Jako nastolatka też byłaś bardzo zapracowana. Uczyłaś się i w liceum ogólnokształcącym, i w średniej szkole muzycznej.
Miałam trochę stracone beztroskie dzieciństwo. Wracałam z liceum, w locie jadłam obiad i już pędziłam na kolejne zajęcia do szkoły muzycznej. Do domu docierałam wieczorem. Póki sąsiedzi nie spali, póty ćwiczyłam nowe utwory, a potem do północy odrabiałam lekcje. Ciągle byłam niedospana. W wakacje potrafiłam spać po czternaście godzin dziennie.
Mogłaś się zbuntować!
Nawet przez myśl mi to nie przeszło! Bardzo dużo czasu minęło, zanim w końcu odważyłam się mówić "nie". Asertywność? A co to takiego? Pamiętam, że nawet już na studiach głowiłam się, co mam zrobić, kiedy chłopak, który mi się nie podobał, zaproponował spotkanie. Wiesz, ile się nakombinowałam, odmawiając, byle go tylko nie urazić?! Uczono mnie, by nikomu nie sprawiać przykrości.
Warszawskie liceum, do którego chodziłaś, uczestniczyło wtedy w programie "Młodzież blisko kultury". Do których teatrów zaglądaliście?
Na przykład do Teatru Klasycznego, Powszechnego, Polskiego, Ateneum.
Zbierałaś po przedstawieniach autografy?
Nie, ja nie, ale moje koleżanki owszem.
A dlaczego ty nie?
Bardzo się wstydziłam. Kiedy dziewczyny z klasy czekały na Bogusza Bilewskiego, Mariana Kociniaka czy Romana Wilhelmiego, stałam pięćdziesiąt metrów dalej, żeby nie było widać, że także należę do tej grupy. Zawsze izolowałam się od sfory. Do dzisiaj zresztą źle się czuję w tłumie - i prywatnie, i zawodowo. Na szczęście łaskawy los nie dał mi do ręki halabardy i stania w zbiorówkach.
Jak to więc się stało, że poszłaś do szkoły teatralnej? Nie stronisz przecież od tłumnie gromadzącej się wokół ciebie publiczności. Masz spotkania z widzami, rozdajesz autografy...
Jeżeli ktoś pragnie choćby zdawkowego kontaktu i śladu w postaci podpisu czy uściśnięcia dłoni, to jest to dla mnie wyróżnienie. Trzeba to docenić i szanować.
A o zdawaniu do szkoły teatralnej zdecydował przypadek. Miałam w liceum wspaniałą polonistkę i to ona podsunęła mi taki pomysł. Może dostrzegła u mnie jakieś predyspozycje? Rodzice nie protestowali. Chyba też zorientowali się, że nie miałam jakiegoś szczególnego talentu muzycznego. Decydując się na szkołę teatralną, nie myślałam o popularności czy sławie. Po prostu po każdym obejrzanym spektaklu wychodziłam rozpalona z emocji i... zazdrości, że to nie ja rozdaję te emocje, lecz tylko je odbieram...
Złożyłam jednak również dokumenty na medycynę i psychologię. Może gdyby nie to, że egzaminy na uczelnie artystyczne są wcześniej niż na akademię medyczną, dziś byłabym lekarzem? Wciąż odczuwam silny związek z ludźmi medycyny. Mam wśród nich wielu przyjaciół i gdy czasem uświadamiam sobie ulotność mojego zawodu, to mówią mi, że i ja przecież także... leczę.
Medycyna to bardzo praktyczny kierunek studiów. Oferujący bardziej stabilne życie. A aktorstwo? Ryzykowałaś...
Ryzyko towarzyszy wszystkiemu, co wykonuje się z pasją i traktuje jako rodzaj życiowego spełnienia. Ryzykowałam, gdy zdecydowałam się porzucić szkołę muzyczną i studiować w szkole teatralnej. Ryzykowałam także później, przenosząc się z Krakowa do Warszawy. Ryzykuję przy każdej nowej roli. Ryzykuję czasem zdrowie, byle tylko nie odwołać przedstawienia. Ryzyko jest po prostu wpisane w ten zawód. Podobnie jak kontakty z publicznością, o które pytałeś.
Aktor bez publiczności niewiele znaczy, a nawet nie znaczy nic.
Właśnie. Czy wiesz, że Marlena Dietrich, kiedy już nie grała i nie wychodziła z domu, odgrywała swoje role przed... jednoosobową widownią - swoją sekretarką?
To trochę przerażające... O Marlenie, którą aktualnie grasz, porozmawiamy jeszcze, ale wróćmy do twoich początków. Pierwsze lekcje gry na fortepianie pobierałaś w Komorowie.
To trzydzieści kilometrów od Warszawy. Rodzice mieli tam działkę. Uczyła mnie hrabina Franciszka Leszczyńska, kompozytorka, pianistka i pedagog, absolwentka Konserwatorium Warszawskiego w klasie fortepianu, która zapisała się złotymi zgłoskami w historii muzyki. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych skomponowała kilkadziesiąt piosenek dla ówczesnych gwiazd estrady, w tym dla Wiery Gran, Marii Koterbskiej czy Mieczysława Fogga.
Mój pierwszy bal stał się piosenką roku 1961, a Augustowskie noce wciąż wzbudzają żywe emocje wśród słuchaczy. A jak ty zapamiętałaś spotkania z tą wybitną kompozytorką?
Na lekcje zawsze wysyłała po mnie swoją służącą Kelerkę. Willa Leszczyńskiej sąsiadowała z domem Komorowskich, o czym dowiedziałam się niedawno od Mai Komorowskiej. Wtedy jednak nie spotkałyśmy się, choć byłyśmy tak blisko... To był świat przedwojennej arystokracji, świat artystów, literatów, muzyków. Do tej pory mam w oczach układ ogromnego salonu hrabiny: dwa fortepiany, wielki stół, na którym było wszystko - srebra, biżuteria, jakieś fragmenty garderoby, jedzenie dla kota, nuty, rękopisy... Na ścianie cenne obrazy, złocone ramy kryształowych luster, oranżeria, zapach starodrzewu...
Zupełnie inny świat...
Nasza działka znajdowała się niedaleko, ale to był rzeczywiście zupełnie inny świat. Leszczyńska uwielbiała mojego ojca, który był bardzo przystojnym mężczyzną i miał ogromne poczucie humoru. Zapraszała go na przyjęcia i ojciec opowiadał mi, że kiedyś jeden z literatów, widząc nową twarz w salonie, spytał go: "Pan też pisze?", a ojciec odpowiedział: "Tak, i niestety często z błędami". Po wielu latach, szukając utworów do Scen niemalże małżeńskich Stefanii Grodzieńskiej, trafiłam na Panią Prezesową, kompozycję swojej pierwszej nauczycielki muzyki... i mamy ją w naszym spektaklu.
Ale muzyka zawsze towarzyszyła mojej rodzinie, choć rodzice nie zajmowali się nią profesjonalnie. W domu zawsze było pianino, zresztą mam je do dzisiaj. Stuletni, trochę sfatygowany, ale piękny instrument ze świecznikami. Moja mama pod koniec życia, kiedy już bardzo chorowała, prosiła: "Gdy będę odchodzić, nie rozpaczaj! Siądź do pianina i graj". Więc jej grałam. Do końca.
Wzruszyłaś mnie... Byłaś bardziej związana z mamą czy z tatą?
Z obojgiem byłam bardzo blisko, choć inaczej. Mama - ekstrawertyczka, bardzo temperamentna - lubiła być w centrum uwagi, gwiazdować, co mnie, dorastającą, czasem krępowało. Rozsiewała zniewalające ciepło. Tata - introwertyk, patrzący z uśmiechem i wyrozumiałością. Chociaż byli tak różni, na pewno mieli kilka wspólnych cech charakterystycznych dla regionu, z którego pochodzili: serdeczność, otwartość, gościnność. Domyślasz się? No, tak, wschodnia Polska. Podlasie.