Nieprzyjemna wizyta
Nie było chyba w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych nikogo,
kto by przypuszczał, że uda się uniknąć tej wizyty. Sprawa nabrała zbyt
wielkiego rozgłosu, aby można było ją zatuszować lub w dyplomatyczny
sposób pomniejszyć jej znaczenie.
Jeśli premier Chamberlain był już zmuszony przedstawić Izbie Gmin
przebieg wydarzeń, a w Izbie Lordów emerytowany komandor lord Strabolgi
wyraził swoją radość z powodu sukcesu tej skomplikowanej operacji,
opinia publiczna była zbyt mocno poruszona, aby redakcje mogły całą
sprawę traktować jako drugorzędną. Wydarzenie to wzbudziło ogromne
emocje w społeczeństwie, które zaczęło intensywnie domagać się dalszych
szczegółów oraz pełnego wyjaśnienia wszystkich zaistniałych faktów.
Zresztą opinia publiczna własnego kraju nie była w tym wypadku
czynnikiem najważniejszym. Najwięcej kłopotu nastręczało wybrnięcie z przykrej sytuacji wobec Norwegii i... pozbawienie Niemiec ewentualnych
atutów propagandowych, z których Goebbels mógł w tych okolicznościach z łatwością skorzystać.
Zaszły fakty, których nie można było odwrócić, a co więcej, każdy zdawał
sobie sprawę z tego, że następnym razem w podobnej sytuacji postąpiono
by identycznie.
Lord Halifax, któremu jako ministrowi spraw zagranicznych przypadła w udziale niewdzięczna rola wysłuchania nieprzyjemnej skargi, z chęcią
zachorowałby tego dnia na pierwszą z brzegu dyplomatyczną chorobę. Na to
jednak pozwolić sobie nie było można. Traktowano by to z pewnością jako
obrazę majestatu króla Norwegii, co spowodowałoby jeszcze smutniejsze
konsekwencje.
Wizyta musiała więc nastąpić.
Punktualnie o wyznaczonej godzinie ambasador Norwegii w Anglii Eric
Colban wszedł do gabinetu ministra. Jeszcze tego dnia rano Colban
otrzymał ostatnie instrukcje od profesora Haldvana Kohta, ministra spraw
zagranicznych Norwegii.
Obaj dyplomaci wymienili między sobą urzędowy gest powitania, po czym
Colban rozpoczął odczytywanie noty. Halifax, który z góry domyślał się
treści pisma, z uprzejmym zainteresowaniem śledził każde słowo
odczytywanego tekstu.
We wstępie nota przypominała proklamację króla Norwegii z dnia 3
września 1939 roku głoszącą neutralność, następnie nakreślała przebieg
wydarzeń, będących niczym innym jak "ciężkim pogwałceniem neutralności
norweskiej, które wywołało jak najwyższe oburzenie i protest"...
W zakończeniu noty rząd norweski domagał się ukarania winnych, zwrotu
kosztów za poniesione straty i przestrzegał przed podobnymi incydentami.
Dopiero kiedy Colban opuścił gabinet, Halifax mógł spokojnie odetchnąć.
Przyjmowanie w takich okolicznościach przedstawiciela kraju, któremu nie
zamierzano wyrządzić krzywdy, który miał swą niewątpliwą rację i któremu
nie można było zarzucić tendencyjnego fałszowania faktów, naprawdę nie
należało do przyjemności.
Halifax znał sprawę do najdrobniejszych szczegółów. Fakty, o których
mówił Colban, nie zaszły nagle, nie były spowodowane czyimś
nieopanowaniem, komandor Vian postępował ściśle według otrzymanych
instrukcji, za przeprowadzoną operację oczekiwała go nie kara, lecz
nagroda. Gdzież więc tu szukać winnych?
Winę ponosił jedynie Heinrich Dau, przeklęty kapitan przeklętego statku.
"Altmark" -?widmo to nie przestawało straszyć i teraz, kiedy
przyciśnięte do skalnej ściany fiordu Jossing straciło swój ponury
charakter pływającego więzienia...
-?"Altmark"...
-?Ja, bitte -?Goebbels wydawał się zainteresowany nawet
najdrobniejszymi szczegółami. Teraz, kiedy opowieść dobiegała już końca,
całą sprawę widział jako doskonały materiał propagandowy i obawiając
się, że jakiś epizod może być zapomniany, zachęcał swego rozmówcę do
drobiazgowych wynurzeń.
Dau przełknął ślinę i siląc się na jak najbardziej uroczysty ton,
zakończył:
-?"Altmark" wykonał swoje zadania tak, jak mógł najlepiej...
Wyraz twarzy Goebbelsa zdradzał, że nie podzielał on tej opinii, ale
reichsminister propagandy nie zdecydował się wyrazić głośno swojego
stanowiska. W zasadzie miał już to wszystko, co było mu potrzebne, i ten
siedzący naprzeciw niego siwy, o szczupłej twarzy oficer marynarki mógł
już odejść.
-?Dziękuję. Przedstawię Führerowi pański raport.
Dau pożegnał ministra błyszczącymi oczyma. Nie wiedział jeszcze, że
swoją karierę polityczną mógł uznać za skończoną.
Historia "Altmarka", a ściślej jej zakończenie wykorzystane zostało
przez Hitlera w o wiele poważniejszym zakresie, znacznie przekraczającym
propagandowe zamiary Goebbelsa. 17 lutego 1940 roku w głównej kwaterze
polowej Hitler przyjął admirała Raedera i w obecności swego oficera
łącznikowego, kapitana marynarki Puttkammera, polecił poczynić ostatnie
przygotowania do zrealizowania planu "Weserübung"...
Dopiero w kilka lat później świat dowiedział się, że plan ten opracowany
został znacznie wcześniej i w głównych zarysach zaakceptowany w dniu 14
grudnia 1939 roku. Nie wiadomo dokładnie, na jaki dzień Hitler
pierwotnie zamierzał wyznaczyć termin owej zaszyfrowanej akcji, nie
ulega natomiast wątpliwości, że "Altmark" stworzył mu dla tego celu
wyjątkowo dogodną sytuację.
"Wesserübung" miał bowiem oznaczać plan napaści na Norwegię.
15 marca Halifax udzielił odpowiedzi na notę norweską. W tonie jak
najbardziej ugrzecznionym rząd brytyjski formułował swoje stanowisko,
ubolewał z powodu zajścia i nadal utrzymywał, że jedyną jego przyczyną
był "Altmark". Zanim profesor Koht zdążył przygotować odpowiedź na notę
brytyjską... okazała się ona już zbyteczna. 9 kwietnia pierwsze oddziały
niemieckie wylądowały na skalistych wybrzeżach Norwegii...
Aczkolwiek nikt w świecie nie brał poważnie argumentu niemieckiej
propagandy, że sprawa "Altmarka" zadecydowała o inwazji Norwegii, to
jednak ponury cień przeklętego statku jak widmo patronował tej jeszcze
jednej, nowej zbrodni III Rzeszy niemieckiej.
Z tego też względu losy owego widma ze wszech miar godne są tego, by je
opowiedzieć...
"Altmark" zmienia skórę
6 sierpnia 1939 roku był pięknym, słonecznym dniem.
Tego roku redakcje czasopism nie potrzebowały wyszukiwać
najdziwaczniejszych tematów o wężach morskich, aby zaintrygować swych
czytelników i podtrzymywać dotychczasowe nakłady. Szpalty dzienników
roiły się od sensacyjnych doniesień z terenu dyplomatycznego, a każda
wizyta lub rewizyta ówczesnych mężów stanu znajdowała licznych i chętnych komentatorów, nierzadko bawiących się w mniej lub więcej
ryzykowne proroctwa.
Nie wydawało się, aby dyplomatyczne zabiegi zdołały zapobiec
katastrofie. Instytucje państwowe powoli przestawiały się na wojenny
sposób myślenia i działania. Pierwsze zarządzenia bardziej konkretnej
natury szły w stronę sztabów wojskowych, wywiadów...
Czas był aż nadto gorący.
W taki właśnie naładowany niepewnością i trwożnym oczekiwaniem dzień 6
sierpnia 1939 roku spośród licznych przemierzających kanał La Manche
statków wyłowiono jeden, szczególnie interesujący. Sylwetką nie
wyróżniał się niczym spośród innych zbiornikowców. A jednak komuś, kto
przez lornetkę obserwował ciemny kształt frachtowca, statek ten wydał
się cokolwiek podejrzany. Na przeczuciach wprawdzie trudno jest opierać
konkretne działanie, ale fakt, że statek nie nosił ani handlowej, ani
wojennej bandery, lecz niemiecką flagę państwową, wydał się
wystarczająco intrygujący, by odpowiedni meldunek tego jeszcze dnia
powędrował do Londynu.
-?"Altmark"? -?zapytał sam siebie Bob Collins. -?Cóż za przeklęta łajba,
że jej nie można tu znaleźć! -?mruczał pod nosem, wertując pospiesznie
"Jane's Fighting Ships"1.
W rejestrze Lloyda zawierającym spis wszystkich statków handlowych Bob
również nie odnalazł tego, czego szukał.
Ale ten właśnie fakt zmuszał mimo woli do głębszego zastanowienia. O jakimś przeoczeniu w jednym lub drugim wydawnictwie nie mogło być mowy,
a zatem? Zatem istniał jakiś statek, który pragnął, aby o nim nic nie
wiedziano. Dlaczego? Co mógł kryć ów zbiornikowiec, w jakim kierunku
podążał i dla jakich celów?
Czas był zbyt niespokojny, aby pokusić się o znalezienie odpowiedzi na
te pytania jedynie dla zaspokojenia swojej ciekawości. To musiało już
wkroczyć w sferę zainteresowań natury całkowicie służbowej. Odpowiedni
raport musiał więc pójść wyżej.
Bob miał ciężką głowę, to trzeba przyznać. W swojej niedoświadczonej
jeszcze naiwności sądził, że po morzach mogą pływać tylko te statki i okręty, których opis i dane zawarte zostały na kartach wielce szanownych
i poważanych wydawnictw. Wszystko to, co nie było zamieszczone tam
właśnie, po prostu nie miało prawa przebywać na morzach świata, a więc
istnieć.
Kolega Boba Jimmy Platt uważał siebie za znacznie sprytniejszego. Kto
wie, czy nie miał racji. On wprawdzie również sięgnął do oficjalnego
wydawnictwa, ale zupełnie innego i na pozór mało związanego ze sprawami
morskimi. Był to spis sygnałów radiowych wydanych w Bernie przez
Międzynarodową Unię Telegraficzną i Radiotelegraficzną.
"Altmarka" nie potrzebowano szukać zbyt długo. Przy jego nazwie widniał
sygnał wywoławczy oznaczony literami DTAK.
Pokusa była zbyt ponętna, by jej nie ulec. W dwa dni później jedna z nadbrzeżnych radiostacji wysłała w eter sygnał, który miał naprowadzić
na pierwszy trop.
Na sygnał ten nie otrzymano odpowiedzi. "Altmark" pozostał nadal
tajemnicą...
2 września na pokładzie "Altmarka" po raz pierwszy któryś z oficerów
odważył się oficjalnie wspomnieć coś o wojnie. Dau, dowódca statku,
machnął pogardliwie ręką:
-?Cała ta zabawa skończy się najdalej w przeciągu miesiąca...
To lekceważące oświadczenie brzmiało taką pewnością siebie, że nikt nie
próbował nawet zapytać, na czym kapitan Dau opiera swoje obliczenia.
Porucznik Schmidt skrzywił się z niezadowoleniem, wyrażając obawę, czy w ciągu tak krótkiego czasu zdążą wykonać swoją misję z wystarczającym
huczkiem, aby jego echo dotarło do uszu Führera.
Dowódca spojrzał na niego surowym wzrokiem.
-?Czy panu wiadomo cośkolwiek o charakterze naszych zadań?
Schmidt zmieszał się. Rzeczywiście, nikt z załogi nie miał na razie
pojęcia o tym, dla jakich celów "Altmark" wyszedł na Ocean Atlantycki, i jedynie każdy mógł się domyślać, że z całą pewnością nie była to
wycieczka turystyczna.
Fakt, którego Dau w gruncie rzeczy nie brał pod uwagę, spowodował, że
już nazajutrz zmuszony był przynajmniej częściowo odsłonić tę tajemnicę
przed załogą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki