Amadea Złamane Zasady - An. Gos

Kup ebooka

26.25 zł
21.79 zł (22,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ama

Siedzę w kostnicy, gdzie stoi trumna z ciałem babci nieboszczki i przyglądam się ludziom, którzy nazywają się moją rodziną. Nie wiążą nas żadne więzy krwi, bo to krewni mojego ojczyma, ale kiedy miałam trzy lata związał się z moja matką i odtąd traktowałam go już jak ojca a jego rodzinę jak własną. Ojczym nienawidził wszystkich krewnych, co zrozumiałam z biegiem czasu. Jednak zawsze mi powtarzał, że rodzina to rzecz święta w mafijnym świecie. Wróć! Nie lubił, gdy ktoś go nazywał mafią i ja też tego nie lubię. Wolę, jak mówią zorganizowana grupa. Lepiej brzmi. A więc wracając do rodziny ojczyma, czyli jego siostry Rud i jej głupiej córki Emily oraz zięcia Bobby'ego, no i babci nieboszczki - to z miłą chęcią już dawno odstrzeliłabym im łby. Ale rodzina to rodzina i zabić ich można było tylko wtedy, kiedy wymagała tego sytuacja.

Byłam szefem i musiałam przestrzegać tych reguł, aby dać dobry przykład swoim ludziom, których też odziedziczyłam w spadku, po śmierci ojczyma. Większości się to nie podobało, ale kiedy jako piętnastolatka, - zastrzeliłam jednego z nich, zmienili zdanie. Pedro wprowadzał mnie w swój świat, odkąd skończyłam dwanaście lat. Nigdy nie wspominał, że mam zająć jego miejsce, ale kiedy przeszłam najgorszą z możliwych próbę, która zostawiła blizny nie tylko na moim ciele, ale także na umyśle, stało się to oczywiste.. Od tamtej pory w moim kodeksie nie istnieje słowo "litość". Każdy dostaje to na co sobie zasłużył..

Właśnie przyglądam się bliźniaczkom, Mayi i Nicol - moim nastoletnim, przyrodnim siostrom, wzdychającym na co dzień do zdjęcia Leonarda DiCaprio - i zastanawiam się czy byłyby w stanie udźwignąć ciężar grupy stworzonej przez ojca a zarządzanej teraz przeze mnie. Raczej nie. Są na to za słabe. Ja też kiedyś taka byłam, ale Pedro nauczył mnie jak walczyć z własnymi słabościami. Tak oto patrzę na ciotkę Rud, która zalewa się łzami nad trumną

swojej matki i ledwo powstrzymuję się od parsknięcia śmiechem. Łzy są oznaką słabości. Odkąd skończyłam dwanaście lat nie uroniłam ani jednej.

Nerwowo spoglądam na zegarek, bo ta farsa trwa już długo, a mam jeszcze kilka spraw na mieście, no i muszę pojechać do fabryki samochodów, która stanowi przykrywkę dla rodzinnego biznesu. Fabryka jest w pełni legalna i matka myśli, że pracuję tam na co dzień, ale to jest tylko bezpieczna przystań dla moich interesów. Ojciec trzymał matkę i bliźniaczki z dala od grupy, i ja robię to samo. Im mniej wiedzą tym lepiej dla nich, a i mnie łatwiej jest je chronić.

- Amadea, a ty nie pożegnasz się z babcią? Ona cię bardzo kochała, mimo wszystko. - Ciotka Rud, jak zawsze nie mogła powstrzymać się od złośliwych komentarzy i na każdym kroku wytykała mi, że nie byłam córką jej brata. Zresztą babcia, była taka sama. Zawsze dawała mi odczuć, że jestem w tyle za bliźniaczkami.

- Z trupem mam się żegnać? - uśmiecham się sztucznie, czym zamykam jej parszywą gębę. Mam nadzieję że końca uroczystości pogrzebowych, nie odezwie się już do mnie ani słowem. Mam na głowie ważniejsze rzeczy niż pogaduszki z Rud. Tym bardziej, że ciotka to typ człowieka któremu można napluć w twarz a powiedziałby, że deszcz pada.

W końcu ta cała szopka się kończy i kondukt żałobny odprowadza ciało babki na miejsce wiecznego spoczynku. Kiedy trumna znika w ciemnej mogile, wszyscy zaczynają się rozchodzić.

Przekraczam próg bramy cmentarnej i zauważam Luisa po drugiej stronie ulicy. Luis to moja prawa ręka i zawsze wie co ma robić, a kiedy zjawia się niezapowiedziany, to znak, że ma złe wieści.

Kiwam głową w jego kierunku, dając mu do zrozumienia, że go zauważyłam, po czym wyciągam telefon i wybieram jego numer.

­- Ama, za pół godziny w magazynie "A".

Rozłączam się i znowu kiwam głową w jego stronę. Ton głosu jakim mówił, zdradza, że to coś poważnego, dlatego chcę jak najszybciej odwieźć mamę i siostry do domu, a następnie wymigać się od rodzinnego obiadu i pojechać do magazynu. Oznaczenia literowe magazynów nie są przypadkowe - "A" to magazyn bezpieczny, przeznaczony do rozmów z kontrahentami na broń, narkotyki i kradzione samochody, magazyn "B", to składzik broni, magazyn "C", narkotyków i tak dalej aż do litery "J" oznaczającej magazyn tortur i egzekucji. Wszyscy moi ludzie znają ten szyfr i wiedzą, jakimi literami posługiwać się w rozmowach z klientami.

Wsiadam do swojego czarnego lexusa, a matka i bliźniaczki sadowią się zaraz za mną. Na co dzień jeżdżę innymi autami, ale lexus jest właśnie na takie okazje jak ta - nie przyciąga niepotrzebnie uwagi i idealnie się prowadzi, nie tak jak te sztywne bryki niskopodłogowe.

Droga upływa bez zakłóceń, ale jakieś pięć kilometrów przed celem, policja zatrzymuje samochód Bobby'ego. Zatrzymuję się za nim, wysiadam i podążam w stronę policjanta. Chłystek powinien mnie znać z nazwiska. Połowa policjantów w tym kraju, jak nie wszyscy, siedzi w mojej kieszeni i na dźwięk mojego nazwiska, sra po gaciach, ale ten wydaje się niewzruszony. I ma prawo. Z wyglądu może mnie nie znać - Coś się stało? - pytam grzecznie

- A pani to kto? Adwokat? - Próbuje być zabawny, ale kiedy moja kamienna twarz zostaje bez zmian, dodaje - Niech się pani odsunie i nie przeszkadza.

- Amadea Biloxi - przedstawiam się, ale nic, zero reakcji, gówniarz mnie olewa. Ostatkiem sił powstrzymuję się od wyjęcia broni, którą zawsze mam za paskiem, a za to wyciągam telefon i wybieram numer szefa policji stanowej. Krew pulsuje mi w skroniach, roznosi mnie i chętnie bym coś rozjebała, bo czas mnie goni, a muszę się użerać z jakimś tępym chujem..

- Tak Ama? - Pułkownik odbiera, niemalże od razu, głosem drżącym jak struna.

- Możesz mi kurwa powiedzieć, co twój pachołek robi na moim terenie? - cedzę przez zaciśnięte zęby

- Nowy jest, przepraszam, zaraz to załatwię.

- Mam kurwa, taką nadzieję.

Rozłączam się i dopiero zauważam, że policjant i Bobby przysłuchiwali się tej rozmowie. Po chwili dzwoni telefon policjanta, który odbiera i skupia wzrok na mnie. Po kilku sekundach, jego twarz blednie. Kończy rozmowę i oddaje dokumenty Bobby'emu, trzęsącymi się dłońmi.

W końcu ruszamy z miejsca i dalsza droga mija w spokoju. Parkuję na podjeździe pod domem mamy, ale nie gaszę silnika.

- Nie zostaniesz na obiedzie?

- Nie mogę mamo, muszę jeszcze coś załatwić - uśmiecham się sztucznie.

- Córeczko, wykończysz się przez tą fabrykę, powinnaś kogoś zatrudnić do pomocy. - Matka patrzy na mnie ze zmartwieniem, ale łapię ją za rękę i mocno głaszczę.

- Pomyślę o tym, a teraz muszę jechać.

Całuję ją w dłoń, po czym ona wysiada i kieruje się w stronę domu, gdzie na werandzie czeka cała wesoła rodzinka ojca. Macham im w przelocie i gnam do magazynu. Gdyby tylko matka wiedziała kim tak naprawdę jestem, i że w fabryce pojawiam się tylko na trzy godziny dziennie, to nie wiem, czy chciałaby mnie znać. Czasami się nad tym zastanawiam, ale mam nadzieję, że nigdy się nie dowie. Chociaż może wie, tylko woli udawać, że jest inaczej? Wątpię, żeby przez dwadzieścia lat nie zorientowała się, czym zajmuje się jej mąż. Ojczym zawsze trzymał ją z daleka od swoich spraw i fabryki, a że matka prawie nie wychodziła z domu z powodu lęków depresyjnych, to miał ułatwione zadanie. Nie wiem. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałam a matki wprost nie mogę zapytać.

Zostawiam lexusa obok samochodu Luisa i wchodzę do magazynu. Jak zwykle mój człowiek czeka na mnie oparty o biurko w nienagannym stroju, czyli czarnych spodniach i granatowej koszuli, której rękawy ma podwinięte do łokci. Nie wiem, dlaczego, ale podoba mi się, kiedy faceci tak robią. Koszule wyglądają elegancko, ale z podwiniętymi rękawami mają luźny styl. Gdyby Luis nie był moją prawą ręką to chętnie wylądowałabym z nim w łóżku. Mój ojczym wpajał mi jednak ważną zasadę - personel to personel, i choćby faceci stawali na chuju to nie ma szans, żadne romanse nie wchodzą w grę. A poza tym z Luisem, znamy się od dziecka, przeszliśmy razem bardzo wiele i tylko jemu ufam bezgranicznie.

- Co jest Luis? - Siadam wygodnie w fotelu i rozpinam guziki marynarki.

- Dwie sprawy. Pierwsza to taka, że mamy w magazynie "J", frajera, który sprzedawał dragi w naszym klubie i podszywał się pod jednego z naszych dilerów.

- Zajmę się nim, osobiście. Podejrzewam, że to sprawka Morgana, od dawna próbuję się wbić na nasz teren.

- Być może, ale mamy większy problem. Od informatora wiem, że w zespole Bareta, pojawił się nowy komisarz i poluję na ciebie. No jednym słowem chcę cię zapuszkować.

Niech próbuję. Baret jest naczelnikiem tutejszej policji i jak wszyscy, siedzi też w mojej kieszeni. Ale od czasu do czasu, góra wysyłała pod jego skrzydła podobno najlepszych policjantów, którzy mają złapać sprawcę masowych morderstw i kradzieży samochodów, czyli mnie. Jak widać, żadnemu się to do tej pory nie udało, bo albo Baret przekonuje ich, żeby zrezygnowali z tych spraw albo po prostu ja na jakiś czas usuwam się w cień, dopóki wszystko nie cichnie.

Tak tylko dodam od siebie, że dwa podobnie uparte psy, pływają już na dnie tutejszej rzeki.

- Nie on pierwszy i nie ostatni. Jak się nazywa? - Marszczę brwi i z uwagą wpatruję się w twarz Luisa.

ROZDZIAŁ TRZECI

Mickey

Budzę się rano i leniwie otwieram jedno oko a następnie drugie. Rozglądam się w koło i dostrzegam, że nie jestem w swoim łóżku, ani nawet w swoim mieszkaniu, i jak by tego było mało, nie spałem sam.

Obok mnie leży śpiąca Valeria i dopiero ten widok pobudza we mnie wspomnienia z poprzedniego wieczoru. Byliśmy w barze i piliśmy drinki. Na początku było fajnie, rozmawialiśmy trochę o pracy a później o podróżach. Cały czas kątem oka, skanowałem salę w poszukiwaniu jakieś fajnej laski, którą mógłbym zabrać do siebie, ale kilka drinków później to właśnie Valeria kleiła się do mnie i tak wylądowaliśmy u niej. Mam tylko nadzieję, że nie zacznie snuć wielkich nadziei i planów związanych ze mną, bo jak na razie nie interesują mnie stałe związki. Sex, owszem bez zobowiązań, ale żadnej miłości. Valeria to świetna i ładna dziewczyna, ale nie pociąga mnie w żaden sposób i nawet sam nie wiem, dlaczego wylądowaliśmy razem w łóżku. Jedyne co pamiętam to, że podczas seksu z Valerią cały czas myślałem o Biloxi i nawet teraz na samo wspomnienie o niej, mój sprzęt jest w pełnej gotowości.

To chore. Mam ją zapuszkować na długie lata w więzieniu a tymczasem mój fiut żyje swoim życiem i za cholerę nie chce słuchać rozumu. Będę musiał się bardzo starać, aby podczas dzisiejszego spotkania z Biloxi, nie dać jej po sobie poznać, jak bardzo na mnie działa.

Zerkam na zegarek, stojący na stoliku nocnym i czuję ulgę, bo do rozpoczęcia pracy mam jeszcze dwie godziny, więc zdążę wrócić do siebie, wziąć prysznic i przebrać się w świeże ubrania.

Wysuwam się po cichu z łóżka, zbieram swoje ciuchy porozrzucane po podłodze, następnie ubieram się i bezszelestnie wychodzę z mieszkania Valerii.

Do siebie docieram pół godziny później i od razu czuję się lepiej. Nie mam kaca alkoholowego, bo od zawsze miałem mocną głowę do picia, ale bardziej męczy mnie kac moralny względem Valerii. Nigdy nie wdawałem się w romanse z koleżankami z pracy a tu pierwszy dzień w nowym miejscu i od razu złamałem tę zasadę. Będę musiał porozmawiać z Valerią.

Wziąłem szybki i kurewsko zimny prysznic, wypiłem mocną kawę a teraz stoję przed lustrem i zapinam guziki koszuli. Założyłem dzisiaj czarną, żeby wyglądać poważnie i dać do zrozumienia Biloxi, że żarty się skończyły. Na tyłek wsunąłem jasne dżinsy a rękawy od koszuli, podwinąłem do łokci. Nie to żebym był jakimś narcyzem, ale podobałem się sobie w takim wydaniu. Elegancki a zarazem luźny styl podkreślał mój charakter, który był nie do złamania. Jak już sobie coś postanowię i obiorę cel to muszę go osiągnąć, choćby nie wiem co.

***

- Cześć, masz coś? - Wchodzę godzinę później do biura, które przydzielił mi Baret i zastaję tam Iwa siedzącego przed komputerem. Iwo pomaga mi przy tej sprawie i poprzedniego dnia prosiłem go o wyciągnięcie wszystkich informacji na temat Biloxi.

- Cześć stary, no niewiele. Znalazłem zdjęcia z jakieś imprezy charytatywnej której sponsorem była Biloxi i zobacz co odkryłem. - Przysiadam na krawędzi biurka, a Iwo kieruje monitor w moją stronę - Widzisz tego faceta? - Wskazuje na mężczyznę stojącego obok Ama. Facet jest dobrze zbudowany, umięśniony nie więcej ode mnie. Pewnie chodzi na siłownię. Ale mniejsza z tym. Na zdjęciu ma chłodny wyraz twarzy bez jakichkolwiek emocji. Iwo przerzuca zdjęcia dalej i na każdym z nich u boku Amy jest ten sam mężczyzna, tylko inaczej ubrany, bo zdjęcia zrobiono w różnych sytuacjach.

Nie wiem czemu, ale czuje ukłucie... zazdrości? Nie powinienem się tak czuć, a jednak ogarnia mnie jakaś wewnętrzna furia, chociaż na żadnym ze zdjęć ta dwójka nie okazuje sobie uczuć.

- To jej chłopak? - pytam w końcu.

- Nie, to Luis Santiago, oficjalnie zatrudniony w fabryce samochodów na stanowisku konserwatora. Ale czy on ci wygląda na konserwatora?

- Raczej nie.

- No właśnie. Wcześniej pracował dla ojca Amy i też wszędzie za nim chodził jak piesek, więc uważam, że jest to prawa ręka Biloxi, tylko że jest czysty jak łza, nic, zero, nawet mandatu za złe parkowanie nie dostał.

- Kurwa. - Przecieram dłonią twarz z poczucia bezradności jakie mnie ogarnia. Byli bardzo sprytni i nie miałem pojęcia jak to ugryźć.

- Mam coś jeszcze. - Iwo klika coś w klawiaturę komputera a po chwili pojawia się zdjęcie, przedstawiające mężczyznę około trzydziestu paru lat. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę, czarne okulary; jest w towarzystwie trzech innych mężczyzn. - To Alex Morgan, kolejny szef bandy na wschodnim wybrzeżu. Odsiedział wyrok za handel narkotykami, ale była to mała ilość, więc gość dostał kilka miesięcy. Wyszedł i wrócił do biznesu tylko jest ostrożniejszy. No i teraz ciekawostka, uwaga! Morgan i Biloxi to najwięksi wrogowie.

- Mają gangsterskie porachunki?

- Coś w tym rodzaju. Morgan próbuję się wbić na ten teren. - Iwo zatacza palcem krąg w powietrzu. - Ale średnio mu to idzie.

- Hmm, robi się ciekawie. - Wkładam ręce w kieszenie spodni i podchodzę do okna. - Gdyby udało nam się przyskrzynić ich oboje to byłby to sukces policji w całym stanie. - Uśmiecham się szczerze w stronę Iwa, ale on nie odwzajemnia tego gestu, wręcz przeciwnie, ma nietęgą minę.

- Mickey - wzdycha ciężko. - Wiesz, że już niejeden próbował zamknąć Biloxi? A nawet dwóch policjantów zaginęło w dziwnych okolicznościach.

- Wiem, dlatego muszę to zrobić, rozumiesz? Muszę w końcu zakończyć całą tę farsę. Zresztą... - Siadam energicznie naprzeciwko Iwa. - Stary, to jest baba, a boi się jej całe miasto a nawet cały stan, to jest niemożliwe, żeby była aż tak sprytna i nieuchwytna.

- Jak chcesz, tylko nie mów, że cię nie ostrzegałem.

Poniekąd Iwo miał rację, i byłbym głupcem gdybym powiedział, że się nie boję tego zadania. Prawda jest taka, że kurewsko się boję, tylko że ja nie mam nic do stracenia. Nic oprócz życia.

Wychodzę z biura i kieruję się w stronę pomieszczenia socjalnego, gdzie można zjeść posiłek lub zrobić sobie kawę. Potrzebuję kolejnej dawki kofeiny przed wyjazdem do fabryki, więc nastawiam ekspres na małą czarną i czekam a w tym samym momencie do środka wchodzi Valeria.

- Hej - mówi słodkim głosem, a ja czuję skrępowanie.

- Hej - odpowiadam niepewnie.

- Czemu mnie rano nie obudziłeś? Zrobiłabym jakieś śniadanie.

To nie był najlepszy moment na tę rozmowę, ale przypomniało mi się pewne przysłowie: Kuj żelazo, póki gorące. Postanowiłem więc być szczery i zagrałem w otwarte karty.

- Valeria, to co się stało między nami, nie powinno mieć miejsca.

- Zrobiłam coś nie tak? - Jej głos się łamie, a w oczach wzbierają łzy, lecz ja jestem nieugięty.

- To nie o to chodzi, po prostu mam swoje zasady i jedną z nich właśnie złamałem, idąc do łóżka z koleżanką z pracy. Druga rzecz - ja się nie nadaję do żadnych trwałych związków i nie szukam na razie dziewczyny.

- Na razie? To znaczy, że kiedyś będziesz szukał?

- Nie wiem, naprawdę nie wiem - odpowiadam szczerze.

- Mickey, podobasz mi się, nie będę tego ukrywać i jestem gotowa poczekać na ciebie. Zaczekam, aż będziesz gotowy.

Uśmiecham się pod nosem, bo to miłe z jej strony i żadna inna kobieta mi nigdy czegoś takiego nie powiedziała, ale mimo wszystko nie mogę się na to zgodzić.

- Valeria, to miłe co mówisz, ale znajdź sobie chłopaka, który cię pokocha i będzie z tobą zawsze, ja się do tego nie nadaję i mówię to szczerze, to był tylko sex, nic więcej.

- Może dla ciebie, dla mnie to znaczy bardzo dużo. - Po twarzy spływa jej samotna łza, więc wycieram ją kciukiem.

- Przepraszam, jeśli tak to odebrałaś, naprawdę nie chciałem cię zranić.

- Nie zraniłeś - uśmiecha się przez łzy. - To ja sobie za dużo wyobrażałam, chcę tylko żebyś wiedział, że zawsze możesz do mnie przyjść, czy się napić, czy pogadać, a nawet na sex. Ja zawsze będę na ciebie czekać.

Nie wiem co na to odpowiedzieć, więc przytulam ją mocno do siebie i stoimy tak przez chwilę do momentu, kiedy na korytarzu zaczyna robić się gwarno. Nie chcę niepotrzebnych plotek na komendzie, więc biorę swoją kawę i wychodzę na zewnątrz. Siadam na ławce, delektując się smakiem czarnego płynu, a następnie wsiadam do swojego samochodu i kieruję się w stronę fabryki samochodów, Amadei Biloxi.

Zła kobieta może człowieka wyssać jak pająk i zabić, a może go przy tym zbłaźnić.

Henryk Sienkiewicz