Almas. Diament pustyni - Kinga Jesman

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

KOP­CIU­SZEK, ALE NIE TEN Z BAJKI

- Al­mas, co ty tak długo ro­bisz w tej ła­zience? Schodź na­tych­miast! Ku­zynka na cie­bie czeka, ale je­śli za chwilę się nie po­ka­żesz, zmieni zda­nie i so­bie pój­dzie! - wy­krzy­ki­wała moja mama, sto­jąc na scho­dach i ro­biąc szopkę na cały dom.

Stro­iłam się, bo ku­zynka, o któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam, zgo­dziła się po­móc w na­szych pro­ble­mach fi­nan­so­wych. Sama po­cho­dziła z ubo­giej ro­dziny, a jed­nak była w sta­nie opła­cić stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Ame­ry­kań­skim i za­pew­nić go­dziwe utrzy­ma­nie ca­łej ro­dzi­nie. Sły­sząc o na­szych kło­po­tach, zgo­dziła się dać nam kilka wska­zó­wek. Szcze­gól­nie mnie, po­nie­waż by­łam już peł­no­let­nia i we­dług ciotki wy­star­cza­jąco ładna, żeby pod­jąć się pracy, o któ­rej ku­zynka miała nam dzi­siaj opo­wie­dzieć.

Trzę­sącą się ręką się­gnę­łam za klamkę. Tak bar­dzo za­le­żało mi, żeby uznała mnie za wy­star­cza­jąco atrak­cyjną, choć jesz­cze nie wie­dzia­łam dla­czego.

- No i co się tak cza­isz? - Mama chwy­ciła mnie za rękę, cią­gnąc za sobą w stronę sa­lonu. - To jest Sa­mira, twoja ku­zynka, o któ­rej ci wspo­mi­na­łam.

Mama wpa­try­wała się w dziew­czynę, jakby ta była ósmym cu­dem świata. I pew­nie nie­wiele jej do tego ty­tułu bra­ko­wało. Sa­mira była nie­zwy­kle atrak­cyjna, ide­alna w każ­dym de­talu. Błysz­czące, kru­czo­czarne włosy się­gały jej aż za po­śladki, które bez wąt­pie­nia go­dzi­nami rzeź­biła na si­łowni. Orze­chowe tę­czówki, pod­kre­ślone ciemną kredką do oczu, wspa­niale kom­po­no­wały się z jej be­żo­wym ko­stiu­mem i krysz­ta­ło­wymi bu­tami, które mie­niły się na jej sto­pach. Ku­zynka wy­datne usta ob­ry­so­wała bor­dową kon­tu­rówką, znacz­nie ciem­niej­szą od ko­loru jej szminki. Obok niej stała mar­kowa to­rebka, rzecz ko­nieczna w sza­fie arab­skiej ko­biety. Choć za­chwy­ca­łam się jej wy­glą­dem, przez głowę prze­szła mi myśl, że to prze­cież bar­dzo nie­grzeczne wcho­dzić do czy­je­goś domu w bu­tach. Jed­nak nikt prócz mnie zda­wał się nie zwra­cać na to uwagi.

- Miło cię po­znać, Sa­miro, na­zy­wam się Al­mas. - Wy­cią­gnę­łam do niej rękę, bo gest ten pod­pa­trzy­łam u na­uczy­cie­lek. Wy­dało mi się to bar­dziej ele­ganc­kie od nie­chluj­nego arab­skiego po­wi­ta­nia, kiedy ko­biety, za­miast zło­żyć po­ca­łu­nek na obu po­licz­kach, zwy­kle prze­chy­lały się w jedną i drugą stronę, przy­trzy­mu­jąc wza­jem­nie za ra­miona.

Moja ku­zynka miała w tej kwe­stii naj­wy­raź­niej inne zda­nie, po­nie­waż zde­cy­do­wa­nym ru­chem przy­cią­gnęła mnie do sie­bie, aż bo­le­śnie od­bi­łam się od jej za­dzi­wia­jąco twar­dych piersi. Czyżby pod tym szy­kow­nym ubra­niem no­siła zbroję? Jej za­pach po­pie­ścił moje noz­drza nutą wa­ni­lii i drzewa san­da­ło­wego. Po­wtó­rzę to raz jesz­cze: Sa­mira była ide­ałem. Na­gle przy­po­mnia­łam so­bie, dla­czego tak długo za­jęło mi szy­ko­wa­nie się. Choć wło­ży­łam na tę oka­zję naj­lep­szą su­kienkę, wy­glą­da­łam przy niej jak Kop­ciu­szek z bajki, którą po raz pierw­szy obej­rza­łam w wieku sie­dem­na­stu lat. Ale to chyba naj­mniej za­wsty­dza­jący fakt, do któ­rego mo­gła­bym się przy­znać. Po tru­dach ży­cia w je­meń­skim pie­kle, w Du­baju ser­wo­wa­łam so­bie po­rażkę za po­rażką. Tylko z pa­sji do na­uki mo­głam być dumna, bo prze­ska­ku­jąc po dwie klasy, udo­wod­ni­łam nie tylko sa­mej so­bie, ale też wy­śmie­wa­ją­cym mnie uczniom, że je­stem warta wię­cej, niż wcze­śniej za­kła­dano.

- Nie bądź już taka ofi­cjalna - ode­zwała się dźwięcz­nym gło­sem Sa­mira. - W końcu je­ste­śmy ro­dziną.

Chwy­ta­jąc mnie za rękę, po­cią­gnęła na sofę, że­bym usia­dła tuż obok niej, po czym za­częła za­chwy­cać się moim wy­glą­dem. Za­chwa­lała dłu­gie, smu­kłe nogi, pła­ski brzuch oraz wy­datne usta. Stwier­dziła, że jak już na­uczy mnie od­po­wied­niego za­cho­wa­nia i po­nęt­nego tańca, ide­al­nie nadam się na damę do to­wa­rzy­stwa arab­skich męż­czyzn. Mnie jej słowa prze­ra­żały moc­niej z każdą se­kundą, ale mama i ciotka wy­da­wały się nie­zwy­kle ura­do­wane tą pro­po­zy­cją. Naj­wy­raź­niej już wcze­śniej roz­ma­wiały z Sa­mirą o jej spo­so­bach za­ra­bia­nia pie­nię­dzy. Ja kom­plet­nie nie zda­wa­łam so­bie sprawy, w co się pa­kuję.

- A co niby ta­kiego mia­ła­bym ro­bić na tych im­pre­zach? - Prócz roz­mowy ze szkol­nymi ko­le­gami nie mia­łam naj­mniej­szego do­świad­cze­nia z płcią prze­ciwną. Dla­tego jak pies wy­rzu­cony na ulicę bła­gal­nym spoj­rze­niem za­czę­łam szu­kać po­mocy na zmianę w oczach mamy i ciotki.

- Uśmie­chać się, tań­czyć, za­ba­wiać męż­czyzn roz­mową - wy­mie­niała moja ku­zynka.

- Ale cóż in­te­re­su­ją­cego mia­ła­bym do po­wie­dze­nia szej­kowi? Prze­cież tylko się ośmie­szę! - Czu­łam, że ogar­nia mnie pa­nika.

Sa­mira za­śmiała się dźwięcz­nie, jak­bym była ma­łym dziec­kiem skar­żą­cym się, że nie może zna­leźć ulu­bio­nej lalki.

- Ni­czym nie mu­sisz się przej­mo­wać, to ra­czej oni będą o cie­bie za­bie­gać. Wy­star­czy, że bę­dziesz się uśmie­chać i po­ta­ki­wać temu, co męż­czyźni mają do po­wie­dze­nia - uspo­ko­iła. - Na­uczę cię ko­kie­te­ryj­nego za­cho­wa­nia i my­ślę, że nie wró­cisz do domu z mniej­szą kwotą niż dwa­dzie­ścia ty­sięcy dir­ha­mów.

Jej słowa do­słow­nie wbiły mnie w sofę. Mia­łam ochotę ucie­kać. Uzna­ła­bym na­wet, że się prze­sły­sza­łam, gdyby oczy mo­jej mamy na­gle nie roz­bły­sły. Choć bar­dzo chcia­łam pro­sić o czas na za­sta­no­wie­nie, wie­dzia­łam, że de­cy­zja już za­pa­dła. Nie ro­zu­mia­łam tylko, dla­czego ktoś chciałby pła­cić tak dużo pie­nię­dzy prze­cięt­nej dziew­czy­nie, którą by­łam, za samo to­wa­rzy­stwo?

- Ale jak to jest moż­liwe? - za­py­ta­łam nie­pew­nie.

- To znu­dzeni ła­twymi dziew­czy­nami męż­czyźni, droga Al­mas, cza­sami po­trze­bują to­wa­rzy­stwa nie­win­nych ko­biet, ta­kich jak ja czy ty - za­ak­cen­to­wała Sa­mira. - Bo je­steś dzie­wicą, prawda?

- Oczy­wi­ście! - na­tych­miast za­pew­niła mama. - Oczy­wi­ście, że Al­mas jest dzie­wicą. To po­rządna dziew­czyna i za­chowa czy­stość aż do nocy po­ślub­nej - tłu­ma­czyła z pew­no­ścią w gło­sie.

- To do­brze, wła­śnie ta­kich nam trzeba - stwier­dziła lekko za­my­ślona ku­zynka, in­ten­syw­nie się we mnie wpa­tru­jąc. Jakby w my­ślach wła­śnie roz­wią­zy­wała za­wiłe rów­na­nia ma­te­ma­tyczne. - W przy­szły week­end zor­ga­ni­zuję dla cie­bie spo­tka­nie z od­po­wied­nią osobą, która osta­tecz­nie po­twier­dzi twoje za­pro­sze­nie. - Po chwili mil­cze­nia kon­ty­nu­owała już zu­peł­nie trzeźwo: - Ale mu­simy spo­tkać się z sa­mego rana. Trzeba cię od­po­wied­nio przy­go­to­wać. Ubra­nie, ma­ki­jaż, do­datki - wy­mie­niała. - To naj­bo­gatsi męż­czyźni w Du­baju, mu­szą czuć, że płacą za ja­kość, a nie ro­bią da­ro­wi­znę.

Czy tylko ja mia­łam po­czu­cie, że Sa­mira wy­raża się o mnie jak o pro­duk­cie na sprze­daż? Serce wręcz dud­niło mi w klatce pier­sio­wej, a strach pa­ra­li­żo­wał co­raz moc­niej. Je­śli moje ciało już te­raz tak sil­nie re­ago­wało na same słowa Sa­miry, to kiedy fak­tycz­nie stanę twa­rzą w twarz z ja­kimś szej­kiem, zejdę przed nim na za­wał. No ale to prze­cież moja ku­zynka. Nie mo­głoby mnie z jej strony nic złego spo­tkać, w końcu to ro­dzina. Nie kła­ma­łaby ma­mie i ciotce pro­sto w oczy. A naj­gor­sze, że nie mia­łam in­nego wyj­ścia, jak po pro­stu jej za­ufać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

AL­MAS

Luk­sus i bo­gac­two - tymi dwoma sło­wami mo­gła­bym okre­ślić oto­cze­nie, w któ­rym się zna­la­złam. Wszystko było wy­stawne i za­pewne kosz­to­wało kro­cie. Tu­rec­kie dy­wany na pod­ło­gach, ob­razy ogromne na całe ściany, białe kwiaty w me­tro­wych wa­zo­nach. Przez całą dłu­gość ogrom­nej hali cią­gnęły się pa­sma wy­god­nych ka­nap, a tuż za nimi za­wie­szono de­ko­ra­cyjne za­słony upięte w ele­ganc­kie dra­po­wa­nia. Z su­fi­tów zwi­sały ma­sywne, krysz­ta­łowe ży­ran­dole. Wszystko utrzy­mane było w ja­snych bar­wach, ale dało się tu­taj do­strzec ty­powo arab­skie de­tale: geo­me­tryczne de­ko­ra­cje, zdobne lam­piony usta­wione na cięż­kich, ka­mien­nych sto­łach, tra­dy­cyjne dzbanki do kawy oraz her­baty. No i oczy­wi­ście złoto. Wszystko mie­niło się tym kosz­tow­nym ko­lo­rem.

Kiedy po raz pierw­szy we­szłam do tego po­miesz­cze­nia, nie­mal do­sta­łam ataku pa­niki. Choć sta­łam na ziemi, po­czu­łam się jak na kra­wę­dzi naj­wyż­szego szczytu. To miej­sce do­słow­nie przy­tło­czyło mnie swoim bo­gac­twem. Ale nic w tym dziw­nego. Ja, skromna Je­menka po­cho­dząca z ubo­giej ro­dziny, na­gle zna­la­złam się na dwo­rze kró­lew­skim. Wśród blich­tru i pie­nię­dzy wa­la­ją­cych się po ca­łej tej sali. Pa­mię­tam, że czu­łam się ni­czym zło­dziej, kiedy z mocno bi­ją­cym ser­cem się­gnę­łam po pięć­set dir­ha­mów le­żą­cych przy mo­jej no­dze, któ­rych praw­do­po­dob­nie nie do­strze­gła tan­cerka zbie­ra­jąca za­płatę za chwilę wcze­śniej za­koń­czony wy­stęp. Bo to wła­śnie tu­taj ro­bi­ły­śmy - umi­la­ły­śmy czas męż­czy­znom. Jedne pre­zen­to­wały swoje ta­lenty, inne za­ba­wiały roz­mową, a wy­brane do­stę­po­wały za­szczytu spę­dze­nia nocy z waż­nymi gło­wami pań­stwa, co gwa­ran­to­wało naj­wyż­szą za­płatę. Ko­biety w tym miej­scu cha­rak­te­ry­zo­wała róż­no­rod­ność. Od arab­skich księż­ni­czek, ubra­nych je­dy­nie w krysz­tały za­wie­szone na cie­niut­kich wstą­żecz­kach, przez afry­kań­skie ku­si­cielki, od­waż­nie pre­zen­tu­jące kształtne ciała, po bla­do­lice Eu­ro­pejki w ku­sych mi­niów­kach i moc­nym ma­ki­jażu. Wszyst­kie na­to­miast łą­czył je­den wspólny mia­now­nik - były za­chwy­ca­jąco piękne. Osoba do­ko­nu­jąca ich se­lek­cji bez wąt­pie­nia znała się na rze­czy.

Na owiane ta­jem­nicą im­prezy szejka Du­baju tra­fi­łam z pro­stej przy­czyny - po­trze­bo­wa­łam pie­nię­dzy. I kiedy to mó­wię, nie mam na my­śli speł­nie­nia za­chcianki w stylu naj­now­szego w se­zo­nie mo­delu to­rebki, tylko praw­dziwy kry­zys fi­nan­sowy. Cztery lata temu nasz su­rowy oj­ciec po­sta­no­wił opu­ścić żonę i swoje trzy córki, kiedy inna ko­bieta uro­dziła mu syna. Zo­sta­wił nas na pa­stwę losu, z dnia na dzień, bez pie­nię­dzy. Po­cząt­kowo na­wet nie ro­zu­mia­ły­śmy, że to się stało. Oj­ciec nie wró­cił z pracy jak zwy­kle, nie po­ja­wił się też w domu na noc. Dni mi­jały, a my ro­bi­ły­śmy się co­raz bar­dziej głodne, za­trwa­ża­jąco szybko opróż­nia­jąc spi­żarkę z za­pa­sów. Mama nie miała od­wagi wyjść z domu, żeby pod­py­tać miesz­ka­jące w oko­licy ko­le­żanki. Bała się, że na­tknie się na ojca, ten ją zbije, bo opu­ściła dom bez jego zgody.

In­for­ma­cje do­szły do nas po ty­go­dniu, kiedy na progu na­szego domu sta­nęła wy­stra­szona ciotka. Jej mąż wcale nie trak­to­wał ko­biety le­piej niż nasz oj­ciec matkę, jed­nak za­ry­zy­ko­wała, żeby się upew­nić, że na­dal ży­jemy. Po­noć oba­wiała się za­stać nas w domu za­ka­to­wane na śmierć. Prawda przy­tło­czyła nas ca­łym swym cię­ża­rem. Fakt, że nasz ty­ran znik­nął sam z sie­bie, mógłby na­wet cie­szyć, gdyby nie świa­do­mość, że jego odej­ście nie­mal z mar­szu ozna­czało śmierć gło­dową. W ma­łym mia­steczku, gdzie się wy­cho­wa­ły­śmy, nie­wiele ko­biet mo­gło pra­co­wać. Na­uczy­ciela, bi­blio­te­karka, ewen­tu­al­nie po­łożna i po­moc w szpi­talu. Prze­ciętne ko­biety bez wy­kształ­ce­nia - ta­kie jak moja mama - zmu­szone były do usłu­gi­wa­nia mę­żowi i ży­cia na jego ła­sce. Te­raz, żeby prze­trwać, naj­sen­sow­niej­szą opcją była sprze­daż jej wła­sno­ści. Domu, który odzie­dzi­czyła po tra­gicz­nie zmar­łych ro­dzi­cach. Jesz­cze kilka lat temu w Je­me­nie bar­dzo czę­sto do­cho­dziło do ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych. Raz bomby pod­kła­dali re­be­lianci, in­nym ra­zem ar­mia, a na­wet pusz­czeni sa­mo­pas chłopcy ob­rzu­cali domy kok­taj­lami Mo­ło­towa. W Je­me­nie prak­tycz­nie każ­dego dnia do­cho­dziło do walk i bez­sen­sow­nej śmierci. Dla­tego za pie­nią­dze otrzy­mane ze sprze­daży domu mama wy­ro­biła nam pasz­porty, a na­stęp­nie wy­ku­piła wizy i bi­lety do Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów Arab­skich. Bo­ga­tego kraju, gdzie od lat miesz­kała na­sza druga ciotka, a ro­dzona sio­stra mamy. Nie utrzy­my­wały ze sobą kon­taktu, po­nie­waż oj­ciec uwa­żał, iż ota­cza­jąca się fry­wol­no­ścią i grze­chem ko­bieta mo­głaby na­wbi­jać jego żo­nie głu­pot do głowy, w kon­se­kwen­cji czego ta za­czę­łaby spra­wiać mu kło­poty.

Poza wy­lo­tem do Du­baju nie mia­ły­śmy in­nego planu. Mama uznała, że po wy­lą­do­wa­niu udamy się na ko­mi­sa­riat po­li­cji i tam po­pro­simy o od­na­le­zie­nie jej sio­stry. Nie ro­zu­mia­łam, skąd w niej to za­ufa­nie do funk­cjo­na­riu­szy. Gdyby w Je­me­nie pró­bo­wała szu­kać po­mocy u mun­du­ro­wych, ci na­tych­miast we­zwa­liby mo­jego ojca. Więk­szość ko­biet nie miała w na­szej oj­czyź­nie zna­czą­cego głosu. Du­baj jed­nak za­sko­czył nas wszyst­kie. Lu­dzie byli tu nie­zwy­kle mili i wi­tali nas sło­wami al sa­lam alay­kum. Do tej pory by­łam na­uczona, żeby spusz­czać głowę na wi­dok męż­czy­zny, więc tak też ro­bi­łam. Jed­nak po­li­cjan­towi roz­ma­wia­ją­cemu z mamą na ko­mi­sa­ria­cie ta­kie za­cho­wa­nie wy­dało się po­dej­rzane. Emi­rat­czyk wy­szedł na­gle ze swo­jego sta­no­wi­ska i chwy­ta­jąc każdą z nas za pod­bródki, do­kład­nie obej­rzał na­sze twa­rze. Mia­ły­śmy dzie­sięć, trzy­na­ście i ja - naj­star­sza - pra­wie szes­na­ście lat. Nikt nas wcze­śniej nie do­ty­kał, a jed­nak mil­cza­ły­śmy na jego gest. Tak jak wcze­śniej na­ka­zała nam mama. Co­kol­wiek by się działo mamy za­cho­wy­wać się ci­cho.

- Dla­czego twoje córki są ta­kie smutne, wręcz wy­stra­szone? Prze­cież je­ste­ście w Du­baju, nic wam tu­taj nie grozi - za­pew­nił po­li­cjant, nie­świa­domy, że pod wpły­wem jego do­tyku nie­mal po­si­ka­łam się ze stra­chu.

Mama wy­tłu­ma­czyła, że ni­gdy wcze­śniej nie le­cia­ły­śmy sa­mo­lo­tem, a były spore tur­bu­len­cje i dla­tego tak się za­cho­wu­jemy. Naj­wy­raź­niej do tej pory jej nie do­ce­nia­łam, bo oka­zało się, iż do­sko­nale wie, co mó­wić, żeby brzmiało to wia­ry­god­nie. Po­li­cjant wy­ko­nał po­łą­cze­nie te­le­fo­niczne, a po chwili pod­szedł do nas uśmiech­nięty Hin­dus, wrę­cza­jąc każ­dej kar­to­nik soku po­ma­rań­czo­wego i sta­wia­jąc przed nami tackę arab­skich wy­pie­ków. Ba­ły­śmy się po co­kol­wiek się­gnąć, żeby po wyj­ściu mama nie zbiła nas za nie­sub­or­dy­na­cję, jed­nak ona przy­tak­nęła, wy­ra­ża­jąc zgodę, by­śmy się po­czę­sto­wały. Po ty­go­dniach ży­wie­nia się je­meń­skim chle­bem i ry­żem z przy­pra­wami mandi[1] co chwila po­ję­ki­wa­ły­śmy, roz­ko­szu­jąc się sma­kiem nieba w ustach. By­ły­śmy za­chwy­cone, kiedy od­pro­wa­dzono nas do po­cze­kalni, gdzie go­dzi­nami ry­so­wa­ły­śmy i oglą­da­ły­śmy bajki w te­le­wi­zji z brzu­chami wy­peł­nio­nymi je­dze­niem. Dla­tego z ża­lem przy­ję­ły­śmy wia­do­mość, że po­li­cjanci do­tarli do na­szej ciotki, a ta zgo­dziła się nas przy­jąć. Nie wie­dzia­ły­śmy, co nas tam czeka - a tu­taj był raj.

***

Sio­stra mamy miesz­kała w ogrom­nej willi, którą otrzy­mała po roz­wo­dzie z mę­żem wła­snej przy­ja­ciółki. Lata temu ko­biety wpa­dły na po­mysł oszu­ka­nia rządu Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tów Arab­skich, który po ślu­bie imi­grantki z Emi­rat­czy­kiem na­tych­miast przy­zna­wał świeżo upie­czo­nej pan­nie mło­dej lo­kalny sta­tus. Kiedy póź­niej do­cho­dziło do roz­wodu, to wła­śnie rząd po­dej­mo­wał się opieki nad ko­bietą, za­pew­nia­jąc jej liczne pro­fity. I dla­tego te­raz, dzięki daw­nym lu­kom w pra­wie, ciotka cie­szyła się do­bro­by­tem. Otrzy­mała nie tylko ten wspa­niały dom, lo­kalny pasz­port, ale też do­ży­wot­nią za­po­mogę fi­nan­sową. Miesz­kała jak księż­niczka, ota­cza­jąc się de­ko­ra­cyj­nymi me­blami, pięk­nymi stro­jami i naj­lep­szym je­dze­niem. Nie mo­gły­śmy się na­dzi­wić, jak bar­dzo róż­nie mogą żyć dwie ro­dzone sio­stry.

Mama nie chciała od razu się przy­znać, od czego ucie­kły­śmy. Wy­tłu­ma­czyła je­dy­nie, że po odej­ściu męża chciała dla có­rek lep­szej przy­szło­ści. Sio­stry usta­liły wtedy, że za­miesz­kamy na pię­trze, które po­noć od za­wsze stało nie­uży­wane i za­glą­dały tam je­dy­nie sprzą­taczki, by co ty­dzień od­świe­żyć po­miesz­cze­nia. Mama za­jęła naj­więk­szą sy­pial­nię, ja, jako naj­star­sza córka, do­sta­łam osobny po­kój, a moje młod­sze sio­stry za­miesz­kały ra­zem. Osta­tecz­nie jed­nak spa­ły­śmy we trzy. Choć mia­łam już szes­na­ście lat, nie by­łam przy­zwy­cza­jona do spa­nia sa­mej.

Po­cząt­kowo nie mia­ły­śmy więk­szych am­bi­cji, jak prze­trwać. Dla­tego nocą na zmianę za­kra­da­ły­śmy się do kuchni ciotki, żeby za­brać nie­zje­dzone pod­czas ko­la­cji resztki. Nie wie­dzia­ły­śmy, jak długo po­trwa ten do­bro­byt, dla­tego prze­ja­da­ły­śmy się, żeby w ra­zie ko­niecz­no­ści mieć w brzu­chach za­pasy na dłu­żej. Ta­kie wła­śnie były kon­se­kwen­cje bez­czyn­no­ści i braku edu­ka­cji. Z nu­dów same two­rzy­ły­śmy teo­rie, które dla nas miały sens.

Po kilku ty­go­dniach spo­koj­nego ży­cia za­częły się po­ja­wić pierw­sze pro­blemy. Naj­pierw była to kwe­stia wi­zowa. Na­sze wizy tu­ry­styczne za mie­siąc miały stra­cić waż­ność. Żeby je prze­dłu­żyć, mu­sia­ły­by­śmy naj­pierw opu­ścić kraj, co ab­so­lut­nie nie wcho­dziło w ra­chubę. Po­trze­bo­wa­ły­śmy wizy re­zy­denta, więc mama albo mu­sia­łaby zna­leźć pracę, albo po­ślu­bić lo­kal­nego męż­czy­znę. To wła­śnie przez to dru­gie roz­wią­za­nie mama stra­ciła tyle czasu. Ra­zem z sio­strą pró­bo­wały zna­leźć dla niej męża, co ze względu na po­sia­da­nie trzech có­rek wcale nie było ta­kie ła­twe. Choć skoń­czyła do­piero trzy­dzie­ści trzy lata, nie było ła­two zna­leźć dla niej przy­zwo­itego czło­wieka. I nie mó­wimy wcale o by­ciu pierw­szą żoną, ale drugą, a na­wet trze­cią. Po­zo­sta­wała opcja po­ślu­bie­nia star­szego lub nie­peł­no­spraw­nego męż­czy­zny, jed­nak świa­do­mość, że już nie­długo osią­gnę peł­no­let­ność i będę w sta­nie pod­jąć się pracy, sku­tecz­nie mamę od tego po­my­słu od­wio­dła. Bo gdyby po­ślu­biła sta­rego Emi­rat­czyka, ten, ad­op­tu­jąc nas, mógłby do­owol­nie de­cy­do­wać o na­szym lo­sie i wy­dać nas za kogo by chciał. Z ko­lei ślub z nie­peł­no­spraw­nym męż­czy­zną ska­zy­wałby mamę na opiekę nad nim aż do śmierci. W na­szym świe­cie nie ist­niała inna opcja roz­wodu, jak tylko z woli męża. A nie są­dzi­ły­śmy, by taki czło­wiek miał ochotę po­zby­wać się dar­mo­wej pie­lę­gniarki. Dla­tego bez­owocne głów­ko­wa­nia nie­mal spro­wa­dziły nam na głowy kło­poty. Gdyby mama za­raz po przy­lo­cie pod­jęła się ja­kie­goś kursu, te­raz mo­głaby już za­cząć pracę. A tak, bez wy­kształ­ce­nia i choćby naj­mniej­szego do­świad­cze­nia, nie miała szans na za­trud­nie­nie.

Osta­tecz­nie z po­mocą przy­szedł są­siad na­szej ciotki. Za­ofe­ro­wał, że za słoną, jak nam się wtedy wy­da­wało, za­płatę wyda ma­mie wizę w jed­nej ze swo­ich firm. Pro­blem w tym, że koszty po­nie­sione na za­kup wiz, naj­pierw mamy, a póź­niej na­szych, znacz­nie uszczu­pliły nasz bu­dżet. Oka­zało się, że w kraju ta­kim jak Zjed­no­czone Emi­raty Arab­skie pie­nią­dze ze sprze­daży je­meń­skiego domu nie star­czą na długo. Ko­lej­nym pro­ble­mem była na­sza edu­ka­cja. W Je­me­nie uczęsz­cza­ły­śmy do is­lam­skiej szkoły dla dziew­cząt, tu­taj jed­nak więk­szość pla­có­wek arab­skich była dla nas nie­osią­galna fi­nan­sowo. Dla­tego za­le­d­wie po kilku mie­sią­cach na­uki ję­zyka an­giel­skiego tra­fi­ły­śmy do hin­du­skiej szkoły mie­sza­nej. Mnie teo­re­tycz­nie po­zo­stał tylko rok, żeby za­koń­czyć edu­ka­cję obo­wiąz­kową, jed­nak zbyt wiele sta­nęło temu na prze­szko­dzie. Po­ziom mo­jej wie­dzy ogól­nej był ka­ry­god­nie ni­ski. Pod­czas jed­nego ze spo­tkań na­uczy­cielka po­rów­nała go do po­ziomu sze­ścio­latka. I tylko chcąc być uprzejmą, po­chwa­liła moją zna­jo­mość Ko­ranu, co jed­nak nie­szcze­gól­nie się przy­da­wało w hin­du­skiej szkole. Chyba nie mu­szę wspo­mi­nać, że za­równo ja, jak i moje sio­stry sta­ły­śmy się po­śmie­wi­skiem ca­łej szkoły, bo osta­tecz­nie wszyst­kie tra­fi­ły­śmy do tej sa­mej klasy. Wy­zy­wano nas od je­meń­skich osłów i bez­mó­zgich ku­kieł, za co na­wet tych dzie­cia­ków nie wi­ni­ły­śmy. Za na­szą nie­wie­dzę nie mo­gły­śmy wi­nić na­wet sa­mego Je­menu. Szkoły rzą­dowe ofe­ro­wały tam go­dziwy po­ziom edu­ka­cji, ale nasz oj­ciec uwa­żał, że tak jak matka, na­da­jemy się je­dy­nie do usłu­gi­wa­nia mę­żowi. Ma­te­ma­tyka ani bio­lo­gia nie były nam we­dług niego do ni­czego po­trzebne. I to wła­śnie z tego po­wodu, kiedy moi ró­wie­śnicy roz­wią­zy­wali za­wiłe rów­na­nia, ja ra­zem z sio­strami uczy­łam się ta­bliczki mno­że­nia oraz ana­to­mii ludz­kiego ciała. I prawdę mó­wiąc, by­łam tym fak­tem za­chwy­cona. Na­resz­cie mo­głam od­kry­wać świat, po­zna­wać inne kul­tury, spo­ty­kać lu­dzi, roz­ma­wiać z nimi i sma­ko­wać wszyst­kiego, co do tej pory było mi za­ka­zane.