Tytuł oryginału
AMARI AND THE NIGHT BROTHERS
Copyright ? 2021 by B. B. Alston
Published by arrangement with Gemma Cooper Literary Ltd. and Rich Lit Rights
Copyright ? for the Polish edition by Miasto Książek, 2026
Copyright ? for the Polish translation by Dominika Schimscheiner, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Przedruk i kopiowanie całości lub części książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest wyłącznie za zgodą wydawcy.
Przekład: Dominika Schimscheiner
Redakcja: Daniel Dudek
Korekta: Dawid Skowronek
Ilustracja i projekt graficzny okładki: Katarzyna Wójcik
Skład i łamanie: InkPad.pl
Wydanie I, Wrocław 2026
ISBN 978-83-68873-24-5
Wydawnictwo Miasto Książek
50-432 Wrocław, pl. Zgody 9/16
www.miastoksiazek.pl
Cykl: Biuro Spraw Nadprzyrodzonych. Tom 1
Mojej żonie, Quinterii,
która zawsze wierzyła
Rozdział 1
Siedziałam w gabinecie Merritta – ZNOWU – i obserwowałam, jak na korytarzu, za szklanymi drzwiami, matka Emily Grant robi dyrektorowi awanturę. Tak machała rękami, jakbym zrobiła coś znacznie gorszego od popchnięcia tej zarozumiałej małej księżniczki, jej córeczki. To ona pierwsza na mnie naskoczyła. Nie moja wina, że przy okazji straciła równowagę i klapnęła na tyłek na oczach całej szkoły.
Emily stała za matką, otoczona wianuszkiem swoich psiapsiółek. Zakrywały usta i szeptały coś do siebie, zerkając w moją stronę, jakby nie mogły się doczekać, żeby mnie zdybać na osobności. Odchyliłam się na krześle, żeby mnie nie widziały.
No, tym razem się doigrałaś, Amari.
Spojrzałam na zdjęcie ciemnoskórego chłopaka wiszące na ścianie za biurkiem dyrektora. Quinton, dumnie trzymający nagrodę zdobytą w stanowym konkursie matematycznym. Na zdjęciu nas nie widać, ale byłyśmy tam z mamą i kibicowałyśmy mu ze wszystkich sił.
Teraz już nie mamy komu kibicować.
Drzwi gwałtownie się otworzyły i do gabinetu wmaszerowały Emily z matką. Żadna z nich nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Usiadły najdalej ode mnie, jak tylko się dało. Ich niechęć wypełniła cały pokój. Naburmuszyłam się i skrzyżowałam ramiona na piersiach – też ich nie znosiłam.
Chwilę później weszła mama w swoim niebieskim uniformie medycznym. Zadzwonili do niej do pracy – ZNOWU – więc przyjechała do szkoły prosto ze szpitala.
Wyprostowałam się, gotowa bronić swoich racji, ale wystarczyło jedno spojrzenie mamy, by słowa uwięzły mi w gardle.
Dyrektor Merritt zajął miejsce jako ostatni.
– Wiem, że między dziewczynkami panują napięte stosunki – powiedział, wodząc po nas znużonym wzrokiem. – Jednakże, ponieważ to ostatni dzień szkoły...
– Żądam, żeby tej dziewczynie odebrano stypendium! – wybuchła pani Grant. – Nie po to płacę takie wysokie czesne, żeby moja córka była napastowana na korytarzach!
– Napastowana? – oburzyłam się, ale mama uciszyła mnie gestem ręki.
– Amari dobrze wie, że bójki niczego nie rozwiązują – rzekła – ale ta sytuacja trwa już od dawna. Te dziewczynki uwzięły się na moją córkę od jej pierwszego dnia w szkole. Komentarze, jakie zostawiały w mediach społecznościowych, były tak wstrętne, że zastanawialiśmy się, czy całkowicie nie usunąć wszystkich kont Amari.
– I zajęliśmy się tą sprawą natychmiast po otrzymaniu zgłoszenia – przypomniał dyrektor. – Wszystkie cztery dziewczynki dostały pisemne upomnienia.
– A to, jak do mnie mówią? – Pochyliłam się do przodu z płonącymi policzkami. – Przezywają mnie szmateksiarą i pińcetplusem i przy każdej okazji wytykają, że dla takich jak ja nie ma miejsca w tej szkole.
– Bo nie ma – burknęła Emily.
– Cicho bądź! – ofuknęła ją matka, na co Emily przewróciła oczami.
Pani Grant podniosła się, zwracając się do mamy:
– Porozmawiam z córką na temat jej zachowania, ale to pani dziecko uciekło się do przemocy fizycznej. Mogłam zgłosić to na policję. Powinnyście się cieszyć, że tego nie zrobiłam.
Mama się najeżyła, ale ugryzła się w język. Zastanawiałam się, czy to dlatego, że mama Emily miała rację. W końcu zajście widziała cała szkoła.
– Idziemy! – rzuciła pani Grant do córki i obie skierowały się do drzwi. W progu kobieta zatrzymała się i obróciła. – Oczekuję powiadomienia natychmiast, gdy sprawa z wycofaniem stypendium zostanie załatwiona. W przeciwnym razie rada rodziców będzie miała wiele do powiedzenia na kolejnym zebraniu.
Trzasnęła za sobą drzwiami.
Ledwie mogłam usiedzieć na miejscu, tak mnie rozpierała złość. To było takie niesprawiedliwe. Tacy jak Emily Grant nigdy nie zrozumieją, jak to jest nie mieć pieniędzy. Mogą sobie robić, co im się tylko podoba, i nie ponosić konsekwencji, a inni muszą pilnować się na każdym kroku.
– Naprawdę zamierza pan odebrać Amari stypendium? – zapytała mama cicho.
Dyrektor uciekł wzrokiem w bok.
– Nie tolerujemy przemocy fizycznej. Statut jasno określa, że w takim wypadku uczeń zostaje wydalony ze szkoły. Odebranie stypendium to najlżejsza kara, jaką mogę zastosować w tej sytuacji.
– Rozumiem... – Mama zapadła się w krześle.
Mój gniew przerodził się we wstyd. Mama już i tak cierpiała z powodu Quintona. Nie powinnam jej dokładać kolejnych zmartwień tylko dlatego, że nie umiem sobie poradzić z kilkoma hejterkami.
– Wiem, że od... zniknięcia Quintona jest wam... trudno – zwrócił się do mnie dyrektor. – Twój brat był fantastycznym dzieciakiem i miał przed sobą świetlaną przyszłość. Nie trzeba geniusza, żeby powiązać to, co się wydarzyło, z początkiem twoich problemów z zachowaniem, Amari. Mogę umówić cię na bezpłatne spotkanie z psychologiem...
– Nie potrzebuję żadnego psychologa! – zaprotestowałam.
Dyrektor zmarszczył brwi.
– Chyba jednak powinnaś porozmawiać z kimś o tej złości.
– Chce pan wiedzieć, dlaczego popchnęłam Emily? Bo uważała, że to zabawne żartować sobie, że mój brat nie żyje! Ale on żyje. I nie obchodzi mnie, co mówią inni. On gdzieś tam jest, a ja go znajdę i wtedy wam wszystkim pokażę!
Cała się trzęsłam, a łzy spływały mi po policzkach. Dyrektor milczał, a mama wstała, podała mi rękę i przytuliła mnie.
– Idź do samochodu, córeczko. Zaczekaj tam na mnie.
W drodze do domu nie rozmawiałyśmy. Od zniknięcia Quintona minęło pół roku, ale wydawało mi się, że zdarzyło się to dopiero co. Że dosłownie wczoraj dzwonił do mamy, żeby uprzedzić, że wróci do domu na święta bożonarodzeniowe. To było coś, co nie zdarzało się, odkąd Quinton zaraz po liceum dostał tę fantastyczną pracę. Z rodzaju tych, o których nie wolno nikomu mówić, co się w niej robi.
Byłam święcie przekonana, że Quinton jest supertajnym agentem, jak James Bond, ale kiedy go o to pytałam, tylko uśmiechał się pod nosem i mówił: "Mylisz się, ale nie do końca". A kiedy próbowałam wyciągnąć z niego coś więcej, zaczynał się śmiać i obiecywał, że powie mi więcej, jak będę starsza.
Bo widzicie, Quinton jest mądry, w sensie, że naprawdę mądry-mądry. Ukończył Akademię Jeffersona jako prymus i dostał pełne stypendium na dwóch uniwersytetach Ligi Bluszczowej. Odrzucił te propozycje, żeby podjąć pracę w... tam, gdzie pracował. A kiedy zaginął, byłam pewna, że ma to związek z tą jego tajną pracą. A przynajmniej że jakiś jego współpracownik może wiedzieć, co się z nim stało. Ale kiedy mówiłyśmy detektywom o tej jego pracy, patrzyli na mnie i na mamę jak na wariatki.
Bezczelnie twierdzili, że z ich informacji wynika, że Quinton był bezrobotny. Nic, żadne podatki ani dokumenty urzędowe, nie wskazywało podobno na to, że był gdziekolwiek zatrudniony. Ale to kompletnie nie miało sensu, bo Quinton nigdy by nas nie okłamał w takiej sprawie. A kiedy mama powiedziała, że przysyłał pieniądze, żeby nam pomóc, stwierdzili, że widocznie był wplątany w jakieś nielegalne interesy i nie chciał, żebyśmy o tym wiedziały. Nielegalne. To pierwsze, co przychodziło ludziom do głowy, kiedy ktoś pochodził z Rosewood, czyli po prostu mieszkał na osiedlu socjalnym.
Samochodem zatelepało, kiedy przejechałyśmy przez tory. To oznaczało, że jesteśmy już blisko domu. Nie ma co udawać, naprawdę dziwnie było wracać tutaj po godzinach spędzonych po drugiej stronie miasta. Zupełnie jakby świat wokół Akademii Jeffersona i otaczających ją dużych domów był jakiś jaśniejszy, bardziej kolorowy. W porównaniu z tym moja dzielnica wydawała się szara. Minęłyśmy sklepy monopolowe i lombardy. Gdzieniegdzie o znaki drogowe opierały się grupki dilerów, łypiących groźnie, jakby cały świat do nich należał. Wśród starszych chłopaków rozpoznałam Jaydena, z którym chodziłam do podstawówki. Teraz, tak jak oni, nosił na szyi gruby złoty łańcuch. Zauważył nasz samochód i uśmiechnął się szeroko.
Próbowałam odpowiedzieć tym samym, ale sama nie wiedziałam, czy wypadło to przekonująco. Nie rozmawialiśmy od zniknięcia Quintona. I odkąd zaczął się zadawać z tymi łobuzami, od których obiecał mojemu bratu trzymać się z daleka.
Mama zaparkowała pod naszym budynkiem, a potem ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać.
– Mamo? Co się stało...?
– Czuję, że cię zawiodłam, córeczko. Pracuję po dwanaście godzin pięć dni w tygodniu. Tyle jesteś sama, nawet nie masz z kim porozmawiać.
– Nic mi nie jest, mamo. Wiem, że pracujesz tak dużo, bo nie mamy innego wyjścia.
– Nie chcę, żebyś musiała harować tyle co ja. – Mama pokręciła głową. – Stypendium w Akademii Jeffersona było twoją przepustką do dobrej uczelni, do lepszego życia. Bóg jeden wie, że choćbym chciała, nie stać mnie, żeby posłać cię do takiej szkoły. Nie wiem, co teraz zrobimy.
– Przepraszam, mamo... Ale i tak nigdy nie pasowałam do tego miejsca. – Skrzyżowałam ramiona na piersiach i odwróciłam twarz do okna. Quintonowi wszystko przychodziło z łatwością, ale w moim przypadku było inaczej. – Nie jestem Quintonem.
– Nie oczekuję, że będziesz taka jak on. Proszę tylko, żebyś się postarała. Ta szkoła to okazja, żebyś zobaczyła, że poza naszą dzielnicą istnieje wielki świat, pełen możliwości. Szansa na poszerzenie horyzontów. Wiem, że to nie fair – westchnęła – ale prawda jest taka, że na czarnoskórą dziewczynę z Rosewood ludzie zawsze będą patrzeć przez pryzmat uprzedzeń. I nie możesz im dać powodu, by utwierdzać ich w tych przekonaniach.
Nie odpowiedziałam. Słyszałam to już milion razy.
– Amari, jak nie sprawiasz problemów w szkole, to przesiadujesz w domu, godzinami gapiąc się w komputer. To niezdrowe, maleńka.
Doskonale wiedziałam, że ma rację, ale ciężko się skupić na lekcjach, gdy ciągle ktoś na mnie krzywo patrzy albo szepcze obok. A umieszczanie zdjęć Quintona na wszystkich możliwych portalach społecznościowych dawało mi poczucie, że pomagam w poszukiwaniach. Zdawałam sobie sprawę, że to nikła szansa, ale dawało mi choć odrobinę nadziei.
– Proszę cię, żebyś po powrocie do domu wsunęła laptopa pod moje drzwi i tam go zostawiła.
– Ale mamo...
Zbyła mój protest machnięciem ręki.
– Nie chcę tego słuchać. Dopóki nie zaczniesz poważniej myśleć o swojej przyszłości, laptop zostaje u mnie. Porozmawiamy o tym jutro. Teraz muszę wracać do szpitala.
Wysiadłam, trzasnęłam mocno drzwiami i, nie oglądając się za siebie, pomaszerowałam do bramy. I co teraz?
W mieszkaniu rzuciłam się na kanapę i ukryłam twarz w poduszkach. Co za beznadziejny dzień!
W końcu podniosłam się z głośnym westchnieniem i wyjęłam z torby mój zdezelowany laptop. Quinton wygrał go wieki temu, zdobywając drugie miejsce w jakiejś międzynarodowej olimpiadzie naukowej. Oddał mi go, kiedy rok później wygrał lepszy model.
Nawet się nie zdziwiłam, kiedy po otwarciu ekran pozostał czarny.
Spróbowałam jeszcze kilka razy go zamknąć i otworzyć, ale nadal nic. Ponieważ najwyraźniej miał gorszy dzień, zostawiłam go i poszłam do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia.
Tyle że nawet kiedy już przestało mi burczeć w brzuchu, laptop nadal nie chciał się odpalić. Zamknęłam oczy i przyłożyłam go do czoła.
– Mama kazała mi cię oddać i nie wiadomo, kiedy do mnie wrócisz. Proszę, działaj!
Tym razem się uruchomił. Dzięki Bogu!
Darmowe osiedlowe wi-fi było strasznie wolne, ale udało mi się wrzucić zdjęcie Quintona na kolejne kilkanaście stron.
Normalnie w następnej kolejności sprawdziłabym skrzynkę mailową Quintona – hasło znałam od miesięcy: "AMazing_AMari", nick, który wybrałam sobie za czasów zabawy w superbohaterów – ale ciekawość wzięła górę i kliknęłam profil Emily na Instagramie, żeby zobaczyć, czy coś dzisiaj udostępniła. I co zobaczyłam? Swoje zdjęcie z wklejonym napisem:
Nareszcie wakacje! I wiecie co?
W końcu wywalili śmieci ze szkoły!
WYKOPANA!
Pod postem była masa komentarzy. Przeczytałam tylko kilka pierwszych i zatrzasnęłam laptopa. "Patologia...", "Podobno okradała szafki...", "Przyjęli ją tylko dlatego, że jej brat kopnął w kalendarz...".
Nie wywalili mnie, a mój brat nie umarł! Zacisnęłam zęby i podniosłam klapę, chcąc im odpisać tak, żeby się zamknęli. Zesztywniałam, widząc na ekranie nowe powiadomienie. E-mail do Quintona!
Masz 1 wiadomość od: Dyskretne Dostawy
Niby nic wielkiego, ale Quinton nie dostawał nowych maili. Nigdy. Przenigdy. Sprawdzałam jego skrzynkę, odkąd udało mi się wykombinować hasło.
Otworzyłam wiadomość:
Dostarczono przesyłkę.
Potwierdzenie otrzymasz w osobnej wiadomości po podpisaniu odbioru przez adresata: Amari Peters.
Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług. Dyskretne Dostawy – każdy dostaje, co mu się należy, czy się tego spodziewa, czy nie!
Ta wiadomość ulegnie samozniszczeniu za 3... 2... 1...
E-mail zniknął.
Aż podskoczyłam, nie wierząc w to, co się stało. Zniknął! Tak po prostu... I co niby miałam podpisać?
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi wejściowych.
– Kurier!
Rozdział 2
Pognałam do drzwi i otworzyłam je szarpnięciem.
Na wycieraczce stał przygarbiony mężczyzna w łachmanach. Wychyliłam się, żeby wyjrzeć na ulicę. Gdzie podział się kurier?
– Dzień dobry – mruknął, nie podnosząc wzroku. – Mogę zająć chwilę?
Zrobiło mi się głupio, że go zignorowałam.
– Nie mam pieniędzy. Ale w zamrażarce jest pudełko nadziewanych kieszonek. Mama jeszcze nie zrobiła zakupów.
– To miłe z twojej strony, ale właśnie byłem w niezłej restauracji.
– O? A więc nie jest pan bezdomnym?
– Bezdomnym? Na Boga, nie. – Facet w końcu podniósł głowę. Okazał się starszym panem o starannie wypielęgnowanej brodzie. I wcale się nie garbił, tylko pochylał nad tabletem. – Skąd taki pomysł?
Popatrzyłam na jego połatany strój.
– Eee... Przepraszam, tak tylko pomyślałam, bez powodu.
Podążył za moim wzrokiem i poczerwieniał.
– Musisz wiedzieć, że to ostatni krzyk mody w... yyy, nieważne. Nazywasz się może Amari Peters?
Zaskoczona cofnęłam się gwałtownie.
– Skąd pan wie, jak się nazywam?
– Mam to zapisane tu, na tablecie. – Wskazał na urządzenie. – Musisz tu podpisać odbiór przesyłki, a ja pędzę dalej.
– Pan jest... kurierem? – zapytałam nieufnie. – I ma pan dla mnie przesyłkę?
– Mhm – mruknął, obracając ku mnie ekran. – Od niejakiego Q. Petersa.
Zatkało mnie.
– Twierdzi pan, że mój brat mi coś wysłał? – wydusiłam, gdy wreszcie odzyskałam głos.
– Jeśli ten Q. Peters jest twoim bratem, to owszem. Z opisu wynika, że przesyłka zawiera jeden zestaw do "Poszerzania horyzontów".
"Poszerzania horyzontów"? Czy nie o tym właśnie mówiła mama?
– To jakiś żart?
– Nie sądzę. – Kurier ściągnął brwi. – Pracuję w dostawach tylko dorywczo, ale traktuję swoje obowiązki bardzo poważnie.
– No dobrze, przyjmę tę przesyłkę – powiedziałam i dopiero wtedy zauważyłam, że nie ma przy sobie żadnej koperty ani paczki. – Gdzie ją pan ma?
– Najpierw podpis. – Podsunął mi tablet, na którym pospiesznie namazałam palcem swoje nazwisko.
– To gdzie ta przesyłka? – Spojrzałam na niego wyczekująco.
Kurier poklikał coś na ekranie.
– Zostawiłem w szafie w dawnej sypialni Q. Petersa.
– Był pan w moim mieszkaniu?! – Wytrzeszczyłam na niego oczy.
– Za pozwoleniem Q. Petersa, oczywiście. – Odchrząknął głośno. – A teraz... Obawiam się, że będę potrzebował twojego wspomnienia z tej dostawy. W Dyskretnych Dostawach stawiamy na pełną anonimowość naszych klientów. Bez obaw, przesyłkę otrzymasz tak czy inaczej. Po prostu w pewnym momencie poczujesz nagłą, nieodpartą potrzebę wysprzątania tej szafy i wtedy znajdziesz paczkę.
– Czego pan chce? Jakiego znowu wspomnienia? – Cofnęłam się nerwowo.
– Tak, wspomnienia. Tylko tego jednego. – Mężczyzna wyjął coś, co przypominało pilota do telewizora. Potem ponownie zerknął na tablet. – Ach, wybacz. Wygląda na to, że twoje nazwisko figuruje na Liście Zachowania Pamięci. Chyba ktoś tu się wybiera do Biura. Najlepsze trzydzieści lat mojego życia. No cóż, miłego dnia!
Zamrugałam, a kurier dosłownie wyparował. Przez moment nie byłam pewna, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę.
I co takiego czekało na mnie w szafie mojego brata?
Mimo że minęło już tyle czasu, nadal miałam wrażenie, że Quinton zaraz na mnie nawrzeszczy za to, że bez pytania włażę do jego pokoju. Rozejrzałam się wokół. Stare, pomięte plakaty raperów wisiały obok oprawionych zdjęć Stephena Hawkinga i Martina Luthera Kinga, a na półce nad niezaścielonym łóżkiem stały trofea i dyplomy za osiągnięcia w nauce.
Detektywi przewrócili to miejsce do góry nogami, licząc, że znajdą jakieś wskazówki, co mogło mu się przytrafić, ale potem z mamą poukładałyśmy wszystko na swoim miejscu. Chyba obie liczyłyśmy w duchu, że znajdziemy coś, co przeoczyła policja – jakiś drobiazg, który tylko rodzina mogła uznać za ważny. Niestety. Od tamtej pory tu nie wchodziłyśmy. To było zbyt bolesne.
Dopiero gdy weszłam do środka, zalała mnie fala wspomnień. Wszystkie te chwile, gdy wygłupialiśmy się tu z Quintonem. Albo gdy puszczał swoją playlistę, a potem leżeliśmy na podłodze, śmiejąc się i fantazjując, jak to będzie, kiedy przejmiemy kontrolę nad światem. Jak pokażemy naszemu beznadziejnemu ojcu, który zostawił mamę, na co nas stać. I obiecywaliśmy sobie, że choćby nie wiem co, zawsze będziemy się wspierać. Jasne, Quinton był ode mnie dziesięć lat starszy, ale byliśmy naprawdę bardzo zżyci.
Tyk... Tyk... Tyk...
No dobrze, ale z całą pewnością pokój Quintona nigdy wcześniej nie tykał. Dostałam gęsiej skórki.
Może ten dziwaczny kurier wcale nie żartował? Mówił, że paczka czeka w szafie Quintona. I rzeczywiście, im bliżej do niej podchodziłam, tym tykanie stawało się głośniejsze. Wysłał mi zegar czy co?
Przygryzając z przejęcia wargę, otworzyłam drzwi. W środku nie było ubrań, został tam tylko paskudny stary kufer, który Quinton przywlókł kiedyś ze sklepu ze starociami. Pamiętam, że przegrzebywałam tam kosz z zabawkami, szukając czarnoskórej Barbie, a jemu wpadł w oko ten odrapany skórzany grat. Stwierdził, że będzie się idealnie nadawał do przechowywania wszystkich tych wielkich planów na przyszłość, które sobie układał.
Dźwięk wskazywał, że przesyłka od Quintona ukryta jest właśnie w tym kufrze. Na szczęście brat już wiele lat temu wyłamał w nim zamek, więc wystarczyło podnieść klapę. Zaczęłam przekopywać się przez stosy starych teczek i notesów, szukając źródła tykania.
Wkrótce dogrzebałam się do leżącej na dnie czarnej aktówki z białą nalepką opisaną przez Quintona.
Przeznaczone wyłącznie dla Amari
Szybko wyjęłam aktówkę i położyłam ją na podłodze. Zżerała mnie ciekawość. Przez chwilę manipulowałam przy zamku, ale kiedy nic to nie dało, spróbowałam otworzyć ją na siłę. Ani rusz. I wtedy zobaczyłam drugą karteczkę, tym razem przylepioną z tyłu.
Otworzy się o północy ostatniego dnia szkoły.
W ustach mi zaschło, a serce waliło jak oszalałe. Quinton nigdy nie wspominał, że zostawia coś dla mnie w kufrze. Ale pismo na karteczkach na pewno należało do niego.
Może chciał wyjaśnić, gdzie jest i co się z nim stało? Po pół roku zamartwiania się do szaleństwa... Czy to mogły być informacje, jak go odnaleźć?
Zerknęłam na stojący w pokoju budzik. Szesnasta trzynaście. Czyli prawie osiem godzin do północy. Tyle czekania! I na co właściwie czekam?
23:58
Siedziałam w swoim pokoju u wezgłowia łóżka, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Leżąca w nogach aktówka wyglądała podejrzanie.
Znów wyjrzałam na korytarz. Mama wróciła parę godzin temu, ale spod drzwi do jej pokoju nie wydostawało się światło, więc pewnie już spała. To dobrze. Cokolwiek znajdowało się w teczce, Quinton wyraźnie zaznaczył, że tylko ja mogę to zobaczyć.
23:59
Zaczęłam nerwowo krążyć po pokoju, wyrzucając sobie w duchu, że niepotrzebnie się tak nakręcam. W końcu co takiego mogło w niej być?
00:00
KLIK. PSSSSSS...
Podskoczyłam, a z ust wyrwało mi się przekleństwo. Podeszłam ostrożnie do łóżka i usiadłam na materacu. Wzięłam głęboki wdech, żeby się uspokoić, i w końcu uniosłam klapę aktówki. W środku połyskiwało coś w zielono-fioletowe pasy.
Po wyjęciu okazało się, że to gładka tkanina, a gdy uniosłam ją do światła, nabrała kształtów... marynarki od garnituru? Żakietu? W każdym razie była to najbrzydsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Sięgnęłam ponownie do torby i wyciągnęłam pasującą do kompletu parę spodni. Nie miałam bladego pojęcia, o co chodzi, ale i tak nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Cała ta sytuacja wyglądała na dowcip totalnie w stylu głupkowatego poczucia humoru Quintona.
Kiedy znów zajrzałam do aktówki, zauważyłam w niej jeszcze białą kopertę i lustrzane okulary, do których przyczepiono łańcuszek samoprzylepnych karteczek.
1. Połóż się, zanim je założysz.2. Mówię poważnie, połóż się.3. Poważnie – jak babcię kocham.
Dobra, dobra, zrozumiałam!
Przyjrzałam się okularom z bliska. Wydawały się całkiem zwyczajne, poza tym, że dziwnie ciężkie. Na pewno nie wyglądały na sprzęt wymagający potrójnego ostrzeżenia. Może wywołują zawroty głowy czy coś? Mając jednak w pamięci zaklęcie na babcię, postanowiłam nie ryzykować.
Odsunęłam jeszcze teczkę na skraj materaca i położyłam się, zakładając okulary. Nie rozumiem, o co to całe zamiesza...
– Amari?
Ten głos rozpoznałabym wszędzie!
Quinton?!
Rozdział 3
Poderwałam głowę, rozglądając się. Na środku pokoju stał Quinton! Wyskoczyłam z łóżka tak szybko, że potknęłam się o własne nogi. W następnej sekundzie byłam już przy nim, obejmowałam go w pasie, cała się trzęsąc, a on mnie przytulił.
– Ja też za tobą tęskniłem – powiedział, śmiejąc się nieco nerwowo.
W końcu go puściłam, a on się cofnął. Chyba nigdy w życiu nie byłam szczęśliwsza. Mój starszy brat wrócił do domu! Cały i zdrowy, we własnej osobie!
– Ale jak...? Co się z tobą działo? Gdzie byłeś? Musimy powiedzieć mamie! – wyrzucałam z siebie na jednym tchu, wpatrując się w znajomą twarz z tym jego głupkowatym uśmiechem, wielkimi oczami i nierówną linią włosów.
– Wszystko ci wyjaśnię, ale na razie musisz mi zaufać, okej?
Zaufać? Zawsze mu ufałam. Ale jak to możliwe, że pojawił się ot tak, znikąd?
– Yyy, okej.
– Chodź ze mną – rzucił i wypadł z pokoju.
Pobiegłam za nim, ale zatrzymałam się przed ciemnymi drzwiami do pokoju mamy. Musiałam jej powiedzieć, że Quinton wrócił, żeby wreszcie przestała się martwić. Wiedziałam, że teraz wszystko już będzie dobrze, mama przestanie być smutna, nie będziemy się kłócić. Będzie tak jak dawniej.
– Nie ma na to czasu – zawołał Quinton z salonu. – Musimy się spieszyć!
Otworzył drzwi wejściowe i zniknął na korytarzu.
Zerknęłam jeszcze w stronę pokoju mamy. Zastanawiałam się, czy głos brata jej nie obudził, ale światło nadal się nie świeciło.
Pognałam za Quintonem, nie chcąc go zgubić.
– Dokąd biegniemy?
– Na dach!
Na dach? Często się tam wymykaliśmy, mimo że mama nam zakazywała, powtarzając, że to niebezpieczne. Jakbyśmy nie mieli dość rozumu, żeby trzymać się z dala od krawędzi.
Wspięliśmy się po niezliczonych schodach na samą górę, a potem wydostaliśmy się na duży, pusty dach. Tylko że tym razem wcale nie był pusty.
– Czy to... statek? – wyjąkałam.
– No chyba widać. – Quinton uśmiechnął się do mnie przez ramię.
Na rufie łodzi wielkości szkolnego autobusu stała – jakby najzwyczajniej w świecie – chata z bali. Z jej kamiennego komina unosił się dym. Przednią część pokładu otaczał lśniący, złoty reling.
Wszystko to było tak absurdalne, że wybuchnęłam śmiechem. Co tu się w ogóle dzieje?
– Skąd się tu wziął? – zapytałam.
– Szybko! – rzucił Quinton, znikając za łodzią.
Podążyłam za nim, wodząc palcami po gładkim kadłubie. Deski wypolerowano tak dobrze, że lśniąca powierzchnia odbijała moją postać oświetloną blaskiem księżyca. Quinton przywołał mnie gestem. Pociągnął jakąś dźwignię i fragment burty opuścił się, tworząc schodki. Weszłam po nich tuż za bratem. Przestronna kabina ciągnęła się przez całą długość statku. Zanim poprowadził mnie w stronę rufy, do kolejnych schodów, zdążyłam zauważyć jeszcze dwie koje i... czy to były miecze?
Na pokładzie podeszliśmy do dwóch potężnych kół sterowych. Jedno kręciło się w lewo i w prawo, jak na normalnych statkach, ale drugie było zamontowane pod takim kątem, że dało się je pchnąć do przodu lub pociągnąć w tył.
Dotknęłam go i odskoczyłam wystraszona, bo statek gwałtownie przesunął się kawałeczek do przodu.
– Lepiej najpierw nabrać trochę wysokości – roześmiał się Quinton, wskazując podbródkiem drugie koło.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
– Mówiąc "wysokości", chyba nie masz na myśli...
– Owszem, mam – uśmiechnął się i lekko obrócił drugi ster. Zesztywniałam, czując, że się wznosimy, a potem chwyciłam się relingu, przywierając do niego ze wszystkich sił. Wznosiliśmy się, a mój dom, a potem całe osiedle zaczęły pod nami maleć. Jak to możliwe?
Musiałam mieć niezłą minę, bo brat zaśmiewał się do rozpuku.
– Spokojnie, statek został potrójnie wyważony. Nie da się z niego wypaść.
– Ale Quinton! My lecimy! A ty zachowujesz się, jakby to było coś najnormalniejszego na świecie!
– Może i jest – uśmiechnął się pod nosem.
Złapał obiema rękami za drążki drugiego steru, a statek wyrwał do przodu. Wszystko wokół się rozmyło, gwiazdy zmieniły się w smugi światła. Czułam na twarzy pęd powietrza, ale mimo prędkości stałam całkiem stabilnie, jakbym znajdowała się na ziemi. Kiedy Quinton puścił koło, statek łagodnie wyhamował, zawisając pod niebem.
W nos połaskotał mnie słony zapach. Ze wszystkich stron otaczała nas woda.
– To ocean?
Quinton przytaknął skinieniem głowy.
– Spójrz przez lunetę umieszczoną na relingu. Skieruj ją w dół i powiedz, co widzisz.
W dół? Kto patrzy przez lunetę w dół?
Mimo to posłuchałam brata i podeszłam do barierki.
– No, ocean. Nic poza tym.
– Patrz dalej. To specjalny teleskop, więc może chwilę potrwać, zanim twoje oczy przywykną.
Przymrużyłam powieki. Nic... A potem nagle... coś zobaczyłam! Pojawiło się dosłownie na mgnienie i zniknęło – błysk białego światła, jakby błyskawica przecięła dno oceanu.
– Co to było?
– Nie przestawaj patrzeć. I tym razem wyreguluj obraz.
Pokręciłam tubusem i obraz się powiększył. Teraz widziałam już, że to, co wzięłam za błyskawice to świetliste pociągi śmigające po dnie.
– To niemożliwe – wyszeptałam.
Oddaliłam widok, aby zobaczyć więcej, i zamrugałam, oślepiona blaskiem pociągów. Wydawało się, że całe tysiące składów wije się i pędzi zakosami we wszystkie możliwe strony. Rozświetlały wodę tak mocno, jakby chciały przyćmić zawieszone nad nimi rozgwieżdżone niebo. Oglądałam świetlny pokaz dla jednego widza – dla mnie.
– Przepiękne! – powiedziałam ze łzami w oczach, obracając się do Quintona.
Ale szeroki uśmiech, który brat miał na twarzy, odkąd pojawił się w mojej sypialni, zaczął blednąć.
– To Międzynarodowe Atlantyckie Linie Kolejowe – rzekł. – Żałuję tylko, że nie mogłem ci ich pokazać osobiście.
– Nie rozumiem.
– Zależało mi, żebyś zobaczyła, jak cudowny w rzeczywistości jest nasz świat. Wszystko, co widzisz – te koleje, ten statek – istnieje naprawdę. Możesz to zobaczyć zawsze, kiedy tylko zechcesz, Amari. Wszystko, poza mną.
– No coś ty? Przecież cię widzę.
– Teraz patrzysz przez okulary. To tylko interaktywne nagranie. Nazywamy to Jawnym Snem. Zleciłem doręczenie przesyłki na wypadek, gdyby coś mi się stało. Najwyraźniej do tego doszło. Podjąłem się niebezpiecznej pracy, ale pracy, którą kocham. Znałem ryzyko. Mimo to bardzo żałuję, że nie ma mnie teraz z tobą.
Świat wokół zaczął mrocznieć.
Podbiegłam do Quintona i zarzuciłam mu ręce na szyję.
– Co ci się stało?
– Nie wiem – odparł łagodnie. – Ale ten Sen miał zostać ci dostarczony tylko w wypadku, gdyby Biuro uznało mnie za zaginionego albo... nieżyjącego.
– Zaginąłeś. Tylko zaginąłeś. – Zadrżałam. – Czuję to.
Quinton przytulił mnie mocno.
– Cokolwiek mi się przytrafiło, proszę, niech cię to nie powstrzyma przed eksplorowaniem tego świata w całej jego pełni. Ja sam widziałem rzeczy, które aż zapierają dech w piersiach. Zostawiłem dla ciebie rekomendację z instrukcjami.
– Rekomendację? – zdziwiłam się. – Do czego?
Wszystko pociemniało.
– Czas minął, Kurczaczku. Kocham cię.
– Ja ciebie też – wyszeptałam. – Odszukam cię. Prawdziwego ciebie. Znajdę cię, bez względu na wszystko.
Rozdział 4
Rankiem mama zapukała do moich drzwi i zaproponowała wspólne śniadanie. Chciała, żebyśmy spędziły trochę czasu razem.
Kiedy się obudziłam, od razu zaczęłam się zastanawiać, czy Jawny Sen wydarzył się naprawdę, ale wszystko się potwierdziło, gdy tylko zajrzałam do teczki. Brat zostawił dla mnie Sen, umieścił go w okularach i kazał dostarczyć do mieszkania. Kto zajmuje się czymś takim?
Zamierzałam się tego dowiedzieć.
– Wszystko w porządku, maleńka?
Głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia.
– Och... yyy, tak, wszystko okej. – Wyłowiłam łyżką porcję płatków.
Mama przyglądała mi się z drugiego końca niewielkiego stołu. Widziałam, że martwi się, jak sobie radzę z tym, co stało się wczoraj w szkole.
Bardzo chciałam jej powiedzieć o Jawnym Śnie Quintona. Uważałam, że zasługuje na to, by wiedzieć. Ale jak wyjaśnić wizytę zaginionego brata we śnie, w którym leci się łodzią i ogląda podwodne pociągi, i nie wyjść przy tym na wariatkę?
A nawet gdyby mi uwierzyła – w co wątpiłam – czy mogłam ryzykować rozbudzenie w niej nadziei? Dopiero co przestała codziennie wypłakiwać sobie oczy w swoim pokoju.
Dlatego nic nie powiedziałam.
– Wczoraj postąpiłam tak dla twojego dobra – westchnęła mama. – Ja też za nim tęsknię. Bardzo. Ale teraz jesteśmy tylko my dwie. Może ci się to wydawać okrutne, ale zapewnienie ci jak najlepszej przyszłości to mój obowiązek. A nie da się jej budować, żyjąc w zawieszeniu, licząc na coś, co może nigdy nie nastąpić.
– Rozumiem – przytaknęłam szybko, gotowa na wszystko, byle tylko znów się o to nie kłócić.
– A więc zrozumiesz też, dlaczego masz szlaban do odwołania.
Omal nie zadławiłam się płatkami.
– Poważnie?!
– Dobrze wiesz, że nie wolno nikogo popychać. Nawet jeśli sobie na to zasłużył. – Mama wstała od stołu i wzięła torebkę. – Dzisiaj muszę być w pracy nieco wcześniej. Jedna z koleżanek ma chore dziecko. Pamiętaj, nie chcę się po powrocie dowiedzieć, że złamałaś zakaz. Zrozumiano?
– Tak jest.
Mama zatrzymała się wpół kroku i przyjrzała mi się uważnie.
– "Tak jest"? Mówisz tak tylko wtedy, gdy coś knujesz.
Przybrałam najbardziej niewinną minę, jaką potrafiłam, i energicznie pokręciłam głową.
– Cóż, na wszelki wypadek poprosiłam panią Walters, żeby miała cię na oku. A wiesz dobrze, że ta kobieta nie robi nic poza obserwowaniem innych.
– Jasne, mamo – przytaknęłam. W końcu powiedziała tylko, że nie chce się dowiedzieć, że wychodziłam, a nie, że nie wolno mi wychodzić.
Po powrocie do pokoju wyjęłam wszystko z aktówki i rozłożyłam przedmioty na łóżku: fioletowo-zieloną marynarkę i spodnie, kopertę, w której znajdowały się dwie kartki, oraz okulary z zapisanym Jawnym Snem. Założyłam je już z dziesięć razy od przebudzenia, ale najwyraźniej przestały działać.
Ponownie zabrałam się za czytanie wszystkich dokumentów z koperty Quintona. Na pierwszej kartce było napisane:
(Obowiązkowo przypiąć zszywaczem u góry każdego dokumentu wychodzącego)
OSTRZEŻENIE
OSTRZEŻENIE
(Na wypadek, gdyby ktoś nie widział pierwszego)
OSTRZEŻENIE
(Teraz już na pewno nie przeoczy)
Poniższe informacje są ściśle tajne, ponieważ dotyczą lokalizacji, w której przechowuje się miliony pilnie strzeżonych tajemnic. W związku z tym czytanie tych dokumentów bez odpowiednich uprawnień może skutkować nieokreśloną liczbą poważnych konsekwencji, do których należą między innymi (choć lista ta nie jest wyczerpująca):
Strącenie w bezdenną otchłań.
Zamknięcie w metalowej skrzynce i wystrzelenie w kosmos.
Rzucenie na pożarcie pewnemu stworzeniu zamieszkującemu pewną podwodną kryjówkę, które to – w celu zatajenia faktu jego istnienia – pozostanie bezimienne.
Już samo to przeczytałam ze trzy razy. No bo "bezdenna otchłań" i "tajemnicze wodne stworzenie"?
A zatem, jeśli komuś zdarzyło się natknąć na ten dokument przez czysty przypadek, a chciałby uniknąć wyżej wymienionych konsekwencji (a dowiemy się nawet, jeśli tylko zerkniesz!), musi postąpić następująco:
Umieść dokumenty w kopercie, zaklej ją, owiń kopertę w nie mniej niż trzy żółte koce (najlepiej w jednolitym odcieniu), wciśnij to wszystko do kartonu, obklej taśmą i wyślij na poniższy adres:
Nie Twoja Sprawa
ul. Nie Pytaj Która
Nowy Jork, NY 54321
Jeśli natomiast ten, kto to czyta, został uznany za osobę wyjątkową i posiada odpowiednie uprawnienia, może przejść do następnej strony.
C. Kretts
Jeszcze wczoraj nic bym sobie nie robiła z tego ostrzeżenia, ale teraz coś mi mówiło, że ludzie, dla których pracuje Quinton, nie znają się na żartach. Na szczęście on sam jasno dał mi do zrozumienia, że przesyłka znalazła się w moich rękach nieprzypadkowo. Zresztą potwierdzała to druga strona.
REKOMENDACJA DO ROZPATRZENIA
Rekomendujący: Quinton Javon Peters
Rekomendowana: Amari Renee Peters
Okres ważności: nie wcześniej niż po ukończeniu dwunastego roku życia, nie później niż po ukończeniu osiemnastego.
Niniejszą rekomendację należy przedłożyć osobiście pod adresem:
1440 N. Main St., Atlanta, GA 30305,
w celu odbycia niezbędnej rozmowy kwalifikacyjnej.
Po przybyciu na miejsce należy skorzystać wyłącznie z pierwszej windy od lewej. Po zamknięciu drzwi dwadzieścia sześć razy nacisnąć przycisk oznaczony literą "P" (piwnica) i czekać na dalsze instrukcje.
Jasne, tylko najpierw trzeba tam jakoś dotrzeć. Niestety to nie te wszystkie ostrzeżenia były najgorsze. Do nogawki pasiastych spodni przyczepiono karteczkę:
Włóż to na rozmowę
Nie ulegało wątpliwości, że mojemu bratu już całkiem odbiło. Bo jak inaczej mógł oczekiwać, że pokażę się na osiedlu w czymś takim? Obśmialiby mnie jeszcze zanim wyszłabym z klatki. A chwilowo nie mogłam wdawać się w kolejną bójkę. Przygryzłam wargę.
To wszystko wydawało się takie nierzeczywiste. To przecież czyste szaleństwo.
Ale co, jeśli to działo się naprawdę? Jeśli była to moja jedyna szansa, żeby dowiedzieć się czegoś o Quintonie? Jedyna szansa, by sprowadzić go do domu?
Trudno. Musiałam to sprawdzić. A to oznaczało założenie tego pasiastego paskudztwa.
Zeszłam po schodach, czając się, jakbym ukrywała się przed jakimś złolem z horroru. Rekomendację miałam przy sobie, w kieszeni marynarki. Po wyjściu na ulicę odetchnęłam – wokół nie było nikogo. W każdym razie do czasu, aż z sąsiedniego budynku wypadła banda smarkaczy. Zaczęli wytykać mnie palcami i chichotać, co tak mnie rozproszyło, że zapomniałam się schylić, przechodząc pod oknem pani Walters. Oczywiście, że mnie zobaczyła i zaczęła szybko skrobać coś w tym swoim notesie. Wiedziałam, że jak mama wróci z pracy, będę miała przechlapane.
Głupi, ohydny kostium klauna, pomyślałam i w paskudnym nastroju klapnęłam na ławeczkę na przystanku. Zerknęłam na telefon. Autobus miał przyjechać lada moment, ale dla mnie oznaczało to wieki męki.
Przy krawężniku przede mną z piskiem opon zatrzymało się wiśniowe Camaro. Szyby zjechały w dół, a ze środka wychyliło się paru chłopaków, może osiemnasto-, dziewiętnastoletnich.
– Hej, mała, zgubiłaś się? – rzucił do mnie ten z dredami. – Cyrk zawinął się stąd w zeszłym tygodniu.
Z wnętrza samochodu buchnął rechot.
– Odczep się – warknęłam, czując żar na policzkach.
– A gdzie reszta twojej tęczy?
Znów ryknęli śmiechem.
– Chyba bardzo się wam nudzi, co?
Wtedy tylne drzwi od strony ulicy otworzyły się i z samochodu wyskoczył Jayden.
– Ej, dajcie jej spokój, to moja ziomalka – zawołał, obiegając auto.
Kolesie z samochodu naśmiewali się jeszcze chwilę, rzucając żarciki o "zakochanej parze", ale w końcu odjechali.
Jayden usiadł obok mnie na ławce. Urósł chyba o głowę, odkąd ostatni raz widziałam go z tak bliska, ale mimo to nadal wyglądał jak dzieciak. Na jego piersi lśnił złoty łańcuch, a na nogach miał nowiutkie jordany.
– Spoko wyglądasz, Mari. Niezłe to afro.
– Dzięki – uśmiechnęłam się. – Od wieków nikt mnie tak nie nazywał.
– Coś nie trzymasz się już z nami – wzruszył ramionami. – Od kiedy Quinton... No wiesz.
– Tak jakoś wyszło. – Tak naprawdę, mimo że chodziliśmy z Jaydenem do jednej klasy, znałam go tylko dlatego, że Quinton udzielał mu korepetycji w dzielnicowym Centrum Kultury i Sportu. Aż głupio przyznać, ale wszyscy moi dawni znajomi to dzieciaki, które Quinton poznał wcześniej niż ja.
– Sorki, ale muszę zapytać... O co chodzi z tym strojem? – zaśmiał się Jayden. – To jakiś mundurek tych bogatych dzieciaków?
– Haha, nie. Musiałam się tak ubrać na rozmowę kwalifikacyjną, bo... To skomplikowane.
– Szukasz pracy na wakacje czy coś?
– Coś w tym stylu.
Jayden spoważniał. Rozejrzał się wokół i znów spojrzał mi prosto w oczy.
– Słuchaj, jak potrzebujesz kasy, to mogę ci pożyczyć. – Wyjął z kieszeni zwitek dwudziestodolarówek. – Ty i twój brat tyle razy mi pomogliście. Wreszcie mógłbym się odwdzięczyć.
Choć teraz nie było już tego po nim widać, Jayden miał w życiu o wiele gorzej niż większość dzieciaków z osiedla. My przynajmniej mieliśmy mamę, która się nami opiekowała. A pamiętam, że gdy go odwiedzałam, to przeważnie nawet nie wiedział, gdzie podziewa się jego matka. Ani co ma i czy w ogóle będzie jadł kolację. Cała moja pomoc polegała na tym, że dzieliłam się z nim tym, co akurat sama miałam. Czasami była to połowa jakiegoś batonika. Zawsze był nam za to wdzięczny.
Spojrzałam Jaydenowi w oczy, sprawdzając, czy nie żartuje, ale nie – mówił całkiem serio. Kwota, którą miał przy sobie, była ogromna. Tak duża, że mama nie musiałaby się przez jakiś czas martwić rachunkami. Ale w żadnym razie nie mogłam przyjąć od niego pieniędzy.
– Wiem, czyje to pieniądze, Jayden. Ci ludzie robią lewe akcje i co chwilę zgarnia ich policja.
– Ej, nie znasz ich i nic o nich nie wiesz – powiedział, chowając pieniądze. – Im przynajmniej zależy na tym, co ze mną będzie.
Przez głowę przemknęły mi słowa Quintona: "Nie zmienisz świata, jeśli nie będziesz przystawała z ludźmi, którzy również chcą go zmienić. Szybka forsa z czegoś, co szkodzi innym, to nie jest dobra droga. Nie daj się w to wciągnąć".
– Mojemu bratu na tobie zależało – przypomniałam mu. – I wiem, że ci kolesie nie sypią kasą z dobrego serca, tylko żądają czegoś w zamian. Powiedz, że nie rzuciłeś szkoły, żeby móc się z nimi włóczyć.
– Robię, co muszę – zachmurzył się Jayden. – Dobrymi ocenami się nie najem. A nawet gdyby coś mi dały, to i tak nie ma już nikogo, kto pomógłby mi w nauce. Ci, którzy teraz udzielają korków, niczego nie rozumieją. Patrzą na mnie z góry i mówią tylko, że już powinienem wiedzieć to czy tamto. Quinton był inny. Potrafił tłumaczyć tak, że wszystko rozumiałem.
Jego słowa mocno mnie poruszyły. Przypomniały mi, że nie tylko ja i mama polegałyśmy na Quintonie. Program darmowych korepetycji to jedna z wielu rzeczy na długiej liście, które się pogorszyły, odkąd mój brat zniknął.
Pochyliłam się ku Jaydenowi.
– A co, jeśli udałoby mi się sprowadzić go z powrotem? – zapytałam. – Wróciłbyś do nauki?
– Mówisz, że wiesz, gdzie on jest? – zdumiał się chłopak.
Zza zakrętu wyłonił się autobus.
– Nie do końca – przyznałam. – Ale chyba wiem, jak zacząć go szukać. Obiecaj mi, że nie zrobisz żadnej głupoty. Quinton by się wkurzył, gdyby tak się stało.
Czekałam do ostatniej chwili, zanim wsiadłam do autobusu, ale Jayden nie odpowiedział.
Kiedy zajęłam miejsce, spojrzałam na niego przez okno.
Pokręcił głową, ale posłał mi szeroki uśmiech.
– W porządku, Mari – powiedział bezgłośnie.
Rozdział 5
Zdziwiłam się, gdy po dotarciu pod adres 1440 North Main Street zobaczyłam biurowiec. Był to niewysoki wieżowiec zbudowany z metalu i ciemnego szkła. Nie spodziewałam się, że tajna siedziba strzegąca "tylu tajemnic" będzie tak rzucać się w oczy...
Mimo soboty w budynku panował duży ruch. Pokonując schody do wejścia, starałam się ignorować spojrzenia, jakimi ludzie obrzucali mój strój. Początkowo spanikowałam na widok ochroniarzy stojących tuż za drzwiami, ale strażnik tylko się do mnie uśmiechnął i przepuścił mnie, nie zadając żadnych pytań. Odszukałam wzrokiem windy i, klucząc w tłumie dorosłych, ruszyłam w ich stronę. Taki już mój pech, że akurat dzisiaj w budynku musiała się odbywać jakaś konferencja.
Według instrukcji musiałam zaczekać, aż ostatnia winda po lewej będzie pusta. Łatwo powiedzieć. Jak na złość korzystało z niej najwięcej osób. Tak mnie zmęczyło sterczenie pod nią, że przysiadłam na niewielkiej ławeczce. Jakieś piętnaście minut później tłum w holu zaczął się przerzedzać i wreszcie nadarzyła się okazja. Tyle że gdy już zadowolona weszłam do środka, w ostatniej chwili do kabiny wślizgnął się jakiś ponury łysol.
Wyciągnęłam rękę, żeby powstrzymać drzwi przed zamknięciem.
– Co ty wyprawiasz? – oburzył się facet. – Już jestem spóźniony na ważne spotkanie!
Myślałam gorączkowo, co zrobić, bo już zaczęłam tracić nadzieję, że uda mi się kiedyś dotrzeć tam, gdzie chciałam.
– Przepraszam, jestem strasznie przeziębiona. – Kichnęłam na pokaz i zakaszlałam. – Nie chcę, żeby pan się zaraził.
Facet łypnął na mnie niechętnie i się odsunął.
– Hm, może jednak zaczekam na następną. – Wyskoczył z windy tak pospiesznie, jakbym zarażała śmiertelnym wirusem.
Nareszcie byłam w kabinie sama. Zaraz po zamknięciu drzwi zerknęłam jeszcze raz na formularz rekomendacji i nacisnęłam dwadzieścia sześć razy guzik piwnicy.
Kiedy zrobiłam to po raz ostatni, lampy przygasły, a czerwona wiązka światła przesunęła się po kabinie.
– Wykryto rekomendację – odezwał się automat. – Udzielono dostępu.
Tylna ściana windy się rozsunęła, ukazując kręty korytarz wyłożony metalowymi płytami.
Niemożliwe! Czy to działo się naprawdę?
Wychyliłam się, usiłując dojrzeć, dokąd prowadzi korytarz, ale zaraz zakręcał. No cóż, chyba nie ma odwrotu.
Zestresowana ruszyłam korytarzem, a wkrótce dotarłam do niewielkiej poczekalni. Stało w niej sześć krzeseł, a w małym stojaku w rogu leżały gazety.
Pulchna blondynka za kontuarem przywitała mnie uśmiechem.
– Czym mogę służyć?
– Mój brat zgłosił mnie do... – Właściwie to do czego mnie zgłosił?
– Ach tak, naturalnie – potaknęła uprzejmie jasnowłosa kobieta. – Niestety osoba zajmująca się rekrutacją jest chwilowo nieobecna...
Gdzieś w głębi rozległ się łomot.
– Ach, wygląda na to, że właśnie dotarła. Proszę wejść przez te drzwi po lewej i iść do samego końca. To będzie ostatni gabinet po prawej.
Poszłam za jej wskazówkami. Drzwi do gabinetu były uchylone, więc zajrzałam do środka. Na podłodze leżały roztrzaskane szczątki biurka, a nad nimi stał dziwny facet. Wyższy ode mnie, ale tak samo szczupły, z szopą rozwichrzonych brązowych włosów przetykanych pasmami siwizny. Jednak to nie on był taki dziwny, a raczej jego strój.
Jaskrawopomarańczowe spodnie, w odcieniu drogowego pachołka, dobrane do żarówiastej koszuli w tym samym kolorze. Nie żebym nie widziała wcześniej pomarańczowej koszuli, ale ta była jeszcze bezczelnie pokryta pomarańczowymi i brązowymi piórami.
– Wejdź, wejdź – zaprosił mnie gestem, nawet nie podnosząc wzroku. – Muszę tu tylko trochę uprzątnąć. Poleciłem transporterowi przenieść mnie do biura, nie do biurka. – Podrapał się po podbródku. – Choć nie zaprzeczę, że wydając komendę, akurat przeżuwałem wyśmienitą kanapkę ze stekiem.
Weszłam niepewnie do środka. Powiedział "transporterowi"?
– Nazywam się Amari...
– A ja Barnabus Ware, obawiam się jednak, że lepiej się nie poznamy. – Nadal mówił, w ogóle na mnie nie patrząc. – Niestety tegoroczny kurs letni już się rozpoczął i dzieciaki zostały przydzielone do swoich pokoi.
Już się rozpoczął? Serce mi zamarło.
– Ale jak to? Spóźniłam się? Przecież dopiero co otrzymałam rekomendację.
– Zasady to zasady. Osoba, która cię rekomendowała, powinna była wypełnić odpowiednie oświadczenie, jeśli twój rok szkolny trwał dłużej niż zwykle. Ale nic straconego, w przyszłym roku też będzie lato... – Wreszcie podniósł głowę, a na mój widok wybałuszył oczy. – Najmocniej przepraszam, jeśli to dość niedyskretne pytanie, ale czy ten komplet to oryginalny Duboise?
Spojrzałam na swoje ubranie w ohydne zielono-fioletowe paski i wzruszyłam ramionami.
– Nie wiem, co to Duboise...
Mężczyzna aż jęknął.
– Tylko najgenialniejszy projektant ubrań i akcesoriów na świecie! – Pan Barnabus okrążył ruinę biurka, podszedł do mnie i złapał za rękaw, mnąc materiał w palcach. – Świetny. Tak. Doskonały. Mogłabyś zdjąć żakiet? Z przyjemnością bym go przymierzył.
– Eee, jasne. – Nie mogłam uwierzyć, że kogoś mógł interesować ten przebrzydły ciuch. No chyba że po to, by go spalić i radośnie zatańczyć na jego popiołach. Ale z drugiej strony ten facet czuł się dobrze w pomarańczowo-brązowych piórach. Zdjęłam marynarkę i podałam mu ją.
A on naprawdę zaczął ją na siebie wciskać! Był ode mnie o głowę wyższy! Nie było mowy, żeby w nią wszedł.
A jednak. Żakiet pasował doskonale. Aż otworzyłam usta ze zdumienia.
– Jakim cudem...?
– Och, z całą pewnością jest autentyczny. Przy tylu podróbkach trudno to teraz stwierdzić na pierwszy rzut oka. Ale tylko prawdziwy Duboise posiada funkcję "uniwersyfikacji rozmiaru". To jedyny sposób na potwierdzenie oryginalności. Żona i ja ufamy im bezgranicznie. – Ware wskazał na swój strój. – Mój model pochodzi z kolekcji tropikalnej i nosi nazwę "Istota Piaskowej Papugi". Ach, pewnie się zastanawiasz, dlaczego mam na sobie wakacyjny komplet. Już wyjaśniam. Widzisz, rozkoszowaliśmy się urlopem, gdy otrzymałem pilną wiadomość od przełożonego, że na listę zostało dopisane dziecko, a w biurze nikogo nie ma! Wydawałoby się, że można oczekiwać od współpracowników, że przejmą moje obowiązki, gdy jestem na wakacjach, prawda?
– Eee, chyba tak. Ale czy możemy wrócić do tematu mojej marynar...
– No właśnie! – przerwał mi Ware, gwałtownie podnosząc ręce. – To nie są żadne nierozsądne oczekiwania! Ale najwyraźniej nie, nie przy takiej partnerce jak Thesda Greengrass. Kobieta załamuje się za każdym razem, gdy konfiskują jej jednego z tych jej przeklętych kotów. Nie rozumiem, czemu jej sąsiedzi wciąż protestują przeciwko trzymaniu tygrysa. Zresztą nieważne, pod koniec miesiąca pewnie sprawi sobie kolejnego. Pojęcia nie mam, skąd ta kobieta je bierze...
– Panie Ware! – weszłam mu w słowo, kompletnie zbita z tropu.
– Tak?
– Moja marynarka. Jak to się stało, że na pana pasuje?
– No jak to jak? Dzięki patentowemu zaklęciu, oczywiście. A niby jak inaczej?
– Zaklęciu? – powtórzyłam, unosząc brew. – W sensie... magicznemu?
– No tak. – Ware skrzyżował ramiona na piersi. – Możesz mi powiedzieć, jak właściwie zdobyłaś ten garnitur?
– Był w aktówce. Brat mi go zostawił.
– Ach tak. Teraz rozumiem. Zakładam wobec tego, że twój brat jako pierwszy z rodziny podjął tę pracę?
– Chyba tak. Chociaż nie wiem dokładnie, o jaką pracę chodzi.
Ware pogładził się po brodzie.
– W normalnych okolicznościach nie jestem tym, który nagina zasady, no, ale przecież nie możemy odprawić z kwitkiem kogoś o tak wysmakowanym guście modowym. Nawet jeśli narzuconym. No dobrze, siadaj – westchnął.
Usiadłam, choć czułam się trochę dziwnie po drugiej stronie roztrzaskanego biurka.
– Moim obowiązkiem jest zaoferowanie ci miejsca na naszym dość nietypowym obozie letnim. Niestety nie mogę ci zdradzić żadnych szczegółów, dopóki nie odpowiesz mi, czy weźmiesz w nim udział. Przemyśl to. Jeśli uznasz, że cię to nie interesuje, nasze spotkanie się kończy i będziesz mogła wrócić do czegokolwiek, co tam planowałaś w życiu. To właśnie dlatego spotykamy się tutaj, w tym gabinecie, a nie w faktycznej siedzibie Biura. Jeśli jednak się zdecydujesz, miej świadomość, że twój udział w tegorocznym obozie będzie obowiązkowy. Zrozumiano?
Przełknęłam nerwowo ślinę i skinęłam głową.
– A więc cała ta rozmowa kwalifikacyjna polega na tym, że pyta mnie pan tylko, czy chcę wziąć udział?
– Tak, właśnie tak. A co, wolałabyś coś trudniejszego? Jeśli chcesz, mogę skombinować parę równań algebraicznych.
– Nie, nie – zaprzeczyłam pospiesznie, a pan Ware zachichotał.
– A więc... jak brzmi twoja odpowiedź?
Bardzo chciałam się natychmiast zgodzić, ale nie mogłam przestać myśleć o Quintonie.
– Brat mówił, że to, co robi, jest niebezpieczne. Czy to prawda?
Już myślałam, że nie odpowie, ale po chwili powiedział:
– Tak, to może być bardzo niebezpieczne.
Nagle przestraszyłam się nie na żarty. Przez głowę przemknęły mi wizje rozbrajania bomb i zapasów z aligatorami.
– Czy jest jeszcze coś, co może mi pan powiedzieć?
– Przykro mi, ale powiedziałem już za dużo. Obawiam się, że nie mogę zdradzić więcej informacji, dopóki nie wyrazisz zgody na udział w obozie.
Nawet jeśli to niebezpieczne, to przecież Quinton chciał, bym doświadczyła tego wszystkiego, co on. A przecież zawsze chciał dla mnie jak najlepiej. Na wspomnienie pociągów rozświetlających ocean przeszył mnie dreszcz ekscytacji. Poza tym to mogła być jedyna szansa, by odkryć, co stało się z moim bratem.
Spojrzałam na pana Ware'a.
– Tak, zgadzam się – powiedziałam i wstrzymałam oddech w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić.