1
- Ciociu, zaczekaj na mnie! Nie idź tak prędko! - wykrzyknęłam, przyspieszając kroku.
Próbowaliśmy torować sobie drogę między tłumem ludzi, który wypełniał wąskie, zygzakowate alejki kairskiego suku*. A raczej to ja próbowałam, ponieważ reszta mojej grupy (składającej się z cioci Pauli, lorda Thomsinga, Bensona i Erica) miała nade mną sporą przewagę.
Poruszanie się tymi uliczkami było przygodą samą w sobie. Wpadałam na przechodniów, turystów i handlarzy, a mój nos zderzał się czołowo z aromatami przypraw, niekiedy słodkimi, czasami pikantnymi, które się unosiły w powietrzu. Kurz sprawiał, że łzawiły mi oczy, co prawie nie pozwalało mi podziwiać piękna budynków i łuków w stylu mameluckim (o tym powiedziała mi ciocia Paula, bo nie miałam zielonego pojęcia). A jednocześnie z powodu pośpiechu cioci, by dotrzeć do celu, nie mogłam się zatrzymać i obejrzeć towarów oferowanych przez miejscowych rzemieślników na stoiskach i w warsztatach. Targ powstał w XIV wieku i musiałam przyznać, że było tu naprawdę wspaniale. Trochę zbyt dużo ludzi, ale koniec końców wspaniale.
Zaledwie dwa dni wcześniej moja ciocia otrzymała tajemniczą kopertę. Miała ona delikatny złoty kolor, a cała krawędź, zarówno z przodu, jak i z tyłu, była obwiedziona cienką, błyszczącą czarną linią. Wszystko, co zdołałam zobaczyć, to imię i nazwisko nadawcy (niejaki Zahi Hewiss) oraz pieczęć lakową, która gwarantowała, że koperta nie była wcześniej otwierana.
Kiedy Benson przekazał cioci korespondencję, nie mogła się powstrzymać i krzyknęła podekscytowana. Uroczyście otworzyła kopertę i wyjęła z niej czarną i błyszczącą kartkę. Tekst napisano atramentem, który świecił złocistym blaskiem. Z łakomym wzrokiem ciocia przysunęła sobie kartkę do oczu, żeby ją przeczytać, i dziwny atrament oświetlił rysy jej twarzy.
Zanim się odezwałam, odczekałam chwilę, czyli około dwie sekundy, ponieważ od razu zauważyłam, że zawartość tej koperty "teleportowała" moją ciocię w jakieś nieznane mi miejsce.
- Co to jest, ciociu? - zapytałam, starając się ukryć zaciekawienie.
- To? - odpowiedziała pytaniem, wracając do teraźniejszości. Zauważyła moje zainteresowanie i zamierzała mnie torturować. - To najlepsze, co nas spotkało od bardzo dawna... To zaproszenie.
- Otrzymujemy dużo zaproszeń, co takiego wyjątkowego jest akurat w tym? - chciałam wiedzieć.
- Przysłał je mój przyjaciel. Znamy się od dziecka.
- Aha... - Wzięłam głęboki oddech. - Coś więcej?
- Jest kustoszem Muzeum Egipskiego w Kairze...
- I co napisał?! - wrzasnęłam w końcu, próbując wyrwać jej kartkę. Byłam jednak zbyt wolna, bo roześmiana ciocia zabrała ją z zasięgu mojej ręki.
- Jedziemy do Egiptu - oznajmiła, kiedy uznała, że wycierpiałam już wystarczająco dużo. - Mój przyjaciel zaprasza nas dwie wraz z osobami towarzyszącymi na uroczystość, która zdarza się raz w życiu. To wydarzenie historyczne, wyjątkowe. Przebudzenie Nilu.
- Przebudzenie Nilu? A co to znaczy? Nie jest obudzony?
Ciocia Paula znowu się roześmiała.
- Nie, nie jest. I chodzi o to, żeby do tego nie dopuścić właśnie dzięki temu rytuałowi - wytłumaczyła. - Legenda głosi, że co dwieście lat Nil się budzi i wybucha gniewem, i jeśli nie zrobi się nic, żeby do tego nie doszło, plagi pokryją Ziemię...
- Jakie plagi? - przerwałam jej.
- Sprawdźmy, czy pamiętam... - Ciocia zmrużyła oczy, próbując sobie przypomnieć. - Pierwsza jest taka, że woda zamieni się w krew, druga to inwazja żab, później wszy, następnie much, a potem pomór bydła. - Za każdym razem, gdy wymieniała jedną plagę, podnosiła palec. Podniosła już wszystkie palce lewej dłoni i zaczęła podnosić palce prawej. - Dalej wrzody... Od tego momentu robi się jeszcze bardziej nieciekawie, bo kolejne plagi to grad oraz ogień, plaga szarańczy i koników polnych, plaga ciemności i na końcu śmierć pierworodnych... Tyle. Chyba nie pominęłam żadnej.
- Rany... Faktycznie lepiej, żeby Nil się nie przebudził... - powiedziałam z westchnieniem.
- Och, kochanie, tak naprawdę to tylko impreza, którą organizuje się co dwieście lat... A także doskonała okazja, żebyśmy odwiedziły kraj, z którego wywodzą się Blackowie. Będzie wspaniale... Rytuał usypiania wód odbywa się po to, żeby bóg Nilu, zwany Hapim, się nie wściekł i żeby plagi nie opanowały Zieeeeeemiiiiii - dokończyła ponurym tonem.
Roześmiałam się. Ciocia Paula była w świetnym nastroju. Perspektywa wyjazdu do Egiptu sprawiła, że promieniała ze szczęścia.
- Ten cały Hapi chyba nie jest taki zły, skoro wystarczy zwykła impreza, żeby się zrelaksował - powiedziałam, nadal się śmiejąc.
- Zobaczysz, Amando, będzie wesoło... - przekonywała. W połowie zdania przyszło jej do głowy coś jeszcze i otworzyła szeroko oczy. Czekałam cierpliwie, aż ciocia to z siebie wyrzuci, chociaż już się domyślałam, co to będzie. - Zostaniemy tam kilka dni dłużej i zwiedzimy Egipt! Zawsze chciałam tam wrócić.
Wyobrażałam sobie, że ta cała impreza będzie strasznie drętwa. Na pewno pełna starszych i nudnych ludzi rozmawiających o nudnych rzeczach i upijających małe nudne łyki ze swoich kieliszków zawsze pełnych wina. Ale jeśli ten wyjazd obejmował także wakacje (i opuszczenie lekcji) i jeśli do tego moja ciocia była taka szczęśliwa, to nie miałam nic przeciwko.
Po "wypadku" z Nefrytowym Dzwonkiem obawiałam się, że nasza relacja nie będzie już taka sama. Powoli jednak doszłyśmy do siebie po tym wszystkim, co się wtedy wydarzyło... Poza tym mogłam zabrać osobę towarzyszącą i nie miałam wątpliwości, kto nią będzie: Eric, mój najlepszy przyjaciel. Oczywiście jeśli zechce.
A chciał.
Powiedział coś w stylu, że nie co dzień trafia się zaproszenie na historyczne wydarzenie. I to w Egipcie! Miał wielką ochotę poznać ten kraj, jego świątynie, piramidy i wielowiekowe grobowce z równie wielowiekowymi mumiami. Jedyne, co go trochę martwiło, to czy uda mu się przekonać mamę, żeby pozwoliła mu jechać. Ciocia Paula zadzwoniła więc do mamy Erica i porozmawiała z nią przez kilka minut, a kiedy się rozłączyła, jej uśmiech powiedział mi to, co chciałam wiedzieć: Eric mógł mi towarzyszyć. Z okrzykiem ekscytacji pobiegłam na piętro, żeby wybrać rzeczy, które zabiorę na pierwsze w swoim życiu wakacje. Wreszcie podróż, w trakcie której będę mogła coś zwiedzić! Żadnych misji! Żadnego ścigania się z czasem! Żadnych niebezpieczeństw! Zwyczajne wakacje!
W ciągu zaledwie paru godzin spakowałyśmy walizki, a mój przyjaciel i lord Thomsing, który dołączył do nas jako osoba towarzysząca cioci Pauli, przyjechali już do naszego domu. Ciocia i lord Thomsing dalej się spotykali i wyglądali na jeszcze bardziej zakochanych. Cieszyłam się, bo ciocia zasługiwała na to, żeby być szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa. Zbyt długo zajmowała się tylko dbaniem o mnie i niemal zapomniała przeżywać własne życie. Tak, zasługiwała na szczęście u boku lorda Thomasa.
Niedługo potem z najlepszymi strojami starannie złożonymi w walizkach wylecieliśmy jednym z naszych samolotów w kierunku Kairu.
Oczywiście towarzyszył nam również Benson, który perspektywą odwiedzenia Egiptu był podekscytowany tak samo albo nawet bardziej niż ciocia Paula, ponieważ - jak powiedział - nie był tam od wieków. Zaproponowałam, że odstąpię mu swoje zaproszenie na rytuał usypiania wód, ale najwyraźniej nie mogłam się tak łatwo wymigać od tej nudnej imprezy pełnej nudnych ludzi, ponieważ on otrzymał własne zaproszenie. W trakcie lotu ciocia Paula opowiadała nam historie o Egipcie, o bogu Hapim i o wielu innych bogach czczonych w starożytności. Oprócz tego nauczyła nas pisać hieroglifami imię Hapi, choć zastrzegła, że można to zrobić na różne sposoby. Dzięki temu podróż minęła nam błyskawicznie i zanim się zorientowaliśmy, już lądowaliśmy w Kairze.
No i teraz byłam tutaj, w mojej najbardziej eleganckiej sukience i moich najbardziej niewygodnych butach, przyspieszając kroku w alejkach suku (po tym, jak wcześniej napiliśmy się herbaty w lokalu sprzedawcy antyków, wieloletniego przyjaciela mojej cioci i Bensona), starając się zdążyć na rozpoczęcie rytuału.
Nie wyobrażałam sobie jednak, że nie będzie to mój ostatni bieg tego wieczoru.
* Suk - bazar.