dzwonił...? - Mama wzięła kartę w dwa palce i chwilę
patrzyła na nią smutno. - Nawet wiem kto, bo czekam na ten telefon. OK.
Poszukam mojego starego aparatu.
Tata wyjrzał przez okno.
- Co oni wyprawiają? To ci, co się dopiero sprowadzili.
- Ci nowi są trochę dziwni - zauważyła mama. - Na balkonie robią zdjęcia
otwartych kubków po jogurcie.
Rzeczywiście, na wystawionym na balkon stole stały otwarte i trochę już
pogniecione kubeczki po jogurtach. Ojciec Kuby przestawiał je na różne
sposoby, a fotograf poprawiał ustawienia lamp fotograficznych, ekranów
odblaskowych i pstrykał zdjęcie za zdjęciem.
- To jakaś sztuka nowoczesna - zawyrokował pan Domeyko. - Widzę
profesjonalny aparat, a i fotograf też wygląda zawodowo. Hm... Albo może
to ci, hipsterzy. A to co? - Spojrzał na podłogę w korytarzu. Widniały
na niej brązowe ślady małych łapek.
- O nie... - Mama szybkim krokiem ruszyła do łazienki. Drzwi były uchylone
i pachniało z niej bagnem. Zapaliła światło. - O nie!
Pudełko, w którym Amelia rozrobiła maseczkę, leżało przewrócone, a sama
maseczka, czyli błoto, była rozsmarowana po większej części podłogi.
Po śladach łapek mama i tata doszli do sypialni, gdzie ślady krążyły po
dywanie oraz... po łóżku.
- O nie... - jęknęła znów mama.
Dalej ślady doprowadziły ich do pokoju Amelii i tu sytuacja wyglądała
jeszcze gorzej.
- O nie...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pytanie retoryczne - pytanie, na które odpowiedź nie jest potrzebna
ani oczekiwana. [wróć]
Noktowizor - urządzenie umożliwiające widzenie w ciemności. [wróć]
Prerafaelici - stowarzyszenie artystyczne działające w Anglii w XIX
w. odwołujące się do włoskiej sztuki sprzed Rafaela. Prerafaelici
malowali bardzo piękne portrety kobiet. [wróć]