Dla historycznego porządku i chronologii
I ja też tam byłem.
Nie wiem, czy na lekcji geografii w roku 1938 lub 1939 odpowiedziałbym prawidłowo na pytanie: Gdzie leży Lubawa? I być może nigdy bym w tym mieście nie był, gdyby nie przypadek.
Ten przypadek nazywał się hitleryzm.
Ten przypadek nazywał się także wojna, słowo, do którego historycy dopisali rzymską dwójkę.
Kiedy rankiem 1 września 1939 roku na most w Tczewie wjechał hitlerowski pociąg pancerny, a w kilkadziesiąt minut później pancernik "Schleswig-Holstein" oddał pierwszą w tej zawierusze salwę, miałem dwanaście lat. Właśnie sposobiłem się do nowego roku szkolnego. Jeszcze żyłem wrażeniami z wakacji, jeszcze marzyłem o zrobieniu latawca. O godzinie 4.45 1 września 1939 roku wszystko to już było przed wojną.
Była wojna. Nie widziałem jej jeszcze. Z dalekiego Westerplatte dobiegały mnie tylko odgłosy walki.
Po ulicach Gdańska mknęły ciężarówki pełne wojska, SA i SS. Rozpoczęły się aresztowania Polaków. Wieczorem przyszli po moich rodziców i po mnie.
Zawieziono nas do więzienia przy ulicy Schiesstange. Tu na więziennych spacerach spotykałem moich szkolnych kolegów, ich rodziców, a także nauczycielki i nauczycieli. Był także nasz drużynowy ze szkolnej drużyny ZHP. Nasza szkoła mieściła się w Domu Polskim w Gdańsku. Teraz w pierwszych dniach wojny w celach więzienia Schiesstange byliśmy prawie wszyscy.
Starsi więźniowie zapewniali naszych rodziców, że nas, dzieci, hitlerowcy na pewno wypuszczą; jest przecież rzeczą niemożliwą, aby więziono dzieci. Czas pokazał, że miało być inaczej. Część gdańskich Polaków rozstrzelano, innych skierowano do obozów Stutthof, Dachau i Bergen-Belsen. Moja droga wiodła do Lubawy. W styczniu 1940 roku po pobycie w toruńskim "Okrąglaku", bydgoskim Gestapo, przyjechałem wraz z grupą dzieci polskich do Lubawy.
Było nas wtedy około stu, a wśród nas gdańscy harcerze, synowie gdańskich kolejarzy, celników, robotników portowych. Tu poznałem pierwszego po Bogu w lubawskim obozie lagerkommandanta Ottona Kluge-Grünau. Właśnie był "zajęty" likwidacją polskich zakładników i na polecenie gdańskiego Oberlandesgerichtu urządzał obóz dla dzieci polskich w Lubawie. Herr Kluge był znakomitym organizatorem, wiernym synem NSDAP. Nadto lubił muzykę. Był tak pracowity i pełen pomysłów, że przez prawie pięć lat istnienia obozu dla dzieci w Lubawie zarejestrował w swoich urzędowych kartotekach około 10 tysięcy małych więźniów.
Każdy z więźniów obowiązany był nosić na szyi tak zwaną markę rozpoznawczą, na której znajdował się kolejny numer. Marki wydawane pod koniec 1944 roku nosiły liczby od 9500 do 10 000. Ja miałem numer 87.
Przeciętnie stan osobowy lagru wynosił około tysiąca dzieci. Były to tylko dzieci polskie, aczkolwiek w 1943 roku zjawiła się w Lubawie nieliczna grupa (około czterdzieściorga dzieci) maluchów czeskich. Niedługo jednak pozostały w Lubawie. W kilka tygodni później wywieziono je do innego obozu. Tak więc stary budynek więzienny w Lubawie stał się miejscem wegetacji dla dzieci polskich od lat sześciu do szesnastu. To prawie siedemsetletnie miasteczko polskie powiększyło w tym czasie liczbę swoich mieszkańców. Przez pięć lat tysiące dzieci zgubiło tu swoje dzieciństwo.
Nad porządkiem czuwała straż więzienna licząca prawie dziewięćdziesięciu tak zwanych wachtmannów.
W skład sztabowej obsady obozu wchodzili: Otto Kluge - komendant, Emil Eberle - zastępca, oraz oberwachtmeistrowie: Binder, Dinger, Kirsch, König, Tesmer, Krauz.
Spośród szeregowych wachtmannów pamiętam nazwiska: Empel i Litzmansky. Tak zwanej cywilnej administracji obóz w Lubawie nie miał. Wszystkie funkcje pomocnicze, a więc księgowość, magazyny, transport, znajdowały się w ręku umundurowanych funkcjonariuszy.
Wszyscy funkcjonariusze obozowi - oprócz komendanta Klugego - mieszkali na terenie miasta Lubawy.
Cel działalności lagerkommandanta i jego podwładnych był ściśle sprecyzowany. Chodziło mianowicie przede wszystkim o eksterminację dzieci, których rodzice byli aresztowani bądź działali w partyzantce. Podstawowymi kryteriami owej polityki eksterminacji były: rasa i narodowość.
Zmyślone i pseudonaukowe były te poczynania. Ludność na okupowanych terenach polskich, w tym także dzieci i młodzież, podzielono na kilka grup, z których każdą traktowano w odrębny sposób. Selekcja wartościująca polegała na tak zwanych badaniach rasowych, które opierały się na antyludzkich teoriach rasistowskich, podniesionych w III Rzeszy do rangi najwyższego dogmatu. Sprawa ta nabrała szczególnej wagi w latach 1942-1944 w okresie niepowodzeń armii hitlerowskiej i wiążących się z tym olbrzymich niemieckich strat ludności. Dzieci zabierano rodzicom, wykradano z sierocińców, zakładów opiekuńczych, ze szkół. Wykorzystywano wszystkie okazje, jakie stwarzały masowe akcje wysiedleńcze, pacyfikacje, ewakuacje, aresztowania i łapanki. W wyniku badań dziecko zaszeregowywano do jednej z trzech kategorii:
a - pożądany przyrost ludności,
b - możliwy do przyjęcia przyrost ludności,
c - niepożądany przyrost.
Dzieci zaszeregowane do grupy pierwszej i częściowo drugiej umieszczano w specjalnych zakładach germanizacyjnych, a następnie wysyłano w głąb Rzeszy. Zakłady takie istniały między innymi w Ludwikowie, Puszczykowie, Poznaniu, Kaliszu i Bruczkowie. Aby zatrzeć ślady pochodzenia dziecka, zmieniano jego personalia, prowadzono osobną rejestrację meldunkową, wystawiano fałszywe dokumenty i zaświadczenia. Realizacją tych zadań zajmowały się tworzone specjalnie w tym celu biura meldunkowe. Instytucja taka istniała na przykład w Kaliszu.
A teraz liczby:
W wyniku akcji germanizacyjnej i dla celów germanizacyjnych wywieziono w głąb Rzeszy ponad 200 tysięcy polskich dzieci. Z tej liczby naszym władzom udało się odzyskać 10-15 procent.
A dzieci "rasowo niewartościowe"?
Stanowiły one według ustaw rasowych niepożądany przyrost naturalny, skazywano je więc na zagładę. Najbardziej dogodnym miejscem do eksterminacji i morderstw były wszelkiego typu obozy.
Trudno dziś określić, ile dzieci zginęło w tych obozach. Podczas oględzin terenu obozu oświęcimskiego w lutym i marcu 1945 roku znaleziono 115 0631 sztuk ubranek po niemowlętach i dzieciach dziesięcio-, jedenastoletnich.
Hitlerowcy zorganizowali także obozy przeznaczone wyłącznie dla dzieci. Między innymi obóz taki mieścił się w Łodzi przy ulicy Przemysłowej i w Lubawie, gdzie funkcję lagerkommandanta pełnił Otto Kluge.
Obydwa te obozy podobne były do obozów koncentracyjnych, ze względu na cel, charakter i warunki w nich panujące.
Historycy zajmujący się badaniem zbrodni hitlerowskich nanieśli na mapę miejsca i miejscowości, w których z rąk hitlerowców ginęły polskie dzieci. Szczególna to mapa. Nie ma na niej gór i lasów, nie ma mórz. Nie ma też ta mapa granic województw czy powiatów.
Figurują na niej następujące obozy i miejscowości:
Majdanek
Oświęcim, Sobibór
Treblinka
Ravensbrück
Neuengamme
Bergen-Belsen
Buchenwald
Zamość
Zwierzyniec
Gorzycki, pow. Wodzisław Śląski
Pogrzebień
Korfantów
Otmuchów
Kietrz, pow. Głubczyce
Połczyn-Zdrój
Potulice
Łódź
Dzierżąrznia
Pawiak
Montelupich
Moabit
Lublin
Lubawa
Przeżyłem jeden z obozów - w Lubawie.
Po wojnie władze PRL przeistoczyły budynek obozu w szpital. Wyjęto kraty, urządzono laboratorium, sale operacyjne, na placu zasadzono kwiatki, ustawiono ławki.
Nie ma już dawno w Lubawie lagerkommandanta Ottona Klugego.
A jednak po dwudziestu czterech latach spotkałem go. Było to spotkanie całkowicie bezosobowe. A jednak...
Nacjonalistyczny NRF-owski organ "Deutsche National und Soldatenzeitung" złożył mu z okazji pięćdziesiątej dziewiątej rocznicy urodzin serdeczne życzenia. Gwoli podkreślenia, o którego z solenizantów o tym dość popularnym nazwisku chodzi, gazeta zamieściła współczesne zdjęcie ongiś lagerkommandanta zu Löbau; ujmując całość w gustowną girlandę z liściem laurowym, dodano, że życzenia owe spontanicznie i serdecznie przekazują Panu Ottonowi Klugemu byli współpracownicy i koledzy z czasów wojny.
Uśmiechał się więc do mnie starszy pan, dobrze ubrany, tchnący na milę niemiecką solidnością. ON. TEN SAM. Tylko trochę starszy.
Na warszawskiej Poczcie Głównej poprosiłem o książkę telefoniczną okręgu Hanower. Nazwisko Kluge występuje tam dziewięć razy. Ale tylko jeden z tej dziewiątki ma na imię Otto i tytuł Geheimrat. Tajny radca. Adres był następujący: Celle Wasendorfstrasse 14 - Deutsche Bundesrepublik.
Co dalej?
Różne myśli chodziły mi po głowie. Postanowiłem napisać do Herr Ottona Klugego. Poprosić o odpowiedź na nurtujące mnie pytania i wątpliwości.
Korespondencja między katem i jej ofiarą.
Zacząłem pisać pierwsze listy. W języku niemieckim. Jako że Herr Kluge był moim znakomitym nauczycielem.
I w tymże języku odczytałem je z anteny Programu Zagranicznego Polskiego Radia w audycji nadawanej dla słuchaczy w NRF. Rozpoczął się mój monolog z lagerkommandantem Ottonem Klugem.
Monolog! Bo Herr Otto Kluge, zażywając od 1 stycznia 1969 roku łaski bońskiej emerytury dla szczególnie zasłużonych, cierpi na piórowstręt. A może nie umie odpowiedzieć na moje listy i zawarte w nich pytania?
Wygoda?
Brak pamięci?
Zła wola?
Brak odpowiedzialności?
Tak więc z anteny Polskiego Radia szły za Łabę słowa:
Herr Otto Kluge
były komendant obozu dla dzieci w Lubawie...
1 Dane dotyczące eksterminacji dzieci polskich zaczerpnięte zostały z artykułu Zofii Tokarz (za: "Wolność i Lud" nr 12/68) oraz z tekstu audycji dla Polaków za granicą z dnia 12 VII 1968 r.