All Thats Left in the World. To, co zostaje po końcu świata - Erik J. Brown

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

AN­DREW

Pierw­sze, co wi­dzę, to wy­ce­lo­waną w sie­bie strzelbę, a do­piero po­tem tego, kto ją trzyma. Zwy­kle je­stem bar­dzo uważny, ale te­raz roz­pra­sza mnie ból w no­dze. Jed­nak kiedy pa­trzę w wy­lot lufy, w ogóle prze­staję co­kol­wiek czuć.

- Spo­koj­nie - mó­wię i uno­szę ra­miona. Prze­no­szę cały cię­żar ciała na zdrową nogę i po­zwa­lam kuli upaść na pod­łogę.

Chło­pak na­prze­ciwko musi być mniej wię­cej w moim wieku. Ma szes­na­ście, może sie­dem­na­ście lat. I ten wy­raz twa­rzy, któ­rego nie da się z ni­czym po­my­lić. Wcze­śniej wi­dzia­łem go u sie­bie, kiedy za­czy­nali umie­rać lu­dzie, któ­rych zna­łem - z każ­dym spoj­rze­niem w lu­stro do­strze­ga­łem go co­raz wy­raź­niej. By­łem młody, ale moją twarz po­że­rało wy­czer­pa­nie. Zmę­cze­nie. Re­zy­gna­cja. On ma do­kład­nie to samo po­zba­wione na­dziei spoj­rze­nie.

Dla­tego wiem, że bez za­wa­ha­nia po­cią­gnie za spust.

- Po­cze­kaj - pro­szę go. - Szu­kam je­dze­nia. Nie wie­dzia­łem, że ktoś tu mieszka.

- Ale mieszka - od­po­wiada.

Nie pa­trzy mi w oczy, tylko sku­pia się na mo­jej klatce pier­sio­wej i ce­luje mi w serce.

Ta­kie sy­tu­acje przy­da­rzają mi się nie­bez­piecz­nie czę­sto i to mi się zu­peł­nie nie po­doba. My­ślami wra­cam do ostat­niego razu, kiedy ktoś do mnie ce­lo­wał; sta­łem wtedy na po­bo­czu drogi gdzieś w New Jer­sey. Pa­mię­tam gwał­towną i bez­sen­sowną prze­moc, któ­rej bez wy­siłku można było unik­nąć. Czuję ucisk w żo­łądku. Nie chcę, żeby znów wszystko po­szło nie tak.

- Prze­pra­szam. Odejdę - za­pew­niam go.

Ale nie je­stem pe­wien, czy dam radę. Przez ostat­nie pół­tora dnia kuś­ty­ka­łem przez las w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś schro­nie­nia i cze­goś, co po­zwo­li­łoby mi w ja­ki­kol­wiek spo­sób oczy­ścić rany na no­dze. Nie na­rze­kał­bym oczy­wi­ście, gdy­bym przy oka­zji tra­fił na ma­ga­zyn środ­ków me­dycz­nych, po­ży­wie­nie i to­wa­rzy­stwo Toma Hol­landa.

Ale nie, mu­sia­łem wpa­ko­wać się w coś ta­kiego. A chło­pak ze strzelbą nie wy­gląda mi na Toma Hol­landa.

- W ta­kim ra­zie w tył zwrot... tylko po­woli! - mówi je­dy­nie.

Sta­ram się schy­lić i pod­nieść kulę, ale po­wstrzy­muje mnie krót­kim:

- Hej! Zo­staw to.

- Bez tego nie mogę cho­dzić - wy­ja­śniam. - Je­stem ranny.

Spusz­cza na chwilę wzrok i pa­trzy na moją nogę i na po­darte dżinsy. Po chwili pod­nosi głowę i na­sze spoj­rze­nia w końcu się krzy­żują.

Ma bar­dzo ładne oczy. Ciem­no­nie­bie­skie. Czy­ste, ale prze­ra­ża­jące. Jakby rze­czy­wi­ście był go­tów po­cią­gnąć za spust, gdy zaj­dzie taka po­trzeba. Do­my­ślam się, co czuje.

- Od­wróć się na tyle, na ile je­steś w sta­nie - na­ka­zuje. - Rzucę ci tę kulę, jak już bę­dziesz na ze­wnątrz.

Je­stem tak sfru­stro­wany, że mam ochotę gło­śno wes­tchnąć i dać do zro­zu­mie­nia, że jest dup­kiem.

Du­pek, nie du­pek, to on ma spluwę, a nie ja. Pro­szę bar­dzo, świat się skoń­czył, a dupki da­lej pew­niej stoją na no­gach.

Ha. Bo mają dwie, a ja jedną.

Chry­ste, co ze mną jest nie tak? Na­de­szła apo­ka­lipsa, a ja da­lej ro­bię so­bie głu­pie żarty!

Ob­ra­cam stopę, jak­bym pró­bo­wał od­sta­wić ja­kiś po­krę­cony ta­niec. Cza-cza-cza i koń­czysz z kulą w piersi.

Do­piero kiedy stoję do niego ple­cami, uświa­da­miam so­bie jedną rzecz - że od po­czątku mógł kła­mać. Może ka­zał mi wyjść, bo nie chciał wi­dzieć mo­jej twa­rzy, kiedy bę­dzie do mnie strze­lał.

- Pro­szę... - oglą­dam się przez ra­mię. - Po­trze­buję po­mocy. W ta­kim sta­nie da­leko nie zajdę. Pro­szę, po­móż mi, a po­tem so­bie pójdę i zo­sta­wię cię w spo­koju. Mu­szę tylko oczy­ścić ranę, za­nim wda się za­ka­że­nie i owi­nąć ją ja­kimś ban­da­żem, który bę­dzie czyst­szy niż stara ko­szulka z Wal­martu.

- Nie mam ni­czego, co mo­głoby ci po­móc. - Głos mu się ła­mie, kiedy to mówi. To jego wy­mówka? Kła­mie?

- Nie chrzań. Chcesz mi po­wie­dzieć, że sie­dzisz sam w środku lasu i nie masz na­wet ap­teczki?

- To wła­śnie chcę ci po­wie­dzieć. A te­raz ru­szaj.

- Jak niby?

- Pod­ska­kuj.

- Chry­ste... - nie po­wstrzy­muję się dłu­żej i wzdy­cham po­iry­to­wany. W końcu od­wra­cam się, opie­ram ple­cami o ścianę i ostroż­nie, bar­dzo po­woli się po niej osu­wam.

- Co ty wy­pra­wiasz? - pyta.

Za­pie­ram się rę­koma, a prawą nogę trzy­mam w gó­rze, żeby jej nie ura­zić, aż w końcu lą­duję tył­kiem na pod­ło­dze. Do­piero wtedy opusz­czam ranną koń­czynę.

- Strze­laj, je­śli chcesz, pro­szę bar­dzo - mó­wię.

Ból jest nie do wy­trzy­ma­nia. Do­tar­łem do punktu, że nie wi­dzę sensu walki o co­kol­wiek. Prze­trwa­łem wi­rusa, który in­nych za­bił. Lep­szych ode mnie, jak moja młod­sza sio­stra.

Je­dyne, co mi po­zo­stało, to lu­dzie, tacy jak ja. Po­now­nie sku­piam się na wy­ce­lo­wa­nej we mnie broni i chło­paku, który ją trzyma.

Lu­dzie tacy jak my, po­pra­wiam się w my­ślach.

- Tylko pa­mię­taj - do­daję. - Je­śli po­cią­gniesz za spust, to ty bę­dziesz mu­siał sprzą­tać ten ba­ła­gan.

- Wsta­waj. - Unosi lufę i ce­luje mi w twarz.

I do­brze. Przy­naj­mniej szybko pój­dzie.

- Za­cy­to­wał­bym Dre­am­girls i po­wie­dział, że nie idę, ale ra­czej byś mnie nie zro­zu­miał. - Brak od­po­wie­dzi i wy­raz za­gu­bie­nia na jego twa­rzy po­twier­dzają moje przy­pusz­cze­nia. Śmieję się po­nuro. - Śmiało, strze­laj.

Wi­zja szyb­kiej śmierci po­woli za­czyna być ku­sząca. W końcu będę miał spo­kój. Brak po­czu­cia winy. I kto wie, co czeka mnie po­tem: może małe kino, w któ­rym zo­ba­czę wszyst­kie wy­da­rze­nia z ży­cia tego go­ścia, które spra­wiły, że mnie nie za­strze­lił? Ale gdyby miała mnie cze­kać je­dy­nie ciem­ność, to i tak lep­sze to niż ból. Lep­sze niż świa­do­mość tego, jak wszystko jest skraj­nie po­pie­przone.

Wciąż jesz­cze nie po­cią­gnął za spust. Przy­glą­dam się, jak zmie­nia się wy­raz jego twa­rzy, znika z niej złość, a po­ja­wia się strach.

Nie za­strzeli mnie.

- Wsta­waj. - Głos mu drży.

Se­kunda... Co mi pod­po­wiada in­tu­icja? Czyżby to była... na­dzieja? Może wcze­śniej błęd­nie oce­ni­łem jego wzrok? Był prze­ra­żony, a nie prze­ra­ża­jący.

- Po­trze­buję. Po­mocy. - Opu­ściły go wola walki i opór. Wi­dzę, że rów­nie mocno nie chce mnie za­strze­lić, jak ja nie chcę, żeby to zro­bił. Je­śli go prze­ko­nam, udzieli mi po­mocy.

- Je­stem sam - tłu­ma­czę. - Przez ostat­nich pięć mie­sięcy by­łem sam. Pro­szę.

Opusz­cza strzelbę.

- Pro­szę - nie prze­staję mó­wić. - Je­stem An­drew. Nie je­stem za­ra­żony, a ostatni czło­nek mo­jej ro­dziny zmarł pięć mie­sięcy temu. To była moja sio­stra. Miała tylko dwa­na­ście lat. Od tam­tego czasu z ni­kim na­wet nie roz­ma­wia­łem.

Ostat­nie zda­nie to kłam­stwo, ale nie chcę my­śleć o Fo­ste­rach. Od­wra­cam głowę, żeby na niego nie pa­trzeć, bo oczy palą mnie od łez.

- Niech to szlag - mówi z re­zy­gna­cją i opiera strzelbę o ka­napę, po czym po­daje mi rękę. - Chodź.

Chwy­tam jego dłoń, a on po­maga mi wstać. Mam na­pięte i obo­lałe mię­śnie; biorę głę­boki od­dech, żeby nie jęk­nąć. Kiedy je­ste­śmy w środku, nogą za­trza­skuje drzwi za nami.

Ta­jem­ni­czy chło­pak jest bar­dzo silny i bie­rze na sie­bie więk­szość cię­żaru mo­jego ciała. Do­ciąga mnie do ja­dalni, w któ­rej stoi duży drew­niany stół z sze­ścioma krze­słami.

Wolną dło­nią sięga do włącz­nika przy wej­ściu i za­raz po­tem ży­ran­dol nad sto­łem roz­bły­ska świa­tłem.

Ma tu elek­trycz­ność?!

- Wskocz na blat - mówi i ob­raca mnie ty­łem do stołu, więc wy­ko­nuję po­le­ce­nie i wska­kuję na me­bel. - Za­raz wra­cam, po­cze­kaj chwilę.

- A, okay, chcia­łem iść zro­bić so­bie ka­napkę, ale skoro mam cze­kać, to się nie ru­szam.

Wy­cho­dząc z po­koju, pa­trzy na mnie przez ra­mię, jakby nie ro­zu­miał, że to żart. Otwie­ram usta, żeby go prze­pro­sić, ale nie daje mi dojść do słowa.

- Zmar­no­wał­byś tylko czas, bo chleb mi się skoń­czył.

Mogę przy­siąc, że za­nim się od­wró­cił, wi­dzia­łem coś na kształt uśmie­chu w ką­ci­kach jego ust.

Sorry, młody, ale po­sta­po­ka­lip­tyczne dow­cipy to moja działka. Mimo wszystko czuję się nieco swo­bod­niej.

Zrzu­cam kurtkę na pod­łogę i po raz pierw­szy roz­glą­dam się po wnę­trzu domku. Z do­świad­cze­nia wiem, że strzelba wy­ce­lo­wana w twarz dra­stycz­nie ogra­ni­cza na­sze za­in­te­re­so­wa­nie szcze­gó­łami wo­kół niej. Ko­mi­nek jest wy­ga­szony i zimny. Spo­dzie­wa­łem się nad nim ja­kichś spre­pa­ro­wa­nych tro­feów my­śliw­skich czy choćby du­żego pstrąga na drew­nia­nej ta­bliczce i wy­pra­wio­nej skóry przed ka­napą. Ku mo­jemu za­sko­cze­niu na pod­ło­dze leży biały weł­niany dy­wa­nik, a ka­napa jest czę­ścią wy­raź­nie za du­żego i wy­glą­da­ją­cego na drogi ze­stawu wy­po­czyn­ko­wego w ele­ganc­kiej skó­rze. W kom­ple­cie są jesz­cze dwa wy­godne fo­tele obite tym sa­mym ma­te­ria­łem, a nad ko­min­kiem wisi sześć­dzie­się­cio­ca­lowy te­le­wi­zor przy­kryty grubą war­stwą ku­rzu.

W ja­dalni nie ma żad­nej wi­trynki czy ko­mody. Za to ściany ob­wie­szone są ogromną liczbą zdjęć w ram­kach, roz­rzu­co­nych w spo­sób wy­raź­nie da­jący do zro­zu­mie­nia, że ktoś sta­ran­nie za­pla­no­wał ich cha­otyczny nie­ład.

Przy­glą­dam się zdję­ciu przed­sta­wia­ją­cemu dziecko z matką na plaży. Oboje są biali, ale ko­bieta ma opa­le­ni­znę, która zdra­dza, że spę­dziła sporo czasu na słońcu. Szczę­ściara. Ile­kroć ja pró­bo­wa­łem się opa­lać, mia­łem po­pa­rzoną skórę. Wy­gląda na to, że chło­piec z fo­to­gra­fii ma po­dob­nie, bo jest dość blady, a na ra­mie­niu ma nie­wtarty jesz­cze krem ochronny.

Matka jest bru­netką. Nosi czer­wone oku­lary prze­ciw­sło­neczne, biało-nie­bie­ski ko­stium ką­pie­lowy w pa­ski i ka­pe­lusz sło­neczny, który musi przy­trzy­my­wać dło­nią, bo wiatr chce jej zrzu­cić go z głowy.

Chło­piec ma naj­wy­żej sie­dem lat; w jego sze­ro­kim uśmie­chu za­uwa­żyć można brak kilku mle­cza­ków. Po­liczki i nos ma w pie­gach. Ośle­piony słoń­cem mruży jedno oko; wi­dać za to, że dru­gie ma ja­sno­nie­bie­ską barwę.

Po­znaję go, mimo że ma dzi­siaj dzie­sięć lat wię­cej.

Dzie­sięć lat star­sza wer­sja dziecka ze zdję­cia wraca do sa­lonu z pla­sti­kową skrzy­neczką w dło­niach. Kła­dzie ją na stole i - po­dą­ża­jąc za moim wzro­kiem - ob­raca się i spo­gląda na zdję­cie.

- To twoja mama? - py­tam.

Marsz­czy brwi i nie od­po­wiada.

- Sorry. - Kręcę głową. - Je­stem wścib­ski. Za­mknę się już.

Zdej­muje wieko z bia­łej skrzynki i od­kłada je na jedno z krze­seł, po czym za­czyna cze­goś szu­kać wśród środ­ków opa­trun­ko­wych i le­ków. Moje oczy z wra­że­nia ro­bią się okrą­głe.

Ma nie tylko gazę, al­ko­hol do od­ka­ża­nia i maść prze­ciw­bak­te­ryjną, ale też nie­wielki sło­iczek z że­lem na opa­rze­nia, ste­ryl­nie za­pa­ko­wane strzy­kawki, igły, tam­pony, wodę utle­nioną, kilka nie­uży­wa­nych skal­peli i przed­mioty, które roz­po­znaję z se­riali me­dycz­nych oglą­da­nych przeze mnie, za­nim po­ja­wił się wi­rus.

Cho­lera, może jed­nak trzyma gdzieś tu­taj tego ca­łego Toma Hol­landa!

Roz­wią­zuje brą­zowy - choć pier­wot­nie był żółty - T-shirt, któ­rym owi­ną­łem nogę, po czym sięga ni­żej, do roz­cię­cia mo­ich dżin­sów. Pró­buje je pod­wi­nąć, jed­nak krew i wil­gotna po­goda spra­wiły, że ma­te­riał się skur­czył i za nic nie chce się ru­szyć. Od­dy­cham głę­boko, bo ból prze­szywa moją nogę i pro­mie­niuje aż do bio­dra.

- Dżinsy to nie był naj­lep­szy po­mysł na dzi­siaj - mówi.

- To się stało wczo­raj.

- Zdej­mij je.

- Nie po­wi­nie­neś za­brać mnie naj­pierw na ja­kąś ko­la­cję? - py­tam.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że będę w sta­nie za­żar­to­wać, ale jest już za późno, żeby ugryźć się w ję­zyk. Palą mnie po­liczki, ale za­kło­po­ta­nie trwa tylko przez chwilę, bo w końcu na jego twa­rzy po­ja­wia się peł­no­prawny uśmie­szek.

Roz­pi­nam pa­sek, opusz­czam spodnie do ko­lan i naj­pierw wyj­muję z no­gawki lewą nogę. Po­maga mi z prawą, na­cią­ga­jąc ra­zem ze mną dżins w prze­ciw­nych kie­run­kach, żeby ma­te­riał nie tarł o ranę.

- Chry­ste! - Na wi­dok mo­jej łydki otwiera sze­roko oczy. Ja też wi­dzę ją po raz pierw­szy nie­za­krytą spodniami, co wy­wo­łuje mocny skurcz żo­łądka. Go­spo­darz wy­biega z po­koju i kie­ruje się do kuchni, a ja nie mogę ode­rwać wzroku od rany. Nie mogę od­dy­chać. Ze stra­chu mro­wią mnie dło­nie i zdrowa noga.

Jest go­rzej niż się spo­dzie­wa­łem.

Moja noga wy­gląda jak su­rowe mie­lone. Tył łydki, od ko­lana aż do ran od szczęk po­trza­sku, jest opuch­nięty i ma barwę pięk­nego od­cie­nia fio­letu. Lewa noga jest brudna, ale przy­naj­mniej dwa razy węż­sza od pra­wej.

Chło­pak wraca z nie­wielką szklaną fiolką i bu­te­leczką z ta­blet­kami w dłoni. W dru­giej ręce trzyma opra­wiony w skórę no­tes, o za­czy­ta­nych i po­żół­kłych kart­kach. Fiolkę i bu­te­leczkę od­sta­wia na bla­cie, obok kła­dzie no­tes. Się­gam po fiolkę; jest zimna i wy­peł­niona ja­kimś prze­zro­czy­stym pły­nem. Na­zwa na ety­kietce to bu­pi­va­ca­ine. Co­kol­wiek by to miało zna­czyć.

- Gdzieś ty to wszystko zdo­był? - py­tam go, się­ga­jąc po bu­te­leczkę z pi­guł­kami.

Koń­cówka -il­lin na ety­kie­cie su­ge­ruje, że to mu­szą być an­ty­bio­tyki. Na­wet w po­sta­po­ka­lip­tycz­nym świe­cie co rusz się oka­zuje, że warto było uwa­żać na bio­lo­gii.

Roz­rywa ste­rylne opa­ko­wa­nie strzy­kawki, za­kłada igłę i na­peł­nia ją pły­nem ze szkla­nej fiolki. Po­tem od­kłada ją na stole, wstaje i wy­cho­dzi do kuchni.

- Nie je­steś uczu­lony na pe­ni­cy­linę ani żadne an­ty­bio­tyki, prawda? - woła.

Sły­szę do­bie­ga­jący stam­tąd gul­got wody na­peł­nia­ją­cej szklankę.

- Nie są­dzę. Jak mógł­bym to spraw­dzić? - py­tam.

Wraca do po­koju, po­daje mi szklankę i dwie ta­bletki.

- Po­łknij je i się prze­ko­namy.

- To mnie nie za­bije, prawda?

- Nie. Pod wa­run­kiem, że nie je­steś uczu­lony. Bo wtedy ra­czej tak.

Stary, świetny spo­sób na roz­mowę z pa­cjen­tem.

Prze­suwa wzrok na moją nogę.

- Ale po­wie­dzia­łeś, że to się stało wczo­raj, więc je­śli ich nie weź­miesz, za­ka­że­nie i tak cię za­bije. I to bę­dzie znacz­nie bar­dziej bo­lało.

No fakt, chło­pak ma ra­cję. Je­śli już wdało się za­ka­że­nie i nic z tym nie zro­bię, i tak je­stem tru­pem. Czy mam ja­kiś wy­bór? W su­mie mógł­bym za­ry­zy­ko­wać i spró­bo­wać bez... cho­ciaż do­tych­czas za­wsze cienko wy­cho­dzi­łem na ry­zyku. A am­pu­ta­cja bez środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych - do­bra, na coś ta­kiego na­wet ja nie za­słu­ży­łem. Prze­ły­kam ta­bletki, po­pi­ja­jąc je wodą.

Chło­pak sięga po strzy­kawkę z przej­rzy­stym pły­nem z fiolki.

- A to na co jest? - py­tam, wciąż zde­ner­wo­wany. Każdy czułby się nie­swojo, bio­rąc ja­kieś pi­gułki i za­strzyki od nie­zna­jo­mego, któ­rego do­piero co spo­tkał w le­sie.

- Prze­ko­nasz się. - I za­nim zdążę za­pro­te­sto­wać, wbija mi igłę w nogę. Krzy­czę z bólu. Wtedy on wyj­muje ostrze i wbija nieco po­ni­żej.

- Co ty wy­pra­wiasz? - wrzesz­czę.

- Wy­trzy­maj, jesz­cze tylko tro­chę. - I przy­ci­ska­jąc mi nogę tuż po­wy­żej ko­lana, robi mi jesz­cze kil­ka­na­ście ta­kich za­strzy­ków. Łzy ciekną mi po twa­rzy i szumi mi w uszach. Prze­kli­nam i krzy­czę, do­póki nie prze­staje.

Po ostat­nim wkłu­ciu wstaje i wy­nosi zu­żytą strzy­kawkę oraz fiolkę do kuchni. Pie­kący ból w no­dze za­czyna po­woli słab­nąć, ale pa­mięć o nim nie po­zwala mi się jesz­cze cie­szyć. Sły­szę gwizd czaj­nika z go­tu­jącą się wodą, więc spo­glą­dam w stronę drzwi, choć przez łzy nie­wiele wi­dzę.

Po chwili nie­zna­jomy wraca z ce­ra­miczną mi­ską. Idzie po­woli i ostroż­nie sta­wia ją na stole.

- Masz tu­taj ku­chenkę? Se­rio? - py­tam.

- Póź­niej ci po­każę. Jak twoja noga? Jak się czu­jesz?

Jest zdrę­twiała. Ból nie­mal cał­ko­wi­cie ustą­pił. Mój mózg po­woli prze­sta­wia się na pa­chę, któ­rej rany po­wstały przez ob­tar­cia o nie­wy­godną kulę.

- Na­wet nie­źle - po­ta­kuję.

- Nie użył­bym słowa nie­źle. - Kręci głową, od­suwa krze­sło i siada, po czym bie­rze na ko­lana skrzynkę z ap­teczką. - Ale przy­naj­mniej nie bę­dziesz mu­siał za­gry­zać ka­wałka drewna, kiedy będę cię zszy­wał.

Wyj­muje na stół za­sob­nik z igłami i czarną ni­cią, a na ko­niec sięga po bu­te­leczkę z al­ko­ho­lem do od­ka­ża­nia. W go­rą­cej wo­dzie za­nu­rza ręcz­ni­czek, wy­ci­ska go, ści­ska­jąc na prze­mian obiema rę­koma, od­kłada go na blat i w mil­cze­niu czeka.

- Cią­gle go­rący - mówi, spo­glą­da­jąc na mnie.

- Je­steś ja­kimś le­ka­rzem, czy co?

Uśmie­cha się, ale ze smut­kiem; da­leko mu do ra­do­ści tego chłopca ze zdję­cia na ścia­nie.

- Wy­bacz. - Wy­ciąga do mnie dłoń za­czer­wie­nioną od go­rą­cej wody. - Je­stem Ja­mi­son.

- An­drew. Miło po­znać. - Ści­skam po­daną rękę. Jest cie­pła i wy­wo­łuje we mnie za­zdrość, bo czuję się, jak­bym już ni­gdy nie miał otrzą­snąć się z zimna, które prze­szło mnie do szpiku ko­ści. Chwilę póź­niej Ja­mi­son cofa dłoń, wy­lewa na nią kilka kro­pel al­ko­holu i wciera w skórę.

Po­tem sięga po go­rący ręcz­nik i czy­ści oko­lice rany. Drżę, bo spo­dzie­wam się bólu, ale nic nie czuję.

Przy­glą­da­jąc się jego pracy, czuję głę­boką wdzięcz­ność, że po­dał mi śro­dek prze­ciw­bó­lowy. Biały ręcz­nik szybko zmie­nia barwę na brą­zo­wo­czer­woną, ale pa­trząc, jak oczysz­cza oko­lice rany, nie mam wra­że­nia, że coś jest nie tak. Okay, może wy­gląda to obrzy­dli­wie, ale nie prze­ra­ża­jąco.

- Po­wiesz mi, co to było? Pies cię po­gryzł? - pyta.

- Nie. - Kręcę głową i wzdy­cham ciężko. - To była cho­lerna pu­łapka na niedź­wie­dzie. Taki wielki po­trzask.

Ja­mi­son prze­rywa, żeby na mnie spoj­rzeć, po czym wraca do pracy.

- Nie mó­wisz se­rio.

- Słowo, że tak.

Uśmie­cha się pod no­sem.

- Śro­dek apo­ka­lipsy, a to­bie ja­kimś cu­dem udało się na­dep­nąć na od­cisk Wi­lu­siowi E. Ko­jo­towi z tej kre­skówki.

- Ja nie żar­tuję. - Wzdy­cham z tru­dem. - Nie mia­łem na­wet po­ję­cia, że lu­dzie w ogóle ko­rzy­stają z ta­kich rze­czy. Mogę się za­ło­żyć, że ktoś usta­wił tę pu­łapkę jesz­cze przed wi­ru­sem, ale tak na po­waż­nie, co mu­siał mieć w gło­wie czło­wiek ko­rzy­sta­jący z po­trza­sków na niedź­wie­dzie?

- Jak to się stało, że szczęki nie ob­cięły ci nogi? - pyta, przy­glą­da­jąc się ra­nom.

- Łut szczę­ścia? - Wzru­szam ra­mio­nami. - Nie za­trza­snęły się do końca.

Wciąż nie mogę po­jąć, jak ga­łąź wy­lą­do­wała mię­dzy nimi i za­blo­ko­wała me­cha­nizm. Ja le­d­wie mu­sną­łem go nogą i to wy­star­czyło.

Ja­mi­son na­wleka igłę. Od­każa ją al­ko­ho­lem i zbliża do pierw­szej z ran na mo­jej no­dze.

- Czu­jesz co­kol­wiek? - pyta.

Po­trzą­sam głową, na co on prze­bija skórę i prze­ciąga przez nią nić. Sam wi­dok wy­star­cza, bym się cały spiął, ale rze­czy­wi­ście nic mnie nie boli.

- To nie bę­dzie ar­cy­dzieło ha­ftu, bo igła jest dość tępa - tłu­ma­czy, nie od­ry­wa­jąc wzroku od mo­jej nogi. - Ale przy­naj­mniej po­winno po­móc w szyb­szym go­je­niu.

Przy­glą­dam się, jak za­ciąga szwy w miej­scu, gdzie mam prze­ciętą skórę.

- Tak po­waż­nie, to skąd wiesz, jak to się robi? By­łeś na ja­kichś kur­sach dla ra­tow­ni­ków? No wiesz, przed wi­ru­sem? - Może jest star­szy, niż wy­gląda?

- Nie. - Kręci głową. - Matka na­uczyła mnie, jak przy­szyć gu­zik do ko­szuli albo na­pra­wić roz­pruty szew. W grun­cie rze­czy to to samo, prawda?

Spo­glą­dam na zdję­cie na ścia­nie. Ką­tem oka wi­dzę, że Ja­mi­son unosi głowę i po­dąża za moim wzro­kiem, a po­tem na po­wrót sku­pia się na pracy. Nie drążę te­matu, skoro sam nie chce mó­wić.

- Dla­czego nie zde­cy­do­wa­łeś się mnie za­strze­lić? - py­tam w końcu, kiedy koń­czy zszy­wa­nie trze­ciej z sze­ściu ran na mo­jej no­dze. Jak to moż­liwe, że jest tak do­bry, skoro ża­den z nas, po­zo­sta­łych oca­la­łych, nie jest taki jak on?

Wzdy­cha głę­boko.

- My­ślę, że... sam nie wiem. - Po­trząsa głową. - Pew­nie dla­tego, że je­stem zbyt głupi, żeby wie­dzieć, kiedy po­wi­nie­nem być ostrożny.

- Je­śli to twoim zda­niem głu­pota, to zna­czy, że je­stem z pół­tora razu głup­szy od cie­bie.

- To już prze­cież usta­li­li­śmy, kiedy po­wie­dzia­łeś, że wdep­ną­łeś w po­trzask na niedź­wie­dzie.

Wy­bu­cham śmie­chem, chyba po raz pierw­szy od kilku mie­sięcy. Nie chyba, tylko na pewno.

Za­wią­zuje ostatni szew i ściera krew ze skóry. Na ko­niec wrzuca brudny ręcz­nik do mi­ski z go­rącą wodą i po­daje mi rękę.

- My­ślisz, że dasz radę przejść ka­wa­łek? Je­śli chcesz, mo­żesz wziąć prysz­nic.

Wpa­truję się w niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Prysz­nic?

- Tak. Mamy... mam wodę ze studni.

Oczy­wi­ście na­tych­miast zwra­cam uwagę na to, jak się po­pra­wił, i wiem już, że mieszka tu sam.

- Czy­sta woda i prąd?

- W do­datku mam jesz­cze boj­ler elek­tryczny, który pod­grzewa wodę.

Czuję tak wielką eks­cy­ta­cję, że kręci mi się w gło­wie. To miej­sce jest fan­ta­styczne! Przez se­kundę za­sta­na­wiam się, czy mógł­bym mu je ode­brać. Czy po tym, jak po­zo­sta­wił mnie przy ży­ciu i udzie­lił po­mocy, mógł­bym po­su­nąć się do tego, żeby je prze­jąć? Jedna krótka se­kunda ta­kich my­śli i z obrzy­dze­nia robi mi się nie­do­brze.

- Hej, wszystko w po­rządku? - pyta Ja­mi­son.

- Tak. I zde­cy­do­wa­nie tak, chciał­bym wziąć prysz­nic. - Tylko prysz­nic. Po­tem odejdę.

Pro­stuję nogę, wy­cią­gam ją przed sie­bie i opie­ram po­woli piętę na pod­ło­dze. W miarę jak prze­no­szę na nią cię­żar ciała, czuję co­raz więk­szy ból, jed­nak nie jest nie do wy­trzy­ma­nia.

Tyci więk­sze ob­cią­że­nie. Tyci wię­cej bólu.

Jesz­cze tro­chę... i... nie­wiele wię­cej bólu. To chyba do­brze, prawda?

Prze­no­szę całą wagę ciała na uszko­dzoną nogę i po­peł­niam w ten spo­sób drugi naj­więk­szy błąd w ży­ciu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

JA­MI­SON

W domu pa­nuje zbyt wielka ci­sza. Po­wi­nie­nem był włą­czyć ja­kąś mu­zykę - co­kol­wiek, co roz­pro­szy­łoby ab­so­lutny brak dźwię­ków. Ale te­raz już nie chce mi się mar­no­wać czasu na pusz­cza­nie ja­kichś płyt.

Sie­dem­na­ście. Do­kład­nie tyle pu­szek czar­nej fa­soli mi zo­stało. Za­pi­suję tę liczbę w żół­tym no­tat­niku opar­tym na ko­la­nach i skre­ślam dzie­więt­na­ście, ich sumę z ze­szłego ty­go­dnia. To moje za­ję­cie w każdy po­nie­dział­kowy po­ra­nek: li­czę, ile mam jesz­cze je­dze­nia. Na po­czątku pra­wie wpa­da­łem przy tym w pa­nikę, ale te­raz mnie to wy­ci­sza.

Osiem pu­szek ku­ku­ry­dzy. Skre­ślam dzie­wiątkę i za­pi­suję obok wła­ściwą liczbę. Sza­cuję, że za dwa ty­go­dnie za­brak­nie mi miej­sca na kartce i będę mu­siał pi­sać na ko­lej­nej. Bę­dzie na niej już tylko moje pi­smo, a nie moje i mamy.

Sos po­mi­do­rowy. Za­pi­sane jej trud­nym do od­czy­ta­nia cha­rak­te­rem. I obok ide­al­nie czy­telne cy­fry - za­wsze prze­kre­ślone zera i sió­demki z li­nią po­środku znaku, żeby nie do­pu­ścić do nie­po­ro­zu­mień. A od pew­nego miej­sca po­ja­wia się już tylko moje pi­smo.

Nie mu­szę li­czyć so­sów po­mi­do­ro­wych, bo w ze­szłym ty­go­dniu nie ro­bi­łem spa­ghetti, więc zo­sta­wiam je­de­nastkę i spo­glą­dam na li­nijkę po­ni­żej.

Coś mnie po­wstrzy­muje. Ja­kiś dźwięk do­cho­dzący z ze­wnątrz, jakby sze­lest li­ści.

Zry­wam się z miej­sca i wy­glą­dam przez okno w kuchni. Świat poza do­mem jest szary i zimny; za mo­imi ple­cami stoi koza na drewno, dzięki któ­rej w środku utrzy­muje się cie­pła i przy­jemna at­mos­fera. Ta­ras za bu­dyn­kiem przy­kryty jest li­śćmi, ale nie wi­dzę żad­nego zwie­rzę­cia ani czło­wieka. Drzewa mają jesz­cze na­gie ga­łę­zie, a wio­senne pączki nie spie­szą się po sro­giej zi­mie.

- Znowu sły­szysz ja­kieś dziwne rze­czy - od­zy­wam się w ci­szy pu­stej kuchni. Dużo mó­wię do sie­bie, bar­dzo dużo na­wet. Wcze­śniej my­śla­łem, że to oznaka zbli­ża­ją­cego się sza­leń­stwa, ale do­sze­dłem do prze­ko­na­nia, że to je­dyna rzecz, która chroni mnie przed obłę­dem.

Mógł­bym przy­siąc, że w ze­szłym ty­go­dniu sły­sza­łem ko­goś cho­dzą­cego po pod­jeź­dzie, jed­nak kiedy zmu­si­łem się, by wyj­rzeć, ni­kogo nie było.

Sama myśl o chrzęsz­czą­cym żwi­rze spra­wia, że sły­szę ten dźwięk w gło­wie, ale tym ra­zem jakby do­bie­gał od strony we­randy. Tylko że nie jest praw­dziwy - wy­my­śli­łem go so­bie. Ewen­tu­al­nie to ja­kieś zwie­rzę, choć znacz­nie więk­sze od wie­wiórki albo lisa, bo chrzęst żwiru jest zbyt gło­śny.

Za­zwy­czaj wy­star­czy przy­po­mnieć so­bie, że tak, je­stem sam w domku, a wo­kół też ni­kogo nie ma, i dźwięk znika. Tym ra­zem tak się nie dzieje. Co cie­kawe, to nie od­głos kro­ków, tylko chrzęst żwiru po­wta­rza­jący się na zmianę z krót­kim, cich­szym stuk­nię­ciem.

I na­gle sły­szę skrzyp­nię­cie de­sek we­randy pod czy­imś pierw­szym kro­kiem.

Serce za­miera mi w piersi, a po ple­cach ście­kają strużki potu. Wstrzy­muję od­dech. Strach aż pie­cze mnie w środku, ale nie mogę się ru­szyć. Z ze­wnątrz do­biega głę­bo­kie jęk­nię­cie i stu­kot. Po­tem ko­lejny krok.

Nie mam wąt­pli­wo­ści, że na we­ran­dzie ktoś jest.

W końcu otrzą­sam się z pa­ra­liżu i ru­szam bie­giem do sa­lonu. Nie pa­mię­tam już na­wet, kiedy ostat­nio ko­rzy­sta­łem z drzwi fron­to­wych, pew­nie kilka ty­go­dni temu. Na pewno przed tym, jak ostat­nio sły­sza­łem coś nie­po­ko­ją­cego.

Na ze­wnątrz roz­lega się ko­lejny stu­kot. Kto­kol­wiek się zbliża, staje wła­śnie na trze­cim stop­niu. Strzelba stoi oparta przy gar­de­ro­bie. Chwy­tam ją i przy­wie­ram ple­cami do ściany na­prze­ciwko drzwi. Broń może nie być w ogóle na­ła­do­wana, ale nie mam te­raz czasu tego spraw­dzać.

Po­winna być. W końcu jesz­cze jej ani razu nie uży­łem.

Drzwi wej­ściowe.

Cho­lera.

Nie mam po­ję­cia, czy są za­blo­ko­wane, ale to ra­czej bez zna­cze­nia. Może to głu­che stu­ka­nie to ta­ran albo coś po­dob­nego.

Nie wy­my­śli­łem tego so­bie. To nie tak, że boję się cieni i ci­szy.

Klamka się ob­raca. Nie są za­blo­ko­wane.

Ktoś jest na ze­wnątrz i wła­śnie wcho­dzi do domu.

Drzwi się otwie­rają, a ja uno­szę broń i ce­luję.

AN­DREW

Mam na­dzieję, że w miej­scu, do któ­rego tra­fiamy po śmierci, znaj­dzie się przy­tulna sala ki­nowa, gdzie można usiąść i w ci­szy obej­rzeć na ekra­nie se­kwen­cje wy­da­rzeń, pro­wa­dzą­cych do prze­ło­mo­wych mo­men­tów ży­cia. Co ja mógł­bym zo­ba­czyć: wy­sma­ko­wane dłu­gie uję­cie pa­cjenta, który jako pierw­szy zła­pał wi­rusa - mu­zyka au­tor­stwa Phi­lipa Glassa, coś peł­nego na­pię­cia i kli­ma­tycz­nego - a po­tem przej­ście i od razu pan­de­mia w peł­nej kra­sie, prze­bitki ze śmier­cią mo­ich przy­ja­ciół i bli­skich, i na ko­niec ja­kiś szur­nięty su­rvi­va­lo­wiec za­sta­wia­jący je­de­na­ście mie­sięcy wcze­śniej pu­łapkę na niedź­wie­dzie.

Prze­skok w cza­sie, na ekra­nie da­lej wi­dać pu­łapkę. Obok prze­cho­dzi niedź­wiedź, po­tem spada na nią gruba ga­łąź i ją przy­krywa, ale ja­kimś cu­dem sta­lowe szczęki się nie za­trza­skują.

Sie­dzę so­bie wy­god­nie, żuję kwa­śne żelki i za­ja­dam się ma­śla­nym po­pcor­nem, za­sta­na­wia­jąc się, o co w tym cho­dzi, kiedy na ekra­nie po­ja­wiam się ja, we wła­snej oso­bie, i ra­do­śnie staję cen­tral­nie w po­trza­sku.

A, ra­cja, no tak.

Pa­mię­tam, że spę­dzi­łem nie­mal trzy go­dziny krzy­cząc, pła­cząc i pró­bu­jąc otwo­rzyć pu­łapkę. W końcu ob­wią­za­łem szczęki ko­szulką z ple­caka i wy­ko­rzy­sta­łem ga­łąź, którą ze­słał mi los - tę samą, która ochro­niła moją nogę przed ob­cię­ciem, żeby roz­chy­lić po­rdze­wiałe że­la­stwo.

I znów wi­dzę sie­bie, jak na jed­nej no­dze ska­czę po le­sie, a drugą, zra­nioną, mam ob­wią­zaną żół­ta­wym T-shir­tem. Do­brze, że oglą­da­jąc te sceny w na­stęp­nym ży­ciu, przy­naj­mniej mogę się cie­szyć pa­lą­cym ję­zyk kwa­śnym po­sma­kiem żel­ków.

Bo te­raz na przy­kład je­dyne, co mam do je­dze­nia, to scho­wa­nych w ple­caku kilka pu­szek zdo­by­tych gdzieś w Jer­sey, za­nim coś mi strze­liło do głowy i wpa­dłem na idio­tyczny po­mysł uni­ka­nia głów­nych dróg.

Opie­ram cię­żar ciała na kuli wsu­nię­tej pod ra­mię i krzy­wię się z bólu. W rze­czy­wi­sto­ści to nie kula, tylko duża ga­łąź, którą zna­la­złem. Żeby mi było wy­god­niej, ze­szłej nocy owi­ną­łem jej roz­wi­dla­jący się ko­niec swe­trem, ale to nic nie dało; mam wra­że­nie, że moja pa­cha za­mie­niła się w je­den wielki si­niak.

Ból w no­dze jest co­raz gor­szy. Każdy krok zdro­wej nogi wy­wo­łuje w zra­nio­nej na­pię­cie, które ży­wym ogniem pali mi łydkę. Ubie­głego wie­czoru, już po zna­le­zie­niu od­po­wied­niej ga­łęzi, pró­bo­wa­łem od­po­cząć. Mia­łem dresz­cze, noga mi drę­twiała i by­łem mo­kry od potu. Kilka razy za­pa­da­łem w nie­spo­kojny sen, bo­jąc się, że już się nie obu­dzę, jed­nak kiedy ran­kiem wstało słońce, mia­łem otwarte oczy i od­dy­cha­łem.

A te­raz ska­czę przez las, bez bla­dego po­ję­cia, gdzie znajdę naj­bliż­szą drogę. Mam tylko na­dzieję, że je­śli będę szedł cały czas pro­sto, w końcu na coś tra­fię. Drogę, mia­steczko czy choćby stru­mień, w któ­rym mógł­bym ob­myć ranę. Co­kol­wiek, byle unik­nąć za­ka­że­nia. No, te­raz oczy­wi­ście roz­glą­dam się w po­szu­ki­wa­niu po­trza­sków na niedź­wie­dzie, co też nie po­maga utrzy­mać do­brego tempa.

Niebo za­sła­niają ni­sko wi­szące chmury, więc nie mam zie­lo­nego po­ję­cia, która jest go­dzina, kiedy na­tra­fiam nie na drogę, a na drew­niany do­mek. Jest śliczny. Pro­sty. Pa­trząc z ze­wnątrz po roz­mia­rach, może mie­ścić dwa po­koje. Od frontu znaj­duje się nie­wielka we­randa, a na niej stoją dwa krze­sła, roz­dzie­lone du­żym oknem. Za­słony nie po­zwa­lają zaj­rzeć do środka, a żwi­rowa dróżka pro­wa­dząca do drzwi oraz schody przy­kryte są li­śćmi.

Pod­jazd jest pu­sty, nie ma na nim sa­mo­chodu. Może nikt tu nie mieszka. Wła­ści­ciele za­nie­dbali le­śną chatkę, bo leżą mar­twi w sy­pialni swo­jego apar­ta­mentu w du­żym mie­ście albo w któ­rymś z ma­so­wych gro­bów.

Albo zo­stali za­strze­leni przez in­nego oca­la­łego, a ich zwłoki zo­stały po­rzu­cone na po­bo­czu.

Wy­cho­dzę ostroż­nie spod osłony drzew i staję na żwi­ro­wej dróżce.

Wy­gląda na to, że od dłuż­szego czasu nikt tego miej­sca nie od­wie­dzał. Przy schod­kach do­strze­gam nie­wielką, pę­katą skrzatkę ogro­dową. W ra­mio­nach trzyma pu­chatą owieczkę i uśmiech­nięta sie­dzi na du­żej ro­pu­sze, pa­trząc na pod­jazd, jakby na ko­goś cze­kała.

Czuję się nie­swojo.

Tym bar­dziej że nie jest przy­kryta li­śćmi. Jakby sama je z sie­bie strzą­snęła.

Ale nie my­ślę o tym zbyt wiele - ogro­dowe skrzaty, które oży­wają, gdy się na nie nie pa­trzy, to naj­mniej­szy z mo­ich obec­nych pro­ble­mów. Na we­randę pro­wa­dzą cztery schodki. Może do­brze by­łoby wsko­czyć na górę i spraw­dzić, czy drzwi są otwarte.

Oczy­wi­ście, że nie będą - to byłby nad­miar szczę­ścia. Ładny, spo­kojny do­mek w środku lasu, otwarty i wolny? Może jesz­cze z za­pa­sem je­dze­nia w środku? W na­grodę po­zwa­lam so­bie przez chwilę fan­ta­zjo­wać, po czym kuś­ty­kam przez żwir w stronę scho­dów.