1
Tamtej soboty wszystko układało się świetnie. Minął tydzień od najlepszej imprezy w naszym życiu. Była to także pierwsza impreza w naszym życiu, więc nie mieliśmy dużego porównania.
W każdym razie Esme, Eric i ja bawiliśmy się doskonale, tańcząc i śmiejąc się do późna. W poniedziałek wróciliśmy do naszej codzienności, czyli lekcji, sprawdzianów i prac domowych, do czego w moim przypadku należało jeszcze dodać tortury, którym poddawała mnie ciocia Paula, abym stała się najlepszą Black, jaką mogłam być. Jakie tortury? No wiecie: języki obce, wspinanie, nurkowanie, pilotowanie samolotów, sztuki walki i tak dalej.
Chociaż muszę przyznać, że ciocia była trochę mniej surowa niż zazwyczaj. Być może kolacja z lordem Thomsingiem (z którym prawie codziennie rozmawiała przez telefon) udała się znacznie lepiej, niż mi opowiadała. Nie żeby opowiadała mi dużo, bo kiedy zapytałam ją o kolację z naszym przyjacielem i sojusznikiem, zbyła mnie zwykłym: "Och, bardzo dobrze, okoń, którego podają w tej restauracji, jest wyborny" i dalej zajmowała się swoimi sprawami.
Może powinnam zadać bardziej precyzyjne pytanie. Jakość jedzenia niezbyt mnie interesowała. Chciałam za to wiedzieć, czy ciocia i lord Thomsing postanowili pójść o krok dalej w swojej przyjacielskiej relacji, czy zacieśnili więzi... No, krótko mówiąc, czy są parą.
Bardzo polubiłam lorda Thomsinga, a odkąd pojawił się w naszym życiu dzięki poszukiwaniom jego rodzinnego talizmanu, ciocia wyglądała na bardziej zadowoloną i zrelaksowaną. Poza tym pasowali do siebie. A moja ciocia zasługiwała na to, żeby być szczęśliwa po tylu latach, które spędziła, opiekując się mną.
W tamtym momencie znajdowałam się na placu treningowym w ogrodzie: przeskakiwałam przez przeszkody, wspinałam się po linach i biegałam tam i z powrotem, starając się uzyskać jak najlepszy wynik. Eric mierzył mi czas, siedząc na ławce i zajadając potrójnie czekoladowe lody.
- Dawaj, Amanda! Byłaś wolniejsza o trzy sekundy niż poprzednio... Tracisz swoje umiejętności.
- Ciekawe, jak ty byś sobie poradził - rzuciłam przez ramię, wspinając się na ściankę. Pot spływał mi po czole, ale nawet to nie mogło mi zepsuć dobrego humoru, który miałam tamtego poranka.
- Ha! Dobry żart! Tyle że... ja nie nazywam się Black! Nie muszę tego robić! - powiedział, po czym znowu polizał loda.
Byłam na górze ścianki, kiedy zobaczyłam, jak Benson wychodzi z willi frontowymi drzwiami i kieruje się w naszą stronę. W dłoniach trzymał tacę z dwiema szklankami.
Zeskoczyłam ze ścianki, wykonując salto, i wylądowałam na ziemi akurat w chwili, gdy lokaj się do nas zbliżał.
- Benson! - Podbiegłam do niego. - Przyniosłeś mi tę smaczną lemoniadę, którą tylko ty potrafisz zrobić?
- Naturalnie... I coś jeszcze.
Wzięłam szklanki i jedną podałam Ericowi, który właśnie kończył jeść loda. Następnie zabrałam lokajowi tacę z rąk i gestem zaprosiłam, by usiadł obok mojego przyjaciela, a tacę postawiłam na drewnianym stole stojącym tuż przy ławce. W tym momencie zauważyłam kopertę, na którą wcześniej nie zwróciłam uwagi. Byłam pewna, że to "coś jeszcze" ma związek właśnie z tą kopertą.
Usiadłam na ziemi i upiłam dwa długie łyki lemoniady. Umierałam z pragnienia.
- No dobrze, to teraz daj mi kopertę - poprosiłam, wyciągając rękę.
- Przedtem musimy porozmawiać, panienko Amando - powiedział Benson i zabrał kopertę z mojego zasięgu.
- Ile razy mam cię prosić, żebyś nie nazywał mnie panienką? Benson, jesteś moją rodziną, moim przyjacielem... Masz już nigdy nie nazywać mnie panienką.
- W porządku, Amando - zgodził się lokaj. - Niemniej musimy porozmawiać, zanim wręczę ci zawartość tej koperty. Ericu, ciebie też to zainteresuje...
Mój przyjaciel nic nie powiedział, lecz coś w jego zachowaniu zmieniło się w niemal niedostrzegalny sposób. Cała jego uwaga skupiała się teraz na naszym rozmówcy, jednak prawie się nie ruszył i dalej małymi łyczkami popijał swoją lemoniadę. Wyglądał na roztargnionego, ale wiedziałam, że to tylko pozory. W żadnym razie nie był roztargniony. Gdyby umknęło mi coś z tego, co zamierzał powiedzieć nam Benson, miałam pewność, że Eric mógłby to później powtórzyć słowo w słowo.
- Dobrze, dzieciaki - zaczął lokaj. - Doszły mnie słuchy, że dziś wieczorem Irma Dagon spróbuje ukraść pewien przedmiot z Miejskiego Muzeum Archeologicznego.
- Jaki przedmiot? - zapytał Eric.
- Chodzi o starożytny sztylet... Nie jesteśmy jednak pewni, czy ten przedmiot stanowi jakieś zagrożenie dla ludzkości...
- Nieważne - przerwałam mu. - Może ona wie coś, o czym my nie wiemy. Jeśli Irma Dagon chce zdobyć ten sztylet, to znaczy, że musi on mieć potężną moc i prawie na pewno jest niebezpieczny. Myślę, że musimy ją uprzedzić i go ukraść. A jeśli później się okaże, że nie mieliśmy racji, po prostu go zwrócę. Obiecuję.
Benson przytaknął.
- Tak myślałem... - mruknął. - A więc bierzmy się do dzieła, musimy zaplanować kradzież.
Wstał, wziął tacę i ruszył w stronę domu. Na mojej twarzy pojawiło się zaskoczenie. Spojrzałam pytająco na Erica, a on wzruszył ramionami.
- Benson! Zaczekaj! - krzyknęłam, zrywając się na równe nogi. - A koperta?
- Lepiej w pracowni, Amando - odparł, nie zwalniając kroku. - Lepiej w pracowni. Nie mamy wiele czasu na przygotowanie misji.